1. Dlaczego nikt nam nie powiedział?
via @zoyaspoetry on Tumblr (28.01.2025)
Dlaczego nikt nam nie powiedział, że dorosłość będzie tak brutalna?
Nikt nie wspomniał o tym, z czym będziemy musieli się zmierzyć.
Dla dzisiejszych nastolatków jestem zapewne dinozaurem, bo przecież 30 już niemal puka do moich drzwi. Zawsze w okresie urodzinowym robię się przesadnie sentymentalna. Patrzę na ostatnie dziesięć lat mojego życia i nie mogę uwierzyć w to, że kurwa, nikt nam nie powiedział... Nie mruknął nawet słowa o tym, jak będzie bolało nas serce, jak wiele razy się zawiedziemy, jak mamy czuć. Czym właściwie były dla nas uczucia? Czemu nie umiemy radzić sobie z relacjami międzyludzkimi? Dlaczego wypełnia nas pustka, z którą nie umiemy walczyć, bo każda próba walki kończy się fiaskiem? Dlaczego nikt nie powiedział nam o nadziei - podstępnej łajzie - która usypia naszą czujność?
Dlaczego nikt nam nie powiedział - jak być człowiekiem?
Równo dziesięć lat temu tkwiłam w ostatniej klasie liceum. Tkwiłam to dobre określenie, bo dosadnie rzecz ujmując, w dupie miałam zbliżającą się maturę, naukę i cały ten szkolny chaos. Moje myśli były skoncentrowane na skurwiałej miłości, która zawładnęła moim ciałem i umysłem do tego stopnia, że nic innego się dla mnie nie liczyło. To był czas, w którym należałam bardziej do innych osób, niż do samej siebie. Och, jakież wielkie były moje nadzieje. Na świetlaną przyszłość, na studia, na wspaniałe przyjaźnie, naukę nowego języka i tę... Tę skurwiałą miłość.
Porzuciłeś mnie.
Wtedy tego nie rozumiałam, no bo przecież jak ktokolwiek mógł porzucić kogoś takiego, jak ja. Najwidoczniej jeszcze wiele musiałam się nauczyć.
To były czasy mojej raczkującej depresji. To były czasy, w których kitrałam jagodowe Winstony pod łóżkiem, robiłam wysokiego koka na głowie ze swoich długich, blond włosów, podkradałam bratu jego flanelowe, o wiele za duże koszule. To były czasy glanów, skórzanych kurtek i złamanych serc. To były czasy tequili chowanej za podręcznikami od matmy, której tak nienawidziłam. Melanży w ogródku Maka, biegów na ostatni, nocny autobus, który dowoził mnie pod dom rodziców. Rodziców, którzy byli zawiedzeni, bo ich zbuntowana córka znowu zionie fajkami, alkoholem i pocałunkami z obcymi facetami. To były czasy wieczorów spędzonych na Tumblr, w towarzystwie smutnych cytatów, ale to właśnie te cytaty nas wychowały. Bo jesteśmy trochę takimi dziećmi Tumblra, który nauczył nas więcej, niż nie jeden nauczyciel w szkole.
Oni skupiali się na sinusie i cosinusie, na pisaniu CV, ale żadne z nich nie powiedziało nam, co to znaczy czuć. Nikt nie przygotował nas na ciężkie momenty, w których brakowało nam tchu. Nie powiedzieli nam, że życie to nie jest bajka, a jedyne, co nas czeka to pasmo rozczarowań. Nikt nie powiedział nam, iż miłość wcale nie polega na rzyganiu tęczą, a na tym, by zaufać. Zaufać temu, że druga osoba wcale nie chce dobić naszych ledwo bijących serc. Nie wspomnieli ani słowa o tym, jacy są inni ludzie. Głupi, zagubieni, błądzący we mgle. Wszyscy mierzymy się z tymi samymi dylematami. I nosimy w duszy wielki żal o to, że nikt nam nie powiedział...
Każdej reakcji uczyłam się sama.
