My przeciwko wam - Fredrik Backman

Kup ebooka

47.90 zł
38.80 zł (38,31 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

3

Jak męż­czy­zna

Naj­gor­sze w in­nych lu­dziach jest to, że je­ste­śmy od was uza­leż­nieni. Wa­sze czyny mają wpływ na na­sze ży­cie. Nie tylko tych, któ­rych wy­bie­ramy i lu­bimy, ale rów­nież po­zo­sta­łych - idio­tów. Wy, sto­jący przed nami w ko­lejce, wy, któ­rzy nie po­tra­fi­cie po­rząd­nie jeź­dzić sa­mo­cho­dem, lu­bi­cie słabe se­riale te­le­wi­zyjne, za gło­śno roz­ma­wia­cie w re­stau­ra­cji, i wy, któ­rych dzie­ciaki za­ra­żają na­sze w przed­szkolu. Wy, któ­rzy krzywo par­ku­je­cie, pod­kra­da­cie na­sze miej­sca pracy i gło­su­je­cie na nie­wła­ściwą par­tię. Wy też ma­cie wpływ na na­sze ży­cie, w każ­dym mo­men­cie.

Boże, jak my was za to nie­na­wi­dzimy.

-

Przy ba­rze w Fu­trze sie­dzą w rzę­dzie starsi męż­czyźni, mil­cząc. Mówi się, że są koło sie­dem­dzie­siątki, ale rów­nie do­brze mogą mieć dwa razy tyle. Jest ich pię­ciu, ale mają co naj­mniej osiem opi­nii. Mówi się na nich "piątka dziad­ków", bo na każ­dym tre­ningu dru­żyny Björn­stad Hoc­key stoją przy ban­dzie, wy­kłó­ca­jąc się i kła­miąc. Po tre­ningu, nie prze­ry­wa­jąc kłamstw ani kłótni, idą do Fu­tra. Cza­sami za­ba­wiają się, wma­wia­jąc so­bie na­wza­jem de­men­cję: nocą po kry­jomu zmie­niają nu­mery na fa­sa­dach do­mów to­wa­rzy­szy, a gdy któ­ryś się upije, cho­wają mu klu­cze. Pew­nego razu czte­rech z nich prze­pchnęło sa­mo­chód pią­tego i za­mie­niło na iden­tyczny z wy­po­ży­czalni, tylko po to, by wy­stra­szyć kum­pla, że nad­szedł już czas na dom opieki dla star­ców, gdy na­stęp­nego ranka nie mógł wy­je­chać z domu. Idąc na mecz, płacą bank­no­tami z Mo­no­poly, a kilka lat temu pra­wie cały se­zon uda­wali, że są na olim­pia­dzie z 1980 roku, i za każ­dym ra­zem, gdy spo­ty­kali dy­rek­tora spor­to­wego Pe­tera An­ders­sona, roz­ma­wiali z nim po nie­miecku, na­zy­wa­jąc go Han­sem Ramp­fem. Po­woli do­pro­wa­dzało to dy­rek­tora do szału, a piątce dziad­ków spra­wiało więk­szą sa­tys­fak­cję niż złoty gol. Lu­dzie w mie­ście zwy­kli mó­wić, że to cał­ko­wi­cie moż­liwe, że cała piątka dziad­ków na­prawdę cierpi na de­men­cję, ale kto, do cho­lery, miałby to niby udo­wod­nić?

-

Ra­mona, wła­ści­cielka Fu­tra, sta­wia na ba­rze pięć whi­sky. Ser­wuje się tu tylko je­den ro­dzaj whi­sky, która koi wiele ro­dza­jów smutku. Dziadki to­wa­rzy­szyły Björn­stad Hoc­key w dro­dze na sam szczyt i na sam dół li­go­wej ta­beli. Całe ży­cie. To bę­dzie ich naj­gor­szy dzień.

-

Mira An­ders­son je­dzie wła­śnie do pracy, gdy dzwoni te­le­fon. Ma wiele po­wo­dów do stresu. Te­le­fon wy­śli­zguje się jej z ręki i spada pod sie­dze­nie. Wią­zanka ana­to­micz­nych opi­sów władcy pie­kieł, która wy­do­bywa się z ust Miry, za­wsty­dzi­łaby, jak twier­dzi jej mąż, na­wet bandę pi­ja­nych ma­ry­na­rzy. Gdy w końcu udaje jej się do­się­gnąć apa­ratu, ko­bieta po dru­giej stro­nie słu­chawki wciąż po­trze­buje kilku chwil, by otrzą­snąć się po in­wek­ty­wach.

- Halo?! - wy­krzy­kuje Mira.

- Eee, prze­pra­szam, dzwo­nię z S Expressu. Pi­sała pani do nas w spra­wie oferty... - wy­du­sza z sie­bie nie­pew­nie ko­bieta.

- Z... prze­pra­szam, skąd? S Expressu? Nie, chyba do­stała pani zły nu­mer - stwier­dza Mira.

- Jest pani pewna? Mam tu­taj na­pi­sane, że... - za­czyna ko­bieta, ale w tym mo­men­cie te­le­fon Miry znów lą­duje na pod­ło­dze, a jego wła­ści­cielka wy­bu­cha spon­ta­niczną opo­wie­ścią o tym, co uważa na te­mat za­równo or­ga­nów płcio­wych, jak i stanu umy­słu in­ży­niera, który za­pro­jek­to­wał ten smart­fon. Gdy w końcu udaje jej się pod­nieść apa­rat, ko­bieta pod dru­giej stro­nie zdą­żyła już so­bie wy­świad­czyć przy­sługę i się roz­łą­czyć.

Mira nie ma czasu się nad tym za­sta­na­wiać. Czeka na te­le­fon od męża, który ma dziś spo­tka­nie z przed­sta­wi­cie­lami gminy w spra­wie przy­szło­ści klubu ho­ke­jo­wego. Nie­po­kój spo­wo­do­wany my­ślą o kon­se­kwen­cjach tej roz­mowy spra­wia, że w jej żo­łądku za­ci­ska się co­raz moc­niej­szy wę­zeł. Gdy od­kłada apa­rat na sie­dze­nie pa­sa­żera, na wy­świe­tla­czu przez mo­ment, za­nim ekran zga­śnie, po­ja­wia się zdję­cie dzieci, Mai i Leo.

Gdyby za­trzy­mała się na chwilę i spraw­dziła w wy­szu­ki­warce S Express, do­wie­dzia­łaby się, że to firma prze­pro­wadz­kowa. W mia­stach, które nie­zbyt przej­mują się swo­imi klu­bami ho­ke­jo­wymi, wy­glą­da­łoby to może na głupi żart, że ktoś w ich imie­niu po­pro­sił o ofertę prze­pro­wadzki, ale Björn­stad nie na­leży do ta­kich miejsc. W mil­czą­cym mie­ście nie trzeba krzy­czeć, chcąc ko­muś po­gro­zić.

