My mieliśmy szczęście - Georgia Hunter

Kup ebooka

39.99 zł
30.79 zł (22,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ 4

Bella

Radom, Pol­ska ~ 7 wrze­śnia 1939

BELLA SIE­DZI PRO­STO z kola­nami przy­cią­gnię­tymi do piersi, w ręku ści­ska chu­s­teczkę do nosa. Led­wie dostrzega pro­sto­kątny zarys skó­rza­nej walizki sto­ją­cej przy drzwiach sypialni. Jakub przy­siadł na skraju łóżka, tuż obok jej stóp, mate­riał jego twe­edo­wego płasz­cza wciąż prze­syca zimne nocne powie­trze. Bella zasta­na­wia się, czy jej rodzice usły­szeli, jak wspina się po scho­dach do ich miesz­ka­nia na dru­gim pię­trze, a potem na pal­cach skrada się przez przed­po­kój do jej pokoju. Już lata temu dała Jaku­bowi klucz, żeby mógł przy­cho­dzić, kiedy będzie chciał, jed­nak ni­gdy jesz­cze nie ośmie­lił się poja­wić o takiej porze. Prze­suwa palce u nóg w stronę jego uda.

- Wysy­łają nas do Lwowa, do walki - mówi Jakub, zdy­szany. - Gdyby cokol­wiek się stało, spo­tkajmy się tam.

Bella szuka w ciem­no­ści jego twa­rzy, ale widzi tylko owal szczęki i nie­wy­raźne białka oczu.

- Lwów - szep­cze, kiwa­jąc głową. We Lwo­wie, trzy­sta pięć­dzie­siąt kilo­me­trów na połu­dniowy wschód od Rado­mia, mieszka jej sio­stra Anna z mężem Danie­lem. Już dawno bła­gała Bellę, żeby prze­pro­wa­dziła się bli­żej niej, ale Bella nie mogłaby zosta­wić Jakuba. W ciągu ośmio­let­niej zna­jo­mo­ści ich domów ni­gdy nie dzie­liło wię­cej niż czte­ry­sta metrów.

Jakub bie­rze ją za ręce, prze­plata jej palce swo­imi. Pod­nosi je do ust i całuje. Ten gest przy­po­mina jej dzień, w któ­rym pierw­szy raz wyznał jej miłość. Trzy­mali się za ręce, ich palce były sple­cione, sie­dzieli naprze­ciwko sie­bie na kocu roz­ło­żo­nym na tra­wie w parku Kościuszki. Miała wtedy szes­na­ście lat.

"Jesteś dla mnie wszyst­kim", powie­dział Jakub mięk­kim gło­sem. Jego słowa były tak szczere, a orze­chowe oczy tak czy­ste, aż chciało jej się pła­kać, choć jed­no­cze­śnie zasta­na­wiała się wtedy, co taki młody chło­piec może wie­dzieć o miło­ści. Dziś, mając dwa­dzie­ścia dwa lata, niczego bar­dziej nie jest pewna. Jakub jest męż­czy­zną, z któ­rym spę­dzi resztę życia. A który teraz wyjeż­dża z Rado­mia, bez niej.

- Jak... jak się tam dosta­niesz? - pyta spo­koj­nym gło­sem. Boi się, że jeśli go pod­nie­sie, głos jej się zała­mie, uwal­nia­jąc szloch cza­jący się z wielką siłą u nasady gar­dła. Zegar w rogu wybija pierw­szą. Oboje wzdry­gają się, jakby uką­szeni przez parę nie­wi­dzial­nych os.

- Kazano nam przyjść na dwo­rzec kwa­drans po pierw­szej - mówi Jakub, spo­glą­da­jąc w kie­runku drzwi i uwal­nia­jąc dło­nie z jej rąk. Obej­muje nimi jej kolana. Ona czuje ten zimny dotyk przez baweł­niany mate­riał koszuli noc­nej. - Muszę iść. - Opiera pierś o jej pisz­czele, przy­kłada czoło do jej czoła. - Kocham cię - szep­cze, doty­kają się też czubki ich nosów. - Naj­bar­dziej na świe­cie. - Ona zamyka oczy, gdy ją całuje. Wszystko koń­czy się zbyt szybko. Gdy Bella otwiera oczy, Jakuba już nie ma, a ona ma mokre policzki.

Scho­dzi z łóżka i idzie w kie­runku okna, pod bosymi sto­pami czuje zimne i gład­kie klepki drew­nia­nej pod­łogi. Odsuwa nieco zasłonę i z wyso­ko­ści dwóch pię­ter patrzy na bul­war Witolda, szu­ka­jąc na nim śla­dów życia, choćby bły­sku latarki, cze­go­kol­wiek, ale już od kilku tygo­dni w mie­ście nie ma prądu. Zga­szone są nawet lampy uliczne. Bella nic nie widzi. Jakby patrzyła w otchłań. Otwiera okno, tym razem zamy­ka­jąc na chwilę oczy, i pró­buje dosły­szeć kroki albo odda­lone wycie nie­miec­kiego bom­bowca. Ale ulica, jak niebo nad nią, jest pusta i ciężka od ciszy.

Tyle się wyda­rzyło w ciągu zale­d­wie tygo­dnia. Led­wie sześć dni temu, pierw­szego wrze­śnia, Niemcy napa­dły na Pol­skę. Już następ­nego dnia przed świ­tem na przed­mie­ścia Rado­mia zaczęły spa­dać bomby. Znisz­czone zostało tym­cza­sowe lot­ni­sko, liczne gar­bar­nie i fabryki obu­wia. Jej ojciec zabił okna deskami, wszy­scy schro­nili się w piw­nicy. Gdy bom­bar­do­wa­nia osła­bły, radom­scy męż­czyźni - łopa­tami machali ramię w ramię zarówno Polacy, jak i Żydzi - kopali okopy, w ostat­niej chwili pró­bu­jąc bro­nić mia­sta. Ale na nic się to zdało. Gdy zaczęło spa­dać wię­cej bomb, tym razem zrzu­ca­nych w środku dnia przez nisko lata­jące bom­bowce Hein­kel i jun­kersy, głów­nie na stare mia­sto, około pięć­dzie­się­ciu metrów od ich miesz­ka­nia, Bella i jej rodzice musieli wró­cić do kry­jówki. Atak z powie­trza trwał wiele dni, aż zdo­byto Kielce leżące sześć­dzie­siąt pięć kilo­me­trów na połu­dniowy wschód od Rado­mia. To wtedy zaczęły krą­żyć plotki, że wkrótce w mie­ście pojawi się Wehr­macht, jeden z rodza­jów wojsk Trze­ciej Rze­szy - a z mega­fo­nów na rogach ulic roz­le­gały się wezwa­nia do zaciągu do woj­ska. Tysiące męż­czyzn prze­peł­nio­nych uczu­ciami patrio­ty­zmu i nie­pew­no­ści wyje­chało z Rado­mia na wschód, gdzie mieli się przy­łą­czyć do pol­skiej armii.

Bella wyobraża sobie, jak Jakub, Genek, Selim i Adam, spa­ko­waw­szy do wali­zek led­wie parę rze­czy, prze­cho­dzą obok skle­pów z odzieżą i odlewni żeliwa, po cichu zmie­rza­jąc w kie­runku dworca kole­jo­wego, który jakimś cudem oca­lał od bomb. Jakub powie­dział, że we Lwo­wie czeka na nich oddział pie­choty. Ale czy to prawda? Dla­czego Pol­ska tak długo cze­kała z mobi­li­za­cją? Od napa­ści minął led­wie tydzień, a docie­ra­jące do nich infor­ma­cje już są bar­dzo nie­po­ko­jące - armia Hitlera jest bar­dzo liczna, bły­ska­wicz­nie się poru­sza, ponad­dwu­krot­nie prze­wyż­sza liczeb­no­ścią armię pol­ską. Wielka Bry­ta­nia i Fran­cja obie­cały pomoc, ale do tej pory Pol­ska zni­kąd nie otrzy­mała wspar­cia.

Bellę ści­ska w brzu­chu. To nie miało się wyda­rzyć. Powinni być już teraz we Fran­cji. Taki był plan - prze­pro­wadzka po skoń­cze­niu przez Jakuba stu­diów praw­ni­czych. Zna­la­złby pracę w jakiejś fir­mie w Paryżu albo w Tulu­zie, bli­sko Adiego. Dodat­kowo pra­co­wałby jako foto­graf, tak jak jego brat w wol­nym cza­sie kom­po­no­wał muzykę. I ją, i Jakuba urze­kły opo­wie­ści Adiego o Fran­cji i o wol­no­ści, jaką można się tam cie­szyć. Tam mieli się pobrać i zało­żyć rodzinę. Gdyby tylko byli na tyle prze­wi­du­jący, żeby wyje­chać, zanim podróże do Fran­cji stały się zbyt nie­bez­pieczne, zanim myśl o odda­le­niu się od bli­skich zaczęła być zbyt nie­po­ko­jąca. Bella pró­buje sobie wyobra­zić, jak palce Jakuba zaci­skają się na drew­nia­nym maga­zynku kara­binu. Czy on byłby w sta­nie kogoś zastrze­lić? Bella zdaje sobie sprawę z tego, że to nie­moż­liwe. To prze­cież Jakub. On nie jest stwo­rzony do wojny. Nie ma w nim krzty wro­go­ści do kogo­kol­wiek. Jedy­nym spu­stem, który jego palce powinny przy­ci­skać, jest spust apa­ratu foto­graficznego.

Deli­kat­nie zamyka okno. Niech tylko chłopcy bez­piecz­nie dotrą do Lwowa - bez prze­rwy powta­rza w myślach to bła­ga­nie, spo­glą­da­jąc w aksa­mitną czerń na zewnątrz.

Trzy tygo­dnie póź­niej Bella leży na wąskiej drew­nia­nej ławce bie­gną­cej wzdłuż kon­nego powozu. Jest skraj­nie zmę­czona, ale nie może zasnąć. Która godzina? Wydaje się, że jest wcze­sne przed­po­łu­dnie. Pod plan­dekę okry­wa­jącą wóz nie dociera wystar­cza­jąco świa­tła, by mogła dostrzec wska­zówki na swoim zegarku. Ale na zewnątrz też bar­dzo trudno jest coś zoba­czyć. Nawet gdy deszcz ustę­puje, niebo zasnu­wają gęste spi­żowe chmury. Bella nie poj­muje, jak woź­nica wytrzy­mał tyle godzin nara­żony na dzia­ła­nie żywio­łów. Wczo­raj padało tak długo i tak inten­syw­nie, że droga znik­nęła pod rzeką błota, a konie musiały się zma­gać, żeby utrzy­mać rów­no­wagę. Dwa razy wóz omal się nie prze­wró­cił.

Bella odli­cza dni jaj­kami, które jesz­cze zostały w koszu z jedze­niem. Podróż zaczęli w Rado­miu z tuzi­nem, a dzi­siaj rano zostało ostat­nie, co ozna­cza, że jest dwu­dzie­sty dzie­wiąty wrze­śnia. W nor­mal­nych warun­kach podróż wozem do Lwowa zaję­łaby naj­wy­żej tydzień. Ale przy cią­gle pada­ją­cym desz­czu stała się mor­der­cza. Powie­trze w środku wozu jest wil­gotne i pach­nie ple­śnią. Bella przy­zwy­cza­iła się do tego, że klei jej się skóra, a ubra­nia ni­gdy nie wysy­chają.

Wsłu­chu­jąc się w trzesz­cze­nie dobie­ga­jące z dołu wozu, Bella zamyka oczy i myśli o Jaku­bie, o chło­dzie jego rąk na jej kola­nach, o cie­płym odde­chu na jej dło­niach, gdy je cało­wał.

Żoł­nie­rze Wehr­machtu poja­wili się w Rado­miu 8 wrze­śnia, zale­d­wie dzień po jego wyjeź­dzie do Lwowa. Niemcy naj­pierw wysłali poje­dyn­czy samo­lot - Bella obser­wo­wała z ojcem, jak latał nisko nad mia­stem, zata­cza­jąc raz koło, zanim spu­ścił poma­rań­czową flarę.

- Co to ozna­cza? - zapy­tała Bella, gdy samo­lot się wyco­fał i znik­nął w sza­ro­ści napuch­nię­tych, nisko wiszą­cych chmur. Ojciec nie odpo­wie­dział. - Tato, jestem doro­sła. Po pro­stu powiedz - rze­kła bez­na­mięt­nie.

Hen­ryk odwró­cił wzrok.

- To ozna­cza, że nad­cho­dzą - odpo­wie­dział, a w wyra­zie jego twa­rzy, wygię­tych ku dołowi kąci­kach ści­śnię­tych ust, fał­dzie skóry mię­dzy oczami dostrze­gła coś, czego wcze­śniej ni­gdy u niego nie widziała. Jej ojciec się bał. Godzinę póź­niej, gdy wła­śnie zaczął padać deszcz, Bella patrzyła z okna rodzin­nego miesz­ka­nia, jak pie­chota wma­sze­ro­wuje do Rado­mia, sze­reg za sze­regiem, nie napo­ty­ka­jąc oporu. Zanim ich zoba­czyła, naj­pierw ich usły­szała, dud­nie­nie prze­dzie­ra­ją­cych się przez błota od zachodu czoł­gów, moto­cy­kli i koni. Gdy poja­wili się w zasięgu wzroku, wstrzy­mała oddech, jed­no­cze­śnie bojąc się patrzeć i odwró­cić spoj­rze­nie. Jej oczy zawi­sły na nich, gdy prze­ta­czali się bul­wa­rem Witolda w mun­du­rach w kolo­rze butel­ko­wej zie­leni i goglach upstrzo­nych kro­plami desz­czu - tacy potężni, tak liczni. Zaro­ili puste ulice mia­sta, a o zmierz­chu oku­po­wali już budynki admi­ni­stra­cji publicz­nej i ogło­sili, dobit­nym Heil Hitler towa­rzy­szą­cym wcią­gnię­ciu flag ze swa­styką, że mia­sto należy do nich. Tego widoku Bella nie zapo­mni ni­gdy.