Każda sytuacja była dla mnie nowa. Wiele wieczorów spędziłam ze słuchawkami na uszach, w towarzystwie Halsey, The Neighbourhood, Arctic Monkeys, BMTH i Comy. Wiele papierosów musiałam wypalić, by zrozumieć, że życie jest grą, której część z nas nie wygra. Ciągniemy tę maskaradę na single playerze, zapominając o tym, że nasze problemy wcale nie są jak zombie. Naprawdę podziwiam ludzi, którzy sądzą, iż jest inaczej.
Na końcu i tak zawsze zostajemy sami, nieważne, ile musieliśmy komuś poświęcić. Nieważne, ile oni nam odebrali, zostawiając nas z pustą duszą. Oni zawsze odchodzą, bez względu na to, co obiecali, jak się zachowywali i co czuli.
Im szybciej to zrozumiecie, tym lepiej dla was.
Trochę śmieszą mnie moje własne wyobrażenia o życiu z czasów, gdy miałam te 19 lat. Kurwa, czego ja nie chciałam od życia? Gdzie te twoje wyobrażenia o byciu dziennikarką śledczą albo wielką pisarką? Gdzie te twoje wyobrażenia o byciu opoką dla wykolejonych ludzi? Chciałaś być zbawcą świata, chciałaś uleczać innych, podczas gdy sama potrzebowałaś uleczenia. Gdzie te wyobrażenia o podróżach, dwójce dzieci, mieszkaniu w apartamentowcu, mężu i wielkiej miłości? Śmiechu warte.
Pamiętam tamten jesienny wieczór. Był wrzesień, a ja od kilku dni wiodłam zupełnie nowe życie w nowym mieście. Zegarek pokazywał niemal dwudziestą trzecią, a ja w towarzystwie spadających liści szłam pustą ulicą. Światło latarni raziło mnie w oczy. Czekałeś na mnie w progu swojego mieszkania z tym swoim pięknym, cwanym uśmieszkiem. Chwilę później siedziałam na blacie w twojej kuchni, a ty parzyłeś dla nas malinową herbatę. Śmiałeś się, bo nie używam cukru.
- Zoya... Czego ty właściwie chcesz od życia? - zapytałeś, podpalając mi papierosa.
Nie umiałam ci odpowiedzieć. Chyba po prostu chciałam, żeby przestało mnie boleć.
A bolało przeokrutnie.
Pchałam się w ramiona destrukcji. Myślałam, że fizyczny ból wynagrodzi mi ten psychiczny. Myślałam, iż dzięki temu w końcu poczuję, że jestem żywa i prawdziwa. Wymierzałam samej sobie karę za popełnione błędy, robiąc absurdalne rzeczy. Upijanie się, ciąg imprez i ten cholerny Tumblr.
I to wszystko, psia mać, na nic. Nie da się. Nie da się wskrzesić życia z popiołu, który był pozostałością po nas samych sprzed lat. Strawił nas ogień. Zeżarł nas do cna.
Ciężko jest porzucić wrażenie o tym, że coś nas ominęło.
Czas przeleciał nam przez palce. Nasze dawne wyobrażenia się nie spełniły, a zastąpił je gorzki żal. Bo nie byliśmy wystarczający, bo nie zadbaliśmy o siebie odpowiednio, bo nie walczyliśmy o swoje, gdy była taka potrzeba. Jebane dzieci neo, które szukały ukojenia na Tumblrze, dorosły.
Gdzieś tam, głęboko, te wspomnienia są wciąż żywe. Próbowałam odnaleźć siebie w innych ludziach, ale przecież to nie oni mnie definiowali. Szkoda, że zrozumiałam to o wiele za późno.
Dzisiaj nie ma ich.
Zostałam ja.
Utkana z gorzkiej ironii, waszych kłamstw, moich strachów, złamanych obietnic, zawodów miłosnych i straconych przyjaźni.
I tak ciągnę tę maskaradę na single playerze, bo nikt nigdy mi nie powiedział, czym są uczucia i nikt mi nie powiedział o tym, że życie to pasmo rozczarowań.
6. Wiele przeszłaś, koleżanko
maj 2025
Zoya
Zapowiadał się szalony dzień. Wpadłam do biura przed jedenastą, w biegu lecąc po kawę.
- No i jak? Podpisałaś umowę? - zapytał Joachim.
- Owszem. Wprowadzam się w ostatni weekend maja. - oznajmiłam.
