My rodzice dorosłych dzieci - Ewa Woydyłło

Kup ebooka

34.90 zł
27.22 zł (19,20 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Zmar­twie­nia ro­dzi­ców

Dzieci speł­niają wiele ról. Przede wszyst­kim są ży­wym do­wo­dem mi­ło­ści mię­dzy ko­bietą i męż­czy­zną. Dla wielu sta­no­wią główny cel i sens ist­nie­nia. Prze­dłu­żają bio­lo­gicz­nie i ge­ne­alo­gicz­nie ży­cie ro­dzi­ców. Zaj­mują ich uwagę, wy­peł­niają im czas, zmu­szają do pracy. W dzie­ciach po­kła­damy wiel­kie na­dzieje, nie­rzadko ta­kie, któ­rych nie zdo­ła­li­śmy speł­nić sami. Na ogół dużo o nich my­ślimy. Mó­wimy też dużo, zwłasz­cza gdy mo­żemy mó­wić o ich za­le­tach i osią­gnię­ciach. Dzieci ob­da­rzamy naj­lep­szymi uczu­ciami - mi­ło­ścią, po­dzi­wem, za­chwy­tem, uzna­niem, wdzięcz­no­ścią, sza­cun­kiem, za­ufa­niem, przy­jaź­nią, em­pa­tią, współ­czu­ciem, dumą. Nie­stety nie tylko.

Cza­sem jest nam z po­wodu wła­snych dzieci przy­kro. Nie­do­bre uczu­cia pod­świa­do­mie tłu­mimy, sta­ra­jąc się ukryć je na­wet przed sobą. Chyba że nam się to nie udaje.

Jako psy­cho­log, mam do czy­nie­nia przede wszyst­kim z tymi ro­dzi­cami, któ­rzy już dłu­żej nie mają siły skry­wać roz­cza­ro­wa­nia, gniewu, żalu, nie­po­koju, po­czu­cia za­wodu i - jesz­cze jed­nego spo­śród nie­do­brych uczuć - po­czu­cia winy wo­bec wła­snych dzieci. Do psy­cho­loga przy­cho­dzą po ra­tu­nek dla nich i dla sie­bie. Szu­kają go jesz­cze u le­ka­rzy, psy­chia­trów, pe­da­go­gów, wró­żek, w po­rad­ni­kach i pod­ręcz­ni­kach, u za­ufa­nych przy­ja­ciół, u sa­mego Pana Boga. Czę­sto nie znaj­dują.

Cza­sem, my­ślę, ni­g­dzie nie można zna­leźć ra­tunku.

Na przy­kład, gdy dzieci są od dawna peł­no­let­nie, ale wciąż nie po­tra­fią na sie­bie za­ro­bić, miesz­kają i ży­wią się w ro­dzin­nym domu, ale przy­cho­dzą i wy­cho­dzą kiedy chcą. Nie pra­cują i w ogóle nic po­ży­tecz­nego nie ro­bią. Przy­pro­wa­dzają nie­ślub­nych part­ne­rów albo zwią­zują się z kimś, kogo ro­dzice nie są w sta­nie przy­jąć pod swój dach. Za dużo piją lub biorą nar­ko­tyki. Palą pa­pie­rosy, nie sprzą­tają po so­bie, nie sza­nują po­rządku, okła­mują, za­my­kają się w so­bie.

Niby to lu­dzie do­ro­śli, a wciąż po­zo­stają za­leżni od ro­dzi­ców jak małe dzieci. Nie­któ­rzy za­pa­dają na de­pre­sję. Na bu­li­mię lub ano­rek­sję. Na cho­roby psy­chiczne. Na ner­wicę. Mają my­śli sa­mo­bój­cze lub wręcz tar­gają się na swoje ży­cie. Całe dnie i noce spę­dzają przed ekra­nem kom­pu­tera. Córki po­sta­na­wiają uro­dzić dziecko bez męża, nie ma­jąc żad­nych środ­ków do ży­cia; sy­nów wzywa sąd na prze­słu­cha­nie w kry­mi­nal­nej spra­wie albo ściga po­li­cja.