Do­trze to do Miry nie­ba­wem, nie jest głu­pia i mieszka tu wy­star­cza­jąco długo. Björn­stad jest znane z wielu do­brych rze­czy: osza­ła­mia­jąco pięk­nych la­sów, ostat­niej dzi­czy w kraju, w któ­rym po­li­tycy dążą wy­łącz­nie do wzro­stu okrę­gów miej­skich. Miesz­kają tu przy­ja­ciel­scy, skromni i ciężko pra­cu­jący lu­dzie ko­cha­jący przy­rodę i sport, pu­blicz­ność, która za­peł­nia try­buny bez względu na ligę, w ja­kiej gra dru­żyna, eme­ryci ma­lu­jący twa­rze na zie­lono, gdy idą na mecz. Od­po­wie­dzialni my­śliwi, kom­pe­tentni ry­bacy, lu­dzie twar­dzi jak las i uparci jak lód, są­sie­dzi, któ­rzy przy­cho­dzą z po­mocą, gdy za­cho­dzi taka po­trzeba. Ży­cie jest cza­sem cięż­kie, ale wtedy się uśmie­chają i mó­wią: "Ma być ciężko". Björn­stad jest z tego znane... Ale... no tak, z in­nych rze­czy też jest znane.

Przed kil­koma laty je­den ze star­szych sę­dziów ho­ke­jo­wych opo­wie­dział w me­diach o naj­gor­szych wspo­mnie­niach ze swo­jej ka­riery. Na dru­gim, trze­cim i czwar­tym miej­scu upla­so­wał me­cze w du­żych mia­stach, w któ­rych roz­złosz­czeni ki­bice, nie zga­dza­jąc się z ja­kąś de­cy­zją ar­bi­tra, rzu­cali na lód opa­ko­wa­nia snusu, mo­nety i pi­łeczki gol­fowe. Na pierw­szym miej­scu zna­la­zła się cia­sna hala lo­do­wi­ska le­żą­cego głę­boko w le­sie, gdzie pew­nego razu sę­dzia od­gwiz­dał karę dla dru­żyny go­spo­da­rzy w ostat­niej mi­nu­cie me­czu. Gdy ry­wal strze­lił gola i Björn­stad prze­grało, sę­dzia spoj­rzał na osła­wione try­buny z miej­scami sto­ją­cymi, zaj­mo­wane przez "Grupę" i wy­peł­nione za­wsze męż­czy­znami w czar­nych kurt­kach, któ­rzy wy­dzie­rają się i śpie­wają wnie­bo­głosy, na­pę­dza­jąc wszyst­kim stra­cha. W "Gru­pie" za­le­gła ci­sza jak ma­kiem za­siał.

To mąż Miry, Pe­ter An­ders­son, jako pierw­szy zro­zu­miał nad­cho­dzące nie­bez­pie­czeń­stwo. Pę­dem ru­szył do re­ży­serki i wraz z sy­gna­łem za­koń­cze­nia me­czu zga­sił wszyst­kie lampy. W ciem­no­ści wy­pro­wa­dzono sę­dziów i wy­wie­ziono ich na­tych­miast z mia­sta. Nikt nie mu­siał im tłu­ma­czyć, co ina­czej mo­głoby się wy­da­rzyć.

Dla­tego spo­kojna groźba w zu­peł­no­ści tu wy­star­czy. Roz­mowa z firmą prze­pro­wadz­kową też. Do Miry do­trze już wkrótce, jaki jest tego cel.

-

Spo­tka­nie w gmi­nie jesz­cze się nie skoń­czyło, ale nie­któ­rzy w Björn­stad znają już jego re­zul­tat.

-

Z okien sali kon­fe­ren­cyj­nej wi­dać wcią­gnięte na szczyt flagi po­wie­wa­jące na wie­trze na ze­wnątrz bu­dynku, jedna jest w bar­wach na­ro­do­wych, druga z her­bem gminy. Za kilka dni noc świę­to­jań­ska. Trzy ty­go­dnie temu Ke­vin i jego ro­dzina opu­ścili mia­sto, zmie­nia­jąc tym bieg hi­sto­rii - ale nie przy­szłość, lecz prze­szłość. Nie wszy­scy jed­nak zdają już so­bie z tego sprawę.

Je­den z po­li­ty­ków od­chrzą­kuje ner­wowo, ocho­czo za­biera się do za­pi­na­nia ma­ry­narki, co na oko teo­re­tycz­nie moż­liwe było ja­kieś pół tu­zina wi­gi­lii temu:

- Przy­kro mi, Pe­ter - mówi - zde­cy­do­wa­li­śmy, że dla re­gionu bę­dzie naj­le­piej, je­śli prze­zna­czymy gminne pie­nią­dze na wspar­cie jed­nego klubu ho­ke­jo­wego za­miast dwóch. Chcemy się sku­pić na... Hed Hoc­key. Dla wszyst­kich, łącz­nie z tobą, naj­le­piej by­łoby po pro­stu to za­ak­cep­to­wać. Bio­rąc pod uwagę... sy­tu­ację.

Pe­ter An­ders­son, dy­rek­tor spor­towy Björn­stad Hoc­key, sie­dzi po dru­giej stro­nie stołu. Świa­do­mość, jak bar­dzo zo­stał oszu­kany, prze­peł­nia go roz­pa­czą, jego głos jest le­d­wie sły­szalny:

- Ale... po­moc jest nam po­trzebna tylko przez kilka mie­sięcy, do­póki nie znaj­dziemy wię­cej spon­so­rów. Gmina ma tylko po­rę­czyć po­życzkę w banku...

Milk­nie, za­wsty­dzony wła­sną głu­potą. Po­li­tycy już prze­cież roz­ma­wiali z dy­rek­to­rami ban­ków. Są są­sia­dami, ra­zem grają w golfa i po­lują, ta de­cy­zja zo­stała pod­jęta na długo przed tym, za­nim Pe­ter prze­kro­czył próg tego po­koju. Wzy­wa­jąc go tu­taj, po­li­tycy do­bit­nie za­zna­czyli, że jest to "nie­for­malne spo­tka­nie". Nie bę­dzie z niego żad­nego pro­to­kołu. Krze­sła w sali kon­fe­ren­cyj­nej są wy­jąt­kowo wą­skie, tak aby naj­więksi wło­da­rze mo­gli sie­dzieć na kilku na­raz.

