My z poprawczaka - Orfeusz Nowakowski

Kup ebooka

16.99 zł
14.10 zł (14,22 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział I

Trze­ba być twar­dym - ta­kie są re­gu­ły, jak chcesz w te kloc­ki grać. Mu­sisz być twar­dy. Bar­dziej niż so­bie to wy­obra­żasz, bo na­sze ży­cie, to nie jest aku­rat ko­lo­ro­wy slajd, to gów­no, w któ­rym ty aku­rat się nie znaj­dziesz, co naj­wy­żej, do­sta­niesz wy­pie­ki na twa­rzy, jak ktoś coś to­bie bę­dzie opo­wia­dał lub coś prze­czy­tasz, no i też, nie tak do koń­ca. W tym gów­nie, ko­leś, ty się nie znaj­dziesz, ale my w nim tkwi­my, po przy­sło­wio­we uszy, no wła­śnie, w tym gów­nie. Bo mu­si­cie pa­mię­tać, wszyst­ko w ży­ciu, to gów­no, oprócz mo­czu, a to co masz zro­bić, to umrzeć i żyć do­pó­ki nie umrzesz, resz­tę so­bie wy­my­ślasz. Może też i nie tak do koń­ca, bo i tak naj­lep­sze sce­na­riu­sze pi­sze samo je­ba­ne ży­cie, więc też nie za­wsze, mo­żesz wy­my­ślić coś tak tyl­ko dla sie­bie, no cóż. Ta­kie jest wła­śnie ży­cie i mu­sisz jesz­cze o jed­nym pa­mię­tać, w ży­ciu spo­dzie­waj się za­wsze naj­gor­sze­go, a poza tym nie przej­muj się jaka bę­dzie po­go­da w dniu two­je­go po­grze­bu. Naj­ogól­niej na­sza hi­sto­ria za­czę­ła się od bar­dzo drob­nych nu­me­rów, wszyst­ko się tak wła­śnie za­czy­na. Z moim naj­lep­szym ko­le­siem zna­li­śmy się od za­wsze, by­li­śmy dla sie­bie jak bra­cia - wszyst­ko ro­bi­li­śmy ra­zem. Kra­dli­śmy i wcią­ga­li­śmy i dzie­li­li­śmy ze sobą za­je­bi­stą fazę. Wszyst­ko - do­słow­nie wszyst­ko mie­li­śmy wspól­ne. Tak na­praw­dę za­czę­ło się to pew­nej nocy, kie­dy cho­dzi­li­śmy na­wcią­ga­ni po uli­cach na­sze­go mia­sta i roz­pier­da­la­li­śmy wszyst­ko co było na na­szej dro­dze, by­li­śmy waż­ni, by­li­śmy sil­ni i nie­po­ko­na­ni. Wyj­ście z pubu, pa­trzy­my - idzie fra­jer, na pew­no z nie­złą kasą, tak so­bie po­my­śle­li­śmy, na­sza de­cy­zja. Jeb­nę­li­śmy go z dwa razy, je­ba­ny tak się darł, że my­śla­łem, za­je­bię gno­ja, ale do­stał jesz­cze z bani i padł na gle­bę. Tro­chę haj­su tra­fi­li­śmy, ta­ry­fa - je­dzie­my do ko­le­sia po fete, a póź­niej do klu­bu na im­prez­kę. Wcią­gnę­li­śmy to­war, na im­pre­zie było za­je­bi­ście, w pew­nym mo­men­cie urwał mi się film - by­łem tak za­je­ba­ny, nie wiem na­wet jak zwi­ną­łem się na cha­tę. Po kil­ku dniach przy­szedł nasz dziel­ni­co­wy, a po­tem do­sta­łem we­zwa­nie na men­tow­nie. Nie­któ­rzy mó­wią, men­dow­nia, też tak mó­wią. Prze­słu­chi­wał mnie ja­kiś aspi­rant czy jak mu tam, no... tak ich zwa­ne po­stę­po­wa­nie wy­ja­śnia­ją­ce, po­tem spra­wa. Na pierw­szy raz było to chu­jo­we uczu­cie, ale wie­dzia­łem, że mój zio­mal nie sprze­da mnie i mogą mi kur­wy chu­ja zro­bić. Moi ro­dzi­ce byli wkur­wie­ni, ale wy­par­łem się wszyst­kie­go - uwie­rzy­li. Po­je­cha­łem z oj­cem do sądu i za­czę­ło się. Wcho­dząc na salę by­łem bar­dzo zde­ner­wo­wa­ny, je­ba­ny fra­jer, któ­re­mu jeb­nę­li­śmy dzie­sio­nę roz­po­znał mnie. Na dzień do­bry do­sta­li­śmy ku­ra­to­ra, ja i mój kum­pel Prze­mo. Po­win­ni­śmy się uspo­ko­ić, ale od­bi­ło nam kom­plet­nie - na maxa. Żyć albo umrzeć - jak w fil­mie. Je­ba­li­śmy wła­my i dzie­sio­ny, dzie­li­li­śmy się wszyst­kim, bra­li­śmy co się dało, kwa­chy, amfę i inne za­je­bi­ste to­wa­ry. Prze­sta­łem cho­dzić do szko­ły i nie przej­mo­wa­łem się już ni­czym. Ro­dzi­ce byli już dla mnie źli i nie przej­mo­wał ich mój los. Mia­łem tro­je ro­dzeń­stwa, by­łem dla nich kimś gor­szym, czar­ną owcą w domu. Pier­do­li­ło mnie to wszyst­ko, sta­łem się jak­by in­nym czło­wie­kiem, da­lej kra­dłem i ba­wi­łem się z Prze­mem. Oczy­wi­ście ba­wi­łem się za cu­dze pie­nią­dze. Były pie­nią­dze, były pro­chy, były też dupy. Po trze­ciej spra­wie zna­la­złem się w schro­ni­sku dla nie­let­nich, żeby ukoń­czyć szko­łę, da­lej ta­kie bla bla bla. Póź­niej do­sta­łem po­pra­wę. Po­je­cha­łem lo­dó­wą tzn. za­wieź­li mnie kon­wo­jem, na pierw­sze po­wi­ta­nie, od razu było wi­dać, że będę miał moc­no prze­je­ba­ne jak ten za­jąc w dow­ci­pie. Chcia­łem być z Prze­mo, pójść do pubu na­je­bać się, na­ćpać, chcia­łem za­po­mnieć o wszyst­kim. Na na­stęp­ny dzień za­czął się kosz­mar, było tam prze­je­ba­ne, ze­ksi pi­zga­li nas za byle chuj. Bra­ko­wa­ło mi wol­no­ści, tych za­je­bi­stych im­prez i za­pier­da­la­nia w no­cha. Wkur­wi­łem się i zje­ba­łem stam­tąd. Mu­sia­łem się ukry­wać, żeby kur­wy mnie nie zła­pa­ły, wte­dy wró­cił­bym do syfu. W pierw­szy dzień po­je­cha­łem do Prze­ma, po­szli­śmy do mo­jej dupy, była to so­bo­ta, póź­niej pub i im­pre­za - tak jak za­wsze było za­je­bi­ście. Po im­pre­zie od­pro­wa­dzi­łem Ka­ro­li­nę. Wra­ca­jąc do domu zo­ba­czy­łem pod­jeż­dza­ją­cą sukę, wol­no je­cha­li i ob­ser­wo­wa­li. Za­czą­łem spier­da­lać, mia­łem za­je­bi­ste­go far­ta, że by­łem bli­sko domu, skrę­ci­łem do są­sia­da. Prze­sko­czy­łem płot - pra­wie mnie do­pa­dli - wi­dzia­łem w tyle sno­py bły­ska­ją­cych la­ta­rek. Wsze­dłem ci­cho do domu, tak, żeby nie obu­dzić ro­dzi­ców - mia­łem klucz. Usia­dłem cięż­ko od­dy­cha­jąc, chwi­lę jesz­cze sie­dzia­łem, ale kur­wa mia­łem far­ta. Za­sną­łem na­wet nie wie­dząc w któ­rym mo­men­cie. Spa­łem na tak zwa­ne wy­ryw­ki, nie chcia­łem, żeby ro­dzi­ce mnie przy­uwa­ży­li, wy­mkną­łem się bar­dzo rano, fakt, że ku­rew­sko nie­wy­spa­ny, ale nie mia­łem ocho­ty sta­rym się tłu­ma­czyć. Co miał­bym im po­wie­dzieć, że mi jest źle tam, gdzie sam się wpa­ko­wa­łem?! Prze­mo był nie­wąt­pli­wie moim naj­lep­szym kum­plem, ob­cho­dził jego mój los, kie­dy miał kasę - przy­sy­łał ją, pi­sał - po pro­stu po­ma­gał mi prze­trwać. Mia­łem i tak dużo szczę­ścia, bo gdy kra­dłem nie zgar­nia­łem przy­pa­łu, to zna­czy nie mia­łem wpad­ki, co­raz wię­cej kra­dłem, ma­jąc co­raz wię­cej kasy. Ostat­nio w te­le­wi­zji ktoś bar­dzo mą­dry po­wie­dział, że my tak na­praw­dę nie mu­si­my kraść, tyl­ko po pro­stu chce­my to ro­bić. Poza tym nas to wszyst­ko wali. Tak czy in­a­czej zle­wa­my sta­rych i ole­wa­my szko­łę, bo i co po niej póź­niej ro­bić? W du­pie tę całą na­ukę mamy, bo i po co? No, oczy­wi­ście do­cho­dzą do tego pro­chy i ta cała jaz­da wo­kół tego wszyst­kie­go. Nie pa­mię­tam, może po dzie­się­ciu, może po dwu­na­stu dniach zwi­nę­li mnie. Wra­ca­łem aku­rat od mo­jej ma­niu­ry, pod­je­cha­ła suka - było za póź­no na ja­ką­kol­wiek uciecz­kę - wpa­dłem. Za­wieź­li mnie na men­tow­nie, wsa­dzi­li mnie do celi z ja­ki­miś dwo­ma in­ny­mi ko­le­sia­mi. Oka­za­ło się, że aku­rat ich zwi­nę­li po dys­ko­te­ce, ale w chuj z tym, wa­li­ło mnie to, aku­rat ich przy­je­ba­ne pro­ble­my, kie­dy sam by­łem w gów­nie po uszy. Prze­wieź­li mnie z Izby Dziec­ka. Zo­sta­łem tam prze­słu­cha­ny. Póź­niej jesz­cze raz przez ko­goś in­ne­go z Po­li­cji.

Po dwóch dniach, chy­ba był to wto­rek, za­brał mnie kon­wój do "po­pra­wy". Tak ogól­nie to kon­wo­je cho­dzą we wtor­ki i czwart­ki.

Przy­po­mnia­ła mi się jed­na hi­sto­ria z dwo­ma nie­źle wy­je­ba­ny-mi ko­le­sia­mi. Po pro­stu za­je­bi­ści lu­za­cy no i cool go­ście tak ogól­nie, je­cha­łem wte­dy w kon­wo­ju z nimi, strze­li­li tak zwa­ną pod­mian­kę i je­den z nich zo­stał tam gdzie nie po­wi­nien. To­tal­ne jaja na mak­sa, a ten dru­gi po­je­chał na jego miej­sce, kie­dy kla­wi­sze z kon­wo­ju sku­ma­li o co cho­dzi, tam­ten już spier­do­lił.

Zo­sta­łem przy­ję­ty przez ze­ksa i po­sze­dłem z nim do gru­py - tak to się mó­wi­ło. Do­sta­łem taki wjeb, że mnie chuj z ner­wów strze­lił i my­śla­łem, że coś so­bie lub ko­muś zro­bię. Mu­sia­łem to prze­trzy­mać. Po­cząt­ko­wo ro­bi­łem ze­ksom "jaz­dę", ale do­sta­łem znów po­rząd­ny wjeb i wie­dzia­łem, że trze­ba bę­dzie się przy­cza­ić. Po pew­nym cza­sie w ra­mach tzw. do­bre­go za­cho­wa­nia - ha... ha... - po­je­cha­łem na prze­pust­kę - sąd wy­ra­ził też zgo­dę, więc nie było prze­szkód. Po­je­cha­łem na prze­pust­kę, spo­tka­łem się z Prze­mo i swo­ją ma­niu­rą. Jak za­wsze było od­lo­to­wo. Za­czę­ły się im­pre­zy "dy­chy" i "kwa­dra­ty". Za­wsze moż­na było coś skro­ić. Było za­je­bi­ście. Po trzech dniach tuż przed po­wro­tem do "syfu" zde­cy­do­wa­łem - nie wra­cam, będę się ukry­wał. Wy­nio­słem z domu wie­żę ste­reo, opy­li­łem ją. Mat­ka zro­bi­ła mi strasz­ną awan­tu­rę, po­szła na Po­li­cję, po­wie­dzia­ła, że sprze­da­ję jej rze­czy, nie wra­cam na noc do domu - wte­dy już prze­je­ba­ła so­bie na ca­łej li­nii. By­łem tak wkur­wio­ny, że nie wie­dzia­łem co mam ro­bić. Je­dy­ne co mi przy­cho­dzi­ło do gło­wy na myśl, żeby się na­je­bać z Prze­mo, przy­ja­rać coś i za­ru­chać. Wie­dzia­łem tak­że - tak czy in­a­czej - już nic mi nie po­mo­że. W ten ostat­ni dzień mo­jej prze­pust­ki do­sta­łem pie­nią­dze na po­dróż od sta­rych, po­że­gna­łem się i... nig­dzie nie po­je­cha­łem! Po­sze­dłem do pubu jak dzień w dzień, oczy­wi­ście z Prze­mo. Opo­wie­dzia­łem mu o wszyst­kim, sie­dzie­li­śmy dłu­go przy bro­war­ku, do­brze po dru­giej w nocy wkra­dłem się do domu. Po­sze­dłem spać. Gdy się obu­dzi­łem, drzwi od mo­je­go po­ko­ju były otwar­te. Wie­dzia­łem, że coś się może za­cząć dziać, nie my­li­łem się. Wie­dzia­łem, że coś jest nie tak, szyb­ko wsko­czy­łem w ciu­chy, zsze­dłem i usły­sza­łem jak oj­ciec roz­ma­wia z kimś przez te­le­fon - za­ja­rzy­łem na­tych­miast. Dzwo­nił na Po­li­cję, ubra­łem szyb­ko buty, wzią­łem pie­nią­dze z port­mo­net­ki mo­jej sio­stry i ile sił w no­gach zje­ba­łem z domu. Oj­ciec to za­uwa­żył, wy­le­ciał za mną na uli­cę - krzy­czał - wra­caj! Prze­bie­głem się nie­zły ka­wa­łek dro­gi, gdy za­uwa­ży­łem, że jadą "szkie­ły". Je­den z nich wy­siadł i za­czął mnie go­nić - ucie­kłem w stro­nę osie­dlo­wych ru­der, gdzie też kie­dyś mie­ści­ła się re­mi­za stra­żac­ka. Skok na dra­bin­kę, mo­ment i by­łem już na da­chu. Przez chwi­lę by­łem jesz­cze bez­piecz­ny, mo­głem ich ob­ser­wo­wać. Suka sta­nę­ła i wy­szedł jesz­cze je­den "szkieł" od razu wspi­na­jąc się po dra­bin­ce. Szyb­ko ze­sko­czy­łem na taki jak­by pół­da­szek - za­da­sze­nie, skok na dach ja­kie­goś tam ga­ra­żu i mo­ment by­łem na dro­dze, a wła­ści­wie ścież­ce pro­wa­dzą­cej do rze­ki. My­śla­łem, że ich od­sta­wi­łem i to znacz­nie, ale nie­sa­mo­wi­cie przy­śpie­szy­li, byli tuż za mną, aż się zdzi­wi­łem. Nie mia­łem wyj­ścia, do­bie­głem do rze­ki i wsko­czy­łem. My­śla­łem, że już po mnie - mo­men­tal­nie wodę mia­łem po szy­ję, prąd rze­ki rwał mnie i zno­sił. Ja­sne, że rze­czy mia­łem mo­kre, by­łem na­dmu­cha­ny wodą, czu­łem jak­by wszyst­ko od­by­wa­ło się w zwol­nio­nym tem­pie. Chy­ba tro­chę spa­ni­ko­wa­łem, ale tra­fi­łem na pły­ci­znę - całe szczę­ście, by­łem na dru­gim brze­gu. Szkie­ły ma­cha­li do mnie, krzy­cze­li, wy­zy­wa­li ale nie mie­li jak przejść. Po­ka­za­łem im jesz­cze fuck you i zwi­ną­łem się jak naj­szyb­ciej z ich pola wi­dze­nia. Ku­pi­łem po dro­dze za­pał­ki, szlu­gi, tro­chę żar­cia. Gdzieś oko­ło ki­lo­me­tra, idąc pe­ry­fe­ria­mi do­tar­łem do nie­wiel­kiej po­la­ny w le­sie. Zdją­łem blu­zę i całą resz­tę mo­krych ciu­chów. Roz­pa­li­łem ogni­sko i całe szczę­ście, bo za­czę­ło mi być co­raz zim­niej. Trzą­słem się jak ga­la­re­ta i gdy­bym nie biegł, praw­do­po­dob­nie za­ła­pał­bym się na wie­czor­ne wia­do­mo­ści, oczy­wi­ście jako trup. Parę go­dzin póź­niej, do­brze pod wie­czór, uda­łem się do cen­trum. Za­dzwo­ni­łem do Prze­ma, na całe szczę­ście był. Opo­wie­dzia­łem mu, co się wy­da­rzy­ło. Po­wie­dział, że da mi nowe ciu­chy i nie mam pę­kać, no bo tak nie­raz jest w ży­ciu. Mu­sia­łem zro­bić do­dat­ko­we ki­lo­me­try do nie­go i by­łem tak zmę­czo­ny tym wszyst­kim, po pro­stu pa­da­łem na ryj. No i te mo­kre na wpół wy­su­szo­ne ła­chy. My­śla­łem, że zdech­nę z zim­na. Prze­bra­łem się u nie­go, zja­dłem, wy­pi­łem tro­chę bro­wa­ru i po­je­cha­li­śmy tak­są do pubu. Kur­wa za­je­ba­na mać, nie mo­głem tego na­wet przy­pusz­czać, że te kur­wy, te skur­wie­le będą mnie szu­kać tam gdzie mogą mnie zna­leźć, ska­po­wa­li się, gdzie mogą się na mnie przy­cza­ić. Cze­ka­li na mnie i zwi­nę­li, niby im nie wol­no ale kaj­dan­ki mi za­ło­ży­li. My­śla­łem, że się roz­kur­wię. Wje­ba­li mnie do po­lo­ne­za i za­wieź­li na men­tow­nie na ich skur­wia­łą ko­men­dę. Prze­słu­chi­wa­li mnie czy nic nie od­je­ba­łem. Pró­bo­wa­li sta­rą zna­ną mi me­to­dą przy­kle­pać mi to i owo, ale nie­sku­tecz­nie tym ra­zem. Nie przy­zna­wa­łem się do ni­cze­go, choć nie­złe nu­me­ry od­je­ba­łem na tej prze­pu­st­ce, ale chu­ja ze mnie wy­cią­gnę­li. Od­wieź­li mnie do Po­li­cyj­nej Izby Dziec­ka - póź­niej we wto­rek kon­wój i do po­praw­cza­ka. Po dwóch dniach oznaj­mio­no mi - je­dzie­my gdzie in­dziej - gdy to usły­sza­łem pra­wie łzy po­szły mi z oczu, ale uspo­ko­iłem się. Za­wsze trzeb a po­ka­zać, że jest się twar­dy, bez wzglę­du na to co by się dzia­ło - nie moż­na nic po so­bie po­ka­zać. Je­steś sła­by, to mają cie­bie. Pła­kać to moż­na do po­dusz­ki - nig­dy tak aby ktoś to wi­dział. Zno­wu nowi ko­le­dzy, nowe oto­cze­nie, nowe sy­tu­acje. Więk­szość ko­le­siów była w po­pra­wie za po­dob­ne rze­czy co ja lub inne. Tak to już jest. Po­wo­li za­czą­łem przy­zwy­cza­jać się do no­wych za­sad i no­wych osób. Za­czę­li­śmy się wza­jem­nie wy­py­ty­wać i opo­wia­dać. Za­wsze tak jest na po­cząt­ku - co, jak, jak było i tak da­lej. Opo­wia­da­li mi o swo­ich prze­ży­ciach i przy­go­dach, ja o swo­ich. Tak mija czas w po­pra­wie. No jest szko­ła i inne za­ję­cia, ale jak ktoś ma ocho­tę się wy­dziar­gać i to nie­źle, znaj­dzie też czas na to. Był taki ko­leś z oko­lic Wro­cła­wia, któ­ry był mi­strzem w ta­tu­owa­niu. Nie było rze­czy, któ­rej by nie wy­ta­tu­ował, bio­rąc pod uwa­gę ja­kie pry­mi­tyw­ne mie­li­śmy ma­szyn­ki. Jego ulu­bio­nym po­wie­dze­niem było - co tam sły­chać San­cho, chy­ba nie­zbyt - co? Bar­dzo go lu­bi­łem, był to na­praw­dę po­rząd­ny ko­leś. Tak jak mó­wi­łem, tak mija czas w po­pra­wie. Nie cze­ka­łem na list, ale po pew­nym cza­sie na­pi­sa­ła do mnie mama. Pi­sa­ła, że prze­my­śla­ła to wszyst­ko, że pła­ka­ła przez całe noce. Pro­si­ła, pi­sa­ła o na­dziei, że się po­pra­wię i się zmie­nię, wró­cę do domu. Ten list miał mnie chy­ba od­mie­nić, a może w ja­kiś spo­sób zmie­nić? Nie wiem i do dzi­siaj go pa­mię­tam - ten pierw­szy list do mnie. Nikt tego nie jest w sta­nie zro­zu­mieć jak zu­peł­nie in­a­czej jest trak­to­wa­ny list w ta­kiej sy­tu­acji w ja­kiej ja by­łem. To jest zu­peł­nie coś in­ne­go niż nor­mal­nie list od ciot­ki na świę­ta, obo­jęt­nie ja­kie to by były. Ba, ro­dzi­na za­czę­ła się mną in­te­re­so­wać, za­czę­li przy­jeż­dżać, ko­re­spon­den­cja się za­czę­ła, czę­ściej niż kie­dy­kol­wiek. Na pew­no mi to w ja­kiś spo­sób po­ma­ga­ło i tak są­dzę po­mo­gło. Na pew­no prze­trwać. W po­praw­cza­ku mia­łem nie­raz pro­ble­my z pod­po­rząd­ko­wa­niem się re­gu­la­mi­nom i ogól­nie przy­ję­tym za­sa­dom, ale na­uka szła mi cał­kiem nie­źle. Na pierw­szą prze­pust­kę mu­sia­łem cze­kać bar­dzo dłu­go. Wresz­cie ją otrzy­ma­łem. Wie­dzia­łem, że jak będę za dużo fi­kał, to do­pier­do­lą mi po­pra­wę do dwu­dzie­ste­go pierw­sze­go roku. Kur­wa, chy­ba bym tego nie prze­żył. Ja pier­do­lę, na­wet nie je­stem w sta­nie so­bie tego wy­obra­zić, ja pier­do­lę, ale szajs, co to by był za ki­bel. Chy­ba le­piej się bajt­nąć na linę! Pierw­sza wia­do­mość w moim mie­ście nie była naj­lep­sza - przy­ja­ciel tra­fił do za­kła­du. Do­wie­dzia­łem się o ad­res i te­le­fon - za­dzwo­ni­łem do nie­go. Oka­za­ło się, że nasz wspól­ny ko­leś "sprze­dał" go z wła­ma­niem jak wpadł. Po spra­wie wje­ba­li go do Schro­ni­ska dla Nie­let­nich, a po trzech ty­go­dniach wy­wieź­li go do za­kła­du. Bar­dzo ufa­li­śmy temu ko­le­sio­wi, a tu taka wpa­da! Dużo, dużo póź­niej do­rwa­li­śmy kon­fi­den­ta i tak mu wpier­do­li­li­śmy, że le­żał ku­tas je­ba­ny i pro­sił, żeby uwie­rzyć w to, że to nie on "sprze­dał". Nie mo­gli­śmy jed­nak w to uwie­rzyć. Pew­ne rze­czy były dla nas zbyt oczy­wi­ste. Na tej prze­pu­st­ce nic kom­plet­nie nie wy­je­ba­łem, kom­plet­nie żad­ne­go nu­me­ru. Na im­pre­zy cho­dzi­łem tyl­ko z ma­niu­rą. Pra­wie cały czas spę­dzi­łem w domu i z ma­niu­rą. Jed­nak bra­ko­wa­ło mi tych za­je­bi­stych za­dym. Mia­łem na­dziej ę, że Prze­mo szyb­ko przy­je­dzie na prze­pust­kę i znów bę­dzie­my kraść i ba­wić się ra­zem. Wszyst­ko się tak jak­by bez nie­go uspo­ko­iło, prze­sta­łem od­pier­da­lać nu­me­ry. Naj­więk­szym jed­nak nu­me­rem było to, kie­dy w ter­mi­nie po­wró­ci­łem z prze­pust­ki do za­kła­du. W za­kła­dzie mi­jał dzień za dniem tak jak za­wsze utar­tym re­gu­la­mi­no­wym try­bem. By­łem jed­nym z lep­szych wy­cho­wan­ków, do­bre za­cho­wa­nie i do­bre oce­ny. Chcia­łem prze­trwać ja­koś do wa­ka­cji, któ­re po­wo­li się zbli­ża­ły. Ko­niec czerw­ca przy­je­cha­ła do mnie sio­stra ze swo­im fa­ciem i po­je­cha­łem do domu. Po przy­jeź­dzie nie wy­cho­dzi­łem z domu przez kil­ka dni. Nie­moż­li­we niby, a jed­nak tak było. Po­ma­ga­łem ma­mie w domu i ogro­dzie. Po­my­śla­łem, że za­dzwo­nię do ma­niu­ry, a tak­że do Prze­ma, może też przy­je­chał. Nie mia­łem in­for­ma­cji, czy go wy­pu­ści­li czy też nie. Oka­za­ło się, że też przy­je­chał, ale za­lał pałę w pu­bie - ale miał prze­dzwo­nić, niby. Tłu­ma­czył się, że tak ja­koś wy­szło no i co. Umó­wi­li­śmy się na dwu­dzie­stą w jak­że by in­a­czej w na­szym ulu­bio­nym pu­bie. Przy­je­chał po mnie - ru­szy­li­śmy po na­sze ma­niu­ry. Wy­je­ba­li­śmy do cen­trum na im­pre­zę i znów się czu­łem za­je­bi­ście, tak jak wte­dy, tak jak za­wsze. Wy­da­wa­ło się, że to mój ży­wioł, po pro­stu chy­ba ko­cham ta­kie ży­cie. Im­pre­za, al­ko­hol, dra­gi i ma­niu­ry. Gdy wcią­gną­łem ście­chę to­wa­ru, czu­łem się to­tal­nie od­prę­żo­ny i nic mnie nie ob­cho­dzi­ło. Za­po­mnia­łem o wszyst­kim - o tym ca­łym gów­nie w któ­rym by­łem. Ma­niu­ry też wal­nę­ły so­bie po exta­sie. Było na­praw­dę su­per­ow­sko. Pod­czas tań­cze­nia "po­ście­ló­wek" mó­wi­ły, że są tak pod­ja­ra­ne, bo aż szczy­pie je w kro­ku z pod­nie­ce­nia. Mnó­stwo go­rzał­ki, mnó­stwo się po­la­ło.

