Myśl i strategia - Sławomir Dębski

Kup ebooka

40.00 zł
32.00 zł (31,80 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

SPIS TREŚCI

Wstęp

Geopolityczna przyszłość Rosji"Arcana" 1998, nr 1

Polsko-niemiecki tandem w sprawie polityki UE wobec państw Europy Wschodniej"Polski Przegląd Dyplomatyczny" 2004, nr 6

Pamięć i odpowiedzialność"Polski Przegląd Dyplomatyczny" 2005, nr 2

Integracja europejska pod presją"Polski Przegląd Dyplomatyczny" 2005, nr 3

"Polityka wschodnia" – mit i doktryna"Polski Przegląd Dyplomatyczny" 2006, nr 3

Unikajmy pośpiechu"Arcana" 2007, nr 1

Pruski mur niezrozumienia"Rzeczpospolita", 24 sierpnia 2007 r.

Bronię pragmatyzmu"Gazeta Wyborcza", 1 kwietnia 2008 r.

Polska w Unii Europejskiej – minister spraw zagranicznych wicepremierem!"Polski Przegląd Dyplomatyczny" 2008, nr 2

"Paradoks nieatrakcyjnej Rosji""The New York Times", 30 października 2008 r.

Nie zaniedbujcie Polski"The New York Times", 5 października 2009 r.

Polska a modernizacyjny wybór Rosji w XXI w."Polski Przegląd Dyplomatyczny" 2009, nr 6

Mój drogi Przyjacielu! List do Andrija Portnowa"Gazeta Wyborcza", 9 sierpnia 2013 r.

Nie zostawiajmy Ukrainy samej"Gazeta Wyborcza", 20 lutego 2014 r.

Co Kennan powiedziałby o Rosji Putina? Słynny długi telegram z 2015 r."Riddle", 20 kwietnia 2018 r.

Jaka przyszłość czeka Krym?"Rzeczpospolita", 23 marca 2015 r.

Niezjednoczona Europa"Przegląd Polityczny" 2015, nr 130

Rosyjska wizja unieważniona"Rzeczpospolita", 7 lipca 2016 r.

W obronie nouveau régime"Polski Przegląd Dyplomatyczny" 2017, nr 1

Rosjanie – naród z oktrojowaną tożsamością"Debaty Artes Liberales" 2017, t. 11

Wielki test dla USA"Rzeczpospolita", 19 maja 2017 r.

Unia Europejska – w poszukiwaniu zagubionej radości"Polski Przegląd Dyplomatyczny" 2017, nr 2

"Atuty same nie grają"..."Polski Przegląd Dyplomatyczny" 2017, nr 3

Wdzięczni Wilsonowi"Polski Przegląd Dyplomatyczny" 2017, nr 4

O kryzysie ustrojowym Unii Europejskiej"Polski Przegląd Dyplomatyczny" 2018, nr 1

Rosyjski plebiscyt i trzecia tercja"Polski Przegląd Dyplomatyczny" 2018, nr 2

Polska w epoce Szalonego Króla"Polski Przegląd Dyplomatyczny" 2018, nr 3

Północnokoreański paradoks"Polski Przegląd Dyplomatyczny" 2018, nr 4

O inflacji i dewaluacji... think tanków"Polski Przegląd Dyplomatyczny" 2019, nr 1

Tętent historii i strategia pobrzeżnej kasztelanii"Polski Przegląd Dyplomatyczny" 2019, nr 2

1989 – pokój bez zwycięstwa"Polski Przegląd Dyplomatyczny" 2019, nr 3

Błąd systemowy?"Polski Przegląd Dyplomatyczny" 2019, nr 4

"Pełna odpowiedzialność za cierpienia"? – Niemcy zbyt łatwo udzielili sobie rozgrzeszenia"NZZ" 30 listopada 2019 r.

Życie po życiu strategicznego partnerstwa"Polski Przegląd Dyplomatyczny" 2020, nr 1

Wolny świat wobec pandemii"Polski Przegląd Dyplomatyczny" 2020, nr 2

Amerykańska wojna kulturowa"Polski Przegląd Dyplomatyczny" 2020, nr 3

Amerykańska fabryka i białoruskie laboratorium"Polski Przegląd Dyplomatyczny" 2020, nr 4

To nie jest czas na łagodzenie polityki wobec Rosji"Polski Przegląd Dyplomatyczny" 2021, nr 1

Europa niczym état tampon?"Polski Przegląd Dyplomatyczny" 2021, nr 2

Nord Stream 2: wiarygodność Niemiec i USA doznała poważnego uszczerbku"Polski Przegląd Dyplomatyczny" 2021, nr 3

Europa w poszukiwaniu autonomii a bezpieczeństwo Polski"Polski Przegląd Dyplomatyczny" 2021, nr 4

Coup de grâce dla rosyjskiego imperium"Polski Przegląd Dyplomatyczny" 2022, nr 1

Katalizator wojenny – ewolucja Rosji i nasza odpowiedź"Polski Przegląd Dyplomatyczny" 2022, nr 2

Ukraina musi wygrać? A może wystarczy, aby nie przegrała?"Polski Przegląd Dyplomatyczny" 2022, nr 3

Polska do Niemiec: Czyny, nie słowa, będą sprzyjać pojednaniu"Politico", 3 listopada 2022 r.

Jak zepchnąć Putina z drabiny eskalacyjnej?"Polski Przegląd Dyplomatyczny" 2022, nr 4

Niemiecki lodowiec"Polski Przegląd Dyplomatyczny" 2023, nr 1

Droga na manowce strategii"Polski Przegląd Dyplomatyczny" 2023, nr 2

Dwie składowe aktualnej sytuacji w Rosji"Polski Przegląd Dyplomatyczny" 2023, nr 3

Polska w świecie in statu nascendi"Polski Przegląd Dyplomatyczny" 2023, nr 4

Aneks: Ukraine Strategic Futures

WSTĘP

Słowo jest najsilniejszym instrumentem oddziaływania politycznego, a polityczna konkurencja przejawia się w rywalizacji idei organizujących myślenie wspólnot. Ideologie, wartości, polityczne strategie, doktryny i teorie, a nawet taktyczne decyzje, opierają się na zwerbalizowanej konceptualizacji rzeczywistości. Dlatego polityka międzynarodowa to przestrzeń, w której ścierają się nie tylko interesy, ale także obsługujące je idee. O ile z konkurencji interesów łatwo i niemal intuicyjnie zdajemy sobie sprawę, gdyż politykom i dyplomatom zazwyczaj trudno je ukryć przed opinią publiczną, to do rywalizacji państw w sferze idei najczęściej nie przywiązujemy należytej wagi. Bywa, że upraszczając, sprowadzamy je do kwestii sporu o wartości. Oczywiście nasze idee odzwierciedlają nasze przekonania. Nie jest przecież bez znaczenia, czy walczymy o wolność, czy o zniewolenie, lub choćby dopuszczamy z nim kompromisy. Konkurencja idei i opisujących politykę światową paradygmatów interpretacyjnych to pole nieustannych zmagań. To strefa rywalizacji o serca i umysły obywateli, decydentów, generałów, dyplomatów i w ostatecznym rozrachunku także społeczeństw. W tej rywalizacji Polska zawsze musi stać po stronie wolności. Dlatego zawsze uważałem, że – parafrazując słowa prezydenta Stanów Zjednoczonych z 1946 r. – polityka Polski, w jej własnym interesie, musi "wspierać wolne narody, które opierają się próbom ujarzmienia przez zbrojne mniejszości i naciski zewnętrzne", a więc zawsze wspierać wolność przeciw zniewoleniu i współdziałanie wolnych i równych narodów przeciwko imperializmowi i tendencjom imperialnym w polityce międzynarodowej.

Wielkie polityczne wizje odgrywają istotną rolę w strategiach państw, nadając dynamikę polityce międzynarodowej, wytyczając jej kierunek oraz definiując osie rywalizacji i obszary współpracy. Miał tego świadomość Winston Churchill, gdy w swoim przemówieniu w Fulton w 1946 r. przedstawiał własną konceptualizację sytuacji politycznej w Europie po zakończeniu II wojny światowej. To wówczas wprowadził do globalnej debaty politycznej termin "żelazna kurtyna" dla syntetycznego opisu nowej rzeczywistości.

Podobna intencja przyświecała niemal pół wieku później prezydentowi Stanów Zjednoczonych George'owi W.H. Bushowi, gdy przemawiał w Moguncji w maju 1989 r. z okazji 40. rocznicy zawarcia Traktatu waszyngtońskiego ustanawiającego Sojusz Północnoatlantycki. Przed­stawił wówczas odmienną wizję przyszłości Europy, opartą na idei współpracy po obaleniu jałtańskiego podziału kontynentu i dezaktualizacji churchillowskiego paradygmatu interpretacyjnego. Wizja prezydenta George'a W.H. Busha zakładała integrację kontynentu i budowę "Europy zjednoczonej, wolnej i pokojowej". To na niej opierała się polityka zjednoczenia Niemiec, rozszerzania Sojuszu Północno­atlantyckiego i wspólnot europejskich o państwa Europy Środkowej, a nawet przyjęcie Chin do Światowej Organizacji Handlu.

Myśl i strategia są ze sobą ściśle powiązane. Pojęcia i terminy pełnią funkcję służebną wobec interesów państw i ich polityki. Koncepcje takie jak "koncert mocarstw", "strefa wpływów", "imperium", "większość kwalifikowana" w Unii Europejskiej – z jednej strony, oraz "demokratyzacja stosunków międzynarodowych", "antyimperializm", "suwerenna równość państw" z drugiej odzwierciedlają radykalnie odmienne wizje ładu międzynarodowego i integracji europejskiej. Ich stosowanie jest zawsze wskazówką intencji. Słownik jest bowiem narzędziem politycznym, determinowanym przez polityczny interes.

Przekonanie, że "słowa ważą", że terminy i kategorie "nie są neutralne" względem interesów państw, towarzyszyło mi, odkąd sięgam pamięcią. Z pewnością do rozwijania refleksji nad intelektualną rywalizacją w sprawach międzynarodowych przygotowały mnie studia historyczne i metodologiczne badania nad historią marksizmu oraz sporów ideologicznych wokół spraw międzynarodowych w europejskich środowiskach marksistowskich, a następnie badania nad konfliktami ideologicznymi w partii bolszewickiej w Rosji wokół programu polityki zagranicznej państwa proletariackiego, które prowadziłem na studiach historycznych na Uniwersytecie Jagiellońskim, pod kierunkiem profesora Michała Pułaskiego.

Duże znaczenie pod tym względem miały dla mnie także badania nad współpracą III Rzeszy i Związku Sowieckiego w latach 1939–1941, które ostatecznie znalazły swoje zwieńczenie w doktoracie i mono­grafii. Stale mam w pamięci notatkę z maja 1939 r., sporządzoną w Departamencie Politycznym Auswärtiges Amt, którą odnalazłem w niemieckim archiwum. Dyplomaci III Rzeszy formułowali w niej argumenty na rzecz sojuszu III Rzeszy ze Związkiem Sowieckim, który miał być wymierzony przeciwko porządkowi wersalskiemu: "Różnice wewnątrzpolityczne i światopoglądowe nie powinny być przeszkodą dla sojuszu, nawet wtedy, gdy przeciwieństwo ideologiczne jest tak daleko idące, jak między ultrakapitalistyczną, prywatną, wolnorynkową monarchią angielską i radykalnie antykapitalistycznym, ateistycznym, komunistycznym bolszewizmem". Zdaniem autorów tej opinii przyjęcie przez stronę sowiecką takiego stanowiska natychmiast stawiało Niemcy w znacznie wygodniejszym położeniu niż "demokracje zachodnie", gdyż różnice ideologiczne między Rosją a "niemiecką NSDAP" były dużo mniejsze niż te dzielące "państwo awangardy proletariatu" od "kapitalistycznej monarchii angielskiej". Hitler i Stalin także potrzebowali nowego paradygmatu interpretacyjnego uzasadniającego ich współpracę przeciwko Wielkiej Brytanii, Francji i Polsce.

Siłą rzeczy moje akademickie zainteresowania tą problematyką wpływały na tematykę prowadzonych przeze mnie zajęć ze studentami z historii polskiej dyplomacji i polskiej polityki zagranicznej, a także kluczowych problemów międzynarodowych XX wieku, które prowadziłem na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu im. Kardynała Stefana Wyszyńskiego, a następnie w Instytucie Historycznym Uniwersytetu Warszawskiego.

Moje zainteresowania miały szansę rozwinąć się najpełniej w związku z moją pracą analityka, następnie kierownika badań w Pol­skim Instytucie Spraw Międzynarodowych, z którym związałem się w 2000 r. Dzięki pracy w PISM swoje rozważania akademickie zacząłem z czasem uzupełniać o doświadczenia praktyczne. PISM nie jest bowiem instytucją akademicką. Przeciwnie, jako instytucja ekspercka, utworzona z mocy ustawy Sejmu, jest zorientowana utylitarnie. Jej zadaniem jest wspieranie wiedzą ekspercką organów państwa polskiego prowadzących i kształtujących polską politykę zagraniczną. Odbywa się to także poprzez uczestnictwo w międzynarodowej debacie o sprawach międzynarodowych i jej współkształtowanie w taki sposób, aby jej kierunek sprzyjał realizacji interesów Polski i jej polityki zagranicznej, tak jak ją definiują organy państwa odpowiedzialne za jej prowadzenie z mocy uzyskanego demokratycznego mandatu. Ma to swoje ograniczenia, ale zapewnia bezkonkurencyjny w uwarunkowaniach instytucjonalnych naszego kraju dostęp do politycznych realiów i praktyki polskiej polityki zagranicznej. Przez wiele lat miałem zaszczyt kierować PISM. Funkcja dyrektora tej instytucji pozwalała mi na bliski kontakt z decydentami reprezentującymi bardzo odmienne obozy polityczne i ukształtowanymi w oparciu o bardzo zróżnicowane doświadczenia.

Niniejsza książka jest zbiorem esejów powstałych w ostatnim ćwierć­wieczu, dotyczących różnych problemów międzynarodowych, które próbowałem definiować z punktu widzenia interesów Polski. Powstawały one na przestrzeni wszystkich tych lat zarówno z inspiracji mającej swoje źródło w zainteresowaniach akademickich, jak i praktycznej potrzeby wsparcia bieżących celów, do których osiągnięcia Polska dążyła w swojej polityce zagranicznej.

Zbiór ten można traktować jako swoistą kronikę problemów i wyzwań, przed którymi stanęła polska polityka zagraniczna w ciągu tych 25 lat. Ale jest to także zapis moich poszukiwań zmierzających do zdefiniowania polskiej szkoły myślenia o języku i strategii sprzyjającej realizacji interesów polskiego państwa w konkurencyjnym środowisku międzynarodowym. Polska ma przecież swoje interesy, musi zatem je posiadać w obszarze międzynarodowej konkurencji idei.