Te­le­fon Pe­tera wy­daje dźwięk. Na jego skrzynkę wła­śnie do­tarł mejl z in­for­ma­cją, że dy­rek­tor Björn­stad Hoc­key od­szedł z klubu. Za­pewne wie­dział, co się tu wy­da­rzy, i dawno już do­stał pro­po­zy­cję pracy w Hed. Pe­ter bę­dzie zmu­szony przy­jąć cios sa­mot­nie.

Po­li­tycy po dru­giej stro­nie stołu kręcą się nie­spo­koj­nie na krze­słach, Pe­ter wie, co so­bie my­ślą: "Tylko się te­raz nie wy­głu­piaj. I nie proś. Przyj­mij to jak męż­czy­zna".

-

Björn­stad leży nad du­żym je­zio­rem, z plażą po jed­nej stro­nie. O tej po­rze roku, gdy jest tak cie­pło, że pra­wie można za­po­mnieć, że zima w tej oko­licy trwa dzie­więć mie­sięcy, pełno tu mło­dzieży. W gąsz­czu pla­żo­wych pi­łek i wśród bu­zu­ją­cych hor­mo­nów sie­dzi dwu­na­sto­letni chło­piec w oku­la­rach prze­ciw­sło­necz­nych. To Leo An­ders­son. Nie­wielu na tej plaży wie­działo o tym ze­szłego lata, ale te­raz wszy­scy już go znają i zer­kają na niego ni­czym na bombę. Parę mie­sięcy temu jego sio­stra Maya zo­stała zgwał­cona przez Ke­vina, któ­remu po­li­cja ni­gdy ni­czego nie udo­wod­niła, więc unik­nął kary. Miesz­kańcy się po­dzie­lili, więk­szość sta­nęła po stro­nie Ke­vina, nie­na­wiść eska­lo­wała do tego stop­nia, że ro­dzinę Leo pró­bo­wano usu­nąć z mia­sta. Przez okna po­koju jego sio­stry wpa­dały ka­mie­nie z na­pi­sem KURWA, dziew­czynę gnę­biono w szkole, w hali lo­do­wi­ska zwo­łano ze­bra­nie, pod­czas któ­rego pró­bo­wano do­pro­wa­dzić do zwol­nie­nia ich ojca ze sta­no­wi­ska dy­rek­tora spor­to­wego Björn­stad Hoc­key.

Po­tem po­ja­wił się świa­dek, rów­no­la­tek Mai, który znaj­do­wał się w tym cza­sie w domu, gdzie to się wy­da­rzyło, ale to dla ni­kogo nie miało zna­cze­nia. Po­li­cja nie zro­biła nic, mia­sto za­mknęło gębę, do­ro­śli nie po­mo­gli Mai. Tak więc pew­nej nocy, nie­długo po­tem, wy­da­rzyło się coś in­nego. Nikt nie wie, co do­kład­nie. Ale od tam­tej pory Ke­vin nie wy­szedł z domu. Za­częły się plotki, że zwa­rio­wał, a któ­re­goś ranka, trzy ty­go­dnie temu, wraz z ro­dziną opu­ścił mia­sto.

Leo my­ślał wtedy, że wszystko sta­nie się ła­twiej­sze. Tym­cza­sem sy­tu­acja zmie­niła się na gor­sze. Ma dwa­na­ście lat i wła­śnie się uczy, że lu­dzie za­wsze wy­biorą pro­ste kłam­stwo za­miast skom­pli­ko­wa­nej prawdy. Kłam­stwo ma bo­wiem za­letę nie do prze­bi­cia: prawda wy­maga opo­wie­dze­nia wszyst­kiego, co się wy­da­rzyło, w przy­padku kłam­stwa zaś wy­star­czy to, by ła­two w nie było uwie­rzyć.

Gdy na wio­sen­nym spo­tka­niu człon­ków klubu mi­ni­malną prze­wagą gło­sów za­pa­dła de­cy­zja, że Pe­ter An­ders­son zo­staje na sta­no­wi­sku dy­rek­tora spor­to­wego, oj­ciec Ke­vina na­tych­miast za­dbał o to, by jego syn prze­niósł się do Hed Hoc­key. Do tego sa­mego prze­ko­nał tre­nera, pra­wie wszyst­kich spon­so­rów i naj­lep­szych za­wod­ni­ków dru­żyny ju­nio­rów. Gdy przed trzema ty­go­dniami cała ro­dzina Ke­vina na­gle opu­ściła mia­sto, wszystko sta­nęło na gło­wie, ale, o dziwo, nic się nie zmie­niło.

I co też Leo so­bie my­ślał? Że na­gle wszy­scy zro­zu­mieją, że Ke­vin był jed­nak winny, i po­pro­szą o wy­ba­cze­nie? Że spon­so­rzy i za­wod­nicy ze spusz­czo­nymi gło­wami wrócą do Björn­stad? Nikt w tym mie­ście, do cho­lery, nie spusz­cza głowy, po­nie­waż to, że ni­gdy nie chcemy przy­znać się do błędu, naj­pro­ściej tłu­ma­czy wiele naj­gor­szych ludz­kich za­cho­wań. Im więk­szy błąd, im strasz­niej­sze kon­se­kwen­cje, tym wię­cej tra­cimy dumy w przy­padku ustęp­stwa. Nikt więc tego nie robi. Na­gle wszy­scy lu­dzie z wła­dzą i pie­niędzmi w mie­ście wy­brali inną stra­te­gię: prze­stali się przy­zna­wać do tego, że kie­dy­kol­wiek przy­jaź­nili się z ro­dziną Er­dah­lów. Za­częto prze­bą­ki­wać, po­cząt­kowo ostroż­nie, lecz szybko co­raz gło­śniej, że "ten chło­pak za­wsze był dziwny", że "naj­wy­raź­niej oj­ciec za mocno go ci­snął". Po­tem, nie­po­strze­że­nie, prze­ro­dziło się to w ko­men­ta­rze typu: "Ta ro­dzina ni­gdy nie była jak... no wiesz... jak my. Oj­ciec prze­cież nie był stąd, tylko przy­jezdny".

Gdy wszy­scy zmie­niali klub, ofi­cjalna wer­sja brzmiała na­stę­pu­jąco: Ke­vin zo­stał "nie­słusz­nie oskar­żony" i "padł ofiarą po­lo­wa­nia na cza­row­nice". Te­raz jed­nak wszy­scy opo­wia­dają cał­kiem inną hi­sto­rię: że spon­so­rzy i za­wod­nicy wcale nie prze­szli do Hed za Ke­vi­nem, ale zro­bili tak wła­śnie po to, by się od niego "od­ciąć". Jego na­zwi­sko wy­ma­zano z list człon­kow­skich w Hed, ale na­dal znaj­duje się ono w Björn­stad. W ten spo­sób wszy­scy mo­gli od­su­nąć się do­sta­tecz­nie da­leko za­równo od gwał­ci­ciela, jak i od ofiary. Dawni ko­le­dzy Ke­vina na­zy­wają go te­raz "psy­cho­patą", na­dal okre­śla­jąc Mayę mia­nem "kurwy". Kłam­stwa są pro­ste, prawda trudna.

