Orzeł czy podlejszy ptak?
O kim jest ta książka? O ptakach szponiastych i sokołach, jak się je dziś określa, a konkretniej o tych żyjących w Polsce, których naliczyliśmy trzydzieści sześć gatunków. Spośród nich szesnaście bywa u nas jedynie na gościnnych występach, pozostałe odbywają tu lęgi. O gatunkach spoza naszego kraju, których na całym globie jest około trzystu, wspomnę tylko od czasu do czasu. Moi bohaterowie należą do dwóch rzędów (szponiastych i sokołowych) w obrębie gromady ptaków. Rząd i gromada? Wiem, że te terminy brzmią dziwnie. Mnie systematyka i historia naturalna oraz pokrewieństwo między gatunkami zachwyciły, gdy miałem około dwunastu lat. Wówczas znalazłem drzewa filogenetyczne (ukazujące pokrewieństwa między różnymi grupami organizmów żywych oraz historię ich pojawiania się i znikania) i zacząłem je przerysowywać, a następnie naklejać na biurko w meblościance. Kiedy zacząłem nauczać przyrody, zorientowałem się, że niewielu ludzi zna terminy z dziedziny systematyki. Spieszę zatem z krótkim wprowadzeniem w ten świat.
Wszystkie organizmy żywe dzielimy na dwie domeny: eukarionty (jądrowce) i prokarionty (bezjądrowce), w zależności od tego, czy mają jądro komórkowe czy też są go pozbawione. My, ludzie, należymy do tej pierwszej. Poniżej domen są królestwa, do niedawna trzy, czyli grzyby, rośliny i zwierzęta, ale w ostatnich latach ten podział nieco się zagmatwał. Rzecz jasna my zaliczamy się do królestwa zwierząt, wraz z ptakami, a także łosiami, osami, ślimakami czy tasiemcami. Dalej mamy typy. Wśród zwierząt wyróżnia się ich trzydzieści trzy, na przykład: gąbki, parzydełkowce (dawniej zwane jamochłonami), stawonogi czy strunowce, do których i my się zaliczamy. Te z kolei możemy podzielić na podtypy. Do podtypu kręgowców należą między innymi ryby kostnoszkieletowe, gady, ptaki czy ssaki. Jeszcze niżej występują gromady. Z nich wyodrębniamy zaś rzędy. Wśród ptaków jest między innymi rząd wróblowych, do których zalicza się nieco ponad połowa współczesnych gatunków, kusacze, gołębiowe czy właśnie szponiaste. Podobnie wśród ssaków możemy wyróżnić na przykład drapieżne, nietoperze, gryzonie, trąbowce czy nasz rząd naczelnych. Trzymajmy się dalej naszego podwórka. Rząd naczelnych, reprezentowany przez blisko ćwierć tysiąca gatunków żyjących współcześnie, dzielimy na rodziny, takie jak: lemurowate, galagowate, koczkodanowate czy nasza - człowiekowate. W skład tej ostatniej wchodzą cztery rodzaje: orangutan, goryl, szympans i człowiek. Goryli i szympansów mamy po dwa gatunki, orangutanów - trzy. W historii naszego rodzaju istniało przynajmniej piętnaście gatunków (do dziś przetrwał jeden), przy czym status niektórych nie został w pełni wyjaśniony, przykładowo badacze nie są zgodni, czy neandertalczyk był spokrewnionym z nami gatunkiem czy podgatunkiem. Na pewno doszło do wymiany genów między neandertalczykami a afrykańskim migrantem Homo sapiens, w wyniku czego znaczna część współczesnych ludzi ma niebieskie oczy, jasne włosy i białą skórę. Ogółem możemy mieć do czterech procent DNA neandertalczyka.