By­łem w zu­peł­nie in­nym świe­cie, ła­pa­łem za­je­bi­stą fazę i wy­da­wa­ło mi się, że je­stem kimś wiel­kim i nie ma lep­sze­go. Ma­niu­ra wzię­ła mnie za rękę, po­cią­gnę­ła do to­a­le­ty. Tłok jak skur­wy­syn, ni­ko­go nic nie dzi­wi, każ­dy coś jara albo... Od­cze­ka­li­śmy swo­je, gdy ja­kaś zdy­sza­na par­ka wy­szła z jed­ne­go klo­pa. Strasz­nie nas to pod­ja­ra­ło, gdy so­bie wy­obra­zi­li­śmy w ja­kiej ak­cji byli. Nie było żad­nych słów czy za­pro­szeń. Opar­ła się o ścia­nę gło­wą, zdją­łem jej majt­ki, zo­ba­czy­łem jej za­je­bi­sty ty­łe­czek, roz­sta­wio­ne sze­ro­ko nogi. Po chwi­li by­łem już w sza­leń­czym tem­pie, mia­łem to­tal­ne­go "po­we­ra". Ka­ro­li­na wie jak to ro­bić, krę­ci­ła dup­cią tak fan­ta­stycz­nie, tak szyb­ko, by­li­śmy bar­dzo pod­ja­ra­ni. Tro­chę to trwa­ło, gdy po­my­śla­łem, tyle ru­cha­nia i nic - nie mo­głem się spu­ścić, a tak bar­dzo chcia­łem. To do­syć pro­ste, bo kie­dy wal­niesz w no­cha za dużo "szu­wak­su", to mo­żesz, ale nie do koń­ca, nie mo­żesz się spu­ścić. Za to Ka­ro­li­na dy­sza­ła jak dzi­ka, jej było ła­twiej po "amor­ku". Wresz­cie da­łem so­bie spo­kój, nie tym ra­zem, zresz­tą i tak już nie mo­głem. Wy­szli­śmy. Obok w ka­bi­nie ktoś trze­pał so­bie ko­nia, wi­docz­nie usły­szał co się dzie­je i się pod­ja­rał. Ja­sne, też tak moż­na. Ba­wi­li­śmy się da­lej, Prze­mo ko­goś mi przed­sta­wił, ale już nie pa­mię­tam kogo. Znał spo­ro osób, do kel­ne­rek mó­wił na ty. Na koń­cu "dys­ki" umó­wi­li­śmy się z wia­rą na na­stęp­ną im­pre­zę. Po­je­cha­li­śmy tak­są do domu. Fazę mia­łem za­je­bi­stą, obłęd jak by­łem na­fa­zo­wa­ny. W tak­sów­ce Prze­mo ze swo­ją Mag­dą nie­źle dzia­łał. Wi­dzia­łem tyl­ko jego rękę pod jej mi­nió­wą, całą dro­gę się ca­ło­wa­li, a on jej je­chał z pal­ca. Dwa dni póź­niej ro­dzi­ce za­bra­li mnie na wcza­sy za gra­ni­cę. Do­kład­nie do Chor­wa­cji. Było tam nie­źle, ale nud­no. Naj­bar­dziej roz­ba­wił mnie fakt, że mu­sia­łem ką­pać się w klap­kach, żeby nie na­dep­nąć na ja­kie­goś je­ża­ka czy coś w tym ro­dza­ju. Ale heca. Ale i tak było nud­no, bez Prze­ma, bez Ka­ro­li­ny, bez im­prez. Chcia­łem jak naj­szyb­ciej wró­cić i za­ba­wić się z mo­imi ko­le­ga­mi. Po po­wro­cie oj­ciec obie­cał mi sfi­nan­so­wać kurs pra­wa jaz­dy, a po­tem kto wie czy nie będę mógł jeź­dzić jego sa­mo­cho­dem. Bar­dzo się ucie­szy­łem, ale też nie bar­dzo wie­dzia­łem o co jemu cho­dzi. Nig­dy nie do­sta­wa­łem od nie­go ta­kich pre­zen­tów. Za­dzwo­ni­łem do Prze­ma i opo­wie­dzia­łem mu o tym. Też się ucie­szył, zwłasz­cza gdy mu obie­ca­łem jaz­dę au­tem. No, jak oczy­wi­ście bę­dzie to moż­li­we. Przez całe wa­ka­cje pier­dol­nę­li­śmy z Prze­mem kil­ka "dzie­sion", ale bez żad­ne­go nie­po­trzeb­ne­go przy­pa­łu. Mie­li­śmy duże pla­ny na przy­szłość. Chcie­li­śmy być w przy­szło­ści gang­ste­ra­mi, być nie­za­leż­nym od in­nych i ro­bić duże in­te­re­sy. Zro­bi­łem pra­wo jaz­dy, tak jak oj­ciec mi obie­cał. Od­pa­lił dolę dla eg­za­mi­na­to­ra i zda­łem za pierw­szym ra­zem. Ale zdol­ny je­stem, co? Sta­rzy mie­li Audi 80 tak zwa­ną przej­ściów­kę. Na po­czą­tek to i tak nie­bo. Po­je­cha­łem do Prze­ma, wy­rwa­li­śmy na mia­sto, ale czad. Dwa razy chy­ba bym w ko­goś przy­pier­do­lił, ale mie­li nie­zły re­fleks. Do cho­le­ry, w koń­cu też mają pra­wo jaz­dy. Sza­le­li­śmy nie­sa­mo­wi­cie. Póź­niej wy­rwa­li­śmy za mia­sto na sta­ry opusz­czo­ny au­to­drom, tam do­pie­ro da­li­śmy kitu. Póź­niej wie­czo­rem, jak zwy­kle im­prez­ka, cho­le­ra ja­sna - po­że­gnal­na. Aku­rat au­tem dłu­go się nie na­cie­szy­łem, bo mu­sia­łem wra­cać do za­kła­du. Ko­niec wa­ka­cji, ko­niec wszyst­kie­go. Było to strasz­nie przy­gnę­bia­ją­ce, strasz­nie, po pro­stu chcia­ło mi się aż pła­kać. Po po­wro­cie wszyst­ko było jak­by inne, tak mi się wy­da­wa­ło. My­śla­łem, że nie wy­trzy­mam. Sta­ło się, wy­trzy­ma­łem, gdzieś oko­ło trzech ty­go­dni. Pod­czas wyj­ścia do mia­sta ucie­kłem ze­kso­wi. Po­je­cha­łem do domu. Mu­sia­łem wszyst­ko zro­bić tak, żeby ro­dzi­ce nie sku­ma­li o co cho­dzi. Mo­men­tal­nie miał­bym wy­wóz. Po­sze­dłem do swo­jej dziew­czy­ny, ale spa­nie u niej od­pa­da­ło. Jej sta­rzy zna­li mo­ich, mo­gli by coś po­dej­rze­wać, że coś jest nie tak. Póź­nym wie­czo­rem wy­lą­do­wa­łem w domu, po­ło­ży­łem się spać. Rano moja sio­stra od razu do­my­śli­ła się co jest gra­ne i to, że je­stem w domu. Pro­si­ła, żeby z nią po­roz­ma­wiać, opo­wie­dzieć o wszyst­kim, dla­cze­go je­stem tu a nie tam. Mia­łem wra­że­nie, że to co opo­wia­dam spły­wa po niej i tak mi nie wie­rzy. Po chwi­li na­my­słu wsta­ła i po­szła po mamę. Sie­dzia­łem w po­ko­ju i nie wie­dzia­łem co mam ro­bić, za­czą­łem roz­my­ślać i sta­rać się ja­koś to so­bie po­ukła­dać. We­szła sio­stra z mamą. Mama za­py­ta­ła się, co ty tu ro­bisz syn­ku? Od­po­wie­dzia­łem, że ucie­kłem, jest mi po pro­stu tam źle. Po­wie­dzia­łem, że prze­cież mogę się tu­taj na miej­scu uczyć, a nie tam. Mama po­wie­dzia­ła, że to nie jest ta­kie pro­ste jak my­ślę. Wście­kła się krzy­cząc, że przed­tem mo­głem o tym po­my­śleć i nie roz­ra­biać i wstyd ca­łej ro­dzi­nie przy­no­sić. Za­czę­ła pła­kać, mó­wić ja­kie nie­przy­jem­no­ści i kło­po­ty ją spo­ty­ka­ją. Za­czą­łem tłu­ma­czyć ma­mie - pój­dzie­my do sądu, po­roz­ma­wiasz z kim trze­ba, uda się to za­ła­twić. Mama się zgo­dzi­ła - ju­tro pój­dzie­my. Wcho­dząc do sądu trzą­słem się cały, wie­dzia­łem jak to jest waż­ne dla mnie. Mama do­wie­dzia­ła się, że nie­ste­ty, ale pani sę­dzia ma wo­kan­dę, a poza tym wyda na­kaz do­pro­wa­dze­nia mnie do za­kła­du po­praw­cze­go, le­piej gdy­bym wró­cił sam. Po­noć była bar­dzo zła i nie mo­gła uwie­rzyć, że kto­kol­wiek może w ten spo­sób za­wra­cać jej gło­wę. Jak to okre­śli­ła moja mama, też była wście­kła na za­ist­nia­łą sy­tu­ację. W gło­wie mia­łem wiel­ki za­męt i wszyst­ko mi w niej bu­zo­wa­ło. Jed­nak pani sę­dzia nie zo­sta­wi­ła tego wszyst­kie­go bez ja­kie­go­kol­wiek roz­wią­za­nia. Za­dzwo­ni­ła do za­kła­du i po­ga­da­ła z pe­da­go­giem, któ­ry obie­cał, że ju­tro przy­je­dzie po mnie. Mó­wiąc sło­wa­mi mo­je­go ko­le­gi mi­ni­stran­ta "tak też się sta­ło". Po mie­sią­cu ze wzglę­du na dziad­ków po­je­cha­łem na prze­pust­kę na Świę­to Zmar­łych. Nie­źle, trzy dni wol­ne­go. Przy­je­chał też Prze­mo, mó­wił, żeby się nie mar­twić, bo na lato bę­dzie­my na wol­ce i mogą nas wte­dy wszy­scy w dupę po­ca­ło­wać.