Tak wiele osób za­częło mó­wić o Björn­stad Hoc­key jako o "klu­bie Ke­vina", że Hed Hoc­key au­to­ma­tycz­nie stało się jego prze­ci­wień­stwem. Mię­dzy ro­dzi­cami za­wod­ni­ków a gmin­nymi po­li­ty­kami krą­żyły mejle o "od­po­wie­dzial­no­ści" i "braku po­czu­cia bez­pie­czeń­stwa". Gdy lu­dzie czują się za­gro­żeni, pra­wie za­wsze koń­czy się to sa­mo­speł­nia­jącą się prze­po­wied­nią, jed­nym ma­łym in­cy­den­tem za dru­gim. Któ­rejś nocy na ta­bli­cach wy­jaz­do­wych na obrze­żach mia­sta ktoś na­pi­sał "Gwał­ci­ciele!!!". Kilka dni póź­niej grupa ośmio­lat­ków z Björn­stad i Hed zo­stała ode­słana do domu z obozu har­cer­skiego po bójce, w któ­rej dzie­ciaki z Hed wy­zy­wały te z Björn­stad: "Bjöööööörn­stad, gwał­ci­ciele!!!".

Leo jest dziś na plaży, pięć­dzie­siąt me­trów da­lej sie­dzą dawni ko­le­dzy Ke­vina, wielcy, wy­tre­no­wani osiem­na­sto­lat­ko­wie w czer­wo­nych bejs­bo­lów­kach na gło­wach. To oni pi­sali w in­ter­ne­cie, że Maya so­bie "za­słu­żyła" i że Ke­vin naj­wy­raź­niej był nie­winny, bo "nikt by tej dziwki na­wet pa­ty­kiem nie ru­szył", tak jakby Maya kie­dy­kol­wiek pro­siła któ­re­goś z nich, żeby ją ru­szył, czym­kol­wiek. Te­raz ci sami chłopcy twier­dzą, że Ke­vin ni­gdy nie był jed­nym z nich, i będą po­wta­rzać to kłam­stwo tak długo, aż w końcu ko­ja­rzony bę­dzie tylko z Björn­stad. Jak­kol­wiek przed­sta­wiać tę hi­sto­rię, to chłopcy będą w niej bo­ha­te­rami. Za­wsze na wy­gra­nej po­zy­cji.

Leo jest sześć lat młod­szy od więk­szo­ści z nich, dużo mniej­szy i słab­szy, ale kilku jego ko­le­gów na­po­mknęło już, że "po­wi­nien coś zro­bić". Że te chuje "mu­szą do­stać za swoje". Że po­wi­nien "być męż­czy­zną". Mę­skość jest skom­pli­ko­wana, gdy ma się dwa­na­ście lat. W każ­dym in­nym wieku też.

-

Na­gle sły­chać ja­kiś dźwięk. Wszyst­kie głowy zwra­cają się ku ko­com. Na ca­łej plaży wi­brują te­le­fony. Naj­pierw je­den czy dwa, po­tem wszyst­kie na­raz, aż dzwonki prze­ni­kają się jak dźwięki wy­da­wane przez nie­wi­doczną or­kie­strę sym­fo­niczną, któ­rej wszy­scy mu­zycy jed­no­cze­śnie stroją in­stru­menty. Wia­do­mość nad­ciąga.

Nie ma już Björn­stad Hoc­key.

-

"To tylko klub, są waż­niej­sze rze­czy". Ła­two tak mó­wić, gdy się wie­rzy, że sport składa się je­dy­nie z cyfr. Ale prze­cież ni­gdy tak nie jest, a żeby to zro­zu­mieć, trzeba za­dać so­bie tylko jedno pro­ste py­ta­nie: co czuje dziecko, gdy gra w ho­keja? Wcale nie tak trudno na nie od­po­wie­dzieć. By­łeś kie­dyś za­ko­chany? Tak wła­śnie się wtedy czuje.

-

Po­bo­czem szosy na obrze­żach Björn­stad bie­gnie szes­na­sto­letni chło­pak. Ma na imię Amat. W warsz­ta­cie sa­mo­cho­do­wym w środku lasu brudny osiem­na­sto­la­tek po­maga ojcu ukła­dać na­rzę­dzia i opony. Na­zywa się Bobo. Na ta­ra­sie w ogro­dzie stoi czte­ro­ipół­let­nia dziew­czynka i strzela krąż­kami w ścianę domu. Ma na imię Ali­cia.

Amat ma na­dzieję, że kie­dyś bę­dzie na tyle do­brym ho­ke­istą, że dzięki temu wy­do­sta­nie się stąd ra­zem z mamą. Dla niego sport to przy­szłość. Bobo li­czy po pro­stu na jesz­cze je­den se­zon bez­tro­ski i śmie­chu, po­nie­waż wie, że póź­niej każdy dzień bę­dzie jak u ojca. Dla Bobo sport jest ostat­nią za­bawą w ży­ciu.

A dla Ali­cii, czte­ro­ipół­latki ude­rza­ją­cej krążki na ta­ra­sie? By­łeś kie­dyś za­ko­chany? Tym wła­śnie jest dla niej sport.

-

Te­le­fony wi­brują. Mia­sto się za­trzy­muje. Nic nie roz­prze­strze­nia się szyb­ciej niż do­bra hi­sto­ria.

-

Amat, lat szes­na­ście, za­trzy­muje się na szo­sie. Z rę­kami na ko­la­nach, cięż­kim ser­cem w piersi: bang-bang-bang-bang-bang. Bobo, lat osiem­na­ście, wta­cza nowy sa­mo­chód do warsz­tatu, ude­rza we wgię­cie w ka­ro­se­rii: bang-bang-bang. Ali­cia, cztery i pół roku, stoi na ta­ra­sie w ogro­dzie. Ma za duże rę­ka­wice, kij jest dla niej za długi, ale nie prze­szka­dza jej to strze­lać z ca­łej siły w ścianę: bang!

Do­ra­stają w ma­łym mie­ście znaj­du­ją­cym się w du­żym le­sie, gdzie do­ro­śli na­rze­kają, że pracy jest co­raz mniej, a zimy są co­raz trud­niej­sze. Lasy ro­bią się gęst­sze, a od­le­gło­ści mię­dzy do­mami więk­sze, wszyst­kie su­rowce znaj­dują się na wsi, ale wszyst­kie pie­nią­dze, do cho­lery, tra­fiają do du­żych miast. "Bo niedź­wie­dzie srają w le­sie, a wszy­scy inni srają na Björn­stad". Dzie­ciom ła­two przy­cho­dzi w tej sy­tu­acji ko­chać ho­kej, pod­czas gry nie ma czasu na my­śle­nie. Utrata pa­mięci to naj­pięk­niej­sze, co może dać czło­wie­kowi sport.