- Gratuluję. Zoya Staszewska i jej drugie mieszkanie. - zaklaskał i zaczął się śmiać.
- Boże, Jo, to nic takiego. - też się zaśmiałam.
- Jestem z ciebie dumny. - przytulił mnie.
- Mam twardą dupę. Nauczono mnie tego w naszej rodzinie. - burknęłam.
- Niech twoja twarda dupa zniesie humorki Cartera. - powiedział cicho.
- Z przyjemnością. - z kubkiem kawy usiadłam przy biurku, włączając laptopa.
Miałam zamiar wrócić do wstępnego planu marketingowego, ale moje skupienie przerwał głos Cartera.
- Staszewska - zagrzmiał. - Czterdzieści minut spóźnienia.
Skrzywiłam się.
- Faktycznie ktoś tu dzisiaj ma okres. - odwarknęłam.
Widziałam, że Julka tłumi śmiech.
- A wiesz o tym, że spóźnienia w pracy nie są tolerowane? - ciągnął.
- A wiesz o tym, że mogę sobie przyjść nawet o trzynastej i nic z tym nie zrobisz? - uśmiechnęłam się jadowicie.
- Jesteś tutaj szeregowym pracownikiem. Uważałbym. - oznajmił poważnie, świdrując mnie wzrokiem, opierając się o kontuar recepcji.
Boże, on naprawdę chciał mnie sprowokować.
- Ej stary, weź się hamuj, dobra? - warknął Joachim.
- Spóźnienia wprowadzają niepotrzebny luz i chaos. - ciągnął Carter.
- Podobnie jak wasze próby sklejenia apki, które podejmowaliście od stycznia - syknęłam. - Nie wkurwiaj mnie, Carter. Zajmij się czymś pożytecznym i daj mi pracować. - dodałam ze zrezygnowaną miną.
- A może pokażesz mi, jakie są efekty twojej pracy? - przeciągał linę.
Kurwa, no nie potrzebowałam kawy, podniósł mi ciśnienie skutecznie.
- Cóż, jak na razie zrobiłam więcej w ciągu dwóch dni, niż ty przez pięć miesięcy - powiedziałam. - Do kłapania dziobem jesteś pierwszy, prawda? To nie mi ma na tym zależeć, człowieku.
- Najwidoczniej nie jest to pierwsza firma, na jakiej ci nie zależało - rzucił zimno. - Z Centrum też zrezygnowałaś.
Joachim spojrzał na niego wściekły. Potem spojrzał na mnie.
To tylko prowokacja, Zoya, wstał lewą nogą.
- Zapędzasz się, Carter. - wtrącił Mike.
- Po prostu wkurza mnie to, że osoba, od której naprawdę spodziewałem się o wiele więcej, tak ignorancko podchodzi do swoich obowiązków - wyjaśnił Carter. - Jak widać, nie pierwszy raz, skoro jedną firmę już zamknęła.
Prychnęłam pod nosem, a potem wstałam ze swojego miejsca i podeszłam do niego.
- Powtórz - poprosiłam. - No śmiało. Powiedz to jeszcze raz, patrząc mi w oczy, a nie w parkiet.
Nie odezwał się.
- Tak właśnie myślałam, Carter - burknęłam. - Jaja jak u szczeniaczka, mózg jak orzeszek, co? Dla twojej informacji zamknęłam Centrum, bo taka była wola mojego zmarłego męża. Zapisał to w testamencie. Chorował na białaczkę i uwierz mi, kurwa, że nie chciałbyś widzieć tak bliskiej ci osoby, jak umiera ci na rękach - wychrypiałam. - Ale będziesz mi pierdolił o braku dyscypliny i spóźnianiu się. Może najpierw sam pokaż, na co cię stać. Ja już byłam współwłaścicielką firmy, która miała swoje oddziały w całej Europie. Ktoś taki, jak ty - przerwałam. - Były żołnierz, co nie? Widzę to w twoich oczach. Chyba syndrom wjechał za mocno, stąd te twoje humorki. To da się leczyć, wiesz? Irak czy Afganistan? - przyjrzałam mu się. - Afganistan. Aj, chłopie - pokręciłam głową. - Jedna rada. Zanim zaczniesz skakać do kogoś z pyskiem, upewnij się, że będziesz w stanie to wygrać. I weź się w końcu za robotę, bo doskonale wiesz, że blokujesz całą ekipę.