Wie­czo­rem po­je­cha­li­śmy do klu­bu na im­pre­zę, ku­pi­li­śmy to­war, za­je­ba­li­śmy w no­cha dzia­łę śnie­gu. Do­syć szyb­ko mia­łem za­je­bi­stą fazę. Prze­mo zresz­tą też. Dys­ka trwa­ła w naj­lep­sze, ba­wi­li­śmy się na­praw­dę nie­źle. Jak za­wsze wzię­li­śmy żu­brów­kę z so­kiem jabł­ko­wym i lo­dem, no ja­sne cy­try­na też. Skąd te upodo­ba­nia? Oooo, to dłu­ga i faj­na hi­sto­ria, ale mó­wiąc skró­tem, to jed­na taka Lu­cyn­ka to uwiel­bia­ła i mnie też to wzię­ło. Po­zna­łem ją w za­je­bi­stej dys­ko­te­ce Sa­voy. Była tam z ko­le­żan­ką, jak pa­mię­tam Da­ria mia­ła na imię. Dla­cze­go tak to okre­ślam? Ba... póź­niej się oka­za­ło, że Lu­cy­na to Mo­ni­ka, to zna­czy od­wrot­nie, przed­sta­wi­ła się jako Mo­ni­ka, ale to była Lu­cy­na. Ale jaja, nie­któ­re cip­ki my­ślą, że imię ja­kie mają może się nie spodo­bać ja­kie­muś tam po­zna­ne­mu chło­pa­ko­wi. Na moje to ona może mieć na imię Her­me­ne­gil­da i ob­cho­dzić swo­je imie­ni­ny 13 kwiet­nia w pią­tek albo też na­wet Ger­tru­da albo też Her­ta, pies je je­bał. Je­że­li jest nie­zła i masz ocho­tę ją wy­je­bać, jed­nym sło­wem, je­że­li to­bie się po­do­ba, póź­niej to na­wet może być Mo­ni­ka. Oczy­wi­ście, je­że­li jej tak na tym za­le­ży. Aha, a ta Da­ria mia­ła nie­złe cy­cu­sie, cu­dow­ny de­kolt po pro­stu. Naj­ogól­niej była to smut­na szmu­la za­ko­cha­na w swo­im chło­pa­ku, któ­re­go aku­rat nie było, ale jak był, to za­zwy­czaj ro­bił z nią co chciał i po go­dzi­nie zmy­wał się do in­nej dys­ko­te­ki wa­lić w krok inne pa­nien­ki. Zresz­tą, któ­re też na nie­go cze­ka­ły. Tak, tak, to był dla nie­go za­je­bi­sty układ. Je­że­li cho­dzi o Lu­cyn­kę, to fan­ta­stycz­nie tań­czy­ła i nie cho­dzi­ło tu o to jako sztu­kę lecz jako for­mę. Tań­cząc z nią mia­łem od­czu­cie, że jest wszę­dzie w moim cie­le. Po­tra­fi­ła tak umie­jęt­nie ocie­rać się swo­ją pupą o mój roz­po­rek, że rze­czy­wi­ście, czy to ta­kie waż­ne, czy Mo­ni­ka, czy Lu­cy­na, jak ku­tas mi stał jak głu­pi? Na ra­zie to tyle... Prze­mo coś po­wie­dział, usie­dli­śmy z ma-niu­ra­mi przy sto­li­ku. Za­czę­ła się jak zwy­kle gad­ka szmat­ka i póź­niej już się wszyst­ko roz­krę­ci­ło nor­mal­nym, a jak­że try­bem - na­szym try­bem. Po paru drin­kach z Prze­mem po­sta­no­wi­li­śmy - "skro­imy kwa­drat" naj­le­piej wy­je­bać ja­kąś ha­wi­rę lub sklep. Do czwart­ku bę­dzie­my mieć wszyst­ko ob­cy­ka­ne, tak, żeby nie było przy­pa­łu. Bar­dzo bra­ko­wa­ło nam tego i cie­szy­łem się, że znów za­czną się za­dy­my tak jak kie­dyś. Już oko­ło pierw­szej by­łem tak na­je­ba­ny, że nie wie­dzia­łem co ro­bię, wkur­wi­łem się na Ka­ro­li­nę i za­je­ba­łem jej w twarz. Za­czę­ła pła­kać, tak­że Prze­mo­wi chcia­łem wy­je­bać, ale w ostat­niej chwi­li się po­wstrzy­ma­łem. Po paru chwi­lach szar­pa­nia się z Prze­mem za­czą­łem my­śleć - co ja ro­bię? Co ja do kur­wy nę­dzy od­pier­da­lam? Na­gle oprzy­tom­nia­łem, zda­łem so­bie spra­wę, że po­stą­pi­łem jak ostat­ni kre­tyn. Sie­dzia­łem już cał­kiem spo­koj­ny obok Ka­ro­li­ny, za­czą­łem ją pro­sić, żeby mi prze­ba­czy­ła, że na­praw­dę nie wie­dzia­łem co ro­bię. Po­wie­dzia­ła, że cze­goś ta­kie­go nie spo­dzie­wa­ła się po mnie, jesz­cze raz taki nu­mer od­wa­lisz - to ko­niec z nami. Mó­wi­ła i na prze­mian pła­ka­ła i wy­cie­ra­ła oczy. Do­brze, już do­brze - po­wie­dzia­łem. By­łem na sie­bie i tak zły, nie z po­wo­du ca­łe­go, no, tego zaj­ścia, ale z tego po­wo­du, że nie wie­dzia­łem dla­cze­go mi tak od­bi­ło. Do koń­ca im­pre­zy pra­wie już nic nie pi­łem tyl­ko pa­li­łem, prak­tycz­nie je­den za dru­gim. Po "dys­ce" od­wieź­li­śmy tak­są Prze­ma z Mag­dą do domu. W tak­sie cały czas ga­da­łem jak to je­stem na­je­ba­ny, jaką mam fazę i nie dam rady sta­nąć na nogi. Prze­mo na dru­gi dzień mi opo­wia­dał, że Ka­ro­li­nie mó­wi­łem, że ko­cham ją, że chcę z nią być do koń­ca i tak da­lej. Po­wta­rza­łem jej bez prze­rwy, że ko­cham, że ma być ze mną już na za­wsze. Bę­dąc już w domu jesz­cze o wszyst­kim roz­my­śla­łem, wy­ką­pa­łem się i szyb­ko bar­dzo szyb­ko za­sną­łem. Czwar­tek. Umó­wi­łem się z Prze­mem na dzie­więt­na­stą - po­je­cha­łem po nie­go. Za­par­ko­wa­li­śmy na par­kin­gu nie­da­le­ko od bud­ki z Lot­to. W oczy rzu­cił się nam pla­kat z tę ich ku­mu­la­cją na so­bo­tę. Tro­chę to nas roz­ba­wi­ło, bo ku­mu­la­cja czy kul­mi­na­cja, to jak do­brze nam pój­dzie, też w so­bo­tę bę­dzie­my się nie­źle ba­wić. Wie­rzy­łem, że też bę­dzie­my mieć far­ta. Zro­bi­li­śmy ob­cin­kę, czy nikt się nie krę­ci i jest bez przy­pa­łu. Mie­li­śmy ob­cy­ka­ny sklep z elek­tro­ni­ką. Mo­men­ta­mi też mia­łem dziw­ne od­czu­cie, że mo­że­my tak­że wpaść, a to rów­na­ło się z tym, że będę mu­siał wró­cić do syfu i ko­niec z wol­no­ścią. No ale nic, wy­szli­śmy z auta jak na ha­sło. Zresz­tą co tam, przed­tem jesz­cze jeb­nę­li­śmy w no­cha dział­kę, żeby pu­ści­ły z nas ner­wy. Po pro­stu, żeby nie mieć cy­ko­ra i nie przej­mo­wać się ni­czym. Śmierć fra­je­rom, ży­cie lu­dziom i zło­dzie­jom.

Póź­niej wszyst­ko dzia­ło się już bły­ska­wicz­nie. Prze­mo wy­jął "mi­cha­ła", jed­nym wal­nię­ciem wy­je­bał szy­bę, wsko­czy­li­śmy do środ­ka. Dużo, dużo póź­niej, po­my­śla­łem so­bie, jaki to był­by nie­fart, gdy­by­śmy tra­fi­li na tę wzmac­nia­ną szy­bę, któ­rej zresz­tą nie jest się w sta­nie wy­bić. Ale jest to jed­nak dziw­ne, że skle­py, któ­re są świe­żo otwar­te od nie­daw­na, to i alar­mów nie mają, a tym bar­dziej tych szyb. Nie­raz tak bywa, że wła­ści­ciel jak ma kre­dy­ty, to też so­bie ubez­pie­cza na nie­złą sum­kę, w ra­zie cze­go to i tak może so­bie od­bić z nad­wiąz­ką, ma alarm, ale szy­by do dupy. Cho­ciaż te­raz i ci co ubez­pie­cza­ją, no te fir­my już się też wy­cwa­ni­ły, wie­dzą co i jak, no i dla­cze­go. Tak, tak - za to wszyst­ko ka­su­ją i to nie­źle. Po chwi­li w ple­ca­ku mia­łem czte­ry cy­fro­we ka­me­ry, ale cac­ka, ta­kie ma­leń­kie, mój ko­leś też nie był gor­szy. W uszach tak na­praw­dę dzwo­ni­ła mi ci­sza. Dziw­ne, żad­ne­go alar­mu, nic kom­plet­nie. Ale ży­cie uczy, póź­niej się do­wie­dzia­łem dużo rze­czy na te­mat "kro­je­nia kwa­dra­tów" i tych alar­mów z tych ich tzw. ci­chym po­wia­do­mie­niem. Ja pier­do­lę, jacy my by­li­śmy na­iw­ni. Umó­wi­li­śmy się na tzw. krót­ki wpad, bie­rze­my co pod ręką - góra trzy mi­nu­ty i cho­du. Ale Prze­mo ubz­du­rał so­bie, że w ka­sie fi­skal­nej są na pew­no ja­kieś pie­nią­dze i zrzu­cił ją ze sto­łu. Jak opę­ta­ny klnąc i ko­piąc, my­ślał, że być może otwo­rzy mu się, czy też roz­wa­li ją do­szczęt­nie i wy­sy­pią mu się sze­ro­kim stru­mie­niem pie­nią­dze. Mó­wię do nie­go, kur­wa Prze­mo do chu­ja, wy­ry­wa­my stąd! Spier­da­laj­my, cza­su nie ma, jesz­cze nas zwi­ną. Wy­rwa­li­śmy co sił w gi­czach, by­łem strasz­nie spo­co­ny, sam nie wiem dla­cze­go. Parę me­trów dzie­li­ło nas od sa­mo­cho­du, kur­wa mać, je­ba­na suka-ra­dio­wóz wprost z re­flek­to­ra­mi na nas, niech to chuj strze­li, co za przy­pał. Nie, wte­dy już nie było mi do śmie­chu. Ja w jed­ną stro­nę, Prze­mo w dru­gą. Po kil­ku­na­stu me­trach sprin­tu, od­ru­cho­wo obej­rza­łem się, ja pier­do­lę, mają Prze­ma i wał­ku­ją go na gle­bie. Wi­dzia­łem to przez mo­ment, ale mu­sia­łem spier­da­lać co sił w no­gach. Jak naj­da­lej, jak naj­szyb­ciej, nie ma wyj­ścia, mu­sisz być za­wsze jak naj­da­lej od miej­sca gdzie ro­bi­łeś co­kol­wiek, co jest nie tak. Za­wsze. Jak naj­da­lej, spier­da­laj tak jak­by go­nił cie­bie wście­kły pit­t­bull z ko­le­gą am­sta­fem. Całe szczę­ście, że by­łem tro­chę przed tym na­spi­do­wa­ny, wte­dy moż­na spier­da­lać i to nie­źle. Bie­gnąc, na do­brą spra­wę też nie­źle spa­ni­ko­wa­łem, bo nie wie­dzia­łem co ro­bić, tu li­czą się ułam­ki chwil, nie ma cza­su na za­sta­na­wia­nie się i dłuż­sze roz­my­śla­nia, co i dla­cze­go, jak i w któ­rą stro­nę. Na pew­no wie­dzia­łem jed­no, spier­da­laj tak aby cię nie do­rwa­li, bo oprócz pa­ło­wa­nia, to i ko­niec będę miał za­pew­nio­ny. Gna­łem jak wa­riat, gdzieś w po­ło­wie dro­gi na ha­wi­rę, to zna­czy do domu, za­czą­łem iść. Pra­wie już do­cho­dzi­łem, skrę­ci­łem za róg, to sta­ło się tak szyb­ko, że na ja­kie­kol­wiek fil­mo­we re­ak­cje było już za póź­no. Do­sta­łem tak w fa­cja­tę, że zo­ba­czy­łem nie tyl­ko gwiaz­dy, ale całe nie­bo roz­ja­śnio­ne aż do bólu. Ka­za­li mi wsiąść do ra­dio­wo­zu. Za­py­ta­łem po chwi­li od­de­chu, o co cho­dzi? Je­den z po­li­cjan­tów od­po­wie­dział - jak ci wy­je­bię, to bę­dziesz wie­dział o co cho­dzi. W tym mo­men­cie mo­głem tyl­ko przy­pusz­czać, że Prze­mo mnie sprze­dał. Po­je­cha­łem z kur­wa­mi na ko­mi­sa­riat. Wsa­dzi­li mnie na celę, by­łem wkur­wio­ny jak chuj, gdy przy­cho­dzi­ła mi myśl, że Prze­mo mógł­by mnie sprze­dać. To nie do wia­ry, mój naj­lep­szy przy­ja­ciel od tylu lat mnie sprze­dał. Mia­łem ocho­tę za­je­bać jego i sie­bie, tak by­łem wkur­wio­ny. Dłu­żej nie mia­łem cza­su na roz­my­śla­nia, bo przy­szła po mnie ja­kaś kur­wa, ja­kiś sier­żant czy coś tam i za­pro­wa­dził mnie do naj­gor­sze­go szkie­ła w szkie-łow­ni świa­ta. Co za je­ba­na men­da z men­tow­ni, śmieć je­ba­ny. Za­czął mnie prze­słu­chi­wać, pro­to­ko­ło­wać, ro­bić róż­ne za­pi­ski. To do­pie­ro był po­czą­tek. Póź­niej przy­szedł dru­gi, krzy­czał, wy­ma­chi­wał, cho­dził do­oko­ła mnie. Do­sta­łem ni stąd ni zo­wąd strzał w pape, aż spa­dłem z fi­ko­ła. Póź­niej jesz­cze raz i jesz­cze raz. Jak tak już się śmieć roz­ocho­cił, to od­ru­cho­wo się za­sła­nia­łem, żeby tyl­ko nie obe­rwać. Pod­pusz­czał mnie, że­bym sprze­dał Prze­ma - mó­wił, że to on mnie wko­pał. Opo­wia­dał mi ta­kie rze­czy o któ­rych wie­dzia­łem tyl­ko ja i Prze­mo.

Wte­dy uświa­do­mi­łem so­bie, że ta kur­wa je­ba­na za­je­ba­ła mnie z piz­dy. Tego po nim bym się nig­dy nie spo­dzie­wał. Obie­ca­łem so­bie wte­dy, że go roz­kur­wię jak go tyl­ko spo­tkam je­ba­ne­go szma­cia­rza, no co za kur­wa je­ba­na, jak tak mógł zro­bić. Ale szkieł mnie pod­pusz­czał cały czas. Do­sko­na­le wie­dzia­łem o co mu je­bań­co­wi cho­dzi! No ja­sne, że nie zna­leź­li wszyst­kich fan­tów, bo swo­je scho­wa­łem po dro­dze przy sta­rych ga­ra­żach. Peł­no jest tam róż­nych za­ka­mar­ków, sto­sów ce­gieł, dziur, że sa­me­mu moż­na by­ło­by się zgu­bić. Dru­gi szkieł za­czął mnie prze­ko­ny­wać, uspo­ka­jać, no po­wiedz wresz­cie, daj so­bie spo­kój z tym two­im nie­po­trzeb­nym upo­rem, no mów, itd. Wie­dzia­łem o co mu bie­ga. Skąd? Z fil­mów! Je­den uda­je do­bre­go, za­ga­du­je, pro­si, mówi spo­koj­nie, dru­gi de­ner­wu­je, za­da­je w kół­ko te same py­ta­nia, pod­pusz­cza, krzy­czy, bije. Je­den uda­je do­bre­go dru­gi złe­go, aż ci się w mó­zgu po­je­bie, za­cznie ci się wszyst­ko plą­tać, po­my­lisz się raz i ko­niec. Bio­rą cie­bie wte­dy bra­cie na huki - krzy­czą, stra­szą, a ty się pu­cu­jesz do tego i mają cię jak na tacy. Tak to jest jak nie wiesz o co bie­ga, to ci za­gęsz­cza­ją te­mat niby nie­chcą­cy. Ale trze­ba pa­mię­tać, że trze­ba być twar­dym, ta­kie są re­gu­ły jak chcesz w te kloc­ki grać. Mu­sisz być twar­dy, iść w za­par­te, do ni­cze­go się nie przy­zna­wać! Kra­dłeś? Nie! Wi­dzia­łem, to by­łeś ty! Nie­praw­da, to nie ja - może ktos inny? Na pew­no ty - po­zna­ję cie­bie. Je­że­li to ja, to po­wi­nie­nem być tam zła­pa­ny, a nie by­łem. Ko­le­ga cie­bie wy­dał! Dziw­ne, bo ja nie mam ko­le­gów! Moż­na to cią­gnąć w nie­skoń­czo­ność, ale mogą się wkur­wić i wte­dy, wjeb mu­ro­wa­ny na bank, czy­li jak mó­wi­łem przed­tem - trze­ba być twar­dym i to na­praw­dę twar­dym! Mo­żesz do­stać wpier­dol pałą po pię­tach lub po ne­rach. Dla­cze­go aku­rat tak? Bo nie wi­dać póź­niej śla­dów, że do­sta­łeś nie­zły wy­cisk. Ale i tak naj­le­piej iść w za­par­te. Kra­dłeś? Nie! Ale zła­pa­li­śmy cie­bie za rękę! To nie moja ręka! Wy­przeć się wszyst­kie­go, bo tak czy in­a­czej zy­sku­jesz na cza­sie i mo­żesz wszyst­ko na spo­koj­nie póź­niej so­bie prze­my­śleć. To nie ja - nic nie wiem - nie pa­mię­tam. Moż­li­we, ale nie pa­mię­tam. Nie wiem - nie by­łem - nie wiem - nie znam ni­ko­go ta­kie­go. Jaki ad­res? Pierw­sze sły­szę, nie wiem, może na in­for­ma­cji ktoś bę­dzie wie­dział. W tym mo­men­cie mo­żesz się spo­dzie­wać, że do­sta­niesz strza­ła w pape. Naj czę­ściej tak bywa, no i tym ra­zem też tak było. Pod­nio­słem się już ko­lej­ny raz, kie­dy upa­dłem ra­zem z krze­słem. Szkieł nie­stru­dze­nie pró­bo­wał mnie prze­ko­ny­wać w dal­szym cią­gu, ro­biąc swo­je nie ro­bią­ce na mnie wra­że­nia ko­lej­ne wy­wo­dy. Chciał mnie prze­ku­pić swo­ją bez­sen­sow­ną gad­ką. Strze­lał na­wij­kę - ja się tyl­ko śmia­łem - chy­ba go po­je­ba­ło. Je­den z nich za­dzwo­nił po mo­je­go ojca in­for­mu­jąc go o wszyst­kim. Po prze­słu­cha­niu pod­pi­sa­łem te ich ze­zna­nia, do­kład­nie je czy­ta­jąc przed­tem, bo cza­sa­mi mogą coś do­pi­sać i wte­dy dupa zim­na. Pod­pi­sa­łeś? To masz ja­kieś pre­ten­sje? Zna­my te ich kan­ty, oj zna­my. Wszedł oj­ciec, był strasz­nie wku­rzo­ny, rzu­cił do mnie ja­kieś dwa może trzy zda­nia i wy­szedł. Póź­niej mia­łem kon­wój do Izby Dziec­ka, póź­niej mie­li mnie prze­wieźć do za­kła­du. Po­zna­łem kil­ku faj­nych ko­le­si na izbie, tro­chę po­ga­da­li­śmy, były też dwie dziew­czy­ny. Za­dzwo­ni­łem do Ka­ro­li­ny, opo­wie­dzia­łem jej wszyst­ko, nie chcia­ła w to uwie­rzyć. Do­sko­na­le wie­dzia­ła ja­ki­mi je­ste­śmy przy­ja­ciół­mi od lat. Po­ło­ży­łem się spać, ale nie mo­głem za­snąć, roz­my­śla­łem. Roz­my­śla­łem cały czas o tym co się wy­da­rzy­ło i jak tak to mo­gło się skoń­czyć. My­śla­łem o Prze­mo, nie mo­głem zro­zu­mieć, jak on mi to mógł zro­bić. Był dla mnie jak brat, był kimś dla mnie - kimś kogo moż­na na­śla­do­wać, ale stał się kur­wą i kon­fi­den­tem, wie­dzia­łem, że to się sta­ło przez Prze­ma. Mia­łem po­je­ba­ne sny, je­den z nich jesz­cze za­pa­mię­ta­łem. Po­sze­dłem do dys­ko­te­ki, aby po­szu­kać go i się ze­mścić, szu­ka­łem i nie mo­głem zna­leźć. Nie ba­wi­łem się tak jak za­wsze, by­łem przy­gnę­bio­ny. Do­oko­ła wszy­scy się ba­wi­li i śmia­li, po­ka­zu­jąc mnie pal­ca­mi i ki­wa­jąc gło­wa­mi. Tak jak­by chcie­li po­wie­dzieć - pa­trz­cie to ten fra­jer, któ­ry my­ślał na­iw­nie, że ist­nie­je przy­jaźń. Pa­trzy­łem i my­śla­łem, co wy mo­że­cie wie­dzieć, stra­ci­łem naj­lep­sze­go ko­le­sia. Całą noc sie­dzia­łem i pi­łem nie mo­gąc wy­rzu­cić tej my­śli z gło­wy. Wte­dy zo­ba­czy­łem jak zbli­ża się do mnie Prze­mo, ale ja­koś nie może do mnie dojść. Wte­dy wszy­scy pa­trzą w na­szym kie­run­ku i strasz­nie za­czy­na­ją się śmiać i krzy­czeć jak na ja­kimś me­czu pił­ki noż­nej. Nie wy­trzy­ma­łem wte­dy i ze­rwa­łem się bie­gnąc w jego kie­run­ku, wi­dząc te wszyst­kie dziw­nie wy­krzy­wio­ne twa­rze, te dziw­ne gry­ma­sy i wy­szcze­rzo­ne zęby. Bie­gnę i czu­ję, że spa­dam w ot­chłań, ciem­ną i bez dna i tyl­ko sły­szę ten śmiech. Obu­dzi­łem się strasz­nie zla­ny po­tem, uff to tyl­ko sen, po­my­śla­łem. Do rana już nie mo­głem za­snąć. Na izbie sie­dzia­łem aż pięć dni i jesz­cze dwa do­dat­ko­we prze­słu­cha­nia, oczy­wi­ście, Po­li­cja mnie za­bie­ra­ła i od­wo­zi­ła. Pięć dni w ocze­ki­wa­niu na kon­wój. Gdzieś, oko­ło ósmej, po śnia­da­niu mia­łem kon­wój do za­kła­du. Na po­cząt­ku by­łem jesz­cze tak ja­koś dziw­nie tym oszo­ło­mio­ny, jak­by to mnie nie do­ty­czy­ło. Nie chcia­łem do­pu­ścić my­śli, że to już ko­niec, że znów się za­cznie "od­ra­bia­nie za­dań do­mo­wych". Jed­nak to była praw­da, któ­ra była moją naj­więk­szą po­raż­ką w moim do­tych­cza­so­wym ży­ciu. Na po­wi­ta­nie w za­kła­dzie do­sta­łem wpier­dol gumą za to, że nie wró­ci­łem nor­mal­nie tyl­ko mnie przy­wieź­li po od­pier­do­lo­nych nu­me­rach, mnie to na do­brą spra­wę pier­do­li­ło, to był chuj, mógł­bym taki wpier­dal do­sta­wać co­dzien­nie. Wo­lał­bym, żeby nie­praw­dą było to, że Prze­mo to ka­puś. Ro­dzi­na prze­sta­ła kon­tak­to­wać się ze mną. Zero te­le­fo­nów, zero li­stów czy cze­go­kol­wiek. W pew­nym sen­sie było to do prze­wi­dze­nia i mu­sia­łem się z tym po­go­dzić, za­po­wie­dzie­li, że na świę­ta nie we­zmą mnie i nie mam co na to li­czyć. Nie li­czy­łem na to, bo i tak by mnie z za­kła­du nie pu­ści­li, a poza tym sę­dzi­na też nie jest w cie­mię bita. Wąt­pię, żeby wy­ra­zi­ła na wy­jazd zgo­dę. Ra­czej to było po­su­nię­cie mo­ich sta­rych, jaką to niby te­raz mam karę, że oni o tym de­cy­du­ją, wy­sła­łem list, żeby mi wy­ba­czy­li te spra­wy, ale nie otrzy­ma­łem od­po­wie­dzi. Jed­nak sio­stra na­pi­sa­ła do mnie, że wszyst­ko bę­dzie do­brze i mam się trzy­mać.