W swoich esejach nie aspirowałem do stworzenia jakiejś spójnej doktryny w tej sprawie. To zaledwie szkice, często kontrowersyjne, obliczone na pobudzanie do myślenia o takiej konceptualizacji polityki międzynarodowej, która w sposób najbardziej optymalny odpowiadałaby polskim interesom. Myślenia, w którym nasza polityka wobec tego czy innego państwa, tego czy innego zagadnienia międzynarodowego, członkostwo Polski w UE, NATO i innych organizacjach nie są w żadnym wypadku celami samym w sobie, ale instrumentami służącymi poprawie statusu Polski w świecie i zwiększaniu jej możliwości oddziaływania na politykę międzynarodową, w zgodzie z jej interesami.

Zbiór rozpoczyna się artykułem poświęconym podręcznikowi geo­polityki Aleksandra Dugina i rozważaniami o geopolitycznej przyszłości Rosji, którym w 1997 r. debiutowałem na łamach krakowskich "Arcanów" – w tym miejscu chciałbym wyrazić wdzięczność ich ówczesnemu redaktorowi naczelnemu Andrzejowi Nowakowi za odwagę w publikowaniu młodych, nieznanych wówczas autorów. Ostatnim tekstem zamieszczonym w tym zbiorze jest zaś artykuł o znaczeniu buntu Prigożyna dla przyszłości Rosji i stworzonego przez Władimira Putina ustroju, zamieszczony w "Polskim Przeglądzie Dyplomatycznym", którego miałem zaszczyt być redaktorem naczelnym w latach 2007–2010 i ponownie od 2016 r. Pismo założył w 2001 r. Ryszard Stemplowski, pierwszy dyrektor nowego Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych, od którego wiele się nauczyłem, z którym rozmowy zawsze były dla mnie źródłem inspiracji i intelektualnego pobudzenia i któremu jestem wdzięczny za włączenie do zespołu PISM i możliwość współtworzenia tej znakomitej instytucji. Duże znaczenie dla mojego rozumienia związków między ideami a strategią miały moje rozmowy ze Zbigniewem Brzezińskim, który w 2006 r. zainteresował się moimi badaniami nad współpracą niemiecko-sowiecką w latach 1939–1941 i z którym spotykałem się regularnie w Waszyngtonie. Jego osobiste doświadczenia w intelektualnych zmaganiach o polityczny kształt świata, którymi się ze mną podzielił, uważam za bezcenny wkład do mojego rozumienia tej problematyki.

Wiele zamieszczonych w niniejszej książce esejów powstało pod wpływem inspiracji z rozmów, dyskusji i sporów z liczną grupą polskich i zagranicznych polityków, dyplomatów i ekspertów. Spotykałem ich na różnych etapach ich karier, wielu z nich poznałem początkowo w innych rolach społecznych niż te, które pełnili później, ale wszystkim wiele zawdzięczam. W sposób szczególny chciałbym wyrazić wdzięczność grupie osób, często przyjaciół, od których nauczyłem się najwięcej o polityce międzynarodowej, polskiej polityce zagranicznej, funkcjonowaniu państw i metodach realizowania przez nich interesów. Ponieważ spotykałem ich na różnym etapie swojej drogi życiowej i w różnych okolicznościach, czerpiąc z rozmów z nimi różnego rodzaju wiedzę i doświadczenie, wspominam ich tutaj w porządku alfabetycznym. Wyrażam szczególną wdzięczność: Łukaszowi Adamskiemu, gen. Rajmundowi Andrzejczakowi, Władysławowi Bartoszewskiemu, Przemysławowi Biskupowi, Włodzimierzowi Borodziejowi, Karolinie Borońskiej-Hryniewieckiej, Janowi Jackowi Bruskiemu, Zbigniewowi Brzezińskiemu, Mikołajowi Budzanowskiemu, Bartoszowi Cichoc­kiemu, Jackowi Cichockiemu, Eliotowi Cohenowi, Elbridge'owi Colby'emu, Heather Conley, Andrzejowi Dąbrowskiemu, Peterowi Dora­nowi, Adamowi Eberhardtowi, Jackowi Foksowi, Ryszardzie For­mu­szewicz, Annie Fotydze, Danielowi Friedowi, Henrykowi Głębockiemu, Mateuszowi Gniazdowskiemu, Thomasowi Gomar­towi, Justynie Gotkowskiej, Beacie Górce-Winter, Arturowi Gradziu­kowi, Andrzejowi Grajewskiemu, Łukaszowi Jasinie, Leszkowi Jesieniowi, Adamowi Kobierackiemu, Wojciechowi Konończukowi, Markowi Kornatowi, Pawłowi Kowalowi, Piotrowi Krawczykowi, Łukaszowi Kulesie, Jaku­bowi Kumochowi, Robertowi Kupieckiemu, Romanowi Kuź­niarowi, Zbigniewowi Lewickiemu, Wojciechowi Lorenzowi, Markowi Madejowi, Markowi Magierowskiemu, Włodzimierzowi Marciniakowi, Andrew Michcie, Mariuszowi Muszyńskiemu, Andrzejowi Nowakowi, Katarzynie Pełczyńskiej-Nałęcz, Sebastianowi Płóciennikowi, Zbigniewowi Rauowi, Janowi Rościszewskiemu, Adamowi Danielowi Rotfeldowi, Patrycji Sasnal, Kori Schake, Grzegorzowi Schetynie, Eugeniuszowi Smolarowi, Ulri­chowi Speckowi, Krzysztofowi Szczerskiemu, Justynie Szczud­lik, Konradowi Szymańskiemu, Piotrowi Świtalskiemu, Rafałowi Tarnogórskiemu, Rafałowi Trzaskowskiemu, Witoldowi Waszczy­kowskie­mu, Piotrowi Wilczkowi, Bartoszowi Wiśniewskiemu, Mar­ci­nowi Wojciechowskiemu, Mariuszowi Wołosowi, Ernestowi Wy­cisz­kiewiczowi, Pawłowi Zalewskiemu, Bogdanowi Zdrojewskiemu, Stanisławowi Żerce i Przemysławowi Żurawskiemu vel Grajewskiemu.

Wspominam z wdzięcz­nością współpracę ze wszystkimi sekretarzami redakcji Polskiego Przeglądu Dyplomatycznego: Katarzyną Korzeniewską-Wołek, Katarzyną Sochacką, Rafałem Tarnogórskim, Agatą Kołakowską, Justyną Posel­-Częścik, Julią Michalak, Łukaszem Jasiną, Arkadiuszem Legieciem i Łukaszem Jasińskim.

Od wielu błędów i pomyłek uchroniły mnie znakomite koleżanki kierujące wydawnictwem PISM: Małgorzata Krystyniak, Joanna Sokólska i Dorota Dołęgowska oraz redaktorki wielu moich tekstów: Grażyna Nowocień-Mach, Maria Konopka-Wichrowska, Katarzyna Staniewska, Marta Przyłuska-Brzostek i Karolina Dyl.

Wielki dług zaciągnąłem także u wszystkich koleżanek i kolegów, z którymi w różnych latach miałem zaszczyt współpracować w Polskim Instytucie Spraw Międzynarodowych.

Choć wszystkim wymienionym zawdzięczam bardzo wiele, to odpowiedzialność za zakres i sposób wykorzystania ich wiedzy i doświadczeń pozostaje wyłączną moją odpowiedzialnością, jako autora zamieszczonych w niniejszym tomie esejów. Wyłącznie autora obciążają także wszelkie błędy, pominięcia, nieprecyzyjne sformułowania oraz ewentualnie opinie, które wydadzą się czytelnikom chybione. Mimo wszystko żywię nadzieję, że niniejszy zbiór esejów będzie dla jego czytelników źródłem inspiracji do myślenia o konkurencji idei jako o jednym z obszarów strategicznej rywalizacji.

Sławomir Dębski

GEOPOLITYCZNA PRZYSZŁOŚĆ ROSJI

Niniejszy tekst jest próbą rozważań o przyszłości rosyjskiej polityki zagranicznej, jej prawdopodobnych głównych kierunkach działania. Do zabrania głosu w tej sprawie zainspirowała mnie opubli­kowana niedawno w Rosji książka Aleksandra Dugina pt. Osnowy geopolitiki. Geopoliticzeskoje buduszczeje Rossii (Podstawy geopolityki. Geopolityczna przyszłość Rosji)1, która w założeniu wydawcy ma być "przewodnikiem dla tych wszystkich, którzy podejmują decyzję w ważniejszych sferach rosyjskiego życia politycznego – dla dziennikarzy, ekonomistów, przemysłowców, bankierów, wojskowych, dyplomatów, specjalistów od spraw międzynarodowych, analityków, politologów i innych"2. Praca ta ma wszelkie szanse na to, aby się stać podręcznikiem nie tyle dla współczesnych, ale co bardziej prawdopodobne, przyszłych wpływowych rosyjskich elit. Dla mnie zaś stała się inspiracją do rozważań, którymi, na marginesie pracy rosyjskiego politologa, chciałbym się podzielić z czytelnikami.

Podstawowe geopolityczne złożenia rosyjskiej polityki zagranicznej

Geopolityka to doktryna polityczna opierająca się na założeniu, według którego tendencje rozwojowe państw są zdeterminowane warunkami geograficznymi3. To także sposób myślenia o stosunkach międzynarodowych, analizowania ich w poszukiwaniu historycznych i kulturowych precedensów, w celu określenia strategicznych potencjałów państw i wytyczenia kierunków ich politycznej ekspansji. Siłą rzeczy jest to doktryna ciesząca się szczególnym uznaniem w państwach o tradycjach imperialnych. W Rosji czasami jest nawet uważana za dyscyplinę naukową. Ponieważ uwarunkowania geopolityczne nie zmieniają się zbyt często, daje to możliwość przewidywania polityki zagranicznej państw. A czasy, w których obecnie żyjemy, dają nam dobrą perspektywę do obserwacji i szukania odpowiedzi na pytania o potencjalną politykę zagraniczną Rosji. Upadek imperium sowieckiego, powstanie w jego miejsce nowych organizmów państwowych, w tym Federacji Rosyjskiej, a także takich efemeryd jak Wspólnota Niepodległych Państw, pozwala łatwiej dostrzec, kto jest prawdziwym i jedynym podmiotem "rosyjskich interesów narodowych". W tym kontekście niezwykle interesujące są poglądy rosyjskiego geopolityka.

Aleksander Dugin uważa, że pomimo zmieniających się ustrojów i elit rządzących, niezależnie od pojawiania się okresów prosperity i smut, realnym podmiotem rosyjskiej polityki zagranicznej pozostawał, pozostaje i będzie pozostawał "naród rosyjski". Pod tym pojęciem rozumie on "wspólnotę historyczną posiadającą wszystkie cechy pełno­wartościowego, stabilnego, politycznego podmiotu", spójnego pod względem etnicznym, kulturowym, psychologicznym i religijnym. Z tego powodu należy go stawiać w centrum geopolitycznych rozważań. Ponadto "naród rosyjski", w odróżnieniu od innych narodów, był i jest strażnikiem osobnej i wyjątkowej cywilizacji, nazywanej "wschodnią", "grecką", "nowo rzymską" lub inaczej, "cywilizacją cyrylicy", innym razem znów "cywilizacją prawosławia". Cywilizacja ta, zwraca uwagę autor, wykreowała już wiele organizmów państwowych od księstw moskiewskich w średniowieczu poczynając, poprzez imperium Piotra Wielkiego, na "imperium zła" – Rosji bolszewickiej – kończąc. Zdaniem Dugina, "naród rosyjski nie tylko stanowił podstawę etniczną wszystkich tych formacji państwowych, ale wyrażał także w nich swoją specyficzną ideę cywilizacyjną niepodobną do żadnej innej". Uważa on ponadto, że naród rosyjski nie jest tworem rosyjskiej państwowości: "Przeciwnie, rosyjski naród, lud rosyjski eksperymentował w historii z różnymi typami systemów ustrojowych, w różny sposób wyrażając (w zależności od okoliczności) specyfikę swojej unikalnej myśli"4. Można zgłaszać zastrzeżenia do przytoczonych powyżej opinii, ale pozostaje faktem, że specyfika narodu rosyjskiego, z jego misją depozytariusza tradycji i kultury "wschodniej schizmy", cerkwi prawosławnej, stawiała nawet najbardziej despotycznych rządzących w roli wobec niego służebnej.

Obecnie państwowość rosyjska przeżywa czas smuty – diagnoza ta nie budzi w Rosji większych kontrowersji. Okres ten w przyszłości się skończy i choć trudno prognozować, jaką strukturę formalnoprawną przybierze tym razem "Duch Rosji", warto się już dziś zastanowić nad jego możliwościami.

Dugin wymienia cztery geopolityczne "fundamenty" interesów narodowych, które będą musiały być uwzględniane w polityce zagranicznej "potencjalnej Rosji".

Po pierwsze, jego zdaniem, Rosja pozostanie w jakimś sensie odpowiedzialna za rozwój i kontrolę nad północno-wschodnimi obszarami Euroazji5. Przypuszczenie to trzeba uznać za bardzo prawdopodobne. Kierunek ten bowiem pozostawał przez minione stulecia niezmiennie w sferze zainteresowań i wpływów rosyjskich bez względu na polityczno-ideologiczne zawirowania. Ponadto Rosja nigdy nie miała godnych siebie przeciwników w rywalizacji o dominację nad tym obszarem i tak zapewne pozostanie. Niektórzy, będąc pod wpływem intelektualnej desperacji, chcieliby widzieć państwo chińskie w roli przeciwwagi dla rosyjskich aspiracji na tym kierunku, jednakże wnioskując z tendencji zaobserwowanych w minionych stuleciach, znacznie atrakcyjniejszym kierunkiem dla rozszerzania chińskich wpływów może być południowa, ewentualnie centralna Euroazja. Do podobnych konkluzji doszli zresztą amerykańscy kreatorzy polityki Pax Americana, którzy uznając rosyjską wyłączność na oddziaływanie w północno-wschodniej Euroazji, planują jej spożytkowanie w roli stabilizatora, a nawet ewentualnej geopolitycznej "groźby" wobec ekspansji Chin lub Islamu.

Po drugie, Aleksander Dugin jest przekonany, że rosyjska polityka zagraniczna będzie musiała w dalszym ciągu mieć charakter anty­zachodni. Naród rosyjski cechujący się odrębną religijnością i kulturą oraz zupełnie nieporównywalną z doświadczeniami katolicko-protestanckiego zachodu tradycją, w imię jej zachowania będzie zmuszony do przeciwstawiania się zachodniej cywilizacji6. Dugin uważa jednak, że obecnie trudno jest już mówić tylko o "jednym Zachodzie". Z rosyjskiej perspektywy należy raczej rozpatrywać "Zachód jako Amerykę" i "Zachód jako Europę". Dlatego też rosyjska polityka powinna być zróżnicowana.

