My, skrajnie otyli - Magdalena Gajda

Kup ebooka

49.99 zł
38.49 zł (39,78 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

MAGDALENA

24 lata - 152 kilogramy52 lata - 55 kilogramówMazowsze

Moje wagi

Po­koik był nie­wielki. Mie­rzył ja­kieś trzy na cztery me­try. Na jego sza­rych ścia­nach wi­siały ko­lo­rowe pla­katy, na któ­rych ro­ze­śmiane ka­la­repki przy­po­mi­nały, że tylko je­dze­nie wa­rzyw gwa­ran­tuje zdro­wie. Pod ścia­nami po­ko­iku stały ni­skie drew­niane ławki, po­dobne do tych z hal spor­to­wych. By­łam w pierw­szej dzie­siątce dzie­cia­ków - dziew­czy­nek i chłop­ców - które pie­lę­gniarka wpro­wa­dziła do środka. Po­tem ka­zała nam zdjąć buty, ro­ze­brać się do maj­tek i pod­ko­szulki lub do go­łego torsu, je­śli ktoś pod­ko­szulki nie miał. Za­wsty­dzeni i wy­stra­szeni, bo nikt nie po­wie­dział nam, co nas czeka, od­wró­ci­li­śmy się do ścian, zdej­mu­jąc ubra­nia i ukła­da­jąc je na ław­kach. Gdy pie­lę­gniarka uznała, że je­ste­śmy go­towi, wpro­wa­dziła nas do dru­giego, rów­nie ma­łego po­ko­iku. Do­mi­no­wała w nim jed­nak biel. Białe były ściany, me­ta­lowe stołki, biurko i szafa z szu­fla­dami. Biały był też far­tuch dru­giej, nie­zna­nej nam ko­biety, do któ­rej pie­lę­gniarka zwra­cała się "pani dok­tor", a która na­wet na nas nie spoj­rzała, za­jęta wy­peł­nia­niem ta­bel na rów­nie bia­łych kar­tach. I biały był rów­nież dziwny przy­rząd sto­jący nie­mal na środku po­miesz­cze­nia. Pie­lę­gniarka mó­wiła o nim "waga".

Waga była ma­sywna i wy­soka, z jej ple­ców wy­sta­wał że­la­zny pręt, który słu­żył do mie­rze­nia wzro­stu. Gdy na po­czątku wrze­śnia 1978 roku jako uczen­nica pierw­szej klasy szkoły pod­sta­wo­wej po raz pierw­szy zo­ba­czy­łam ją w szkol­nym ga­bi­ne­cie le­kar­skim, słu­żyła już nie­mało lat, bo w wielu miej­scach scho­dziła z niej farba, od­sła­nia­jąc me­ta­lową kon­struk­cję. Po­dest wagi, na któ­rym trzeba było sta­nąć do po­miaru, był nie­wielki, nie­sta­bilny i dla kon­tra­stu czarny.

Na wagę wcho­dzi­li­śmy po ko­lei. Zgod­nie z na­zwi­skami wy­wo­ły­wa­nymi przez pa­nią dok­tor. Gdy na­de­szła moja ko­lej, wspię­łam się na po­dest i za­chwia­łam, ob­ra­ca­jąc twa­rzą do dzieci. Pie­lę­gniarka wy­ko­nała kilka ru­chów su­wa­kami na wa­dze i wes­tchnęła gło­śno:

- Tak jak się można było spo­dzie­wać: sta­now­czo za gruba. Dziecko, dla­czego się tak spa­słaś? - za­py­tała rów­nie gło­śno. I tym stwier­dze­niem dała przy­zwo­le­nie na salwy śmie­chu ko­le­ża­nek i ko­le­gów z klasy, któ­rzy od­tąd nie na­zy­wali mnie ina­czej jak "spa­ślak", "gru­bas", "gruba dy­nia", "wie­lo­ryb". Dla mnie zaś waga stała się naj­bar­dziej znie­na­wi­dzo­nym przed­mio­tem.

Pro­ce­dura szkol­nego wa­że­nia od­by­wała się dwa razy w roku szkol­nym - na jego po­czątku i końcu, i trwała przez kilka lat. Za każ­dym ra­zem było mnie co­raz wię­cej. Przy ko­lej­nych wa­że­niach by­łam też upo­ka­rzana, je­śli nie ostrymi ko­men­ta­rzami, to pu­blicz­nie ujaw­nia­nym wy­ni­kiem po­miaru. Tyle do­brego, że z bie­giem czasu pie­lę­gniarka nie ka­zała nam się roz­bie­rać do maj­tek i pod­ko­szulka. By­łam prze­szczę­śliwa, gdy pew­nego wrze­śnia nie zo­sta­li­śmy jak za­wsze za­go­nieni do po­koju le­kar­skiego. Nie na długo...

Druga waga, którą pa­mię­tam, była nie­wielka, lekka, kwa­dra­towa i skła­dała się tylko z ma­łego po­de­stu z okien­kiem, w któ­rym po­ka­zy­wał się wy­nik wa­że­nia. Jako że na­zy­wano ją "ła­zien­kową", ła­two się do­my­ślić, gdzie ją w domu trzy­ma­li­śmy. Tę wagę wy­brała mama, aby kon­tro­lo­wać ki­lo­gramy moje i swoje, które zo­stały jej po dwóch cią­żach.

Opty­mi­styczny żółty ko­lor obu­dowy wagi od­bie­ra­łam jed­nak jak siar­czy­sty po­li­czek za każ­dym ra­zem, gdy wska­zy­wała u mnie co­raz wyż­szy wy­nik. Waga po pro­stu kpiła so­bie ze wszyst­kich mo­ich sta­rań, pro­ce­dur i za­bie­gów od­chu­dza­ją­cych. Szy­dziła z se­tek diet, przez które cho­dzi­łam wiecz­nie głodna, oraz mie­sza­nek zio­ło­wych, które miały przy­śpie­szyć spa­la­nie mo­jej tkanki tłusz­czo­wej. Na­igra­wała się z mo­jego wy­siłku pod­czas ćwi­czeń fi­zycz­nych w domu, na ba­se­nie, u dziad­ków na wsi. Śmiała się, gdy spe­cja­li­sta od aku­pre­sury na­ci­skał nie­wi­doczne punkty na mo­ich sto­pach, mistrz aku­punk­tury wkłu­wał igły w moje uszy, czoło i kostki u nóg, bio­ener­go­te­ra­peuta prze­sy­łał mi swoją ener­gię, a hipno­ty­zer pró­bo­wał wpro­wa­dzić mnie w trans, aby na­ka­zać mi, co i ile mam jeść. Pro­ce­dura po­miaru, wy­ko­ny­wana zwy­kle co dwa ty­go­dnie, wciąż koń­czyła się trium­fem wagi i mo­imi łzami. Łzami, które daw­niej, w szkole, ha­mo­wa­łam pod po­wie­kami, aby nie dać sa­tys­fak­cji moim prze­śla­dow­com. Te­raz wy­le­wa­nymi, ale w za­ci­szu ła­zienki.