Czas do świąt Bo­że­go Na­ro­dze­nia bar­dzo mi się dłu­żył, do­sko­na­le wie­dzia­łem, że je spę­dzę w za­kła­dzie. Nie ro­bi­łem so­bie na­dziei, aż tak głu­pi nie by­łem. Przy­szedł czas wy­jaz­dów in­nych wy­cho­wan­ków, wte­dy do­pie­ro się robi ku­rew­sko przy­kro, nie­wy­obra­żal­nie przy­kro. Wy­jeż­dża­ją, a ty kur­wa za­je­ba­na mać, zo­sta­jesz jak ja­kiś je­ba­ny pier­do­lo­ny fi­lut i na to wszyst­ko tyl­ko pa­trzysz za­ci­ska­jąc zęby. Trze­ba być twar­dym, wiem, już o tym mó­wi­łem - mu­sisz być twar­dy, nie masz wyj­ścia. Za­czę­ło mi od­pier­da­lać, źle się za­cho­wy­wa­łem, po pro­stu wszyst­ko mia­łem w chu­ju. Świę­ta Bo­że­go Na­ro­dze­nia i Syl­we­ster ja­koś zle­cia­ły. Za­czę­li wra­cać ko­le­dzy z prze­pu­stek. Znów było za­je­bi­ście, każ­dy coś no­we­go opo­wia­dał. Dwóm ziom­kom z ko­mar­ki opo­wie­dzia­łem swo­ją hi­sto­rię, stwier­dzi­li, że z Prze­ma to nie­zły fra­jer i kur­wa sko­ro sprze­dał naj­lep­sze­go ko­le­gę. Stra­ci­łem przez nie­go tyle rze­czy. Za­czę­ła się na­uka. Za­czą­łem się za­sta­na­wiać, czy nie le­piej dać so­bie spo­kój cho­ciaż na ra­zie z od­pier­da­la­niem nu­me­rów, czy nie przy­cza­ić się cho­ciaż na tro­chę? Po­sta­no­wi­łem do­brze się uczyć, żeby ro­dzi­na mi wy­ba­czy­ła. Być może za­czął­bym wszyst­ko na nowo? Po dwóch mie­sią­cach na­pi­sa­łem do mamy i wy­sła­łem spis mo­ich ocen po­świad­czo­nych przez szko­łę. Po kil­ku dniach otrzy­ma­łem od­po­wiedź, od­pi­sa­ła, że bar­dzo się z tego cie­szy, z ocen i do­bre­go za­cho­wa­nia, ma na­dzie­ję, że nie spra­wię jej już wię­cej za­wo­du. Obie­ca­ła wziąć mnie na Świę­ta Wiel­ka­noc­ne. Bar­dzo się wte­dy ucie­szy­łem, nie mo­głem do­cze­kać się chwi­li, kie­dy po­ja­dę do domu. Chcia­łem po­ga­dać jak naj­szyb­ciej z moją dziew­czy­ną. Do­sta­łem od niej list, gdzie mi wy­tłu­ma­czy­ła, że Prze­mo mu­siał tak zro­bić, na­pi­sa­ła, że strasz­nie go stłu­kli i nie wy­trzy­mał. Pro­si­ła aby mu wy­ba­czyć, bo praw­dzi­wa przy­jaźń, to też musi ta­kie rze­czy prze­trwać jako swo­istą pró­bę. Po­cząt­ko­wo chcia­łem o Prze­mo za­po­mnieć, ale nie mogę i jak po­ja­dę do domu, to spró­bu­ję się z nim spo­tkać i po­roz­ma­wiać. Być może bę­dzie­my mo­gli znów być przy­ja­ciół­mi i bę­dzie tak jak kie­dyś. Każ­dy z nas po­peł­nia w ży­ciu błę­dy i nie wszyst­ko jest tak na­praw­dę za­leż­ne od nas. Ale bę­dzie mu­siał mi obie­cać, że już nig­dy nie zro­bi mi ta­kie­go świń­stwa. Chy­ba to jest naj­gor­sza rzecz stra­cić przy­ja­cie­la. Sie­dzę w za­kła­dzie i od­li­czam dni do wa­ka­cji. Nie chciał­bym już nic złe­go ro­bić. Nie wiem, spró­bu­ję, ale czy to się mi uda? Kie­dy o tym tak my­śla­łem, nie wie­dzia­łem jesz­cze jak bar­dzo się mylę, jak trud­ne jest to, co dla in­nych jest cał­kiem ła­twe. W mię­dzy­cza­sie do­wie­dzia­łem się, że Ka­ro­li­na dała ja­kie­muś ko­le­sio­wi dupy w skła­dzie przy tar­ta­ku, gdzie ją sam tam py­ka­łem, zna­łem ko­le­sia, jest przy­pa­ko­wa­ny i ma kasę, przy­ją­łem to o dzi­wo spo­koj­nie, chy­ba mi na niej nie za­le­ża­ło. Nie zmie­nia to fak­tu, że to była zwy­kła zdzi­ra, zwy­kła szma­ta. Je­bał ją pies, je­ba­ła cała wieś. Prze­pust­ki na świę­ta nie do­sta­łem. Wy­je­cha­łem do­pie­ro na wa­ka­cje, do­brze pod ko­niec czerw­ca.

Rozdział II

Li­piec, upał jak smok - na nie­bie ku­rew­sko świe­ci­ło słoń­ce, sie­dzie­li­śmy przy sto­li­ku są­cząc le­ni­wie bro­wa­ra. Za­sta­na­wia­li­śmy się, co bę­dzie­my ro­bić w te na­sze wol­ne wa­ka­cje. Wie­dzia­łem, że bę­dzie za­je­bi­ście, ale nie by­li­śmy do koń­ca zde­cy­do­wa­ni, do­kąd się wy­bie­rze­my. Kum­pel za­su­ge­ro­wał, że mo­gli­by­śmy wy­je­chać do Nie­miec, wy­je­bać tro­chę haj­su, bo tam ła­two idzie za­ła­twić kasę. On mó­wił ja prze­ry­wa­łem po­da­jąc lep­sze wg mnie po­my­sły. Ja mó­wi­łem on prze­ry­wał swo­im, no co ty? Od­je­ba­ło ci? A nie le­piej po­je­chać do... no co ty? Od­je­ba­ło ci? Przy ko­lej­nym i po ko­lej­nym pi­wie zde­cy­do­wa­li­śmy - po­je­dzie­my nad mo­rze. Po­sze­dłem do domu i za­czą­łem my­śleć co za­brać ze sobą i co naj­waż­niej­sze jak skrę­cić sta­rych na szmal. Spa­ko­wa­łem co trze­ba z rze­czy i po­sze­dłem do po­ko­ju sta­rych, żeby po­in­for­mo­wać ich o swo­ich za­mia­rach. Wiem, że to śmiesz­nie brzmi, ale obie­ca­łem im się tro­chę po­sta­rać nie wkur­wiać bez po­trze­by i... no, po­trze­bo­wa­łem prze­cież kasy. Po­wie­dzia­łem o swo­im wy­jeź­dzie nad mo­rze, sta­rzy jak mo­głem przy­pusz­czać za­pa­dli w dłuż­sze odrę­twie­nie, stąd też mogę tyl­ko przy­pusz­czać, skąd się bie­rze na­zwa nie­to­pe­rze. Ale spo­koj­nie, jesz­cze się nie cze­pia­li. Za­czę­li się za­sta­na­wiać. Tak jak po­wie­dzia­łem, po dłuż­szej chwi­li mat­ka od­po­wie­dzia­ła, że mogę po­je­chać, ale pie­nię­dzy to ona dużo nie może mi dać i mam szyb­ko wra­cać. Wie­dzia­łem też do­sko­na­le, że się zgo­dzą, bo zna­li ro­dzi­ców Rad­ka mo­je­go ko­le­sia, wie­dząc, że z Prze­mem tym psem to już prze­szłość. Po­sze­dłem jesz­cze do Rad­ka, tro­chę za­czę­ło mnie no­sić. Prze­cież trze­ba było jesz­cze omó­wić szcze­gó­ły, po­sta­no­wi­li­śmy przy bro­war­ku - je­dzie­my do Ust­ki. Po­szli­śmy póź­niej do jed­ne­go ko­le­sia za­ła­twić "staw", no do cho­le­ry mu­si­my prze­cież po dro­dze coś kon­kret­ne­go przy­ja­rać, wszyst­ko od­by­ło się okey i zwi­nę­li­śmy się do cha­ty, no po pro­stu spać. Po­ło­ży­łem się spać, ale nie mo­głem za­snąć - my­śla­łem jak to bę­dzie, bę­dzie wy­je­ba­nie, chy­ba nie­źle po­rzą­dzi­my, tak my­śla­łem. Wcze­śnie rano obu­dzi­ło mnie, kur­wa, wa­le­nie do drzwi. Był to Ra­dek.

- Co ty kur­wa tak na­pier­da­lasz w te je­ba­ne drzwi? - py­tam się go.

- Jaz­da, kur­wa, mamy nie­ca­łą go­dzi­nę do po­cią­gu! - wy­darł się jak chuj.

Ja pier­do­lę, jak wy­star­to­wa­łem, a tak mi się do­brze spa­ło. Tro­chę cza­su mi­nę­ło, ale względ­nie szyb­ko się zwi­nę­li­śmy bie­giem na sta­cję. Zdy­sza­ni jak dzi­kie świ­nie wpa­dli­śmy do po­cią­gu, a pot nam się lał po ja­jach. By­li­śmy i tak za­do­wo­le­ni, że wresz­cie ru­sza­my, że jadę na za­je­bi­ste moje wa­ka­cje. By­li­śmy w pu­stym prze­dzia­le i tak ogól­nie z tego wszyst­kie­go po­szli­śmy przy­ja­rać tro­chę tra­wy do ki­bla. Na­bi­li­śmy za­je­bi­stą lufę. To­wa­rek był nie­zły, pierw­sza kla­sa w prze­ci­wień­stwie do na­sze­go wa­go­nu. Po zja­ra­niu, nie tyl­ko było nam tak ja­koś lek­ko i we­so­ło, ale strasz­nie nas no­si­ło. Cho­dzi­li­śmy so­bie po po­cią­gu, za­glą­da­jąc do prze­dzia­łów, pa­trząc na­tar­czy­wie na cyc­ki lep­szych dup, wy­cią­ga­jąc do nich ję­zy­ki. Cho­dzi­li­śmy i ten luz był za­je­bi­sty. Luz na za­sa­dzie, a chuj mnie to wszyst­ko te­raz ob­cho­dzi. Wszyst­ko sta­ło się pro­ste i przej­rzy­ste. Tra­fi­li­śmy na prze­dział, gdzie sie­dzia­ły dwie za­je­bi­ste dup­cie. Jed­na z nich mia­ła za­je­bi­ście ciem­ne wło­sy i na­praw­dę za­kur­wi­sty biust. Na­praw­dę, ta­kie­go jesz­cze nie wi­dzia­łem, no po pro­stu po­ezja. No ja­sne, że od razu mi wpa­dła w oko. Jak mgnie­nie oka prze­szła myśl, ale bym ją wy­je­bał... Za­czę­li­śmy tro­chę ga­dać do nich, póź­niej już się przy­sie­dli­śmy, za­czę­li­śmy ba­jer. Były bar­dzo miłe no i na lu­zie i o to nam cho­dzi­ło. Ta, któ­ra mnie się spodo­ba­ła mia­ła na imię Ilo­na, a ta dru­ga Ka­sia. Oka­za­ło się, że je­dzie­my w to samo miej­sce. Po pro­stu bom­ba dla mnie. Za­trzy­ma­li­śmy się na ko­lej­nej sta­cji, ja­kiś typ cho­dził z pi­wa­mi, ku­pi­li­śmy kil­ka fla­szek, a co. Po na­stęp­nej go­dzi­nie uda­ło nam się je tro­chę po­ma­cać, póź­niej po­wie­dzie­li­śmy, że idzie­my przy­pa­lić traw­kę. Wca­le nie były zdzi­wio­ne, po­szli­śmy wszy­scy przy­je­bać to­war. Wszy­scy so­bie ja­ra­li­śmy i śmia­li­śmy się. Ilo­na była kom­plet­nie uja­ra­na, wi­docz­nie bro­war ją roz­ło­żył. Za­czę­ła wy­mio­to­wać. Ra­dek z Kaś­ką wy­szli do prze­dzia­łu. Pa­trzy­łem czy kon­tak­tu­je czy też nie, ale nie było naj­go­rzej. Póź­niej zdję­ła majt­ki tak so­bie bez żad­ne­go tam za­że­no­wa­nia i za­czę­ła si­kać na klo­pie. Kie­dy się pod­no­si­ła, za­chwia­ła się gdy po­ciąg przy­ha­mo­wał i chcą nie chcąc opar­ła się o mnie. Na­wet te­raz nie wiem jak to było do­kład­nie, ale moja re­ak­cja była zbyt in­stynk­tow­na, aby my­śleć, od­wró­ci­łem ją gwał­tow­nie pa­trząc na jej dupę. W tym szyb­kim szarp­nię­ciu, nie zo­sta­ło jej już nic jak od­ru­cho­wo chwy­cić się umy­wal­ki. Strasz­nie w mo­men­cie by­łem nie­sa­mo­wi­cie na­pa­lo­ny, roz­pią­łem roz­po­rek. Nie wie­dzia­łem czy to ona chcia­ła czy rze­czy­wi­ście ja ją gwał­cę. To te­raz nie było waż­ne, czu­łem się za­je­bi­ście wy­zwo­lo­ny, czu­jąc jak mój ku­tas wni­ka w nią raz za ra­zem w za­je­bi­stym nie­sa­mo­wi­tym tem­pie. Ten jej cięż­ki od­dech, te wspól­ne go­rą­co, któ­re mi pul­so­wa­ło w kro­ku. Póź­niej już po tym, dłu­go jesz­cze ją trzy­ma­łem w ob­ję­ciu, nie wie­dząc co po­wie­dzieć nie tyl­ko jej, ale sa­me­mu so­bie. Po po­wro­cie do prze­dzia­łu jesz­cze obo­je do­cho­dzi­li­śmy do sie­bie. Te­raz do­pie­ro za­czę­li­śmy od­czu­wać wy­pa­lo­ną tra­wę i wy­pi­ty bro­war. Spoj­rza­łem na Rad­ka, wi­dać, że źle się czuł, gdyż był bla­do zie­lo­ny, a może na­wet fio­le­to­wy. Pa­trząc na Kaś­kę, na­wet nie mu­sia­łem zga­dy­wać, że na­wet jak­by coś chcie­li wy­wi­nąć to nie tym ra­zem. Tro­chę by­łem dum­ny z sie­bie, no z tego wszyst­kie­go. Nie­ca­łe dwie go­dzi­ny, może tro­chę wię­cej cza­su znam dup­cie, a już ją prze­le­cia­łem. Ra­dek za­czął coś tam beł­ko­tać, że ta mie­szan­ka go roz­ło­ży­ła, póź­niej też po­szedł, no tak my­ślę, rzy­gać. Ilo­na z tymi swo­imi wiel­ki­mi cyc­ka­mi była na­praw­dę nie­zła. Pa­trzy­łem na nią i my­śla­łem - chy­ba to praw­da, że ma­niu­ry z du­ży­mi cyc­ka­mi szyb­ciej dają dupy niż inne. Moż­na par­sk­nąć na­wet ze śmie­chu, bo wy­ni­ka z tego, że te co ro­bią so­bie si­li­ko­no­we i chcą mieć duże, to chy­ba chcą się wię­cej ru­chać.

