My Lunatycy. Rzecz o Republice - Krzysztof Janiszewski, Anna Sztuczka


Reflow text when sidebars are open.
My, rocznik 1971 - rocznik błogosławiony i przeklęty zarazem... Dlaczego? W 1981 roku mieliśmy tylko 10 lat. To za mało, by kojarzyć i rozumieć wszystko, co działo się wokół, to za mało, by poznać mechanizmy, które zaczęły funkcjonować w PRL-owskiej rzeczywistości, to za mało, by być wrażliwym na zmiany, które dokonywały się za oknem. Ale też dość dużo, by zrozumieć, co się tak naprawdę działo, odczuwać NOWE, które przychodziło wielkimi krokami. Nowe sytuacje w Polsce, w naszym społeczeństwie i przede wszystkim w muzyce.
W 1981 roku część z nas chodziła do czwartej klasy szkoły podstawowej i poznawała budowę pantofelka, kleiła łańcuchy świąteczne i piekła na zajęciach praktyczno-technicznych ciasto, które nie nadawało się do zjedzenia. Wielu w maju miało Pierwszą Komunię Świętą i otrzymało w prezencie od ojca chrzestnego zegarek marki Poljot lub aparat fotograficzny Zenit. W radiu można było usłyszeć starą gwardię z Andrzejem Rosiewiczem i jego "Chłopcami radarowcami" na czele, Marylę Rodowicz, 2 + 1. Pożyczało się od sąsiadów doskonały jak na tamte czasy gramofon fonomaster, który w sobotnie wieczory rozbrzmiewał muzyką głośno, bardzo głośno! Słuchano ABBY, Boney M., Electric Light Orchestra i wielu innych artystów, którzy przeżywali chwile swojej wielkiej popularności. Jednak pod skórą czuło się, że nie jest to nasza muzyka, że musi przyjść coś, co poruszy nie tylko serce, ale i ciało, prześwietli i ustawi tak, że do końca życia będziemy już zaprogramowani na ten jeden jedyny styl, styl muzyczny, artystyczny... styl życia.
W czasie gdy Antoni Piechniczek został trenerem piłkarskiej reprezentacji Polski, a generał Wojciech Jaruzelski podpisał dokument pt. "Myśl przewodnia wprowadzenia na terytorium PRL stanu wojennego ze względu na bezpieczeństwo państwa", w Toruniu w Studenckim Klubie Pracy Twórczej "Od Nowa", który wtedy działał przy Rynku Staromiejskim 6 w Dworze Artusa, odbywała się REWOLUCJA! Rewolucja muzyczna i mentalna, artystyczna i społeczna, zachodziły zmiany, które bardzo silnie wpłynęły na całe oblicze polskiej muzyki lat 80. Od Nowa pod kierownictwem Waldemara Rudzieckiego była mekką artystów, których sposób myślenia o muzyce, tekstach piosenek i image'u znacznie różnił się od innych środowisk artystycznych. To była prawdziwa awangarda, bohema toruńska, która wkrótce stała się najważniejszą siłą tego miasta i na dobre wkomponowała się w mapę muzyczną Polski.
My, rocznik 1971, nie mogliśmy w tym uczestniczyć, nie odczuliśmy atmosfery tamtych prób, koncertów, napięć między artystami, ale wiemy z przekazów starszych kolegów, że była to MAGIA. W jednym miejscu, w podziemiach historycznego Dworu Artusa, powstawały i grały zespoły, które wywarły bardzo mocne piętno na kształcie i wizerunku polskiej muzyki. To tu swoje próby i koncerty miały takie grupy, jak m.in.: Bikini, Rejestracja, SS-20 i przede wszystkim najjaśniejsza muzyczna gwiazda w Polsce - toruńska REPUBLIKA.