Rodzaje składają się z gatunków, przy czym w polskiej nomenklaturze nie funkcjonuje dobre nazewnictwo dla rodzajów kręgowców. Przykładowo gdy mówimy "trzciniak", nie wiadomo, czy chodzi o konkretny gatunek czy o cały rodzaj, dlatego dla rodzaju przeważnie stosuje się nazwę łacińską. Wszystkie gatunki mają dwuczłonową nazwę łacińską, złożoną z pierwszego członu pisanego wielką literą, będącego zarazem nazwą rodzaju, i epitetu gatunkowego pisanego małą literą. Razem stanowią one nazwę naukową. My, jak zapewne wiecie, nazywamy się Homo sapiens (łacińskie nazwy rodzajów i gatunków zapisujemy kursywą). Wiem, że może się to wydać trochę zagmatwane, więc rozpiszę to jako drabinkę:
Domena: eukarionty, czyli jądrowce
Królestwo: zwierzęta
Typ: strunowce
Podtyp: kręgowce
Gromada: ssaki
Rząd: naczelne
Rodzina: człowiekowate
Rodzaj: Homo
Gatunek: człowiek rozumny (Homo sapiens)
Każdy z tych stopni zwiemy taksonem. Jest ich więcej, niż przedstawiłem. Pokazałem tylko te najważniejsze (poza podtypem pominąłem wszelkie "pod-", "nad-", "infra-" i tym podobne). Poszczególne stopnie odzwierciedlają pokrewieństwo między poszczególnymi taksonami - im bliżej spodu, tym bliższe pokrewieństwo. Na przykład organizmy z jednego rodzaju są bliżej spokrewnione niż z jednego rzędu, pokrewieństwo między gatunkami z dwóch różnych rzędów będzie z kolei bliższe w obrębie tej samej gromady niż między osobnikami z dowolnych rzędów w dwóch różnych gromadach. Ptaki i ssaki stanowią taksony siostrzane. Obie te gromady wywodzą się z gadów.
Rzecz jasna podobną drabinkę jak dla naszego gatunku możemy rozpisać dla każdego organizmu żywego (choć u roślin i grzybów spotkamy się z odmiennym nazewnictwem taksonów). Zobaczmy więc, jak to jest z właściwymi bohaterami tej książki na przykładzie naszego symbolu narodowego. Do podtypu rozpiska wygląda identycznie jak nasza, ale później kształtuje się tak:
Gromada: ptaki
Rząd: szponiaste
Rodzina: jastrzębiowate
Rodzaj: Haliaeetus
Gatunek: bielik (Haliaeetus albicilla)
W ostatnich latach systematyka, czyli nauka grupująca poszczególne gatunki, rodzaje, gromady i tak dalej, przeżywa istne trzęsienie taksonów za sprawą kolejnych odkryć, przez co na przykład rodzaj Parus, do którego zaliczano wszystkie sześć krajowych sikorek, rozbito na pięć rodzajów. Zmiany dotknęły też rząd szponiastych, z którego wyłączono sokoły. Trafiły one do osobnego rzędu sokołowych. W sumie od czasów Karola Linneusza - twórcy współczesnej taksonomii - systematyka podlega ciągłym zmianom w rytm nowych odkryć. Jeszcze półtora wieku temu do rzędu ptaków drapieżnych (dawna nazwa szponiastych) zaliczano sowy. Wpłynęły na to podobieństwa, takie jak ostre, zakrzywione pazury i hakowate, równie ostre dzioby. Gdyby dawni biolodzy korzystali z mądrości ludowych, nie popełniliby tego błędu, stare porzekadło głosiło bowiem, że "sowy z sokołem w jeden rząd nie włożysz" (choć raczej nie chodziło o systematykę we współczesnym ujęciu). Ja jednak będę się posługiwał terminem "szponiaste" w dotychczasowym rozumieniu, czyli tym, który obejmuje i dzisiejsze szponiaste, i sokoły, ale bez sów. Dlaczego? Ponieważ w praktyce wśród ornitologów wyróżnia się kastę zwaną drapologami, zajmującą się badaniami właśnie dzisiejszych szponiastych i sokołów (slangowo określanych wspólnie mianem drapoli), a często także ich ochroną, czego przykładem może być Komitet Ochrony Orłów. Wynika to też z wielu podobieństw między sokołami a właściwymi szponiastymi, w tym ze zbliżonych metod badawczych i identycznych sposobów ochrony. Sowy od dziennych drapieżców oddzielono dość dawno temu, na tyle dawno, że wyspecjalizowała się w nich druga grupa osób, nierzadko badająca również inne nocne organizmy, a kilkanaście lat temu powstała organizacja skupiona na tych ptakach - Stowarzyszenie Ochrony Sów.