Duże cyc­ki, więk­szy pod­ryw, więk­sze pier­do­le­nie. Może i nie więk­sze, ale częst­sze, o to kur­wy je­ba­ne. Rów­na­nie jest pro­ste, no nie? Tak so­bie roz­my­śla­łem pa­trząc na Ilon­kę i tym sa­mym też do­cho­dząc do sie­bie, no, jako tako. Mi­nę­ło gdzieś oko­ło, no nie wiem, ale zle­cia­ło i mu­sie­li­śmy już wy­sia­dać. Dziew­czy­ny już tro­chę oprzy­tom­nia­ły, lub tyl­ko nam się tak wy­da­wa­ło. Ra­czej nie czu­ły się naj­le­piej, bo mia­ły pro­blem, żeby wy­siąść. No ja­sne, że po­mo­gli­śmy im się wy­gra­mo­lić i usa­do­wić je na pe­ro­no­wej ław­ce. Usia­dły na ław­ce mó­wiąc, że­by­śmy so­bie po­szli, bo one nie mają siły czła­pać gdzie­kol­wiek. Obie­ca­ły, że gdzieś się na pew­no spo­tka­my na pro­me­na­dzie lub w ja­kimś pu­bie. To hej, nar­ka, po­ki­wa­li­śmy im żar­to­bli­wie chu­s­tecz­ka­mi. Moja aku­rat była jesz­cze mo­kra, mu­sia­łem go prze­cież w coś wy­trzeć. Po­że­gna­li­śmy się z dziew­czy­na­mi uda­jąc się bez­po­śred­nio nad mo­rze. Ja­sne, że to było ko­niecz­ne, pierw­sze przy­wi­ta­nie się z na­szym ko­cha­nym mo­rzem. Póź­niej pole na­mio­to­we. Prze­szli­śmy się tak­że po uli­cach, prze­cho­dząc obok skle­pów, klu­bów, no i dys­ko­tek. W por­cie nie­da­le­ko kei, dys­ko­te­ka od 21 i ta aku­rat by nam le­ża­ła. Przyj­dzie­my, tak so­bie obie­ca­li­śmy. Po dro­dze ape­tyt nam do­pi­sy­wał i wci­na­li­śmy co się dało. Raz ryby, to znów go­fry, póź­niej plac­ki. Tak, tak, po przy­pa­le­niu chce się strasz­nie wpier­da­lać. Po­sta­no­wi­li­śmy jed­nak wró­cić do na­mio­tu, aby tro­chę się kim­nąć i wy­po­cząć. Tak też ucie­li­śmy ko­ma­ra. No tak, jak się pier­dol­nę­li­śmy, to tak nas za­stał ra­nek. Do kur­wy nę­dzy, jak nas bo­la­ły gło­wy, pierw­sze wy­rzy­gać, dru­gie na­pić się cze­goś zim­ne­go, trze­cie wziąć ta­blet­kę prze­ciw­bó­lo­wą, czwar­te wy­rzy­gać. Nie wiem co nas tak roz­ło­ży­ło, ale sta­wiam na to, że za dużo mie­sza­li­śmy żar­cie, no i te do­dat­ko­we bro­wa­ry. Po pią­te - wy­rzy­gać. Po po­dwój­nym ta­kim eta­pie, wal­nę­li­śmy się na ma­te­ra­ce, le­żąc jak sztyw­nia­ki do póź­ne­go po­po­łu­dnia. Hm, a chcie­li­śmy jesz­cze wczo­raj iść na dys­ko­te­kę. Przez uła­mek chwi­li za­sta­no­wi­łem się jak czu­ją się na­sze ma­niu­ry z po­cią­gu, praw­do­po­dob­nie rów­nież pod­le i pół­sz­tyw­ne. Póź­niej po­szli­śmy się wy­ką­pać w mo­rzu, tak naj­zu­peł­niej wie­czo­rem i na ocu­ce­nie na­szych zwłok. Prze­bra­li­śmy się i wy­je­ba­li­śmy na im­prez­kę do dys­ko­te­ki w por­cie. Tak na­praw­dę, to praw­dzi­we ży­cie w nad­mor­skiej miej­sco­wo­ści za­czy­na się póź­nym wie­czo­rem, tęt­niąc całą noc. Pra­wie każ­dy ma­ło­lat cho­dził na­je­ba­ny, albo po bro­wa­rze, albo po traw­ce, być może też cho­dzi­li na­je­ba­ni jesz­cze czym in­nym. We­szli­śmy do dys­ko­te­ki, z ze­wnątrz wy­glą­da­ła na śred­nio cie­ka­wą, ale w środ­ku była wy­je­ba­na nie­źle. Usie­dli­śmy przy sto­li­ku, za­mó­wi­li­śmy bro­war, a jak. Przy­ja­ra­li­śmy szlu­gi, no i ob­cin­ka po sto­li­kach ja­kie sie­dzą szmu­le i ma­niu­ry jak kto woli. Za­czę­li­śmy roz­ma­wiać i ko­men­to­wać co wi­dzi­my i któ­rą by się wy­ru­cha­ło. Po dru­gim bro­wa­rze, przy­szpi­li­ło mnie, mu­sia­łem iść na bar­dach od­lać się. Pra­wie przy­pad­ko­wo zer­k­ną­łem gdzieś w bok i zo­ba­czy­łem ko­le­siów ła­du­ją­cych so­bie w ka­nał. Le­jąc na por­ce­la­nę, za­sta­na­wia­łem się, czy przy oka­zji, to zna­czy nie w tym mo­men­cie, też nie za­je­bać so­bie po ka­blach. Tak naj­ogól­niej, nig­dy tego wcze­śniej nie ro­bi­łem. Oczy­wi­ście, zna­łem parę go­ści, któ­rzy bra­li w ten spo­sób róż­ne rze­czy, żeby od­czuć nie­złe­go kopa, bra­li i to nie­źle. Mó­wi­li mi wte­dy, kur­wa to jest to cze­go szu­ka­li­śmy.

- Po­wiedz, jak to jest na­praw­dę, bo sły­sza­łem, że nie­cie­ka­wie, nie ma żad­nych ha­lu­nów i tak da­lej.

- Kur­wa ko­leś, mó­wię ci, za­je­bi­ście jest, od­pły­wasz po pro­stu i jest ci na­praw­dę ko­leś za­je­bi­ście, po pro­stu do­brze.

- Do­brze? To zna­czy jak? - za­py­ta­łem - tak jak przy ru­cha­niu - tak do­brze?

- Ko­leś, kur­wa, przy cen­cie, to ru­cha­nie wy­sia­da, nie ma po­rów­na­nia, po pro­stu ko­leś pły­niesz so­bie w chuj, jest ci wszyst­ko obo­jęt­ne. Do­brze ci jest, kur­wa, ko­leś, tak za­je­bi­ście ko­leś, kur­wa, że chuj z tym wszyst­kim ko­leś. Chuj z tym wszyst­kim z tym ca­łym sy­fem, po pro­stu kur­wa, ko­leś, jest ci do­brze, ko­leś, po pro­stu do­brze - mó­wił.

Ale spo­ko już z tym. Zna­łem też li­ce­ali­stów z mo­je­go po­dwór­ka z tak zwa­nych do­brych do­mów, któ­rzy na­pier­da­la­li pro­chy to­tal, w żyłę też. Trzy, czte­ry, wię­cej razy - aż się pro­si­li żeby zo­stać praw­dzi­wy­mi ćpu­na­mi i nic. Za każ­dym ra­zem rzy­ga­li, źle się czu­li, cali po­ła­ma­ni z ku­rew­skim bó­lem brzu­cha i gło­wy. Za każ­dym cen­tem szu­ka­li tego wła­śnie "cze­goś", co za­pew­ni im fan­ta­stycz­ne prze­ży­cie, no i chuj. Skąd wiem? Po pro­stu wiem, byli z mo­je­go po­dwór­ka jak po­wie­dzia­łem. Po­noć, tak sły­sza­łem, że w mo­men­cie, kie­dy sku­masz, że nie po­wi­nie­neś brać, to już aku­rat mu­sisz. Mu­sisz brać, bo in­a­czej się prze­krę­cisz, no i chuj i po to­bie. Chy­ba, że przy­ja­rzysz, żeby rze­czy­wi­ście prze­stać we wła­ści­wym mo­men­cie, ale w któ­rym mo­men­cie jest ten mo­ment?

Nie wiem, tak mi się te­raz wy­da­je. Spłu­ka­łem, wy­sze­dłem z ki­bla. Po­wie­dzia­łem o mo­ich ki­blo­wych roz­my­śla­niach Rad­ko­wi no i się zdzi­wi­łem. Stwier­dził jed­nak, że to do­bry po­mysł - wal­nął mnie w ple­cy aż się przy­gią­łem.

Przy­cza­iłem się na ta­kie­go jed­ne­go ko­le­sia, któ­ry przed­tem roz­ma­wiał z tymi z co ich w ki­blu wi­dzia­łem.

- Nie ma kło­po­tu - rzu­cił krót­ko - za ile? Wie­cie co, po­wie­dział po chwi­li - wła­ści­wie mnie to chuj ob­cho­dzi co z tym zro­bi­cie, ale da­ruj­cie so­bie ka­nał, je­że­li pierw­szy raz here chce­cie wziąć.

- Sprze­dasz nam? - spy­ta­łem

- No ja­sne, ale le­piej wża­chaj­cie ją - tu szep­nął mi kil­ka zdań.

Po chwi­li od­li­czy­li­śmy mu kasę i wy­szli­śmy z dys­ki. Uda­li­śmy się w kie­run­ku kei, prze­szli­śmy ka­mien­ny mur i w stre­fie z za­ka­zem ką­pie­li, co nas nie­sa­mo­wi­cie roz­ba­wi­ło, chcie­li­śmy so­bie przy­je­bać. Nie­ste­ty, tak ku­rew­sko wia­ło, że hery prak­tycz­nie by­śmy i tak nie pod­grza­li. Praw­do­po­dob­nie by­śmy mie­li ją w piz­du z gło­wy. Scho­wa­li­śmy się więc w drew­nia­nej prze­bie­ral­ni, gdzie tyl­ko czu­łem smród mo­czu. Za­pew­ne każ­dy się tam od­szczy­wał i też tak ku­rew­sko wa­li­ło. Ale je­bał to pies.

By­łem tak pod­eks­cy­to­wa­ny, że sam bym się tam z nie­cier­pli­wo­ści od­lał. Przy­znam się, że mia­łem nie­złe­go stra­cha, że coś mi się sta­nie. Po pod­grza­niu, wża­cha­li­śmy ją. Tro­chę po­czu­łem dziw­ne cie­pło w no­cha­lu i ta­kie jak­by szarp­nię­cie w gło­wie. Od­ru­cho­wo ze­rwa­łem z szy­ji mój ulu­bio­ny łań­cu­szek. Chwi­lę było spo­koj­nie, wła­ści­wie to były ułam­ki se­kund gdy od­czu­łem kopa. Po pew­nej chwi­li wszyst­ko za­czę­ło się jak gdy­by za­pa­dać, czu­łem, że coś wcią­ga mnie w sie­bie, jak­by w dół, a ja pró­bo­wa­łem wyjść, ale nie mo­głem. Tak jak­bym od­pły­wał przy do­brym na­je­ba­niu się wódą. Tak ku­rew­sko przy­jem­nie i bło­go, czu­łem się taki jak­by mięk­ki i chy­ba bym na­wet paru kro­ków nie zro­bił. Po­dob­nie, ale nie tak samo, zresz­tą nie je­stem w sta­nie tego opi­sać do­kład­nie. Mia­łem ta­kie od­czu­cie, że to trwa i trwa, a może to była chwi­la? Póź­niej do­kład­nie wie­dzia­łem, że jed­nak nie. Prze­cież nie pa­trzy­łem na ze­ga­rek. Pa­mię­tam, że Ra­dek po­biegł w kie­run­ku brze­gu i wal­nął się jak dłu­gi i le­żał, nie ru­sza­jąc się wca­le. Po­tem mó­wił, że strasz­nie się bał tego pierw­sze­go razu. Biegł bo so­bie wkrę­cił, że goni go jego oj ciec i krzy­czy: co ty ro­bisz mój synu? Co ty ro­bisz? Sie­dzie­li­śmy na tym pia­chu obok sie­bie nie­sa­mo­wi­cie przy­mu­le­ni. Nie wiem do­kład­nie jak do­szli­śmy do pola na­mio­to­we­go, kur­wa, nor­mal­nie to ka­wał dro­gi. Póź­niej rzy­ga­li­śmy, zresz­tą non stop. Naj­pierw Ra­dek, póź­niej ja. Ku­rew­sko źle się czu­li­śmy. Trzy­ma­ło nas aż do, no, pra­wie do póź­ne­go po­po­łu­dnia. Tak za­sad­ni­czo by­wa­ło go­rzej. Je­że­li cho­dzi o od­czu­cia to jest po­dob­nie jak z pi­ciem wód­ki. Pi­jesz, żeby było we­so­ło i przy­jem­nie, po­tem klniesz, po co tyle chla­łeś. Łeb pęka i rzy­gasz żół­cią, je­steś zdo­ło­wa­ny fi­zycz­nie to­tal­nie. Skro­nie bolą, oczy bolą, z ryja ci śmier­dzi, żo­łąd­ka nie masz i w ogó­le do bani całe na­za­jutrz, je­że­li już zdą­żysz się za­lać do pół­no­cy. Dzień po - o ja­ra­niu szlug za­po­mnij. Tyl­ko ktoś wspo­mni o szlu­gach, niech na­wet będą te lep­sze, na­tych­miast czu­jesz, że chcesz rzy­gać i... rzy­gasz. Cały je­ba­ny dzień spę­dzasz w ob­ję­ciach z ki­blem i rzy­gasz. Na­wet nie my­ślisz, że ten ki­bel po­wi­nien ktoś umyć. Bez prze­rwy rzy­gasz, no z ma­ły­mi prze­rwa­mi. My­ślisz, kur­wa po co ja wczo­raj tyle pi­łem? Po tym py­ta­niu naj­czę­ściej robi ci się jesz­cze go­rzej i znów rzy­gasz. Jak nie masz czym to rzy­gasz żół­cią, póź­niej krwią. Rzy­gasz na okrą­gło. Rzy­gasz i rzy­gasz - uhe - eee - uhe - eee - uhe - eeeehy­hy. Aha, na czym skoń­czy­łem? Do­tar­li­śmy wresz­cie do na­mio­tu. Wal­nę­li­śmy się jak kło­dy, ale nie ma­jąc ocho­ty spać. Rano, no nie było to ta­kie rano, cho­ciaż tak mi się wy­da­je bu­dzi­łem się wie­lo­krot­nie. Nie chcia­ło nam się nic, by­li­śmy za­je­bi­ście zje­ba­ni jak ba­na­ny z Gór­nej Wol­ty. No i te rzy­ga­nie, niech to chuj strze­li. Tak czy in­a­czej do­tar­li­śmy tak mę­cząc się nie­sa­mo­wi­cie ra­zem z dniem do plus mi­nus do­bre­go pod­wie­czor­ka. Oczy­wi­ście mó­wię o tym jako o ozna­cze­niu cza­su, bo my nie­ste­ty trud­no i skrom­nie, mle­ko i su­che bu­łecz­ki, no może pół na gło­wę. To co mogę po­wie­dzieć, to po­le­cam mle­ko. Mle­ko za­wsze ra­to­wa­ło mnie z naj­gor­szych opre­sji żo­łąd­ko­wych, na­wet to­tal­nych za­truć po zi­be­nach i in­nych ha­lu­cy­no­gen­nych grzyb­kach. Kie­dy mia­łem ku­rew­sko cięż­kie zjaz­dy po fe­cie, to mle­ko da­wa­ło mi szan­se prze­trwa­nia i na­wet prze­ży­cia. Tak ogól­nie nie było naj­go­rzej, jak mó­wi­łem by­wa­ło go­rzej. Po­szli­śmy na pla­żę, bez zbyt­nie­go en­tu­zja­zmu pa­trząc na pier­si prze­cho­dzą­cych roz­ne­gli­żo­wa­nych szmul. Po­plu­ska­li­śmy się tro­chę, od­po­czę­li­śmy, no ta re­ge­ne­ra­cja sił jak to się mówi - przy­da­ła nam się i wła­ści­wie po­sta­wi­ła na nogi, jesz­cze jak. Ku­pi­li­śmy bro­war i wró­ci­li­śmy na pole na­mio­to­we. Usie­dli­śmy przy na­mio­cie, bro­war w wity i za­czę­li­śmy tak so­bie ga­wę­dzić. Jed­no było pew­ne, że nie przy­je­cha­li­śmy tu tyl­ko po to, żeby się wy­lu­zo­wać, ale tak­że za­ro­bić ja­kąś kasę na wy­jazd za gra­ni­cę. Aha, no wła­śnie taki po­mysł już przed­tem też mie­li­śmy, aby wy­pier­do­lić do Nie­miec, kto wie może zo­sta­nie­my tam? Praw­dzi­we pie­nią­dze i praw­dzi­we in­te­re­sy, za­wsze o tym ma­rzy­li­śmy, za­wsze. Po­sta­no­wi­li­śmy zro­bić ja­kąś wy­jeb­kę w nocy. Naj­le­piej ja­kiś mały kiosk, sklep albo ja­kieś se­zo­no­we "szczę­ki". Wy­szli­śmy na re­ko­ne­sans, aby coś upa­trzeć i przy­cza­ić się. Niech to szlag tra­fi, ale ruch był za­je­bi­sty wszę­dzie, niby póź­no, a wszę­dzie peł­no było lu­dzi. Wiem, wiem, że tak jest i to jest nor­mal­ne ale... Nie ma co się dzi­wić, bo w koń­cu, kto w wa­ka­cyj­nym sza­le po­by­tu nad mo­rzem cho­dzi spać z ku­ra­mi? Krę­ci­li­śmy się tak do trze­ciej może wpół do czwar­tej nad ra­nem, tam i z po­wro­tem. Wresz­cie coś wy­lu­ka­li­śmy. Coś w sam raz dla nas. Kiosk. Zwy­kły przy­je­ba­ny kiosk, pe­łen to­wa­ru. Ra­dek miał ze sobą "mi­cha­ła" i parę dro­bia­zgów nie­zbęd­nych w ta­kich sy­tu­acjach. Urwa­nie kłód­ki pół mi­nu­ty, roz­wa­le­nie zam­ka mi­nu­ta. Wej­ście - wyj­ście Rad­ka oko­ło 10 mi­nut, ja aku­rat sta­łem na "przy­pa­le". Ra­zem nie wię­cej niż 12 mi­nut, może chwi­la wię­cej. Wzię­li­śmy szlu­gi, na­po­je, tro­chę cze­ko­la­do­wych ba­to­nów i in­nych pier­dół, za­pal­nicz­ki i pocz­tów­ki. Ra­zem spo­ro tego było, całe na­je­ba­ne na­sze dwa spo­re ple­ca­ki plus re­kla­mów­ka. W ostat­niej chwi­li Ra­dek zo­ba­czył me­ta­lo­wą ka­set­kę, oj po­my­śla­łem, do cho­le­ry, hi­sto­ria lubi się jed­nak po­wta­rzać, oj oby nie. Mó­wi­łem nie bierz jej, bo się jesz­cze przez nią wpier­do­li­my i tak tam nie ma kasy. Może mia­łem ra­cję, ale coś w niej grze­cho­ta­ło. Tak czy in­a­czej, ale wzię­li­śmy ją. Na miej­scu, w na­mio­cie roz­je­ba­li­śmy ją z nie­ma­łym tru­dem. Były ja­kieś po­kwi­to­wa­nia czy coś tam, peł­no szpar­ga­łów i ok. 200 zło­tych w piąt­kach i dwój­kach, chy­ba na wy­da­wa­nie resz­ty. Ogól­nie mó­wiąc, nie było to kur­wa El­do­ra­do, te zje­ba­ne dwie­ście zło­tych, ale dla nas już było coś. Dla tego go­ścia co ma kiosk, to i tak wiel­ki chuj, no może z trzy go­dzi­ny albo czte­ry pra­cy. Śmiać mi się chce, bo je­stem lep­szy od tego fra­je­ra, bo w dwa­na­ście mi­nut za­ro­bi­łem jego kasę, no nie li­cząc to­war­ku. Pa­trząc na to z po­zy­tyw­nej stro­ny, to na dzień lub dwa dni po­by­tu nad mo­rzem nam wy­star­czy, wli­cza­jąc bro­war, coś do ja­ra­nia i ubaw. No i coś do sza­my. Na szyb­ko ob­li­czy­li­śmy na­szą kasę i za­czę­li­śmy śmiać się jak głup­ki, praw­do­po­dob­nie star­czy na czte­ry dni. Ana­li­zu­jąc wspól­nie tę sy­tu­ację, praw­do­po­dob­nie nie tra­fi się nam nic lep­sze­go niż ten przy­je­ba­ny kiosk, któ­ry przed chwi­lą ob­je­ba­li­śmy. No i pro­blem, gdzie to pchnąć? W na­szej miej­sco­wo­ści, po pro­stu u sie­bie w miej­scu to nie ma naj­mniej­sze­go kło­po­tu. Mo­ment, zna­jo­my zna­jo­me­go i to­war­ku nie ma. Cał­kiem zresz­tą, za faj­ne pie­nią­dze. Nie ma rady, trze­ba prze­cze­kać i coś wy­my­ślić. Zo­sta­wi­li­śmy część to­wa­ru w na­mio­cie ta­kie jak szlu­gi, na­po­je, parę nie pod­pa­da­ją­cych po­spo­li­tych dro­bia­zgów. Resz­tę to­wa­ru w szczel­nie za­pa­ko­wa­nych re­kla­mów­kach ukry­li­śmy na wy­dmach, obok dość cha­rak­te­ry­stycz­nych drzew. Po­sta­no­wi­li­śmy tak­że uczcić nasz uda­ny noc­ny wy­pad. Po­szli­śmy do ka­wiar­ni, za­mó­wi­li­śmy za­je­bi­ście duże lody i po bro­wa­rze. Póź­niej jesz­cze dwa i cho­dzi­li­śmy już cał­ko­wi­cie na lu­zie. Przy ta­kim upa­le jaki aku­rat był, piw­ka wzię­ły nas za­je­bi­ście.