Grzegorz Ciechowski, początek lat 80. Z archiwum Anny Sztuczki
Marsz przeciw przemocy, Dwór Artusa, listopad 1981 r. Fot. Remigiusz Stasiak
Na szczęście mamy wielu przyjaciół, kolegów i znajomych, którzy doskonale pamiętają te historyczne już czasy, kiedy to w latach 1980-1981 otrzymywali swoje pierwsze dowody osobiste i wsiadali do malucha ojca. Ich wspomnienia z pewnością przypomną atmosferę panującą w ówczesnej Polsce, w Toruniu, w Dworze Artusa, w Od Nowie.
Niesamowity klimat i artystyczne miraże tworzą przede wszystkim ludzie, często nieprzeciętne osobowości, ale także miejsca, które znacząco wpływają na pracę i późniejsze sukcesy artystów. Takim miejscem była stara Od Nowa, znajdująca się właśnie w Dworze Artusa przy Rynku Staromiejskim. O słynnym klubie studenckim było wtedy bardzo głośno, to tam rodziły się polski punk rock i nowa fala.
Grzegorz Ciechowski w maju 1986 roku w wywiadzie dla "Magazynu Muzycznego" tak mówił o inspirującej atmosferze panującej w starej Od Nowie: Było tam około ośmiu zespołów, z których każdy raz w miesiącu musiał dać koncert. I to mobilizuje do pracy. Próby odbywały się codziennie lub co drugi dzień. Wtedy to był w ogóle dziwny klub... Mieścił się w piwnicach Dworu Artusa. Grube mury. Pomalowane na czarno pomieszczenia. Pięciominutowe wędrówki w ciemnościach w poszukiwaniu kontaktu. Dziś "Od Nowa" kontynuuje swoją działalność w innym lokalu, ale brak tamtej atmosfery (Nowe sytuacje. Z Grzegorzem Ciechowskim rozmawiają Wiesław Królikowski i Jerzy Rzewuski, "Magazyn Muzyczny - Jazz" nr 5, 1986, s. 5; ciechowski.art.pl/wywiad_mm86.html).
Pisząc o Studenckim Klubie Pracy Twórczej "Od Nowa" w Toruniu, jego powstaniu i historii, należy wspomnieć o jednej z najważniejszych postaci, która ten klub tworzyła - o Waldemarze Rudzieckim. To właśnie dzięki niemu grono młodych ludzi mogło realizować swoje pomysły i marzenia. To on stworzył wyspę niezależności, jaką była Od Nowa, prężnie funkcjonująca w szarym monolicie PRL-owskiej rzeczywistości. Będąc kierownikiem tej zasłużonej dziś dla polskiej kultury instytucji, stworzył wrażliwym artystom warunki rozwoju, które umożliwiły im osiągnąć najwyższy poziom. Zespoły, którymi opiekował się w tamtych latach, na stałe wpisały się w artystyczny pejzaż polskiej muzyki rozrywkowej.
Z Waldemarem Rudzieckim spotkaliśmy się niedaleko mekki toruńskich muzyków lat 80., przy Dworze Artusa w Toruniu. W piękny czerwcowy dzień 2014 roku podzielił się z nami niezwykle ważnymi wspomnieniami, m.in. o powstawaniu Od Nowy, cenzurze, zespołach nowofalowych oraz początkach Republiki.
Toruńska ulica, listopad 1981 r. Fot. Remigiusz Stasiak
Waldemar Rudziecki. Z jego archiwum - obecnie Biblioteka Uniwersytecka w Toruniu, Oddział Zbiorów Specjalnych, Sekcja Dokumentów Życia Społecznego
Byłeś kierownikiem Od Nowy. Opowiesz nam o klubie i początkach jego działalności? O legendarnym Dworze Artusa?
Sama nazwa, a raczej skrót, mówi o wszystkim: Studencki Klub Pracy Twórczej "Od Nowa". Ta nazwa nie była pustym frazesem, to była cała idea, czy raczej misja. I mimo upływu 35 lat Toruniowi splendor nieprzerwanie przynoszą artyści, których autentyczne kariery mają swoje korzenie w tym klubie, artyści którzy pojawili się dzięki tej misji właśnie na przełomie lat 70. i 80.