Ameryka pozostanie, zdaniem Dugina, najważniejszym wrogiem Rosji, która w związku z tym powinna "przeciwdziałać atlantyckiej geopolityce Stanów Zjednoczonych na wszystkich płaszczyznach i we wszystkich rejonach ziemi, starać się maksymalnie osłabić, zdemoralizować, oszukać i w końcu zwyciężyć przeciwnika. Szczególnie ważne jest przy tym, aby wprowadzić geopolityczny zamęt w działalność wewnątrzamerykańską, popierać wszelki separatyzm, różnorodne etniczne i rasowe konflikty, aktywnie wspomagać wszelkie ruchy dysydenckie – ugrupowania ekstremistyczne, rasistowskie i sekciarskie, destabilizować wewnątrzpaństwowe procesy polityczne w Stanach Zjednoczonych. Przy tym jednocześnie mieć na uwadze wspieranie tendencji izolacjonistycznych w polityce amerykańskiej, czyli tych (często prawicowo-republikańskich) kręgów, które uważają, że Stany Zjednoczone powinny zająć się swoimi wewnętrznymi problemami. Taka sytuacja jest dla Rosji bardziej wygodna, nawet jeśli izolacjonizm będzie realizować się w ramach pierwotnej redakcji doktryny Monroe – tj. jeśli Stany Zjednoczone ograniczą swoje wpływy do obu Ameryk7.

Przytoczone wytyczne są nadzwyczaj czytelne. Kurs antyzachodni w rosyjskiej polityce powinien się, według Dugina, przejawiać w próbach zwalczania lub neutralizacji oddziaływania państwa, które ze względu na swój potencjał ekonomiczno-kulturowy już od połowy XX wieku zajmuje, i w przyszłości nadal będzie zajmować, pozycję lidera w procesie rozszerzania wpływów cywilizacji Zachodu, w tym rynków zbytu dla jej wytworów. Polityka ta będzie zatem, z jednej strony, zorientowana na poszukiwanie sojuszników, którzy z powodów religijnych i ideologicznych czy też ekonomicznych wyrażą gotowość walki ze wspólnym zagrożeniem, z drugiej zaś strony, będzie zapewne dążyć do wywoływania kryzysów w obozie Zachodu, a nawet do prób podziału tego obozu i wystąpień godzących w interesy lidera8. Tę diagnozę potwierdzają udzielane przez Dugina wskazówki odnośnie do tego, jaką politykę powinna Rosja prowadzić wobec drugiej, wyodrębnionej przez niego, części Zachodu – Europy.

Autor Podstaw geopolityki zauważa, że "stary kontynent" – w przeszłości centrum świata, kolebka zachodniej cywilizacji – został sprowadzony w XX wieku do roli amerykańskiej kolonii (strategicznej, kulturalnej, ekonomicznej i politycznej) pozbawionej własnej geo­politycznej roli. Europa jest dla Stanów Zjednoczonych przyczółkiem i najbardziej prawdopodobnym miejscem konfliktu z Euroazją (Rosją). Dlatego też priorytetowym zadaniem rosyjskiej polityki wobec Europy jest wyrwanie jej spod dominacji amerykańskiej. Niezależna i neutralna Europa nie będzie stanowić żadnego niebezpieczeństwa, a z czasem może stać się sojusznikiem Rosji w jej walce z dominacją amerykańską. W pewnym miejscu jest nawet mowa o celu maksymalnym – "finlandyzacji Europy"9. Jak to osiągnąć? Zdaniem Dugina Rosja ma dwa wyjścia: albo wojnę i podbój, albo konsekwentne wspieranie europejskich, separatystycznych względem Stanów Zjednoczonych, tendencji. Autor nie bez zadowolenia zauważa, że układ w Maastricht jest pierwszym krokiem w kierunku usamodzielnienia się Europy od "Wuja Sama"10.

Po trzecie, Dugin zakłada, że wysiłki Rosji będą zmierzać do utworzenia nowego imperium. Nigdy bowiem "Duch Rosyjski" nie dążył do utworzenia państwa monoetnicznego. Jego misja miała zatem charakter uniwersalny, spełniała tym samym warunek umożliwiający budowę imperium, którego granice stopniowo się rozszerzały. Autor słusznie nazywa absurdem upatrywanie w rosyjskim, zaplanowanym i otwarcie głoszonym ekspansjonizmie przypadku czy też zbiegu historycznych okoliczności. Ten ekspansjonizm jest nieodłączną częścią istnienia narodu rosyjskiego, jest również ściśle związany z jego "misją cywilizacyjną" w Euroazji11. Pogląd ten w rosyjskiej myśli politycznej nie jest niczym nowym, a jego złudna świeżość stanowi jedynie fragment postsowieckiego dziedzictwa.

Po czwarte wreszcie, rosyjski geopolityk zwraca uwagę na to, że "Duch Rosji" posiada cechę, która już wielokrotnie była spiritus movens różnego rodzaju nieporozumień i konfliktów, nie tylko zresztą dyplomatycznych. Cecha ta to przekonanie o własnej szczególnej predestynacji, która daje prawo do posiadania decydującego zdania nie tylko w kwestiach bezpośrednio Rosję dotyczących, ale także ogólnoświatowych. Rosja jest przekonana o własnej szczególnej roli w historii i wyznaczonej jej przez Boga misji "zbawiciela narodów"12. Wpływ przekonania o roli "bożego wybrańca" przejawia się w niezachwianej wierze Rosjan w ostateczne zwycięstwo Dobra, Prawdy i Sprawiedliwości, a dotykające Rosję niepowodzenia odbierane są jako krzywda wyrządzona przez "siły ciemności" "bożemu pomazańcowi". Niepowodzenia są jednak przejściowe, a "Mesjasz-Rosja" odniesie w końcu zwycięstwo. "Rosjanie mają zdanie na temat wszystkiego i wszystkich, pisze Dugin, i z tego powodu, koniec końców interesy narodu rosyjskiego nie ograniczają się ani do rosyjskich ziem etnicznych, ani Imperium Rosyjskiego, ani także całej Euroazji. Ten "transcendentalny" aspekt rosyjskiej nacji należy brać pod uwagę, zastanawiając się nad przyszłością geopolitycznej strategii"13.

Jednym z wymienianych przez Dugina środków realizacji celów geopolitycznych Rosji jest konflikt zbrojny z Zachodem (Stanami Zjednoczonymi, Europą). I choć autor nie wydaje się być zwolennikiem tej metody, to któryś z jego uczniów (mamy przecież do czynienia z podręcznikiem) może być już pozbawiony moralnych skrupułów nauczyciela. Ale aby wojna przyniosła oczekiwane korzyści geopolityczne, trzeba ją nie tylko wygrać, należy także zachować dość sił, aby móc skonsumować owoce tego zwycięstwa. Rosja zaś nigdy w swoich dziejach, nawet w czasach największych politycznych i militarnych sukcesów Stalina, nie była w stanie zmobilizować takich sił, aby móc myśleć o "finlandyzacji" Europy. Może więc Euroazja nigdy nie będzie posiadać takich możliwości? Jeżeli tak, to próba zbrojnego poprawienia sytuacji geopolitycznej Rosji na kierunku europejskim może okazać się dla niej próbą samobójczą.

Bardziej skuteczne mogą być metody polityczne i pokojowe. Tyle tylko, że proponowane przez Dugina klasyczne schematy geopolitycznych osi Paryż–Berlin–Moskwa lub Berlin–Moskwa mogą w przyszłości stać się koncepcjami anachronicznymi w związku z postępującymi procesami integracyjnymi w Europie14. Powstanie nowego geopolitycznego czynnika – Zjednoczonej Europy – dla której Dugin planuje rolę naturalnego rosyjskiego sojusznika w walce o obalenie Pax Americana, wcale nie musi powodować ograniczenia wpływów amerykańskich na "starym kontynencie". Co więcej, na skutek całkiem prawdopodobnej wewnątrzunijnej rywalizacji o pozycję pierwszego wśród równych rola Stanów Zjednoczonych może wzrosnąć. Ponadto nie bardzo wiadomo, z jakiego powodu Zjednoczona Europa ma się okazać "naturalnym sprzymierzeńcem" Rosji. Doświadczenia historyczne uczą, iż ilekroć dochodziło w przeszłości do europejskiej "integracji" (jak dotąd miała ona zawsze charakter zbrojnego podboju), tyle­kroć następował konflikt interesów "zintegrowanej" Europy i Rosji, a następnie wojna. Rosja już dwukrotnie wychodziła z tej opresji obronną ręką, ale zarówno Napoleona I, jak i Hitlera pokonała, będąc w sojuszu z Sea Power, Anglią w wieku XIX i Stanami Zjednoczonymi w wieku XX.

Nadzieje rosyjskiego autora na ułożenie się Moskwy z "przyjazną" Rosji Europą oparte są częściowo na przeświadczeniu, że w Zjednoczonej Europie decydujące znaczenie będą miały Berlin i Paryż, gdzie tradycje dobrych stosunków z Moskwą są bardzo żywe, a postawy antyamerykańskie silne. Ale, po pierwsze, siła mniejszych państw europejskich jak dotąd skutecznie uniemożliwiała zdominowanie Unii Europejskiej przez któregoś z europejskich potentatów, po drugie, narzuca się następujący kontrargument – w historii Europy co najmniej równie często mamy do czynienia z przykładami niemieckiej i francuskiej polityki antyrosyjskiej.

Aleksander Dugin popełnia – moim zdaniem – w swoich rozważaniach poważny błąd, nie doceniając znaczenia nowego kierunku, przez niektórych uważanego za następcę geopolityki. Mam tu na myśli geoekonomię15.

Otóż z ekonomicznego punktu widzenia granice państwowe przestają obecnie mieć jakiekolwiek znaczenie. Mamy już do czynienia z koncernami ogólnoświatowymi, wspólnym rynkiem finansowym, innymi słowy, z globalnymi powiązaniami gospodarczymi. W wielu wypadkach trudno nam jest już określić, jaki kapitał stoi za poszczególnymi transakcjami czy inwestycjami – amerykański, japoński czy europejski, a może wspólny? Prawie żaden kraj na świecie nie jest już w stanie izolować własnej gospodarki od naczyń połączonych globalnej ekonomii. Tendencja ta może się w przyszłości pogłębiać, a to oznacza, że żadna prorosyjska reorientacja Europy, żadne zerwanie "uzależnienia" od Stanów Zjednoczonych nie będzie w przyszłości możliwe. Z tego samego powodu maleją szanse na zwycięstwo w Waszyngtonie tendencji izolacjonistycznych.

Według Dugina geoekonomia – to tylko jedna z form atlantyzmu, przejaw dominacji Stanów Zjednoczonych16. Najważniejsze role na ekonomicznej i gospodarczej mapie świata zostały już bowiem dawno rozdzielone, a Rosji przypadło miejsce gdzieś w "trzeciej lidze" – z tym faktem rosyjska dusza autora pogodzić się nie mogła. Nawet gdyby w Rosji zdarzył się nagle "cud gospodarczy", to jeszcze przez całe dziesięciolecia byłaby uznawana za nic więcej jak tylko emergent market – rynek rozwijający się (dosłownie wschodzący). Ale nie tylko dlatego rosyjski politolog stara się pomniejszyć znaczenie geoekonomii. Powód jest także inny – gdyby zaakceptował tę teorię, pozbawiłby Rosję nadziei na odbudowę imperium.

Konsekwencją takiego stanowiska jest więc próba szukania dla nowego imperium ekonomicznej "trzeciej drogi"17. Skoro bowiem socjalizm okazał się ustrojem niewydolnym pod względem gospodarczym, a reformy prowadzone "pod dyktando" Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Banku Światowego grożą utratą geopolitycznej samodzielności, należy szukać innych rozwiązań. Dugin proponuje zaiste "salomonowe" rozwiązanie problemu: "ekonomia powinna zostać podporządkowana interesom narodowym, a wszelkie odwoływanie się do niezależnej logiki rynków stanowi jedynie parawan dla ekonomicznej (i w następstwie politycznej) ekspansji krajów bogatych ze szkodą biedniejszych"18. "Trzecia droga" jest jednak iluzją. Nie jest możliwe stworzenie i utrzymywanie, na dłuższą metę, efektywnego, wolnorynkowego systemu gospodarczego izolowanego od globalnej ekonomii. Nie jest możliwe także współistnienie w jednym państwie dwóch systemów gospodarczych, socjalistycznego i kapitalistycznego – tego rodzaju próby prowadzą nieuchronnie do erozji jednego z nich i zaburzeń politycznych.

Podstawy ekonomiczne proponowanego przez Dugina programu odbudowy rosyjskiego imperium to najsłabszy element jego przewidywań. Jakakolwiek aktywna walka o poprawę sytuacji geopolitycznej Rosji, nie mówiąc już o planach budowy "nowego imperium", wymaga ogromnych środków – to truizm. Ale proponowane przez Dugina nierealne sposoby zapewnienia finansowania "programu imperialnego" powodują, że formułowane przez niego ambitne plany i zadania dla przyszłej Euroazji są przejawem myślenia życzeniowego, a nie odzwierciedleniem aktualnych czy też potencjalnych możliwości.

Polska w geopolitycznej przyszłości Rosji

Polska w rozważaniach Aleksandra Dugina to część "kordonu sanitarnego" – "ziemi niczyjej" u bram rosyjskiej strefy wpływów. To także kraj o własnych geopolitycznych tradycjach z czasów Rzeczpospolitej Obojga Narodów19. Dugin uważa, że jako element "kordonu sanitarnego" Polska stanowi przeszkodę na drodze do odbudowy rosyjskiego imperium. Celem Euroazji jest zwasalizowanie – "finlandyzacja" – Europy i wyrwanie jej spod wpływów atlantyzmu. Istnienie "kordonu sanitarnego" znacznie utrudnia oddziaływanie Rosji na Europę, wobec tego – postuluje Dugin – należy dążyć do "zburzenia kordonu", co "niekoniecznie powinno oznaczać automatyczną aneksję terytorialną przez inne państwa". Sprawę można rozwiązać, przyłączając, drogą polityczną, państwa buforowe do jednoznacznej geopolitycznej orientacji20. Innymi słowy chodzi tutaj o ponowne, jasne wytyczenie stref geopolitycznego oddziaływania. Stanowisko rosyjskiego geopolityka należy rozumieć jako wezwanie do rozszerzenia struktur europejskich na wschód. Polska, Litwa, Czechy, Słowacja, Węgry i Rumunia, a może również Łotwa i Estonia powinny znaleźć się w Unii Europejskiej – w przeciwnym razie będą narzędziem antyrosyjskiej polityki atlantyckiej. Rosja zaś powinna ze swej strony dążyć do zjednoczenia z Białorusią i uzyskania geopolitycznej kontroli nad Ukrainą21. W stanowisku Dugina należy podkreślić, że opowiada się on za rozszerzeniem struktur europejskich na Europę Środkowo-Wschodnią, ponieważ widzi w tym szansę na ograniczenie wpływów amerykańskich. Stanowczo natomiast sprzeciwia się rozszerzaniu NATO.