- Patrz - krzyk­nął Ra­dek.

- Gdzie? - gwał­tow­nie za­czą­łem się roz­glą­dać.

- Te, to prze­cież Ilo­na z Kaś­ką - rzu­ci­łem ra­do­śnie, no tak... Po­bie­gli­śmy za nimi, no w koń­cu sta­re zna­jo­me z po­cią­gu.

- Cześć Ila, cześć Ka­sia - przy­wi­ta­li­śmy się nie­mal wpa­da­jąc na nie z roz­pę­du.

- A no cześć - od­po­wie­dzia­ły uśmie­cha­jąc się sze­ro­ko.

By­li­śmy na­praw­dę mile po­wi­ta­ni, uśmie­chy, spoj­rze­nia i ogól­nie eks­tra miło. Za­pro­po­no­wa­łem, aby siup­nąć so­bie pod pa­ra­sol, za­mó­wi­łem bro­war. Usie­dli­śmy, sze­ro­kim ru­chem wy­ją­łem pacz­kę mal­bo­ra­sów, elek­tro­nicz­na za­pal­nicz­ka - tyl­ko błysz­cza­ły im oczy. Bę­dzie faj­nie po­my­śla­łem. Świet­nie nam sie roz­ma­wia­ło. Śmiech, żar­ty, pe­łen luz. Póź­niej po­szli­śmy nad mo­rze, wy­ką­pa­li­śmy się, po dro­dze ku­pi­li­śmy wódę i colę. Wró­ci­li­śmy na pole na­mio­to­we. Ilo­na nie po­szła z nami, z ja­kie­go po­wo­du nie wiem, ale obie­ca­ła do­łą­czyć póź­niej w dys­ko­te­ce, to zna­czy wie­czo­rem. Sie­dzie­li­śmy przy na­mio­cie, słu­cha­li­śmy za­je­bi­ste­go hip hopu. Tro­chę za­czę­ły nam te piwa szu­mieć w mó­zgach, Rad­ka zmu­li­ło mo­men­tal­nie. Wy­cią­gnął się na ma­te­ra­cu i mo­men­tal­nie kim­nął. Kaś­ka przy­su­nę­ła się do mnie tro­chę dziw­nie pa­trząc mi w oczy. Była chy­ba tro­chę wsta­wio­na, przy­su­nę­ła się do mnie pra­wie wcho­dząc na mnie. A to suka - po­my­śla­łem so­bie. Co mi tam kur­wa za­le­ży, da­lej my­śla­łem i to dość in­ten­syw­nie, sko­rzy­stam z tego, co tam, może uda mi się ją wy­ru­chać. Wsu­ną­łem rękę pod jej T-shir­ta, ma­so­wa­łem pier­si, wspa­nia­le to czu­łem, po­mo­głem zdjąć jej majt­ki, wsu­ną­łem pa­lec za­czy­na­jąc jego ryt­micz­ny ruch. By­łem strasz­nie pod­nie­co­ny, stał mi nie­sa­mo­wi­cie. Wsze­dłem w nią, da­lej było rów­nież wspa­nia­le. Za­snę­li­śmy przy­tu­le­ni do sie­bie obok ni­cze­go nie świa­do­me­go Rad­ka. Obu­dzi­ła nas Ilo­na, chy­ba z lek­ka zmie­ni­ła pla­ny. Na­wet nie była zdzi­wio­na, wi­dząc Kaś­kę i mnie w dość jed­no­znacz­nej po­zie. No tak, moja ręka mię­dzy jej no­ga­mi. Tak jak za­snę­li­śmy tak się obu­dzi­li­śmy, to zna­czy Ilo­na nas obu­dzi­ła.

- Do kur­wy ja­snej - za­czę­ła gło­śno mó­wić - ja cze­kam, a was nie ma cioł­ki je­ba­ne - mó­wi­łam prze­cież, że się spo­tka­my w dys­ko­te­ce, a nie, że te­raz mu­szę trój­ką­ty roz­wa­lać. Tu jesz­cze rzu­ci­ła szyb­kie spoj­rze­nie na Ra­dzia.

Za mo­ment za­czę­ła się śmiać po­ka­zu­jąc swo­je za­je­bi­ście bia­łe zęby aż po dzią­sła. Nie­zła jest, po­my­śla­łem, no i te pier­si. Za­je­bi­sta w ogó­le dupa, nie ma co za­prze­czać, mu­szę ją jesz­cze raz prze­le­cieć.

- Ra­dek - kur­wa, wsta­waj do chu­ja pana - wrza­sną­łem - ude­rza­my w dys­ko­te­kę, już, budź się i spa­da­my.

Ła­two po­wie­dzieć, trud­niej zro­bić. Po kil­ku­na­stu mi­nu­tach przed­dy­sko­te­ko­wych za­bie­gów i orzeź­wie­niu się zim­ną wodą, po­szli­śmy do dys­ko­te­ki. Jak pla­no­wa­li­śmy do tej sa­mej w por­cie. At­mos­fe­ra była świet­na, za­je­bi­sta, wszy­scy tań­czy­li, pili piwo, drin­ki, pe­łen luz i za­ba­wa, tak jak lu­bię, tak jak po­win­no być. Usie­dli­śmy, za­mó­wi­li­śmy drin­ki, wsłu­cha­li­śmy się w muze, no i ba­ju­ra. Z da­le­ka zo­ba­czy­łem ko­le­sia od ostat­nie­go na­sze­go to­war­ku. Stał przy ba­rze i coś tam ge­sty­ku­lo­wał z ja­kimś ko­le­siem. Nie mia­łem aku­rat na to ocho­ty, co ostat­nio, ale może bę­dzie miał coś in­ne­go. Szturch­ną­łem Rad­ka, po­ka­zu­jąc mu gło­wą kie­ru­nek, w któ­rym pa­trzy­łem. Po­ki­wał gło­wą jak­by w rytm tech­no, że kuma o co cho­dzi. Prze­li­czy­łem pen­ge, ude­rzy­łem do go­ścia. Parę chwil póź­niej z Rad­kiem, za­do­wo­le­ni, za­mknę­li­śmy się w ki­blu. Skrę­ci­li­śmy z bank­no­tu ru­lo­nik, Ra­dek wy­jął kar­tę te­le­fo­nicz­ną, syp­nę­li­śmy ście­chę i w no­cha i ja i on. Przy kra­nie umo­czy­li­śmy pal­ce i wte­dy jesz­cze raz moc­no wcią­gnę­li­śmy no­sem jesz­cze głę­biej. Wte­dy masz pew­ność, że wszyst­ko do­kład­nie wniu­cha­łeś, że nic się nie zmar­no­wa­ło ze śnie­gu. No, klep­ną­łem Rad­ka w ple­cy, te­raz to mo­że­my się ba­wić. Mie­li­śmy gest, cho­ciaż nie­źle nas to kosz­to­wa­ło - szmu­lom ku­pi­li­śmy po amor­ku, żeby póź­niej się le­piej pier­do­li­ły. Jak moż­na było przy­pusz­czać, były nad wy­raz szczę­śli­we, że pa­mię­ta­li­śmy o nich. Ha, jak­że by nie pa­mię­tać. Od tej chwi­li za­ba­wa krę­ci­ła się nie­źle i jak w ka­lej­do­sko­pie, tak że chy­ba nie za bar­dzo mo­głem na­dą­żyć za wszyst­kim, co się dzie­je i jak się dzie­je. Może to było po dru­giej, może jesz­cze póź­niej, ale by­li­śmy nie­źle wszy­scy pod­krę­ce­ni. Ilo­na była tak pod­ja­ra­na, że chcia­ła mi ob­cią­gnąć przy sto­li­ku.

- Zgłu­pia­łaś? - po­wie­dzia­łem - z tru­dem ją od­py­cha­jąc.

- Po­wiedz, że nie chcesz tego - po­wie­dzia­ła - po­wiedz, to nie..

- Chcę, ale nie tu­taj - od­po­wie­dzia­łem z lek­ka pa­trząc na boki i nie uwie­rzy­cie, ale zła­pa­ła mój su­wak od spodni, roz­su­nę­ła i wło­ży­ła rękę w roz­po­rek po­chy­la­jąc gło­wę. Nie wie­dzia­łem czy po­wie­dzieć jej, żeby prze­sta­ła czy też za­cząć się czuć jak pod­czas krę­ce­nia fil­mu. Wy­da­wa­ło mi się to jak pół jawa pół sen. Roz­wią­za­nie samo się zna­la­zło - ochro­niarz dys­ki zo­ba­czył co się dzie­je u nas w bok­sie.

- Wy­padł i wy­jazd - po­wie­dział krót­ko - ma­cie dwie mi­nu­ty i spier­da­lać mi stąd, zmie­rzył nas wzro­kiem nie wró­żą­cym nic do­bre­go.

Po "fe­cie" za­wsze czu­ję się sil­ny i pew­ny sie­bie, są­dzę, że tak jak każ­dy na fe­cie, że po­wiem na­wet nie­po­ko­na­ny. Wsta­łem być może zbyt szyb­ko, może zbyt gwał­tow­nie, nie wiem, może chcia­łem coś po­wie­dzieć, nie wiem. Do­sta­łem pierw­szy strzał w twarz. Usia­dłem, nie bar­dzo wie­dząc co się dzie­je, chy­ba cie­kła mi krew z łuku brwio­we­go, bo nic nie wi­dzia­łem na lewe oko, tak mi się za­le­pi­ło. Jak pa­mię­tam, do­sko­czył jesz­cze je­den ochro­niarz, miał coś w ręku, nie pa­mię­tam. Sły­sza­łem tyl­ko Rad­ka, że... nie pa­mię­tam, ale spa­da­my stąd czy coś ta­kie­go... do­kład­nie na­to­miast sły­sza­łem dziew­czy­ny, któ­re mó­wi­ły do bram­ka­rzy, spo­koj­nie ko­leś, już wy­cho­dzi­my. Jak­by przez mgłę wi­dzia­łem, jak Kaś­ka do­pi­ja jesz­cze w bie­gu drin­ka, co mnie póź­niej nie­źle roz­ba­wia­ło, jak to so­bie przy­po­mi­na­łem. Tak naj­ogól­niej Ilo­na z Kaś­ką po­cząt­ko­wo kom­plet­nie były "za­mu­ro­wa­ne" w tej sy­tu­acji. Póź­niej w po­pło­chu zbie­ra­ły swo­je to­reb­ki, pa­pie­ro­sy ze sto­łu. Wiem tyl­ko tyle, że wy­szli­śmy, Ra­dek po­wie­dział, że tak bę­dzie naj­le­piej, szans nie mie­li­śmy żad­nych praw­do­po­dob­nie i na pew­no. Póź­niej przy oka­zji się do­wie­dzie­li­śmy, że był już je­den gość co nie za bar­dzo chciał wyjść, w po­dob­nej sy­tu­acji, ale do­stał taki wjeb, że go wy­nie­śli i nie mógł się do­li­czyć zę­bów. Jak się do­tur­la­li­śmy do na­mio­tu nie pa­mię­tam - jak mogę się do­my­ślać, to całą "fetę" prze­pi­łem i osią­gną­łem od­wrot­ny efekt. Oko­ło go­dzi­ny, któ­rejś tam, zdro­wo koło po­łu­dnia, a może chuj wie już po po­łu­dniu, dziew­czy­ny zro­bi­ły nam je­dze­nie. Nie wiem czy już były, czy do­pie­ro co przy­szły, czy też były cały czas z nami. Je­dze­nie, któ­re­go i tak pra­wie nie tknę­li­śmy, no, oprócz pi­cia. Strasz­nie bo­la­ła mnie gło­wa, pa­trzy­łem w lu­ster­ko i nie mo­głem uwie­rzyć, ja pier­do­lę, jak ja wy­glą­dam - brew roz­je­ba­na to­tal­nie, opuch­nię­te limo i za­je­bi­ste ko­lo­ry w róż­nych od­cie­niach tę­czy. Przy­ło­ży­łem so­bie kom­pres, któ­ry przy­nio­sła mi Ilo­na, zmie­nia­jąc co chwi­la w lo­do­wa­tej wo­dzie. O kur­wa, ale mnie bo­la­ło, do­brze jesz­cze kur­wa, że oby­ło się bez szy­cia, wy­glą­da­ło to na­praw­dę nie­cie­ka­wie. Co za chuj je­ba­ny z tego cie­cia, jak ja go kur­wa, kie­dyś do­rwę, to go chuj strze­li raz i na za­wsze, śmie­cia zje­ba­ne­go, pier­do­lo­ne­go gno­ja. Co on kur­wa so­bie my­śli, że kim do kur­wy nę­dzy jest?! Je­ba­ny broj­ler, pier­do­lo­ny cieć, ochro­niarz za dy­che, skur­wiel pier­do­lo­ny. Im bar­dziej go wy­zy­wa­łem, tym sa­mym mniej mnie bo­la­ło. Nie­źle, cie­ka­we na­wet, ale co za śmieć, no nie... pier­do­lo­ny śmieć. By­łem wście­kły nie­sa­mo­wi­cie, mógł­bym tego chu­ja te­raz za­bić. Mo­men­tal­nie i bez wy­rzu­tów su­mie­nia, pier­do­lo­ny śmieć.

- No kur­wa! - krzyk­ną­łem do Kaś­ki i Ilo­ny - no nie pal­cie przy mnie, bo wy­rzy­gam, do ja­snej men­dy, chwy­ci­łem zsu­wa­ją­cy się kom­pres.

Coś mię­dzy sobą tsts tsts, po­szep­ta­ły, to cześć, na ra­zie do wie­czo­ra, hey hey i po­szły. No i chuj im w dupę, tak by­łem wkur­wio­ny i roz­go­ry­czo­ny, że mi to wszyst­ko inne la­ta­ło koło chu­ja, je­bał je pies. By­łem osła­bio­ny to­tal­nie, mu­li­łem na ma­te­ra­cu chy­ba cały dzień. Nie chcia­łem nic jeść tyl­ko pić, no i ten ku­rew­ski ból gło­wy. Ra­dziu przy­niósł mi ta­blet­ki, od razu za­rzu­ci­łem czte­ry, bo jed­ną, to so­bie co naj­wy­żej w dupę moż­na wsa­dzić, żeby do­brze się moż­na było wy­srać, a nie na mój ból gło­wy. Całe szczę­ście, że si­ka­nie na reszt­kach fety, jesz­cze mi spra­wia­ło przy­jem­ność. To jesz­cze jest bar­dzo przy­jem­ne. Koń­ców­ka ku­ta­sa tak faj­nie szczy­pie i gil­ga, że byś chciał szczać i szczać bez koń­ca. W gło­wie czu­jesz wte­dy ta­kie za­je­bi­ste mro­wie­nie, szczy­pie cię ku­tas i cie­pło się robi, a nogi same się ugi­na­ją tak jak­byś za mo­ment miał upaść. Chcesz tej chwi­li, żeby trwa­ła jak naj­dłu­żej, ale nie­ste­ty koń­czysz lać w pew­nym mo­men­cie i ko­niec przy­jem­no­ści. Więc pi­jesz ile wle­zie i cze­kasz na po­now­ne od­le­wa­nie się, ale i tak za każ­dym ra­zem jest in­a­czej. Pod wie­czór już tro­chę le­piej się czu­łem, Ra­dek też do­cho­dził do sie­bie. Dziew­czy­ny wie­czo­rem nie przy­szły, no nie przy­szły, no i chuj. Nie wiem, może były zmu­lo­ne i też do­cho­dzi­ły do sie­bie, może nie mo­gły przyjść albo się ob­ra­zi­ły, że tak się wy­dar­łem na nie, kie­dy za­pa­li­ły so­bie pa­pie­ro­sa. Moż­li­we, że od­po­czy­wa­ły, nie wiem. No i chuj. Wła­ści­wie to do­brze, że nie przy­szły. Kie­dy my­ślę o Ilo­nie, to zno­wu chciał­bym ją je­bać. Do­brze, że wy­my­ślo­no or­gazm, bo się chy­ba już daw­no bym za­je­bał na śmierć. Tak na roz­my­śla­niach tego ro­dza­ju i na do­cho­dze­niu do sie­bie mi­nął cały dzień. Cały pier­do­lo­ny, spier­do­lo­ny dzień w kur­wę jeża. Rad­ka tak wła­ści­wie, to chuj in­te­re­so­wa­ło wszyst­ko, a ja się mar­twi­łem, jak da­lej prze­żyć. On żył na za­sa­dzie, tu i te­raz, a ju­tro to chuj, zo­ba­czy­my co bę­dzie. Po­wie­dzia­łem jemu, że za­ła­twi­łem z tym go­ściem z dys­ki, no z tym od fety, sprze­daż na­szych tref­nych fan­tów. Chcąc nie chcąc i tak mu­sia­łem się ru­szyć z dupą, aby nie ze­świ­ro­wać od tego nic nie ro­bie­nia przez cały dzień. Wzię­li­śmy to­war, wszyst­kie wa­go­ny szlug, za­pal­nicz­ki, róż­ne pa­miąt­ki i po­szli­śmy na ad­res ha­wi­ry, któ­ry do­sta­łem. No cóż, ry­zy­ko jest za­wsze, ale w ta­kich spra­wach i z ta­ki­mi ko­le­sia­mi, po pro­stu się ma wy­czu­cie, tak jak by­śmy się już dużo wcze­śniej zna­li. Prak­tycz­nie była to uli­ca wy­lo­to­wa - pe­ry­fe­ria mia­stecz­ka, jak on to okre­ślił? Aha, idziesz na pla­żę za­chod­nią i wzdłuż sta­rych nie­uży­wa­nych to­rów, gdzieś nie­da­le­ko wia­duk­tu, zresz­tą też sta­re­go, ha... ha... Praw­dę mó­wiąc, każ­da nad­mor­ska miej­sco­wość wy­glą­da jak pe­ry­fe­ria. Gdy­by tak trą­ba po­wietrz­na czy inny taj­fun, chuj wie hu­ra­gan, wy­ssał wszyst­kich głu­pich wcza­so­wi­czów z tych za­faj­da­nych smut­nych mie­ścin, to wy­glą­da­ły by jak opu­sto­sza­łe mia­stecz­ka we­ster­no­we. Po dro­dze mi­nę­li­śmy ja­kie­goś przy­je­ba­ne­go go­ścia, chy­ba już na czymś był. Aha, z tego by wy­ni­ka­ło, że kie­ru­nek ob­ra­li­śmy wła­ści­wy. Uśmiech­nę­li­śmy się do sie­bie z Rad­kiem, swój swo­je­go po­zna, taka jest nasz brać. Jesz­cze ka­wa­łek i by­li­śmy na miej­scu. Za­rdze­wia­ła furt­ka i płot za­ro­śnię­te nie­rów­no ro­sną­cym wy­so­kim ży­wo­pło­tem, ktoś aku­rat wy­cho­dził, my wcho­dzi­li­śmy. Do­mo­fon? Dzwo­nek, no bez jaj, wol­ne żar­ty. Po­dwór­ko ty­po­we jak przy ru­de­rach tego typu, ster­ty cze­goś tam, ja­kieś parę le­żą­cych w nie­ła­dzie sta­rych opon, dwa wra­ki sa­mo­cho­dów bli­żej nie­okre­ślo­nej mar­ki, roz­je­ba­na pral­ka, tro­chę zło­mo­wi­ska. No ja­sne, to chy­ba na­wet było zło­mo­wi­sko, albo chuj wie co, mniej­sza z tym. Prze­szli­śmy koło dwóch żywo dys­ku­tu­ją­cych dup, aku­rat znów ktoś wy­szedł z drzwi fron­to­wych.

