Karnawał na prowincji
Kolorowe światła kołyszą się
Na falach tytoniowego dymu.
Toną w ostrym zapachu taniego wina.
Trzaskanie musztardówek wyznacza nastrój.
Gorące twarze błyszczą w blaszanych,
Parujących alkoholem instrumentach.
Po parkiecie miota się okaleczony twist.
Zamroczonym korkociągiem wkręca
Bezwładne ciała za stoły,
Pełne zbrukanej obfitości.
Bezwstydne, lepkie pocałunki
Zachłannie pożerają światło.
Ktoś klnie, że to elektrownia
Wyłączyła prąd.
Jakiś ponury typ udziela lekcji boksu.
Żałośnie kwili butelka nim się roztrzaska.
Dwunasta.
Pijane osobniki zamykają się w swych muszlach.
Przez otwarte drzwi wiatr goni
Ławicę zmarzniętego śniegu.
19 lutego 1964 roku
Idę do ciebie
Kiedy wieczór otwiera mi drzwi,
Rzucam kalendarz na śmietnik zapomnienia.
Ze smutkiem wiernym jak pies
Nasłuchuję wczorajszych szeptów.
Już słyszę, idę do ciebie
Z sadzą nocy na twarzy
Zastawiam sieci, żeby sny pochwycić,
Zanim świt zabłyśnie
W szkłach twoich okien.
W zwierciadłach, w których
Przegląda się moja słabość.