W dalszej perspektywie region Bałtyku powinien utworzyć "neutralną, politycznie i przyjazną Moskwie Federację Bałtycką"22. Chodzi o nową figurę geopolityczną, której utworzenie będzie możliwe w wyniku oddziaływania osi Berlin–Moskwa. W przeszłości podobną rolę geopolitycznego łącznika odgrywały Prusy. Dlatego pomysł geopolitycznej integracji Bałtyku należy traktować jak oryginalną propozycję zastąpienia lub odbudowania Prus. W realizacji tej idei, na płaszczyźnie ściśle teoretycznej, Dugin przewiduje dwa etapy:

1. Utworzenie nowego, spójnego pod względem tradycji kulturowych23 obszaru w granicach historycznych Prus. Z taką inicjatywą wystąpią Moskwa i Berlin. Logicznym następstwem tej współpracy powinno być odstąpienie przez Rosję Berlinowi części ziem pruskich, przyłączonych w wyniku II wojny światowej (okręg kaliningradzki).

2. Wokół Prus nastąpi proces strategicznego jednoczenia państw bałtyckich w jeden blok, do którego powinny wejść Norwegia, Szwecja, Niemcy, Estonia, Finlandia-Karelia, Dania, być może Holandia. "Specjalny status przewiduje się dla Polski, Litwy i Łotwy. Obowiązkowym warunkiem będzie wystąpienie wszystkich tych państw z NATO i utworzenie wokół Bałtyku strefy zdemilitaryzowanej. W perspektywie strategiczna kontrola (nad tym obszarem – S.D.) zostanie powierzona Moskwie i siłom zbrojnym neutralnej Europy, tj. euroazjatyckiemu kompleksowi obronnemu"24.

Prawdziwy problem w tych teoretycznych rozważaniach sprawiają Duginowi Polska i Litwa. Historyczny precedens I Rzeczpospolitej może stwarzać – jego zdaniem – dla Rosji poważne komplikacje, zwłaszcza gdyby pojawiły się jakieś tendencje integracyjne oparte o katolickie tradycje wspólnej państwowości. Polsko-litewski potencjał może być groźny, zarówno gdy będzie zmierzał do odgrywania samodzielnej roli geopolitycznej, jak i wtedy, gdy stanie się częścią jakiegoś innego geopolitycznego bloku (może atlantyckiego?). W obu przypadkach Polska i Litwa mogą zablokować próby zbudowania osi Berlin–Moskwa, a co za tym idzie uniemożliwić odbudowanie Prus (Federacji Bałtyckiej)25. "W związku z tym w Polsce i Litwie głównym geopolitycznym partnerem Euroazji (Rosji – S.D.) powinny być siły domagające się prowadzenia przez te państwa polityki niekatolickiej – zwolennicy świeckiej socjaldemokracji, neopoganie, ludzie o nieokreślonej przynależności etnicznej, protestanci, prawosławne kręgi religijne, mniejszości narodowe. Ponadto napięcia etniczne w stosunkach polsko-litewskich stanowią nadzwyczaj cenny element, który należy wykorzystać i, w miarę możliwości, wzmacniać"26.

Teoretyczne rozważania Aleksandra Dugina nad rolą Polski w geo­politycznej przyszłości Rosji mogą budzić nasze zaniepokojenie. Dążenie Polski do uczestnictwa w NATO jest próbą wyeliminowania odwiecznego, geopolitycznego zagrożenia jej państwowości. Obecnie Rosji nie udaje się powstrzymywać rozszerzania się struktur atlantyckich o "kordon sanitarny", ale chcąc myśleć o odbudowie imperium, Rosja – zdaniem rosyjskiego politologa – będzie musiała wypchnąć Amerykanów z byłej strefy buforowej. Jego zdaniem będzie to możliwe, gdy uda się przekonać Europę, iż jest ona w stanie sama, bez amerykańskiej pomocy, zapewnić sobie bezpieczeństwo. Wycofanie się Stanów Zjednoczonych ze starego kontynentu i rozwiązanie Paktu Północnoatlantyckiego umożliwi Rosji zneutralizowanie, a może nawet "finlandyzację", Europy. Polska wraz z innymi państwami "kordonu" powinna się wtedy znajdować w strukturach europejskich i razem z nimi stać się rosyjskim wasalem lub, w najgorszym wypadku, "strefą neutralną".

W trakcie czytania Podstaw geopolityki kilkakrotnie nasuwało mi się pytanie: czy planowana "neutralizacja" Europy nie jest przypadkiem drogą do jej rozbicia i powrotu do XIX-wiecznych realiów geopolitycznych? Takie podejrzenia mogą się nasuwać w związku z projektami odbudowy przez Moskwę, we współpracy z Berlinem, Prus lub utworzenia "Federacji Bałtyckiej". Przypuszczam, że odbudowanie Prus lub jakiegoś ich geopolitycznego substytutu nad Bałtykiem miałoby charakter zdecydowanie antyfrancuski, co w konsekwencji musiałoby doprowadzić do konfliktu. Dzieje Europy ostatnich kilku wieków dostarczają dostatecznie dużo przykładów tego rodzaju sytuacji. Także w Londynie, który po wycofaniu się Amerykanów musiałby powrócić do swojej tradycyjnej polityki kontynentalnej "równowagi", powstanie sojuszu Berlina i Moskwy nie spotkałoby się z aplauzem. Tak czy inaczej, Zjednoczona Europa mogłaby ulec "de-unifikacji". Rozbicie Unii Europejskiej byłoby dla Polski z całą pewnością groźnym scenariuszem. Przewidywany przez Dugina, w związku z planami budowy "Federacji Bałtyckiej", "specjalny status" dla Polski, Litwy i Łotwy może przecież być eufemizmem jakiegoś nowego rozbioru. Na razie możemy spać spokojnie. Rosja nie ma środków, aby realizować wskazówki Aleksandra Dugina. Powinniśmy się jednak zastanawiać, jak ominąć potencjalne niebezpieczeństwa.

Jakie powinno być zatem stanowisko Warszawy wobec prób realizacji rosyjskich projektów? Pewne kierunki naszej polityki narzucają się, w związku ze wszystkimi powyższymi uwagami, same. W naszym interesie powinno leżeć utrzymanie amerykańskiej obecności w Europie, a także otwartego charakteru Sojuszu Północnoatlantyckiego. Tylko w ten sposób będziemy w stanie nie dopuścić do odbudowy rosyjskiego imperium. Choć z całą pewnością nie uda się nikomu nakłonić Rosji, aby ta wyrzekła się tego rodzaju planów. W tym kontekście powinniśmy ograniczyć płynące z naszej strony mentorskie uwagi w rodzaju: "Rosja, w swojej polityce, powinna unikać przemawiania z pozycji siły" lub "powinna wyzbyć się imperialnej frazeologii i zachowań". Choć niekiedy postimperialne w swoim charakterze, zachowania Moskwy rzeczywiście nie przystają do realiów aktualnej sytuacji ekonomiczno-politycznej Rosji, to musimy pamiętać, że wypowiedzi tego rodzaju z całą pewnością nic nam nie dają, a wywołują w Moskwie silną, nikomu niepotrzebną irytację. (Wszak rady te pochodzą od byłej imperialnej prowincji, która na dodatek dopuściła się zdrady i przeszła do obozu wroga – ucierpiało na tym, omawiane na wstępie, rosyjskie poczucie sprawiedliwości dziejowej). Nie oznacza to, że powinniśmy podporządkowywać naszą politykę wobec Rosji polityce Waszyngtonu. Wprost przeciwnie, polska dyplomacja powinna aktywnie wspierać rozwój kontaktów gospodarczych, kulturalnych i politycznych między oboma państwami, działać zdecydowanie i stanowczo rywalizować na tych polach nawet z przyszłymi sojusznikami. Powinna także prowadzić polski lobbyng w rosyjskim społeczeństwie – zaniedbania w tej dziedzinie są obecnie ogromne. Należy także zdecydowanie zarzucić lansowaną przez środowiska związane z Pałacem Namiestnikowskim politykę "nie drażnij Rosji", gdyż sugeruje ona naszą słabość i rozleniwia polskie poselstwo w Moskwie.

Dwa programy rosyjskiej polityki zagranicznej

Choć antropogeografia to teoria najbardziej, obok geoekonomii, niedoceniana przez Aleksandra Dugina, to jednak poświęcił kilka uwag kwestiom z nią związanym i warto się do nich w tym miejscu odnieść.

Jego zdaniem w chwili obecnej istnieją w Rosji dwa konkurencyjne wobec siebie projekty rosyjskiej przyszłości. Twórcami pierwszego z nich są radykalni liberałowie, drugi zaś jest lansowany przez tzw. zjednoczoną opozycję27.

Ci pierwsi są zwolennikami Francisa Fukuyamy i jego koncepcji "końca historii". Rosyjscy liberałowie odrzucają zatem takie pojęcia jak naród, historia, sprawiedliwość społeczna, religia i proponują w zamian prymat maksymalnej ekonomicznej efektywności, indywidualizmu i "wolnego rynku". Traktują oni swój program w sposób nieco ideo­logiczny, ale dzięki temu są w stanie zaproponować gotową odpowiedź na mogące się pojawić pytania dotyczące bardzo różnorodnych kwestii wynikających z procesu reform lub obecności państwa rosyjskiego na arenie międzynarodowej. Wzorów postępowania dostarczają im doświadczenia cywilizacji Zachodu. Korzenie ich programu leżą w przeświadczeniu o anachronizmach tkwiących w rosyjskim społeczeństwie i strukturach politycznych, które uniemożliwiają państwu rosyjskiemu równoprawne funkcjonowanie we współczesnym świecie.

Dugin uważa radykalnych liberałów za wyłącznych autorów i zwolenników rosyjskich reform – i tu, jak sądzę, jest w błędzie. Wspierają ich bowiem także wszyscy ci, którzy idąc drogą wytyczoną przez Piotra Wielkiego, Aleksandra I, Sergiusza Witte, Piotra Stołypina, uważają modernizację Rosji i rosyjskiego społeczeństwa za drogę do odzyskania przez Rosjan należnego im miejsca w światowej polityce, a następnie zbudowania fundamentów dla odrodzenia imperium. Można ich nazwać "koniunkturalnymi modernistami", ponieważ nie traktują programu budowy rosyjskiego "nowego społeczeństwa" za cel sam w sobie, a widzą w nim jedynie konieczny warunek uczynienia z Rosji potęgi ekonomicznej, która z kolei będzie podstawą do odzyskania wpływów politycznych i rewindykacji imperium. Mimo różnych pobudek wspólnym celem zwolenników reform jest w najbliższej perspektywie przystosowanie rosyjskiego społeczeństwa do reguł współżycia w "globalnej wiosce", do uznania i poszanowania obowiązujących w niej ekonomicznych, politycznych i kulturowych praw.

Według Dugina alternatywny projekt rosyjskiej przyszłości proponuje blok tzw. narodowo-patriotycznej opozycji. Tworzą ją, z jednej strony, tzw. komuniści-państwowcy – jak ich określa – którzy dawno zerwali z marksistowsko-leninowską dogmatyką, ale w dalszym ciągu są silnie przywiązani do historycznej symboliki, z drugiej zaś zwolennicy "prawosławno-carskiego" modelu przyszłej Rosji. Ci ostatni często zmienili jedynie ich zdaniem już nieużyteczną sowiecką symbolikę na dwugłowego orła i "białą" tradycję wykopaną z katakumb przeszłości. Fakt, że zawłaszczyli tym samym pamięć i mit o jej prawdziwych depozytariuszach, nie wywołuje u nich żadnych rozterek czy też wyrzutów sumienia, którego zresztą zostali pozbawieni, służąc w przeszłości sowieckiej władzy.

Tę z pozoru egzotyczną, "czerwono-białą" koalicję łączy nie tylko idea wspólnego wroga – reformatorów – ale także podobne postrzeganie świata i podobna mentalność. Dugin słusznie zauważa, że "zjednoczona opozycja w większości składa się z byłych państwowo-partyjnych działaczy epoki komunizmu". Tak czy inaczej projekt tego obozu rzeczywiście można nazwać "carsko-sowieckim", u jego źródeł leżą bowiem ideologiczne, geopolityczne, polityczne i administracyjne archetypy, które siłą rzeczy zbliżają do siebie obie Rosje: carską i sowiecką28. Ideologia tego obozu jest z całą pewnością trudniejsza do opisania, gdyż zawiera wiele sprzeczności, nie do końca przemyślanych stanowisk i intelektualnego chaosu – tym samym stanowi jaskrawe przeciwieństwo logicznych konstrukcji tworzonych przez "reformatorów".

Oba antagonistyczne bloki proponują własną wizję wykorzystania geopolitycznego potencjału Rosji. Program reformatorów zawiera wiele elementów doktryny liberalnej i geoekonomii, podczas gdy opozycja odwołuje się do klasycznych rosyjskich schematów geopolitycznych, z których większość sformułowano na przełomie XIX i XX wieku. Który z programów ma większe szanse na realizację? Sądzę, że należy tu wskazać mimo wszystko program reform. Po pierwsze dlatego, że "blok reform" już obecnie jest w Rosji u władzy – a praktyka jej przekazywania nigdy się w Rosji tak naprawdę nie utrwaliła. Trudno przy tym zakładać, aby zmiana ekipy rządzącej mogła się odbyć w wyniku procedur demokratycznych. Doświadczenia ostatniej kampanii prezydenckiej wskazują, iż nie należy nie doceniać roli aparatu i struktur władzy w rosyjskich procedurach wyborczych. Jak pamiętamy, jeszcze na kilka miesięcy przed wyborami Borys N. Jelcyn był outsiderem wszystkich możliwych sondaży przedwyborczych, a następnie pomimo kłopotów zdrowotnych sięgnął po zwycięstwo. W krajach o ustabilizowanych procedurach demokratycznych tego rodzaju "cuda nad urną" nie zdarzają się. W Rosji natomiast możliwości manipulacji opinią publiczną, aparatem wyborczym, a nawet opozycją przez struktury władzy są niemal nieograniczone. Podobnie jak możliwości finansowe elit rządzących.

Oczywiście "opozycja" może próbować dojść do władzy, porzucając procedury demokratyczne, ale również na to, w moim przekonaniu, są małe szanse. Rosyjskie społeczeństwo zdążyło się bowiem już przyzwyczaić do wielu składników demokratycznego porządku, na przykład wolnych (często pozornie) mediów i szeregu swobód obywatelskich. Jedyną szansą dla "zjednoczonej opozycji" jest oddziaływanie na rząd, w tym także na kierunki polityki zagranicznej, za pomocą odpowiednio silnej reprezentacji w Dumie. Prerogatywy parlametarzystów wynikające z prawa międzynarodowego, dotyczące między innymi procedur ratyfikacyjnych, mogą w rękach zręcznej opozycji okazać się dość skutecznym narzędziem nacisku na politykę rządu.

Najbardziej prawdopodobnym scenariuszem jest koegzystencja w rosyjskiej polityce zagranicznej XXI wieku elementów obu programów. "Blok reform" będzie zmuszony, ze względu na zachodnich partnerów, do utrzymywania pozorów funkcjonowania sprawnego systemu demokratycznego. To z kolei wymusza akceptowanie silnej opozycji parlamentarnej i zaspakajanie, od czasu do czasu, jej postulatów. Może to oznaczać, że w pierwszych dziesięcioleciach nowego stulecia będziemy świadkami rosyjskiej polityki zagranicznej o charakterze zbliżonym do tego, który możemy obserwować dzisiaj. Tak więc, z jednej strony, Rosja może dążyć do uzyskania członkostwa w strukturach zachodnioeuropejskich na pełnych prawach, z drugiej zaś konstruować różnego rodzaju polityczne "figury geometryczne" z zadaniem rozbicia i skłócenia tychże struktur. Nadrzędnym celem będzie zaś odrodzenie antyzachodniego, w takim czy innym stopniu, imperium.