Ale te­raz przy­cho­dzi ese­mes. Amat przy­staje, Bobo upusz­cza mło­tek, za chwilę ktoś bę­dzie mu­siał wy­ja­śnić czte­ro­ipół­latce, co ozna­cza, że klub "zban­kru­to­wał". Tak aby wy­glą­dało, że to tylko ko­niec or­ga­ni­za­cji spor­to­wej. Choć wła­ści­wie za­wsze jest ina­czej: klub po pro­stu prze­staje funk­cjo­no­wać, koń­czą się lu­dzie.

-

W Fu­trze zwy­kło się mó­wić, że drzwi mają być za­mknięte, tak by "mu­chy nie mu­siały mar­z­nąć". Zda­rzają się też inne od­zywki: "Ty niby się znasz na ho­keju? Dupy byś nie zna­lazł z obiema rę­kami w tyl­nych kie­sze­niach!", "Znawca tak­tyki! Je­steś bar­dziej za­gu­biony niż krowa na sztucz­nej tra­wie!", "Nasi obrońcy mają być lepsi w przy­szłym se­zo­nie? Nie szczaj mi tu na stopę, uda­jąc, że pada deszcz!". Dzi­siaj nikt się nie awan­tu­ruje, wszy­scy sie­dzą ci­cho. To nie do wy­trzy­ma­nia. Ra­mona na­peł­nia wszyst­kim szklanki ten ostatni raz. Pię­ciu dziad­ków, każdy z nich ma koło sie­dem­dzie­siątki, albo i wię­cej, wznosi krótki to­ast. Pięć pu­stych szkla­nek ude­rza ciężko o blat. Bang. Bang. Bang. Bang. Bang. Dziad­ko­wie się pod­no­szą i wy­cho­dzą, każdy idzie w swoją stronę. Za­dzwo­nią do sie­bie ju­tro? A niby po co? O co mie­liby się awan­tu­ro­wać, skoro nie ma już klubu?

-

O wielu rze­czach w ma­łym mie­ście się nie roz­ma­wia, ale dla dwu­na­sto­latka, który wie, gdzie szu­kać w in­ter­ne­cie, nie ma tu ta­jem­nic. Leo już wszystko prze­czy­tał. Mimo go­rąca ma na so­bie bluzę z dłu­gim rę­ka­wem. Opo­wiada, że za bar­dzo się przy­piekł na słońcu, ale tak na­prawdę to nie chce, żeby ktoś wi­dział za­dra­pa­nia. Nocą nie może prze­stać się dra­pać, nie­na­wiść wdziera mu się pod skórę. Ni­gdy nie brał udziału w bój­kach, na­wet w me­czach ho­ke­jo­wych. Prze­szło mu przez myśl, że jest jak tata, że nie ma w so­bie zdol­no­ści do prze­mocy. Ale te­raz ma­rzy, by ktoś go za­cze­pił, nie­chcący po­trą­cił, dał mu choćby naj­mniej­szy po­wód, by zła­pać pierw­szy z brzegu ciężki przed­miot i roz­wa­lić go ko­muś na gło­wie.

"Ro­dzeń­stwo po­winno się o sie­bie trosz­czyć" - sły­szy się wkoło przez całe dzie­ciń­stwo. "Nie kłóć­cie się! Nie bij­cie się! Ro­dzeń­stwo po­winno się o sie­bie trosz­czyć!" A prze­cież Leo i Maya mieli mieć star­szego brata, który może by ich obro­nił. Na­zy­wał się Izaak i zmarł jesz­cze przed ich na­ro­dzi­nami na cho­robę, która spra­wia, że Leo nie wie­rzy już w ist­nie­nie Boga. Do­póki jako sied­mio­la­tek nie zna­lazł al­bumu ze zdję­ciami ro­dzi­ców z Iza­akiem, Leo nie do końca ro­zu­miał, że brat był praw­dziwy. Na zdję­ciach obej­mo­wali się mocno, roz­ba­wieni i bez­gra­nicz­nie się ko­cha­jący. Tego dnia Izaak, na­wet pod swą nie­obec­ność, na­uczył Leo nie­sa­mo­wi­cie wiele o ży­ciu. Na­uczył go, że mi­łość nie wy­star­czy. To straszne do­wie­dzieć się tego w wieku sied­miu lat. W każ­dym in­nym wieku zresztą też.

Ma dwa­na­ście lat i pró­buje być męż­czy­zną. Co­kol­wiek to zna­czy. Pró­buje prze­stać roz­dra­py­wać no­cami skórę i ci­cho pła­kać, sku­lony pod koł­drą, pró­buje nie­na­wi­dzić, tak by nikt tego nie za­uwa­żył i nie zro­zu­miał. Pró­buje za­bić myśl, od któ­rej nie chce uwol­nić się głowa. Ro­dzeń­stwo ma się sobą opie­ko­wać, a on nie był w sta­nie obro­nić sio­stry.

Nie był w sta­nie obro­nić sio­stry, nie był w sta­nie obro­nić sio­stry, nie był w sta­nie obro­nić sio­stry.

W nocy tak długo dra­pał się po brzu­chu i klatce pier­sio­wej, że na skó­rze zro­biła mu się rana, z któ­rej po­woli są­czyła się krew. Rano prze­glą­dał się w lu­strze i stwier­dził, że rana wy­gląda jak lont wi­jący się w kie­runku serca, który może już w nim pło­nie. Za­sta­na­wia się, ile mu jesz­cze zo­stało.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

2

Są trzy ro­dzaje lu­dzi

Bang-bang-bang-bang-bang.

Naj­wyż­szym punk­tem w Björn­stad jest wznie­sie­nie na po­łu­dnie od ostat­niego domu w mie­ście. Stam­tąd można zo­ba­czyć całą drogę, która za­czyna się przy du­żych do­mach wil­lo­wych na Wzgó­rzu, na­stęp­nie wie­dzie obok fa­bryki i lo­do­wi­ska, mniej­szych sze­re­gow­ców w cen­trum aż do czyn­szó­wek w Niecce. Na szczy­cie stoją dwie dziew­czynki, spo­glą­dają na swoje mia­sto. Maya i Ana. Nie­długo skoń­czą szes­na­ście lat. Nie spo­sób po­wie­dzieć, czy zo­stały naj­lep­szymi przy­ja­ciół­kami po­mimo dzie­lą­cych je róż­nic, czy wła­śnie dzięki nim; jedna lubi in­stru­menty, druga broń palną. Ich wza­jemna nie­chęć wo­bec swo­ich gu­stów mu­zycz­nych staje się po­wo­dem kłótni nie­malże rów­nie czę­sto co dzie­się­cio­letni kon­flikt o zwie­rzęta do­mowe. Nie da­lej jak zimą wy­rzu­cono je z lek­cji hi­sto­rii, gdy Maya mruk­nęła: "Wiesz, kto lu­bił psy? Hi­tler!", na co Ana wy­krzy­czała: "A koty? Jo­sef Men­gele!".