- O, jest nasz Zby­nio - po­wie­dzia­łem Rad­ko­wi ki­wa­jąc gło­wą w kie­run­ku drzwi.

- Cześć Zby­nio - rzu­ci­łem do nie­go - za­wsze tu je­steś? - za­py­ta­łem.

- No nie, nie za­wsze - za­prze­czył z lek­kim pół­u­śmie­chem ni­czym - nie za­wsze - po­wtó­rzył. Przy ta­kiej po­go­dzie - kon­ty­nu­ował, je­stem na pla­ży albo przy sa­lo­nie gier, no mam tam zna­jo­mą dup­cie, a do­brze po dwu­dzie­stej przy pu­bie, no a póź­niej już jak moż­na się do­my­ślać klub i dys­ka do rana. Te­raz aku­rat mie­li­śmy małą za­dy­mę, bo sta­rzy ja­kiejś ma­ło­la­ty przy­kur­wi­li się do nas. Z sa­me­go rana to było, ale całe szczę­ście jest już po wszyst­kim, mam na­dzie­ję - do­rzu­cił splu­wa­jąc.

- Nie­bie­skie men­dy były? - rzu­ci­łem py­ta­niem.

- No nie - od­parł - to do­pie­ro by było i wy wpa­dę by­ście za­li­czy­li, no aku­rat wprost na nich - mach­nął ręką. Wła­śnie wczo­raj - mó­wił da­lej - przy­szły ja­kieś la­ski i ku­pi­ły to co chcia­ły, no spo­ko, żad­nych wał­ków nie mia­ły, to­wa­rek eks­tra sor­cik. No co, ku­pi­ły, zo­sta­ły, przy­pra­wi­ły pi­wem, jed­na po­szła gdzieś w chuj, a jed­na nie. Wi­dzisz tę kupę zło­mu, no tam - po­wie­dział po­ka­zu­jąc na spię­trzo­ną hał­dę trud­ne­go do zi­den­ty­fi­ko­wa­nia że­la­stwa. No wła­śnie, tam się ulu­la­na pi­zgła, a te pa­ke­ry z warsz­ta­tu la­kier­ni­cze­go, tu­taj parę me­trów obok, jak przy­szli po to co za­wsze, to wcią­gne­li i nie­ste­ty ją przy­uwa­ży­li. Zo­ba­czy­li, że leży jak kło­da, wal­nę­li jesz­cze po ścież­ce i do niej. Prze­ło­ży­li ją przez wan­nę i po ko­lei wy­ru­cha­li. Wiesz jak wzię­li koke, to wte­dy mo­gli­by ją za­je­bać na śmierć. Na ko­niec się jesz­cze po­rzy­ga­ła. Jak po iluś tam go­dzi­nach do­szła do sie­bie, to za­cza­iła i po­szła w chuj. Na pew­no do cha­ty do­szła, ale ra­czej nic sta­rym nie po­wie­dzia­ła, a może na­wet nie pa­mię­ta­ła. Na pew­no piz­da bo­la­ła ją nie­sa­mo­wi­cie, może my­śla­ła, że ją Tir prze­je­chał, ha... ha...

- To kur­wa, o co jej zgre­dom cho­dzi­ło? - rzu­cił Ra­dek py­ta­nie.

- No, wła­śnie - uśmiech­nął się Zby­nio - cho­dzi­ło o to­war, któ­ry jesz­cze przy niej zna­leź­li, no i sta­rzy tam­tej na­ro­bi­li nie­złe­go szu­mu. Zna­leź­li to­war przy niej i się przy­pu­co­wa­ła gdzie była, zresz­tą - mach­nął ręką, jej wi­dok był ża­ło­sny na tyle, że nie mu­sia­ła się dużo pro­du­ko­wać, no i jej ko­le­żan­ka to samo. Po­wie­dzia­łem pa­ke­rom z la­kier­ni, kur­wa mać, jesz­cze przez was będą jaja, no tak prze­czu­wa­łem. Przy­je­chał jej sta­ry i za­czął się pruć i wy­krzy­ki­wać, że on zro­bi po­rzą­dek z tą me­li­ną, a Be­kon mu od­po­wie­dział, że po­rzą­dek to zro­bi z jego fa­cja­tą i jego nową furą. Wziął kij i po­szedł w jego kie­run­ku. Ale heca, my­śla­łem, że jeb­nę, tam­ten za­czął spier­da­lać, a Be­kon krzy­czał, że nu­me­ry blach to on już za­pa­mię­tał. Jesz­cze krzy­czał jak od­jeż­dżał, uwa­żaj na fure, żeby ci się zła­ma­sie nie spa­li­ła przy­pad­kiem. Ubaw był jak chuj, mó­wię wam. Za­dy­ma była nie­zła, ale kur­wa tro­chę scy­ko­rzy­łem na po­cząt­ku ak­cji, no wiesz róż­nie bywa. No, do­bra, to właź­cie - otwo­rzył drzwi - po­to­czył wzro­kiem od po­cząt­ku uli­cy do jej koń­ca i wszedł za nami. Za chwi­lę, by­li­śmy na pię­trze. Jak po­wie­dzia­łem, po chwi­li by­li­śmy na gó­rze. Ktoś nas mi­nął, ktoś sie­dział na ko­ry­ta­rzu, gdzieś ja­kieś gło­sy, ruch jak na ja­kimś par­ty - po­my­śla­łem. Za mo­ment też sie­dzie­li­śmy, Zby­nio przy­niósł nam su­gar i jaz­da. Sre­ber­ko, dział­ka su­gar, woda i chwi­la pod­grze­wa­nia. Wi­dzia­łem jak Rad­ko­wi błysz­czą się oczy z ra­do­ści, kie­dy po­ru­szał dział­ką. Cho­le­ra, ale też się cie­szy­łem. Za­czę­li­śmy ża­chać. Naj­pierw ostre cię­cie w no­cha i za mo­ment spo­ko, cie­pło, faj­nie. Ra­dek dość szyb­ko się za­ła­twił, już miał peł­ny od­lot, ja jak gdy­bym miał chwi­lę za­sta­no­wie­nia za­nim mnie sie­kło. Po chwi­li zła­pa­łem, wszyst­ko krę­ci­ło się wo­kół mnie i wol­no za­czą­łem wta­piać się w fo­tel, było do­brze, było za­je­bi­ście. Mo­ment tak jak­by mnie wszyst­ko gi­la­ło, jak­by dreszcz, a póź­niej spo­koj­ne od­pły­nię­cie. Nie wiem jak się czu­je ka­wa­łek drew­na pły­wa­ją­cy po je­zio­rze ale chy­ba tak się czu­łem. Bez­myśl­nie. Wszyst­ko obo­jęt­ne, a za­ra­zem do­brze, co mi tam, jest faj­nie, jest do­brze. Do­brze, pły­ną­łem, pły­ną­łem, chy­ba za­czą­łem ła­pać kon­takt. To było pew­ne, że za­czą­łem ła­pać kon­takt z praw­dzi­wym świa­tem. Po­wo­li w lek­ko fa­lu­ją­cym od­bi­ciu zo­ba­czy­łem po­chy­lo­ną w moim kie­run­ku twarz Zby­nia. Miał sze­ro­ko otwar­te oczy i pa­trzył się na mnie. Uważ­nie się na mnie pa­trzył. Wresz­cie zo­ba­czy­łem jego uśmiech.

- No i jak tam było na tam­tym świe­cie? - za­py­tał nadal uśmie­cha­jąc się sze­ro­ko.

- Wy­je­ba­nie - wy­krztu­si­łem - lep­sza jaz­da niż przed­tem. Ro­zej­rza­łem się, na ko­ry­ta­rzu jesz­cze było paru ma­ło­la­tów rów­nie szczę­śli­wych jak ja. Albo już wró­ci­li albo wra­ca­li po­ma­łu, po­dob­nie jak ja z Rad­kiem lu­zac­ko roz­je­ba­ni. Ale jaz­da, po­my­śla­łem. Tak do­syć nie­źle trzy­ma­ło nas do­brych parę go­dzin, by­li­śmy cał­ko­wi­cie wy­lu­zo­wa­ni, peł­ni en­tu­zja­zmu i ener­gii. Siła i czy­sta du­cho­wa moc nie­po­ko­na­nia. Dwóch mia­ło strasz­nie chu­de twa­rze, wy­glą­da­li na mak­sy­mal­nie wy­cień­czo­nych. Orzeź­wi­ło mnie to, może jesz­cze kil­ka niu­chów i nie będę cho­dził po tym świe­cie? By­łem tro­chę prze­stra­szo­ny tymi głu­pi­mi roz­my­śla­nia­mi, ale w za­mian za to go­tów był­bym od­dać wszyst­ko. Za tę jed­ną chwi­lę, za ten mo­ment, za te cu­dow­ne mi­nu­ty, wie­dzia­łem, że nie je­stem na tyle jeb­nię­ty, żeby za­ćpać się na śmierć. Me­li­ny, baj­zle, czu­ję się w nich świet­nie, za­je­bi­ście, jak­by to był mój praw­dzi­wy świat. Ten naj­praw­dziw­szy. Otrzą­sną­łem się z tych roz­my­ślań, bo Ra­dek za­czął coś do mnie mam­ro­tać, i przy­szedł Zby­nio. Cho­le­ra, na­wet nie sku­ma­łem, że jak się pa­trzył na mnie wte­dy, to kur­wa gdzieś jego wcię­ło. Na­wet nie za­uwa­ży­łem, a może nie wcię­ło, może do­pie­ro te­raz przy­szedł. Ach, kur­wa, niech to...

- Słu­chaj Zby­nio - za­czą­łem do nie­go ci­cho mó­wić - mamy na­sze tref­ne fan­ty, no wiesz, weź­miesz? Tak jak się uma­wia­li­śmy? - za­py­ta­łem

- Ale to­wa­rek eks­tra, co? - rzu­cił jak zwy­kle sze­ro­ko się uśmie­cha­jąc, jak­by mnie nie sły­szał.

- Słu­chaj - za­czą­łem jesz­cze raz - mamy na­sze fan­ty i...

- We­zmę, we­zmę - nie dał tym ra­zem mi do­koń­czyć - no ja­sne, że we­zmę, pa­mię­tam co mó­wi­łem - mru­gnął do mnie po­jed­naw­czo okiem.

Wy­szli­śmy z ko­ry­ta­rza i za mo­ment by­li­śmy w ja­kimś tam po­ko­ju. Za­brał się do na­sze­go to­wa­ru szyb­ko i bez zbęd­nych py­tań czy zdzi­wie­nia. Szyb­ko prze­li­czył cze­go i ile jest, na mo­ment wy­szedł i za mo­ment znów się po­ja­wił już z kasą. Przy­znam szcze­rze, że na­wet z kasy by­li­śmy za­do­wo­le­ni, do­sta­li­śmy na­praw­dę nie­źle. To było prze­cież oczy­wi­ste, że kasa nam się koń­czy­ła, a przy­pa­lić się chce. Ja­sne, że ja­sne, jak­by do­szedł jesz­cze czę­ściej to­war do niu­cha­nia, to bez do­brej kasy ani rusz. Tyl­ko na baj er ma­niur też nie weź­miesz, to nie ta baj­ka, masz to rzą­dzisz, nie masz, to spie­ra­laj i od­pier­dol się. Za dar­mo nie dmuch­niesz szmu­li. Trze­ba po­sta­wić wódę, dys­kę, eks-ta­skę, bi­lard. To wszyst­ko kosz­tu­je, a piją też pra­wie łeb w łeb, na pro­chach to spo­ko trzy­ma­ją suki tem­po. Nie ma lek­ko. W tej ko­lej­no­ści do­pie­ro do­cho­dzi ba­jer i mo­żesz my­śleć o ru­cha­niu, a nie zaj­mo­wać się pi­sa­niem wier­szy do uko­cha­nej. Masz sa­ła­tę, to je­steś gość i cią­gną ci dru­ta na za­wo­ła­nie. Po­ga­da­li­śmy so­bie jesz­cze ze Zby­niem i wró­ci­li­śmy na pole na­mio­to­we. Tak naj­ogól­niej nie czu­łem się naj­le­piej, tak ja­koś, no nie wiem. Ra­dek wal­nął się mo­men­tal­nie spać, ja na­to­miast, tym ra­zem nie za bar­dzo mi się chcia­ło ki­mać. Wzią­łem lu­ster­ko i pa­trzy­łem w nie do­syć dłu­go. To co zo­ba­czy­łem nie na­stra­ja­ło mnie naj­le­piej, po pro­stu wy­glą­da­łem nie­cie­ka­wie de­li­kat­nie uj­mu­jąc te­mat. Nad okiem opu­chli­zna, wszyst­kie ko­lo­ry tę­czy, łuk brwio­wy roz­je­ba­ny, do­brze, że oby­ło się bez szy­cia, no na­praw­dę nie­cie­ka­wie. Spoj­rza­łem z boku, o kur­wa, za­uwa­ży­łem siwe wło­sy. Ale jaja, no nie. Jak za dużo fety bie­rzesz, to mo­żesz być ma­ło­la­tem, a siwe wło­sy i tak to­bie wyj­dą. Fakt, że nie dużo, po­je­dyn­cze wło­sy, ale jed­nak. W ra­zie cze­go mat­ce mogę po­wie­dzieć, że za­mar­twiam się szko­łą, na­uką, zgre­dy wszyst­ko łyk­ną bez zmru­że­nia oka. Ta­kie są wap­nia­ki, no i faj­nie, bo jak by byli inni, to komu by­śmy wkrę­ca­li tego ro­dza­ju głu­po­ty? Fakt jest fak­tem, że od fety do­sta­jesz siwe pió­ra. Nie wiem, ale na­szła mnie ja­kaś dziw­na pust­ka, by­łem na­wet tym wszyst­kim przy­bi­ty. Moż­li­we, że też ja­kaś han­dra.

Spoj­rza­łem na roz­wa­lo­ne­go jak dłu­gi Rad­ka. Pier­do­lę, też idę w ki­mo­no, mu­szę się prze­spać, zre­ge­ne­ro­wać. Wie­czo­rem, tak jak zwy­kle wy­bra­li­śmy się do dys­ko­te­ki. Przed­tem jed­nak wy­sko­czy­li­śmy do baru, żeby coś za­rzu­cić, po­wie­dzia­łem do Rad­ka, że tak nie mo­że­my, czas coś zjeść. Ja­sne, że paść nie pad­nie­my, cho­ciaż może to się zda­rzyć, ale sta­rzy mogą nas nie po­znać, chy­ba, że po gło­sie. Żar­ty żar­ta­mi, ale jeść trze­ba. Wrzu­ci­li­śmy na ruszt ja­kieś tam dzwon­ki ja­kiejś tam ryby po­le­co­nej przez pa­nią z baru. Były na­wet nie­złe, ale za­pła­ci­li­śmy niech to chuj strze­li, za­je­ba­ne zło­dziej­stwo, zdzie­ra­ją nad tym mo­rzem, że ktoś po­wi­nien za to wi­sieć. Sie­dzie­li­śmy przy tej sma­żal­ni, je­dząc i roz­glą­da­jąc się na pra­wo i lewo. Ob­ser­wo­wa­li­śmy prze­le­wa­ją­cą się falę tu­ry­stów, wcza­so­wi­czów z jed­nej stro­ny chod­ni­ka na dru­gą stro­nę chod­ni­ka, po­trą­ca­ją­cych się, omi­ja­ją­cych się i pa­trzą­cych na sie­bie wza­jem­nie z wzro­kiem o róż­nych spoj­rze­niach mniej lub bar­dziej przy­ja­znych. Cho­dzi­li na wszyst­kie stro­ny. To co nam rze­czy­wi­ście przy­ku­ło wzrok, to czer­wo­na be­em­ka, któ­ra so­bie wje­cha­ła do po­ło­wy na chod­nik i tak już ku­rew­sko cia­sny do przej­ścia dla fali tłu­mu. Czer­wo­na za­je­bi­sta be­em­ka ósem­ka, że szok, z któ­rej wy­sia­dła para. On do­syć star­sza­wy, no może ok. 40, jego dupa do­brze o po­ło­wę mniej, jak jesz­cze nie mniej, 19 może 22, no gdzieś oko­ło, mi­nió­wa za­je­bi­sta, że jak wy­sia­da­ła, to było wi­dać jej majt­ki i świe­że śla­dy po de­pi­la­cji. Wy­so­ka, pie­kiel­nie zgrab­na o dłu­gich wło­sach. Po­de­szła do lady i za­mó­wi­ła płe­twę z re­ki­na. Po­my­śla­łem, że tak jak wy­glą­da­ła tak za­ma­wia­ła, naj­droż­sza ryba. Zresz­tą, co tam, prze­cież fra­jer pła­ci. Zresz­tą chuj w dupę z tę jej płe­twą z re­ki­na, ale tę sy­re­nę to bym wy­dmu­chał, oj kur­wa, aż by za­śpie­wa­ła. Ja­dłem i my­śla­łem, pa­trzy­łem i wi­dzia­łem. Tak, wi­dzia­łem te jej za­je­bi­ste majt­ki, kie­dy za­kła­da­ła nogę na nogę i zmie­nia­ła te po­zy­cję wie­lo­krot­nie. Cho­le­ra wie, może to ja­kaś pier­do­lo­na eks­hi­bi­cjo­nist­ka. Spoj­rza­łem ką­tem oka na sto­li­ki, a więk­szość fa­ce­tów, jak nie wszy­scy mie­li oczy głę­bo­ko utkwio­ne w jej roz­kła­da­ją­cym i skła­da­ją­cym się roz­kro­ku. Wci­na­ła tę płe­twę nie zwra­ca­jąc uwa­gi na oto­cze­nie, tak jak­by rze­czy­wi­ście była głod­na nie wia­do­mo jak, zresz­tą chuj wie co ona ja­dła na śnia­da­nie na do­brą spra­wę, może rze­czy­wi­ście był tyl­ko chuj. Czy to był fi­let z morsz­czu­ka, a nie ja­kaś tam płe­twa z re­ki­na, gło­wy bym nie dał, tata zresz­tą mi już nie raz mó­wił, że naj­lep­sze kan­ty się robi pod szyl­dem uczci­wo­ści. Każ­dy my­śli, że jest w po­rząd­ku, a nie jest, a kasa lewa leci. Mniej­sza z tym. Ob­ser­wo­wa­li­śmy ich da­lej. Taki gość to ma do­brze, po­my­śla­łem so­bie po raz któ­ryś z ko­lei, ma kasę, nie­złą furę i ha­czy naj­lep­sze suki. Cie­ka­we, któ­ra to ko­lej­na jego i czy to jej od­po­wia­da, że jest nta. Za­pew­ne jemu to nie prze­szka­dza, że ją ku­pił, a jej to, że się sprze­da­je. No, kur­wa Ra­dek, nie pier­dol, że się w nim za­ko­cha­ła, chy­ba nie spę­dzi­łeś dzie­ciń­stwa na li­te­ra­tu­rze po­czy­taj mi mamo. Śmiesz­ne, ale w tym ca­łym opo­wia­da­niu jej gość zszedł na dal­szy plan. Fra­jer jak to fra­jer, nie zwra­cał uwa­gi też na to co się do­oko­ła nich dzie­je, uda­wał bar­dzo znu­dzo­ne­go, po­pi­ja­jąc tyl­ko za­mó­wio­ny sok z czar­nej po­rzecz­ki, ba­wią­cy się swo­ją małą ko­mó­recz­ką i praw­do­po­dob­nie spraw­dza­ją­cy swo­je mmsy od la­sek, któ­re też praw­do­po­dob­nie sta­ły w ko­lej­ce do nie­go jako na­stęp­ne tuż za nią. Ona tym­cza­sem pa­ła­szo­wa­ła ra­do­śnie płe­twę z wście­kłe­go re­ki­na i mia­ła wszyst­kich do­kład­nie w du­pie, bo i tak wie­dzia­ła do­sko­na­le, że wszy­scy fa­ce­ci prze­ły­ka­jąc śli­nę ga­pią się w jej opa­lo­ne kro­cze. Nie wiem, ale się wkur­wi­łem na wszyst­ko, ode­chcia­ło mi się na­wet jeść. Ja się de­ner­wo­wa­łem, ale fra­jer sie­dział na lu­zie obok swo­jej wy­so­kiej dziw­ki, są­czył le­ni­wie na­pój i uda­wał, że jego nic nie in­te­re­suj e, na­wet ona, bo dla nie­go ona to też to­war.