Podręcznik Aleksandra Dugina można w związku z powyższą konstatacją uznać za "krótki geopolityczny kurs" budowy rosyjskiego imperium. Choć stara się on przybrać pozę neutralnego obserwatora rosyjskiej sceny politycznej i formułować uniwersalne wskazówki dla wszystkich opcji politycznych, to mimo wszystko jego poglądy bardziej pasują do argumentów "zjednoczonej opozycji". Dugin jest zwolennikiem geopolityki, ponieważ w oparciu o założenia tej doktryny może rozpowszechniać tezę o szczególnym rosyjskim przeznaczeniu dziejowym. Autor, podobnie jak czerwono-biała opozycja, nie może się pogodzić z myślą, że państwo obejmujące swoim zasięgiem poważną część dwóch kontynentów może być traktowane jako regionalne mocarstwo, państwo rozwijające się, cześć "trzeciego świata". Odrzuca wobec tego teorię geoekonomiczną, widząc w niej przejaw amerykańskiego imperializmu (atlantyzmu), którego celem było obalenie Związku Sowieckiego, a obecnie jest nim niedopuszczenie do odbudowania przez Rosję jej imperium i upokorzenie Rosjan. Dugin bagatelizuje także zagadnienia antropogeograficzne. Nie może się bowiem zgodzić z tezą, iż jakaś ekipa rządowa mogłaby się wyrzec rosyjskiego programu imperialnego. Założenia geopolityczne, które opisuje, taką możliwość jednoznacznie wykluczają. Przyszłość Rosji i jej polityki została tym samym pozbawiona jakiejkolwiek alternatywy. Nie trzeba przeprowadzać wnikliwych studiów, aby stwierdzić, iż jest to teza fałszywa.

"Arcana" 1998, nr 1

1 A. Dugin, Osnowy geopolitiki.Geopoliticzeskoje buduszczeje Rossii, Moskwa 1997, Arktogeja, s. 600. Autor w ciągu ostatnich czterech lat opublikował kilka książek o tematyce politologicznej, geopolitycznej, socjologicznej i kulturoznawczej. Współpracuje z moskiewskim Centrum Specjalnych Badań Metastrategicznych.

2 Ibidem, s. 2.

3 Za ojców geopolityki uważa się Friedricha Ratzela (1844–1904), Rudolfa Kjelléna (1864–1922) i przede wszystkim Halforda Mackindera (1861–1947). Alternatywną teorią wobec geopolityki jest antropogeografia, której podstawowe założenia nakreślił Francuz Vidal de la Blache (1845–1918). Uważał on, że to nie środowisko geograficzne warunkuje politykę zagraniczną państw, gdyż to ludzie ("nosiciele inicjatywy") mogą je autonomicznie kształtować i to do nich należą wszystkie możliwości (od francuskiego słowa possible – 'możliwy' – pochodzi także inna nazwa tej szkoły – posybilizm).

4 Aleksander Dugin, op. cit., s. 188–189.

5 Ibidem, s. 190. A. Dugin wydaje się być kontynuatorem myśli i tradycji rosyjskich geopolityków – "euroazjatów" z Piotrem N. Sawickim (1895–1968) na czele. W wielu miejscach swojej książki odnosi się do ich ustaleń z dużym uznaniem, a cel, który wytycza Rosji – zbudowanie euroazjatyckiego imperium – jest całkowicie zgodny z tezami sformułowanymi przez rosyjskich euroazjatów w pierwszych dekadach XX wieku.

6 Ibidem.

7 Ibidem, s. 366–367.

8 Tradycje prowadzenia tego rodzaju polityki są w Rosji tak stare jak jej państwowość. O jej skuteczności przekonała się niegdyś Rzeczpospolita Obojga Narodów, potem Francja Napoleona I, wreszcie w XX w. doświadczyły jej, co prawda z najmniej bolesnym skutkiem, Stany Zjednoczone.

9 A. Dugin, op. cit., s. 369.

10 Ibidem, s. 367–369.

11 Ibidem, s. 190–191, 193–213.

12 Ibidem, s. 191–192.

13 Ibidem, s. 191.

14 O odnowieniu geopolitycznej osi Paryż–Berlin–Moskwa czyt. ibidem, s. 220–229.

15 W roku 1990 Jacques Attali, doradca prezydenta Francji François Mitteranda, a także pierwszy prezes Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju, ogłosił w swojej książce (Lignes d'horizon, Paryż 1990) tezę mówiącą, iż we współczesnym świecie traci na znaczeniu klasyczny cywilizacyjno-geopolityczny dualizm, a w nowej erze, która już następuje – "erze pieniądza" – zastąpi go "geoekonomia" i podział świata na trzy strefy – kontrolowane przez trzy najważniejsze giełdy: Wall Street w Nowym Yorku (strefa amerykańska), giełdę londyńską (europejska) i tokijską (azjatycka).

16 A. Dugin, op. cit., s. 582.

17 Ibidem, s. 279–291.

18 Autor streszcza poglądy Fryderyka Lista, ibidem, s. 283.

19 Ibidem, s. 369–371, 373.

20 Ibidem, s. 371.

21 Ibidem, s. 375–382 oraz s. 348–349.

22 Ibidem, s. 372.

23 Ibidem. Autor "Podstaw geopolityki" używa w tym wypadku terminu "obszar etniczno-konfesyjny". W klasycznym geopolitycznym ujęciu "dualizm cywilizacyjny", wywołany podziałem chrześcijaństwa na Kościół rzymski i prawosławny, jest jednym z podstawowych terminów opisujących podział Europy na religijno­-kulturowo-historyczne strefy oddziaływania. Uznałem, że tezę autora łatwiej będzie zilustrować w tym wypadku, odwołując się do pojęcia "wspólnoty kulturowej".

24 Ibidem.

25 Ibidem, s. 373.

26 Ibidem.

27 Ibidem.

28 Ibidem, s. 179–181. Tego rodzaju schematyczny, dwubiegunowy podział rosyjskiej sceny politycznej jest być może zbyt daleko idącym uproszczeniem. W Rosji istnieją przecież jeszcze co najmniej dwie kontestujące obecny układ polityczny postawy i każda z nich posiada własną wizję rosyjskiej przyszłości. W tym kontekście można wskazać, z jednej strony, prawicowo-demokratyczną opozycję, nie godzącą się z gangsterskimi metodami i powiązaniami obecnych reformatorów, z drugiej zaś środowiska odcinające się od sowieckiej przeszłości, ale zdecydowanie odrzucające próby zaszczepiania w Rosji zachodnich wzorców kulturowych i etycznych. Wpływy obu pominiętych opcji są jednak bardzo ograniczone i być może dlatego rosyjski politolog je bagatelizuje.

POLSKO-NIEMIECKI TANDEM W SPRAWIE POLITYKI UE WOBEC PAŃSTW EUROPY WSCHODNIEJ

Na początku roku miałem okazję do dłuższej rozmowy z jednym z wpływowych niemieckich ekspertów, zajmujących się problematyką Europy Wschodniej. Spotkaliśmy się w Mińsku, stolicy Białorusi, czyli idealnym miejscu do dyskusji o relacjach rozszerzającej się wkrótce Unii Europejskiej z sąsiadami. Z moim rozmówcą znamy się od kilku lat, wielokrotnie wymienialiśmy nasze poglądy, ale tym razem w jego wypowiedziach dostrzegłem pewne novum. Otóż ilekroć poruszaliśmy temat przyszłej polityki rozszerzonej Unii Europejskiej wobec państw Europy Wschodniej, mój rozmówca z trudem panował nad emocjami. Ponieważ wysiłki te z upływem czasu stawały się coraz mniej skuteczne, zapytałem go w końcu o przyczynę irytacji.

– Nie byłoby powodów do obaw o politykę wschodnią rozszerzonej Unii, gdyby nie wy, Polacy! – usłyszałem w odpowiedzi. – Rozszerzenie było z wielu powodów konieczne, ale Polska będzie sprawiać kłopoty – kontynuował mój interlokutor. – Znacie tutejsze języki, kulturę, uwarunkowania polityczne i gospodarcze, a ponadto macie tłumy ekspertów zajmujących się Europą Wschodnią. Wszystko to razem oznacza, że możecie zdominować politykę wschodnią Unii.

– To dobrze, czy źle? – zapytałem.

– Oczywiście, że źle. Ucierpią na tym nasze stosunki z Rosją.

Odniosłem wrażenie, iż mówiąc o "naszych stosunkach z Rosją", mój niemiecki rozmówca miał na myśli Unię Europejską. Mogłem się jednak mylić.

Niby nie było w tym nic nowego. Pogląd, iż Polacy przyczynią się do pogorszenia relacji UE z Federacją Rosyjską, jest przecież na tyle często spotykany w różnych środowiskach w państwach o dłuższym niż nasz stażu w Unii Europejskiej, że w zasadzie w rozmowie z przedstawicielem takiego kraju można a priori przyjmować posiadanie przez niego takiego przekonania. Najczęściej jako powód owej troski wskazuje się polskie kompleksy i uprzedzenia wobec Rosji, a w najlepszym razie, gdy mamy do czynienia z bardziej zaznajomionym z realiami historycznymi rozmówcą, wskazuje on na czynniki psychologiczne, utrudniające jakoby Polakom porozumiewanie się z Rosjanami. Z tego punktu widzenia mój niemiecki kolega, wskazując na polską znajomość realiów Europy Wschodniej, wyrażał pogląd tyleż interesujący, co rzadki. Jego obawy miały zapewne po części charakter osobisty. Przed rozszerzeniem UE niemiecki ekspert od Europy Wschodniej, stale współpracujący z rządem federalnym, miał prawo sądzić, iż konkurencja ze strony znawców problematyki z innych państw członkowskich Unii nie jest szczególnie silna. Po przyjęciu państw Europy Środkowej do UE poczucie tego komfortu mogło zostać wystawione na pewną próbę.

Konstatacja ta prowadzi nas do zagadnienia związanego ze zmianą systemową, jaka nastąpiła w związku z rozszerzeniem Unii Europejskiej, w procesie kształtowania jej polityki wobec wschodnich sąsiadów. W miarę postępu integracji europejskiej rosła rola Niemiec, także w zakresie koordynowania stanowisk integrujących się państw wobec sąsiadów z Europy Środkowej i Wschodniej.

Z tego szczególnego zainteresowania Niemiec tym regionem korzystała przede wszystkim Polska, Niemcy były głównym sprzymierzeńcem Warszawy i jej wysiłków zmierzających do uzyskania członkostwa w NATO i w UE. Szczególne znaczenie problematyki wschodniej w polityce zagranicznej zjednoczonych Niemiec było naturalną konsekwencją upadku muru berlińskiego i przezwyciężenia podziału państwa niemieckiego. Z drugiej strony wynikało to również z faktu, iż spośród państw integrujących się paralelnie w NATO i w UE Republika Federalna Niemiec była państwem najbardziej na Wschód wysuniętym. Okoliczność ta sprzyjała ewolucji niemieckiego sposobu myślenia o polityce wobec krajów położonych na wschód od Niemiec. Jego cechą charakterystyczną była tradycyjna skłonność do używania pojęcia "polityka wschodnia" jako synonimu terminu "polityka wobec Rosji" (względnie ZSRR). Po II wojnie światowej w RFN tendencja ta była poniekąd zrozumiała, wszak to od tego mocarstwa w największym stopniu zależały szanse powodzenia projektów zjednoczenia podzielonego kraju i odzyskania przez Niemcy suwerenności. Państwa Europy Środkowej przez pięćdziesiąt lat były sowieckimi satelitami, których politykę zagraniczną determinowało stanowisko Moskwy. Z tego powodu to ZSRR był jeśli nie wyłącznym, to w każdym razie zdecydowanie najważniejszym podmiotem "polityki wschodniej" większości państw świata, a więc także RFN. Do specyfiki niemieckiej przyczyniała się jednak dodatkowo tradycja własnej szkoły myślenia o Ostpolitik, począwszy od Bismarcka, przez Stresemanna, skończywszy na Adenauerze i Kohlu, która niemal zawsze dostrzegała na wschodzie Europy wyłącznie Rosję1.

Podejście polskie było zgoła odmienne. Polacy tradycyjnie dostrzegali niejednolitość "imperium rosyjskiego", widząc w tym jedną z okoliczności potencjalnie sprzyjających odbudowie polskiej niepodległości. W istocie rzeczy termin "polityka wschodnia" wkradł się do polskiego dyskursu politycznego niejako tylnymi drzwiami, będąc kalką terminu niemieckiego, jak to często bywa, bezrefleksyjnie nadużywaną. Jednym z pierwszych, który użył terminu "polska Ostpolitik", był Juliusz Mieroszewski. W 1972 r. ogłosił on w paryskiej "Kulturze" artykuł pod takim właśnie tytułem, w którym wyłożył kanon swoich poglądów na temat polskiej polityki wobec imperium sowieckiego. Wzywał w nim Polaków do poszukiwania porozumienia z rosyjskimi środowiskami demokratycznymi, sprzeciwiającymi się idei imperialnej Rosji. Mieroszewski uważał, iż to zainicjowany przez samych Rosjan, Ukraińców, Białorusinów i Litwinów proces deimperializacji Związku Sowieckiego może przynieść narodom Europy Środkowej i Wschodniej wolność oraz stać się fundamentem ich dobrosąsiedzkich stosunków2.

Posługiwanie się pojęciem "polska polityka wschodnia" miało swoje uzasadnienie wówczas, gdy Polska miała do czynienia z jednym tylko wschodnim sąsiadem – ZSRR. Po jego rozpadzie stosowanie tego terminu niczemu konstruktywnemu przeważnie już nie służyło. Od tego momentu Polska, owszem, miała lepszą lub gorszą politykę wobec Białorusi, Litwy, Ukrainy i Federacji Rosyjskiej, ale w żadnym razie polityk tych nie można było sprowadzić do wspólnego mianownika, dającego się opatrzyć mianem "polityki wschodniej".

Bezsprzecznie, szczególne polskie zainteresowanie sytuacją wschodnich sąsiadów jest warunkowane względami historycznymi. Rosja i jej polityka wobec narodów przez nią zdominowanych z oczywistych powodów były przedmiotem polskiej refleksji przez ostatnie kilkaset lat. Warto jednak zwracać uwagę naszym partnerom w UE na osiągnięcia wynikające z ewolucji polskiej myśli politycznej odnoszącej się do relacji polsko-rosyjskich. Wiele z nich może być bowiem inspiracją dla kształtowania już wspólnego podejścia państw członkowskich UE do problemów regionu Europy Wschodniej.