Waga ła­zien­kowa miała jed­nak swoje za­lety. Przede wszyst­kim taką, że za­pew­niała mi pewną in­tym­ność aktu wa­że­nia. Mo­głam to zro­bić sama, bez krę­pu­ją­cego udziału in­nych osób. Na­wet tak bli­skich jak ro­dzice, dla któ­rych moje nad­mierne ki­lo­gramy były po­wo­dem tro­ski, a z cza­sem udrę­cze­nia po­szu­ki­wa­niami no­wych le­ka­rzy i me­tod od­chu­dza­nia, a nie zaś za­chętą do szy­derstw, któ­rych obiek­tem by­łam w szkole, na ulicy czy w środ­kach ko­mu­ni­ka­cji pu­blicz­nej.

Wa­że­nie na wa­dze ła­zien­ko­wej stwa­rzało też do­godne oko­licz­no­ści do pew­nych kłam­ste­wek. Jak mi się wtedy jako na­sto­latce i mło­dej dziew­czy­nie wy­da­wało - nie­wiel­kich i bez zna­cze­nia dla mo­jego zdro­wia. Zda­rzało się więc, że już po wy­pła­ka­niu się i po umy­ciu zimną wodą opuch­nię­tych oczu po­da­wa­łam ro­dzi­com wy­nik wa­że­nia za­ni­żony o kilka ki­lo­gra­mów. A wszystko po to, aby i im, i so­bie choć na krótko, bo do na­stęp­nego wa­że­nia, dać ułudę na­dziei, że prze­sta­łam tyć.

Ostat­nią ce­chą wagi ła­zien­ko­wej było to, że jej skala koń­czyła się na 120 ki­lo­gra­mach. Po raz pierw­szy wska­zała taki wy­nik, gdy mia­łam 20 lat. Uwa­ża­łam wtedy, że brak ko­lej­nych liczb na po­działce to za­leta. Dzięki niej, nie­świa­do­mie albo ra­czej ma­sku­jąc świa­do­mość co do mo­jej fak­tycz­nej wagi, prze­ży­łam kilka lat, uzna­jąc, że moja oty­łość już się nie roz­wija. Zde­rze­nie z rze­czy­wi­sto­ścią było bar­dzo bo­le­sne.

Trze­cia waga, którą za­pa­mię­ta­łam na za­wsze, słu­żyła do wa­że­nia... pół­tusz mięsa oraz wor­ków z ka­szą, mąką lub skrzy­nek z wa­rzy­wami. Skła­dała się z du­żej drew­nia­nej plat­formy i kil­ku­na­stu cięż­kich od­waż­ni­ków. Waga ta była czę­ścią wy­po­sa­że­nia kuchni w kli­nice Ślą­skiej Aka­de­mii Me­dycz­nej w Za­brzu. W prze­rwach mię­dzy wa­że­niem wor­ków i kon­te­ne­rów z pro­duk­tami na po­siłki dla pa­cjen­tów wa­żyła... pa­cjen­tów. Za­brzań­ska kli­nika była bo­wiem pierw­szą w Pol­sce, która w po­ło­wie lat dzie­więć­dzie­sią­tych ubie­głego wieku za­częła re­gu­lar­nie wy­ko­ny­wać ope­ra­cje chi­rur­gicz­nego le­cze­nia oty­ło­ści. Gdy się o nich do­wie­dzia­łam, na­tych­miast skon­tak­to­wa­łam się z pro­fe­so­rem Ma­ria­nem Par­delą, który prze­pro­wa­dzał tam - jak na­zywa się je dziś - ope­ra­cje ba­ria­tryczne, a po ba­da­niach za­kwa­li­fi­ko­wa­łam się do za­biegu. Wcze­śniej trzeba było jed­nak usta­lić, ile ja tak na­prawdę ważę...

- 152 ki­lo­gramy! - krzyk­nęła ener­giczna ku­charka, gdy ja już sta­nę­łam na wa­dze rolno-prze­my­sło­wej, a ona, ma­new­ru­jąc wpraw­nie od­waż­ni­kami, do­ko­nała po­miaru. Wi­dząc moje łzy, do­dała na po­cie­sze­nie, ale rów­nie gło­śno: - Nie rycz, głu­pia! I tak je­steś jedną z chud­szych!

Był 1995 rok. Mia­łam 24 lata. Jesz­cze wtedy nie wie­dzia­łam, że z taką wagą do­łą­czam wła­śnie do cho­rych, któ­rzy 20 lat póź­niej staną się jedną z naj­bar­dziej ukry­tych, ta­jem­ni­czych i wy­klu­czo­nych grup spo­łecz­nych.

Miara grubości

Bio­rąc pod uwagę, że oty­łość znana jest od cza­sów sta­ro­żyt­nych, to jed­nak czło­wiek za­dzi­wia­jąco późno, bo do­piero na po­czątku XIX wieku, wpadł na po­mysł, że wa­żyć może nie tylko zwie­rzęta, plony i róż­nego ro­dzaju to­wary, ale rów­nież i sa­mego sie­bie. Z idei tej chęt­nie sko­rzy­stali na­ukowcy i le­ka­rze po­szu­ku­jący na­rzę­dzi po­mia­ro­wych do oceny głów­nych oznak oty­ło­ści: przy­ro­stu masy ciała i zwięk­sza­nia się tkanki tłusz­czo­wej oraz re­la­cji mię­dzy tymi ob­ja­wami.

Do po­czątku XIX wieku nie tylko nie znano pa­ra­me­trów pra­wi­dło­wej bądź nie­pra­wi­dło­wej masy ciała, ale też nie po­tra­fiono jej po pro­stu zmie­rzyć. Oty­łość za­tem okre­ślano np. "na palce" lub "pół­palce" albo stwier­dzano ją na pod­sta­wie zbyt cia­snych ubrań lub zbyt cia­snych pier­ścieni, które na­kła­dano na ciało. Cie­kawa była także me­toda szyjna, czyli wska­za­nie, ile ob­wo­dów szyi składa się u da­nej osoby na ob­wód pasa.

