Rozdział 2
Miecz Damoklesa
- Coś się zbliża. - mruknął jeden z żołnierzy po łacinie.
- Proszę, proszę Rzymianin. - Mira uśmiechnęła się lekko.
- Tak. - powiedział. - Mariusz.
- Ładne imię jak na kogoś z Italii.
Mariusz parsknął cicho.
- Ładne? - poprawił chwyt na karabinie. - To imię żołnierza, nie poety.
Mira przyjrzała mu się uważniej.
- A jednak brzmisz jak ktoś, kto widział więcej niż tylko pole bitwy.
- Widziałem. - odparł krótko. - I dlatego mówię: coś się zbliża.
Achilleus spojrzał w stronę doliny.
Mgła znów się pojawiała.
Tym razem szybciej.
Gęściej.
Jakby się uczyła.
- Zbierajcie się! - krzyknął. - Formacja obronna!
Żołnierze natychmiast zajęli pozycje.
Bez paniki.
Bez chaosu.
Dyscyplina.
Mira skinęła głową z uznaniem.
- Dobrzy jesteście.
- Musimy. - odparł Mariusz. - Bogowie patrzą.
Mira spojrzała na Olimp.
- Nie tylko oni.
W tym momencie-
ziemia zadrżała.
Mocniej niż wcześniej.
Jakby coś ciężkiego szło w ich stronę.
Krok.
Drugi.
Trzeci.
Nie było tego widać.
Ale było słychać.
I czuć.
- Coś dużego... - szepnął ktoś.
Mgła rozsunęła się.
Powoli.
Jak kurtyna.
I wtedy to zobaczyli.
Nie jedną istotę.
Nie kilka.
Dziesiątki.
Ale połączone.
Zlane w jedno.
Ogromne.
Poruszające się jak jeden organizm.
Mariusz ścisnął broń.
- Na bogów...
Mira zmrużyła oczy.
- To już nie zwiad.
Achilleus krzyknął:
- PRZYGOTOWAĆ SIĘ!
Potwór zatrzymał się.
Jakby oceniał.
Jakby wybierał.
A potem-
z jego wnętrza rozległ się głos.
Znany.
Zbyt znajomy.
- Zyg... fryd...
Mira zesztywniała.
- Nie...
Mariusz spojrzał na nią.
- Znasz to imię?
- Znam. - odparła cicho. - I to bardzo źle, że ono też je zna.
Potwór ruszył.
Ziemia zatrzęsła się pod jego ciężarem.
Achilleus podniósł rękę.
- CZEKAĆ...
Jeszcze bliżej.
Jeszcze.
Jeszcze-
- OGIEŃ!
Salwa rozerwała powietrze.
Kule uderzyły w masę ciał.
Część odpadła.
Ale natychmiast została zastąpiona.
Jakby to coś było niewyczerpane.
Mariusz przeładował broń.
- To nie padnie od kul!
- Wiem! - krzyknęła Mira. - Ale spowolnijcie to!
Potwór zamachnął się.
Uderzenie.
Ziemia eksplodowała.
Kilku żołnierzy poleciało w tył.
Krzyki.
Chaos.
Mira zacisnęła pięści.
- Jeśli to się przedrze...
Spojrzała na Olimp.
- To nie zatrzyma się tutaj.
W tym momencie-
coś przecięło powietrze.
Gwizd.
Metal.
Ostrze.
Miecz wbił się w ciało potwora.
Głęboko.
I po raz pierwszy-
to coś zawyło.
Naprawdę.
Z bólu.
Mira odwróciła się gwałtownie.
Na wzgórzu stał on.
Z karabinem przewieszonym przez ramię.
I drugim mieczem w dłoni.
- Znalazłem was. - mruknął.
Obok niego Brunhilda.
Z oczami pełnymi ognia.
Weles zapalił papierosa.
- No... to mamy problem.
Mira uśmiechnęła się lekko.
- W samą porę.