Poszukując odpowiedzi na pytanie: "Jak rozbić rosyjskie imperium?", Polacy próbowali wszystkich możliwych koncepcji, od pomysłów na zawarcie wielonarodowego sojuszu narodów imperium rosyjskiego pod polskim przewodem, wymierzonego we władzę carów, poprzez idee współdziałania z ruchem rewolucyjnym, a nawet partią bolszewicką, przeciwko ancien regime'owi w Rosji, po koncepcje wbijania klina pomiędzy naród rosyjski i władzę sowiecką. Wreszcie w latach siedemdziesiątych XX w. powstała z wielu wcześniejszych sprzecznych idei spójna synteza. Jej autorem był właśnie Juliusz Mieroszewski, który zwrócił się w stronę idei antyimperialnej. W jego przekonaniu miała ona ostatecznie pogodzić Polaków i Rosjan. Imperialne tradycje obu narodów zostałyby odrzucone, a zakończenie wielowiekowych polsko-rosyjskich sporów o panowanie nad Europą Środkową i Wschodnią byłoby osiągnięte dzięki uznaniu przez Polaków i Rosjan niepodległości Ukrainy, Białorusi i Litwy. Dla Polski oznaczało to rezygnację z wszelkich roszczeń terytorialnych wobec wszystkich wschodnich sąsiadów, ostateczne wyrzeczenie się Wilna i Lwowa, a także dążeń do wyrównania krzywd doświadczonych w przeszłości.

Koncepcje Mieroszewskiego, kontynuowane i propagowane następnie przez redaktora paryskiej "Kultury" Jerzego Giedroycia, stały się jednym z podstawowych elementów polskiego politycznego konsensusu w sprawie polityki zagranicznej po 1989 r. W rezultacie, choć w różnych środowiskach kultywowano pamięć o zabranych Polsce przez Związek Sowiecki ziemiach wschodnich, o Lwowie i Wilnie – miastach utraconych w wyniku paktu Ribbentrop–Mołotow i sowieckiej agresji na Polskę 17 września 1939 r. – nigdy nie zostały sformułowane poważne programy polityczne zmierzające do odebrania Ukraińcom Lwowa, a Litwinom Wilna. Przeciwnie, pojawiające się niekiedy na Litwie i na Ukrainie głosy wyrażające obawę o możliwość odrodzenia się w Polsce tego rodzaju rewizjonizmu, powszechnie uznawane są nad Wisłą za bezpodstawne i irracjonalne. Recepta Mieroszewskiego i Giedroycia na uniknięcie konfliktów niepodległej Polski z sąsiadami okazała się trafna. Obecnie należy jednak szukać odpowiedzi na pytanie, jak efektywnie wykorzystać polskie doświadczenia i tradycję myślenia o relacjach z państwami i narodami Europy Wschodniej dla optymalizacji wspólnej polityki zagranicznej Unii Europejskiej. Rozszerzona Unia definiuje swoją politykę wobec najbliższych sąsiadów. Powstają nowe instytucje oraz formy współpracy. Równolegle przebiega proces syntezy różnych tradycji polityk wobec państw z Europy Wschodniej, który staje się jednym z katalizatorów szerszego procesu kształtowania polityki zagranicznej i bezpieczeństwa Unii. Ponieważ oba procesy są dopiero w swej początkowej fazie, wydarzenia zewnętrzne, wobec których Unia Europejska i państwa członkowskie definiują swoje stanowisko, mają duży wpływ na ich przebieg i kierunek. Nie ulega wątpliwości, iż wydarzenia, których byliśmy świadkami na Ukrainie jesienią 2004 r., będą jednym z takich zewnętrznych impulsów determinujących kształt nie tylko przyszłej europejskiej polityki sąsiedztwa, lecz także szerzej – całej wspólnej polityki zagranicznej i bezpieczeństwa. Jednakże sposób, w jaki impuls ten zostanie w UE wykorzystany w procesie kształtowania obu polityk, w dużym stopniu będzie zależeć od Polski. Aby Polska mogła maksymalnie zdyskontować w UE rolę, jaką odegrała w działaniach na rzecz pokojowego rozwiązania kryzysu politycznego na Ukrainie, konieczne jest współdziałanie z Republiką Federalną Niemiec. Polska i Niemcy powinny utworzyć tandem wytyczający kierunek i nadający dynamikę procesowi kształtowania polityki UE wobec państw Europy Wschodniej.

Tradycja polska i tradycja niemiecka dotycząca polityki wobec regionu Europy Wschodniej wydają się bardzo różne. Nie musi to jednak prowadzić do polsko-niemieckich rozbieżności. Szansą na zintegrowanie obu tradycji jest proces kształtowania polityki zagranicznej i bezpieczeństwa UE.

Niemcy mogą spoglądać z zaniepokojeniem na polskie kompetencje uwidaczniające się w sposobie i jakości analiz problemów Europy Wschodniej, a także odczuwać dyskomfort w związku ze wzrostem konkurencji w tej dziedzinie w UE, będącej wynikiem uzyskania w niej członkostwa przez państwa Europy Środkowej. Ale pojawiają się już symptomy świadczące o rosnącym zainteresowaniu Niemiec nowymi możliwościami kształtowania i prowadzenia polityki wobec wszystkich państw Europy Wschodniej. Jest to wynik posiadania przez UE bezpośredniej granicy z Białorusią i Ukrainą, a wkrótce także z Mołdową, oraz wzrostu znaczenia problematyki Europy Wschodniej w polityce zewnętrznej Unii. Republika Federalna Niemiec, będąc przez całe dziesięciolecia "państwem granicznym", ma własne doświadczenia związane z tym statusem i jest w stanie docenić wynikające zeń atuty dla polityk integrujących się państw. Polska powinna tę niemiecką wiedzę wykorzystać, proponując nawiązanie stałych, odbywających się kilka razy w roku, polsko-niemieckich konsultacji na poziomie polityków i ekspertów w dziedzinie polityki sąsiedzkiej i stosunków zewnętrznych UE, które wspomogłyby proces syntezy polskich i niemieckich doświadczeń.

W rozszerzonej UE Polska jest postrzegana jako naturalny przewodnik dla polityki UE wobec Białorusi i Ukrainy, jednocześnie z dużą rezerwą traktuje się polskie poglądy na Rosję. W rezultacie polskie stanowisko w sprawach białoruskich i ukraińskich jest uznawane za ważną wytyczną dla sposobu myślenia i działania całej Unii Europejskiej, jeśli nie wiążą się z tym negatywne konsekwencje dla polityki UE wobec Rosji. Częściowo odzwierciedla to słabszą pozycję Białorusinów i Ukraińców w świadomości społeczeństw europejskich. O ile przeciętny Europejczyk nie wie na ogół nic o Białorusinach i Ukraińcach, o tyle ma jakiś pogląd na temat Rosji, wydaje mu się, że zna rosyjskich pisarzy, poetów, malarzy, polityków etc. (choć część z nich z pewnością uważała się za Ukraińców, Białorusinów lub członków innych narodów byłego imperium). Wprawdzie wizja Rosji, jaką spotyka się na zachód od naszego kraju, nie jest wynikiem szczególnie zaawansowanej analizy, ale w zupełności wystarcza do legitymizacji przekonania, iż państwo to jest dla Europy ważniejsze niż Białoruś i Ukraina razem wzięte.

Wspomniane okoliczności w poważnym stopniu mogą odbijać się na spójności i efektywności polityki UE wobec Kijowa i Mińska, ale także Moskwy. Najlepszym tego przykładem jest spór o umieszczenie w dokumentach programowych dotyczących polityki sąsiedztwa expressis verbis sformułowanej deklaracji o "perspektywie członkostwa" Ukrainy, i w jakiejś odleglejszej przyszłości także Białorusi, w Unii Europejskiej3. Jedną z przyczyn oporu wielu państw członkowskich UE – w tym także do niedawna Niemiec – przed włączeniem takiego stwierdzenia do Strategii europejskiej polityki sąsiedztwa jest właśnie problem Federacji Rosyjskiej, która takiej perspektywy od UE nigdy nie będzie mogła otrzymać. Politycy europejscy nie chcą być zmuszeni do ustosunkowywania się do zarzutów o dyskryminowanie Rosji, skądinąd strategicznego partnera UE, choć oczywiście zdają sobie sprawę, iż nie ma tu mowy o jej nierównym traktowaniu, a różnica "perspektyw" wynika z różnicy w skali zagadnień. Rosja jako mocarstwo biregionalne nie będzie zdolna dostosować się do członkostwa w UE, zaś Unia Europejska nie zamierza wstępować do Federacji Rosyjskiej.

Problem polega na tym, że polityka zagraniczna i bezpieczeństwa UE, a także będąca jej częścią europejska polityka sąsiedztwa nie mogą być wypracowywane i prowadzone pod presją stanu stosunków z jednym tylko sąsiadem, zwłaszcza jeśli jest on naszym "partnerem strategicznym", czyli łączy go z nami wzajemne zaufanie o ponad­standardowym charakterze. Dlatego też napięcia i brak spójności, uwidaczniające się w polityce UE wobec wschodnich sąsiadów, będą musiały w procesie kształtowania polityki zagranicznej UE zostać przezwyciężone. Zainicjowanie ścisłej polsko-niemieckiej współpracy może się do tego dobrze przyczynić. Dlatego rząd polski powinien dążyć do wypracowania wspólnego polsko-niemieckiego stanowiska dotyczącego polityki UE wobec państw Europy Wschodniej. Podstawą takiego konsensusu powinno być porozumienie co do tego, iż z punktu widzenia Unii kierunek rozwoju państw leżących w jej najbliższym sąsiedztwie nie jest obojętny. We wspólnym interesie państw członkowskich powinno być prowadzenie takiej polityki wobec sąsiadów UE, która zachęcałaby ich do stopniowego dostosowywania do standardów wypracowanych w procesie integracji europejskiej. To, czy i kiedy osiągnięcie pewnego poziomu adaptacji i rozwoju może te państwa doprowadzić do uzyskania szansy integrowania się w UE, z jednej strony powinno być sprawą pozostawioną ich suwerennej decyzji, z drugiej zaś powinno być wyraźnie uzależnione od zdolności samej Unii do absorpcji ich członkostwa.

Polityka Unii Europejskiej wobec jej wschodnich sąsiadów powinna unikać tworzenia miraży. Białorusini, Mołdawianie i Ukraińcy nie powinni mieć podstaw do przekonania, iż uzyskanie członkostwa w Unii Europejskiej będzie możliwe natychmiast po zainicjowaniu przez nich budowy demokratycznego państwa prawa lub że sformułowanie "perspektywa członkostwa" jest obietnicą przyjęcia ich do Unii. Z kolei Rosjanie nie powinni mieć okazji do złudzeń, iż status "strategicznego partnera" UE oznacza swoiste désintéressement Unii wobec kierunku przemian zachodzących w samej Rosji oraz jej polityki wobec sąsiadów. Nie ulega wątpliwości, iż Rosja powinna zajmować szczególne miejsce w polityce zagranicznej UE, ale aspirując do ponadstandardowego poziomu współpracy, powinna akceptować standardy i wartości stanowiące fundament europejskiej integracji. Polityka UE winna sprzyjać przyjęciu przez Federację Rosyjską takiej postawy, tworząc jednocześnie warunki sprzyjające procesowi deimperializacji Rosji.

Wypracowany na tej podstawie kompromis polsko-niemiecki może uzyskać poparcie pozostałych państw członkowskich UE i stać się siłą napędową procesu formułowania polityki UE, zwłaszcza w okresie przejściowym, gdy polityka zagraniczna determinowana jest przez Radę Europejską. Traktat ustanawiający Konstytucję dla Europy niewiele w tym zakresie zmieni, gdyż nie przewiduje on jeszcze uwspólnotowienia polityki zewnętrznej UE, a jedynie zaawansowaną koordynację polityk zagranicznych państw członkowskich. Polska i Niemcy powinny wykorzystać wynikającą stąd szansę, z korzyścią dla wszystkich państw uczestniczących w integracji europejskiej, tworząc jednocześnie precedens konsultowania innych kwestii będących częścią procesu kształtowania polityki zagranicznej i bezpieczeństwa UE.

"Polski Przegląd Dyplomatyczny" 2004, nr 6

1 W archiwum Instytutu Polskiego i Muzeum Sikorskiego w Londynie natrafiłem ostatnio na notatkę nieznanego z imienia przedstawiciela polskiej emigracji w RFN, sporządzoną z rozmowy z politykiem niemieckim, oznaczonym inicjałem "R.", w dniu 20 listopada 1973 r. Autor notatki relacjonował: "[R.] powiedział dosłownie "w naszym MSZ panuje duch Stressemana", który był antypolski i w tej dziedzinie niewiele się różnił od Bismarcka. Urzędnicy MSZ stanowią specjalną "klikę", która potrafi swój punkt widzenia narzucić każdorazowemu ministrowi. [...] [Zdaniem R.] powodem tego kompleksu i preferowania stosunków z Rosją jest – jak się wyraził – "brak prezentacji Polski w polityce niemieckiej" w ciągu wieków. Republika Weimarska nie przyjmowała istnienia niepodległej Polski do wiadomości. Cele Hitlera są znane. Po wojnie nie było 25 lat stosunków z Polską. Okres rozbiorów był wypełniony dążeniem do porozumienia z Rosją kosztem interesów polskich. W osiemnastym stuleciu prezentacja Polski sprowadzała się do Saksonii i do Prus, których tendencje są znane. W polityce niemieckiej aktywna rola Polski ujawniła się ostatnio za czasów Sobieskiego. Z takiej perspektywy kształtowała się polityka zagraniczna Prus, następnie Niemiec opanowanych przez Prusy, a wreszcie polityka po pierwszej i po drugiej wojnie, gdzie czynnikiem dodatkowo – a nawet przeważnie – komplikującym było wygodne dla koncepcji antypolskich identyfikowanie Polski z komunizmem" (Dla informacji Pana Ministra, Rozmowa z p. R. w dniu 20 listopada 1973, bardzo poufne, Instytut Polski i Muzeum Sikorskiego, Zespół MSZ, A11E/1402). Dziś rzeczy przedstawiają się z pewnością całkowicie inaczej, należy jednak zdawać sobie sprawę, iż część niemieckich dyplomatów i ekspertów formowała w przeszłości własny światopogląd między innymi pod wpływem tendencji opisanej w przytoczonej notatce. "Aktywna rola Polski" w polityce niemieckiej na nowo ma szansę zaznaczać swoją obecność dopiero od 15 lat. Otwarte pozostaje pytanie, czy obecność Białorusi i Ukrainy zdołała się już w niej "ujawnić".

2 Patrz J. Mieroszewski, Polska Ostpolitik, [w:] idem, Finał klasycznej Europy, wybrał, opracował i wstępem opatrzył Rafał Habielski, Lublin 1997, s. 330–340.