Cią­gle się sprze­czają, ko­chają nie­prze­rwa­nie, od dzie­ciń­stwa zda­rzały im się dni, gdy czuły, że są we dwie prze­ciwko ca­łemu światu. Po tym, co przy­da­rzyło się Mai na wio­snę, mają to wra­że­nie każ­dego dnia.

Wła­śnie nad­szedł czer­wiec. Przez trzy czwarte roku mia­sto za­pusz­ko­wane jest w zi­mie, ale przez kilka ma­gicz­nych ty­go­dni trwa lato. Mimo że las wo­kół nich upaja się sło­necz­nym świa­tłem, a drzewa ko­ły­szą się szczę­śli­wie przy je­zio­rach, oczom dziew­czy­nek to nie wy­star­cza. Ta część roku zwy­kła być dla nich nie­koń­czącą się przy­godą, spę­dzały ją na ło­nie przy­rody, wra­cały do domu póź­nymi wie­czo­rami, w dziu­ra­wych ubra­niach, z umo­ru­sa­nymi twa­rzami i dzie­ciń­stwem w oczach. Ale to się skoń­czyło. Są do­ro­słe. Część dziew­czy­nek nie ma wy­boru, zo­staje im to na­rzu­cone.

-

Bang. Bang. Bang-bang-bang.

Na ze­wnątrz jed­nego z do­mów matka pa­kuje wa­lizki dziecka do sa­mo­chodu. Ileż to razy wy­ko­nuje się tę czyn­ność, gdy do­ra­stają? Ile za­ba­wek pod­nosi się z pod­łogi, jak czę­sto tuż przed spa­niem urzą­dza się po­szu­ki­wa­nia plu­sza­ków i po ilu za­gu­bio­nych w przed­szkolu rę­ka­wicz­kach czło­wieka opusz­cza na­dzieja, że kie­dyś się znajdą? Ileż to razy się my­śli, że je­żeli matka na­tura na­prawdę chciała, by ludz­kość prze­trwała, to ewo­lu­cja już dawno po­winna za­opa­trzyć nas w łyżki do bu­tów wy­ra­sta­jące ro­dzi­com z łokci, tak by­śmy mo­gli się­gnąć pod wszyst­kie te cho­lerne ka­napy i lo­dówki? Ileż to go­dzin cze­kamy w ko­ry­ta­rzach na na­sze dzieci? O ile si­wych wło­sów nas przy­pra­wiają? Ile wła­snych żyć po­świę­camy na ich jedno? Co jest nie­zbędne, by być do­brym ro­dzi­cem? Nie­wiele. A jed­nak wszystko. Do­kład­nie wszystko.

-

Bang. Bang.

Na wznie­sie­niu Ana od­wraca się do swo­jej naj­lep­szej przy­ja­ciółki.

- Pa­mię­tasz, jak by­ły­śmy małe? I za­wsze chcia­łaś się ba­wić, że mamy dzieci? - pyta.

Maya kiwa głową, nie spusz­cza­jąc wzroku z mia­sta.

- Na­dal chcia­ła­byś mieć dzieci? - za­sta­na­wia się Ana.

Usta Mai pra­wie się nie otwie­rają:

- Nie wiem. A ty?

Ana wzru­sza ra­mio­nami za­równo ze zło­ści, jak i ze smutku.

- Może jak już będę stara.

- To zna­czy?

- No, koło trzy­dziestki.

Maya długo się nie od­zywa.

- Chcia­ła­byś mieć chłop­ców czy dziew­czynki? - pyta w końcu.

Ana od­po­wiada, tak jakby całe ży­cie po­świę­ciła tylko na roz­my­śla­nie o tym:

- Chłop­ców.

- Dla­czego?

- Cza­sem świat jest dla nich nik­czemny. Ale dla nas jest taki pra­wie za­wsze.

-

Bang.

Mama za­myka ba­gaż­nik, po­wstrzy­muje płacz, bo wie, że je­śli uroni choćby łzę, to ni­gdy nie bę­dzie już mo­gła prze­stać. Nie chcemy pła­kać przy dzie­ciach, bez względu na to, jak są duże. Ro­bimy dla nich wszystko, cho­ciaż one nie zdają so­bie z tego sprawy, nie ro­zu­mie­jąc jesz­cze ogromu cze­goś tak bez­wa­run­ko­wego. Mi­łość ro­dzi­ciel­ska jest nie­zno­śna, nie­chlujna i nie­od­po­wie­dzialna. Dzieci wy­dają się ta­kie ma­leń­kie, gdy śpią w łó­żecz­kach, a my sie­dzimy obok, we­wnętrz­nie przy­tło­czeni. Przed nami ży­cie wy­peł­nione nie­do­sko­na­ło­ściami i wy­rzu­tami su­mie­nia. Zdję­cia ob­ra­zu­jące szczę­ście sta­wiamy za­wsze na wi­doku, ni­gdy nie po­ka­zu­jemy jed­nak tego, co dzieje się mię­dzy nimi, do al­bumu cho­wamy wszystko, co spra­wia ból. Ci­che łzy w ciem­nym po­koju. Le­żymy, nie mo­gąc usnąć, prze­stra­szeni tym, co może im się wy­da­rzyć, na co mogą zo­stać na­ra­żone, w ja­kich sy­tu­acjach ży­cie zrobi z nich ofiary.

Mama ob­cho­dzi sa­mo­chód i otwiera drzwi. Nie różni się spe­cjal­nie od in­nych mam. Ko­cha, boi się, za­ła­muje, prze­peł­nia ją wstyd, czuje, że wszystko, co robi, to za mało. Sie­działa przy łóżku trzy­let­niego syna i przy­glą­dała mu się, gdy spał, oba­wia­jąc się, do­kład­nie tak jak inni ro­dzice, tych wszyst­kich strasz­nych rze­czy, które mogą mu się przy­da­rzyć. Nie są­dziła tylko, że to on bę­dzie ich sprawcą.

-

Bang.

Nad­cho­dzi świt, mia­sto śpi, droga wy­jaz­dowa z Björn­stad wije się opu­sto­szała, ale dziew­czynki wbi­jają w nią wzrok. Cier­pli­wie cze­kają.