Przejęliśmy Od Nowę w Dworze Artusa, kiedy klub właściwie nie istniał. W Klubie na Bielanach pracowała cała ekipa, mnóstwo ludzi, którzy pamiętali wcześniejszy klub, cała reszta fascynowała się budynkiem Dworu Artusa, i marzyła o tym, aby wrócić do tego miejsca. Długo jednak nie było to możliwe.
W połowie lat 70. w Dworze Artusa uruchomiono dyskotekę Zjednoczonych Przedsiębiorstw Rozrywkowych. W tym czasie kilkanaście tysięcy robotników angielskich budowało we Włocławku ogromną fabrykę - "Azoty". Anglicy stanowili potężny rynek, dzięki nim zarabiano olbrzymie pieniądze. Odpowiednie władze organizowały dla nich rozrywkę.
Anglicy mieszkali przy wjeździe do Włocławka od strony Torunia, po prawej stronie. Zbudowano tam ogromne "szafy", czyli dziesięciopiętrowe wieżowce. Była to zamknięta strefa, w której mieli także własne kluby, ale setki z nich rozjeżdżały się po okolicy i bardzo często przyjeżdżały właśnie do Torunia. W weekendy okupowali miejsca, w których można było się bawić, a jednym z nich była Od Nowa.
Najczęściej odwiedzanymi dyskotekami były: Od Nowa, Helios i Kosmos, wydaje mi się, że wszystkie były ZPR-ów. W tym czasie dyrektorem Zjednoczonych Przesiębiorstw Rozrywkowych został były kierownik klubu Od Nowa, Wiesław Król. ZPR-y przejęły Dwór Artusa, wspomniane pomieszczenia, które wcześniej były własnością klubu. Uruchomiono w nich dyskotekę, a właściwy klub zamknięto.
Plan powrotu studentów do Od Nowy powstał więc w Klubie na Bielanach. Ten klub wówczas prężnie funkcjonował, organizowaliśmy mnóstwo koncertów. Dwór Artusa był czymś nieosiągalnym. Z czasem jednak zaczęto się interesować naszym klubem, a akcje Wiesława Króla na uniwersytecie powoli spadały. O wszystkim decydowały służby. Władze uniwersytetu szukały kompromisowych rozwiązań, więc zaczęto mówić nam, że może tam otrzymamy jakieś pomieszczenia. Najpierw udostępniono nam kawiarnię, czyli salę po prawej stronie Dworu Artusa, po lewej natomiast była dyskoteka. Potem otrzymaliśmy piwnice, ponieważ stały wolne i nic się tam nie działo - i to właściwie był "klucz" do klubu. Były zapyziałe i zaszczurzone. Proszę bardzo, możecie tutaj sobie wchodzić - mówiono. Ale nic z tego nie wynikało, bo nie było nawet farby, aby pomalować ściany. Nie było żadnej możliwości, żeby kupić materiały, narzędzia i coś z tym zrobić.
Ale... jest piwnica, są pomieszczenia na próby. Klub miał swój sprzęt, stare vermony regenty, które leżały u góry w magazynie. Trzeba podkreślić, że zanim powstała scena toruńska w tym kształcie, o którym mówimy, to działało tu bardzo prężne środowisko. Pocztą pantoflową dowiedziały się o tym miejscu zespoły, które wcześniej już grały. Zaczęły wchodzić do piwnic, przystosowywać je do swoich potrzeb, znosiły deski do tłumienia dźwięku. Tych pomieszczeń stopniowo przybywało, okazało się także, że i kapel jest coraz więcej. To był argument dla władz uniwersytetu, że coś robimy i coś potrafimy. Potem dano nam pomieszczenia za portiernią, dzisiaj jest tam dziedziniec i kawiarenka. Zrobiliśmy w tym miejscu galerię i biuro. Z kolei z tyłu, idąc od ulicy Kopernika po prawej stronie, była kuchnia Dworu Artusa - piękne, ogromne, zabytkowe pomieszczenie. Tam zbudowaliśmy scenę. Ponieważ część bywalców klubu była powiązana rodzinnie z władzami uczelni, każdy z nich starał się wpłynąć na rodzinę, żeby stopniowo polepszyć możliwości techniczne klubu. Nie pamiętam dokładnie, ale na stałe wprowadziliśmy się do Dworu Artusa w 1977 lub 1978 roku.
Życiorys Waldemara Rudzieckiego. Z jego archiwum - obecnie Biblioteka Uniwersytecka w Toruniu, Oddział Zbiorów Specjalnych, Sekcja Dokumentów Życia Społecznego
Wielu muzyków mówiło, że stara Od Nowa to był ich dom.
To było jedyne miejsce w mieście, gdzie można było nie tylko grać, ale i spotykać się, czuć się swobodnie. Coraz więcej się działo, od rana do wieczora klub żył. Poza sceną muzyczną, która osiągnęła największy sukces, działały teatry, robiliśmy wystawy. Może w tej chwili ludzie już tego nie pamiętają, ale jak na tamte czasy, to odbywały się tu wydarzenia znaczące - był teatr Grotowskiego, Teatr Ósmego Dnia, bardzo trudne do ściągnięcia, ponieważ mieli ogromne wymagania. Działy się naprawdę ważne rzeczy w każdej dziedzinie sztuki. Klub nabierał coraz większego znaczenia, przez co zdobywaliśmy kontakty z innymi klubami studenckimi w Polsce.
Muzyczne początki Res Publiki...
...to bracia Rucińscy - Zbyszek i Wiesiek. Res Publicę praktycznie zakładał Wiesiek, on ma archiwalne nagrania tego zespołu, z których można by ułożyć całą płytę. Obecnie mieszka w Los Angeles, mam z nim kontakt. Na ostatniej płycie Jona Andersona z Yes większość piosenek jest właśnie Rucińskiego. Zresztą Wiesiek robił muzykę do wielu filmów, m.in. do obrazów Skolimowskiego. O tym się nie pamięta, bo wyjechał za granicę. Zbyszek Ruciński, który mieszka we Włocławku, prawdopodobnie też ma stare nagrania Res Publiki. Muszę przyznać, że była to muzyka jak na tamte czasy niesamowita!
Pod koniec lat 70. z klubem współpracowało wielu znanych później muzyków, m.in. Andrzej Nowicki, który grał na basie w zespole Perfect, i Irek Dudek, który mieszkał przez rok w Toruniu i grał w różnych konfiguracjach. Wielu z nich odbywało tu swoje próby, bo Od Nowa już wcześniej była klubem muzycznym, zanim nastał punk czy nowa fala. Kiedy zespoły z Od Nowy zaczęły być popularne w całej Polsce, ja już tu nie mieszkałem. Wyjechałem z Torunia w 1982 roku.
W Klubie na Bielanach właściwie wszystko zaczęło się od buddyzmu. Moja żona i jej koleżanki poznały środowisko buddaistyczne. Na Bielanach i później w Od Nowie nawiązaliśmy przez nie kontakty m.in. z Warszawą. A tam, w tym środowisku, byli Kora i Marek Jackowski, którym robiliśmy koncerty jeszcze pod nazwą Maanam Elektryczny Prysznic. Buddyzm był modny, na Zachodzie byli The Beatles! Później Warszawa przyjeżdżała do naszego klubu, całe ich środowisko muzyczne. Mieliśmy przez to kontakty z najciekawszymi zespołami, które pojawiały się w Polsce. Idea była bardzo prosta i nic nowego nie wymyśliliśmy, doszliśmy po prostu do wniosku, że trzeba działać razem! Po drugie, jak mieliśmy klub i możliwość robienia koncertów, to działaliśmy na zasadzie wzajemności: my zrobimy koncert wam, a wy zróbcie kapelom od nas. I te możliwości się pojawiły. Najpierw Irek Dudek z zespołem Irjan jeździł po Polsce. Potem Res Publica też zaczęła koncertować i widać było z miesiąca na miesiąc, że to środowisko krzepnie.
Należy podkreślić, czym było wtedy dla nas Radio Bielany. Pracowali w nim ludzie, o których dziś rzadko się mówi. Tworzyli taki background, zaplecze. Siedzieliśmy w tym radiu, ponieważ znajdowały się tam ogromne, niespotykane jak na tamte czasy zbiory muzyki. Bardzo ważnymi osobami byli bracia Krzysztof i Adam Caputowie oraz Wiesiek Ruciński, który zakładał Res Publicę. Res Publica powstała w drugiej połowie lat 70. w Klubie na Bielanach, przede wszystkim dzięki Radiu Bielany, w którym pracowali bracia Rucińscy. Pierwsze nagrania Res Publiki były właśnie tam realizowane. Rucińscy mieli dostęp do sprzętu i mogli sobie nagrywać, co chcieli i kiedy chcieli. Praktycznie mieszkali w tym radiu. Siłą rzeczy, jeśli ktoś chciał coś zarejestrować, to musiał zrobić to tam, bo innej możliwości nie było. Początkowo Res Publica była zafascynowana psychodelią amerykańską, czyli Grateful Dead, Jefferson Airplane, San Francisco itd. Bracia Caputowie - to ważne nazwisko, obecnie mieszkają gdzieś na zachodzie Kanady, a jeden z nich pracuje dla NASA - mieli bardzo dużo płyt, dosłownie setki! Jak wyemigrowali do Kanady, zostawili mi mnóstwo albumów. Była to jakaś niewielka część tego, co mieli, a płyta kosztowała wtedy dwie miesięczne pensje. W Radiu Bielany była potężna taśmoteka. Bracia, wyprowadzając się z Torunia, zabrali prawie wszystkie nagrania audycji, jakie zarejestrowali. Potem niestety następna ekipa skasowała całą resztę. Prawdopodobnie najważniejsze rzeczy mieli więc Rucińscy. Z Wieśkiem kontaktowałem się niedawno i powiedział mi, że wszystko ma Zbyszek we Włocławku.
Ulotka Od Nowy. Z archiwum Waldemara Rudzieckiego - obecnie Biblioteka Uniwersytecka w Toruniu, Oddział Zbiorów Specjalnych, Sekcja Dokumentów Życia Społecznego
Jak udało się zbudować tę nową falę? Zespoły, które grały w Od Nowie, osiągnęły sukces ogólnopolski!
To była tendencja ogólnoświatowa. Na świecie zaczęło się coś zmieniać i siłą rzeczy u nas też. Na rynku pojawiało się mnóstwo płyt z Zachodu, wszyscy słuchali nowej muzyki i zaczęli powoli widzieć w niej szansę dla siebie. Większość płyt była przywożona z Warszawy, Maciek Góralski - perkusista Kryzysu - dostarczał nową muzykę. Ludzie mieli kontakty, zaczęła się wymiana dźwięków.
Panował wtedy dosyć duży podział sceny muzycznej, była Muzyka Młodej Generacji oraz inne tego typu wynalazki sterowane przez Estrady. Wszystkie kanały opanowała partia, bezpieka i ich współpracownicy. Klub miał swoją misję, ale i realizował program.
Zaczęliśmy ściągać zespoły, takie jak Kryzys, a także inne grupy, które się wtedy pojawiły. To środowisko szukało kontaktów i my ich także potrzebowaliśmy.
A jak ówczesna władza się odnosiła do tych zmian, do tej wyspy niezależności, jaką była Od Nowa?
Tolerowała ją. Mieliśmy wrogów, ale przyjaciele okazali się silniejsi. Działałem na toruńskiej scenie muzycznej w latach 1975-1982. W tym okresie miałem w Toruniu kontakty z setkami życzliwych dla mnie i klubu wpływowych ludzi. Władze uczelni miały bardzo dobre rozeznanie w sprawie Od Nowy, chociażby dlatego, że ich dzieciaki także bywały w klubie...
Pod koniec lat 70. i na początku lat 80., kiedy klub odzyskał wszystkie pomieszczenia w Dworze Artusa, tętnił życiem, muzycy mieli własne klucze do pomieszczeń, mogli ćwiczyć, kiedy chcieli, nikt za nic nie musiał płacić - dzisiaj nie ma tak dogodnych warunków! Była jeszcze portiernia, w której siedziała pani, i nikt się do niczego nie wtrącał. Nadzór nie zauważał nawet eksperymentowania z narkotykami. W późniejszym okresie oczywiście były już problemy z powodu narkotyków. Kiedy zaczęliśmy robić koncerty na dużą skalę, do władz uczelni docierały informacje o wąchaniu kleju w woreczkach. Po imprezach woreczków były setki!
Ale też podejmowanie jakichkolwiek działań bez finansowania przez uczelnię i Socjalistyczny Związek Studentów Polskich nie było możliwe. Oni opłacali media i część programową, czyli dawali pieniądze na program. Wtedy działalność klubu nie miała ekonomicznego sensu. Budynek należał do uniwersytetu, za koncerty płacił SZSP, na bramce stali harcerze, a bufet był ubeka. Dopiero jak zaczęła się Solidarność, na długi czas przestano się interesować klubem.
Res Publica. Z archiwum Waldemara Rudzieckiego - obecnie Biblioteka Uniwersytecka w Toruniu, Oddział Zbiorów Specjalnych, Sekcja Dokumentów Życia Społecznego
Jak to się stało, że toruńskie zespoły zafunkcjonowały, że Republika wypłynęła?
Był to okres upadku komunizmu, kiedy zamieszanie polityczne wykorzystaliśmy do oddzielenia się od SZSP, a potem do trzymania równego dystansu do obu organizacji studenckich. To pozwoliło pracować bez formalnych i mentalnych barier, ale też bez dotacji (notabene wtedy już nierealnych). Ta sytuacja nie byłaby możliwa bez poparcia nas przez Niezależne Zrzeszenie Studentów.
Przez wiele lat konsekwentnie realizowałem w klubie plan promocji całej toruńskiej sceny muzycznej. Od Nowa stanowiła bazę, którą wykorzystywałem do nawiązywania nowych znajomości i przyjaźni w branży muzycznej. Zrobiliśmy festiwal. Mieliśmy coraz więcej kontaktów z dziennikarzami i chcieliśmy ich wszystkich razem tu ściągnąć. Także dla nich przyjazd do Torunia na festiwal nowofalowy był atrakcją, ponieważ podróżowanie nie było tak powszechne jak dzisiaj. Prasa muzyczna nie miała specjalnie o czym pisać, dziennikarze zajmowali się wyłącznie muzyką zachodnią, a scena miejscowa, polska, była wciąż ograniczona. Zacząłem więc robić festiwal, o którym napisano wiele artykułów. Republika grała już podczas pierwszej jego edycji. Wcześniej, jak pamiętam, były kłótnie, które doprowadziły do rozstania się z braćmi Rucińskimi. Siłą rzeczy, repertuar zmienił się na bardziej nowofalowy.
Promocja gwałtownie ruszyła, kiedy sceną toruńską zainteresowali się wpływowi ludzie, którzy mieli układy w radiu i show-biznesie. Ja i klub zrobiliśmy wszystko, co było możliwe. Wykorzystaliśmy warunki i szanse do maksimum. Ale moje możliwości w tym miejscu się kończyły. Pojawiły się osoby, które miały wpływy w radiu, układy oraz dostęp do pieniędzy. Najpierw z Torunia wyciągnęli Republikę, którą zajął się profesjonalny sztab w Warszawie. On właśnie wymyślił m.in. biało-czarne pasy i stroje.
Ty byłeś jej pierwszym menedżerem?
Trudno mnie nazwać menedżerem, byłem kierownikiem klubu i miałem kontakty, dzięki którym robiłem koncerty. Współpraca z Republiką nie była dobra, na początku kapela była kompletnie amatorska. Graliśmy tylko w klubach studenckich. Żeby otrzymywać honorarium, trzeba było mieć uprawnienia z ministerstwa. Żeby cokolwiek zrobić, trzeba było mieć wejście do Trójki i Estrady.
Siłą Republiki było to, że byli sprawni technicznie. Za czasów Res Publiki było różnie, raz grano porywające koncerty, a innym razem wręcz słabe. Dzięki pomieszczeniom w Dworze Artusa chłopaki z Republiki mogli przychodzić dzień w dzień i grać od rana do wieczora. Dzięki praktyce osiąga się perfekcję. Nabierali też ogłady muzycznej. Klub kupował nowy sprzęt, w tamtych czasach nigdzie tak dobrego nie było. To powodowało, że muzycy mogli doskonalić swój warsztat. Kiedy dodano oryginalną scenografię, stroje i cały image, koncerty grupy zaczęły robić wrażenie. Zespół został zauważony i przechwycony, potem Grzesiek pomógł następnym kapelom nawiązać kontakty. Należy zauważyć, że te zespoły, którymi warszawiacy się profesjonalnie nie zaopiekowali, do dzisiaj nie zrobiły większej kariery...
Republika przed koncertem. Z archiwum Maxa
Jacy byli członkowie Republiki prywatnie?
Przyjaźniliśmy się. Nie mam teraz z nimi takiego kontaktu jak kiedyś. W tym roku rozmawiałem przez telefon ze Sławkiem. Uważam go za swojego przyjaciela, kumpla. On był w klubie pierwszy, właściwie sam siedział i ćwiczył. Tak samo jest ze Zbyszkiem Krzywańskim, dla nas czas jakby stanął w miejscu. Paweł Kuczyński... Nie mam z nim kontaktu, ale też byliśmy przyjaciółmi. Tyle mogę powiedzieć o składzie, który stąd się wywodził. To byli moi koledzy i przyjaciele.
Czy to, że się kumplowaliście, pomogło wam w trudnych czasach politycznego przełomu?
Muzyka i zespoły to tylko część klubu, który gdy zaczęła się Solidarność, był non stop atakowany. To była jatka polityczna! Spałem, jak to się mówi, z jednym okiem otwartym. Jeśli przez trzy miesiące nic się nie działo, to wiedziałem, że szykuje się jakaś afera. Klub miał już wtedy w Polsce naprawdę bardzo duże znaczenie. Broniąc się przed atakami z zewnątrz, powołaliśmy radę artystyczną, w skład której wchodziły wszystkie zespoły. Starano się nam narzucić swoją "demokrację", a my wewnątrz stworzyliśmy taki mechanizm obronny, że w razie niebezpieczeństwa wszystkie kapele natychmiast angażowały się i stawały jedna w obronie drugiej.
Byliśmy non stop atakowani przez obydwa środowiska - SZSP i NZS. Nie było już pieniędzy, jedyne, co mogliśmy zrobić, to wprowadzić własne bilety. Organizowaliśmy więc koncerty i biletowaliśmy je. Wtedy funkcjonowaliśmy najlepiej, bo mogliśmy zapraszać te kapele, które chcieliśmy. Kluczowym momentem było powstanie klubu rockowego z muzyką do tańca. Praktycznie co weekend, trzy dni w tygodniu: piątek, sobota, niedziela, organizowaliśmy koncerty od godziny 20 do 24. Za każdym razem grały dwie, trzy kapele po około 45 minut. Często zapraszaliśmy kogoś z zewnątrz. O pozycję tego klubu praktycznie walczyli wszyscy, którzy tam byli, bo mieliśmy kłopoty bez przerwy. Klub tworzyli mocno ze sobą zżyci młodzi ludzie. Mieliśmy tylko to miejsce, gdzie przebywaliśmy codziennie od rana do nocy.