Gdy mia­sto zna­la­zło się ofi­cjal­nie pod oku­pa­cją, wszy­scy stali się ostrożni, zarówno Żydzi, jak i Polacy, ale od początku było jasne, że to Żydzi są pierw­szym celem nazi­stów. Ci, któ­rzy odwa­żyli się wyjść na zewnątrz, nara­żali się na ryzyko napa­ści, upo­ko­rze­nia i pobi­cia. Rado­mia­nie szybko się nauczyli, żeby wycho­dzić z domo­wego azylu tylko wtedy, kiedy musieli zała­twić naj­bar­dziej konieczne sprawy. Bella wyszła tylko raz, po chleb i mleko, a idąc okrężną drogą do pol­skiego sklepu spo­żyw­czego, odkryła, że żydow­ski targ na sta­rym mie­ście, na który wcze­śniej cha­dzała, został splą­dro­wany i zamknięty. Trzy­mała się bocz­nych ulic i szła szyb­kim, pew­nym kro­kiem, ale w dro­dze powrot­nej napo­tkała scenę, która drę­czyła ją potem tygo­dniami - rabbi, z rękami zwią­za­nymi z tyłu, oto­czony przez żoł­nie­rzy Wehr­machtu i chło­stany przez nich po gło­wie to z jed­nej, to z dru­giej strony, a oni śmieją się, gdy on pró­buje się uwol­nić. Dopiero gdy Bella go minęła, zdała sobie sprawę, wzdry­ga­jąc się od napły­wa­ją­cych mdło­ści, że broda rab­biego pło­nęła.

Kilka dni po tym, jak Niemcy zajęli Radom, przy­szedł list od Jakuba. "Moja Kochana - pismo wska­zy­wało na pośpiech - jak naj­szyb­ciej przy­jedź do Lwowa. Roz­mie­ścili nas w miesz­ka­niach. Moje wystar­czy dla dwojga. Nie zno­szę być tak daleko od Cie­bie. Potrze­buję Cię tutaj. Pro­szę, przy­jedź". Podał adres. Ku jej zasko­cze­niu rodzice pozwo­lili jej jechać. Wie­dzieli, jak bar­dzo tęskni za Jaku­bem. A poza tym - myśleli Hen­ryk i Gustawa - we Lwo­wie Bella i jej sio­stra Anna mogą wza­jem­nie na sie­bie uwa­żać. Bella, z ogrom­nym uczu­ciem ulgi, przy­ci­snęła z wdzięcz­no­ścią dłoń ojca do swo­jego policzka. Następ­nego dnia zanio­sła list do ojca Jakuba, Sola. Jej rodzice nie mieli pie­nię­dzy na wyna­ję­cie woź­nicy. Kur­co­wie z kolei mieli środki i zna­jo­mo­ści, była pewna, że zechcą jej pomóc.

Sol począt­kowo jed­nak sprze­ci­wił się temu pomy­słowi.

- Abso­lut­nie się nie zga­dzam. Samotna podróż jest sta­now­czo zbyt nie­bez­pieczna - powie­dział. - Nie mogę na to pozwo­lić. Gdyby cokol­wiek ci się stało, Jakub ni­gdy by mi tego nie wyba­czył.

Lwów nie padł, ale cho­dziły głosy, że Niemcy oto­czyli mia­sto.

- Pro­szę - bła­gała Bella. - Tam nie może być gorzej niż tutaj. Jakub nie pro­siłby mnie o przy­jazd, gdyby nie uwa­żał, że to bez­pieczne. Muszę być z nim. Moi rodzice się zgo­dzili... Pro­szę, panie Kurc. Pro­szę.

Bella przez trzy dni pona­wiała swoje prośby, a Sol trzy dni odma­wiał. W końcu czwar­tego dnia ustą­pił.

- Wynajmę wóz - powie­dział, krę­cąc głową, jakby samego sie­bie roz­cza­ro­wał tą decy­zją. - Mam nadzieję, że nie będę tego żało­wał.

Nie­cały tydzień póź­niej plan był gotowy. Sol zna­lazł parę koni, wóz i woź­nicę - zwin­nego star­szego pana imie­niem Tomek, o łuko­wa­tych nogach i siwie­ją­cej bro­dzie, który pra­co­wał dla niego pod­czas lata i który dobrze znał drogę do Lwowa. Był godny zaufa­nia, mówił Sol, i dobrze radził sobie z końmi. Sol obie­cał mu, że jeśli bez­piecz­nie dowie­zie Bellę do Lwowa, będzie mógł zatrzy­mać konie i wóz. Tomek nie miał pracy i ocho­czo przy­jął ofertę.

- Włóż na sie­bie rze­czy, które chcesz ze sobą zabrać - powie­dział Sol. - Będziesz budziła mniej podej­rzeń.

Podróże cywi­lów tam, gdzie kie­dyś była Pol­ska, były jesz­cze dozwo­lone, ale nazi­ści codzien­nie wpro­wa­dzali nowe ogra­ni­cze­nia.

Bella natych­miast opo­wie­działa Jaku­bowi w liście o swo­ich pla­nach, a następ­nego dnia wyru­szyła, mając na sobie dwie pary jedwab­nych poń­czoch, gra­na­tową roz­klo­szo­waną spód­nicę do kolan (Jakuba ulu­bioną), cztery baweł­niane bluzki, weł­niany swe­ter, swój żółty jedwabny szal - uro­dzi­nowy pre­zent od Anny - fla­ne­lowy płaszcz i złotą broszkę, którą zawie­siła na szyi na łań­cuszku i scho­wała pod koszulę, żeby nie zoba­czyli jej Niemcy. Wsu­nęła do kie­szeni płasz­cza mały zestaw do szy­cia, grze­bień, rodzinną foto­gra­fię i czter­dzie­ści zło­tych, które kazał jej zabrać Sol. Zamiast walizki miała ze sobą zimową kurtkę Jakuba i wydrą­żony boche­nek wiej­skiego chleba, w któ­rym ukryty był apa­rat Jakuba marki Rol­le­iflex.

Odkąd wyje­chali z Rado­mia, minęli cztery nie­miec­kie punkty kon­tro­lne. Za każ­dym razem Bella wkła­dała pod płaszcz boche­nek chleba i uda­wała, że jest w ciąży.

- Pro­szę - bła­gała, jedną dłoń trzy­ma­jąc na brzu­chu, drugą na krzy­żo­wym odcinku ple­ców. - Muszę dostać się do męża, do Lwowa, zanim uro­dzi się dziecko.

Dotąd Wehr­macht oka­zy­wał jej litość i prze­pusz­czał wóz.

Głowa Belli koły­sze się lekko, gdy z tru­dem suną ku wscho­dowi. Jede­na­ście dni. Nie mają radia, a więc i dostępu do wia­do­mo­ści, ale przy­zwy­cza­ili się już do groź­nego war­kotu samo­lo­tów Luft­waffe, sły­sza­nych z odle­gło­ści eks­plo­zji mate­ria­łów wybu­cho­wych, zrzu­ca­nych, jak mogą tylko podej­rze­wać, na Lwów. Kilka dni temu brzmiało to tak, jakby mia­sto było oblę­żone. Bar­dziej nie­po­ko­jąca była jed­nak cisza, jaka nastała potem. Czy Lwów upadł? Czy też Pola­kom udało się Niem­ców zatrzy­mać?

Bella cią­gle się zasta­na­wia, czy Jakub jest bez­pieczny. Na pewno wezwali go do obrony mia­sta. Tomek dwa razy pytał Bellę, czy chce zawró­cić i wybrać się w podróż póź­niej. Ale nale­gała, żeby jechać dalej. Napi­sała Jaku­bowi, że przy­jeż­dża. Musi dotrzy­mać obiet­nicy. Gdyby zre­zy­gno­wała teraz, pomimo nie­pew­no­ści co do tego, co ją czeka, czu­łaby, że to tchó­rzo­stwo.

- Prrr - woła Tomek ze swo­jego kozła, a w tej samej chwili jego głos ginie wśród wrza­sków.

- Halt! Halt sofort!

Bella siada i opusz­cza stopy na pod­łogę. Wsuwa boche­nek chleba pod płaszcz i odsuwa bre­zen­tową zasłonę. Błot­ni­ska łąka na zewnątrz roi się od męż­czyzn w zie­lo­nych prze­pa­sa­nych blu­zach. Wehr­macht. Żoł­nie­rze są wszę­dzie. Bella zdaje sobie sprawę, że to nie punkt kon­tro­lny. To musi być nie­miecki front. Przez plecy zaczyna jej prze­cho­dzić dreszcz, gdy do wozu zbliża się trzech żoł­nie­rzy o kwa­dra­to­wych szczę­kach, w czap­kach z dasz­kiem, z kara­bi­nami o drew­nia­nych uchwy­tach. Sam ich wygląd - surowy wyraz twa­rzy, twardy chód, ostre kanty mun­du­rów - suge­ruje brak lito­ści.

Bella scho­dzi z wozu i czeka, pró­bu­jąc zacho­wać spo­kój.

Żoł­nierz idący z przodu, trzy­ma­jący w jed­nej ręce broń, pod­nosi wolną rękę i gwał­tow­nie wyciąga ją w jej kie­runku.

- Ausweis! - roz­ka­zuje. Otwiera dłoń. - Papiere!

Bella zamiera. Słabo zna nie­miecki.

- Twoje doku­menty, Bella - szep­cze Tomek.

Do kozła zbliża się drugi żoł­nierz, Tomek podaje mu swoje doku­menty, przez ramię zer­ka­jąc na Bellę. Ona waha się, czy podać im swój dowód oso­bi­sty, ponie­waż wynika z niego jasno, że jest Żydówką - a jest to prawda, która przy­nie­sie jej wię­cej szkody niż pożytku. Ale nie ma wyboru. Wyciąga rękę z dowo­dem i czeka, wstrzy­mu­jąc oddech, gdy żoł­nierz dokład­nie go bada. Nie wie­dząc, na czym się sku­pić, prze­suwa wzrok z dys­tynk­cji na koł­nie­rzu przez sześć czar­nych guzi­ków wzdłuż bluzy aż po słowa GOTT MIT UNS wygra­we­ro­wane na sprzączce od paska. Aku­rat te słowa Bella rozu­mie: BÓG Z NAMI.

W końcu żoł­nierz pod­nosi wzrok, a jego oczy są tak szare i bez­li­to­sne jak chmury nad nimi. Zaci­ska usta.

- Keine Zivi­li­sten von die­sem Punkt! - rzuca, odda­jąc jej doku­ment. Mówi coś o cywi­lach. Tomek wsuwa swoje doku­menty do kie­szeni i chwyta lejce.

- Pocze­kaj! - szep­cze Bella, poło­żyw­szy dłoń na brzu­chu, ale pierw­szy żoł­nierz pod­nosi kara­bin do góry i pod­bród­kiem wska­zuje zachód - kie­ru­nek, z któ­rego przy­byli.

- Keine Zivi­li­sten! Nach Hause gehen!

Gdy Bella w pro­te­ście otwiera usta, Tomek szybko i sub­tel­nie wyko­nuje ruch głową. Nie rób tego. Ma rację. Nie­ważne, czy uwie­rzą, że jesteś w ciąży, ci żoł­nie­rze nie odstą­pią od roz­ka­zów. Bella odwraca się i z wysił­kiem, poko­nana, wcho­dzi z powro­tem na wóz.

Tomek ude­rza konie po udach, odwra­cają się i zaczy­nają iść swo­imi śla­dami, sunąc na zachód, coraz dalej od Lwowa, dalej od Jakuba. Belli kręci się w gło­wie. Wierci się, jest zbyt zde­ner­wo­wana, żeby sie­dzieć bez ruchu. Wyciąga chleb z płasz­cza, kła­dzie na ławce i czołga się do tyl­nej zasłony wozu, następ­nie odsuwa ją tylko na tyle, żeby zoba­czyć, co się znaj­duje na zewnątrz. Męż­czyźni na łące wydają się mali, jak drew­niane żoł­nie­rzyki, jesz­cze mniejsi z powodu wiszą­cych nad nimi chmur. Bella pozwala cięż­kiemu bre­zen­towi opaść, wokół niej z powro­tem zapada pół­cień.

Zaje­chali już tak daleko. Są tak bli­sko celu! Bella przy­ci­ska czubki pal­ców do mięk­kiej skóry skroni, szu­ka­jąc roz­wią­za­nia. Mogą wró­cić jutro, liczyć na szczę­ście, może bar­dziej pobłaż­liwą grupę Niem­ców. Nie. Bella kręci z powąt­pie­wa­niem głową. Są na fron­cie. Tak naprawdę jakie są szanse, że ktoś pozwoli im prze­je­chać? Nagle czuje, jak pod tyloma war­stwami ubrań ogar­nia ją klau­stro­fo­bia. Zrywa z sie­bie fla­ne­lowy płaszcz i szybko prze­suwa się na ławce z powro­tem ku przo­dowi wozu, gdzie war­stwa bre­zentu oddziela ją od Tomka. Pod­nosi ją i zezuje na kozioł. Zaczęło mżyć.

- Spró­bu­jemy jutro jesz­cze raz? - Bella prze­krzy­kuje ude­rze­nia kopyt w roz­mok­nięte pod­łoże. Tomek kręci prze­cząco głową.

- Nie uda się - mówi.

Bella czuje, jak robi się jej gorąco, od karku w kie­runku uszu.

- Ale nie możemy zawró­cić! - Rzuca okiem na pudełko z pro­wian­tem leżące u jej stóp. - Nie mamy dość jedze­nia na kolejne jede­na­ście dni podróży!

Patrzy, jak ramiona Tomka koły­szą się to w jedną, to w drugą stronę, amor­ty­zu­jąc buja­nie wozu, jego głowa pod­ska­kuje, jakby był pijany. Nie odpo­wiada.