Maya nie śni już o gwał­cie. Ani o dłoni Ke­vina na jej ustach, cię­ża­rze jego ciała du­szą­cym jej krzyk, po­koju z ho­ke­jo­wymi pu­cha­rami na pół­kach i pod­ło­dze, na którą po­to­czył się gu­zik bluzki. Jej sny wy­peł­nione są te­raz tylko ścieżką do bie­ga­nia wo­kół Wzgó­rza, którą wi­dzi także stąd. I Ke­vi­nem bie­gną­cym sa­mot­nie, gdy wy­szła z ciem­no­ści z bro­nią w ręku. Cały się trząsł i pła­kał, pro­sząc ją o ła­skę, gdy przy­ło­żyła mu pi­sto­let do czoła. We śnie za­bija go każ­dej nocy.

-

Bang. Bang.

Ile razy matce udaje się roz­śmie­szyć dziecko? Ile razy dziecku udaje się wy­wo­łać gło­śny śmiech matki? Całe na­sze wnę­trze wy­wraca nam się do góry no­gami, gdy po ich psi­ku­sie za­uwa­żamy, że po raz pierw­szy ro­bią to ce­lowo. Żar­tują, ucząc się ma­ni­pu­lo­wać na­szymi uczu­ciami. Ko­cha­jąc nas, uczą się kła­mać, chro­nić na­sze uczu­cia, uda­wać szczę­ście. Szybko przy­swa­jają, czego by­śmy so­bie ży­czyli. Mo­żemy się łu­dzić, że je znamy, ale one two­rzą wła­sne al­bumy i do­ra­stają mię­dzy zdję­ciami.

Ile to razy mama stała na ze­wnątrz przy sa­mo­cho­dzie i spo­glą­dała na ze­ga­rek, nie­cier­pli­wie po­spie­sza­jąc syna? Dzi­siaj nie musi tego ro­bić. Od wielu go­dzin syn sie­dział na fo­telu pa­sa­żera, pod­czas gdy ona pa­ko­wała ba­gaże. Po ty­go­dniach, kiedy to wal­czyła, by zmu­sić go do je­dze­nia, jego nie­gdyś wy­tre­no­wane ciało wy­chu­dło. Wy­gląda przez okno pu­stym wzro­kiem.

Jak wiele matka jest w sta­nie wy­ba­czyć sy­nowi? Skąd mia­łaby to za­wczasu wie­dzieć? Żadni ro­dzice nie przy­pusz­czają, że ich mały sy­nek wy­ro­śnie kie­dyś na sprawcę. Matka nie wie, ja­kie kosz­mary drę­czą te­raz syna, ale chło­pak bu­dzi się z nich z krzy­kiem. Od po­ranka, gdy zna­la­zła go na ścieżce do bie­ga­nia, wy­chło­dzo­nego i skost­nia­łego ze stra­chu. Jego spodnie były mo­kre od mo­czu, a po­liczki prze­mar­z­nięte od łez.

Zgwał­cił dziew­czynę, ale nikt ni­gdy nie po­tra­fił mu tego udo­wod­nić. Za­wsze znaj­dzie się ktoś, kto uzna, że uszło mu to pła­zem i że jego ro­dzina unik­nęła kary. To rzecz ja­sna ra­cja. Ale matka Ke­vina ni­gdy nie bę­dzie się tak czuła.

-

Bang. Bang. Bang.

Gdy sa­mo­chód ru­sza w górę drogi, Maya stoi na szczy­cie wznie­sie­nia i wie, że Ke­vin ni­gdy już tu­taj nie wróci. Zła­mała go. Za­wsze znaj­dzie się ktoś, kto uzna, że to ozna­cza jej wy­graną.

Ale ona ni­gdy nie bę­dzie się tak czuła.

-

Bang. Bang. Bang. Bang.

Świa­tła stopu na mo­ment się za­pa­lają, mama rzuca ostat­nie spoj­rze­nie na dom, który był kie­dyś ich do­mem, i na resztki na­klejki na skrzynce pocz­to­wej, na któ­rej na­zwi­sko "Er­dahl" znik­nęło li­tera po li­te­rze. Oj­ciec Ke­vina sa­mot­nie pa­kuje drugi sa­mo­chód. Na ścieżce do bie­ga­nia stał obok mamy i pa­trzył na le­żą­cego syna, ze smar­kami na blu­zie i mo­czem na spodniach. Ich ży­cie roz­trza­skało się dużo wcze­śniej, ale do­piero wtedy matka za­uwa­żyła jego okru­chy. Oj­ciec od­mó­wił po­mocy, gdy na wpół nio­sła, na wpół cią­gnęła syna do domu. To było dwa mie­siące temu i od tam­tej pory Ke­vin nie wy­szedł na ze­wnątrz, a jego ro­dzice nie za­mie­nili ze sobą nie­mal słowa. Ży­cie na­uczyło matkę, że męż­czyźni de­fi­niują się w bar­dziej ka­te­go­ryczny spo­sób niż ko­biety, a męż­czyźni w jej domu okre­ślali się za­wsze jed­nym sło­wem - zwy­cięzca. Od­kąd pa­mięta, oj­ciec wbi­jał sy­nowi do głowy jedno prze­sła­nie: "Są trzy ro­dzaje lu­dzi. Ci, co wy­gry­wają, ci, co prze­gry­wają, i ci, co się przy­glą­dają".

A te­raz? Je­śli nie są zwy­cięz­cami, to kim? Mama zwal­nia ha­mu­lec, wy­łą­cza ra­dio, zjeż­dża w dół drogi i skręca w jed­nym kie­runku. Syn sie­dzi obok. Oj­ciec wsiada do dru­giego sa­mo­chodu, sa­mot­nie ru­sza w prze­ciwną stronę. Pa­piery roz­wo­dowe zo­stały wy­słane ra­zem z li­stem do szkoły, in­for­mu­ją­cym, że oj­ciec wy­pro­wa­dził się do in­nego mia­sta, a mama z sy­nem wy­je­chali za gra­nicę. Na wy­pa­dek ewen­tu­al­nych py­tań po­ni­żej wid­nieje nu­mer te­le­fonu do mamy, ale nikt nie za­dzwoni. To mia­sto zrobi wszystko, by za­po­mnieć, że ro­dzina Er­dah­lów kie­dy­kol­wiek była jego czę­ścią.

Po czte­rech go­dzi­nach w ci­szy, gdy są tak da­leko od Björn­stad, że nie wi­dać już lasu, Ke­vin szep­cze do mamy:

- My­ślisz, że można się stać in­nym czło­wie­kiem?

Mama kręci głową, za­gry­za­jąc dolną wargę, mruga tak szybko, że nie wi­dzi drogi przed sobą.