3 W praktyce postulat ten ma znaczenie głównie w wymiarze polityki wewnętrznej w państwach sąsiednich, gdyż może być postrzegany jako wsparcie dla tych sił politycznych, które opowiadają się za zacieśnianiem współpracy z UE i wdrażaniem jej standardów. Z punktu widzenia stosunków między Unią i sąsiadami oraz perspektyw tych ostatnich na integrację w UE nie ma on większego znaczenia. W ogłoszonej w maju 2004 r. Strategii europejskiej polityki sąsiedztwa (ENP) stwierdza się, iż polityka ta ma dostarczyć instrumentów służących wzmocnieniu relacji między UE i sąsiadami, które wszakże mają się różnić od tych dostępnych już państwom europejskim na podstawie art. 49 Traktatu o Unii Europejskiej (http://europa.eu.int/comm//world/enp/pdf/strategy/Strategy_Paper_EN.pdf, 21.12.2004). Artykuł ten brzmi: "Każde Państwo europejskie, które szanuje zasady określone w artykule 6 ustęp 1, może się ubiegać o członkostwo w Unii. W tym celu składa ono swój wniosek Radzie, która podejmuje decyzję, stanowiąc jednomyślnie po zasięgnięciu opinii Komisji oraz po otrzymaniu zgody Parlamentu Europejskiego, udzielonej bezwzględną większością głosów jego członków. Warunki przyjęcia i wynikające z tego przyjęcia dostosowania w Traktatach stano­wiących podstawę Unii są przedmiotem umowy między Państwami Człon­kowskimi a Państwem ubiegającym się o członkostwo. Umowa ta podlega ratyfikacji przez wszystkie umawiające się Państwa, zgodnie z ich odpowiednimi wymogami konstytucyjnymi". Tak więc Strategia europejskiej polityki sąsiedztwa zawiera tzw. perspektywę integracyjną, choć nie wprost sformułowaną. Niemniej jednak sprawnie działający rząd w państwie sąsiadującym z UE potrafi wykorzystać zasugerowane w Strategii ENP możliwości dla wyzyskania tej polityki jako narzędzia wspomagającego proces dostosowywania się do wymogów integracji w UE.

PAMIĘĆ I ODPOWIEDZIALNOŚĆ

W wielkich syntezach dziejów powszechnych rzadko można spotkać konstatację, iż działania podejmowane przez pojedynczego człowieka odcisnęły na historii niezatarte piętno i nadały jej biegowi nowy kierunek. Nam jednak dane było być świadkami zdarzenia wyjątkowego. Oto dzieje napotkały na swej drodze jednostkę, która oparła się ich dotychczasowej logice, wezwała ludzkość do pokonania lęku, poczucia bezsilności i jednoznacznego opowiedzenia się za "dobrem człowieka". Wskazane zostały wyznaczniki dobra wspólnego i podstawowe kryterium oceny wszelkich programów, systemów i ustrojów, narzędzie umożliwiające wszystkim ludziom dobrej woli, ludziom prawdziwie miłującym pokój, przezwyciężenie tych osiągnięć ludzkości, które okazały się dla niej zagrożeniami: różnych form i środków przemocy, totalitaryzmów, neokolonializmów i imperializmów, a także niezrównoważonego rozwoju, będącego źródłem niezawinionej nierówności. Wydarzyło się to w tym samym stuleciu, w którym ludzie od ludzi doznali krzywd i cierpień w skali wykraczającej poza wszystko, czego doświadczono kiedykolwiek wcześniej. Byliśmy świadkami aktywności człowieka, który własnym przykładem poruszał miliony od pierwszego dnia swojej działalności w skali globalnej, od poniedziałku 16 października 1978 r., po ostatni dzień życia – sobotę 2 kwietnia 2005 r. Czy odniósł sukces? Pewność zyskają następne pokolenia. Nie ulega jednak wątpliwości, że zarówno jego działalność, jak i nauczanie pozostaną dla ludzkości wyzwaniem i źródłem inspiracji.

Dla Polaków zawsze będzie to wyzwanie wyjątkowe. Karol Wojtyła, Jan Paweł II, dwieście sześćdziesiąty czwarty papież w historii Kościoła powszechnego, stanowiąc na całym świecie żywy symbol Polski i Polaków, dawał nam powody do odczuwania dumy. Był jednym z nas, a jakże się spośród nas wyróżniał. Żaden inny członek polskiego narodu, miłując Ojczyznę w sposób szczególny, nie był jednocześnie w jeszcze większym stopniu, jeszcze pełniej obywatelem świata, żaden też nie cieszył się większym międzynarodowym autorytetem. Wielu z nas, przebywając za granicą, spotykało się z wyrazami sympatii tylko dlatego, iż mieliśmy zaszczyt mieć za rodaka człowieka, którego świat podziwiał. I choć zakończył się pontyfikat papieża Polaka, powinniśmy zachować świadomość, iż długo jeszcze nie przestanie on być najbardziej rozpoznawalnym przedstawicielem naszego narodu. Jego nauczanie będzie wciąż intensywnie studiowane i interpretowane w wielu krajach. W tych interpretacjach nieuchronnie pojawią się refleksje nad jego formacją intelektualną i duchową, a niepodobna zrozumieć piśmiennictwa i działalności Jana Pawła II w oderwaniu od jego polskości i sposobu konceptualizacji polskich doświadczeń historycznych.

Świadomość tego powinna być wezwaniem do szczególnej odpowiedzialności dla tych, którzy będą zabierać głos w sprawach między­narodowych, prezentując polskie stanowisko – polityków, urzędników, ekspertów. Nie można bowiem wykluczyć, iż pytając ich w najbliższych latach o poglądy na prawa człowieka, na politykę wobec tego czy innego niedemokratycznego reżimu, kwestię użycia siły, stosunek do emigrantów lub polityki pomocowej dla państw ubogich, pytający będą oczekiwali odpowiedzi od reprezentanta narodu, z którym łączność nieustannie podkreślał Jan Paweł II, a którego różni przedstawiciele fakt ten stale akcentują. Uzyskane odpowiedzi mogą być wobec tego konfrontowane z intelektualną spuścizną papieża Polaka, jego inicjatywami działań na rzecz pokoju i pojednania między narodami, dialogu ekumenicznego, wezwaniami do międzyludzkiej solidarności, fenomenem polskiej "Solidarności" lat osiemdziesiątych i pokojowym zwycięstwem nad komunistycznym totalitaryzmem. Innymi słowy, z całym zasobem doświadczeń i inspiracji, które świat uzyskać w okresie pontyfikatu papieża Polaka, a które po jego zakończeniu skłoniły wielu świadków tej działalności do użycia słów: Giovanni Paolo Secondo il Grande.

Szczególna odpowiedzialność w formułowaniu opinii przez polskich przedstawicieli będzie pożądana ze względu na nie tyle pamięć o nauczaniu papieża Polaka, ile oczekiwania, które pytający mogą mieć wobec polskiego stanowiska, a także konsekwencje, jakie ono może mieć dla ich własnych decyzji i zachowań.

Przesłanie głoszone przez Jana Pawła II, w którym człowiek, jego prawa, godność i wolność zajmują miejsce centralne, może z czasem, wespół z dziedzictwem "Solidarności", ukształtować unikatowy kontekst polskiej polityki zagranicznej. Cudzoziemcy, politycy i dyplomaci niejednokrotnie już publicznie wyrażali swoje oczekiwania, iż to właśnie zwiększona wrażliwość na prawa człowieka, zwłaszcza zaś na jego prawo do wolności i suwerenności, będzie swoistym spécialité de la maison polskiej polityki zagranicznej. Dostrzega się w tym wartość dla wszystkich państw integrujących się w Unii Europejskiej i współkształtujących wspólną politykę zewnętrzną. Zarówno ten kontekst, jak i oczekiwania niektórych partnerów w polityce międzynarodowej razem tworzą postulat pod adresem polskich władz prowadzących politykę zagraniczną naszego państwa uczestniczenia w procesie kształtowania międzynarodowych norm: proponowania działań społeczności międzynarodowej na rzecz człowieka i jego praw, a także w zakresie podnoszenia skuteczności tych instytucji międzynarodowych, które mają kompetencje do ich ochrony oraz ustanawiania stosownych norm międzynarodowych.

W swojej pierwszej programowej encyklice Redemptor hominis, ogłoszonej w sześć miesięcy po inauguracji pontyfikatu, Jan Paweł II pisał: "Pokój sprowadza się w ostateczności do poszanowania nienaruszalnych praw człowieka – dziełem sprawiedliwości jest pokój – wojna zaś rodzi się z ich pogwałcenia i łączy się zawsze z większym jeszcze pogwałceniem tych praw. A jeśli prawa człowieka są gwałcone w warunkach pokojowych, to staje się to szczególnie dotkliwym i z punktu widzenia postępu niezrozumiałym przejawem walki z człowiekiem, czego nie sposób pogodzić z żadnym programem określającym siebie jako "humanistyczny". A jakiż program społeczny, polityczny, cywilizacyjny, mógłby zrezygnować z takiego określenia? [...] Jeżeli przeto pomimo takich założeń prawa człowieka bywają na różny sposób gwałcone, jeżeli w praktyce jesteśmy świadkami obozów koncentracyjnych, gwałtów, tortur, terroryzmu, a także różnorodnych dyskryminacji, to musi to być konsekwencją innych przesłanek, które podkopują, a często niejako unicestwiają skuteczność humanistycznych założeń owych współczesnych programów i systemów. Nasuwa się wniosek o konieczności poddawania tychże stałej rewizji właśnie pod kątem obiektywnych i nienaruszalnych praw człowieka. Deklaracja tych praw związana z powstaniem Organizacji Narodów Zjednoczonych nie miała z pewnością na celu tylko tego, aby odciąć się od straszliwych doświadczeń ostatniej wojny światowej, ale takźe i to, aby stworzyć podstawę do stałej rewizji programów, systemów, ustrojów właśnie pod tym jednym, zasadniczym kątem widzenia: jest nim dobro człowieka – osoby we wspólnocie – które jako podstawowy wyznacznik dobra wspólnego musi stanowić istotne kryterium wszystkich programów, systemów czy ustrojów"1.

Na tle realizacji tego postulatu może być w przyszłości rozwijany konsensualny wymiar formowania polskiej polityki zagranicznej, konieczność bowiem dążenia do skutecznej ochrony praw człowieka w skali globalnej wynika bezpośrednio z najbardziej podstawowych interesów bezpieczeństwa państwa i służy interesowi narodowemu – polskiej racji stanu. Nauczanie Jana Pawła II w tej sprawie może być zarówno źródłem inspiracji dla nowych inicjatyw, jak i powszechnym kryterium ewaluacji celów polityki zagranicznej państwa formułowanych przez kolejne rządy i programy polityczne poszczególnych partii. Ryzyko nadużycia jego nauczania oczywiście istnieje i zapewne z takimi przypadkami będziemy mieli do czynienia, ale znacznie bardziej obawiać się należy zaniechania odwoływania się do myśli Jana Pawła II o niezbywalnych prawach człowieka lub całkowitego jej odrzucenia w imię realizacji jakichś krótkoterminowych celów. Szczególna wrażliwość na człowieka, jego godność i wolność, będąca potencjalnie charakterystyczną linią polskiego postępowania w relacjach z partnerami w sprawach międzynarodowych, może się przyczyniać do maksymalizacji położenia państwa. Natomiast nawet incydentalne sprzeniewierzenie się tej wrażliwości w drobnej kwestii może w przyszłości pozbawić Polskę możliwości skutecznego podnoszenia argumentów do niej się odwołujących. To jeszcze jeden z powodów, dla których odwoływanie się do nauczania Jana Pawła II w zakresie praw człowieka, a także do dziedzictwa zainspirowanej jego słowami pierwszej "Solidarności", w procesie kształtowania i prowadzenia polityki zagranicznej będzie wymagało szczególnej odpowiedzialności.

"Polski Przegląd Dyplomatyczny" 2005, nr 2

1 Redemptor hominis, 17.

INTEGRACJA EUROPEJSKA POD PRESJĄ

W rezultacie nieprzyjęcia przez Francję i Holandię Traktatu ustanawiającego Konstytucję dla Europy załamał się proces jego ratyfikacji. Unia Europejska ponownie znalazła się na rozdrożu. Powtarzalność tej sytuacji skłania do wniosku, iż mamy do czynienia z cechą immanentną integracji europejskiej, wynikającą z wysokiego stopnia skomplikowania i złożoności tego procesu. Duże zróżnicowanie integrujących się ze sobą państw wpływa na tempo integracji, ponieważ jedne państwa zyskują gotowość do głębszej i szybszej integracji w określonych obszarach wcześniej niż inne. Ponadto konsensus w sprawie wyboru takiego obszaru również nie jest łatwy do osiągnięcia. Takie są źródła strukturalnego napięcia – swego rodzaju permanentnego kryzysu integracyjnego.

Ostatnie rozszerzenie znacząco zwiększyło istniejące w Unii Euro­pejskiej zróżnicowanie, ponieważ członkostwo uzyskało 10 państw o dużo niższym poziomie rozwoju niż średni poziom dotychczasowych członków. Strukturalne napięcia mogą się więc ujawniać częściej i, być może, z większą siłą.

Pochodną zwiększenia zróżnicowania w Unii jest kryzys tożsamości. Unia Europejska złożona z 25 członków, a już wkrótce z 27, nie jest już wyłącznie wspólnotą społeczeństw Europy Zachodniej, połączonych doświadczeniem odbudowy wolnej części kontynentu z gruzów II wojny światowej i poczuciem wyższości własnego modelu rozwoju nad tym ustanowionym w Europie Wschodniej przez sowieckie imperium. Zakończenie zimnej wojny wyzwoliło w społeczeństwach zachodnioeuropejskich potrzebę stabilizacji, opartej na satysfakcji z już osiągniętego poziomu dobrobytu. Dla znacznie uboższych społeczeństw państw byłego bloku sowieckiego upadek sowieckiego imperium oznaczał nie tylko odzyskanie wolności, przyniósł im także szansę na rozwój i nadzieję na przyszły dobrobyt. Społeczeństwa krajów Europy Zachodniej są w większości zadowolone z osiągniętego poziomu życia – domagają się więc jego ochrony, natomiast społeczeństwa nowych krajów członkowskich do tego poziomu dopiero aspirują, a dla jego osiągnięcia gotowe są do dużego wysiłku i godzą się na uboższy system socjalny – wartością dla nich jest rozwój. W rozszerzonej Unii Europejskiej mamy więc do czynienia nie tylko z dużym zróżnicowaniem rozwojowym, lecz także z jego pochodną, jaką są znaczne różnice w aspiracjach społeczeństw.