Po­miar masy ciała z do­kład­no­ścią do jed­nego funta (z ang. penny sca­les) wpro­wa­dzono na szer­szą skalę w 1885 roku, naj­pierw w Niem­czech, a po­tem w USA, a samo wa­że­nie lu­dzi stało się po­pu­larne w ciągu na­stęp­nych kil­ku­na­stu lat. Mer­kan­tylne za­lety po­miaru wagi czło­wieka szybko od­kryły ame­ry­kań­skie to­wa­rzy­stwa ase­ku­ra­cyjne, czyli ubez­pie­cze­niowe. Już na po­czątku XX wieku tzw. pra­wi­dłowa masa ciała (z ang. ideal we­ight - "na­leżna masa ciała", która sprzyja osią­gnię­ciu naj­dłuż­szego okresu ży­cia) stała się klu­czo­wym ele­men­tem ob­li­cza­nia wy­so­ko­ści składki ubez­pie­cze­nia na ży­cie.

Ale to nie USA, ale Bel­gii świat za­wdzię­cza mier­nik, który do dziś służy de­fi­nio­wa­niu tego, gdzie koń­czy się nad­waga, a za­czyna oty­łość, oraz eta­pów roz­woju tej cho­roby. Mier­nik ten na­zywa się BMI (z ang. body mass in­dex), czyli wskaź­nik masy ciała, a stwo­rzył go w 1835 roku Lam­bert Adol­phe Ja­cques Qu­éte­let. Ten bel­gij­ski astro­nom i ma­te­ma­tyk za­fa­scy­no­wał się od­kry­ciem, że ma­te­ma­tykę można wy­ko­rzy­stać także do oceny róż­nych pa­ra­me­trów ludz­kiego ciała. Qu­éte­let nie tylko stwo­rzył wzór BMI (masę ciała wy­ra­żoną w ki­lo­gra­mach, po­dzie­loną przez wy­ra­żony w me­trach wzrost pod­nie­siony do kwa­dratu), ale także przy­go­to­wał pierw­sze ta­bele śred­nich war­to­ści masy ciała dla róż­nych grup wie­ko­wych: dwu­dzie­sto-, trzy­dzie­sto-, czter­dzie­sto-, pięć­dzie­się­cio-, sześć­dzie­się­cio­let­nich Bel­gów, ko­biet i męż­czyzn. Co cie­kawe, z po­wo­dów mo­ral­nych lu­dzi wa­żono wów­czas w... ubra­niach i bu­tach. Bio­rąc pod uwagę, że np. pa­nie no­siły wtedy cięż­kie suk­nie, pod nimi wiele warstw ha­lek i sztywne gor­sety, na no­gach wy­so­kie, sznu­ro­wane trze­wiki ze skóry, a na gło­wach duże, hoj­nie przy­brane ka­pe­lu­sze, mo­żemy przy­jąć, że uzy­skany po­miar wska­zy­wał na pewno wy­nik zde­cy­do­wa­nie wyż­szy niż rze­czy­wi­sta waga tych osób.

Po­słu­gi­wa­nie się mier­ni­kiem BMI przy okre­śla­niu roz­woju cho­roby oty­ło­ści za­le­ciła w 1997 roku Świa­towa Or­ga­ni­za­cja Zdro­wia (WHO, World He­alth Or­ga­ni­sa­tion), a po­wsta­jące wraz z roz­wo­jem in­ter­netu tzw. e-kal­ku­la­tory BMI stały się jed­nymi z naj­czę­ściej od­wie­dza­nych wi­tryn, choć sam wskaź­nik nie jest ide­alny. Na­zy­wany jest cza­sem drwiąco Bar­dzo Mier­nym In­dek­sem, bo je­śli ślepo się nim kie­ru­jemy, to oka­zuje się, że oso­bami z za­awan­so­waną oty­ło­ścią są także np. ko­biety w ciąży albo spor­towcy o roz­wi­nię­tej mu­sku­la­tu­rze. Dla­tego też nie używa się go do okre­śla­nia nie­do­wagi, nad­wagi i oty­ło­ści nie tylko u wspo­mnia­nych osób, ale także u dzieci i se­nio­rów (osoby w po­de­szłym wieku mają ob­ni­żoną gę­stość ko­ści oraz masę mię­śniową).

I dla­tego też ba­da­cze oty­ło­ści pra­co­wali i na­dal pra­cują nad co­raz now­szymi me­to­dami i na­rzę­dziami wspie­ra­ją­cymi pra­wi­dłowe okre­śla­nie masy ciała i jej skład­ni­ków. Na­leżą do nich m.in. opra­co­wane w 1942 roku przez fran­cu­skiego en­do­kry­no­loga Je­ana Va­gue'a na pod­sta­wie wskaź­nika WHR, czyli ta­lia-bio­dro (z ang. wa­ist-to-hip ra­tio lub wa­ist-hip ra­tio), dwa typy oty­ło­ści za­leżne od roz­ło­że­nia tkanki tłusz­czo­wej w or­ga­ni­zmie: an­dro­idalna (brzuszna) i gy­no­idalna (bio­drowo-udowa), oraz wy­ko­rzy­sty­wane w no­wo­cze­snej dia­gno­styce kli­nicz­nej cho­roby oty­ło­ści: ab­sorp­cjo­me­tria po­dwój­nej ener­gii RTG, re­zo­nans ma­gne­tyczny lub to­mo­gra­fia kom­pu­te­rowa.

Ludzie poza skalą

Zgodnie za­tem z re­ko­men­do­waną kla­sy­fi­ka­cją WHO cho­roba oty­ło­ści dzieli się na kilka eta­pów okre­śla­nych przy po­mocy wskaź­nika BMI. I tak: BMI niż­sze niż 16 ozna­cza wy­gło­dze­nie, BMI 16-16,99 - wy­chu­dze­nie, BMI 17-18,49 - nie­do­wagę, BMI 18,5-24,99 - pra­wi­dłową masę ciała, BMI 25-29,99 - nad­wagę, czyli tzw. stan przed­oty­ło­ściowy, BMI 30-34,99 - oty­łość I stop­nia, BMI 35-39,99 - oty­łość II stop­nia, a BMI 40 i wię­cej - oty­łość III stop­nia, tzw. oty­łość ol­brzy­mią. Wy­ja­śnia­jąc rzecz bar­dziej ob­ra­zowo: je­śli ko­bieta ma 160 cen­ty­me­trów wzro­stu i waży 104 ki­lo­gramy, to jej BMI wy­nosi 40,6, a za­tem zgod­nie z po­wyż­szą kla­sy­fi­ka­cją jest już chora na oty­łość III stop­nia. I tu po­ja­wia się pe­wien pro­blem... wi­ze­run­kowy.