Bella pozwala bre­zen­towi opaść i osuwa się z powro­tem na ławkę. Odkąd wyje­chali z Rado­mia, nie zamie­nili ze sobą wielu słów. Bella pró­bo­wała zaga­dy­wać Tomka o bła­hostki na początku podróży, ale dziw­nie się czuła, roz­ma­wia­jąc z kimś, kogo pra­wie nie znała. A poza tym nie było wiele do powie­dze­nia. Tomek z pew­no­ścią rów­nie mocno pra­gnie dostać się do Lwowa jak ona. Jest led­wie parę kilo­me­trów od wywią­za­nia się ze swo­jej czę­ści umowy z Solem. Bella posta­na­wia, że mu o tym przy­po­mni, ale gdy ponow­nie sięga po zasłonę, konie gwał­tow­nie zjeż­dżają z drogi. Bella chwyta się ławki i napina ciało, gdy wóz koły­sze się i pod­ska­kuje po nie­rów­nym pod­łożu. Co się dzieje? Pod kołami gałę­zie trza­skają jak sztuczne ognie, a od góry dra­pią wóz. Na pewno są w lesie. Bellę nacho­dzi zła myśl: Tomek chyba nie zostawi jej tu samej w lesie? Wystar­czy­łoby pro­ste kłam­stwo, żeby zapew­nić Sola, że bez­piecz­nie dowiózł ją do Lwowa. Jej serce zaczyna galo­po­wać. Stwier­dza jed­nak, że nie. Tomek by tego nie zro­bił. Ale gdy wóz dalej się pochyla, nie może prze­stać myśleć - a może jed­nak?

W końcu konie zwal­niają i zatrzy­mują się, Bella szybko scho­dzi z wozu. Niebo pociem­niało o kilka odcieni. Wkrótce będzie takie jak gładka czarna sierść koni. Tomek scho­dzi z ławki woź­nicy. Led­wie go widać w zapa­da­ją­cych ciem­no­ściach, w czar­nej czapce i ciem­nym płasz­czu. Bella wpa­truje się w niego, puls wciąż jej sza­leje, gdy on zdej­muje koniom uzdy.

- Prze­pra­szam, że nic nie mówi­łem - odzywa się, roz­kieł­znu­jąc konie z wędzi­dła. - Ni­gdy nie wia­domo, kto słu­cha.

Bella przy­ta­kuje i czeka.

- Jeste­śmy około trzech kilo­me­trów od bocz­nej drogi, która pro­wa­dzi do Lwowa - mówi dalej Tomek. - Kawa­łek dalej jest tam polana. Łąka. Myślę, że nie ma tam ludzi, ale dla bez­pie­czeń­stwa będziesz musiała się przez nią prze­czoł­gać. Trawa powinna być na tyle wysoka, że nie będzie cię widać.

Bella zerka w kie­runku polany, ale jest zbyt ciemno, by cokol­wiek dostrzec. Tomek przy­ta­kuje, jakby samego sie­bie prze­ko­nu­jąc, że jego plan się powie­dzie.

- Jak przej­dziesz przez łąkę, idź przez las na połu­dniowy wschód przez jakąś godzinę, a doj­dziesz do drogi. Powin­naś już wtedy omi­nąć front... - prze­rywa. - Chyba że Niemcy oto­czyli mia­sto... w takim wypadku będziesz musiała pocze­kać, aż prze­suną się dalej, albo sama przejść linię frontu. Tak czy ina­czej - mówi, wresz­cie patrząc jej w oczy - myślę, że lepiej pora­dzisz sobie beze mnie.

Bella wpa­truje się w Tomka, pró­bu­jąc prze­tra­wić moż­liwe kon­se­kwen­cje jego planu. Widzi sie­bie, jak tłu­ma­czy ten pomysł Jaku­bowi czy jego ojcu. Odpo­wiedź brzmia­łaby w obu wypad­kach tak samo: nie rób tego.

- Albo zawra­camy i jedziemy z powro­tem tak szybko, jak się da, a po dro­dze szu­kamy cze­goś do jedze­nia - mówi Tomek cicho.

Wró­cić do domu byłoby bez­piecz­niej, ale Bella wie, że nie może. W gło­wie jej się kotłuje. Pró­buje prze­łknąć ślinę, ale jej gar­dło jest jak papier ścierny i zamiast tego kaszle. Tomek ma rację. Bez wozu będzie mniej podej­rzana. A jeśli już wpad­nie na Niem­ców, szyb­ciej prze­pusz­czą ją samą niż sta­rego czło­wieka, młodą kobietę i dwu­konny wóz. Zagryza wnę­trze dol­nej wargi, mil­cząc przez chwilę.

- Tak - mówi w końcu, patrząc w kie­runku polany. Tak, posta­na­wia. Jaki ma wybór? Tylko kilka godzin dzieli ją od Lwowa. Od Jakuba. Od jej uko­cha­nego, jej miło­ści. Nie może teraz zawró­cić. Jej członki nagle zdają się ważyć wię­cej pod cię­ża­rem pod­ję­tej decy­zji. Bella opiera rękę o ramę wozu. Jeśli polanę będą patro­lo­wać żoł­nie­rze, jest raczej wąt­pliwe, żeby udało się jej przejść nie­zau­wa­żoną. A jeśli uda się jej dotrzeć na drugą stronę... nie wia­domo, kto albo co może czy­hać pod osłoną lasu. Dosyć, karci się po cichu. Zaszłaś już tak daleko. Dasz radę.

- Tak - szepce, pota­ku­jąc. - Tak, to się uda. Musi się udać.

- W takim razie dobrze - mówi cicho Tomek.

- Dobrze.

Bella prze­cze­suje ręką kasz­ta­nowe włosy, grube jak wełna, tak wiele dni nie­myte. Prze­stała już pró­bo­wać ucze­sać je grze­bie­niem. Chrząka.

- Pójdę już.

- Lepiej wyrusz rano - mówi Tomek - kiedy nie będzie tak ciemno. Zostanę z tobą do świtu.

Oczy­wi­ście. Potrze­buje świa­tła dzien­nego, żeby zna­leźć drogę.

- Dzię­kuję - szepce Bella, zda­jąc sobie sprawę, że Tomek też ma przed sobą nie­bez­pieczną podróż. Wspina się z powro­tem do wozu i grze­bie w pudełku z pro­wian­tem w poszu­ki­wa­niu ostat­niego ugo­to­wa­nego jajka. Znaj­duje je, obiera i wraca do Tomka. - Pro­szę - mówi, łamiąc jajo na pół.

Tomek waha się, zanim bie­rze połowę.

- Dzię­kuję.

- Powiedz panu Kur­cowi, że zro­bi­łeś wszystko, co mogłeś, żeby mnie dowieźć do Lwowa. Jeśli... - popra­wia się - kiedy tam dotrę, napi­szę do niego wia­do­mość, że jestem bez­pieczna.

- Dobrze.

Bella przy­ta­kuje; zapada cisza, pod­czas któ­rej ona myśli o tym, na co wła­śnie się zgo­dziła. Czy po obu­dze­niu Tom­kowi wróci rozum do głowy, zro­zu­mie, że jego plan jest zbyt ryzy­kowny? Czy rano spró­buje ją prze­ko­nać, by zmie­niła zda­nie?

- Prze­śpij się - mówi Tomek, odwra­ca­jąc się do koni.

Bella zmu­sza się do uśmie­chu.

- Spró­buję.

Zatrzy­muje się na chwilę, wcho­dząc do wozu.

- Tomek - woła, czu­jąc wyrzuty sumie­nia, że w niego zwąt­piła. On patrzy na nią.

- Dzię­kuję ci za to, że tak daleko nas dopro­wa­dzi­łeś.

Tomek odpo­wiada ski­nie­niem głowy.

- Dobra­noc zatem - mówi Bella.

W środku wozu roz­kłada na pod­ło­dze kurtkę Jakuba i wyciąga się na niej na ple­cach. Jedną dłoń kła­dzie na sercu, drugą na brzu­chu i pró­buje się zre­lak­so­wać, powoli wdy­cha­jąc i wydy­cha­jąc powie­trze. To dobra decy­zja, mówi sama sobie, mru­ga­jąc w ciem­no­ści oczami.

Następ­nego ranka Bella budzi się o świ­cie z lek­kiego, nie­spo­koj­nego snu. Prze­ciera oczy i unosi boczną klapę wozu. Na zewnątrz kilka gęstych pro­mieni świa­tła zaczęło prze­dzie­rać się przez chmury, ledwo oświe­tla­jąc prze­strze­nie mię­dzy gałę­ziami drzew. Tomek już zwi­nął namiot i matę i zaprzągł konie. Wita się z nią ski­nie­niem głowy i pra­cuje dalej. Naj­wy­raź­niej nie zmie­nił zda­nia. Bella wsuwa do kie­szeni ugo­to­wany ziem­niak, trzy inne zosta­wia Tom­kowi. Zapina płaszcz, potem na nim kurtkę Jakuba, sięga po boche­nek chleba i scho­dzi z wozu. Nie­ważne, jak uciąż­liwa droga przed nią, Bella nie ma nic prze­ciwko poże­gna­niu się z cia­sną, zaple­śniałą prze­strze­nią, którą przez więk­szość ostat­nich dwóch tygo­dni nazy­wała domem.

Tomek maj­struje przy jed­nej z uzd. Gdy Bella zbliża się do niego, zdaje sobie sprawę, że żałuje, iż nie poznała go lepiej, przy­naj­mniej na tyle, żeby na poże­gna­nie móc go uści­snąć - mogłoby to dodać jej siły, napeł­nić odwagą, jakiej potrze­buje dla reali­za­cji planu. Ale nie robi tego. Ledwo go zna.

- Chcę ci powie­dzieć, że bar­dzo doce­niam wszystko, co dla mnie zro­bi­łeś - mówi, wycią­ga­jąc dłoń. Nagle doce­nie­nie małej, a prze­cież nie­skoń­cze­nie waż­nej roli, jaką Tomek ode­grał w jej życiu, staje się bar­dzo ważne. On łapie ją za rękę. Uścisk dłoni jest zaska­ku­jąco silny. Sto­jące obok konie zaczy­nają się nie­po­koić. Jeden kiwa głową, powo­du­jąc pobrzęk uprzęży. Drugi par­ska i ude­rza pod­kową w zie­mię. One też chcia­łyby już zakoń­czyć tę podróż.

- Ach, Tomku, pra­wie zapo­mnia­łam - mówi Bella, wycią­ga­jąc z kie­szeni dzie­się­cio­zło­towy bank­not. - Będziesz potrze­bo­wał jedze­nia. Trzy ziem­niaki to za mało. Wyciąga pie­nią­dze w jego stronę. - Weź, pro­szę.

Tomek patrzy pod nogi, potem z powro­tem na Bellę. Bie­rze bank­not.

- Powo­dze­nia - mówi Bella.

- Wza­jem­nie. Niech Bóg cię bło­go­sławi.

Bella kiwa głową, odwraca się i wyru­sza pod osłoną lasu w stronę łąki.

Po kilku minu­tach zbliża się do brzegu polany i zatrzy­muje się, prze­cze­su­jąc wzro­kiem otwartą prze­strzeń w poszu­ki­wa­niu oznak życia. Z tego, co jest w sta­nie się zorien­to­wać, łąka jest pusta. Bella zerka przez ramię, czy Tomek na nią patrzy, ale pod dębami widać już tylko cie­nie. To on już poje­chał? Bellę prze­cho­dzi dreszcz, gdy zdaje sobie sprawę ze swo­jej samot­no­ści. Zgo­dzi­łaś się na to, przy­po­mina sobie samej. Sama lepiej sobie pora­dzisz.

Pod­nosi spód­nicę nad kolana, zawią­zuje ją w luźny węzeł na wyso­ko­ści ud, następ­nie wkłada boche­nek pod kurtkę Jakuba i prze­suwa go tak, że leży na ple­cach. Tak. Teraz będzie jej łatwiej się poru­szać. Kuca i cicho kła­dzie na ziemi naj­pierw ręce, potem kolana.

Zie­mia pod nią chlu­pie, zimne błoto prze­lewa się mię­dzy pal­cami, koniuszki pal­ców stają się czarne jak smoła. Trawa jest długa, ostra i wil­gotna od rosy. Bez­li­to­śnie tnie ją po twa­rzy i szyi. Już po kilku minu­tach krwawi jej poli­czek i jest prze­mok­nięta do samej bie­li­zny. Nie zwa­ża­jąc na błoto, wil­goć i roz­cię­cie na policzku, klęka na chwilę, by zba­dać linię drzew znaj­du­jącą się sto metrów przed nią, a następ­nie spo­gląda przez ramię za sie­bie. Cią­gle ani śladu Niem­ców. W porządku. Opiera się z powro­tem na rękach, żału­jąc, że nie ma na sobie spodni, i zda­jąc sobie teraz sprawę, jak bez­ce­lową próż­ność oka­zała, chcąc wyglą­dać ład­nie dla Jakuba.

Prze­dzie­ra­jąc się przez chlu­piącą łąkę, Bella myśli o swo­ich rodzi­cach, o wspól­nym posiłku wie­czo­rem w przed­dzień jej wyjazdu. Matka przy­go­to­wała pie­rogi z kapu­stą i grzy­bami, Belli ulu­bione, spa­ła­szo­wali je razem z ojcem. Jed­nak Gustawa led­wie ruszyła jedze­nie leżące na tale­rzu przed nią. Gdy Bella przy­po­mina sobie widok matki sie­dzą­cej przed tale­rzem z nie­zje­dzo­nymi pie­ro­gami, ści­ska się jej serce. Zawsze była szczu­pła, ale od wkro­cze­nia Niem­ców wymi­zer­niała. Bella sądziła, że to z powodu stresu wojen­nego, i gry­zła się tym, że wyjeż­dża, widząc, jak bar­dzo wątła jest jej matka. Przy­po­mina sobie, jak następ­nego dnia, gdy łado­wała swoje rze­czy na wóz Tomka, spoj­rzała w górę w stronę miesz­ka­nia i zoba­czyła sto­ją­cych przy oknie rodzi­ców - ojca obej­mu­ją­cego ręką wątłą syl­wetkę matki, opie­ra­ją­cej otwarte dło­nie o okienne szkło. Widziała led­wie zarys ich postaci, ale ruchy ramion Gustawy wska­zy­wały, że pła­cze. Bella bar­dzo chciała poma­chać, wyje­chać od rodzi­ców z uśmie­chem na ustach, który prze­ko­nałby ich, że sobie pora­dzi, że wróci, żeby się nie mar­twili. Ale po całym bul­wa­rze Witolda roz­pełzł się Wehr­macht, nie mogła zdra­dzić, że wyjeż­dża, macha­jąc na poże­gna­nie. Zamiast tego odwró­ciła się, odcią­gnęła klapę wozu i wspięła się do środka.

Bella krzywi się, gdy ude­rza kola­nem w coś twar­dego, jakiś kamień. Oddy­cha głę­boko, by ukoić ból, i czołga się dalej, myśląc o tym, jak szybko wszystko się poto­czyło w ciągu ostat­nich dwóch tygo­dni. Wyjazd Jakuba, najazd Niem­ców, list, umowa z Tom­kiem. Gdy wyjeż­dżała z Rado­mia, była roz­go­rącz­ko­wana, myślała tylko o tym, żeby dostać się do Lwowa i być z Jaku­bem. A jej rodzice? Czy pora­dzą sobie sami? A jeśli coś im się sta­nie pod­czas jej nie­obec­no­ści? Jak im pomoże? A jeśli jej coś się sta­nie? Co będzie, jeśli nie uda się jej dostać do Lwowa? Prze­stań - karci się. Nic ci się nie sta­nie. Rodzi­com nic się nie sta­nie. Powta­rza tę inten­cję tak długo, aż moż­li­wość reali­za­cji jakie­go­kol­wiek innego sce­na­riu­sza znika z jej świa­do­mo­ści.

Czoł­ga­jąc się, pró­buje wsłu­chi­wać się w oto­cze­nie w poszu­ki­wa­niu oznak nie­bez­pie­czeń­stwa, ale jej uszy wypeł­nia tylko dud­nie­nie wła­snego pulsu. Ni­gdy by nie pomy­ślała, że cho­dze­nie na czwo­raka wymaga tyle wysiłku. Wszystko jest cięż­kie - ręce, nogi, głowa. Wszystko, co ma na sobie, cią­gnie ją ku ziemi: nie­zli­czone war­stwy ubrań, apa­rat Jakuba, cięż­kie ze zmę­cze­nia mię­śnie i pot pokry­wa­jący jej skórę mimo chłodu poranka. Bolą ją stawy, każdy staw, bio­dra, łok­cie, kolana, nad­garstki. Z każdą minutą robią się sztyw­niej­sze. Cho­lerne błoto. Zatrzy­muje się, tyłem dłoni ociera czoło i wyziera nad czubki trawy - jest w poło­wie drogi do linii lasu. Jesz­cze pięć­dzie­siąt metrów. Już pra­wie jesteś na miej­scu, mówi sobie samej, opie­ra­jąc się nagłemu pra­gnie­niu zatrzy­ma­nia się i poło­że­nia na kilka minut, żeby odpo­cząć. Nie możesz teraz sta­nąć. Odpocz­niesz, jak dotrzesz do lasu.

Sku­piona na ryt­mie wła­snego odde­chu - dwa ude­rze­nia pulsu na wde­chu przez nos, trzy na wyde­chu przez usta - Bella zato­piła się w tym sza­lo­nym ryt­mie, gdy nagle poranne niebo prze­cina ostry trzask, prze­ry­wa­jąc ciszę. Szybko opada na brzuch i spłasz­cza ciało przy ziemi, chro­niąc rękami tył głowy. Nie ma wąt­pli­wo­ści, co to za dźwięk. Wystrzał z broni. Czy będzie następny? Skąd padł strzał? Czy na nią polują? Czeka, mając napięty każdy mię­sień ciała, zasta­na­wia się, co robić. Ucie­kać? Czy zostać w ukry­ciu? Instynkt pod­po­wiada jej, żeby uda­wać mar­twą. I tak leży, z nosem cen­ty­metr od błota, wdy­cha­jąc zapach stra­chu i mokrej ziemi, licząc mija­jące sekundy. Mija minuta, potem dwie, nasłu­chuje z wytę­że­niem, jak łąka bawi się z nią w ciu­ciu­babkę. Czy to wiatr sze­lesz­czący wśród traw? Czy czy­jeś kroki?

W końcu, nie mogąc już wytrzy­mać, Bella wci­ska dło­nie w błoto i pod­nosi się w zwol­nio­nym tem­pie. Prze­cze­suje wzro­kiem hory­zont poprzez trawę. Na tyle, na ile widzi, nikogo nie ma. Może wystrzał wyda­wał się bliż­szy, niż był w rze­czy­wi­sto­ści. Nie zwa­ża­jąc na to, że mógł pocho­dzić z kie­runku, w któ­rym zmie­rza, znów zaczyna się czoł­gać, teraz szyb­ciej. Mię­śnie nie są już cięż­kie ze zmę­cze­nia, ener­gii dodaje im prze­ra­ża­jące poczu­cie naglą­cej potrzeby.

Uda ci się. Już nie­da­leko. Tylko, Jaku­bie, bądź tam, jak przyjdę. Pod adre­sem, jaki mi poda­łeś. Pocze­kaj na mnie. Powta­rza te słowa z każ­dym odde­chem. Pro­szę, Jaku­bie. Bądź tam.

ROZDZIAŁ PIĄTY

Mila

Radom, Pol­ska ~ 20 wrze­śnia 1939

MILA CZUJE, ŻE COŚ JEST NIE TAK, już w chwili gdy otwiera oczy. W miesz­ka­niu jest zbyt cicho, zbyt spo­koj­nie. Bie­rze szybki oddech i siada, pro­stu­jąc krę­go­słup. Feli­cja. Mila scho­dzi z łóżka i boso bie­gnie przez hol do pokoju dzie­cię­cego.

Drzwi otwie­rają się bez­gło­śnie, Mila mruga w ciem­no­ści i zdaje sobie sprawę, że zapo­mniała spraw­dzić, która godzina. Cicho pod­cho­dzi do okna, a gdy odsuwa na bok ciężką bla­do­ró­żową zasłonę, pokój wypeł­nia pro­mień mięk­kiego, przy­tłu­mio­nego świa­tła. Świta. Mila led­wie może dostrzec zarys syl­wetki poprzez pręty koły­ski. Na pal­cach zbliża się do jej porę­czy.

Feli­cja leży na boku, nie rusza się, twarz ma przy­krytą zawi­nię­tym nad uchem kocy­kiem. Mila sięga w dół i pod­nosi mały baweł­niany koc, kła­dzie deli­kat­nie dłoń na tyle główki Feli­cji, cze­ka­jąc, aż dziew­czynka wes­tchnie, wyda z sie­bie jakiś szmer, cokol­wiek. Dla­czego, zasta­na­wia się Mila, nawet gdy jej córka śpi, ona mar­twi się, że stało się jej coś okrop­nego? W końcu Feli­cja poru­sza się, wzdy­cha i prze­wraca na drugi bok. Po kilku sekun­dach znów nie­ru­cho­mieje. Mila oddy­cha z ulgą. Wyśli­zguje się z pokoju, zosta­wia­jąc uchy­lone drzwi.

Doty­ka­jąc pal­cami ścian, cicho prze­cho­dzi do kuchni, rzu­ca­jąc okiem na sto­jący w końcu kory­ta­rza zegar. Za chwilę będzie szó­sta rano.

- Dorota? - woła cicho. Rano zazwy­czaj budzi ją gwiz­dek czaj­nika, gdy Dorota przy­go­to­wuje dla niej her­batę. Ale jest jesz­cze wcze­śnie. Dorota, która w tygo­dniu mieszka w małej służ­bówce obok kuchni, zazwy­czaj nie zaczyna dnia przed szó­stą trzy­dzie­ści. Na pewno jesz­cze śpi.

- Dorota? - raz jesz­cze woła Mila, świa­doma, że może ją obu­dzić, ale nie jest w sta­nie pozbyć się wra­że­nia, że coś jest nie tak. Pew­nie, tłu­ma­czy sobie, to dla­tego, że wciąż jesz­cze nie przy­zwy­cza­iła się do tego, że budzi się bez Selima przy boku. Minęły już pra­wie dwa tygo­dnie, odkąd jej męża, razem z Gen­kiem, Jaku­bem i Ada­mem, wysłano do Lwowa, by przy­łą­czyli się do pol­skiej armii. Selim obie­cał, że napi­sze, jak tylko będzie na miej­scu, ale dotąd nie przy­szedł żaden list.

Mila obse­syj­nie nasłu­chuje wia­do­mo­ści ze Lwowa. Według rapor­tów mia­sto jest oblę­żone. I jakby mało było zagro­że­nia ze strony Niem­ców, dwa dni temu w radiu gruch­nęła wia­do­mość, że Zwią­zek Radziecki zawią­zał sojusz z nazi­stow­skimi Niem­cami. Wszel­kie pakty o nie­agre­sji pod­pi­sane wcze­śniej z Pol­ską zostały zła­mane i mówi się, że teraz Armia Czer­wona Sta­lina zbliża się do Lwowa od wschodu. Polacy na pewno wkrótce zostaną zmu­szeni do kapi­tu­la­cji. Mila po cichu ma nadzieję, że to zro­bią. Wtedy może jej mąż wróci do domu.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Adi

Paryż, Fran­cja ~ począ­tek marca 1939

NIE PLA­NO­WAŁ NIE SPAĆ CAŁĄ NOC. Zamie­rzał wyjść z Grand Duc koło pół­nocy, żeby zdrzem­nąć się parę godzin na Gare du Nord przed pocią­giem powrot­nym do Tuluzy. Teraz, spo­gląda na zega­rek, jest pra­wie szó­sta rano.

Tak działa na niego Mont­mar­tre. Kluby jaz­zowe, kaba­rety, rze­sze mło­dych, pew­nych sie­bie pary­żan, nie­po­zwa­la­ją­cych, by cokol­wiek, nawet groźba wojny, zepsuło im nastrój. Ta atmos­fera jest odu­rza­jąca. Adi dopija koniak i wstaje, wal­cząc z pokusą, by zostać i posłu­chać jesz­cze jed­nego seta. Na pewno jest jakiś póź­niej­szy pociąg. Myśli jed­nak o liście, który wsu­nął do kie­szeni płasz­cza, i nabiera powie­trza do płuc. Powi­nien już iść. Zbiera płaszcz, sza­lik i czapkę, mówi adieu kole­gom i wycho­dzi, lawi­ru­jąc mię­dzy kil­ku­na­stoma sto­li­kami, z któ­rych połowa wciąż jest zajęta przez klien­tów palą­cych gitany i koły­szą­cych się w rytm Time on My Hands Bil­lie Holi­day.

Gdy drzwi wej­ściowe koły­szą się już za nim, Adi bie­rze głę­boki oddech, sma­ku­jąc świeże powie­trze, rześ­kie i chłodne. Szron na Rue Pigalle zaczął już top­nieć, pod póź­no­zi­mo­wym nie­bem bru­ko­wana ulica błysz­czy kalej­do­sko­pem odcieni sza­ro­ści. Adi uświa­da­mia sobie, że aby zdą­żyć na pociąg, musi się spie­szyć. Obraca się, rzuca okiem na swoje odbi­cie w witry­nie klubu. Czuje ulgę, bo patrzący na niego młody męż­czy­zna mimo nie­prze­spa­nej nocy wygląda cał­kiem przy­zwo­icie. Trzyma się pro­sto, spodnie prze­pa­sane wysoko w talii mają wciąż ostre kanty i man­kiety, a ciemne włosy są zacze­sane do tyłu, tak jak lubi, gładko, bez prze­działka. Owija szal wokół szyi i wyru­sza w stronę dworca.

W innych czę­ściach mia­sta, przy­pusz­cza Adi, ulice są ciche i opu­sto­szałe. Więk­szość witryn skle­po­wych chro­nio­nych żela­znymi kra­tami nie otwo­rzy się wcze­śniej niż w połu­dnie. Nie­które w ogóle nie zostaną otwarte - FERMÉ INDÉFINIMENT - napi­sano na witry­nie, ich wła­ści­ciele ucie­kli na wieś. Ale tu, na Mont­mar­tre, sobota gładko prze­szła w nie­dzielę, a ulice pełne są arty­stów, tan­ce­rzy, muzy­ków i stu­den­tów. Wyle­wają się z klu­bów i kaba­re­tów, śmie­jąc się i zacho­wu­jąc tak, jakby nie mieli żad­nych zmar­twień. Idąc, chowa brodę w koł­nierz płasz­cza, w ostat­niej chwili pod­nosi wzrok, uni­ka­jąc zde­rze­nia z idącą w jego stronę młodą kobietą w sukni ze srebr­nej lamy.

- Excu­sez-moi, Mon­sieur - rumie­niąc się, mówi z uśmie­chem nie­zna­joma spod żół­tego kape­lu­sika ozdo­bio­nego pió­rami. Adi domy­śla się, że jest pio­sen­karką. Tydzień temu może by ją zagad­nął.

- Bon­jour Made­mo­iselle. - Kiwa głową i idzie dalej.

Gdy mija róg Rue Vic­tor Masse, na któ­rym usta­wiła się już kolejka przed cało­nocną restau­ra­cją Mit­chell's, czuje zapach sma­żo­nego kur­czaka i zaczyna mu bur­czeć w brzu­chu. Przez okna restau­ra­cji Adi dostrzega klien­tów roz­ma­wia­ją­cych przy kub­kach paru­ją­cej kawy i taler­zach wypeł­nio­nych po brzegi śnia­da­niami w stylu ame­ry­kań­skim. Innym razem - mówi sobie i idzie dalej na wschód, w stronę dworca.

Led­wie pociąg ruszył, Adi wyciąga z kie­szeni płasz­cza list. Odkąd go dostał, wczo­raj, prze­czy­tał już dwa razy i nie może prze­stać o nim myśleć. Prze­jeż­dża pal­cami po adre­sie nadawcy. War­szaw­ska 14, Radom, Pol­ska.

Dosko­nale wyobraża sobie mamę, jak sie­dzi przy swoim biurku z saty­no­wego drewna, z pió­rem w ręku, pro­mień słońca oświe­tla łagodny zarys jej pulch­nej szczęki. Tęskni za nią bar­dziej, niż się spo­dzie­wał, gdy sześć lat temu wyje­chał z Pol­ski do Fran­cji. Miał wtedy dzie­więt­na­ście lat i długo roz­wa­żał, czy nie zostać w Rado­miu, gdzie byłby bli­sko rodziny i gdzie miał nadzieję na karierę muzyczną. Kom­po­no­wał, od kiedy był nasto­lat­kiem, i nie potra­fił sobie wyobra­zić więk­szego poczu­cia speł­nie­nia niż spę­dza­nie całych dni przy kla­wia­tu­rze i pisa­niu pio­se­nek. To matka nakło­niła go, by zło­żył papiery w pre­sti­żo­wym Insti­tut Poly­tech­ni­que w Gre­no­ble, i to ona nama­wiała, by tam poje­chał, gdy już został przy­jęty.

- Adi, jesteś uro­dzo­nym inży­nie­rem - powie­działa, przy­po­mi­na­jąc, jak to w wieku sied­miu lat roze­brał na czę­ści zepsute rodzinne radio, roz­ło­żył na stole w jadalni, a potem zło­żył z powro­tem, tak że wyglą­dało jak nowe. - Nie tak łatwo utrzy­mać się z muzyki. Wiem, że to twoja pasja. Masz talent i powi­nie­neś go roz­wi­jać. Ale Adi, naj­pierw wykształ­ce­nie.

Wie­dział, że miała rację. Wobec tego wyje­chał na stu­dia, obie­cu­jąc, że po ich ukoń­cze­niu wróci do domu. Gdy tylko jed­nak zosta­wił za sobą pro­win­cjo­nalne gra­nice Rado­mia, otwo­rzyło się przed nim cał­kiem nowe życie. Cztery lata póź­niej, już z dyplo­mem w ręku, dostał ofertę dobrze płat­nej pracy w Tulu­zie. Miał przy­ja­ciół z całego świata - z Paryża, Buda­pesztu, Lon­dynu, Nowego Orle­anu. Roz­wi­nął w sobie nowe upodo­ba­nie do sztuki i kul­tury, do paté de foie gras i maśla­nej dosko­na­ło­ści świeżo upie­czo­nego cro­is­santa. Miał wła­sne (choć malut­kie) miesz­ka­nie w cen­trum Tuluzy i luk­sus podró­żo­wa­nia do Pol­ski, kiedy tylko zapra­gnie. Wyko­rzy­sty­wał go przy­naj­mniej dwa razy w roku, na Rosz Haszana i Pesach. I miał swoje week­endy na Mont­mar­tre, dziel­nicy tak prze­siąk­nię­tej muzyką, że nie było niczym nie­co­dzien­nym, by miej­scowi napili się z Cole'em Por­te­rem w Hot Club, wysłu­chali występu nie­spo­dzianki Djanga Rein­hardta w Brick­top's albo, gdy się było Adim, obser­wo­wali w zachwy­cie, jak Jose­phine Baker prze­mie­rza foks­tro­tem scenę w Zelli, ze swoim oswo­jo­nym gepar­dem na smy­czy przy­cze­pio­nej do dia­men­to­wej obroży. Ni­gdy wcze­śniej Adi nie miał tak wielu źró­deł inspi­ra­cji do prze­le­wa­nia nut na papier, do tego stop­nia, że zaczął się zasta­na­wiać, jak by to było prze­nieść się do Sta­nów Zjed­no­czo­nych, ojczy­zny wiel­kich muzy­ków, miej­sca, gdzie naro­dził się jazz. Może w Ame­ryce, marzył, mógłby spró­bo­wać szczę­ścia i do współ­cze­snego kanonu dodać wła­sne kom­po­zy­cje. Kusząca myśl, ale reali­za­cja tego pomy­słu ozna­cza­łaby jesz­cze więk­sze odda­le­nie od rodziny.

Gdy Adi wyj­muje z koperty list od mamy, po ple­cach prze­cho­dzi go lekki dreszcz.

Mój naj­droż­szy Adi, Dzię­kuję za list. Bar­dzo nam się z ojcem spodo­bało, jak opi­sa­łeś operę w Palais Gar­nier. U nas wszystko dobrze, cho­ciaż Genek wciąż jest wście­kły z powodu degra­da­cji i nie dzi­wię się mu. Halina się nie zmie­nia, jest tak poryw­cza, że czę­sto wydaje mi się, że zaraz wybuch­nie. Cze­kamy, aż Jakub ogłosi zarę­czyny z Bellą, ale znasz swo­jego brata, nie można go popę­dzać! Ostat­nio cie­szą mnie popo­łu­dnia spę­dzane z malutką Feli­cją. Nie mogę się docze­kać, aż ją poznasz, Adi. Zaczęły jej rosnąć włosy - są rude jak cyna­mon! Lada dzień powinna prze­spać wresz­cie całą noc. Biedna Mila jest wykoń­czona. Wciąż jej przy­po­mi­nam, że z cza­sem będzie łatwiej.

Adi prze­kłada list na drugą stronę i prze­kręca się na ławce. Tutaj nastrój matki zmie­nia się na gor­szy.

Muszę Ci powie­dzieć, kocha­nie, że w ciągu ostat­niego mie­siąca pewne rze­czy się tu zmie­niły. Rot­szajn zamknął sklep z arty­ku­łami żela­znymi - trudno uwie­rzyć, po nie­mal pięć­dzie­się­ciu latach pro­wa­dze­nia inte­resu. Rów­nież Kosman prze­niósł swój biz­nes z zega­rami i rodzinę do Pale­styny, po tym, jak po raz kolejny zde­mo­lo­wali mu sklep. Nie prze­ka­zuję Ci tych wia­do­mo­ści, Adi, żeby Cię zmar­twić, po pro­stu czu­łam, że ukry­wa­nie ich przed Tobą będzie nie­uczciwe. Co pro­wa­dzi mnie do głów­nego celu tego listu: razem z ojcem uwa­żamy, że powi­nie­neś pozo­stać na Pesach we Fran­cji i pocze­kać z wizytą u nas do lata. Okrop­nie będzie nam Cie­bie bra­ko­wało, ale wydaje się, że podró­żo­wa­nie teraz jest nie­bez­pieczne, zwłasz­cza przez Niemcy. Pro­szę, Adi, pomyśl o tym. Dom to dom - my tu zosta­niemy. Tym­cza­sem pisz, co u Cie­bie, gdy tylko będziesz mógł. Jak tam twoja nowa kom­po­zy­cja? Kocham cię, Mama

Adi wzdy­cha, jesz­cze raz pró­bu­jąc to wszystko zro­zu­mieć. Sły­szał o zamy­ka­nych skle­pach, o żydow­skich rodzi­nach wyjeż­dża­ją­cych do Pale­styny. Wia­do­mo­ści od mamy nie są zaska­ku­jące. Nie­po­koi go jed­nak ton listu. Już w prze­szło­ści wspo­mi­nała, że sporo zaczęło się zmie­niać - była wście­kła, gdy Gen­kowi ode­brano dyplom praw­nika - ale listy matki są zazwy­czaj pogodne i opty­mi­styczne. Jesz­cze w ubie­głym mie­siącu pytała, czy nie poje­chałby z nią na Moniuszkę do Teatru Wiel­kiego w War­sza­wie, i opo­wie­działa o rocz­ni­co­wej kola­cji, jaką zje­dli z ojcem u Wierz­bic­kiego, jak sam Wierz­bicki przy­wi­tał ich przy drzwiach i zapro­po­no­wał, że przy­go­tuje coś spe­cjal­nego, spoza karty.

Ten list jest inny. Do Adiego dociera, że matka się boi.

Kręci głową. Ani razu przez dwa­dzie­ścia pięć lat swo­jego życia nie widział, by Nechama cze­go­kol­wiek się bała. Ani razu ani on, ani żadne z jego braci i sióstr nie opu­ściło wspól­nie obcho­dzo­nego święta Pesach w Rado­miu. Dla jego mamy nie ma nic waż­niej­szego niż rodzina, a teraz ona prosi go, by na święto został w Tulu­zie. W pierw­szej chwili Adi wmó­wił sobie, że jej obawy są prze­sa­dzone. Ale czy na pewno?

Wygląda przez okno na znany pej­zaż fran­cu­skiej wsi. Przez chmury prze­ziera słońce. Na polach poja­wiają się pierw­sze kolory wio­sny. Świat wydaje się spo­kojny, tak samo jak zawsze. A jed­nak prze­strogi z listu mamy naru­szyły jego spo­kój, wytrą­ciły go z rów­no­wagi.

Oszo­ło­miony, Adi zamyka oczy i przy­po­mina sobie ostat­nią wizytę w domu, we wrze­śniu, szu­ka­jąc jakichś zna­ków, cze­goś, co mógł prze­ga­pić. Przy­po­mina sobie, że ojciec, jak co tydzień, grał w karty z grupką han­dla­rzy - Żydów i Pola­ków - w aptece Pod­wor­skiego, pod fre­skiem z bia­łym orłem zdo­bią­cym sufit. Ojciec Król, ksiądz w kościele Świę­tego Ber­nar­dyna, który podzi­wia wir­tu­oze­rię Mili przy for­te­pia­nie, zaszedł do nich, by jej posłu­chać. Kucharka przy­go­to­wała na Rosz Haszanę chałkę z mio­dem, a Adi długo się nie kładł: słu­chał Benny'ego Good­mana, pił côte de nuits i żar­to­wał z braćmi do póź­nych godzin noc­nych. Nawet Jakub, wyco­fany jak zwy­kle, odło­żył apa­rat foto­gra­ficzny i przy­łą­czył się do towa­rzy­stwa. Wszystko wyda­wało się względ­nie nor­malne.

I wtedy zasy­cha Adiemu w gar­dle: a jeśli były sygnały, tylko je zlek­ce­wa­żył? Albo, co gor­sza, nie dostrzegł ich, po pro­stu dla­tego, że nie chciał?

W jego gło­wie poja­wia się nagle obraz świeżo wyma­lo­wa­nej swa­styki, jaką widział na murze Jar­din Gou­do­uli w Tulu­zie. Myśl wędruje do dnia, w któ­rym pod­słu­chał, jak jego szef w fir­mie inży­nie­ryj­nej szep­cze o tym, czy Adi sta­nowi dla nich obcią­że­nie. Myśleli, że ich nie sły­szy. Wędruje ku poza­my­ka­nym w całym Paryżu skle­pom. Ku zdję­ciom we fran­cu­skich gaze­tach, opu­bli­ko­wa­nym po listo­pa­do­wej nocy krysz­ta­ło­wej: znisz­czone fronty skle­pów, spa­lone syna­gogi, tysiące Żydów ucie­ka­ją­cych z Nie­miec, zabie­ra­ją­cych ze sobą na tacz­kach lampki nocne, ziem­niaki i star­szych człon­ków rodziny.

Sygnały na pewno były. Ale Adi pomniej­szał ich zna­cze­nie, igno­ro­wał je. Wmó­wił sobie, że mały napis na ścia­nie jesz­cze nikomu nie zro­bił krzywdy. Że jeśli miałby stra­cić pracę, to znaj­dzie nową. Że to, co się dzieje w Niem­czech, choć jest nie­po­ko­jące, to jed­nak dzieje się za gra­nicą i ktoś to w końcu powstrzyma. Teraz jed­nak, trzy­ma­jąc w ręku list od matki, Adi dostrzega z zatrwa­ża­jącą kla­row­no­ścią znaki, które wcze­śniej posta­no­wił zigno­ro­wać.

Otwiera oczy, gdy nagle jedna myśl wywo­łuje w nim mdło­ści: Powi­nie­neś był wró­cić do domu już wiele mie­sięcy temu.

Składa list do koperty i wsuwa z powro­tem do kie­szeni płasz­cza. Posta­na­wia, że napi­sze do mamy, jak tylko znaj­dzie się w swoim miesz­ka­niu w Tulu­zie. Powie jej, żeby się nie mar­twiła, że przy­je­dzie do Rado­mia zgod­nie z pla­nem, że teraz bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej pra­gnie być z rodziną. Powie jej, że nowa kom­po­zy­cja idzie dobrze i że cie­szy się na moment, kiedy jej ją zagra. Ta myśl odro­binę go pocie­sza, wyobraża sobie, jak sie­dzi przy kla­wi­szach ste­in­waya w domu rodzi­ców, a wokół niego gro­ma­dzi się cała rodzina.

Adi ponow­nie kie­ruje wzrok na spo­kojny widok wsi za oknem. Jutro, posta­na­wia, kupi bilet na pociąg, przy­go­tuje doku­menty podróżne, spa­kuje bagaż. Nie będzie cze­kał na Pesach. Szef będzie zły, że wyjeż­dża wcze­śniej, ale Adi ma to w nosie. Liczy się tylko to, że już za kilka dni będzie w dro­dze do domu.

ROZDZIAŁ DRUGI

Genek

Radom, Pol­ska ~ 18 marca 1939

GENEK ZADZIERA GŁOWĘ i bokiem, ku sza­rym kaflom baro­wego sufitu, wypusz­cza węży­kiem z ust smugę dymu.

- Ostat­nie roz­da­nie - stwier­dza.

Sie­dzący po dru­giej stro­nie stołu Rafał chwyta jego spoj­rze­nie.

- Tak wcze­śnie? - zaciąga się papie­ro­sem. - Żona obie­cała ci coś eks­tra, jak wró­cisz do domu o przy­zwo­itej godzi­nie? - Pusz­cza oko, wydmu­chu­jąc dym.

Herta była z nimi na kola­cji, ale wyszła wcze­śniej.