Gdyby proces integracji europejskiej przebiegał w całkowitej izolacji od świata zewnętrznego, po jakimś czasie mogłoby się okazać, iż napięcia integracyjne są silniejsze od sił napędzających integrację, i w rozważaniach o przyszłości Unii Europejskiej należałoby uwzględniać możliwość jej dezintegracji. Ale takie warunki możliwe są do uzyskania wyłącznie w jakimś umownym intelektualnym laboratorium, w rzeczywistości następuje bardzo silna interakcja między procesem integracji europejskiej a procesami zachodzącymi poza Europą, działają nań siły zewnętrzne, które również ewoluują pod wpływem zmian zachodzących w szerszym systemie. Część z nich sprzyja integracji europejskiej, część przeciwnie, wzmacnia tendencje dezintegracyjne. Najsilniejszą zewnętrzną siłą prointegracyjną oddziałującą na Europę jest presja konkurencyjna, która niczym dwa potężne tłoki naciskające z przeciwnych kierunków (od zachodu – Stany Zjednoczone, a od wschodu – Azja) staje się istotnym czynnikiem zmian. Presja konkurencyjna jest często równoważona wolą współpracy z Unią Europejską, która także ma wyjątkowo prointegracyjny charakter. Nacisk konkurencji ze strony Stanów Zjednoczonych przyczynia się do nasilania się tendencji do: pogłębiania i zacieśniania integracji europejskiej, zwiększania efektywności instytucji i procesu podejmowania decyzji, formułowania wspólnej polityki zewnętrznej. Stany Zjednoczone są obecnie samotnym hegemonem systemu światowego. Ich dominacja uwidacznia się w niemal wszystkich dziedzinach: militarnej, ekonomicznej, technologicznej, naukowej, dyplomatycznej, kulturalnej, a także językowej. Żadne z państw europejskich nie jest zdolne samodzielnie konkurować z tym kolosem w którejkolwiek z wymienionych dziedzin, z trudem przychodzi to także całej Unii Europejskiej. Niemniej jednak to właśnie integracja europejska pozwala państwom starego kontynentu na wspólne ograniczanie przewagi Stanów Zjednoczonych, oddziaływanie na ich politykę gospodarczą i zagraniczną oraz efektywniejsze maksymalizowanie własnego położenia w systemie światowym. Oddziaływanie to jest tym skuteczniejsze, im większa jest połączona siła integrujących się ze sobą państw. Słaba politycznie i gospodarczo Unia nie tylko traciłaby swoją atrakcyjność dla państw europejskich, lecz także przyczyniłaby się do umocnienia się Stanów Zjednoczonych na pozycji hegemona.

Nasila się także presja konkurencyjna działająca na proces integracji europejskiej ze strony Azji. Wprawdzie ma ona inny charakter niż oddziaływanie amerykańskiego hegemona, pozbawiona jest jak dotąd porównywalnego wymiaru politycznego, militarnego i kulturalnego, ale już w nieodległej przyszłości może się to zmienić. Wpływ przemian zachodzących w Azji na Europę sprowadza się obecnie głównie do konkurencji ekonomicznej, której podstawy tworzą dynamicznie rozwijające się gospodarki Chin oraz Indii, korzystające z taniej siły roboczej, rosnącego standardu usług finansowych, coraz bardziej zaawansowanych technologii oraz efektu skali. Już dzisiaj trudno sobie wyobrazić, aby którekolwiek z państw członkowskich Unii mogło, działając samodzielnie, wywrzeć skuteczny nacisk na Chiny czy Indie w jakiejś istotnej kwestii stosunków handlowych lub politycznych. Wyniki może osiągać wyłącznie Unia Europejska, współkształtująca normy handlu światowego i występująca w imieniu swoich członków.

Prognozy są jednak dla Europy bardzo niekorzystne. Przewiduje się, iż w perspektywie najbliższych 15 lat będziemy już mieli do czynienia nie z jedną, lecz z trzema globalnymi potęgami, a do Stanów Zjednoczonych dołączą Chiny i Indie. Rosnąca siła azjatyckich potęg gospodarczych spowoduje, iż zaczną one kształtować zasady handlu światowego, przepływów kapitałowych oraz inwestycji. Eksperci amerykańskiej Narodowej Rady do spraw Wywiadu przepowiadają, iż "zachodni" model globalizacji będzie stopniowo ustępował "azjatyckiemu"1. Z pewnością znajdzie to swoje odzwierciedlenie w składzie nieformalnej grupy państw o największych gospodarkach. Obecna grupa G 7/8 w ciągu najbliższych 10 lat zostanie więc rozszerzona o Chiny i Indie. Takie rozszerzenie stanie się konieczne w celu skutecznej harmonizacji polityki gospodarczej w skali globalnej. Zaproszenie do Chin i Indii trzeba jednak wystosować we właściwym czasie, gdy uzyskanie członkostwa w Grupie będzie jeszcze dla nowych azjatyckich potęg atrakcyjne.

Większość ogłoszonych ostatnio przez różne instytucje prognoz jest zgodna w tym, że do 2020 r. Unia Europejska nie stanie się potęgą globalną ani pod względem gospodarczym, ani politycznym. Przeciwnie, uważa się, że Unia zacznie się stopniowo marginalizować, tracąc możliwość wpływania na treść standardów i determinowania norm obowiązujących w skali globalnej. Rozwijanie politycznej i gospodarczej współpracy z państwami Azji będzie więc dla Unii instrumentem równoważenia napięć wynikających z konkurencji. Jednakże na dłuższą metę nie uda się im przeciwdziałać wyłącznie za pomocą instrumentów instytucjonalnych.

Oczywiście, przewidywania co do wyniku zmagań konkurencyjnych Unii Europejskiej z państwami Azji formułowane są z założeniem, że: sytuacja w Europie nie ulegnie zasadniczej zmianie, rozbudowane systemy socjalne wciąż będą uniemożliwiać Unii Europejskiej sprostanie azjatyckiej konkurencji, nie uda się przezwyciężyć marazmu gospodarczego i politycznej niewydolności. W chwili gdy proces ratyfikacji Traktatu ustanawiającego Konstytucję dla Europy się załamał, rzeczywiście trudno o optymizm. To, czego Unia obecnie potrzebuje, to dobra diagnoza sytuacji i nadanie integracji nowej dynamiki.

Projekt Konstytucji, który w założeniu powinien być przygotowany w gronie tylko 15 państw członkowskich, miał przesądzić instytucjonalny kształt Unii składającej się z 27 państw na najbliższe 20 lat. Przygotowaną przez Konwent umowę międzynarodową nazwano Konstytucją, a w niektórych krajach członkowskich ze względów wewnątrzpolitycznych zdecydowano się ją ratyfikować w drodze referendum – tak postanowiono między innymi we Francji. Prezydent Chirac, przekonany, że Konstytucja dla Europy przygotowana według francuskiej receptury zostanie przez Francuzów zaaprobowana, postanowił skorzystać z okazji, podzielić francuską lewicę i zmusić politycznego rywala, ministra Sarkozy'ego, do przyłączenia się do własnego obozu. Wprawdzie Chirac wygrał część bitew, ale przegrał całą batalię, osłabił Francję w Europie i zablokował na wiele lat pomysły nadania Unii Europejskiej "konstytucji".

Nie oznacza to jednak, iż proces reform instytucjonalnych w Unii zostanie zatrzymany, należy raczej oczekiwać, iż po pewnych modyfikacjach wkrótce przyspieszy. Prawdopodobnie już w przyszłym roku zaczną zapadać co do tego decyzje. Jeżeli za prezydencji Zjednoczonego Królestwa w Unii nie uda się osiągnąć porozumienia w sprawie nowej perspektywy finansowej, a szanse na to nie są duże, problem zostanie rozwiązany w ostatnim możliwym terminie, czyli w marcu 2006 r. za prezydencji austriackiej. Po czym, zapewne za przewodnictwa Finlandii, rozpocznie się przygotowywanie nowych reform instytucjonalnych. W styczniu 2007 r. przewodnictwo w Unii Europejskiej przejmują Niemcy i ze względu na znaczenie tego państwa dla procesu integracji europejskiej trzeba się liczyć z możliwością, iż nowy rząd RFN będzie dążyć do nadania przygotowywanym reformom ostatecznego kształtu.

Niemieckie przewodnictwo w Unii Europejskiej może być dla Polski dużą szansą, ale aby ją wykorzystać, już dziś powinno się określić, co w nowych reformach instytucjonalnych jest w polskim interesie, oraz wypracować dobrą, ofensywną i proeuropejską argumentację dla jego przeprowadzenia. Bez takiej refleksji nie uda się dobrze spożytkować okresu przygotowywania się Niemiec do objęcia przewodnictwa w Unii, kiedy możliwości oddziaływania na niemieckich partnerów mogą być największe. Rząd powinien także w swoich planach uwzględniać ewentualność gwałtownego przyspieszenia integracji europejskiej w obszarach, w których Polska jeszcze w pełni nie uczestniczy. Szczególnie ważne może się okazać wykształcenie się politycznego wymiaru integracji w obszarze strefy euro, który nadałby idei European Economic Governance inne praktyczne znaczenie. Nowa instytucja strefy euro mogłaby się przyczynić do lepszej koordynacji polityk gospodarczych w węższym gronie, skutecznie zastępując w tym zakresie Pakt Stabilności i Rozwoju i tworząc polityczną przeciwwagę dla roli Europejskiego Banku Centralnego. Opracowując strategię dochodzenia do przyjęcia przez Polskę euro, rząd powinien uwzględniać możliwość wcześniejszego ukonstytuowania się takiej instytucji. Na jej podstawie może się bowiem wytworzyć nowe centrum integracji europejskiej – bez polskiego udziału.

W strategicznym interesie Polski leży utrzymanie przez Unię Europejską zdolności do rozszerzania się. Tendencje demograficzne w Unii wskazują, iż zdolność ta może mieć istotne znaczenie dla zachowania jej konkurencyjności, zwłaszcza w obliczu coraz agresywniejszej polityki gospodarczej Chin i Indii. Rozszerzanie Unii jest katalizatorem reform społeczno-gospodarczych we wszystkich państwach członkowskich. Powoduje to presja konkurencyjna ze strony dynamicznych gospodarek nowych członków, dążących do jak najszybszego nadrobienia dystansu rozwojowego do państw Europy Zachodniej. Nowi członkowie konkurują ze starymi członkami, mającymi dużą przewagę w poziomie rozwoju, ale konkurują też między sobą, a w przyszłości należy się liczyć z tym, że do tego procesu włączą się również sąsiedzi Unii, dostosowujący się do kryteriów członkostwa. W rezultacie rozwiązania gospodarcze skutecznie wprowadzone w jednym z państw członkowskich, lub nawet sąsiedzkich, będą stopniowo przejmowane przez pozostałe państwa Unii. Z tego punktu widzenia rozszerzanie Unii Europejskiej staje się czynnikiem sprzyjającym podwyższaniu konkurencyjności europejskiej gospodarki.

W perspektywie 20 lub 30 lat Unia Europejska powinna być gotowa do przyjęcia Turcji i Ukrainy oraz kilku mniejszych państw dziś z Unią sąsiadujących2. Ponadto pomimo zawirowań politycznych w Europie "o sile UE stanowi nie tylko gospodarka. Coraz bardziej liczy się atrakcyjność europejskiego modelu integracyjnego, a sukces integracji jest przecież wynikiem bezpiecznych warunków integracji, czyli zaangażowania USA w obronę europejską. Atrakcyjność integrującej się Europy wynika z adekwatnego połączenia siły militarnej z inteligencją wspólnego wysiłku ponad granicami państwa narodowego"3. Inkluzywność, będąca cechą charakterystyczną integracji europejskiej, stanowiła w ostatniej dekadzie lat jej największą siłę, wzmacniała Unię Europejską w relacjach ze Stanami Zjednoczonymi, które nie dysponują porównywalnym narzędziem. Jednocześnie zdolność do rozszerzania się dodawała dynamiki całemu procesowi integracji. Aby więc maksymalizować swoje położenie w świecie i zmniejszać dystans wobec Stanów Zjednoczonych, oraz skutecznie opierać się presji ze strony Chin, Unia Europejska będzie musiała tę zdolność rozwijać.

Wzmocnienie Unii Europejskiej w wyniku pogłębienia integracji oraz jej stopniowego rozszerzania w przyszłości może stworzyć warunki dla utworzenia w obszarze transatlantyckim strefy wolnego handlu. Mogłaby ona być odpowiedzią na wyzwania wynikające z nasilającej się presji konkurencyjnej ze strony Azji, oddziałującej zarówno na Stany Zjednoczone, jak i Unię Europejską. Zacieśnienie współpracy gospodarczej w obszarze transatlantyckim może także umożliwić skuteczne przeciwstawienie się coraz bardziej agresywnej polityce handlowej i gospodarczej państw azjatyckich. Projekt ten powinien w przyszłości uzyskać status celu strategicznego dla Polski, gdyż jego realizacja oznaczałaby zacieśnienie związków transatlantyckich i jednoczesne podwyższenie konkurencyjności gospodarki europejskiej względem państw azjatyckich. Taki obszar wolnego obrotu towarów, później również usług, powinien obejmować Stany Zjednoczone, Kanadę i Meksyk, z jednej strony, a Unię Europejską, być może wraz z państwami stowarzyszonymi – z drugiej. Powstanie strefy wolnego handlu dla ponad miliarda ludzi, utworzonej przez najbardziej rozwinięte państwa świata, pozwoliłoby jej uczestnikom uzyskać konkurencyjną pozycję wobec Chin, Indii i innych państw Azji.

Polska nie potrzebuje Unii Europejskiej słabej i niezdolnej do przeciwstawienia się zewnętrznej konkurencji. Nie tylko dlatego, iż taka Unia nie dawałaby gwarancji skutecznego nadrabiania dystansu rozwojowego do najwyżej rozwiniętych państw, lecz także dlatego, iż zmagająca się z własnymi słabościami, a być może także z tendencjami dezintegracyjnymi Unia nie byłaby zdolna skutecznie oddziaływać na politykę Stanów Zjednoczonych. W takiej sytuacji działałyby one w polityce globalnej samodzielnie, a relacje transatlantyckie stopniowo by się rozluźniały. W praktyce oznaczałoby to dominację Stanów Zjednoczonych nad grupą zatomizowanych partnerów europejskich, co stwarzałoby niebezpieczeństwo instrumentalnego ich wykorzystywania dla partykularnych celów coraz bardziej unilateralnej polityki amerykańskiej.

W długofalowym polskim interesie leży, aby wspólnota transatlantycka sprostała wyzwaniom wzrostu gospodarczego, a w dalszej przyszłości także politycznego znaczenia Chin i Indii w świecie. Ponieważ będzie to możliwe pod warunkiem wzmocnienia Unii Europejskiej oraz zacieśnienia związków transatlantyckich, można mieć nadzieję, iż Polska znajdzie w Europie wielu sojuszników gotowych wspólnie działać na rzecz osiągnięcia tak zakreślonych celów.

"Polski Przegląd Dyplomatyczny" 2005, nr 3

1 Patrz Report of the National Intelligence Council's 2020, The Contradictions of Globalization, www.cia.gov/nic/NIC_globaltrend2020_s1.html [dostęp: 12.06.2005]; por. A. Virmani, A Tripolar Century, USA, China and India, Indian Council for Research on International Economic Relations, Working Paper, marzec 2005, nr 160, www.icrier.org/wp160.pdf [dostęp: 12.06.2005].

2 Możliwość uzyskania członkostwa w Unii Europejskiej przez Federację Rosyjską w jej obecnym kształcie wykluczam. Proces dostosowywania się do standardów i warunków członkostwa w Unii mógłby prowadzić do dezintegracji tej fede­racji. W perspektywie najbliższych 50 lat członkostwo FR w Unii jest więc nieprawdopodobne.

3 R. Stemplowski, Katalizator iracki, "Polski Przegląd Dyplomatyczny" 2003, nr 2, s. 9.