W 2012 roku TLC - ame­ry­kań­ska sta­cja te­le­wi­zyjna o za­sięgu glo­bal­nym, na­le­żąca do kon­cernu Di­sco­very - roz­po­częła nada­wa­nie no­wego for­matu pt. Hi­sto­rie wiel­kiej wagi (My 600-lb Life). Na for­mat składa się cykl re­ali­zo­wa­nych w ko­lej­nych se­zo­nach re­por­taży, któ­rych bo­ha­te­rami są Ame­ry­ka­nie wa­żący od 200 do 400 ki­lo­gra­mów, ich ży­cie oraz próby - udane i nie­udane - le­cze­nia oty­ło­ści w kli­nice Younana Now­za­ra­dana, irań­skiego le­ka­rza, chi­rurga ogól­nego, na­czy­nio­wego i ba­ria­trycz­nego, miesz­ka­ją­cego i pra­cu­ją­cego w USA.

Hi­sto­rie wiel­kiej wagi szybko stały się jed­nym z fla­go­wych for­ma­tów TLC, chęt­nie ku­po­wa­nych i dys­try­bu­owa­nych przez od­działy tej sta­cji na ca­łym świe­cie, także w Pol­sce. Suk­ces ten skło­nił kon­ku­ren­cyj­nych nadaw­ców te­le­wi­zyj­nych do two­rze­nia fil­mów fa­bu­lar­nych oraz pro­gra­mów do­ku­men­tal­nych, pa­ra­do­ku­men­tal­nych, a na­wet re­ality show z po­dob­nymi bo­ha­te­rami. Nie­stety te pro­duk­cje za­bu­rzyły spo­łeczne ro­zu­mie­nie, kiedy za­czyna się oty­łość tzw. ol­brzy­mia. Ten sto­pień oty­ło­ści za­czął być bo­wiem przy­pi­sy­wany oso­bom, u któ­rych cho­roba jest tak roz­wi­nięta, że stają się więź­niami wła­snych do­mów i łó­żek. Zaś osoby z oty­ło­ścią III stop­nia (wa­żące około 100-150 ki­lo­gra­mów), które żyją bli­sko nas, w na­szych ro­dzi­nach, wśród przy­ja­ciół, zna­jo­mych, które spo­ty­kamy wie­lo­krot­nie w ciągu dnia w pracy czy w prze­strzeni pu­blicz­nej, nie są po­strze­gane jako osoby z oty­ło­ścią ol­brzy­mią. Dla­tego też świa­towi eks­perci zaj­mu­jący się ba­da­niem i le­cze­niem oty­ło­ści, a także glo­bal­nymi kon­se­kwen­cjami spo­łecz­nymi, ja­kie ta cho­roba wy­wo­łuje, re­ko­men­dują, aby w gru­pie cho­rych z oty­ło­ścią III stop­nia wy­od­ręb­nić pod­grupę cho­rych - osoby ze wskaź­ni­kiem BMI 50 i wię­cej, osoby chore na tzw. oty­łość skraj­nie ol­brzy­mią, wa­żące po­wy­żej 150 ki­lo­gra­mów.

Osobą chorą na oty­łość skraj­nie ol­brzy­mią była za­tem matka Gil­berta, głów­nego bo­ha­tera filmu z 1993 roku pt. Co gry­zie Gil­berta Grape'a (What's Eating Gil­bert Grape), we­dług sce­na­riu­sza Pe­tera Hed­gesa i w re­ży­se­rii Lasse Hal­l­ströma, oraz śpie­waczka ope­rowa Lena Tre­mer (w tej roli Anna Dymna) - jedna z bo­ha­te­rek pol­skiego se­rialu ka­ta­stro­ficz­nego Wielka woda w re­ży­se­rii Jana Ho­lo­ubka i Bart­ło­mieja Igna­ciuka, a na pod­sta­wie sce­na­riu­sza Ka­spra Ba­jona i Kingi Krze­miń­skiej, a także na­uczy­ciel an­giel­skiego Char­lie (Bran­don Fra­ser), bo­ha­ter ame­ry­kań­skiego dra­matu Wie­lo­ryb (The Wale), na­gro­dzo­nego w 2023 roku dwoma Osca­rami, w re­ży­se­rii Dar­rena Aro­no­fsky'ego, na pod­sta­wie sce­na­riu­sza Sa­mu­ela D. Hun­tera.

"Wie­lo­ryby", "hi­po­po­tamy", "sło­nie", "krowy" i wszyst­kie po­zo­stałe zwie­rzęta o wiel­kich cia­łach i po­wol­nych ru­chach. Tak wła­śnie naj­czę­ściej lu­dzie wi­dzą i gło­śno na­zy­wają osoby chore na oty­łość skraj­nie ol­brzy­mią. To naj­bar­dziej nie­roz­po­znana grupa spo­łeczna za­równo w Pol­sce, jak i na świe­cie. Nie wiemy, ile ta­kich osób żyje w na­szym kraju i in­nych pań­stwach. Dzieje się tak z dwóch przy­czyn. Po pierw­sze dla­tego, że w ofi­cjal­nych sta­ty­sty­kach osoby ta­kie za­li­czane są do ogól­nej liczby osób z oty­ło­ścią III stop­nia i nie są wy­od­ręb­niane jako od­dzielna grupa. Po dru­gie zaś - zwy­kle nie ujaw­niają się ze stra­chu przed pu­bliczną styg­ma­ty­za­cją. Z po­wodu cho­roby czę­sto stają się oso­bami cał­ko­wi­cie nie­peł­no­spraw­nymi i nie­sa­mo­dziel­nymi, nie opusz­czają swo­ich do­mów, miesz­kań, tracą pracę, ro­dzinę, zna­jo­mych. Wie­dzą o nich ci bli­scy, któ­rzy zde­cy­do­wali się spra­wo­wać nad nimi he­ro­iczną opiekę, cza­sem są­sie­dzi po­ma­ga­jący w zro­bie­niu pod­sta­wo­wych spra­wun­ków. Do­wia­du­jemy się o nich za­zwy­czaj z me­diów i czę­sto wów­czas, gdy nie można już im po­móc. Gdy za­pa­dają np. na nie­wy­dol­ność wie­lo­na­rzą­dową i trzeba ich wy­do­być z bu­dyn­ków, po­sze­rza­jąc fu­tryny drzwi lub wy­bi­ja­jąc okna, aby póź­niej prze­trans­por­to­wać np. na plat­for­mie cię­ża­rówki do pla­cówki me­dycz­nej. Gdy umie­rają na szpi­tal­nych od­dzia­łach in­ten­syw­nej te­ra­pii. Gdy trzeba ich po­cho­wać w za cia­snej trum­nie...