Czym się charakteryzują nasi bohaterowie? Zacytujmy O ptakach drapieżnych w Królestwie Polskiem pod względem wpływu, jaki wywierają na gospodarstwo ogólne[1], pierwszą polską i jedną z pierwszych na świecie monografii poświęconych ptakom szponiastym z 1860 roku autorstwa Władysława Taczanowskiego[2]: "Wszystkie ptaki drapieżne są tak charakterystyczne i cechy mają tak wyraźne, że żadnej nie przedstawiają trudności w poznaniu ich na pierwszy rzut oka. Dziób ich mniej więcej ścieśniony[3], mocno zagięty i ostrym hakiem zakończony, przy nasadzie woskówką[4] jest pokryty, w której są umieszczone nozdrza otwarte[5] [...]; nogi czteropalcowe, z których trzy są przednie, a jeden na tyle osadzony, uzbrojone ostremi, zakrzywionemi, potężnemi szponami". Od siebie dodałbym charakterystyczną sylwetkę, dość powszechnie znaną w linii zarówno szponiastej, jak i sokolej. O innych cechach będę wspominał w dalszej części książki, przy konkretnych gatunkach. Wszystkie te ptaki są też wyłącznie mięsożerne, choć to mięso może mieć różne źródło, od owadów przez ryby po ptaki i ssaki.
A czym się różni sokół od właściwych szponiastych? Wygląd tych drugich jest dość zróżnicowany, ale zasadniczo mają one dość masywne sylwetki i często palczaste skrzydła (choć w rzeczywistości to lotki, czyli pióra brzegowe skrzydła, które zwykle widać pojedynczo, dlatego przypominają palce u ludzkiej dłoni). Z kolei sokoły są bardziej wysmukłe, za to z muskularną klatką piersiową. Ich potężne mięśnie przymocowane do wydatnego grzebienia na mostku wprawiają w ruch skrzydła. Skrzydła sokołów są dość wąskie i szpiczaste, nigdy okrągłe czy palczaste, jak to często bywa u szponiastych. Ponadto ich dzioby mają "sokole zęby", czyli wyrostki w górnej szczęce, na dolnej znajdują się zaś odpowiadające im wgłębienia. To ewolucyjne przystosowanie do chwytania i zgniatania kręgów szyjnych ofiar, choć jak się przekonamy, wiele z tych ptaków zabija szponami. Sporo osób właśnie sokoły uważa za najbardziej interesujące.
W 2019 roku miałem przyjemność towarzyszyć Tomkowi Przybylińskiemu w jego pracach związanych z ochroną błotniaków łąkowych. Tomek jest bardzo dobrym drapologiem, koordynatorem regionalnym Komitetu Ochrony Orłów na region łódzki i autorem popularnego przewodnika Obserwowanie ptaków. Rozmawialiśmy, rzecz jasna, o naszych ukochanych ptakach. W przypadku Tomka sprawa jest oczywista - to szponiaste, a najulubieńsze spośród nich to właśnie błotniaki i sokoły.
- Z wyjątkiem bielika, który jest i będzie numerem jeden! - zastrzegł Tomek i rozwinął wywód o majestacie bielika. Słuchałem tego z przyjemnością, ponieważ słuchanie pasjonata opowiadającego o przedmiocie swojego uwielbienia to zawsze czysta przyjemność. Zwłaszcza gdy mówi o bieliku.
Bielik jest jednym z najlepiej znanych Polakom ptaków, przynajmniej z nazwy. Zwykliśmy ją łączyć ze słowem "orzeł", co wydaje się oczywiste samo przez się. Jednak co jakiś czas pojawiają się nieco prześmiewcze artykuły i programy, w których ktoś udowadnia, że bielik nie zalicza się do orłów. Do niedawna za prawdziwe orły uznawano ptaki należące do rodzaju Aquila, co zresztą po łacinie znaczy: orzeł. Były do niego zaklasyfikowane ptaki o opierzonych skokach (to ta część ptasiej nogi, z której wystają palce, mylnie brana za ptasi goleń - w rzeczywistości stanowi anatomiczny odpowiednik naszego śródstopia). Ostatnio ten rodzaj uległ rozbiciu na trzy różne rodzaje (zresztą tak ptaki doń należące klasyfikowano dawniej). Wszystko za sprawą badań genetycznych, wspartych badaniami osteologicznymi (układu kostnego), które wykazały dalsze pokrewieństwo tych ptaków, niż dotąd sądziliśmy. Obecnie wśród prawdziwych orłów są więc przedstawiciele nie tylko rodzaju Aquila, które w pewnym uproszczeniu możemy nazwać dużymi orłami, lecz także rodzaju Clanga, czyli orlików. Sama nazwa wskazuje, że to takie niewielkie orły. Nazwa naukowa, czyli łacińska, wywodzi się z greki i również oznacza orła. Trzeci rodzaj to Hieraaetus, czyli orzełek. Orzełki są bardzo małymi orłami, jednak jak na drapole mają średnie rozmiary. Co śmieszniejsze, łacińska nazwa Hieraaetus wywodzi się z greckiego słowa oznaczającego jastrzębia. Jak wspomniałem, wszystkie te ptaki mają opierzone skoki, choć piórami aż po palce charakteryzują się też myszołowy włochate, a nikomu nigdy nie przyszło do głowy klasyfikować ich jako orłów. Bielik zaś, wraz z pozostałymi siedmioma przedstawicielami rodzaju Haliaeetus, cechuje się nagimi skokami, ale poza tym wizualnie przypomina orła, choć pod względem pokrewieństwa bliżej mu do rodzaju Milvus, czyli kań, niż do któregoś z powyższych rodzajów.