Genek się śmieje. Przy­jaźni się z Rafa­łem od pod­sta­wówki, kiedy to sporo czasu spę­dzali razem, sku­leni nad tacami z obia­dem, roz­ma­wia­jąc o tym, którą z kole­ża­nek zapro­sić na zabawę na koniec roku szkol­nego albo którą aktorkę wole­liby zoba­czyć nago, Eve­lyn Brent czy Renée Adorée. Rafał wie, że Herta jest inna niż dziew­czyny, z któ­rymi kie­dyś spo­ty­kał się Genek, ale gdy nie ma jej w pobliżu, lubi się z nim podro­czyć. Genek nie może mieć mu tego za złe. Zanim poznał Hertę, kobiety były jego sła­bo­ścią. Ma nie­bie­skie oczy, dołeczki w policz­kach i nie­od­party, hol­ly­wo­odzki wdzięk. Przez więk­szość trze­ciej dekady życia upa­jał się rolą jed­nego z naj­bar­dziej pożą­da­nych kawa­le­rów w Rado­miu. Wów­czas wcale mu nie prze­szka­dzało, gdy kobieta zwra­cała na niego uwagę. Ale potem poja­wiła się Herta i wszystko się zmie­niło. Teraz jest ina­czej. Ona jest inna.

Coś ociera się o jego łydkę pod sto­łem. Spo­gląda na bok.

- Szkoda, że nie zosta­niesz - mówi sie­dząca obok niego młoda kobieta, szu­ka­jąc jego wzroku. Genek wła­śnie ją poznał. To Klara. Nie, Kara. Nie pamięta. Jest przy­ja­ciółką żony Rafała, przy­je­chała w odwie­dziny z Lublina. Dziew­czyna wygina kącik ust w zawsty­dzo­nym uśmie­chu, ale wciąż przy­ci­ska do jego nogi czu­bek swo­jego pół­buta.

W daw­nym życiu może by został. Ale flirty już go nie inte­re­sują. Uśmie­cha się do dziew­czyny, tro­chę mu jej szkoda.

- Rze­czy­wi­ście, już mnie nie ma - mówi, kła­dąc karty na stole. Gasi murada, zosta­wia­jąc peta wysta­ją­cego niczym zła­many ząb w prze­peł­nio­nej popiel­niczce, i wstaje. - Panie i pano­wie, jak zawsze było mi nie­zmier­nie miło. Do zoba­cze­nia, Iwono - dodaje, zwra­ca­jąc się do żony Rafała i wska­zu­jąc na niego ski­nie­niem głowy. - Pil­nuj go, żeby nie łado­wał się w kło­poty. - Iwona się śmieje. Rafał znów pusz­cza oko. Genek salu­tuje dwoma pal­cami i zwraca się w kie­runku drzwi.

Mar­cowa noc jest nad­zwy­czaj zimna. Męż­czy­zna chowa ręce w kie­sze­niach płasz­cza i szybko wyru­sza w kie­runku Ziel­nej, cie­sząc się per­spek­tywą spo­tka­nia z kobietą, którą kocha. Wie­dział, że Herta jest tą jedyną, od momentu gdy dwa lata temu pierw­szy raz ją zoba­czył. Wciąż dobrze pamięta ten week­end. Wybrali się na narty do Zako­pa­nego, uzdro­wi­ska u stóp pol­skich Tatr. On miał dwa­dzie­ścia dzie­więć lat, Herta dwa­dzie­ścia pięć. Przy­pad­kiem jechali razem wycią­giem krze­seł­ko­wym i w ciągu tej dzie­się­cio­mi­nu­to­wej drogi na szczyt Genek się w niej zako­chał. W jej ustach, od tego zacznijmy, bo były pełne i w kształ­cie serca, i były nie­mal wszyst­kim, co widział pod jej kre­mową weł­nianą czapką i sza­li­kiem. Był jesz­cze jej nie­miecki akcent, który kazał mu słu­chać jej w spo­sób, do któ­rego nie był przy­zwy­cza­jony, i jej uśmiech, taki swo­bodny, i to, jak w poło­wie drogi na górę odrzu­ciła głowę do tyłu, zamknęła oczy i powie­działa: - Czyż nie wspa­niały jest zapach sosny zimą? - Roze­śmiał się, myśląc przez chwilę, że żar­tuje, ale zaraz zro­zu­miał, że nie żar­to­wała. Szcze­rość była jedną z cech Herty, które wkrótce miał zacząć podzi­wiać, tak samo jak jej nie­po­skro­mioną pasję do prze­by­wa­nia na świe­żym powie­trzu i skłon­ność do szu­ka­nia piękna w naj­prost­szych rze­czach. Podą­żył za nią w dół stoku, pró­bu­jąc nie myśleć o tym, że była przy­naj­mniej dwa razy lep­sza w jeź­dzie na nar­tach niż on, wśli­znął się obok niej w kolejkę do wyciągu i zapro­sił ją na kola­cję. Gdy się wahała, uśmiech­nął się i powie­dział, że już zamó­wił sanie z końmi. Roze­śmiała się i ku rado­ści Genka zgo­dziła się na randkę. Sześć mie­sięcy póź­niej się oświad­czył.

Już w swoim miesz­ka­niu Genek cie­szy się, widząc poświatę zza drzwi sypialni. Zastaje Hertę w łóżku, z jej ulu­bio­nym tomem wier­szy Ril­kego na kola­nach. Herta pocho­dzi z Biel­ska, mia­sta w zachod­niej Pol­sce, gdzie więk­szość ludzi mówi po nie­miecku. W roz­mo­wach rzadko już używa języka, w któ­rym dora­stała, ale lubi w nim czy­tać, zwłasz­cza poezję. Wydaje się, że nie zauważa, jak Genek wcho­dzi do pokoju.

- To dopiero musi być zaj­mu­jący wiersz - drażni się Genek.

- O! - mówi Herta, pod­no­sząc wzrok. - Nie sły­sza­łam, jak wsze­dłeś.

- Mar­twi­łem się, że już będziesz spała - Genek uśmie­cha się sze­roko. Wyswo­ba­dza się z płasz­cza i prze­rzuca go przez poręcz krze­sła. Chu­cha w dło­nie, by je ogrzać.

Herta uśmie­cha się i kła­dzie książkę na pier­siach, zakła­da­jąc pal­cem miej­sce, gdzie czy­tała.

- Wró­ci­łeś o wiele wcze­śniej, niż sądzi­łam. Czyż­byś prze­grał wszyst­kie nasze pie­nią­dze? A może cię wyrzu­cili?

Genek zdej­muje buty i swe­ter, odpina man­kiety koszuli.

- Wła­śnie że jestem do przodu. To był dobry wie­czór. Tyle że bez cie­bie nudny.

Na tle bia­łej pościeli, w jasno­żół­tej koszuli noc­nej, ze swymi głę­boko osa­dzo­nymi oczami, ide­al­nymi ustami i wło­sami w kolo­rze orze­cha, opa­da­ją­cymi falami na ramiona, Herta wygląda, jakby wyszła ze snu, a Genek jesz­cze raz przy­po­mina sobie, jak wiel­kim jest szczę­ścia­rzem, że ją zna­lazł. Roz­biera się do bie­li­zny i wśli­zguje się obok niej do łóżka.

- Tęsk­ni­łem - mówi, opie­ra­jąc się na łok­ciu, i całuje ją.

Herta zwilża usta.

- Ostatni drink - niech zgadnę - Bichat.

Genek przy­ta­kuje ze śmie­chem. Znów ją całuje, ich języki się spo­ty­kają.

- Kochany, musimy uwa­żać - szep­cze Herta, odsu­wa­jąc się.

- Prze­cież zawsze uwa­żamy.

- Tylko że to wypada mniej wię­cej teraz.

- Ach - mówi Genek, roz­ko­szu­jąc się jej cie­płem, słod­kim kwia­to­wym zapa­chem szam­ponu w jej wło­sach.

- To byłoby teraz nie­roz­sądne - dodaje Herta. - Nie sądzisz?

Wiele godzin wcze­śniej przy kola­cji roz­ma­wiali z przy­ja­ciółmi o groź­bie wojny, o tym, jak łatwo Austria i Cze­cho­sło­wa­cja wpa­dły w ręce Rze­szy i jak zaczęła się zmie­niać sytu­acja w Rado­miu. Genek wykrzy­ki­wał w zło­ści, że został zde­gra­do­wany w fir­mie praw­ni­czej do pozy­cji asy­stenta, i odgra­żał się, że prze­pro­wa­dzi się do Fran­cji.

- Tam przy­naj­mniej mógł­bym wyko­rzy­stać swoje wykształ­ce­nie.

- Nie jestem pewna, czy lepiej by ci było we Fran­cji - powie­działa Iwona. - Führer nie ata­kuje już tylko kra­jów nie­miec­ko­ję­zycz­nych. A co, jeśli to dopiero począ­tek? Co, jeśli Pol­ska jest następna?

Przy stole zapa­no­wała na chwilę cisza, którą prze­rwał Rafał.

- Nie­moż­liwe - stwier­dził, krę­cąc powąt­pie­wa­jąco głową. - Może spró­bo­wać, ale go powstrzy­mają.

Genek przy­znał mu rację.

- Pol­skie woj­sko ni­gdy by na to nie pozwo­liło - dodał. Przy­po­mina sobie teraz, że wła­śnie w trak­cie tej roz­mowy Herta prze­pro­siła i wyszła.

Oczy­wi­ście ona ma rację. Powinni uwa­żać. Spro­wa­dzać dziecko na świat, który zdaje się nie­po­ko­jąco zbli­żać do prze­pa­ści, byłoby czymś nie­roz­sąd­nym i nie­od­po­wie­dzial­nym. Ale leżąc tak bli­sko, Genek potrafi myśleć tylko o jej skó­rze, o jej udzie opar­tym o jego. Jej słowa, jak małe bąbelki w ostat­nim kie­liszku szam­pana, który wypił, wypły­wają z jej ust, by roz­pu­ścić się gdzieś głę­boko w jego gar­dle.

Genek całuje ją po raz trzeci, a wtedy Herta zamyka oczy. Tak do końca nie jest prze­ko­nana - myśli. Sięga ponad nią, by zga­sić świa­tło, i czuje, jak Herta pod nim mięk­nie. Pokój wypeł­nia ciem­ność, a on wsuwa dłoń pod jej koszulę.

- Zimno! - pisz­czy Herta.

- Prze­pra­szam - odpo­wiada jej szep­tem.

- Nie, wcale nie prze­pra­szasz, Genek...

- Wojna, wojna, wojna. - Całuje jej kość policz­kową, ucho. - Jestem już nią zmę­czony, a ona nawet się nie zaczęła - mówi, kro­cząc pal­cami od żeber w kie­runku linii jej talii.

Herta wzdy­cha, potem chi­cho­cze.

- A co powiesz na to? - dodaje Genek, a źre­nice roz­sze­rzają mu się, jakby wła­śnie doznał obja­wie­nia. - Co, jeśli nie będzie wojny? - Kręci z powąt­pie­wa­niem głową. - Odmó­wi­li­by­śmy sobie na próżno. A Hitler, ten mały chu­jek, byłby górą. - Uśmie­cha się.

Herta wie­dzie pal­cem po zagłę­bie­niu w jego policzku.

- Te dołeczki wpę­dzą mnie do grobu - mówi, krę­cąc głową. Genek jesz­cze sze­rzej się uśmie­cha, a Herta mu przy­ta­kuje.

- Masz rację - daje za wygraną. - To byłoby straszne.

Książka spada gło­śno na pod­łogę, gdy Herta prze­kręca się na bok, by zna­leźć się naprze­ciwko niego.

- Bum­sen der Krieg.

Genek nie może powstrzy­mać śmie­chu.

- Racja. Pie­przyć wojnę - mówi, nacią­ga­jąc koc na ich głowy.

ROZDZIAŁ TRZECI

Nechama

Radom, Pol­ska ~ 4 kwiet­nia 1939, Pesach

NECHAMA NAKRYŁA STÓŁ naj­lep­szą por­ce­laną i naj­lep­szymi sztuć­cami, każde miej­sce przy­szy­ko­waw­szy dokład­nie na bia­łym koron­ko­wym obru­sie. Sol sie­dzi u szczytu, w jed­nej ręce trzyma wysłu­żoną hagadę w okładce ze skóry, w dru­giej wypo­le­ro­wany srebrny kie­lich do kidu­szu. Odchrzą­kuje.

- Dziś - zaczyna, pod­no­sząc wzrok na zna­jome twa­rze osób sie­dzą­cych przy stole - czcimy coś, co liczy się naj­bar­dziej - naszą rodzinę i naszą tra­dy­cję. - Jego oczy, zwy­kle oko­lone zmarszcz­kami od uśmie­chu, tym razem są poważne, tak samo jak bary­to­nowy głos. - Dziś - mówi dalej - obcho­dzimy Święto Macy, czas naszego wyzwo­le­nia - spo­gląda na tekst. - Amen.

- Amen - odpo­wia­dają echem pozo­stali, bio­rąc łyk wina. Butelka prze­cho­dzi z rąk do rąk, kie­liszki ponow­nie się napeł­niają.

Gdy Nechama wstaje, by zapa­lić świece, w pokoju panuje cisza. Idąc w kie­runku środka stołu, zapala zapałkę i ochra­nia jej pło­mień dło­nią, potem szybko przy­sta­wia do każ­dego z kno­tów, aby tylko nikt nie zdą­żył zauwa­żyć, że pło­mień mię­dzy jej pal­cami drży. Gdy świece już płoną, zakre­śla nad nimi potrójny krąg, a następ­nie zasła­nia sobie oczy i wypo­wiada słowa pierw­szego bło­go­sła­wień­stwa. Siada na swoim miej­scu przy końcu stołu, naprze­ciwko męża, kła­dzie ręce na kola­nach, a wzro­kiem spo­tyka się z Solem. Kiw­nię­ciem głowy daje mu znak, żeby zaczy­nał.

Gdy głos Sola ponow­nie wypeł­nia pomiesz­cze­nie, spoj­rze­nie Nechamy pada na puste krze­sło, które zosta­wiła dla Adiego, i od razu robi jej się ciężko na sercu od zna­jo­mego bólu. Naprawdę przej­muje się tym, że go nie ma.

List od syna przy­szedł tydzień temu. Adi dzię­ko­wał w nim matce za szcze­rość i pro­sił, żeby się nie mar­twiła. Przy­je­dzie, jak tylko zgro­ma­dzi wszyst­kie doku­menty podróżne. Ode­brała tę wia­do­mość z ulgą, ale i zara­zem z nie­po­ko­jem. Niczego nie pra­gnęła bar­dziej na świe­cie niż tego, aby jej syn przy­je­chał na Pesach do domu, oczy­wi­ście oprócz pew­no­ści, że jest bez­pieczny we Fran­cji. W swoim poprzed­nim liście pró­bo­wała być szczera, miała nadzieję, że zro­zu­mie, iż Radom jest teraz mrocz­nym miej­scem, a podróż przez regiony pod nie­miecką oku­pa­cją nie jest warta ryzyka. Ale może jed­nak zbyt wiele rze­czy pomi­nęła. W końcu wyje­chali nie tylko Kosma­no­wie. Jesz­cze kil­koro innych. Nie powie­działa mu o pol­skich klien­tach, któ­rzy prze­stali przy­cho­dzić do ich sklepu, albo o krwa­wej awan­tu­rze, jaka wybu­chła tydzień temu mię­dzy dwoma radom­skimi klu­bami pił­kar­skimi - żydow­skim i pol­skim, i że mło­dzi zawod­nicy każ­dej z dru­żyn wciąż cho­dzą po uli­cach z roz­bi­tymi war­gami i pod­bi­tymi oczami, rzu­ca­jąc sobie nawza­jem groźne spoj­rze­nia. Nie napi­sała o tym wszyst­kim, żeby zaosz­czę­dzić mu bólu i zmar­twie­nia, ale być może tym samym nara­ziła go na więk­sze nie­bez­pie­czeń­stwo.

Nechama odpo­wie­działa na list Adiego, bła­ga­jąc go, by zadbał o bez­pie­czeń­stwo pod­czas podróży, a następ­nie uznała, że już wyje­chał. Od tej pory codzien­nie pod­ska­ki­wała na dźwięk kro­ków w przed­po­koju, a serce wyry­wało się jej z piersi na myśl, że ujrzy w drzwiach Adiego - z sze­ro­kim uśmie­chem na przy­stoj­nej twa­rzy i walizką w ręku. Zawsze jed­nak oka­zy­wało się, że to nie były jego kroki. Adi nie przy­je­chał.

"Może musiał dokoń­czyć jakieś sprawy w fir­mie - powie­dział Jakub na początku tygo­dnia, czu­jąc, że ona coraz bar­dziej się mar­twi. - Nie wyobra­żam sobie, żeby szef pozwo­lił mu wyje­chać bez urlopu zgło­szo­nego z dwu­ty­go­dnio­wym wyprze­dze­niem".

Ale Nechama nie może uwol­nić się od myśli: A jeśli zatrzy­mali go na gra­nicy? Albo jesz­cze gorzej? Żeby dotrzeć do Rado­mia, Adi musiał prze­je­chać albo przez pół­nocne Niemcy, albo drogą połu­dniową przez Austrię i Cze­cho­sło­wa­cję, a prze­cież oba kraje były obec­nie pod rzą­dami nazi­stów. Przez wiele dni nie spała w nocy, myśląc o tym, że jej syn mógłby się zna­leźć w rękach Niem­ców - że mógłby go spo­tkać los, któ­rego by unik­nął, gdyby była z nim bar­dziej szczera i z więk­szą sta­now­czo­ścią popro­siła go, żeby został we Fran­cji.

Od łez Nechamę zaczy­nają szczy­pać oczy, jej myśli zwra­cają się ku innemu kwiet­nio­wemu dniu pod­czas pierw­szej wojny ćwierć wieku temu, kiedy ją i Sola wyeks­mi­to­wano z miesz­ka­nia i podob­nie jak wielu przy­ja­ciół nie mieli dokąd pójść. Pamięta duszący smród ludz­kich odcho­dów, powie­trze wypeł­nione nie­usta­ją­cym bur­cze­niem pustych żołąd­ków, huk armat z oddali, ryt­miczne skro­ba­nie ostrza o drewno, gdy Sol stru­gał ze sta­rego kawałka drewna opa­ło­wego figurki do zabawy dla dzieci, wyj­mu­jąc co rusz z pal­ców drza­zgi. Święto minęło nie­zau­wa­żone, tak samo jak tra­dy­cyjny seder. Jakimś cudem prze­żyli w tej piw­nicy trzy lata - dzieci tylko dzięki temu, że kar­miła pier­sią - pod­czas gdy w ich miesz­ka­niu na górze kwa­te­ro­wali węgier­scy ofi­ce­ro­wie.

Nechama patrzy przez stół na Sola. Tamte trzy lata, choć pra­wie ją wów­czas zła­mały, teraz ma daleko za sobą, wydaje się, jakby to przy­da­rzyło się komuś zupeł­nie innemu. Jej mąż ni­gdy na ten temat nie mówi. Dzieci na szczę­ście dokład­nie tego nie pamię­tają. Od tam­tego czasu zda­rzały się pogromy - i będą zawsze - ale Nechama nie chce nawet myśleć o powro­cie do życia w ukry­ciu, bez słońca, bez desz­czu, bez muzyki i sztuki, i filo­zo­ficz­nych debat, pro­stych rze­czy, które nauczyła się cenić jako życio­dajne źró­dła. Nie, nie wróci do pod­ziemi, jak jakieś dzi­kie stwo­rze­nie. Ni­gdy wię­cej nie będzie żyła w ten spo­sób.

To nie­moż­liwe, żeby mogło do tego dojść.

Myśli znów zmie­niają kie­ru­nek, tym razem się­ga­jąc jej wła­snego dzie­ciń­stwa, głosu matki opo­wia­da­ją­cej, jak czę­sto, gdy dora­stała w Rado­miu, zda­rzało się, że mali pol­scy chłopcy rzu­cali w nią kamie­niami, celu­jąc w głowę, na któ­rej zawsze miała chustkę. Jak po wybu­do­wa­niu pierw­szej syna­gogi w całym mie­ście wybu­chły zamieszki. Matka Nechamy baga­te­li­zo­wała to: "Nauczy­li­śmy się po pro­stu nie zadzie­rać głów, a dzieci trzy­mać przy sobie", mówiła. A pogromy, ataki, rze­czy­wi­ście minęły. Życie toczyło się dalej, tak jak wcze­śniej. Tak dzieje się zawsze.

Nechama wie, że nie­bez­pie­czeń­stwo ze strony Nie­miec, jak inne w prze­szło­ści, rów­nież minie. Zresztą ich sytu­acja jest zupeł­nie inna niż za cza­sów pierw­szej wojny. Razem z Solem nie­stru­dze­nie pra­co­wali, żeby zaro­bić na życie i zna­leźć miej­sce wśród naj­lep­szych w swoim fachu. Mówią po pol­sku nawet w domu, choć wielu Żydów w mie­ście roz­ma­wia tylko w jidysz, i zamiast miesz­kać na sta­rym mie­ście, jak więk­szość ich mniej zamoż­nych radom­skich współ­wy­znaw­ców, mają oka­załe miesz­ka­nie w cen­trum, mają też kucharkę i słu­żącą, i takie luk­susy, jak kana­li­za­cja, wanna, którą przy­wieźli sobie z Ber­lina, lodówkę oraz - naj­cen­niej­szą rzecz w domu - salo­no­wego ste­in­waya. Sklep z tka­ni­nami bar­dzo dobrze pro­spe­ruje. Pod­czas wyjaz­dów po towar Nechama bar­dzo się stara, by zdo­być mate­riały naj­wyż­szej jako­ści, mają klien­tów - pol­skich i żydow­skich - któ­rzy przy­jeż­dżają nawet z Kra­kowa, żeby kupić u nich dam­skie ubra­nia i jedwab. Gdy dzieci osią­gnęły wiek szkolny, Sol i Nechama wysłali je do pry­wat­nych pla­có­wek, w któ­rych dzięki dobrze uszy­tym koszu­lom i bie­gło­ści w języku pol­skim dosko­nale wpa­so­wały się w śro­do­wi­sko kato­lic­kich uczniów. Mieli nadzieję, że oprócz zapew­nie­nia im moż­li­wie naj­lep­szej edu­ka­cji pomogą swoim dzie­ciom unik­nąć pod­skór­nego anty­se­mi­ty­zmu, który - odkąd się­gali pamię­cią - towa­rzy­szył życiu Żydów w Rado­miu. Choć rodzina była dumna z zako­rze­nie­nia w żydow­skim dzie­dzic­twie i sta­no­wiła część lokal­nej wspól­noty żydow­skiej, to dla swo­ich dzieci Nechama wybrała ścieżkę, która, miała nadzieję, otwo­rzy im dobre per­spek­tywy i oddali od nich groźbę prze­śla­do­wań. Wciąż trzyma się tej ścieżki, mimo że cza­sem w syna­go­dze albo pod­czas zaku­pów w jed­nej z żydow­skich pie­karni na sta­rym mie­ście napo­tyka pełen dez­apro­baty wzrok któ­re­goś z bar­dziej orto­dok­syj­nych radom­skich Żydów. Tak jakby jej decy­zja asy­mi­la­cji z Pola­kami w jaki­kol­wiek spo­sób osła­biała jej wiarę. Nie przej­muje się takimi spo­tka­niami. Zna swoją wiarę, a poza tym dla Nechamy reli­gia to sprawa pry­watna.

Ściąga łopatki i czuje cię­żar uno­szą­cych się piersi. To do niej nie­po­dobne tak bar­dzo się mar­twić, tak bar­dzo dać się zbić z tropu. Weź się w garść, stro­fuje samą sie­bie. Rodzina będzie mieć się dobrze, napo­mina się. Mają duże oszczęd­no­ści. Zna­jo­mo­ści. Adi w końcu przy­je­dzie. Na poczcie nie można prze­cież pole­gać. Naj­praw­do­po­dob­niej na dniach przyj­dzie list z wyja­śnie­niem, dla­czego go nie ma. Wszystko będzie dobrze.

Gdy Sol recy­tuje bło­go­sła­wień­stwo kar­pas, Nechama zama­cza gałązkę natki pie­truszki w misce z soloną wodą, a jej palce prze­lot­nie doty­kają pal­ców Jakuba. Wzdy­cha, czu­jąc, jak z jej szczęk w końcu zaczyna ucho­dzić napię­cie. Słodki Jakub. Syn chwyta jej spoj­rze­nie i uśmie­cha się, a serce Nechamy wypeł­nia się wdzięcz­no­ścią za to, że on wciąż mieszka z nią pod jed­nym dachem. Uwiel­bia jego towa­rzy­stwo, jego spo­kój. Jest inny od reszty. W odróż­nie­niu od braci i sióstr, któ­rzy poja­wili się na tym świe­cie z krzy­kiem i czer­wo­nymi twa­rzami, Jakub uro­dził się bie­lutki jak szpi­talne prze­ście­ra­dła i cichutki, jakby chciał naśla­do­wać wiel­kie płatki śniegu spa­da­jące spo­koj­nie na zie­mię za oknem tego zimo­wego, luto­wego poranka dwa­dzie­ścia dwa lata temu. Nechama ni­gdy nie zapo­mni tych strasz­nych chwil, jakie mijały, zanim w końcu zapła­kał - była wów­czas pewna, że synek nie prze­żyje jed­nego dnia - albo tego, jak, gdy trzy­mała go na rękach i spoj­rzała w jego ciemne jak atra­ment oczy, on pod­niósł na nią wzrok, a wtedy skóra nad jego brwiami ufor­mo­wała się w małą zmarszczkę, tak jakby był głę­boko zamy­ślony. To w tam­tej chwili zro­zu­miała, jaki był. Spo­kojny, ale wni­kliwy. Tak jak bra­cia i sio­stry uro­dzeni wcze­śniej i póź­niej, był malutką wer­sją osoby, którą miał się stać, gdy doro­śnie.

Nechama patrzy, jak Jakub pochyla się i szep­cze coś Belli do ucha. Ona pod­nosi ser­wetkę do ust, powstrzy­mu­jąc się od uśmie­chu. Przy­pięta do koł­nie­rzyka broszka - złota róża ozdo­biona w środku perłą w kolo­rze kości sło­nio­wej, pre­zent od Jakuba - odbija świa­tło świecy. Dostała ją od niego kilka mie­sięcy po tym, jak się poznali w gim­na­zjum. On miał wtedy pięt­na­ście lat, ona czter­na­ście. Wtedy Nechama wie­działa o Belli tylko tyle, że dobrze się uczy, pocho­dzi z rodziny o skrom­nych docho­dach (według Jakuba jej ojciec, den­ty­sta, wciąż jesz­cze spła­cał długi zacią­gnięte na opła­ce­nie edu­ka­cji córek) i że sama szyła sobie wiele ubrań. To ostat­nie zro­biło na Necha­mie szcze­gólne wra­że­nie. Zasta­na­wiała się, które ze swo­ich naj­bar­dziej sty­lo­wych blu­zek Bella kupiła w skle­pie, a które uszyła. Nie­długo po tym, jak Jakub poda­ro­wał jej broszkę, oświad­czył, że Bella jest jego brat­nią duszą.

"Jakub, kocha­nie, masz pięt­na­ście lat... I dopiero co się pozna­li­ście!" - wykrzyk­nęła na to Nechama. Ale Jakub nie prze­sa­dzał. I oto oni, osiem lat póź­niej, nie­roz­łączni. To tylko kwe­stia czasu, nim wezmą ślub, myśli Nechama. Może Jakub oświad­czy się, kiedy skoń­czą się roz­mowy o woj­nie? A może czeka, aż uda mu się zaosz­czę­dzić na tyle, żeby stać go było na wła­sne miesz­ka­nie? Bella też mieszka z rodzi­cami, zale­d­wie kilka domów dalej na zachód, przy bul­wa­rze Witolda. Tak czy ina­czej, Nechama jest pewna, że Jakub ma jakiś plan.