Nie­któ­rzy żą­dają od ro­dzi­ców kuchni we­ge­ta­riań­skiej, opieki nad przy­pro­wa­dzo­nym z ulicy bez­dom­nym psem czy ko­tem, mod­nych ubrań, pie­nię­dzy na po­dróże, lek­cje an­giel­skiego, dro­giego fry­zjera, pry­watne stu­dia. Ota­czają się ty­pami spod ciem­nej gwiazdy albo nie mają w ogóle zna­jo­mych, izo­lują się, nie lu­bią swo­jej ro­dziny. Tak, wiele do­ro­słych dzieci żywi do ro­dzi­ców nie­zli­czone pre­ten­sje.

Zwra­cam się tu do osób, któ­rych ży­cie zo­stało zdo­mi­no­wane przez zmar­twie­nia, tro­ski i po­czu­cie winy w związku z nie­zdol­no­ścią ich dziecka (dzieci) do od­po­wie­dzial­nej lub po pro­stu zwy­kłej, sa­mo­dziel­nej do­ro­sło­ści.

Nie wiem do­kład­nie, ilu ta­kich ro­dzi­ców prze­wi­nęło się przez co­ty­go­dniowe se­sje psy­cho­edu­ka­cyjne w In­sty­tu­cie Psy­chia­trii i Neu­ro­lo­gii. Przez 25 lat pod szyl­dem Ośrodka Te­ra­pii Uza­leż­nień In­sty­tutu Psy­chia­trii i Neu­ro­lo­gii w War­sza­wie pro­wa­dzi­łam otwarte "spo­tka­nia dla ro­dzin". Otwarte pod wzglę­dem uczest­nic­twa oraz po­ru­sza­nych te­ma­tów, choć główny z nich - uza­leż­nie­nie - z pew­no­ścią sta­no­wił pod­stawę na­szych roz­mów. Tylko pod­stawę, choć w grun­cie rze­czy uni­wer­salną. Nie ja jedna w cza­sie tych spo­tkań za­uwa­ża­łam, jak roz­po­zna­nie psy­cho­lo­gicz­nego sche­matu uza­leż­nio­nych de­struk­cyj­nych za­cho­wań po­maga na­uczyć się le­piej po­stę­po­wać, a przede wszyst­kim sku­tecz­niej ra­dzić so­bie emo­cjo­nal­nie z naj­roz­ma­it­szymi pa­to­lo­gicz­nymi czy an­ty­spo­łecz­nymi za­cho­wa­niami bli­skich. Bo emo­cjo­nal­nie i na­wet prak­tycz­nie nie­wiele się różni bez­sil­ność wo­bec al­ko­ho­lika i le­ni­wego nie­roba, aro­ganc­kiej kłam­czu­chy, sa­mo­wol­nej ego­istki czy or­dy­nar­nego ło­buza.

Nie­trudno po­li­czyć, że tych czwart­ków było już do­brze po­nad ty­siąc. A więc tyle razy słu­cha­łam, wraz z in­nymi uczest­ni­kami spo­tkań, ko­lej­nych, cza­sem "ty­po­wych", bo po­dob­nych do in­nych, a cza­sem nie­praw­do­po­dob­nych skarg i wy­rzu­tów pod ad­re­sem nie­szczę­śli­wych, pa­so­ży­tu­ją­cych na ro­dzi­cach po­ciech. Więk­szość tych "dzieci" to smutne przy­padki nie­od­po­wie­dzial­no­ści i nie­sa­mo­dziel­no­ści mimo me­try­kal­nej przy­na­leż­no­ści do do­ro­słego świata. Lu­dzie ci, choć peł­no­letni, nie­raz już za­awan­so­wani wie­kiem, są mimo to nie­zdolni do wzię­cia ży­cia w swoje ręce; by­wają nie­czuli i nie­wraż­liwi, za­cho­wują się agre­syw­nie lub są bez­wolni, za­truci ne­ga­ty­wi­zmem i de­struk­cyj­nym my­śle­niem, uza­leż­nieni od uży­wek, nie­rób­stwa albo ła­twego za­robku, bez­względni w swych rosz­cze­nio­wych żą­da­niach wo­bec co­raz star­szych ro­dzi­ców - zner­wi­co­wa­nych, bez­rad­nych, nie­rzadko skraj­nie wy­czer­pa­nych cier­pie­niem, stra­chem i po­czu­ciem wła­snej winy.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki