ROZDZIAŁ 4
Bella
Radom, Polska ~ 7 września 1939
BELLA SIEDZI PROSTO z kolanami
przyciągniętymi do piersi, w ręku ściska chusteczkę do nosa. Ledwie
dostrzega prostokątny zarys skórzanej walizki stojącej przy drzwiach
sypialni. Jakub przysiadł na skraju łóżka, tuż obok jej stóp, materiał
jego tweedowego płaszcza wciąż przesyca zimne nocne powietrze. Bella
zastanawia się, czy jej rodzice usłyszeli, jak wspina się po schodach do
ich mieszkania na drugim piętrze, a potem na palcach skrada się przez
przedpokój do jej pokoju. Już lata temu dała Jakubowi klucz, żeby mógł
przychodzić, kiedy będzie chciał, jednak nigdy jeszcze nie ośmielił się
pojawić o takiej porze. Przesuwa palce u nóg w stronę jego uda.
- Wysyłają nas do Lwowa, do walki - mówi Jakub, zdyszany. - Gdyby
cokolwiek się stało, spotkajmy się tam.
Bella szuka w ciemności jego twarzy, ale widzi tylko owal szczęki i niewyraźne białka oczu.
- Lwów - szepcze, kiwając głową. We Lwowie, trzysta pięćdziesiąt
kilometrów na południowy wschód od Radomia, mieszka jej siostra Anna z mężem Danielem. Już dawno błagała Bellę, żeby przeprowadziła się bliżej
niej, ale Bella nie mogłaby zostawić Jakuba. W ciągu ośmioletniej
znajomości ich domów nigdy nie dzieliło więcej niż czterysta metrów.
Jakub bierze ją za ręce, przeplata jej palce swoimi. Podnosi je do ust i całuje. Ten gest przypomina jej dzień, w którym pierwszy raz wyznał jej
miłość. Trzymali się za ręce, ich palce były splecione, siedzieli
naprzeciwko siebie na kocu rozłożonym na trawie w parku Kościuszki.
Miała wtedy szesnaście lat.
"Jesteś dla mnie wszystkim", powiedział Jakub miękkim głosem. Jego słowa
były tak szczere, a orzechowe oczy tak czyste, aż chciało jej się
płakać, choć jednocześnie zastanawiała się wtedy, co taki młody chłopiec
może wiedzieć o miłości. Dziś, mając dwadzieścia dwa lata, niczego
bardziej nie jest pewna. Jakub jest mężczyzną, z którym spędzi resztę
życia. A który teraz wyjeżdża z Radomia, bez niej.
- Jak... jak się tam dostaniesz? - pyta spokojnym głosem. Boi się, że
jeśli go podniesie, głos jej się załamie, uwalniając szloch czający się
z wielką siłą u nasady gardła. Zegar w rogu wybija pierwszą. Oboje
wzdrygają się, jakby ukąszeni przez parę niewidzialnych os.
- Kazano nam przyjść na dworzec kwadrans po pierwszej - mówi Jakub,
spoglądając w kierunku drzwi i uwalniając dłonie z jej rąk. Obejmuje
nimi jej kolana. Ona czuje ten zimny dotyk przez bawełniany materiał
koszuli nocnej. - Muszę iść. - Opiera pierś o jej piszczele, przykłada
czoło do jej czoła. - Kocham cię - szepcze, dotykają się też czubki ich
nosów. - Najbardziej na świecie. - Ona zamyka oczy, gdy ją całuje.
Wszystko kończy się zbyt szybko. Gdy Bella otwiera oczy, Jakuba już nie
ma, a ona ma mokre policzki.
Schodzi z łóżka i idzie w kierunku okna, pod bosymi stopami czuje zimne
i gładkie klepki drewnianej podłogi. Odsuwa nieco zasłonę i z wysokości
dwóch pięter patrzy na bulwar Witolda, szukając na nim śladów życia,
choćby błysku latarki, czegokolwiek, ale już od kilku tygodni w mieście
nie ma prądu. Zgaszone są nawet lampy uliczne. Bella nic nie widzi.
Jakby patrzyła w otchłań. Otwiera okno, tym razem zamykając na chwilę
oczy, i próbuje dosłyszeć kroki albo oddalone wycie niemieckiego
bombowca. Ale ulica, jak niebo nad nią, jest pusta i ciężka od ciszy.
Tyle się wydarzyło w ciągu zaledwie tygodnia. Ledwie sześć dni temu,
pierwszego września, Niemcy napadły na Polskę. Już następnego dnia przed
świtem na przedmieścia Radomia zaczęły spadać bomby. Zniszczone zostało
tymczasowe lotnisko, liczne garbarnie i fabryki obuwia. Jej ojciec zabił
okna deskami, wszyscy schronili się w piwnicy. Gdy bombardowania
osłabły, radomscy mężczyźni - łopatami machali ramię w ramię zarówno
Polacy, jak i Żydzi - kopali okopy, w ostatniej chwili próbując bronić
miasta. Ale na nic się to zdało. Gdy zaczęło spadać więcej bomb, tym
razem zrzucanych w środku dnia przez nisko latające bombowce Heinkel i junkersy, głównie na stare miasto, około pięćdziesięciu metrów od ich
mieszkania, Bella i jej rodzice musieli wrócić do kryjówki. Atak z powietrza trwał wiele dni, aż zdobyto Kielce leżące sześćdziesiąt pięć
kilometrów na południowy wschód od Radomia. To wtedy zaczęły krążyć
plotki, że wkrótce w mieście pojawi się Wehrmacht, jeden z rodzajów
wojsk Trzeciej Rzeszy - a z megafonów na rogach ulic rozlegały się
wezwania do zaciągu do wojska. Tysiące mężczyzn przepełnionych uczuciami
patriotyzmu i niepewności wyjechało z Radomia na wschód, gdzie mieli się
przyłączyć do polskiej armii.
Bella wyobraża sobie, jak Jakub, Genek, Selim i Adam, spakowawszy do
walizek ledwie parę rzeczy, przechodzą obok sklepów z odzieżą i odlewni
żeliwa, po cichu zmierzając w kierunku dworca kolejowego, który jakimś
cudem ocalał od bomb. Jakub powiedział, że we Lwowie czeka na nich
oddział piechoty. Ale czy to prawda? Dlaczego Polska tak długo czekała z mobilizacją? Od napaści minął ledwie tydzień, a docierające do nich
informacje już są bardzo niepokojące - armia Hitlera jest bardzo liczna,
błyskawicznie się porusza, ponaddwukrotnie przewyższa liczebnością armię
polską. Wielka Brytania i Francja obiecały pomoc, ale do tej pory Polska
znikąd nie otrzymała wsparcia.
Bellę ściska w brzuchu. To nie miało się wydarzyć. Powinni być już teraz
we Francji. Taki był plan - przeprowadzka po skończeniu przez Jakuba
studiów prawniczych. Znalazłby pracę w jakiejś firmie w Paryżu albo w Tuluzie, blisko Adiego. Dodatkowo pracowałby jako fotograf, tak jak jego
brat w wolnym czasie komponował muzykę. I ją, i Jakuba urzekły opowieści
Adiego o Francji i o wolności, jaką można się tam cieszyć. Tam mieli się
pobrać i założyć rodzinę. Gdyby tylko byli na tyle przewidujący, żeby
wyjechać, zanim podróże do Francji stały się zbyt niebezpieczne, zanim
myśl o oddaleniu się od bliskich zaczęła być zbyt niepokojąca. Bella
próbuje sobie wyobrazić, jak palce Jakuba zaciskają się na drewnianym
magazynku karabinu. Czy on byłby w stanie kogoś zastrzelić? Bella zdaje
sobie sprawę z tego, że to niemożliwe. To przecież Jakub. On nie jest
stworzony do wojny. Nie ma w nim krzty wrogości do kogokolwiek. Jedynym
spustem, który jego palce powinny przyciskać, jest spust aparatu
fotograficznego.
Delikatnie zamyka okno. Niech tylko chłopcy bezpiecznie dotrą do Lwowa -
bez przerwy powtarza w myślach to błaganie, spoglądając w aksamitną
czerń na zewnątrz.
Trzy tygodnie później Bella leży na wąskiej drewnianej ławce biegnącej
wzdłuż konnego powozu. Jest skrajnie zmęczona, ale nie może zasnąć.
Która godzina? Wydaje się, że jest wczesne przedpołudnie. Pod plandekę
okrywającą wóz nie dociera wystarczająco światła, by mogła dostrzec
wskazówki na swoim zegarku. Ale na zewnątrz też bardzo trudno jest coś
zobaczyć. Nawet gdy deszcz ustępuje, niebo zasnuwają gęste spiżowe
chmury. Bella nie pojmuje, jak woźnica wytrzymał tyle godzin narażony na
działanie żywiołów. Wczoraj padało tak długo i tak intensywnie, że droga
zniknęła pod rzeką błota, a konie musiały się zmagać, żeby utrzymać
równowagę. Dwa razy wóz omal się nie przewrócił.
Bella odlicza dni jajkami, które jeszcze zostały w koszu z jedzeniem.
Podróż zaczęli w Radomiu z tuzinem, a dzisiaj rano zostało ostatnie, co
oznacza, że jest dwudziesty dziewiąty września. W normalnych warunkach
podróż wozem do Lwowa zajęłaby najwyżej tydzień. Ale przy ciągle
padającym deszczu stała się mordercza. Powietrze w środku wozu jest
wilgotne i pachnie pleśnią. Bella przyzwyczaiła się do tego, że klei jej
się skóra, a ubrania nigdy nie wysychają.
Wsłuchując się w trzeszczenie dobiegające z dołu wozu, Bella zamyka oczy
i myśli o Jakubie, o chłodzie jego rąk na jej kolanach, o ciepłym
oddechu na jej dłoniach, gdy je całował.
Żołnierze Wehrmachtu pojawili się w Radomiu 8 września, zaledwie dzień
po jego wyjeździe do Lwowa. Niemcy najpierw wysłali pojedynczy samolot -
Bella obserwowała z ojcem, jak latał nisko nad miastem, zataczając raz
koło, zanim spuścił pomarańczową flarę.
- Co to oznacza? - zapytała Bella, gdy samolot się wycofał i zniknął w szarości napuchniętych, nisko wiszących chmur. Ojciec nie odpowiedział.
- Tato, jestem dorosła. Po prostu powiedz - rzekła beznamiętnie.
Henryk odwrócił wzrok.
- To oznacza, że nadchodzą - odpowiedział, a w wyrazie jego twarzy,
wygiętych ku dołowi kącikach ściśniętych ust, fałdzie skóry między
oczami dostrzegła coś, czego wcześniej nigdy u niego nie widziała. Jej
ojciec się bał. Godzinę później, gdy właśnie zaczął padać deszcz, Bella
patrzyła z okna rodzinnego mieszkania, jak piechota wmaszerowuje do
Radomia, szereg za szeregiem, nie napotykając oporu. Zanim ich
zobaczyła, najpierw ich usłyszała, dudnienie przedzierających się przez
błota od zachodu czołgów, motocykli i koni. Gdy pojawili się w zasięgu
wzroku, wstrzymała oddech, jednocześnie bojąc się patrzeć i odwrócić
spojrzenie. Jej oczy zawisły na nich, gdy przetaczali się bulwarem
Witolda w mundurach w kolorze butelkowej zieleni i goglach upstrzonych
kroplami deszczu - tacy potężni, tak liczni. Zaroili puste ulice miasta,
a o zmierzchu okupowali już budynki administracji publicznej i ogłosili,
dobitnym Heil Hitler towarzyszącym wciągnięciu flag ze swastyką, że
miasto należy do nich. Tego widoku Bella nie zapomni nigdy.
Gdy miasto znalazło się oficjalnie pod okupacją, wszyscy stali się
ostrożni, zarówno Żydzi, jak i Polacy, ale od początku było jasne, że to
Żydzi są pierwszym celem nazistów. Ci, którzy odważyli się wyjść na
zewnątrz, narażali się na ryzyko napaści, upokorzenia i pobicia.
Radomianie szybko się nauczyli, żeby wychodzić z domowego azylu tylko
wtedy, kiedy musieli załatwić najbardziej konieczne sprawy. Bella wyszła
tylko raz, po chleb i mleko, a idąc okrężną drogą do polskiego sklepu
spożywczego, odkryła, że żydowski targ na starym mieście, na który
wcześniej chadzała, został splądrowany i zamknięty. Trzymała się
bocznych ulic i szła szybkim, pewnym krokiem, ale w drodze powrotnej
napotkała scenę, która dręczyła ją potem tygodniami - rabbi, z rękami
związanymi z tyłu, otoczony przez żołnierzy Wehrmachtu i chłostany przez
nich po głowie to z jednej, to z drugiej strony, a oni śmieją się, gdy
on próbuje się uwolnić. Dopiero gdy Bella go minęła, zdała sobie sprawę,
wzdrygając się od napływających mdłości, że broda rabbiego płonęła.
Kilka dni po tym, jak Niemcy zajęli Radom, przyszedł list od Jakuba.
"Moja Kochana - pismo wskazywało na pośpiech - jak najszybciej przyjedź
do Lwowa. Rozmieścili nas w mieszkaniach. Moje wystarczy dla dwojga. Nie
znoszę być tak daleko od Ciebie. Potrzebuję Cię tutaj. Proszę,
przyjedź". Podał adres. Ku jej zaskoczeniu rodzice pozwolili jej jechać.
Wiedzieli, jak bardzo tęskni za Jakubem. A poza tym - myśleli Henryk i Gustawa - we Lwowie Bella i jej siostra Anna mogą wzajemnie na siebie
uważać. Bella, z ogromnym uczuciem ulgi, przycisnęła z wdzięcznością
dłoń ojca do swojego policzka. Następnego dnia zaniosła list do ojca
Jakuba, Sola. Jej rodzice nie mieli pieniędzy na wynajęcie woźnicy.
Kurcowie z kolei mieli środki i znajomości, była pewna, że zechcą jej
pomóc.
Sol początkowo jednak sprzeciwił się temu pomysłowi.
- Absolutnie się nie zgadzam. Samotna podróż jest stanowczo zbyt
niebezpieczna - powiedział. - Nie mogę na to pozwolić. Gdyby cokolwiek
ci się stało, Jakub nigdy by mi tego nie wybaczył.
Lwów nie padł, ale chodziły głosy, że Niemcy otoczyli miasto.
- Proszę - błagała Bella. - Tam nie może być gorzej niż tutaj. Jakub nie
prosiłby mnie o przyjazd, gdyby nie uważał, że to bezpieczne. Muszę być
z nim. Moi rodzice się zgodzili... Proszę, panie Kurc. Proszę.
Bella przez trzy dni ponawiała swoje prośby, a Sol trzy dni odmawiał. W końcu czwartego dnia ustąpił.
- Wynajmę wóz - powiedział, kręcąc głową, jakby samego siebie
rozczarował tą decyzją. - Mam nadzieję, że nie będę tego żałował.
Niecały tydzień później plan był gotowy. Sol znalazł parę koni, wóz i woźnicę - zwinnego starszego pana imieniem Tomek, o łukowatych nogach i siwiejącej brodzie, który pracował dla niego podczas lata i który dobrze
znał drogę do Lwowa. Był godny zaufania, mówił Sol, i dobrze radził
sobie z końmi. Sol obiecał mu, że jeśli bezpiecznie dowiezie Bellę do
Lwowa, będzie mógł zatrzymać konie i wóz. Tomek nie miał pracy i ochoczo
przyjął ofertę.
- Włóż na siebie rzeczy, które chcesz ze sobą zabrać - powiedział Sol. -
Będziesz budziła mniej podejrzeń.
Podróże cywilów tam, gdzie kiedyś była Polska, były jeszcze dozwolone,
ale naziści codziennie wprowadzali nowe ograniczenia.
Bella natychmiast opowiedziała Jakubowi w liście o swoich planach, a następnego dnia wyruszyła, mając na sobie dwie pary jedwabnych pończoch,
granatową rozkloszowaną spódnicę do kolan (Jakuba ulubioną), cztery
bawełniane bluzki, wełniany sweter, swój żółty jedwabny szal -
urodzinowy prezent od Anny - flanelowy płaszcz i złotą broszkę, którą
zawiesiła na szyi na łańcuszku i schowała pod koszulę, żeby nie
zobaczyli jej Niemcy. Wsunęła do kieszeni płaszcza mały zestaw do
szycia, grzebień, rodzinną fotografię i czterdzieści złotych, które
kazał jej zabrać Sol. Zamiast walizki miała ze sobą zimową kurtkę Jakuba
i wydrążony bochenek wiejskiego chleba, w którym ukryty był aparat
Jakuba marki Rolleiflex.
Odkąd wyjechali z Radomia, minęli cztery niemieckie punkty kontrolne. Za
każdym razem Bella wkładała pod płaszcz bochenek chleba i udawała, że
jest w ciąży.
- Proszę - błagała, jedną dłoń trzymając na brzuchu, drugą na krzyżowym
odcinku pleców. - Muszę dostać się do męża, do Lwowa, zanim urodzi się
dziecko.
Dotąd Wehrmacht okazywał jej litość i przepuszczał wóz.
Głowa Belli kołysze się lekko, gdy z trudem suną ku wschodowi.
Jedenaście dni. Nie mają radia, a więc i dostępu do wiadomości, ale
przyzwyczaili się już do groźnego warkotu samolotów Luftwaffe,
słyszanych z odległości eksplozji materiałów wybuchowych, zrzucanych,
jak mogą tylko podejrzewać, na Lwów. Kilka dni temu brzmiało to tak,
jakby miasto było oblężone. Bardziej niepokojąca była jednak cisza, jaka
nastała potem. Czy Lwów upadł? Czy też Polakom udało się Niemców
zatrzymać?
Bella ciągle się zastanawia, czy Jakub jest bezpieczny. Na pewno wezwali
go do obrony miasta. Tomek dwa razy pytał Bellę, czy chce zawrócić i wybrać się w podróż później. Ale nalegała, żeby jechać dalej. Napisała
Jakubowi, że przyjeżdża. Musi dotrzymać obietnicy. Gdyby zrezygnowała
teraz, pomimo niepewności co do tego, co ją czeka, czułaby, że to
tchórzostwo.
- Prrr - woła Tomek ze swojego kozła, a w tej samej chwili jego głos
ginie wśród wrzasków.
- Halt! Halt sofort!
Bella siada i opuszcza stopy na podłogę. Wsuwa bochenek chleba pod
płaszcz i odsuwa brezentową zasłonę. Błotniska łąka na zewnątrz roi się
od mężczyzn w zielonych przepasanych bluzach. Wehrmacht. Żołnierze są
wszędzie. Bella zdaje sobie sprawę, że to nie punkt kontrolny. To musi
być niemiecki front. Przez plecy zaczyna jej przechodzić dreszcz, gdy do
wozu zbliża się trzech żołnierzy o kwadratowych szczękach, w czapkach z daszkiem, z karabinami o drewnianych uchwytach. Sam ich wygląd - surowy
wyraz twarzy, twardy chód, ostre kanty mundurów - sugeruje brak litości.
Bella schodzi z wozu i czeka, próbując zachować spokój.
Żołnierz idący z przodu, trzymający w jednej ręce broń, podnosi wolną
rękę i gwałtownie wyciąga ją w jej kierunku.
- Ausweis! - rozkazuje. Otwiera dłoń. - Papiere!
Bella zamiera. Słabo zna niemiecki.
- Twoje dokumenty, Bella - szepcze Tomek.
Do kozła zbliża się drugi żołnierz, Tomek podaje mu swoje dokumenty,
przez ramię zerkając na Bellę. Ona waha się, czy podać im swój dowód
osobisty, ponieważ wynika z niego jasno, że jest Żydówką - a jest to
prawda, która przyniesie jej więcej szkody niż pożytku. Ale nie ma
wyboru. Wyciąga rękę z dowodem i czeka, wstrzymując oddech, gdy żołnierz
dokładnie go bada. Nie wiedząc, na czym się skupić, przesuwa wzrok z dystynkcji na kołnierzu przez sześć czarnych guzików wzdłuż bluzy aż po
słowa GOTT MIT UNS wygrawerowane na sprzączce od paska. Akurat te słowa
Bella rozumie: BÓG Z NAMI.
W końcu żołnierz podnosi wzrok, a jego oczy są tak szare i bezlitosne
jak chmury nad nimi. Zaciska usta.
- Keine Zivilisten von diesem Punkt! - rzuca, oddając jej dokument.
Mówi coś o cywilach. Tomek wsuwa swoje dokumenty do kieszeni i chwyta
lejce.
- Poczekaj! - szepcze Bella, położywszy dłoń na brzuchu, ale pierwszy
żołnierz podnosi karabin do góry i podbródkiem wskazuje zachód -
kierunek, z którego przybyli.
- Keine Zivilisten! Nach Hause gehen!
Gdy Bella w proteście otwiera usta, Tomek szybko i subtelnie wykonuje
ruch głową. Nie rób tego. Ma rację. Nieważne, czy uwierzą, że jesteś w ciąży, ci żołnierze nie odstąpią od rozkazów. Bella odwraca się i z wysiłkiem, pokonana, wchodzi z powrotem na wóz.
Tomek uderza konie po udach, odwracają się i zaczynają iść swoimi
śladami, sunąc na zachód, coraz dalej od Lwowa, dalej od Jakuba. Belli
kręci się w głowie. Wierci się, jest zbyt zdenerwowana, żeby siedzieć
bez ruchu. Wyciąga chleb z płaszcza, kładzie na ławce i czołga się do
tylnej zasłony wozu, następnie odsuwa ją tylko na tyle, żeby zobaczyć,
co się znajduje na zewnątrz. Mężczyźni na łące wydają się mali, jak
drewniane żołnierzyki, jeszcze mniejsi z powodu wiszących nad nimi
chmur. Bella pozwala ciężkiemu brezentowi opaść, wokół niej z powrotem
zapada półcień.
Zajechali już tak daleko. Są tak blisko celu! Bella przyciska czubki
palców do miękkiej skóry skroni, szukając rozwiązania. Mogą wrócić
jutro, liczyć na szczęście, może bardziej pobłażliwą grupę Niemców. Nie.
Bella kręci z powątpiewaniem głową. Są na froncie. Tak naprawdę jakie są
szanse, że ktoś pozwoli im przejechać? Nagle czuje, jak pod tyloma
warstwami ubrań ogarnia ją klaustrofobia. Zrywa z siebie flanelowy
płaszcz i szybko przesuwa się na ławce z powrotem ku przodowi wozu,
gdzie warstwa brezentu oddziela ją od Tomka. Podnosi ją i zezuje na
kozioł. Zaczęło mżyć.
- Spróbujemy jutro jeszcze raz? - Bella przekrzykuje uderzenia kopyt w rozmoknięte podłoże. Tomek kręci przecząco głową.
- Nie uda się - mówi.
Bella czuje, jak robi się jej gorąco, od karku w kierunku uszu.
- Ale nie możemy zawrócić! - Rzuca okiem na pudełko z prowiantem leżące
u jej stóp. - Nie mamy dość jedzenia na kolejne jedenaście dni podróży!
Patrzy, jak ramiona Tomka kołyszą się to w jedną, to w drugą stronę,
amortyzując bujanie wozu, jego głowa podskakuje, jakby był pijany. Nie
odpowiada.
Bella pozwala brezentowi opaść i osuwa się z powrotem na ławkę. Odkąd
wyjechali z Radomia, nie zamienili ze sobą wielu słów. Bella próbowała
zagadywać Tomka o błahostki na początku podróży, ale dziwnie się czuła,
rozmawiając z kimś, kogo prawie nie znała. A poza tym nie było wiele do
powiedzenia. Tomek z pewnością równie mocno pragnie dostać się do Lwowa
jak ona. Jest ledwie parę kilometrów od wywiązania się ze swojej części
umowy z Solem. Bella postanawia, że mu o tym przypomni, ale gdy ponownie
sięga po zasłonę, konie gwałtownie zjeżdżają z drogi. Bella chwyta się
ławki i napina ciało, gdy wóz kołysze się i podskakuje po nierównym
podłożu. Co się dzieje? Pod kołami gałęzie trzaskają jak sztuczne ognie,
a od góry drapią wóz. Na pewno są w lesie. Bellę nachodzi zła myśl:
Tomek chyba nie zostawi jej tu samej w lesie? Wystarczyłoby proste
kłamstwo, żeby zapewnić Sola, że bezpiecznie dowiózł ją do Lwowa. Jej
serce zaczyna galopować. Stwierdza jednak, że nie. Tomek by tego nie
zrobił. Ale gdy wóz dalej się pochyla, nie może przestać myśleć - a może
jednak?
W końcu konie zwalniają i zatrzymują się, Bella szybko schodzi z wozu.
Niebo pociemniało o kilka odcieni. Wkrótce będzie takie jak gładka
czarna sierść koni. Tomek schodzi z ławki woźnicy. Ledwie go widać w zapadających ciemnościach, w czarnej czapce i ciemnym płaszczu. Bella
wpatruje się w niego, puls wciąż jej szaleje, gdy on zdejmuje koniom
uzdy.
- Przepraszam, że nic nie mówiłem - odzywa się, rozkiełznując konie z wędzidła. - Nigdy nie wiadomo, kto słucha.
Bella przytakuje i czeka.
- Jesteśmy około trzech kilometrów od bocznej drogi, która prowadzi do
Lwowa - mówi dalej Tomek. - Kawałek dalej jest tam polana. Łąka. Myślę,
że nie ma tam ludzi, ale dla bezpieczeństwa będziesz musiała się przez
nią przeczołgać. Trawa powinna być na tyle wysoka, że nie będzie cię
widać.
Bella zerka w kierunku polany, ale jest zbyt ciemno, by cokolwiek
dostrzec. Tomek przytakuje, jakby samego siebie przekonując, że jego
plan się powiedzie.
- Jak przejdziesz przez łąkę, idź przez las na południowy wschód przez
jakąś godzinę, a dojdziesz do drogi. Powinnaś już wtedy ominąć front... -
przerywa. - Chyba że Niemcy otoczyli miasto... w takim wypadku będziesz
musiała poczekać, aż przesuną się dalej, albo sama przejść linię frontu.
Tak czy inaczej - mówi, wreszcie patrząc jej w oczy - myślę, że lepiej
poradzisz sobie beze mnie.
Bella wpatruje się w Tomka, próbując przetrawić możliwe konsekwencje
jego planu. Widzi siebie, jak tłumaczy ten pomysł Jakubowi czy jego
ojcu. Odpowiedź brzmiałaby w obu wypadkach tak samo: nie rób tego.
- Albo zawracamy i jedziemy z powrotem tak szybko, jak się da, a po
drodze szukamy czegoś do jedzenia - mówi Tomek cicho.
Wrócić do domu byłoby bezpieczniej, ale Bella wie, że nie może. W głowie
jej się kotłuje. Próbuje przełknąć ślinę, ale jej gardło jest jak papier
ścierny i zamiast tego kaszle. Tomek ma rację. Bez wozu będzie mniej
podejrzana. A jeśli już wpadnie na Niemców, szybciej przepuszczą ją samą
niż starego człowieka, młodą kobietę i dwukonny wóz. Zagryza wnętrze
dolnej wargi, milcząc przez chwilę.
- Tak - mówi w końcu, patrząc w kierunku polany. Tak, postanawia. Jaki
ma wybór? Tylko kilka godzin dzieli ją od Lwowa. Od Jakuba. Od jej
ukochanego, jej miłości. Nie może teraz zawrócić. Jej członki nagle
zdają się ważyć więcej pod ciężarem podjętej decyzji. Bella opiera rękę
o ramę wozu. Jeśli polanę będą patrolować żołnierze, jest raczej
wątpliwe, żeby udało się jej przejść niezauważoną. A jeśli uda się jej
dotrzeć na drugą stronę... nie wiadomo, kto albo co może czyhać pod osłoną
lasu. Dosyć, karci się po cichu. Zaszłaś już tak daleko. Dasz radę.
- Tak - szepce, potakując. - Tak, to się uda. Musi się udać.
- W takim razie dobrze - mówi cicho Tomek.
- Dobrze.
Bella przeczesuje ręką kasztanowe włosy, grube jak wełna, tak wiele dni
niemyte. Przestała już próbować uczesać je grzebieniem. Chrząka.
- Pójdę już.
- Lepiej wyrusz rano - mówi Tomek - kiedy nie będzie tak ciemno. Zostanę
z tobą do świtu.
Oczywiście. Potrzebuje światła dziennego, żeby znaleźć drogę.
- Dziękuję - szepce Bella, zdając sobie sprawę, że Tomek też ma przed
sobą niebezpieczną podróż. Wspina się z powrotem do wozu i grzebie w pudełku z prowiantem w poszukiwaniu ostatniego ugotowanego jajka.
Znajduje je, obiera i wraca do Tomka. - Proszę - mówi, łamiąc jajo na
pół.
Tomek waha się, zanim bierze połowę.
- Dziękuję.
- Powiedz panu Kurcowi, że zrobiłeś wszystko, co mogłeś, żeby mnie
dowieźć do Lwowa. Jeśli... - poprawia się - kiedy tam dotrę, napiszę do
niego wiadomość, że jestem bezpieczna.
- Dobrze.
Bella przytakuje; zapada cisza, podczas której ona myśli o tym, na co
właśnie się zgodziła. Czy po obudzeniu Tomkowi wróci rozum do głowy,
zrozumie, że jego plan jest zbyt ryzykowny? Czy rano spróbuje ją
przekonać, by zmieniła zdanie?
- Prześpij się - mówi Tomek, odwracając się do koni.
Bella zmusza się do uśmiechu.
- Spróbuję.
Zatrzymuje się na chwilę, wchodząc do wozu.
- Tomek - woła, czując wyrzuty sumienia, że w niego zwątpiła. On patrzy
na nią.
- Dziękuję ci za to, że tak daleko nas doprowadziłeś.
Tomek odpowiada skinieniem głowy.
- Dobranoc zatem - mówi Bella.
W środku wozu rozkłada na podłodze kurtkę Jakuba i wyciąga się na niej
na plecach. Jedną dłoń kładzie na sercu, drugą na brzuchu i próbuje się
zrelaksować, powoli wdychając i wydychając powietrze. To dobra decyzja,
mówi sama sobie, mrugając w ciemności oczami.
Następnego ranka Bella budzi się o świcie z lekkiego, niespokojnego snu.
Przeciera oczy i unosi boczną klapę wozu. Na zewnątrz kilka gęstych
promieni światła zaczęło przedzierać się przez chmury, ledwo oświetlając
przestrzenie między gałęziami drzew. Tomek już zwinął namiot i matę i zaprzągł konie. Wita się z nią skinieniem głowy i pracuje dalej.
Najwyraźniej nie zmienił zdania. Bella wsuwa do kieszeni ugotowany
ziemniak, trzy inne zostawia Tomkowi. Zapina płaszcz, potem na nim
kurtkę Jakuba, sięga po bochenek chleba i schodzi z wozu. Nieważne, jak
uciążliwa droga przed nią, Bella nie ma nic przeciwko pożegnaniu się z ciasną, zapleśniałą przestrzenią, którą przez większość ostatnich dwóch
tygodni nazywała domem.
Tomek majstruje przy jednej z uzd. Gdy Bella zbliża się do niego, zdaje
sobie sprawę, że żałuje, iż nie poznała go lepiej, przynajmniej na tyle,
żeby na pożegnanie móc go uścisnąć - mogłoby to dodać jej siły, napełnić
odwagą, jakiej potrzebuje dla realizacji planu. Ale nie robi tego. Ledwo
go zna.
- Chcę ci powiedzieć, że bardzo doceniam wszystko, co dla mnie zrobiłeś
- mówi, wyciągając dłoń. Nagle docenienie małej, a przecież
nieskończenie ważnej roli, jaką Tomek odegrał w jej życiu, staje się
bardzo ważne. On łapie ją za rękę. Uścisk dłoni jest zaskakująco silny.
Stojące obok konie zaczynają się niepokoić. Jeden kiwa głową, powodując
pobrzęk uprzęży. Drugi parska i uderza podkową w ziemię. One też
chciałyby już zakończyć tę podróż.
- Ach, Tomku, prawie zapomniałam - mówi Bella, wyciągając z kieszeni
dziesięciozłotowy banknot. - Będziesz potrzebował jedzenia. Trzy
ziemniaki to za mało. Wyciąga pieniądze w jego stronę. - Weź, proszę.
Tomek patrzy pod nogi, potem z powrotem na Bellę. Bierze banknot.
- Powodzenia - mówi Bella.
- Wzajemnie. Niech Bóg cię błogosławi.
Bella kiwa głową, odwraca się i wyrusza pod osłoną lasu w stronę łąki.
Po kilku minutach zbliża się do brzegu polany i zatrzymuje się,
przeczesując wzrokiem otwartą przestrzeń w poszukiwaniu oznak życia. Z tego, co jest w stanie się zorientować, łąka jest pusta. Bella zerka
przez ramię, czy Tomek na nią patrzy, ale pod dębami widać już tylko
cienie. To on już pojechał? Bellę przechodzi dreszcz, gdy zdaje sobie
sprawę ze swojej samotności. Zgodziłaś się na to, przypomina sobie
samej. Sama lepiej sobie poradzisz.
Podnosi spódnicę nad kolana, zawiązuje ją w luźny węzeł na wysokości ud,
następnie wkłada bochenek pod kurtkę Jakuba i przesuwa go tak, że leży
na plecach. Tak. Teraz będzie jej łatwiej się poruszać. Kuca i cicho
kładzie na ziemi najpierw ręce, potem kolana.
Ziemia pod nią chlupie, zimne błoto przelewa się między palcami,
koniuszki palców stają się czarne jak smoła. Trawa jest długa, ostra i wilgotna od rosy. Bezlitośnie tnie ją po twarzy i szyi. Już po kilku
minutach krwawi jej policzek i jest przemoknięta do samej bielizny. Nie
zważając na błoto, wilgoć i rozcięcie na policzku, klęka na chwilę, by
zbadać linię drzew znajdującą się sto metrów przed nią, a następnie
spogląda przez ramię za siebie. Ciągle ani śladu Niemców. W porządku.
Opiera się z powrotem na rękach, żałując, że nie ma na sobie spodni, i zdając sobie teraz sprawę, jak bezcelową próżność okazała, chcąc
wyglądać ładnie dla Jakuba.
Przedzierając się przez chlupiącą łąkę, Bella myśli o swoich rodzicach,
o wspólnym posiłku wieczorem w przeddzień jej wyjazdu. Matka
przygotowała pierogi z kapustą i grzybami, Belli ulubione, spałaszowali
je razem z ojcem. Jednak Gustawa ledwie ruszyła jedzenie leżące na
talerzu przed nią. Gdy Bella przypomina sobie widok matki siedzącej
przed talerzem z niezjedzonymi pierogami, ściska się jej serce. Zawsze
była szczupła, ale od wkroczenia Niemców wymizerniała. Bella sądziła, że
to z powodu stresu wojennego, i gryzła się tym, że wyjeżdża, widząc, jak
bardzo wątła jest jej matka. Przypomina sobie, jak następnego dnia, gdy
ładowała swoje rzeczy na wóz Tomka, spojrzała w górę w stronę mieszkania
i zobaczyła stojących przy oknie rodziców - ojca obejmującego ręką wątłą
sylwetkę matki, opierającej otwarte dłonie o okienne szkło. Widziała
ledwie zarys ich postaci, ale ruchy ramion Gustawy wskazywały, że
płacze. Bella bardzo chciała pomachać, wyjechać od rodziców z uśmiechem
na ustach, który przekonałby ich, że sobie poradzi, że wróci, żeby się
nie martwili. Ale po całym bulwarze Witolda rozpełzł się Wehrmacht, nie
mogła zdradzić, że wyjeżdża, machając na pożegnanie. Zamiast tego
odwróciła się, odciągnęła klapę wozu i wspięła się do środka.
Bella krzywi się, gdy uderza kolanem w coś twardego, jakiś kamień.
Oddycha głęboko, by ukoić ból, i czołga się dalej, myśląc o tym, jak
szybko wszystko się potoczyło w ciągu ostatnich dwóch tygodni. Wyjazd
Jakuba, najazd Niemców, list, umowa z Tomkiem. Gdy wyjeżdżała z Radomia,
była rozgorączkowana, myślała tylko o tym, żeby dostać się do Lwowa i być z Jakubem. A jej rodzice? Czy poradzą sobie sami? A jeśli coś im się
stanie podczas jej nieobecności? Jak im pomoże? A jeśli jej coś się
stanie? Co będzie, jeśli nie uda się jej dostać do Lwowa? Przestań -
karci się. Nic ci się nie stanie. Rodzicom nic się nie stanie. Powtarza
tę intencję tak długo, aż możliwość realizacji jakiegokolwiek innego
scenariusza znika z jej świadomości.
Czołgając się, próbuje wsłuchiwać się w otoczenie w poszukiwaniu oznak
niebezpieczeństwa, ale jej uszy wypełnia tylko dudnienie własnego pulsu.
Nigdy by nie pomyślała, że chodzenie na czworaka wymaga tyle wysiłku.
Wszystko jest ciężkie - ręce, nogi, głowa. Wszystko, co ma na sobie,
ciągnie ją ku ziemi: niezliczone warstwy ubrań, aparat Jakuba, ciężkie
ze zmęczenia mięśnie i pot pokrywający jej skórę mimo chłodu poranka.
Bolą ją stawy, każdy staw, biodra, łokcie, kolana, nadgarstki. Z każdą
minutą robią się sztywniejsze. Cholerne błoto. Zatrzymuje się, tyłem
dłoni ociera czoło i wyziera nad czubki trawy - jest w połowie drogi do
linii lasu. Jeszcze pięćdziesiąt metrów. Już prawie jesteś na miejscu,
mówi sobie samej, opierając się nagłemu pragnieniu zatrzymania się i położenia na kilka minut, żeby odpocząć. Nie możesz teraz stanąć.
Odpoczniesz, jak dotrzesz do lasu.
Skupiona na rytmie własnego oddechu - dwa uderzenia pulsu na wdechu
przez nos, trzy na wydechu przez usta - Bella zatopiła się w tym
szalonym rytmie, gdy nagle poranne niebo przecina ostry trzask,
przerywając ciszę. Szybko opada na brzuch i spłaszcza ciało przy ziemi,
chroniąc rękami tył głowy. Nie ma wątpliwości, co to za dźwięk. Wystrzał
z broni. Czy będzie następny? Skąd padł strzał? Czy na nią polują?
Czeka, mając napięty każdy mięsień ciała, zastanawia się, co robić.
Uciekać? Czy zostać w ukryciu? Instynkt podpowiada jej, żeby udawać
martwą. I tak leży, z nosem centymetr od błota, wdychając zapach strachu
i mokrej ziemi, licząc mijające sekundy. Mija minuta, potem dwie,
nasłuchuje z wytężeniem, jak łąka bawi się z nią w ciuciubabkę. Czy to
wiatr szeleszczący wśród traw? Czy czyjeś kroki?
W końcu, nie mogąc już wytrzymać, Bella wciska dłonie w błoto i podnosi
się w zwolnionym tempie. Przeczesuje wzrokiem horyzont poprzez trawę. Na
tyle, na ile widzi, nikogo nie ma. Może wystrzał wydawał się bliższy,
niż był w rzeczywistości. Nie zważając na to, że mógł pochodzić z kierunku, w którym zmierza, znów zaczyna się czołgać, teraz szybciej.
Mięśnie nie są już ciężkie ze zmęczenia, energii dodaje im przerażające
poczucie naglącej potrzeby.
Uda ci się. Już niedaleko. Tylko, Jakubie, bądź tam, jak przyjdę. Pod
adresem, jaki mi podałeś. Poczekaj na mnie. Powtarza te słowa z każdym
oddechem. Proszę, Jakubie. Bądź tam.
ROZDZIAŁ PIĄTY
Mila
Radom, Polska ~ 20 września 1939
MILA CZUJE, ŻE COŚ JEST NIE TAK, już w chwili gdy otwiera oczy. W mieszkaniu jest zbyt cicho, zbyt spokojnie.
Bierze szybki oddech i siada, prostując kręgosłup. Felicja. Mila schodzi
z łóżka i boso biegnie przez hol do pokoju dziecięcego.
Drzwi otwierają się bezgłośnie, Mila mruga w ciemności i zdaje sobie
sprawę, że zapomniała sprawdzić, która godzina. Cicho podchodzi do okna,
a gdy odsuwa na bok ciężką bladoróżową zasłonę, pokój wypełnia promień
miękkiego, przytłumionego światła. Świta. Mila ledwie może dostrzec
zarys sylwetki poprzez pręty kołyski. Na palcach zbliża się do jej
poręczy.
Felicja leży na boku, nie rusza się, twarz ma przykrytą zawiniętym nad
uchem kocykiem. Mila sięga w dół i podnosi mały bawełniany koc, kładzie
delikatnie dłoń na tyle główki Felicji, czekając, aż dziewczynka
westchnie, wyda z siebie jakiś szmer, cokolwiek. Dlaczego, zastanawia
się Mila, nawet gdy jej córka śpi, ona martwi się, że stało się jej coś
okropnego? W końcu Felicja porusza się, wzdycha i przewraca na drugi
bok. Po kilku sekundach znów nieruchomieje. Mila oddycha z ulgą.
Wyślizguje się z pokoju, zostawiając uchylone drzwi.
Dotykając palcami ścian, cicho przechodzi do kuchni, rzucając okiem na
stojący w końcu korytarza zegar. Za chwilę będzie szósta rano.
- Dorota? - woła cicho. Rano zazwyczaj budzi ją gwizdek czajnika, gdy
Dorota przygotowuje dla niej herbatę. Ale jest jeszcze wcześnie. Dorota,
która w tygodniu mieszka w małej służbówce obok kuchni, zazwyczaj nie
zaczyna dnia przed szóstą trzydzieści. Na pewno jeszcze śpi.
- Dorota? - raz jeszcze woła Mila, świadoma, że może ją obudzić, ale nie
jest w stanie pozbyć się wrażenia, że coś jest nie tak. Pewnie, tłumaczy
sobie, to dlatego, że wciąż jeszcze nie przyzwyczaiła się do tego, że
budzi się bez Selima przy boku. Minęły już prawie dwa tygodnie, odkąd
jej męża, razem z Genkiem, Jakubem i Adamem, wysłano do Lwowa, by
przyłączyli się do polskiej armii. Selim obiecał, że napisze, jak tylko
będzie na miejscu, ale dotąd nie przyszedł żaden list.
Mila obsesyjnie nasłuchuje wiadomości ze Lwowa. Według raportów miasto
jest oblężone. I jakby mało było zagrożenia ze strony Niemców, dwa dni
temu w radiu gruchnęła wiadomość, że Związek Radziecki zawiązał sojusz z nazistowskimi Niemcami. Wszelkie pakty o nieagresji podpisane wcześniej
z Polską zostały złamane i mówi się, że teraz Armia Czerwona Stalina
zbliża się do Lwowa od wschodu. Polacy na pewno wkrótce zostaną zmuszeni
do kapitulacji. Mila po cichu ma nadzieję, że to zrobią. Wtedy może jej
mąż wróci do domu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
ROZDZIAŁ PIERWSZY
Adi
Paryż, Francja ~ początek marca 1939
NIE PLANOWAŁ NIE SPAĆ CAŁĄ NOC. Zamierzał
wyjść z Grand Duc koło północy, żeby zdrzemnąć się parę godzin na Gare
du Nord przed pociągiem powrotnym do Tuluzy. Teraz, spogląda na zegarek,
jest prawie szósta rano.
Tak działa na niego Montmartre. Kluby jazzowe, kabarety, rzesze młodych,
pewnych siebie paryżan, niepozwalających, by cokolwiek, nawet groźba
wojny, zepsuło im nastrój. Ta atmosfera jest odurzająca. Adi dopija
koniak i wstaje, walcząc z pokusą, by zostać i posłuchać jeszcze jednego
seta. Na pewno jest jakiś późniejszy pociąg. Myśli jednak o liście,
który wsunął do kieszeni płaszcza, i nabiera powietrza do płuc. Powinien
już iść. Zbiera płaszcz, szalik i czapkę, mówi adieu kolegom i wychodzi, lawirując między kilkunastoma stolikami, z których połowa
wciąż jest zajęta przez klientów palących gitany i kołyszących się w rytm Time on My Hands Billie Holiday.
Gdy drzwi wejściowe kołyszą się już za nim, Adi bierze głęboki oddech,
smakując świeże powietrze, rześkie i chłodne. Szron na Rue Pigalle
zaczął już topnieć, pod późnozimowym niebem brukowana ulica błyszczy
kalejdoskopem odcieni szarości. Adi uświadamia sobie, że aby zdążyć na
pociąg, musi się spieszyć. Obraca się, rzuca okiem na swoje odbicie w witrynie klubu. Czuje ulgę, bo patrzący na niego młody mężczyzna mimo
nieprzespanej nocy wygląda całkiem przyzwoicie. Trzyma się prosto,
spodnie przepasane wysoko w talii mają wciąż ostre kanty i mankiety, a ciemne włosy są zaczesane do tyłu, tak jak lubi, gładko, bez
przedziałka. Owija szal wokół szyi i wyrusza w stronę dworca.
W innych częściach miasta, przypuszcza Adi, ulice są ciche i opustoszałe. Większość witryn sklepowych chronionych żelaznymi kratami
nie otworzy się wcześniej niż w południe. Niektóre w ogóle nie zostaną
otwarte - FERMÉ INDÉFINIMENT - napisano na witrynie, ich właściciele
uciekli na wieś. Ale tu, na Montmartre, sobota gładko przeszła w niedzielę, a ulice pełne są artystów, tancerzy, muzyków i studentów.
Wylewają się z klubów i kabaretów, śmiejąc się i zachowując tak, jakby
nie mieli żadnych zmartwień. Idąc, chowa brodę w kołnierz płaszcza, w ostatniej chwili podnosi wzrok, unikając zderzenia z idącą w jego stronę
młodą kobietą w sukni ze srebrnej lamy.
- Excusez-moi, Monsieur - rumieniąc się, mówi z uśmiechem nieznajoma
spod żółtego kapelusika ozdobionego piórami. Adi domyśla się, że jest
piosenkarką. Tydzień temu może by ją zagadnął.
- Bonjour Mademoiselle. - Kiwa głową i idzie dalej.
Gdy mija róg Rue Victor Masse, na którym ustawiła się już kolejka przed
całonocną restauracją Mitchell's, czuje zapach smażonego kurczaka i zaczyna mu burczeć w brzuchu. Przez okna restauracji Adi dostrzega
klientów rozmawiających przy kubkach parującej kawy i talerzach
wypełnionych po brzegi śniadaniami w stylu amerykańskim. Innym razem -
mówi sobie i idzie dalej na wschód, w stronę dworca.
Ledwie pociąg ruszył, Adi wyciąga z kieszeni płaszcza list. Odkąd go
dostał, wczoraj, przeczytał już dwa razy i nie może przestać o nim
myśleć. Przejeżdża palcami po adresie nadawcy. Warszawska 14, Radom,
Polska.
Doskonale wyobraża sobie mamę, jak siedzi przy swoim biurku z satynowego
drewna, z piórem w ręku, promień słońca oświetla łagodny zarys jej
pulchnej szczęki. Tęskni za nią bardziej, niż się spodziewał, gdy sześć
lat temu wyjechał z Polski do Francji. Miał wtedy dziewiętnaście lat i długo rozważał, czy nie zostać w Radomiu, gdzie byłby blisko rodziny i gdzie miał nadzieję na karierę muzyczną. Komponował, od kiedy był
nastolatkiem, i nie potrafił sobie wyobrazić większego poczucia
spełnienia niż spędzanie całych dni przy klawiaturze i pisaniu piosenek.
To matka nakłoniła go, by złożył papiery w prestiżowym Institut
Polytechnique w Grenoble, i to ona namawiała, by tam pojechał, gdy już
został przyjęty.
- Adi, jesteś urodzonym inżynierem - powiedziała, przypominając, jak to
w wieku siedmiu lat rozebrał na części zepsute rodzinne radio, rozłożył
na stole w jadalni, a potem złożył z powrotem, tak że wyglądało jak
nowe. - Nie tak łatwo utrzymać się z muzyki. Wiem, że to twoja pasja.
Masz talent i powinieneś go rozwijać. Ale Adi, najpierw wykształcenie.
Wiedział, że miała rację. Wobec tego wyjechał na studia, obiecując, że
po ich ukończeniu wróci do domu. Gdy tylko jednak zostawił za sobą
prowincjonalne granice Radomia, otworzyło się przed nim całkiem nowe
życie. Cztery lata później, już z dyplomem w ręku, dostał ofertę dobrze
płatnej pracy w Tuluzie. Miał przyjaciół z całego świata - z Paryża,
Budapesztu, Londynu, Nowego Orleanu. Rozwinął w sobie nowe upodobanie do
sztuki i kultury, do paté de foie gras i maślanej doskonałości świeżo
upieczonego croissanta. Miał własne (choć malutkie) mieszkanie w centrum
Tuluzy i luksus podróżowania do Polski, kiedy tylko zapragnie.
Wykorzystywał go przynajmniej dwa razy w roku, na Rosz Haszana i Pesach.
I miał swoje weekendy na Montmartre, dzielnicy tak przesiąkniętej
muzyką, że nie było niczym niecodziennym, by miejscowi napili się z Cole'em Porterem w Hot Club, wysłuchali występu niespodzianki Djanga
Reinhardta w Bricktop's albo, gdy się było Adim, obserwowali w zachwycie, jak Josephine Baker przemierza fokstrotem scenę w Zelli, ze
swoim oswojonym gepardem na smyczy przyczepionej do diamentowej obroży.
Nigdy wcześniej Adi nie miał tak wielu źródeł inspiracji do przelewania
nut na papier, do tego stopnia, że zaczął się zastanawiać, jak by to
było przenieść się do Stanów Zjednoczonych, ojczyzny wielkich muzyków,
miejsca, gdzie narodził się jazz. Może w Ameryce, marzył, mógłby
spróbować szczęścia i do współczesnego kanonu dodać własne kompozycje.
Kusząca myśl, ale realizacja tego pomysłu oznaczałaby jeszcze większe
oddalenie od rodziny.
Gdy Adi wyjmuje z koperty list od mamy, po plecach przechodzi go lekki
dreszcz.
Mój najdroższy Adi,
Dziękuję za list. Bardzo nam się z ojcem spodobało, jak opisałeś operę w Palais Garnier. U nas wszystko dobrze, chociaż Genek wciąż jest wściekły
z powodu degradacji i nie dziwię się mu. Halina się nie zmienia, jest
tak porywcza, że często wydaje mi się, że zaraz wybuchnie. Czekamy, aż
Jakub ogłosi zaręczyny z Bellą, ale znasz swojego brata, nie można go
popędzać! Ostatnio cieszą mnie popołudnia spędzane z malutką Felicją.
Nie mogę się doczekać, aż ją poznasz, Adi. Zaczęły jej rosnąć włosy - są
rude jak cynamon! Lada dzień powinna przespać wreszcie całą noc. Biedna
Mila jest wykończona. Wciąż jej przypominam, że z czasem będzie łatwiej.
Adi przekłada list na drugą stronę i przekręca się na ławce. Tutaj
nastrój matki zmienia się na gorszy.
Muszę Ci powiedzieć, kochanie, że w ciągu ostatniego miesiąca pewne
rzeczy się tu zmieniły. Rotszajn zamknął sklep z artykułami żelaznymi -
trudno uwierzyć, po niemal pięćdziesięciu latach prowadzenia interesu.
Również Kosman przeniósł swój biznes z zegarami i rodzinę do Palestyny,
po tym, jak po raz kolejny zdemolowali mu sklep. Nie przekazuję Ci tych
wiadomości, Adi, żeby Cię zmartwić, po prostu czułam, że ukrywanie ich
przed Tobą będzie nieuczciwe. Co prowadzi mnie do głównego celu tego
listu: razem z ojcem uważamy, że powinieneś pozostać na Pesach we
Francji i poczekać z wizytą u nas do lata. Okropnie będzie nam Ciebie
brakowało, ale wydaje się, że podróżowanie teraz jest niebezpieczne,
zwłaszcza przez Niemcy. Proszę, Adi, pomyśl o tym. Dom to dom - my tu
zostaniemy. Tymczasem pisz, co u Ciebie, gdy tylko będziesz mógł. Jak
tam twoja nowa kompozycja?
Kocham cię,
Mama
Adi wzdycha, jeszcze raz próbując to wszystko zrozumieć. Słyszał o zamykanych sklepach, o żydowskich rodzinach wyjeżdżających do Palestyny.
Wiadomości od mamy nie są zaskakujące. Niepokoi go jednak ton listu. Już
w przeszłości wspominała, że sporo zaczęło się zmieniać - była wściekła,
gdy Genkowi odebrano dyplom prawnika - ale listy matki są zazwyczaj
pogodne i optymistyczne. Jeszcze w ubiegłym miesiącu pytała, czy nie
pojechałby z nią na Moniuszkę do Teatru Wielkiego w Warszawie, i opowiedziała o rocznicowej kolacji, jaką zjedli z ojcem u Wierzbickiego,
jak sam Wierzbicki przywitał ich przy drzwiach i zaproponował, że
przygotuje coś specjalnego, spoza karty.
Ten list jest inny. Do Adiego dociera, że matka się boi.
Kręci głową. Ani razu przez dwadzieścia pięć lat swojego życia nie
widział, by Nechama czegokolwiek się bała. Ani razu ani on, ani żadne z jego braci i sióstr nie opuściło wspólnie obchodzonego święta Pesach w Radomiu. Dla jego mamy nie ma nic ważniejszego niż rodzina, a teraz ona
prosi go, by na święto został w Tuluzie. W pierwszej chwili Adi wmówił
sobie, że jej obawy są przesadzone. Ale czy na pewno?
Wygląda przez okno na znany pejzaż francuskiej wsi. Przez chmury
przeziera słońce. Na polach pojawiają się pierwsze kolory wiosny. Świat
wydaje się spokojny, tak samo jak zawsze. A jednak przestrogi z listu
mamy naruszyły jego spokój, wytrąciły go z równowagi.
Oszołomiony, Adi zamyka oczy i przypomina sobie ostatnią wizytę w domu,
we wrześniu, szukając jakichś znaków, czegoś, co mógł przegapić.
Przypomina sobie, że ojciec, jak co tydzień, grał w karty z grupką
handlarzy - Żydów i Polaków - w aptece Podworskiego, pod freskiem z białym orłem zdobiącym sufit. Ojciec Król, ksiądz w kościele Świętego
Bernardyna, który podziwia wirtuozerię Mili przy fortepianie, zaszedł do
nich, by jej posłuchać. Kucharka przygotowała na Rosz Haszanę chałkę z miodem, a Adi długo się nie kładł: słuchał Benny'ego Goodmana, pił côte
de nuits i żartował z braćmi do późnych godzin nocnych. Nawet Jakub,
wycofany jak zwykle, odłożył aparat fotograficzny i przyłączył się do
towarzystwa. Wszystko wydawało się względnie normalne.
I wtedy zasycha Adiemu w gardle: a jeśli były sygnały, tylko je
zlekceważył? Albo, co gorsza, nie dostrzegł ich, po prostu dlatego, że
nie chciał?
W jego głowie pojawia się nagle obraz świeżo wymalowanej swastyki, jaką
widział na murze Jardin Goudouli w Tuluzie. Myśl wędruje do dnia, w którym podsłuchał, jak jego szef w firmie inżynieryjnej szepcze o tym,
czy Adi stanowi dla nich obciążenie. Myśleli, że ich nie słyszy. Wędruje
ku pozamykanym w całym Paryżu sklepom. Ku zdjęciom we francuskich
gazetach, opublikowanym po listopadowej nocy kryształowej: zniszczone
fronty sklepów, spalone synagogi, tysiące Żydów uciekających z Niemiec,
zabierających ze sobą na taczkach lampki nocne, ziemniaki i starszych
członków rodziny.
Sygnały na pewno były. Ale Adi pomniejszał ich znaczenie, ignorował je.
Wmówił sobie, że mały napis na ścianie jeszcze nikomu nie zrobił
krzywdy. Że jeśli miałby stracić pracę, to znajdzie nową. Że to, co się
dzieje w Niemczech, choć jest niepokojące, to jednak dzieje się za
granicą i ktoś to w końcu powstrzyma. Teraz jednak, trzymając w ręku
list od matki, Adi dostrzega z zatrważającą klarownością znaki, które
wcześniej postanowił zignorować.
Otwiera oczy, gdy nagle jedna myśl wywołuje w nim mdłości: Powinieneś
był wrócić do domu już wiele miesięcy temu.
Składa list do koperty i wsuwa z powrotem do kieszeni płaszcza.
Postanawia, że napisze do mamy, jak tylko znajdzie się w swoim
mieszkaniu w Tuluzie. Powie jej, żeby się nie martwiła, że przyjedzie do
Radomia zgodnie z planem, że teraz bardziej niż kiedykolwiek wcześniej
pragnie być z rodziną. Powie jej, że nowa kompozycja idzie dobrze i że
cieszy się na moment, kiedy jej ją zagra. Ta myśl odrobinę go pociesza,
wyobraża sobie, jak siedzi przy klawiszach steinwaya w domu rodziców, a wokół niego gromadzi się cała rodzina.
Adi ponownie kieruje wzrok na spokojny widok wsi za oknem. Jutro,
postanawia, kupi bilet na pociąg, przygotuje dokumenty podróżne, spakuje
bagaż. Nie będzie czekał na Pesach. Szef będzie zły, że wyjeżdża
wcześniej, ale Adi ma to w nosie. Liczy się tylko to, że już za kilka
dni będzie w drodze do domu.
ROZDZIAŁ DRUGI
Genek
Radom, Polska ~ 18 marca 1939
GENEK ZADZIERA GŁOWĘ i bokiem, ku szarym
kaflom barowego sufitu, wypuszcza wężykiem z ust smugę dymu.
- Ostatnie rozdanie - stwierdza.
Siedzący po drugiej stronie stołu Rafał chwyta jego spojrzenie.
- Tak wcześnie? - zaciąga się papierosem. - Żona obiecała ci coś ekstra,
jak wrócisz do domu o przyzwoitej godzinie? - Puszcza oko, wydmuchując
dym.
Herta była z nimi na kolacji, ale wyszła wcześniej.
Genek się śmieje. Przyjaźni się z Rafałem od podstawówki, kiedy to sporo
czasu spędzali razem, skuleni nad tacami z obiadem, rozmawiając o tym,
którą z koleżanek zaprosić na zabawę na koniec roku szkolnego albo którą
aktorkę woleliby zobaczyć nago, Evelyn Brent czy Renée Adorée. Rafał
wie, że Herta jest inna niż dziewczyny, z którymi kiedyś spotykał się
Genek, ale gdy nie ma jej w pobliżu, lubi się z nim podroczyć. Genek nie
może mieć mu tego za złe. Zanim poznał Hertę, kobiety były jego
słabością. Ma niebieskie oczy, dołeczki w policzkach i nieodparty,
hollywoodzki wdzięk. Przez większość trzeciej dekady życia upajał się
rolą jednego z najbardziej pożądanych kawalerów w Radomiu. Wówczas wcale
mu nie przeszkadzało, gdy kobieta zwracała na niego uwagę. Ale potem
pojawiła się Herta i wszystko się zmieniło. Teraz jest inaczej. Ona jest
inna.
Coś ociera się o jego łydkę pod stołem. Spogląda na bok.
- Szkoda, że nie zostaniesz - mówi siedząca obok niego młoda kobieta,
szukając jego wzroku. Genek właśnie ją poznał. To Klara. Nie, Kara. Nie
pamięta. Jest przyjaciółką żony Rafała, przyjechała w odwiedziny z Lublina. Dziewczyna wygina kącik ust w zawstydzonym uśmiechu, ale wciąż
przyciska do jego nogi czubek swojego półbuta.
W dawnym życiu może by został. Ale flirty już go nie interesują.
Uśmiecha się do dziewczyny, trochę mu jej szkoda.
- Rzeczywiście, już mnie nie ma - mówi, kładąc karty na stole. Gasi
murada, zostawiając peta wystającego niczym złamany ząb w przepełnionej
popielniczce, i wstaje. - Panie i panowie, jak zawsze było mi
niezmiernie miło. Do zobaczenia, Iwono - dodaje, zwracając się do żony
Rafała i wskazując na niego skinieniem głowy. - Pilnuj go, żeby nie
ładował się w kłopoty. - Iwona się śmieje. Rafał znów puszcza oko. Genek
salutuje dwoma palcami i zwraca się w kierunku drzwi.
Marcowa noc jest nadzwyczaj zimna. Mężczyzna chowa ręce w kieszeniach
płaszcza i szybko wyrusza w kierunku Zielnej, ciesząc się perspektywą
spotkania z kobietą, którą kocha. Wiedział, że Herta jest tą jedyną, od
momentu gdy dwa lata temu pierwszy raz ją zobaczył. Wciąż dobrze pamięta
ten weekend. Wybrali się na narty do Zakopanego, uzdrowiska u stóp
polskich Tatr. On miał dwadzieścia dziewięć lat, Herta dwadzieścia pięć.
Przypadkiem jechali razem wyciągiem krzesełkowym i w ciągu tej
dziesięciominutowej drogi na szczyt Genek się w niej zakochał. W jej
ustach, od tego zacznijmy, bo były pełne i w kształcie serca, i były
niemal wszystkim, co widział pod jej kremową wełnianą czapką i szalikiem. Był jeszcze jej niemiecki akcent, który kazał mu słuchać jej
w sposób, do którego nie był przyzwyczajony, i jej uśmiech, taki
swobodny, i to, jak w połowie drogi na górę odrzuciła głowę do tyłu,
zamknęła oczy i powiedziała: - Czyż nie wspaniały jest zapach sosny
zimą? - Roześmiał się, myśląc przez chwilę, że żartuje, ale zaraz
zrozumiał, że nie żartowała. Szczerość była jedną z cech Herty, które
wkrótce miał zacząć podziwiać, tak samo jak jej nieposkromioną pasję do
przebywania na świeżym powietrzu i skłonność do szukania piękna w najprostszych rzeczach. Podążył za nią w dół stoku, próbując nie myśleć
o tym, że była przynajmniej dwa razy lepsza w jeździe na nartach niż on,
wśliznął się obok niej w kolejkę do wyciągu i zaprosił ją na kolację.
Gdy się wahała, uśmiechnął się i powiedział, że już zamówił sanie z końmi. Roześmiała się i ku radości Genka zgodziła się na randkę. Sześć
miesięcy później się oświadczył.
Już w swoim mieszkaniu Genek cieszy się, widząc poświatę zza drzwi
sypialni. Zastaje Hertę w łóżku, z jej ulubionym tomem wierszy Rilkego
na kolanach. Herta pochodzi z Bielska, miasta w zachodniej Polsce, gdzie
większość ludzi mówi po niemiecku. W rozmowach rzadko już używa języka,
w którym dorastała, ale lubi w nim czytać, zwłaszcza poezję. Wydaje się,
że nie zauważa, jak Genek wchodzi do pokoju.
- To dopiero musi być zajmujący wiersz - drażni się Genek.
- O! - mówi Herta, podnosząc wzrok. - Nie słyszałam, jak wszedłeś.
- Martwiłem się, że już będziesz spała - Genek uśmiecha się szeroko.
Wyswobadza się z płaszcza i przerzuca go przez poręcz krzesła. Chucha w dłonie, by je ogrzać.
Herta uśmiecha się i kładzie książkę na piersiach, zakładając palcem
miejsce, gdzie czytała.
- Wróciłeś o wiele wcześniej, niż sądziłam. Czyżbyś przegrał wszystkie
nasze pieniądze? A może cię wyrzucili?
Genek zdejmuje buty i sweter, odpina mankiety koszuli.
- Właśnie że jestem do przodu. To był dobry wieczór. Tyle że bez ciebie
nudny.
Na tle białej pościeli, w jasnożółtej koszuli nocnej, ze swymi głęboko
osadzonymi oczami, idealnymi ustami i włosami w kolorze orzecha,
opadającymi falami na ramiona, Herta wygląda, jakby wyszła ze snu, a Genek jeszcze raz przypomina sobie, jak wielkim jest szczęściarzem, że
ją znalazł. Rozbiera się do bielizny i wślizguje się obok niej do łóżka.
- Tęskniłem - mówi, opierając się na łokciu, i całuje ją.
Herta zwilża usta.
- Ostatni drink - niech zgadnę - Bichat.
Genek przytakuje ze śmiechem. Znów ją całuje, ich języki się spotykają.
- Kochany, musimy uważać - szepcze Herta, odsuwając się.
- Przecież zawsze uważamy.
- Tylko że to wypada mniej więcej teraz.
- Ach - mówi Genek, rozkoszując się jej ciepłem, słodkim kwiatowym
zapachem szamponu w jej włosach.
- To byłoby teraz nierozsądne - dodaje Herta. - Nie sądzisz?
Wiele godzin wcześniej przy kolacji rozmawiali z przyjaciółmi o groźbie
wojny, o tym, jak łatwo Austria i Czechosłowacja wpadły w ręce Rzeszy i jak zaczęła się zmieniać sytuacja w Radomiu. Genek wykrzykiwał w złości,
że został zdegradowany w firmie prawniczej do pozycji asystenta, i odgrażał się, że przeprowadzi się do Francji.
- Tam przynajmniej mógłbym wykorzystać swoje wykształcenie.
- Nie jestem pewna, czy lepiej by ci było we Francji - powiedziała
Iwona. - Führer nie atakuje już tylko krajów niemieckojęzycznych. A co,
jeśli to dopiero początek? Co, jeśli Polska jest następna?
Przy stole zapanowała na chwilę cisza, którą przerwał Rafał.
- Niemożliwe - stwierdził, kręcąc powątpiewająco głową. - Może
spróbować, ale go powstrzymają.
Genek przyznał mu rację.
- Polskie wojsko nigdy by na to nie pozwoliło - dodał. Przypomina sobie
teraz, że właśnie w trakcie tej rozmowy Herta przeprosiła i wyszła.
Oczywiście ona ma rację. Powinni uważać. Sprowadzać dziecko na świat,
który zdaje się niepokojąco zbliżać do przepaści, byłoby czymś
nierozsądnym i nieodpowiedzialnym. Ale leżąc tak blisko, Genek potrafi
myśleć tylko o jej skórze, o jej udzie opartym o jego. Jej słowa, jak
małe bąbelki w ostatnim kieliszku szampana, który wypił, wypływają z jej
ust, by rozpuścić się gdzieś głęboko w jego gardle.
Genek całuje ją po raz trzeci, a wtedy Herta zamyka oczy. Tak do końca
nie jest przekonana - myśli. Sięga ponad nią, by zgasić światło, i czuje, jak Herta pod nim mięknie. Pokój wypełnia ciemność, a on wsuwa
dłoń pod jej koszulę.
- Zimno! - piszczy Herta.
- Przepraszam - odpowiada jej szeptem.
- Nie, wcale nie przepraszasz, Genek...
- Wojna, wojna, wojna. - Całuje jej kość policzkową, ucho. - Jestem już
nią zmęczony, a ona nawet się nie zaczęła - mówi, krocząc palcami od
żeber w kierunku linii jej talii.
Herta wzdycha, potem chichocze.
- A co powiesz na to? - dodaje Genek, a źrenice rozszerzają mu się,
jakby właśnie doznał objawienia. - Co, jeśli nie będzie wojny? - Kręci z powątpiewaniem głową. - Odmówilibyśmy sobie na próżno. A Hitler, ten
mały chujek, byłby górą. - Uśmiecha się.
Herta wiedzie palcem po zagłębieniu w jego policzku.
- Te dołeczki wpędzą mnie do grobu - mówi, kręcąc głową. Genek jeszcze
szerzej się uśmiecha, a Herta mu przytakuje.
- Masz rację - daje za wygraną. - To byłoby straszne.
Książka spada głośno na podłogę, gdy Herta przekręca się na bok, by
znaleźć się naprzeciwko niego.
- Bumsen der Krieg.
Genek nie może powstrzymać śmiechu.
- Racja. Pieprzyć wojnę - mówi, naciągając koc na ich głowy.
ROZDZIAŁ TRZECI
Nechama
Radom, Polska ~ 4 kwietnia 1939, Pesach
NECHAMA NAKRYŁA STÓŁ najlepszą porcelaną i najlepszymi sztućcami, każde miejsce przyszykowawszy dokładnie na białym
koronkowym obrusie. Sol siedzi u szczytu, w jednej ręce trzyma wysłużoną
hagadę w okładce ze skóry, w drugiej wypolerowany srebrny kielich do
kiduszu. Odchrząkuje.
- Dziś - zaczyna, podnosząc wzrok na znajome twarze osób siedzących przy
stole - czcimy coś, co liczy się najbardziej - naszą rodzinę i naszą
tradycję. - Jego oczy, zwykle okolone zmarszczkami od uśmiechu, tym
razem są poważne, tak samo jak barytonowy głos. - Dziś - mówi dalej -
obchodzimy Święto Macy, czas naszego wyzwolenia - spogląda na tekst. -
Amen.
- Amen - odpowiadają echem pozostali, biorąc łyk wina. Butelka
przechodzi z rąk do rąk, kieliszki ponownie się napełniają.
Gdy Nechama wstaje, by zapalić świece, w pokoju panuje cisza. Idąc w kierunku środka stołu, zapala zapałkę i ochrania jej płomień dłonią,
potem szybko przystawia do każdego z knotów, aby tylko nikt nie zdążył
zauważyć, że płomień między jej palcami drży. Gdy świece już płoną,
zakreśla nad nimi potrójny krąg, a następnie zasłania sobie oczy i wypowiada słowa pierwszego błogosławieństwa. Siada na swoim miejscu przy
końcu stołu, naprzeciwko męża, kładzie ręce na kolanach, a wzrokiem
spotyka się z Solem. Kiwnięciem głowy daje mu znak, żeby zaczynał.
Gdy głos Sola ponownie wypełnia pomieszczenie, spojrzenie Nechamy pada
na puste krzesło, które zostawiła dla Adiego, i od razu robi jej się
ciężko na sercu od znajomego bólu. Naprawdę przejmuje się tym, że go nie
ma.
List od syna przyszedł tydzień temu. Adi dziękował w nim matce za
szczerość i prosił, żeby się nie martwiła. Przyjedzie, jak tylko
zgromadzi wszystkie dokumenty podróżne. Odebrała tę wiadomość z ulgą,
ale i zarazem z niepokojem. Niczego nie pragnęła bardziej na świecie niż
tego, aby jej syn przyjechał na Pesach do domu, oczywiście oprócz
pewności, że jest bezpieczny we Francji. W swoim poprzednim liście
próbowała być szczera, miała nadzieję, że zrozumie, iż Radom jest teraz
mrocznym miejscem, a podróż przez regiony pod niemiecką okupacją nie
jest warta ryzyka. Ale może jednak zbyt wiele rzeczy pominęła. W końcu
wyjechali nie tylko Kosmanowie. Jeszcze kilkoro innych. Nie powiedziała
mu o polskich klientach, którzy przestali przychodzić do ich sklepu,
albo o krwawej awanturze, jaka wybuchła tydzień temu między dwoma
radomskimi klubami piłkarskimi - żydowskim i polskim, i że młodzi
zawodnicy każdej z drużyn wciąż chodzą po ulicach z rozbitymi wargami i podbitymi oczami, rzucając sobie nawzajem groźne spojrzenia. Nie
napisała o tym wszystkim, żeby zaoszczędzić mu bólu i zmartwienia, ale
być może tym samym naraziła go na większe niebezpieczeństwo.
Nechama odpowiedziała na list Adiego, błagając go, by zadbał o bezpieczeństwo podczas podróży, a następnie uznała, że już wyjechał. Od
tej pory codziennie podskakiwała na dźwięk kroków w przedpokoju, a serce
wyrywało się jej z piersi na myśl, że ujrzy w drzwiach Adiego - z szerokim uśmiechem na przystojnej twarzy i walizką w ręku. Zawsze jednak
okazywało się, że to nie były jego kroki. Adi nie przyjechał.
"Może musiał dokończyć jakieś sprawy w firmie - powiedział Jakub na
początku tygodnia, czując, że ona coraz bardziej się martwi. - Nie
wyobrażam sobie, żeby szef pozwolił mu wyjechać bez urlopu zgłoszonego z dwutygodniowym wyprzedzeniem".
Ale Nechama nie może uwolnić się od myśli: A jeśli zatrzymali go na
granicy? Albo jeszcze gorzej? Żeby dotrzeć do Radomia, Adi musiał
przejechać albo przez północne Niemcy, albo drogą południową przez
Austrię i Czechosłowację, a przecież oba kraje były obecnie pod rządami
nazistów. Przez wiele dni nie spała w nocy, myśląc o tym, że jej syn
mógłby się znaleźć w rękach Niemców - że mógłby go spotkać los, którego
by uniknął, gdyby była z nim bardziej szczera i z większą stanowczością
poprosiła go, żeby został we Francji.
Od łez Nechamę zaczynają szczypać oczy, jej myśli zwracają się ku innemu
kwietniowemu dniu podczas pierwszej wojny ćwierć wieku temu, kiedy ją i Sola wyeksmitowano z mieszkania i podobnie jak wielu przyjaciół nie
mieli dokąd pójść. Pamięta duszący smród ludzkich odchodów, powietrze
wypełnione nieustającym burczeniem pustych żołądków, huk armat z oddali,
rytmiczne skrobanie ostrza o drewno, gdy Sol strugał ze starego kawałka
drewna opałowego figurki do zabawy dla dzieci, wyjmując co rusz z palców
drzazgi. Święto minęło niezauważone, tak samo jak tradycyjny seder.
Jakimś cudem przeżyli w tej piwnicy trzy lata - dzieci tylko dzięki
temu, że karmiła piersią - podczas gdy w ich mieszkaniu na górze
kwaterowali węgierscy oficerowie.
Nechama patrzy przez stół na Sola. Tamte trzy lata, choć prawie ją
wówczas złamały, teraz ma daleko za sobą, wydaje się, jakby to
przydarzyło się komuś zupełnie innemu. Jej mąż nigdy na ten temat nie
mówi. Dzieci na szczęście dokładnie tego nie pamiętają. Od tamtego czasu
zdarzały się pogromy - i będą zawsze - ale Nechama nie chce nawet myśleć
o powrocie do życia w ukryciu, bez słońca, bez deszczu, bez muzyki i sztuki, i filozoficznych debat, prostych rzeczy, które nauczyła się
cenić jako życiodajne źródła. Nie, nie wróci do podziemi, jak jakieś
dzikie stworzenie. Nigdy więcej nie będzie żyła w ten sposób.
To niemożliwe, żeby mogło do tego dojść.
Myśli znów zmieniają kierunek, tym razem sięgając jej własnego
dzieciństwa, głosu matki opowiadającej, jak często, gdy dorastała w Radomiu, zdarzało się, że mali polscy chłopcy rzucali w nią kamieniami,
celując w głowę, na której zawsze miała chustkę. Jak po wybudowaniu
pierwszej synagogi w całym mieście wybuchły zamieszki. Matka Nechamy
bagatelizowała to: "Nauczyliśmy się po prostu nie zadzierać głów, a dzieci trzymać przy sobie", mówiła. A pogromy, ataki, rzeczywiście
minęły. Życie toczyło się dalej, tak jak wcześniej. Tak dzieje się
zawsze.
Nechama wie, że niebezpieczeństwo ze strony Niemiec, jak inne w przeszłości, również minie. Zresztą ich sytuacja jest zupełnie inna niż
za czasów pierwszej wojny. Razem z Solem niestrudzenie pracowali, żeby
zarobić na życie i znaleźć miejsce wśród najlepszych w swoim fachu.
Mówią po polsku nawet w domu, choć wielu Żydów w mieście rozmawia tylko
w jidysz, i zamiast mieszkać na starym mieście, jak większość ich mniej
zamożnych radomskich współwyznawców, mają okazałe mieszkanie w centrum,
mają też kucharkę i służącą, i takie luksusy, jak kanalizacja, wanna,
którą przywieźli sobie z Berlina, lodówkę oraz - najcenniejszą rzecz w domu - salonowego steinwaya. Sklep z tkaninami bardzo dobrze prosperuje.
Podczas wyjazdów po towar Nechama bardzo się stara, by zdobyć materiały
najwyższej jakości, mają klientów - polskich i żydowskich - którzy
przyjeżdżają nawet z Krakowa, żeby kupić u nich damskie ubrania i jedwab. Gdy dzieci osiągnęły wiek szkolny, Sol i Nechama wysłali je do
prywatnych placówek, w których dzięki dobrze uszytym koszulom i biegłości w języku polskim doskonale wpasowały się w środowisko
katolickich uczniów. Mieli nadzieję, że oprócz zapewnienia im możliwie
najlepszej edukacji pomogą swoim dzieciom uniknąć podskórnego
antysemityzmu, który - odkąd sięgali pamięcią - towarzyszył życiu Żydów
w Radomiu. Choć rodzina była dumna z zakorzenienia w żydowskim
dziedzictwie i stanowiła część lokalnej wspólnoty żydowskiej, to dla
swoich dzieci Nechama wybrała ścieżkę, która, miała nadzieję, otworzy im
dobre perspektywy i oddali od nich groźbę prześladowań. Wciąż trzyma się
tej ścieżki, mimo że czasem w synagodze albo podczas zakupów w jednej z żydowskich piekarni na starym mieście napotyka pełen dezaprobaty wzrok
któregoś z bardziej ortodoksyjnych radomskich Żydów. Tak jakby jej
decyzja asymilacji z Polakami w jakikolwiek sposób osłabiała jej wiarę.
Nie przejmuje się takimi spotkaniami. Zna swoją wiarę, a poza tym dla
Nechamy religia to sprawa prywatna.
Ściąga łopatki i czuje ciężar unoszących się piersi. To do niej
niepodobne tak bardzo się martwić, tak bardzo dać się zbić z tropu. Weź
się w garść, strofuje samą siebie. Rodzina będzie mieć się dobrze,
napomina się. Mają duże oszczędności. Znajomości. Adi w końcu
przyjedzie. Na poczcie nie można przecież polegać. Najprawdopodobniej na
dniach przyjdzie list z wyjaśnieniem, dlaczego go nie ma. Wszystko
będzie dobrze.
Gdy Sol recytuje błogosławieństwo karpas, Nechama zamacza gałązkę
natki pietruszki w misce z soloną wodą, a jej palce przelotnie dotykają
palców Jakuba. Wzdycha, czując, jak z jej szczęk w końcu zaczyna
uchodzić napięcie. Słodki Jakub. Syn chwyta jej spojrzenie i uśmiecha
się, a serce Nechamy wypełnia się wdzięcznością za to, że on wciąż
mieszka z nią pod jednym dachem. Uwielbia jego towarzystwo, jego spokój.
Jest inny od reszty. W odróżnieniu od braci i sióstr, którzy pojawili
się na tym świecie z krzykiem i czerwonymi twarzami, Jakub urodził się
bielutki jak szpitalne prześcieradła i cichutki, jakby chciał naśladować
wielkie płatki śniegu spadające spokojnie na ziemię za oknem tego
zimowego, lutowego poranka dwadzieścia dwa lata temu. Nechama nigdy nie
zapomni tych strasznych chwil, jakie mijały, zanim w końcu zapłakał -
była wówczas pewna, że synek nie przeżyje jednego dnia - albo tego, jak,
gdy trzymała go na rękach i spojrzała w jego ciemne jak atrament oczy,
on podniósł na nią wzrok, a wtedy skóra nad jego brwiami uformowała się
w małą zmarszczkę, tak jakby był głęboko zamyślony. To w tamtej chwili
zrozumiała, jaki był. Spokojny, ale wnikliwy. Tak jak bracia i siostry
urodzeni wcześniej i później, był malutką wersją osoby, którą miał się
stać, gdy dorośnie.
Nechama patrzy, jak Jakub pochyla się i szepcze coś Belli do ucha. Ona
podnosi serwetkę do ust, powstrzymując się od uśmiechu. Przypięta do
kołnierzyka broszka - złota róża ozdobiona w środku perłą w kolorze
kości słoniowej, prezent od Jakuba - odbija światło świecy. Dostała ją
od niego kilka miesięcy po tym, jak się poznali w gimnazjum. On miał
wtedy piętnaście lat, ona czternaście. Wtedy Nechama wiedziała o Belli
tylko tyle, że dobrze się uczy, pochodzi z rodziny o skromnych dochodach
(według Jakuba jej ojciec, dentysta, wciąż jeszcze spłacał długi
zaciągnięte na opłacenie edukacji córek) i że sama szyła sobie wiele
ubrań. To ostatnie zrobiło na Nechamie szczególne wrażenie. Zastanawiała
się, które ze swoich najbardziej stylowych bluzek Bella kupiła w sklepie, a które uszyła. Niedługo po tym, jak Jakub podarował jej
broszkę, oświadczył, że Bella jest jego bratnią duszą.
"Jakub, kochanie, masz piętnaście lat... I dopiero co się poznaliście!" -
wykrzyknęła na to Nechama. Ale Jakub nie przesadzał. I oto oni, osiem
lat później, nierozłączni. To tylko kwestia czasu, nim wezmą ślub, myśli
Nechama. Może Jakub oświadczy się, kiedy skończą się rozmowy o wojnie? A może czeka, aż uda mu się zaoszczędzić na tyle, żeby stać go było na
własne mieszkanie? Bella też mieszka z rodzicami, zaledwie kilka domów
dalej na zachód, przy bulwarze Witolda. Tak czy inaczej, Nechama jest
pewna, że Jakub ma jakiś plan.
U szczytu stołu Sol delikatnie przełamuje na pół kawałek macy. Połowę
kładzie na talerzu, drugą owija w chusteczkę. Gdy dzieci były młodsze,
Sol całymi tygodniami szukał najlepszego miejsca do ukrycia macy, a gdy
przychodził podczas ceremonii moment poszukiwań afikomanu, dzieci niczym
myszki rozbiegały się po całym mieszkaniu, żeby go znaleźć. Ten, kto
miał szczęście, targował się potem bezwzględnie, a w końcu uśmiechnięty
i dumny zawsze kończył negocjacje z wystarczającą liczbą monet w ręce,
żeby sobie kupić paczkę krówek w cukierni Pomianowskiego. Sol to
biznesmen, grał twardo - nazywali go Królem Negocjacji - ale dzieci
dobrze wiedziały, że w głębi duszy jest równie miękki jak kawałek świeżo
zrobionego masła i że przy odrobinie cierpliwości i uroku osobistego
wyciągną mu z kieszeni wszystkie złotówki, jakie tam schował. Oczywiście
już od lat tak naprawdę nie chował macy. Dzieci, gdy były nastolatkami,
w końcu zbojkotowały ten obyczaj. "Chyba już jesteśmy na to trochę za
duzi, nie sądzisz, tato?" - powiedziały. Ale Nechama wie, że jak tylko
Felicja nauczy się chodzić, Sol powróci do tej tradycji.
Teraz kolej, by czytał na głos Adam. Podnosi swoją hagadę i zagląda w nią przez okulary w grubych oprawkach. Wąski nos, wysokie, wyraźne kości
policzkowe, światło świec jeszcze podkreśla, jak nieskazitelna jest jego
cera - Adam wygląda wręcz po królewsku. Adam Eichenwald dołączył do
Kurców parę miesięcy wcześniej, gdy Nechama wywiesiła w witrynie sklepu
z tkaninami ogłoszenie "Pokój do wynajęcia". Niedawno umarł jej wujek,
zostawił po sobie pustą sypialnię, a dom, mimo że było w nim jeszcze
dwoje najmłodszych dzieci, powoli zaczynał wydawać się zbyt pusty.
Nechama uwielbiała, gdy przy kolacji wszystkie miejsca przy stole były
zajęte. Kiedy Adam wszedł do sklepu, żeby dowiedzieć się czegoś więcej,
była zachwycona i od razu zaproponowała mu pokój.
- Cóż za przystojny młody człowiek! - wykrzyknęła Terza, siostra Sola,
kiedy wyszedł. - Ma trzydzieści dwa lata? Wygląda na dziesięć mniej.
- Jest Żydem i jest mądry - dodała Nechama. Jakie jest
prawdopodobieństwo, szeptały kobiety, żeby absolwent architektury z Narodowego Uniwersytetu Politechniki Lwowskiej wyjechał z Warszawskiej
14 bez żony? I rzeczywiście, kilka tygodni później Adam i Halina byli
parą.
Halina. Nechama wzdycha. Urodziła się z niewytłumaczalną czupryną włosów
w kolorze miodu i płomiennie zielonymi oczami. Halina jest jej
najmłodszym i najdrobniejszym dzieckiem. Niedobory postury z nawiązką
nadrabia osobowością. Nechama nigdy nie widziała równie zaciętego
dziecka, zdolnego przegadać niemal każdego przeciwnika i w ten sposób
wywinąć się z kłopotów. Przypomina jej się, jak Halina urokiem osobistym
przekonała profesora matematyki, żeby nie dawał jej złej oceny, gdy
odkrył, że opuściła lekcję, żeby pójść na poranny pokaz Złotych sideł
w dniu premiery filmu. Albo jak, mając szesnaście lat, przekonała
Adiego, żeby wsiadł z nią w ostatniej chwili do nocnego pociągu do
Pragi, by razem mogli się obudzić w Mieście Stu Wież w dniu swoich
urodzin wypadających tego samego dnia. Adam, niech Bóg go ma w opiece,
jest ewidentnie pod wpływem jej wdzięków. Na szczęście w obecności Sola
i Nechumy zawsze zachowuje się z należytym szacunkiem.
Gdy Adam kończy czytać, Sol odmawia modlitwę nad resztą macy, odłamuje
kawałek i przekazuje talerz dalej. Nechama wsłuchuje się w miękki odgłos
przełamywania przaśnego chleba, wędrujący wzdłuż stołu. - Baruch a-tah
A-do-nai - intonuje Sol, ale przerywa, gdy rozlega się płacz. To
Felicja. Mila czerwieni się, przeprasza i wyślizguje się ze swojego
miejsca, żeby wyjąć Felicję z kołyski ustawionej w rogu pokoju.
Przestępując z nogi na nogę, szepcze do ucha dziewczynki, by ją
uspokoić. Gdy Sol ponownie zaczyna intonację, Felicja wierci się pod
fałdami powijaków, twarzyczka jej się wykrzywia i robi się czerwona.
Kiedy znów zaczyna płakać, Mila przeprasza wszystkich i szybko wychodzi
w kierunku sypialni Haliny w końcu korytarza. Nechama idzie za nią.
- Co się stało, kochanie? - szepcze Mila, pocierając palcem górne
dziąsło Felicji, widziała, że Nechama tak robi, żeby ją uspokoić.
Felicja odwraca główkę, wygina ciało w łuk i płacze jeszcze głośniej.
- Myślisz, że jest głodna? - pyta Nechama.
- Nie tak dawno ją karmiłam. Chyba po prostu jest zmęczona.
- Chodź tutaj - mówi Nechama, biorąc Felicję z rąk Mili. Oczy
dziewczynki są zaciśnięte, podobnie jak piąstki. Wydobywa z siebie
krótkie, przenikliwe wrzaski.
Mila siada ciężko w nogach łóżka Haliny.
- Tak bardzo mi przykro, mamo - mówi, starając się nie przekrzykiwać
wrzasków Felicji. - Nie chcę, żebyśmy były przyczyną zamieszania. -
Przeciera oczy wierzchami dłoni. - Ledwie słyszę własne myśli.
- Nikt się nie gniewa - mówi Nechama, przytulając Felicję bliżej do
piersi i delikatnie ją kołysząc. Po kilku minutach jej krzyki zmieniają
się w kwilenie, wkrótce znów jest cicho, a na twarzy dziewczynki rysuje
się spokój. Radość z trzymania małego dziecka na rękach naprawdę
hipnotyzuje, myśli Nechama, wdychając słodki migdałowy zapach Felicji.
- Jestem taka głupia, bo sądziłam, że to będzie łatwe - mówi Mila. Gdy
spogląda w górę, oczy ma przekrwione, a pod nimi przezroczyste sińce,
jakby brak snu zostawił widoczny znak. Bardzo się stara, Nechama to
widzi. Ale bycie młodą matką jest trudne. Ta przemiana nią wstrząsnęła.
Nechama kręci głową.
- Nie bądź wobec siebie taka surowa, Milo. Nie jest tak, jak myślałaś,
ale tego można się było spodziewać. Z dziećmi nigdy nic nie wiadomo.
Mila patrzy na swoje ręce. Nechamie przypomina się, jak jej najstarsza
córka, kiedy była młodsza, nie marzyła o niczym innym, jak tylko być
matką. Opiekowała się lalkami, kołysała, trzymając je na ręku, śpiewała
im, a nawet udawała, że je karmi. Jaka była dumna, gdy opiekowała się
młodszym rodzeństwem - pomagała im wiązać buty, obwijała bandażem
zakrwawione kolana, czytała im przed snem. Teraz jednak, gdy ma własne
dziecko, czuje się tym przytłoczona, tak jakby pierwszy raz trzymała w ramionach niemowlę.
- Chciałabym wiedzieć, co robię źle - mówi Mila.
Nechama siada w nogach łóżka, obok córki.
- Radzisz sobie dobrze, Mila. Mówiłam ci, małe dzieci są trudne. A zwłaszcza pierwsze. Kiedy urodził się Genek, mało nie zwariowałam,
próbując to wszystko zrozumieć. Po prostu potrzeba na to trochę czasu.
- To już pięć miesięcy.
- Poczekaj jeszcze kilka.
Mila przez chwilę milczy.
- Dziękuję - szepcze w końcu, patrząc, jak Felicja śpi spokojnie na
rękach Nechamy. - Czuję się jak jakaś niedorajda.
- Nie jesteś niedorajdą. Jesteś po prostu zmęczona. Zadzwoń po Estię.
Zrobiła już wszystko w kuchni, może pomóc, póki my nie zjemy.
- Dobry pomysł. - Mila wzdycha z ulgą. Zostawia Felicję z Nechamą i idzie po służącą. Gdy wracają z matką na miejsca, Mila spogląda na
Selima.
- W porządku? - pyta ją bezgłośnie mąż, a ona potakuje.
Sol nakłada łyżką chrzan na kawałek macy, inni idą w jego ślady. Wkrótce
znów zaczyna śpiewać. Po błogosławieństwie spożycia korechu w końcu
przychodzi czas na właściwy posiłek. Z rąk do rąk przechodzą półmiski,
jadalnia wypełnia się szumem rozmów i uderzeniami srebrnych łyżek o porcelanę, jako że na stole jest wiele dań, od słonego śledzia, przez
pieczonego kurczaka i kugel, po słodki jabłkowy charoset. Rodzina popija
wino i cicho rozmawia, starając się nie podejmować tematu wojny i nie
zastanawiać się na głos, gdzie się podziewa Adi.
Na dźwięk jego imienia do piersi Nechamy wraca ból, razem z całą
orkiestrą zmartwień. Aresztowali go. Zamknęli w więzieniu. Jest ranny.
Boi się. Nie ma jak się z nią skontaktować. Znów patrzy na puste miejsce
przeznaczone dla swojego syna. Gdzie jesteś, Adi? Zagryza usta. Nie rób
tego, napomina się, ale już jest za późno. Za szybko piła wino i straciła ostrość myślenia. Ściska ją w gardle, stół zmienia się w niewyraźny biały pasek. Łzy już prawie lecą, gdy Nechama czuje na swojej
dłoni czyjąś dłoń. Dłoń Jakuba.
- To chrzan - szepcze Nechama, wachlując się wolną ręką przed twarzą i mrugając oczami. - Za każdym razem tak mnie kręci. - Dyskretnie ociera
kąciki oczu serwetką. Jakub przytakuje ze zrozumieniem i ściska jej
dłoń.
Wiele miesięcy później, w innym świecie, Nechama przypomni sobie ten
wieczór, ostatnie Pesach, kiedy niemal wszyscy byli razem, i każdą
komórką ciała będzie łaknąć, by mogła to przeżyć jeszcze raz. Przypomni
sobie znajomy zapach gefilte fisz, brzęk srebra na porcelanie, smak
natki pietruszki na języku, słony i gorzki. Będzie pragnęła dotknąć
miękkiej skóry małej Felicji, poczuć pod stołem ciężar dłoni Jakuba na
swojej dłoni i ciepło w żołądku od wypitego wina; wspomni, jak bardzo
pragnęła wtedy przekonać samą siebie, że wszystko może się jeszcze
dobrze skończyć. Przywoła w pamięci, na jaką szczęśliwą wyglądała
Halina, usiadłszy do fortepianu po posiłku, jak razem tańczyli, jak
wszyscy mówili o nieobecnym Adim, zapewniając się nawzajem, że niedługo
wróci do domu. Będzie to odtwarzać w głowie wiele razy, ciągle od nowa,
każdą piękną chwilę, i delektować się nią, jak ostatnią w sezonie
wyborną gruszką klapsą.