U szczytu stołu Sol deli­kat­nie prze­ła­muje na pół kawa­łek macy. Połowę kła­dzie na tale­rzu, drugą owija w chu­s­teczkę. Gdy dzieci były młod­sze, Sol całymi tygo­dniami szu­kał naj­lep­szego miej­sca do ukry­cia macy, a gdy przy­cho­dził pod­czas cere­mo­nii moment poszu­ki­wań afi­ko­manu, dzieci niczym myszki roz­bie­gały się po całym miesz­ka­niu, żeby go zna­leźć. Ten, kto miał szczę­ście, tar­go­wał się potem bez­względ­nie, a w końcu uśmiech­nięty i dumny zawsze koń­czył nego­cja­cje z wystar­cza­jącą liczbą monet w ręce, żeby sobie kupić paczkę kró­wek w cukierni Pomia­now­skiego. Sol to biz­nes­men, grał twardo - nazy­wali go Kró­lem Nego­cja­cji - ale dzieci dobrze wie­działy, że w głębi duszy jest rów­nie miękki jak kawa­łek świeżo zro­bio­nego masła i że przy odro­bi­nie cier­pli­wo­ści i uroku oso­bi­stego wycią­gną mu z kie­szeni wszyst­kie zło­tówki, jakie tam scho­wał. Oczy­wi­ście już od lat tak naprawdę nie cho­wał macy. Dzieci, gdy były nasto­lat­kami, w końcu zboj­ko­to­wały ten oby­czaj. "Chyba już jeste­śmy na to tro­chę za duzi, nie sądzisz, tato?" - powie­działy. Ale Nechama wie, że jak tylko Feli­cja nauczy się cho­dzić, Sol powróci do tej tra­dy­cji.

Teraz kolej, by czy­tał na głos Adam. Pod­nosi swoją hagadę i zagląda w nią przez oku­lary w gru­bych opraw­kach. Wąski nos, wyso­kie, wyraźne kości policz­kowe, świa­tło świec jesz­cze pod­kre­śla, jak nie­ska­zi­telna jest jego cera - Adam wygląda wręcz po kró­lew­sku. Adam Eichen­wald dołą­czył do Kur­ców parę mie­sięcy wcze­śniej, gdy Nechama wywie­siła w witry­nie sklepu z tka­ni­nami ogło­sze­nie "Pokój do wyna­ję­cia". Nie­dawno umarł jej wujek, zosta­wił po sobie pustą sypial­nię, a dom, mimo że było w nim jesz­cze dwoje naj­młod­szych dzieci, powoli zaczy­nał wyda­wać się zbyt pusty. Nechama uwiel­biała, gdy przy kola­cji wszyst­kie miej­sca przy stole były zajęte. Kiedy Adam wszedł do sklepu, żeby dowie­dzieć się cze­goś wię­cej, była zachwy­cona i od razu zapro­po­no­wała mu pokój.

- Cóż za przy­stojny młody czło­wiek! - wykrzyk­nęła Terza, sio­stra Sola, kiedy wyszedł. - Ma trzy­dzie­ści dwa lata? Wygląda na dzie­sięć mniej.

- Jest Żydem i jest mądry - dodała Nechama. Jakie jest praw­do­po­do­bień­stwo, szep­tały kobiety, żeby absol­went archi­tek­tury z Naro­do­wego Uni­wer­sy­tetu Poli­tech­niki Lwow­skiej wyje­chał z War­szaw­skiej 14 bez żony? I rze­czy­wi­ście, kilka tygo­dni póź­niej Adam i Halina byli parą.

Halina. Nechama wzdy­cha. Uro­dziła się z nie­wy­tłu­ma­czalną czu­pryną wło­sów w kolo­rze miodu i pło­mien­nie zie­lo­nymi oczami. Halina jest jej naj­młod­szym i naj­drob­niej­szym dziec­kiem. Nie­do­bory postury z nawiązką nad­ra­bia oso­bo­wo­ścią. Nechama ni­gdy nie widziała rów­nie zacię­tego dziecka, zdol­nego prze­ga­dać nie­mal każ­dego prze­ciw­nika i w ten spo­sób wywi­nąć się z kło­po­tów. Przy­po­mina jej się, jak Halina uro­kiem oso­bi­stym prze­ko­nała pro­fe­sora mate­ma­tyki, żeby nie dawał jej złej oceny, gdy odkrył, że opu­ściła lek­cję, żeby pójść na poranny pokaz Zło­tych sideł w dniu pre­miery filmu. Albo jak, mając szes­na­ście lat, prze­ko­nała Adiego, żeby wsiadł z nią w ostat­niej chwili do noc­nego pociągu do Pragi, by razem mogli się obu­dzić w Mie­ście Stu Wież w dniu swo­ich uro­dzin wypa­da­ją­cych tego samego dnia. Adam, niech Bóg go ma w opiece, jest ewi­dent­nie pod wpły­wem jej wdzię­ków. Na szczę­ście w obec­no­ści Sola i Nechumy zawsze zacho­wuje się z nale­ży­tym sza­cun­kiem.

Gdy Adam koń­czy czy­tać, Sol odma­wia modli­twę nad resztą macy, odła­muje kawa­łek i prze­ka­zuje talerz dalej. Nechama wsłu­chuje się w miękki odgłos prze­ła­my­wa­nia prza­śnego chleba, wędru­jący wzdłuż stołu. - Baruch a-tah A-do-nai - into­nuje Sol, ale prze­rywa, gdy roz­lega się płacz. To Feli­cja. Mila czer­wieni się, prze­pra­sza i wyśli­zguje się ze swo­jego miej­sca, żeby wyjąć Feli­cję z koły­ski usta­wio­nej w rogu pokoju. Prze­stę­pu­jąc z nogi na nogę, szep­cze do ucha dziew­czynki, by ją uspo­koić. Gdy Sol ponow­nie zaczyna into­na­cję, Feli­cja wierci się pod fał­dami powi­ja­ków, twa­rzyczka jej się wykrzy­wia i robi się czer­wona. Kiedy znów zaczyna pła­kać, Mila prze­pra­sza wszyst­kich i szybko wycho­dzi w kie­runku sypialni Haliny w końcu kory­ta­rza. Nechama idzie za nią.

- Co się stało, kocha­nie? - szep­cze Mila, pocie­ra­jąc pal­cem górne dzią­sło Feli­cji, widziała, że Nechama tak robi, żeby ją uspo­koić. Feli­cja odwraca główkę, wygina ciało w łuk i pła­cze jesz­cze gło­śniej.

- Myślisz, że jest głodna? - pyta Nechama.

- Nie tak dawno ją kar­mi­łam. Chyba po pro­stu jest zmę­czona.

- Chodź tutaj - mówi Nechama, bio­rąc Feli­cję z rąk Mili. Oczy dziew­czynki są zaci­śnięte, podob­nie jak piąstki. Wydo­bywa z sie­bie krót­kie, prze­ni­kliwe wrza­ski.

Mila siada ciężko w nogach łóżka Haliny.

- Tak bar­dzo mi przy­kro, mamo - mówi, sta­ra­jąc się nie prze­krzy­ki­wać wrza­sków Feli­cji. - Nie chcę, żeby­śmy były przy­czyną zamie­sza­nia. - Prze­ciera oczy wierz­chami dłoni. - Led­wie sły­szę wła­sne myśli.

- Nikt się nie gniewa - mówi Nechama, przy­tu­la­jąc Feli­cję bli­żej do piersi i deli­kat­nie ją koły­sząc. Po kilku minu­tach jej krzyki zmie­niają się w kwi­le­nie, wkrótce znów jest cicho, a na twa­rzy dziew­czynki rysuje się spo­kój. Radość z trzy­ma­nia małego dziecka na rękach naprawdę hip­no­ty­zuje, myśli Nechama, wdy­cha­jąc słodki mig­da­łowy zapach Feli­cji.

- Jestem taka głu­pia, bo sądzi­łam, że to będzie łatwe - mówi Mila. Gdy spo­gląda w górę, oczy ma prze­krwione, a pod nimi prze­zro­czy­ste sińce, jakby brak snu zosta­wił widoczny znak. Bar­dzo się stara, Nechama to widzi. Ale bycie młodą matką jest trudne. Ta prze­miana nią wstrzą­snęła.

Nechama kręci głową.

- Nie bądź wobec sie­bie taka surowa, Milo. Nie jest tak, jak myśla­łaś, ale tego można się było spo­dzie­wać. Z dziećmi ni­gdy nic nie wia­domo.

Mila patrzy na swoje ręce. Necha­mie przy­po­mina się, jak jej naj­star­sza córka, kiedy była młod­sza, nie marzyła o niczym innym, jak tylko być matką. Opie­ko­wała się lal­kami, koły­sała, trzy­ma­jąc je na ręku, śpie­wała im, a nawet uda­wała, że je karmi. Jaka była dumna, gdy opie­ko­wała się młod­szym rodzeń­stwem - poma­gała im wią­zać buty, obwi­jała ban­da­żem zakrwa­wione kolana, czy­tała im przed snem. Teraz jed­nak, gdy ma wła­sne dziecko, czuje się tym przy­tło­czona, tak jakby pierw­szy raz trzy­mała w ramio­nach nie­mowlę.

- Chcia­ła­bym wie­dzieć, co robię źle - mówi Mila.

Nechama siada w nogach łóżka, obok córki.

- Radzisz sobie dobrze, Mila. Mówi­łam ci, małe dzieci są trudne. A zwłasz­cza pierw­sze. Kiedy uro­dził się Genek, mało nie zwa­rio­wa­łam, pró­bu­jąc to wszystko zro­zu­mieć. Po pro­stu potrzeba na to tro­chę czasu.

- To już pięć mie­sięcy.

- Pocze­kaj jesz­cze kilka.

Mila przez chwilę mil­czy.

- Dzię­kuję - szep­cze w końcu, patrząc, jak Feli­cja śpi spo­koj­nie na rękach Nechamy. - Czuję się jak jakaś nie­do­rajda.

- Nie jesteś nie­do­rajdą. Jesteś po pro­stu zmę­czona. Zadzwoń po Estię. Zro­biła już wszystko w kuchni, może pomóc, póki my nie zjemy.

- Dobry pomysł. - Mila wzdy­cha z ulgą. Zosta­wia Feli­cję z Nechamą i idzie po słu­żącą. Gdy wra­cają z matką na miej­sca, Mila spo­gląda na Selima.

- W porządku? - pyta ją bez­gło­śnie mąż, a ona pota­kuje.

Sol nakłada łyżką chrzan na kawa­łek macy, inni idą w jego ślady. Wkrótce znów zaczyna śpie­wać. Po bło­go­sła­wień­stwie spo­ży­cia kore­chu w końcu przy­cho­dzi czas na wła­ściwy posi­łek. Z rąk do rąk prze­cho­dzą pół­mi­ski, jadal­nia wypeł­nia się szu­mem roz­mów i ude­rze­niami srebr­nych łyżek o por­ce­lanę, jako że na stole jest wiele dań, od sło­nego śle­dzia, przez pie­czo­nego kur­czaka i kugel, po słodki jabł­kowy cha­ro­set. Rodzina popija wino i cicho roz­ma­wia, sta­ra­jąc się nie podej­mo­wać tematu wojny i nie zasta­na­wiać się na głos, gdzie się podziewa Adi.

Na dźwięk jego imie­nia do piersi Nechamy wraca ból, razem z całą orkie­strą zmar­twień. Aresz­to­wali go. Zamknęli w wię­zie­niu. Jest ranny. Boi się. Nie ma jak się z nią skon­tak­to­wać. Znów patrzy na puste miej­sce prze­zna­czone dla swo­jego syna. Gdzie jesteś, Adi? Zagryza usta. Nie rób tego, napo­mina się, ale już jest za późno. Za szybko piła wino i stra­ciła ostrość myśle­nia. Ści­ska ją w gar­dle, stół zmie­nia się w nie­wy­raźny biały pasek. Łzy już pra­wie lecą, gdy Nechama czuje na swo­jej dłoni czy­jąś dłoń. Dłoń Jakuba.

- To chrzan - szep­cze Nechama, wachlu­jąc się wolną ręką przed twa­rzą i mru­ga­jąc oczami. - Za każ­dym razem tak mnie kręci. - Dys­kret­nie ociera kąciki oczu ser­wetką. Jakub przy­ta­kuje ze zro­zu­mie­niem i ści­ska jej dłoń.

Wiele mie­sięcy póź­niej, w innym świe­cie, Nechama przy­po­mni sobie ten wie­czór, ostat­nie Pesach, kiedy nie­mal wszy­scy byli razem, i każdą komórką ciała będzie łak­nąć, by mogła to prze­żyć jesz­cze raz. Przy­po­mni sobie zna­jomy zapach gefilte fisz, brzęk sre­bra na por­ce­la­nie, smak natki pie­truszki na języku, słony i gorzki. Będzie pra­gnęła dotknąć mięk­kiej skóry małej Feli­cji, poczuć pod sto­łem cię­żar dłoni Jakuba na swo­jej dłoni i cie­pło w żołądku od wypi­tego wina; wspo­mni, jak bar­dzo pra­gnęła wtedy prze­ko­nać samą sie­bie, że wszystko może się jesz­cze dobrze skoń­czyć. Przy­woła w pamięci, na jaką szczę­śliwą wyglą­dała Halina, usiadł­szy do for­te­pianu po posiłku, jak razem tań­czyli, jak wszy­scy mówili o nie­obec­nym Adim, zapew­nia­jąc się nawza­jem, że nie­długo wróci do domu. Będzie to odtwa­rzać w gło­wie wiele razy, cią­gle od nowa, każdą piękną chwilę, i delek­to­wać się nią, jak ostat­nią w sezo­nie wyborną gruszką klapsą.