- Ty naprawdę jesteś postrzelona. - szepnął.
- Wiesz dlaczego? Bo ludzie twojego pokroju mnie taką uczynili. A to nawet nie jest dwadzieścia procent moich możliwości, więc przestań stąpać po kruchym lodzie, Carter. - powiedziałam gorzko.
Joachim zaczął z powrotem oddychać dopiero gdy wróciłam na swoje miejsce. Założyłam słuchawki na uszy.
- Popierdoliło cię? - zagrzmiał Mike. - Kurwa, ty zawsze musisz się na kimś wyżyć, głąbie - pociągnął go za fraki. - Na zewnątrz, bo ci przywalę. Do kogo, jak do kogo, ale do Zoi nie waż się fikać, debilu skończony. - oboje wyszli z biura.
Widziałam tylko przez szybę, jak Mike go opierdala.
- Mam nadzieję, że nie wzięłaś sobie jego słów do serca. - Joachim pojawił się tuż obok mnie.
- Daj spokój - machnęłam ręką. - Nie on pierwszy i nie ostatni. Nie zrobili mnie ze szkła.
Szczerze mówiąc, tak tylko gadałam, ale trochę mnie to zabolało. Wolałam skupić się na pracy, niż na mazaniu się i to jeszcze przed całym open space.
- Dam ci te zdalne dni - powiedział Jo. - Przepraszam. Nie sądziłem, że ten dupek dzisiaj się odpali i padnie na ciebie.
- Przestań się tym przejmować. - poprosiłam.
Przez większość czasu pracowałam z zadumaną miną. Nikodem patrzył na mnie uważnie. Uważniej, niż w ekran swojego komputera.
Do Zoya: Chodź zapalić.
Taką wiadomość wysłał mi w porze lunchu. Tamtego dnia nie chciałam zostawać z nim sam na sam, bo wiedziałam, iż jestem zbyt zraniona i zła. Mogłabym zrobić coś, czego sama bym żałowała. W takich momentach lepiej zostawić mnie samą, dopóki się nie uspokoję.
Ale niechętnie wyszłam z nim na fajkę. Jednak chęć usłyszenia jego głosu była silniejsza.
- Chyba atmosfera dzisiaj siadła. - stwierdził, odpalając mojego papierosa.
- Jebać to. - wzruszyłam ramionami.
- Wcale nie - zaprotestował. - Obserwowałem cię uważnie. Akurat mnie ciężko jest oszukać, więc doskonale wiem, że ten złamas cię zranił. Tylko udajesz, że cię to nie rusza. Zakładasz maskę, bo wokół ciebie znajdują się obcy ludzie.
Nie chciałam z nim walczyć. Naprawdę, przysięgam, że nie miałam na to siły.
Zamknęłam oczy.
Poczułam się jak idiotka.
- Całkowicie rozumiem to podejście - oznajmił. - Chcesz się chronić. Wytrzymasz te trzy godziny do końca dnia?
Pokiwałam głową twierdząco.
- A potem pogadamy. - dodał.
Wszystko jedno, bylebym mogła ukryć się pod kołdrą i zapomnieć o tym ataku ze strony Cartera.
- Dzięki, Nikodem. - szepnęłam.
Przejrzał mnie i byłam na siebie za to zła, ale z drugiej strony... Może właśnie tego chciałam. By ktoś w końcu dostrzegł moją prawdziwą twarz, zanim sama ją ujawnię. To było takie nowe i zaskakujące. Takie inne. Co dziwne, patrzyłam na niego, chcąc go pocałować bardziej, niż kiedykolwiek.
Skończyłam fajkę i w ciszy wróciłam do środka.
Jakoś przetrwałam do szesnastej. Był piątek, więc dobrnęłam do weekendu i nie musiałam przez dwa dni myśleć o tym wszystkim.
Zabawne, i tak będziesz myślała o Carterze i jego ostrych słowach.
Westchnęłam. Opuściłam biuro w towarzystwie Nikodema.
- Możemy po prostu pojechać do mnie, ugotuję coś dobrego. - zaproponowałam bez namysłu.