Osoby chore na oty­łość skraj­nie ol­brzy­mią - to o nich jest ten re­por­taż.

---

Przy pi­sa­niu roz­działu ko­rzy­sta­łam z pu­bli­ka­cji:

J. M. Ko­mo­row­ski, Rys hi­sto­ryczny dia­gno­zo­wa­nia i le­cze­nia oty­ło­ści, w: Obe­si­to­lo­gia kli­niczna, praca zbio­rowa pod red. M. Ol­sza­nec­kiej-Gli­nia­no­wicz, Biel­sko-Biała, 2021, s. 23-24.

TERESA

63 lata170 kilogramówMałopolska

Żad­nego "dzień do­bry" ani in­nego po­wi­ta­nia nie ma. Tylko od razu: "Pani Magdo, bła­gam o po­moc dla mo­jej mamy...". Ko­biecy głos, który sły­szę po ode­bra­niu te­le­fonu, jest młody i sil­nie wi­bruje od po­wstrzy­my­wa­nych łez.

Jest po­łowa kwiet­nia 2014 roku. Od pra­wie pół­tora roku peł­nię funk­cję Spo­łecz­nej Rzecz­niczki Praw Osób Cho­rych na Oty­łość. Z ideą, aby osoby z oty­ło­ścią miały przed­sta­wi­ciela, który sam do­świad­cza cho­roby i pu­blicz­nie broni praw in­nych cho­rych, wy­stą­pił pro­fe­sor Ma­riusz Wy­le­żoł, chi­rurg ba­ria­tra. Pod ko­niec 2012 roku przy­je­chał z tą my­ślą na ogól­no­pol­ski zlot pa­cjen­tów ba­ria­trycz­nych (osób przed ope­ra­cjami chi­rur­gicz­nego le­cze­nia oty­ło­ści i po nich) i jed­no­cześ­nie spo­tka­nie człon­ków Sto­wa­rzy­sze­nia Osób Cho­rych na Oty­łość MA­XI­MUS. Pro­fe­sor Wy­le­żoł nie ukry­wał, że po­mysł usta­no­wie­nia rzecz­nika osób cho­rych na oty­łość na­le­żał do jego żony - dok­tor Iwony Wy­le­żoł, spe­cja­listki he­ma­to­lo­gii i trans­plan­to­lo­gii kli­nicz­nej. Uczest­nicy zlotu i człon­ko­wie MA­XI­MUSA, je­dy­nej wów­czas or­ga­ni­za­cji pa­cjen­tów dzia­ła­ją­cej na rzecz osób cho­rych na oty­łość w Pol­sce, za­pro­po­no­wali, abym rzecz­niczką zo­stała ja. Wie­rzyli, że jako dzien­ni­karka me­dyczna i spe­cja­listka od ko­mu­ni­ka­cji spo­łecz­nej, a także współ­pra­cow­niczka or­ga­ni­za­cji po­za­rzą­do­wych dzia­ła­ją­cych na rzecz osób cho­rych i z nie­peł­no­spraw­no­ściami, po­ra­dzę so­bie z tym za­da­niem.

Jako Spo­łeczna Rzecz­niczka Praw Osób Cho­rych na Oty­łość pierw­szy raz wy­stę­puję pu­blicz­nie w lu­tym 2013 roku. Je­stem człon­ki­nią grupy eks­per­tów - le­ka­rzy róż­nych spe­cjal­no­ści, któ­rzy pre­zen­tują przed se­nacką Ko­mi­sją Zdro­wia ra­port spe­cjalny o cho­ro­bie oty­ło­ści w Pol­sce i sy­tu­acji spo­łecz­nej, for­mach dys­kry­mi­na­cji i wy­klu­cze­nia spo­łecz­nego osób cho­ru­ją­cych na oty­łość. Kon­cep­cja rzecz­nika pa­cjen­tów z oty­ło­ścią szybko zy­skuje po­par­cie i wspar­cie śro­do­wi­ska le­kar­skiego oraz m.in. Biura Rzecz­nika Praw Oby­wa­tel­skich, Par­la­men­tar­nego Ze­społu ds. Prze­ciw­dzia­ła­nia Oty­ło­ści i Biura Rzecz­nika Praw Pa­cjenta. Od­tąd też je­stem za­pra­szana na spo­tka­nia z przed­sta­wi­cie­lami in­sty­tu­cji pu­blicz­nych od­po­wie­dzial­nych za sys­tem opieki zdro­wot­nej i wspar­cia so­cjal­nego, aby mó­wić o po­trze­bach i ocze­ki­wa­niach spo­łecz­no­ści osób cho­rych na oty­łość. W tym sa­mym cza­sie po­dobni rzecz­nicy za­czy­nają dzia­łal­ność w in­nych kra­jach Eu­ropy i świata.

W sierp­niu 2013 roku uka­zuje się w "Du­żym For­ma­cie", do­datku do dzien­nika "Ga­zeta Wy­bor­cza", re­por­taż pt. Idź i jedz au­tor­stwa Ewy Woł­ka­now­skiej-Ko­ło­dziej, w któ­rym opo­wia­dam o so­bie. O mo­ich zma­ga­niach z le­cze­niem oty­ło­ści i o tym, jak bru­tal­nie od­no­sili się do mnie lu­dzie z po­wodu mo­jej cho­roby. O tym, jak by­łam wy­zy­wana, ob­rzu­cana ka­mie­niami, upo­ka­rzana, szy­ka­no­wana, trak­to­wana jak dziwny stwór, który nic w ży­ciu nie osią­gnie, bo jest na to za gruby, a więc za le­niwy i za głupi. Inne me­dia żywo re­agują na pierw­sze pu­bliczne słowa prawdy, w jaki spo­sób są trak­to­wane osoby z nad­wagą, chore na oty­łość. Po­ja­wiają się ko­lejne ar­ty­kuły, au­dy­cje ra­diowe, pro­gramy te­le­wi­zyjne, któ­rych je­stem bo­ha­terką lub w któ­rych za­bie­ram głos, opo­wia­da­jąc hi­sto­rie in­nych osób. Za­kła­dam skrzynkę e-mail, aby mieć kon­takt z cho­rymi na oty­łość, gro­ma­dzić ich zwie­rze­nia, wspo­mnie­nia, do­świad­cze­nia, opi­nie. Bo w Pol­sce o cho­rych na oty­łość, oprócz tego, że żyją, pra­wie nic in­nego nie wia­domo. Jedną z osób, które do mnie pi­szą, jest Marta o wi­bru­ją­cym od łez gło­sie. Dzięki niej po­znaję Te­resę - jej mamę. Pierw­szą w mo­jej dzia­łal­no­ści spo­łecz­nej osobę, która cho­ruje na oty­łość skraj­nie ol­brzy­mią.