Ale to naprawdę aż tak istotne, czy dany ptak jest "prawdziwym" czy "nieprawdziwym" orłem? W naszej kulturze bielik orłem jest i basta. A co do orlich przymiotów, to "wielkie narody za herb go [orła] używają; poznawszy jednak dokładnie ich obyczaje, opinia ta słabnie, tracą wiele uroku i ustąpić muszą pierwszeństwa w szlachetności o wiele mniejszym sokołom i jastrzębiom, a natomiast przedstawiają pewne zbliżenie do sępów, albo raczej środkują między szlachetnemi i podlemi ptakami drapieżnemi", jak pisał w O ptakach drapieżnych... Taczanowski.
Osobiście w pełni się zgadzam z opinią, że to jastrzębie (w tym ich mniejsi kuzyni, krogulce) odznaczają się cechami, które lepiej byłoby wynieść na sztandary, ale zapewne przemawia przeze mnie osobista sympatia, z tej grupy właśnie te ptaki lubię bowiem najbardziej. Dla jasności: słowo "podły" nie do końca oznaczało to co dziś. "Podłym" określano coś drugorzędnego, mniej ważnego czy wartościowego. Orły "środkują" również dlatego, że jak wyjaśniał Taczanowski w Ptakach krajowych: "chociaż sowicie obdarzone przymiotami odpowiedniemi do polowania na zwierzęta i ptaki o wiele od siebie większe, z powodu wrodzonego lenistwa i ociężałości lubią przestawać na łatwej zdobyczy i chętnie jadają padlinę". "Podłością" miały się też charakteryzować niektóre mniejsze sokoły, gdyż jak to autor ujął z kolei w O ptakach drapieżnych...: "nie żywią się ptakami, lecz głównie owadami i drobnemi ssącemi zwierzątkami[6]; nie potrzebują zatem przymiotów tak doskonałych jak ptaki szlachetne". Równie źle się prezentowały "prawdziwe" orły zwane orlikami, które "żywią się głównie gadami[7] i drobnemi ssącemi". (Do "orłowatości" orlika wrócę jeszcze nieco później). O pośledniości orłów świadczyło pewne nieumiarkowanie w jedzeniu: "często zdarza się je spotykać tak objedzone, że nie są zdolne do lotu" - informował w O ptakach drapieżnych... Taczanowski. Równie mało sympatycznie scharakteryzował sępy w Ptakach krajowych: "jakkolwiek okazałe, nie mają wspaniałej i poważnej postaci orłom właściwej, lecz smętną, ociężałą i głupowatą". Ich przeciwieństwo stanowią orły, odznaczające się "poważną postacią zapowiadającą niepospolitą siłę, odwagę i zuchwalstwo". Przez to zuchwalstwo odbierano je w dość ambiwalentny sposób - z jednej strony były podziwiane, z drugiej ganione z powodu szkód wyrządzanych w inwentarzu gospodarczym i pogłowiu zwierząt łownych.