- Nie. Ale można być lep­szym.

Drżąc, Ke­vin ści­ska jej dłoń. Mama trzyma go, jakby miał trzy lata, jakby wi­siał nad prze­pa­ścią. Szep­cze:

- Ni­gdy ci tego nie wy­ba­czę. Ale ni­gdy cię też nie opusz­czę.

Bang-bang-bang-bang-bang.

Tak wła­śnie brzmi to mia­sto, wszę­dzie. Praw­do­po­dob­nie można to zro­zu­mieć, tylko je­śli się tu mieszka.

-

Bang-bang-bang.

Dwie dziew­czynki na wznie­sie­niu przy­glą­dają się od­jeż­dża­ją­cemu po­jaz­dowi. Nie­długo skoń­czą szes­na­ście lat. Jedna z nich trzyma w dłoni gi­tarę, druga broń.

1

To bę­dzie czy­jaś wina

Wi­dzie­li­ście kie­dyś upa­da­jące mia­sto? Na­sze wła­śnie upa­dło. Bę­dziemy utrzy­my­wać, że prze­moc za­go­ściła w Björn­stad do­piero tego lata, ale to nie­prawda. Prze­moc już tam była. Cza­sem tak ła­two spra­wić, aby lu­dzie się znie­na­wi­dzili, że wy­daje się wręcz nie­moż­liwe, by kie­dy­kol­wiek miało się to zmie­nić.

-

Je­ste­śmy małą spo­łecz­no­ścią ży­jącą wśród la­sów, mówi się, że nie pro­wa­dzi tu­taj żadna droga, wszyst­kie są prze­lo­towe. Go­spo­darka po­ka­słuje z każ­dym wde­chem, fa­bryka co roku re­du­kuje za­trud­nie­nie, ni­czym dziecko, które ma na­dzieję, że po tym, jak od­kro­iło z każ­dej strony po ka­wa­łeczku, nikt nie za­uważy, że tort w lo­dówce się zmniej­szył. Je­śli na­łoży się na sie­bie starą i nową mapę mia­sta, wi­dać, że han­dlowa ulica i ten mały szla­czek na­zy­wany "Cen­trum" kur­czą się jak be­kon na roz­grza­nej pa­telni. Mamy jesz­cze halę lo­do­wi­ska, ale nic po­nadto. Z dru­giej jed­nak strony zwy­kło się tu mó­wić: "A czego, do cho­lery, po­trzeba wię­cej?".

Ci, któ­rzy są tu tylko prze­jaz­dem, uwa­żają, że Björn­stad żyje tylko dla ho­keja, i w nie­które dni mają pew­nie ra­cję. Cza­sem po pro­stu trzeba dla cze­goś żyć, by prze­trwać wszystko inne. Nie je­ste­śmy wal­nięci ani chciwi, na Björn­stad można wy­lać wiele gówna, ale lu­dzie tu­taj są twar­dzi i ciężko pra­cują. Zbu­do­wa­li­śmy dru­żynę ho­ke­jową taką jak my, dru­żynę, z któ­rej mo­gli­by­śmy być dumni, bo nie je­ste­śmy tacy jak wy. Gdy lu­dzie z du­żych miast na­rze­kali, że coś jest zbyt trudne, uśmie­cha­li­śmy się tylko, mó­wiąc: "Ma być ciężko". Ży­cie tu­taj nie jest ła­twe, dla­tego też po­ra­dzi­li­śmy so­bie z nim my, a nie wy. Da­wa­li­śmy radę, bez względu na po­godę. Ale póź­niej coś się wy­da­rzyło i upa­dli­śmy.

W prze­szło­ści do­szło tu do zda­rzeń, za które już za­wsze bę­dzie cią­żyła na nas wina. Do­brzy lu­dzie, prze­ko­nani, że chro­nią to, co ko­chają, po­peł­niają cza­sami straszne czyny. Chło­pak, gwiazda na­szej dru­żyny ho­ke­jo­wej, zgwał­cił dziew­czynę. A my się zgu­bi­li­śmy. Na spo­łe­czeń­stwo składa się suma na­szych wy­bo­rów i gdy skon­fron­to­wano słowa dwojga z na­szych dzieci, wy­bra­li­śmy jego wer­sję. Tak było ła­twiej, bo gdyby dziew­czyna kła­mała, mo­gli­by­śmy na­dal żyć na­szym zwy­kłym ży­ciem. Kiedy prawda wy­szła na jaw, za­ła­ma­li­śmy się, a mia­sto ra­zem z nami. Ła­two po­wie­dzieć, że po­win­ni­śmy byli wszystko zro­bić ina­czej, ale może na­wet ty sam nie wie­dział­byś jak. Gdy­byś się bał i mu­siał wy­brać czy­jąś stronę, gdy­byś wie­dział, co mu­sisz po­świę­cić. Może nie je­steś taki od­ważny, jak ci się wy­daje. Może wcale nie róż­nisz się od nas tak bar­dzo, jak masz na­dzieję.

To opo­wieść o tym, co wy­da­rzyło się póź­niej, od lata do zimy. O Björn­stad i o są­sied­nim Hed oraz o tym, jak ry­wa­li­za­cja mię­dzy dwiema dru­ży­nami ho­ke­jo­wymi może uro­snąć do za­cie­kłej walki o pie­nią­dze, wła­dzę i prze­trwa­nie. To opo­wieść o ha­lach z lo­do­wi­skami i o wszyst­kich tych ser­cach bi­ją­cych wo­kół nich, o lu­dziach, spo­rcie i o tym, jak cza­sem się na­wza­jem dźwi­gają. O nas, któ­rzy ma­rzymy i wal­czymy. Nie­któ­rzy się za­ko­chają, inni za­ła­mią, prze­ży­jemy na­sze naj­lep­sze i naj­gor­sze dni. To mia­sto cze­kają wi­waty, ale i pło­mie­nie. Nie omi­nie go też prze­ra­ża­jący cios.

Kilka dziew­czy­nek uczyni nas dum­nymi, kilku chłop­ców wiel­kimi. W ciem­nym le­sie mło­dzi męż­czyźni w róż­nych bar­wach po­wal­czą na śmierć i ży­cie. Ja­kiś sa­mo­chód prze­kro­czy pręd­kość w środku nocy. Stwier­dzimy, że to wy­pa­dek, ale nikt prze­cież nie pla­nuje wy­padku. Tu­taj wszy­scy przy­znamy, że mo­gli­śmy go unik­nąć. To bę­dzie czy­jaś wina.

Lu­dzie, któ­rych ko­chamy, umrą. Po­cho­wamy na­sze dzieci pod naj­pięk­niej­szymi drze­wami w mie­ście.