Te­resa nie może pro­sić mnie o po­moc. Leży na SOR-ze, czyli szpi­tal­nym od­dziale ra­tun­ko­wym, w jed­nym z miast na po­łu­dniu Pol­ski. Marta i Te­resa wy­ra­ziły zgodę na upu­blicz­nie­nie tej hi­sto­rii pod wa­run­kiem, że zmie­nię ich imiona i nie po­dam, gdzie miesz­kają. Dla opo­wie­ści ważne jest, że ich mia­sto to nie aglo­me­ra­cja. Li­czy nieco po­nad 50 ty­sięcy miesz­kań­ców.

Bli­scy Te­resy za­dzwo­nili po po­go­to­wie, gdy za­uwa­żyli, że co­raz trud­niej jej od­dy­chać. 170 ki­lo­gra­mów. Taką wagę wpi­sano do karty szpi­tal­nej Te­resy. Wagę orien­ta­cyjną, okre­śloną na pod­sta­wie roz­mowy z ro­dziną i ostat­niego po­miaru, który prze­pro­wa­dzono rok wcze­śniej. Ile wa­żyła Te­resa w chwili, gdy po­trze­bo­wała po­mocy me­dycz­nej - tego nie udało się usta­lić. W ca­łym szpi­talu nie było urzą­dze­nia z od­po­wied­nio dużą skalą. Waga cho­rego to je­den z pod­sta­wo­wych pa­ra­me­trów me­dycz­nych, od któ­rego za­leży po­ten­cjalne le­cze­nie far­ma­ko­lo­giczne. Dawki wielu le­ków, np. tych wy­ko­rzy­sty­wa­nych w ane­ste­zjo­lo­gii, do­sto­so­wuje się do wagi pa­cjenta. Je­śli ta nie jest do końca znana, te­ra­pia le­kowa może nie tylko nie przy­nieść po­zy­tyw­nych efek­tów, ale wręcz za­szko­dzić.

We­dług re­la­cji Marty Te­resa leży na SOR-ze od trzech dni. Cały czas na wózku trans­por­to­wym, a do­kład­niej przy­wią­zana do niego pa­sami. To wy­raz tro­ski. Per­so­nel tłu­ma­czy ro­dzi­nie, że pa­cjentka była "bar­dzo po­bu­dzona ru­chowo" i oba­wiali się, że spad­nie z wózka. Łóżka o no­śno­ści po­wy­żej 120 ki­lo­gra­mów szpi­tal nie ma. Trudno dzi­wić się "po­bu­dze­niu" Te­resy. Jest wciąż naga. Okryta je­dy­nie cien­kim, ku­sym prze­ście­ra­dłem. A w jej plecy wbija się de­ska ra­tow­ni­cza, którą ekipa ka­retki za­po­mniała usu­nąć. De­skę od­kryto do­piero wów­czas, gdy Te­resa za­częła skar­żyć się na ból.

Przez te trzy dni na SOR-ze Te­resa nie do­cze­kała się ani dia­gnozy, ani le­ków, ani de­cy­zji o prze­nie­sie­niu na inny od­dział i o le­cze­niu. W od­po­wie­dzi na py­ta­nie, co z nią da­lej bę­dzie, sły­szała ob­raź­liwe, iro­niczne uwagi o swo­jej wa­dze i swoim ciele. Od­wie­dziło ją za to sporo osób. Le­ka­rzy, pie­lęg­nia­rek, per­so­nelu ad­mi­ni­stra­cyj­nego, pa­cjen­tów i ich go­ści. Aby so­bie na Te­resę po­pa­trzeć, aby się z niej po­śmiać, aby jej zro­bić zdję­cia.

Za­nim sama się wy­biorę w od­wie­dziny do Te­resy, prze­pro­wa­dzam eks­pe­ry­ment. Pro­szę Martę, aby po­wia­do­miła szpi­tal, że prze­ka­zała mi sprawę. Ku mo­jemu zdzi­wie­niu ma­gia słowa "rzecz­nik" za­czyna dzia­łać. Na­wet je­śli ten rzecz­nik nie ma wła­snego biura, za­stępu urzęd­ni­ków wspie­ra­ją­cych jego pracę i umo­co­wa­nia w pol­skim pra­wie. Przy­miot­nik "spo­łeczny" w na­zwie mo­jej funk­cji umyka, gdy po­ja­wia się lęk przed in­spek­cją, kon­se­kwen­cjami urzę­do­wymi, szu­mem me­dial­nym. Kilka go­dzin po speł­nie­niu mo­jej prośby Marta in­for­muje mnie, że Te­resa jest już na od­dziale in­ten­syw­nej opieki me­dycz­nej, leży na łóżku, we wła­snej pi­ża­mie, jest zba­dana i zdia­gno­zo­wana. Ma za­pa­le­nie płuc. Le­ka­rze wdro­żyli jej le­cze­nie. Nikt też już nie po­zwala so­bie na jej ośmie­sza­nie lub ko­men­to­wa­nie jej wagi i ciała.

Dzia­łam da­lej zdal­nie z domu. Dzwo­nię do rzecz­nika szpi­tala. Nie po to, aby się awan­tu­ro­wać. Je­stem zwo­len­niczką roz­mowy i roz­wią­zań po­ko­jo­wych ko­rzyst­nych dla obu stron. Chcę po­dzię­ko­wać za opiekę nad Te­resą. Do­sko­nale zdaję so­bie sprawę z tra­gi­zmu po­ło­że­nia. I Te­resy, która ma po­nad 60 lat oraz za­pewne wiele scho­rzeń bę­dą­cych po­wi­kła­niami jej oty­ło­ści, a także wagę nie­spo­ty­kaną na co dzień u pa­cjen­tów. I sa­mego szpi­tala, który może nie być przy­go­to­wany do dia­gno­styki, le­cze­nia i opieki nad osobą z oty­ło­ścią skraj­nie ol­brzy­mią. Po­mimo wielu prób z rzecz­ni­kiem szpi­tala nie udaje mi się jed­nak skon­tak­to­wać.

Je­stem za to w sta­łym kon­tak­cie z Martą, która co­dzien­nie, gło­sem wi­bru­ją­cym tym ra­zem z ra­do­ści, in­for­muje mnie o po­stę­pach w le­cze­niu Te­resy: "Mama do­staje leki", "Mama co­raz le­piej od­dy­cha", "Mama siada już na łóżku", "Mama już żar­tuje", "Mama ćwi­czy z re­ha­bi­li­tan­tem", "Le­ka­rze roz­ma­wiają z mamą o dal­szym le­cze­niu w in­nym szpi­talu, który wy­ko­nuje ope­ra­cje chi­rur­gicz­nego le­cze­nia oty­ło­ści...".

24 kwiet­nia 2014 roku jadę zo­ba­czyć to wszystko na wła­sne oczy. Po­ra­nek jest tak wcze­sny, że za szybą au­to­busu mi­gają mi sie­lan­kowe ob­razy sa­ren, je­leni i łosi prze­cha­dza­ją­cych się po łą­kach i po­lach w po­szu­ki­wa­niu sma­ko­wi­tych ką­sków na śnia­da­nie. Do mia­sta na po­łu­dniu Pol­ski do­cie­ram przed dwu­na­stą. Na dworcu wita mnie Marta. Zwie­rzam się jej, że mam tremę, bo to pierw­sza osoba z oty­ło­ścią skraj­nie ol­brzy­mią, którą po­znam oso­bi­ście.

- A ja znam ta­kich lu­dzi wię­cej - za­ska­kuje mnie Marta. - I na­wet w na­szym bloku miesz­kają jesz­cze dwie ta­kie pa­nie. Cza­sem są­sie­dzi do nich za­glą­dają, bo one już co naj­mniej od roku nie wy­cho­dzą z domu.

- I nikt się nimi nie in­te­re­suje? Nikt nie we­zwał do nich le­ka­rza? - do­py­tuję.

- A pew­nie, że le­ka­rze byli u nich. U mamy też. Ale co z tego? Ba­dali ci­śnie­nie i po­ziom cu­kru. Wszystko było w nor­mie. Po­wie­dzieli i ma­mie, i są­siad­kom, że po­winny mniej jeść, przejść na dietę i tyle. Ża­den nie za­pro­po­no­wał ja­kie­goś kon­kret­nego le­cze­nia.

Te­resa jest wzru­szona do łez. Pod­czas spo­tka­nia wciąż trzyma moją dłoń. Przed­sta­wia mi swo­jego męża. Opo­wiada o tym, jak całe ży­cie "ku­charką na róż­nych kuch­niach była", jak wciąż "ro­sła" i nie mo­gła tego prze­rwać, bo diety nie po­ma­gały w ogóle albo na krótko. Za­nosi się pła­czem, gdy mówi, jak bar­dzo się wsty­dzi swo­jego wy­glądu, że jest świa­doma, ja­kim jest cię­ża­rem dla bli­skich i po­śmie­wi­skiem dla ob­cych. Słu­cham jej opo­wie­ści, a im wię­cej wiem o Te­re­sie, tym bo­le­śniej zdaję so­bie sprawę, jak nie­wiele będę mo­gła zro­bić dla niej i in­nych osób z oty­ło­ścią skraj­nie ol­brzy­mią, które za­pewne jesz­cze po­znam, gdy po­pro­szą mnie o po­moc.

Roz­ma­wiam z Te­resą przez po­nad dwie go­dziny. Per­so­nel szpi­tala zdaje się mnie nie za­uwa­żać. Cza­sem do sali zaj­rzy pie­lę­gniarka, aby skon­tro­lo­wać apa­ra­turę, do któ­rej pod­łą­czona jest druga pa­cjentka.

Po­czą­tek grud­nia 2014 roku. Od ja­kie­goś czasu nie mam wie­ści o Te­re­sie. Wiem, że wy­szła ze szpi­tala wy­le­czona z za­pa­le­nia płuc. Po­tem, przy wspar­ciu die­te­tyka, miała przy­go­to­wy­wać się do ope­ra­cji ba­ria­trycz­nej. Tym­cza­sem oka­zuje się, że... Te­resa nie żyje. Marta dzwoni do mnie ja­kiś czas po po­grze­bie. Prze­pra­sza, że nie wcze­śniej, że nie dała mi moż­li­wo­ści po­że­gna­nia jej mamy. Śmierć za­brała Te­resę na­gle, nocą. Marta jest wciąż w szoku, ale tak, pa­mięta, że or­ga­ni­za­cja po­grzebu trwała dłu­żej niż przy zmar­łych o "nor­mal­nej" wa­dze, bo trzeba było za­mó­wić więk­szą trumnę, ale miej­sce na cmen­ta­rzu ku­piła dla mamy jedno. I jesz­cze to krze­piące za­pew­nie­nie pra­cow­nika za­kładu po­grze­bo­wego: "Pro­szę się o nic nie mar­twić. Już cho­wa­li­śmy tak du­żych lu­dzi".

Od autorki

Drodzy Czytelnicy,

nie zdzi­wię się, je­śli po prze­czy­ta­niu tej książki czu­je­cie nie­do­syt. Jako au­torka też go czuję. Eks­perci opo­wie­dzieli mi o oso­bach z oty­ło­ścią skraj­nie ol­brzy­mią, o tej naj­bar­dziej nie­od­kry­tej, wy­klu­czo­nej gru­pie cho­rych tyle, ile sami wie­dzieli, zaś bo­ha­te­ro­wie tej książki opo­wie­dzieli mi o so­bie tyle, ile chcieli, czę­sto z ogrom­nym lę­kiem, że po jej pu­bli­ka­cji spo­tka ich nie­na­wiść. Wielu po­pro­siło o nie­ujaw­nia­nie ich na­zwisk, a nie­któ­rzy o zmianę imion.

