Jest w człowieku...
Jest w człowieku wciąż siła do tworzenia świata,
budowania wzniosłości na krawędzi chwili,
jednym ruchem swych myśli mógłby cuda zdziałać,
a tak często nie umie, lub nie chce zadziwić.
Jest w człowieku ukryta całkiem wolna wola,
aby stanąć przed drugim bez strachu i lęku,
w wyciągniętej dziś dłoni próbuje on schować
znajome dobrze słowa, choć całkiem bez dźwięku.
Jest w człowieku też drwina niewidoczna zrazu,
żądna zagłuszyć wszystko co odmienność rodzi
i chociaż w oczy patrzy bez twarzy grymasu,
świat jej dziś potakuje, świat się na nią godzi.
Jest w człowieku też postać zrodzona z pokory,
zapisując przed sobą ciągle nowe karty,
nie nosi ona kajdan, nie zna też niewoli
nanosząc w swoich wersach sens myśli rozdartych.
Co jeszcze można znaleźć w ludzkiej skórze skryte,
ile piękna, bogactwa i doznań miłości,
ważne, żeby to wszystko przyniosło pożytek
będąc przyczyną skutku, bez oznak zazdrości.
ostatni bastion
Huknęły trąby nad miastem spokojnym,
w oddali widać nadchodzące wojska,
lecz to nie miasto, maleńka już wioska,
nie chciałem wojny.
Nie chciałem krzyku, cierpienia i bólu,
łamanych kości pod pręgierzem czasu,
nie zrozumiałem wszystkiego od razu,
wybiegłem z tłumu.
Wybiegłem z tłumu nie mogąc już słuchać
napiętych dźwięków upadłego świata,
horyzont zamarł, na sam widok bata,
przyszła kostucha.
Pędzące konie nieuchronnych zdarzeń
z pełnym impetem wtargnęły w dziedziniec
myślałem chwilę, choć jeden mnie minie,
nie zdepcze marzeń.
Wciąż jeszcze słychać tętent dzikich koni
odgłosem kopyt na kamiennym bruku,
serce nie pękło mimo tego huku,
myśl w uszach dzwoni.
I... znowu cisza, ucichły też myśli,
świat stanął w miejscu jak olbrzym zdziwiony,
zniknęły konie w pejzażu zamglonym,
skończyły wyścig.
dokąd leziesz
Dokąd leziesz ty łachmyto?
Głos poznaję, ale czy to
nie ten sam co przed śniadaniem
dał się poznać zakłamaniem?
Obiecywał dzień spokojny,
żadnych krzywd i żadnej wojny,
pokój w sercu ponoć nosi,
wszem i wobec miłość głosi.
Lecz, gdy wieczór spojrzał z góry
okrywając świat ponury
srebrnym blaskiem srebrnej twarzy,
zrozumiałem zlepek zdarzeń.
Pełen wiary w możliwości
mimo własnej niezdarności,
założyłem co się stanie
właśnie wtedy przed śniadaniem.
Chciałem unieść się pod chmury,
na świat patrzeć nieco z góry,
móc przenosić góry wiarą,
co dzień nową nie tą starą.
Razem z weną iść na piwo,
pouśmiechać się z nią krzywo,
w wolnej chwili siąść na ławce,
lub w kawiarni tak przy kawce.
Lecz los płata różne żarty,
i gdy budzę się zbyt hardy
szybko ziemię pokazuje,
każe zwolnić, wręcz hamuje.
Sprowadzony do parteru
przy pokorze bliskiej zeru,
świat wydaje się udręką,
pasmem bólu, oraz męką,
bo gdy wstanę drugą nogą
i pobiegnę inną drogą,
wtedy szansa jest od losu
by posłuchać prawdy głosu.