- Chodź Ra­dek - po­wie­dzia­łem przez za­ci­śnię­te zęby - spa­da­my, od­su­wa­jąc się od sto­li­ka do­syć gwał­tow­nym ru­chem. Mia­łem do­syć wi­do­ku tej suki, tego pa­so­ży­ta z wy­go­lo­nym owło­sie­niem ło­no­wym. Mia­łem do­syć wi­do­ku jego, roz­par­te­go, opa­lo­ne­go i ob­wie­szo­ne­go zło­tem. Tak nor­mal­nie, to za­strze­lił­bym ich gdy­bym mógł. Kur­wa, ja mu­szę się mar­twić jak prze­żyć jesz­cze je­den dzień nad mo­rzem i ko­lej­ne dni, a oni w dzień albo w ty­dzień pusz­czą tyle haj­su, co praw­do­po­dob­nie ja przez rok na­wet na oczy nie będę mógł zo­ba­czyć i do­tknąć na­wet jak­bym miał pra­co­wać. Wy­cią­gną­łem szlu­gi i za­pa­li­łem. Do mo­men­tu wej­ścia do dys­ko­te­ki nie od­zy­wa­łem się do Rad­ka. On aku­rat był naj­mniej win­ny, ale do­sko­na­le zda­wał so­bie spra­wę o co mi może cho­dzić, bo po pro­stu mnie znał, mnie i moje wkur­wie­nia, ta­kie czy inne. Po dro­dze tyl­ko splu­wa­łem, a w mó­zgu bu­zo­wa­ło mi się na wszyst­kie stro­ny. Łeb jak ba­nia, tak to czu­łem. Przy sto­li­ku za­mó­wi­li­śmy od razu po­dwój­ny bro­war, któ­ry wy­pi­łem szyb­ciej niż za­zwy­czaj. Po krót­kiej chwi­li na­stęp­ny. Za­czę­ło mi się od­bi­jać, się­gną­łem po chip­sy, nie­sa­mo­wi­cie mnie wcią­gnę­ło to je­dze­nie chip­sów. Ja­dłem i ja­dłem, te je­ba­ne chip­sy. Jesz­cze raz piw­ko, się­gną­łem po chip­sy, prze­gry­złem, po­pi­łem.Te­raz do­pie­ro za­czą­łem się czuć cał­ko­wi­cie na lu­zie, za­czą­łem się roz­glą­dać. Ra­dek w mię­dzy­cza­sie, wi­dząc, że ze mną nie po­ga­da, po­szedł roz­ma­wiać z ja­kimś łeb­kiem przy ba­rze, ja pa­trzy­łem na dupy tań­czą­ce na par­kie­cie. Mimo do­brej wen­ty­la­cji było zde­cy­do­wa­nie za go­rą­co, no chy­ba była na­wet kli­ma­ty­za­cja, tak gdzieś sły­sza­łem. Szmu­le zresz­tą też po­ru­sza­ły się le­ni­wie. Lu­bię tak so­bie pa­trzeć, la­tem jest zresz­tą na co. Ob­ci­słe spód­nicz­ki, przez prze­wiew­ne i prze­świ­tu­ją­ce su­kien­ki wi­dać było za­rys maj­tek lub strin­gów. Pa­trzy­łem na opię­te T-shir­ty, na wy­prę­żo­ne pier­si ze ster­czą­cy­mi pro­wo­ku­ją­co sut­ka­mi. Pa­trzy­łem i na­pa­la­łem się co­raz bar­dziej. Nie­któ­re to mają ru­chy, że aż ci się robi sła­bo w kro­ku. Wie­dzą suki jak się ubrać, wie­dzą jak nas po­szczuć swo­ją dupą. Kie­dy mó­wisz daj, sły­szysz - nie, da­lej krę­ci dupą, kie­dy bie­rzesz - ma pre­ten­sje, że zgwał­ci­łeś. Do kur­wy ja­snej, cho­dzi na dys­ko­te­ki, krę­ci dupą, wy­pi­na cyc­ki, a póź­niej się dzi­wi, że ktoś miał ocho­tę jej do­brze wy­mie­szać. Tak my­ślę, że jej, tej czy tam­tej o to cho­dzi, chy­ba, że woli so­bie z pal­ca zje­chać. No tak, tak so­bie pa­trzy­łem i tak so­bie my­śla­łem, uspo­ka­ja­jąc się stu­ka­niem pal­ca­mi po bla­cie sto­li­ka. Zresz­tą i tak cały czas na­pier­da­la­ła mu­zy­ka tech­no. Ja pier­do­lę, ostat­nio tak nie było, jak so­bie nie pier­dol­nę ja­kie­goś spe­eda to wy­kor­ku­ję, to chuj, ca­łej dys­ko­te­ki nie prze­trzy­mam. Kiw­ną­łem ręką na Rad­ka, zmie­rzał do mnie ze świe­żo po­zna­nym ko­le­siem przy­ba­ro­wym.

- To Krzy­siek - wy­ja­śnia­ją­co przed­sta­wił Ra­dek.

- Słu­chaj - po­wie­dział tym ra­zem do mnie - jest śnieg, do­bry, po­rzu­cił cenę.

- Ochu­jał żeś, pięć zło­tych dro­żej niż dwa dni temu? - pra­wie krzy­cza­łem - ja pier­do­lę. Ra­dek prze­stra­szo­ny strze­lił ocza­mi na boki.

- Ci­szej - sta­rał się mnie uspo­ko­ić - ko­leś ma to­war bra­cisz­ka i chce so­bie też uskro­bać ście­chę. Poza tym, to jest ko­leś Zby­nia.

- No kur­wa, nie roz­śmie­szaj mnie, wiesz ile on ma ko­le­gów? - prych­ną­łem, no nie, ko­niecz­nie chce mnie dzi­siaj do­dat­ko­wo wkur­wić. No i co z tego? - do­da­łem.

- No, nic z tego - stęk­nął Ra­dzio, ale wiesz jak to jest, nig­dy nie wia­do­mo jak ju­tro może być, co lub kto się kie­dyś przy­da.

No tak, jesz­cze mi mi się kur­wa fi­lo­zof z bo­żej ła­ski przy­da­rzył. Jak kur­wa się­gnę pa­mię­cią, to ty sta­le ustę­puj i liż dupę, bo kie­dyś coś, ale na do­brą spra­wę, za­wsze mia­łem rogi i każ­dy so­bie mnie dmu­chał wy­ko­rzy­stu­jąc sy­tu­ację bez skru­pu­łów i żad­nej kur­wa mać je­ba­nej wdzięcz­no­ści. Bo kur­wa ty bądź kul­tu­ra, a resz­ta łącz­nie z psem przy­błę­dą i tak cie­bie ole­ją cie­płym mo­czem. Niech się pier­do­li cwel je­ba­ny - tak so­bie po­my­śla­łem...

- Spo­ko Ra­dek - rzu­ci­łem - jak na przy­kład pier­dol­niesz so­bie w żyłę zło­ty strzał, to już ci nikt nie po­mo­że i me­da­lu za za­słu­gi nikt to­bie nie wrę­czy. Prze­stań, kur­wa fan­ta­zjo­wać, niech opu­ści cenę, to ście­chę do­sta­nie od nas dwóch, a kon­to, no je­że­li chcesz być taki ko­leś, ale niech opu­ści i krop­ka. W to miej­sce mamy do­dat­ko­wy bro­war - wy­ja­śni­łem na ko­niec mo­jej mowy. Mia­łem już do­syć tego dur­ne­go prze­ko­ma­rza­nia się.

- Do kur­wy nę­dzy, Krzy­chu - rzu­ci­łem przez zęby do ko­le­sia - daj mi spe­eda, bo ja zdech­nę tu­taj dzi­siaj i te­raz jak nie we­zmę. Ja się tu­taj kur­wa za­nu­dzę - na po­twier­dze­nie tych słów pod­par­łem gło­wę ręką jak­bym miał ból gło­wy.

- No do­bra stoi, niech bę­dzie - po­wie­dział wresz­cie pierw­sze sło­wa Krzysz­tof.

Po­szli­śmy do ki­bla. Resz­ta to już nor­mal­ka. Wró­ci­li­śmy do sto­li­ka, po­wo­li od­czu­wa­łem, że to jest to. Jed­nym sło­wem, mogę się ba­wić, na­wet do rana, luz, siła, re­laks. By­łem pew­ny sie­bie jak ja­kiś ak­tor, a resz­ta to sta­ty­ści i sce­na do­oko­ła. Za­czą­łem od­czu­wać, to ty­po­we wy­lu­zo­wa­nie, po­my­śla­łem czy cza­sa­mi Ila z Kaś­ką gdzieś się nie krę­cą. Po­pa­trzy­łem po sali, prze­le­cia­łem wzro­kiem po fa­lu­ją­cych gło­wach. Wto­pi­łem się w roz­bu­ja­ny tłum, prze­sze­dłem się w jed­ną, póź­niej w dru­gą stro­nę, pa­trząc na pod­ska­ku­ją­ce dup­cie w rytm gło­śnej muzy. Prze­ci­ska­łem się przez roz­tań­czo­ne cip­cie, po­zwa­la­jąc so­bie na nie­win­ny żart, peł­ną dło­nią na ten krót­ki mo­ment mi­ja­nia się z szmu-lami do­ty­ka­łem ich po­ślad­ków. Było tak cia­sno, że wy­glą­da­ło to na zu­peł­ny przy­pa­dek, ot prze­py­cha­ją się wszy­scy. Oczy­wi­ście mo­gło się zda­rzyć i się zda­rza­ło, że któ­raś tam od­czu­ła to, że nie jest to przy­pad­ko­we do­tknię­cie, od­wra­ca­ła się szu­ka­jąc ocza­mi wi­no­waj­cy, któ­ry zresz­tą w tym mo­men­cie po­tul­nie so­bie tań­czył. Ja­sne, że mu­sia­łem uda­wać wte­dy, że to nie ja.

- Uwa­żaj - Ra­dek szturch­nął mnie łok­ciem w bok mó­wiąc - uwa­żaj, bo ja­kaś szmu­la może być z wła­ści­cie­lem, a na do­da­tek jak to bę­dzie ja­kiś Pu­dzio, to do­sta­niesz strza­ła i ci się ode­chce ma­ca­nia po sraj­dach.

- Do­bra, do­bra, pieprz się, prze­cież uwa­żam - burk­ną­łem tro­chę zły, że nie spodo­ba­ły mu się moje jak są­dzi­łem nie­złe wy­głu­py.

- Gdy­byś uwa­żał, to fa­cja­tę miał­byś bez si­nia­ków - rzu­cił szy­der­czą kontrę Ra­dek.

- Pier­dol się, kur­wa - od­po­wie­dzia­łem mu już pod­kur­wio­ny tą gad­ką.

Po trzech, może czte­rech go­dzi­nach, za­czą­łem od­czu­wać znu­że­nia tą im­pre­zą, chy­ba za­czę­ło scho­dzić. Za­rzu­cę so­bie jesz­cze ście­chę, to bę­dzie da­lej trzy­mać, tak so­bie po­my­śla­łem. Jed­nak tak z dru­giej stro­ny nie chcia­łem, chcia­łem i nie chcia­łem. No, bo jak jeb­nę ko­lej­ną ście­chę, bę­dzie trzy­mać, kró­cej niż po­przed­nia, no z dwie go­dzi­ny, może trzy. Ba, ale rano jak ten cały wy­pi­ty bro­war wyj­dzie, o kur­wa, ale bę­dzie zwa­ła, le­piej nie my­śleć, ra­nek bę­dzie nie do prze­ży­cia. Tak so­bie my­śla­łem i kal­ku­lo­wa­łem, pa­trzę w bok i wi­dzę jak Ra­dek z Krzy­chem ba­je­ru­ją ja­kąś pa­nie­nę. Ba­je­ru­ją to mało po­wie­dzia­ne, oni ją na żyw­ca bez ogró­dek ma­ca­li.

- Go­sia je­stem - przed­sta­wi­ła się - wi­dząc moje zdzi­wio­ne spoj­rze­nie.

Nie od­po­wie­dzia­łem jej wca­le i tak była bar­dziej sku­pio­na na od­czu­ciach wy­ni­ka­ją­cych z bu­szo­wa­nia dło­ni Rad­ka pod jej mi­nió­wą. Dys­ka jak dys­ka, mi­ga­ły mi świa­tła, gra­ła muza - jak się zna­la­złem w na­mio­cie? To hi­sto­ria i ra­czej nie je­stem w sta­nie jej opo­wie­dzieć. Oczy­wi­ście tę Goś­kę przy­wle­kli ze sobą i rżnę­li ją na zmia­nę. Kur­wa, jak mnie gło­wa bo­la­ła, co mnie to ob­cho­dzi.

- Ra­dek - jęk­ną­łem - daj mi pić - wy­cią­gną­łem rękę.

- Wiesz, jak z nią było fan­ta­stycz­nie - za­czął Ra­dek - zu­peł­nie jak w tej pio­sen­ce co go ta dupa onie­śmie­la­ła - kon­ty­nu­ował swo­ją opo­wieść, nie za­uwa­ża­jąc na­wet, że nie mam ocho­ty jej słu­chać.

- Ra­dek - co ty pier­do­lisz, jaka pio­sen­ka - jęk­ną­łem - chuj je­bał tę two­ją Goś­kę, daj mi kur­wa spo­kój, łeb mi na­pie­ra­da­la, no kur­wa daj to pi­cie wresz­cie do chu­ja nę­dzy. Wie­dzia­łem, że za chwi­lę po­wie tak jak moja mat­ka - a nie mó­wi­łem.

- A nie mó­wi­łem - po­wie­dział Ra­dek - a nie mó­wi­łem, że­byś, kur­wa ko­lej­nej ście­chy nie wa­lił, bo prze­pi­jesz? - trze­ba kur­wa było słu­chać, cie­ciu.

Nie chcia­ło mi się aku­rat upra­wiać z nim pu­stej pa­pla­ni­ny i pier­do­le­nia o ni­czym, wresz­cie dał mi to pi­cie i wal­nął się ude­rza­jąc w kimę. Tak mi mi­nął dzień od rana, na­zwij­my to umow­nie, po­cząw­szy od ję­ków, pi­ciu wody, paru aspi­ry­nach i prze­kli­na­niu, że nig­dy wię­cej się tak nie za­pra­wię. Na dru­gi dzień, mniej niż skrom­ne śnia­da­nie, ką­piel w mo­rzu, tro­chę ła­że­nia po pla­ży i oglą­da­nie się za du­pa­mi. Na­sze ko­men­ta­rze na te­mat mi­ja­ją­cych nas dup były na tyle bez­po­śred­nie, że tym sa­mym po­dob­ne do sie­bie. Nie­któ­re szmu­le, gdy uda­ło im się ką­tem ucha usły­szeć co mó­wi­my, a nie­raz też spe­cjal­nie gło­śno mó­wi­li­śmy, od­wra­ca­ły się, stu­ka­ły się pal­cem po czo­le. Nie­raz po­ka­zy­wa­ły fa­kju­sa mó­wiąc na nas idio­ci lub dup­ki. Głu­pie dupy, śmiać nam się wte­dy chcia­ło z nich. Cho­dzą te­raz pra­wie na­gie, głu­pie eks­hi­bi­cjo­nist­ki zgry­wa­jąc się i prę­żąc jak da­mul­ki. Za to w cza­sie ca­łe­go roku na­pier­da­la­ją na wrot­kach w su­per­mar­ke­cie lub czy­ta­ją ofer­ty w po­śred­nia­ku. Wra­ca­ją do domu i od nowa sły­szą roz­mo­wę sta­rych o pie­nią­dzach, a ra­czej o tym, że ich nie ma. Po obej­rze­niu wie­czor­ne­go kiep­skie­go se­ria­lu typu M jak mi­ze­ria, kła­dą się na swo­je łóż­ko, dzie­ląc po­kój z sio­strą. Roz­my­śla­ją, pła­cząc ukrad­kiem, jak to mają prze­je­ba­ne, ja­kie to wszyst­ko jest nie­spra­wie­dli­we, a na do­da­tek wszyst­kie­go Pa­weł z są­sied­nie­go blo­ku, to woli Ma­rio­lę niż ją. Pa­trzą w lu­stro miz­drząc się go­dzi­na­mi do wła­sne­go od­bi­cia, bo gdy jed­na ma za małe pier­si, to dru­ga ma za duże lub też na do­da­tek nie­zbyt ład­ną dupę jak na jej gust, to jest za wy­so­ka, to jest za ni­ska. No i wła­śnie, dla­cze­go Pa­weł woli Ma­rio­lę, a nie ją? Dziew­czy­ny są cien­kie w te za­wo­dy i wy­star­czy im wkrę­cić, że mają krzy­we nogi, duży nos lub zbyt od­sta­ją­ce uszy i jest za­ła­twio­na i to na dłuż­szy czas lub na amen. Ta­kie są te szmu­le, no i nic, moż­na się po­śmiać z nich. My i tak je­ste­śmy lep­si od nich, mamy wię­cej ho­no­ru i dumy, przy­najm­niej w przy­szło­ści pod­czas roz­mów kwa­li­fi­ka­cyj­nych nikt nam nie bę­dzie pa­trzył na cyc­ki, a dupa nie bę­dzie kar­tą prze­tar­go­wą, czy się do­sta­nie pra­cę, czy też nie.