Choć zuchwałość, szlachetność i majestatyczność zapewniały drapolom pewną renomę, to większość z nich pozostaje nieznana ogółowi społeczeństwa (dawniej też tak było). Nawet te najpospolitsze lub najbardziej znane ze słyszenia ptaki okazują się nierozpoznawalne. Często jeżdżę autobusem do Warszawy, nierzadko rozmawiam ze współpasażerami i jestem pytany o "przydrożne orły i jastrzębie, te ogromne" (czyli zwykle myszołowy). Cóż się dziwić - to trudna do rozpoznawania grupa i nawet specjalizujący się w niej doświadczony ornitolog miewa trudności z oznaczeniem jej przedstawicieli. Wynika to zarówno z dużego podobieństwa między gatunkami, jak i ze znacznej różnicy ubarwienia u osobników tego samego gatunku, przynajmniej w części przypadków, oraz długiego dojrzewania większych gatunków, co się odbija na upierzeniu. Przykładowo bieliki dojrzewają przez pięć lat i co roku ich wygląd nieco się zmienia. Podobnie u innych dużych drapoli. Zdarzało się, że bieliki w pierwszym lub drugim roku brano za prawie dorosłe orły przednie. Młode przedniaki niekiedy uchodzą zaś za prawie dorosłe bieliki. Pomyłki między młodocianymi rarogami, rarogami górskimi i białozorami to właściwie standard. Pod tym względem trudniejsze do oznaczania są chyba tylko mewy. Na to wszystko nakładają się nieduże różnice w ubarwieniu między płciami, nie licząc błotniaków i kilku innych wyjątków. Dymorfizm płciowy przejawia się w rozmiarach - panie są większe od panów, u jastrzębi i krogulców nawet o jedną trzecią, u sokoła wędrownego "tylko" o jedną czwartą. U całej trójki dziewczyny są też dwukrotnie cięższe. Ale już u rybołowów "samica mało większa", jak to ujął Taczanowski w pierwszej polskiej książce poświęconej ptakom drapieżnym. Największe różnice widzimy u ornitofagów, czyli gatunków żywiących się ptakami, najmniejsze, właściwie zerowe - u padlinożerców, a u pojawiających się w Polsce sporadycznie sępów płowych samiec może być okazalszy od partnerki. U błotniaków samice tak bardzo odbiegają barwą od samców, że kiedyś obie płcie brano za różne gatunki. Za to między gatunkami panie są do siebie niezwykle podobne. Dawniej zdarzało się też, że samca i samicę krogulca niektórzy przyrodnicy brali za dwa gatunki z uwagi na różnice wielkości najbardziej uwydatnione właśnie u tych ptaków, podkreślone jeszcze różnicami w ubarwieniu.
Bywa także, że koniecznie chcemy zobaczyć jakiś gatunek i... go widzimy! Ktoś, kto podchodzi do swoich umiejętności z rezerwą, nawet gdy jest bardzo doświadczonym drapologiem, potrafi się przyznać do błędu, nawet jeśli go popełnił wobec kogoś mniej obeznanego z tematem. Podczas wspomnianego objazdu za błotniakami łąkowymi w pewnym momencie Tomek Przybyliński dostrzegł nasz obiekt. Wydał z siebie okrzyk zadowolenia, błyskawicznie zaparkował samochód na poboczu, po czym wyskoczyliśmy na zewnątrz. Nim zdążyłem wcelować w pięknego, jasnego chłopaka (samce błotniaków są dość jasne), Tomek rzekł z rezygnacją:
- To śmieszka...
Śmieszka to niewielka mewa, ta z czarną głową. Możecie ją spotkać w miastach, nad wodą czy na polach w czasie orki. Oba ptaki charakteryzują się lekkim lotem (choć błotniak łąkowy lżejszym, muska powietrze skrzydłami bardziej jak rybitwa) i jasną barwą. Jak to się stało, że Tomek aż tak się pomylił? Byliśmy po całym dniu jazdy (ornitolog zwykle zaczyna pracę o świcie), a ptaki są do siebie podobne, przynajmniej z dużej odległości. Mój kolega mógł powiedzieć, że błotniak zapadł w zboże, i pewnie byśmy go chwilę poszukali, a po jakimś czasie odpuścili, uznawszy, że przy kolejnej kontroli prawdopodobnie się znajdzie. O klasie Tomka świadczy jednak fakt, że natychmiast przyznał się do błędu. Zresztą co to za błąd?
Innemu ornitologowi blisko świtu, i to w lutym, kiedy słońce wstaje późno, zdarzyło się powiedzieć przyjaciołom, którzy wpadli w odwiedziny, że na drzewie siedzą ślepowrony (czaple polujące głównie nocą, które dusze naszych słowiańskich przodków przeprowadzały do wyraju, bardzo rzadkie, choć ostatnio powoli ich przybywa). Pomijając już, że te ptaki spotyka się u nas niemal wyłącznie w południowej Małopolsce, a historia działa się na Kurpiach, to przylatują one do nas dopiero od połowy marca. Na drzewie siedziały wrony, a tym ornitologiem byłem ja. Do dziś bardzo chcę zobaczyć ślepowrona.