Osoby chore na oty­łość skraj­nie ol­brzy­mią to wciąż naj­bar­dziej nie­opi­sana me­dycz­nie i nie­roz­po­znana grupa spo­łeczna. Ta książka jest pierw­szą w Pol­sce próbą po­ka­za­nia ich co­dzien­nego ży­cia i po­trzeb. Nie łu­dzę się, że wy­woła na­gle ta­kie zmiany w sys­te­mach opieki zdro­wot­nej i wspar­cia so­cjal­nego, które za­gwa­ran­tują oso­bom z oty­ło­ścią skrajną do­stęp do god­nego, pro­fe­sjo­nal­nego, kom­plek­so­wego le­cze­nia i wszyst­kich form po­mocy spo­łecz­nej, w tym tak bar­dzo po­trzeb­nej dłu­go­ter­mi­no­wej opieki ca­ło­do­bo­wej w ośrod­kach spe­cja­li­stycz­nych. Je­stem re­alistką. Długo już współ­pra­cuję z in­sty­tu­cjami pu­blicz­nymi od­po­wie­dzial­nymi za te sys­temy i wiem, że urzęd­ni­cze młyny mielą po­woli. I nie za­wsze po wrzu­ce­niu w żarna zia­ren psze­nicy wy­cho­dzi z nich mąka pszenna... Mam jed­nak na­dzieję, a może bar­dziej - tak jak śp. Łu­kasz - na­dziejkę, że po prze­czy­ta­niu tej książki każdy z nas, od­dziel­nie jako Czło­wiek, ra­zem jako Spo­łecz­ność, do­strzeże w oso­bach cho­rych na oty­łość skraj­nie ol­brzy­mią po pro­stu Lu­dzi.

Dzię­kuję bo­ha­te­rom tej książki za za­ufa­nie i po­dzie­le­nie się swo­imi hi­sto­riami.

Dzię­kuję ro­dzi­com Łu­ka­sza za de­cy­zję o pu­bli­ka­cji tek­stu ze zwie­rze­niami ich nie­ży­ją­cego syna.

Dzię­kuję spe­cja­li­stom za in­te­re­su­jące in­for­ma­cje czer­pane przede wszyst­kim z wła­snych do­świad­czeń za­wo­do­wych.

Dzię­kuję re­dak­tor­kom tej książki: Ju­sty­nie Mro­wiec i Jus­ty­nie Że­brow­skiej oraz wy­daw­nic­twu RM, że tak długo i cierp­li­wie cze­kali, aż ta książka po­wsta­nie.

I dzię­kuję wam, że ze­chcie­li­ście prze­czy­tać tę książkę, po­słu­chać jej.

Bibliografia

Jan Ma­ciej Ko­mo­row­ski, Rys hi­sto­ryczny dia­gno­zo­wa­nia i le­cze­nia oty­ło­ści, w: Obe­si­to­lo­gia kli­niczna, praca zbio­rowa pod red. Mag­da­leny Ol­sza­nec­kiej-Gli­nia­no­wicz, Alfa-Me­dica Press, Biel­sko-Biała 2021, s. 23-24.

Kac­per Krysz­to­fik, Wóz stra­żacki mu­siał za­stą­pić ka­retkę. Pa­cjent był zbyt otyły, www.o2.pl, 29 maja 2018, https://www.o2.pl/ar­ty­kul/woz-stra­zacki-mu­sial-za­sta­pic-ka­retke-pa­cjent-byl-zbyt-otyly-6257047129519745a (do­stęp: 30.01.2024).

Na­ro­dowy Pro­gram Zdro­wia na lata 2016-2020, Cel Ope­ra­cyjny 1. Po­prawa spo­sobu ży­wie­nia i stanu od­ży­wie­nia oraz ak­tyw­no­ści fi­zycz­nej spo­łe­czeń­stwa; te­mat: Kom­plek­sowe ba­da­nia spo­sobu ży­wie­nia i stanu od­ży­wie­nia żoł­nie­rzy za­wo­do­wych i funk­cjo­na­riu­szy WP z iden­ty­fi­ka­cją czyn­ni­ków ry­zyka roz­woju oty­ło­ści, z oceną ak­tyw­no­ści fi­zycz­nej, po­ziomu wie­dzy ży­wie­nio­wej oraz wy­stę­po­wa­nia nie­rów­no­ści w zdro­wiu w la­tach 2016-2020.

Na­ro­dowy Pro­gram Zdro­wia na lata 2021-2025, Cel ope­ra­cyjny 3. Pro­mo­cja zdro­wia psy­chicz­nego; te­mat: Re­ali­za­cja pro­jek­tów i pro­gra­mów edu­ka­cyj­nych, wy­cho­waw­czych, in­ter­wen­cyj­nych oraz pro­fi­lak­tycz­nych opar­tych na pod­sta­wach na­uko­wych, w tym pro­gra­mów pro­fi­lak­tyki uni­wer­sal­nej, wska­zu­ją­cej i se­lek­tyw­nej.

Rzecz­nik Praw Pa­cjenta, Wy­kaz sprzętu me­dycz­nego do­sto­so­wa­nego do po­trzeb osób cho­rych na oty­łość, www.gov.pl, https://www.gov.pl/web/rpp/-wy­kaz-sprzetu-me­dycz­nego-do­sto­so­wa­nego-do-po­trzeb-osob-cho­rych-na-oty­losc (do­stęp: 30.01.2024).

Krzysz­tof Sob­czak, Ka­ta­rzyna Le­oniuk, At­ti­tu­des of Me­di­cal Pro­fes­sio­nals To­wards Di­scri­mi­na­tion of Pa­tients with Obe­sity, "Risk Ma­na­ge­ment and He­al­th­care Po­licy" 2021, nr 14, s. 4169-4175, http://www.tand­fon­line.com/doi/full/10.2147/RMHP.S317808 (do­stęp: 30.01.2024).

W Rio de Ja­ne­iro po­wstał cmen­tarz dla... oty­łych, www.fa­cet.wp.pl, 15 maja 2015, https://fa­cet.wp.pl/w-rio-de-ja­ne­iro-po­wstal-cmen­tarz-dla-oty­lych-6002208644706946a (do­stęp: 30.01.2024).

Ma­riusz Wy­le­żoł, Agata Gaź­dziń­ska, Ewe­lina Ka­niew­ska, Alek­san­dra Moj­kow­ska, Pro­po­zy­cja po­sze­rzo­nej kla­sy­fi­ka­cji stop­nia za­awan­so­wa­nia oty­ło­ści we­dług wskaź­nika masy ciała (BMI) u cho­rych kie­ro­wa­nych na le­cze­nie ba­ria­tryczne, "Le­karz POZ" 2016, nr 2, s. 123-125.