Cały czas broniliśmy się przed atakami niektórych nieprzychylnych nam środowisk uczelni. Bardzo ważne są pisma, które też są w zbiorach biblioteki, mówiące o tym, że Grzesiek Ciechowski pisał elaboraty na temat działania klubu. Środowiska uczelniane próbowały mnie usunąć i atakowały, bo po pierwsze, był to budynek uniwersytetu, a po drugie, istniały struktury stworzone przez komunę, które nie miały wpływu na to, co robiliśmy. A komuna próbowała ten wpływ odzyskać! I kiedy wprowadzono stan wojenny, dostaliśmy propozycję nie do odrzucenia... Ponieważ studenci na terenie Starego Miasta rozrabiali, a władzy to się bardzo nie podobało, na górze zapadły decyzje, żeby klub stamtąd usunąć. W tym czasie budowano nowy klub na Bielanach, nazywano go Wcześniak, bo jego budowa trwała już wiele lat. Nagle znalazły się środki na jego dokończenie! Chodziło przede wszystkim o to, żeby wyrzucić ze Starówki niewygodnych studentów. Dlaczego? Dlatego że cały rynek żył, wokół klubu przewijały się setki ludzi...
To była wyspa niezależności...
Pewna wyspa niezależności! Ludzie byli kolorowo ubrani, widać ich było codziennie. I to się nie podobało. Władze znalazły pieniądze na dokończenie bielańskiego klubu i propozycja była prosta: albo się tam przenosimy z Od Nową, albo uruchomią klub Wcześniak, a nasz zlikwidują! Zaznaczono też, że nic nie zostanie ze starej Od Nowy, a wszystkie kapele tam grające także zostaną wyrzucone. W stanie wojennym nie można było lekceważyć tego typu groźby.
Zatrudniono mnie na uczelni na pół etatu jako kierownika klubu w budowie. Byłem nim do momentu otwarcia, dzień później wróciłem do Trójmiasta, bo tam dostałem propozycję pracy z mieszkaniem i z niej skorzystałem. Doprowadziłem do przeniesienia klubu i ustawienia go, znalezienia ludzi do pracy. Oczywiście SZSP i te wszystkie ekipy przebierały nogami, aby klub przejąć. My zaproponowaliśmy ludzi, którzy byli związani z klubem, po to, by mogli kontynuować działalność. Było bowiem niebezpieczeństwo, że przyjdą inni i zniszczą to wszystko, co przez lata wypracowaliśmy.
Zapis nutowy "Białej flagi". Biblioteka Uniwersytecka w Toruniu, Oddział Zbiorów Specjalnych, Sekcja Dokumentów Życia Społecznego
Czy Republika miała kiedykolwiek problemy z cenzurą, z szeroko rozumianą polityką?
Nie pamiętam, ale wydaje mi się, że nie. W tamtym okresie to nie był jakiś zasadniczy problem, współpraca z miejscową cenzurą przebiegała raczej łagodnie. Nie pamiętam tych osób, tylko to, że to byli mili ludzie. Panie, które tam pracowały, miały w nosie tę całą komunę, jak wszyscy inni naokoło. Przepisy były takie, że aby zorganizować jakikolwiek koncert, trzeba było mieć scenariusz imprezy z tekstem konferansjerki i zezwolenie. Ale nikt tego nie pilnował i nie przestrzegał!
Klub miał renomę i to nam bardzo ułatwiało działanie. Dzieci tych pań też chciały do niego przychodzić, musieliśmy więc w każdym miejscu zostawiać zaproszenia, nawet na milicji! Dzieciaki tych urzędników przychodziły na koncerty i rodzice nie stwarzali przez to żadnych problemów - ja ich sobie nie przypominam. Kłopotem było to, że trzeba było te teksty przepisywać, zanosić, pieczętować, czekać itd.
Teraz te wszystkie zespoły opowiadają wokół, jak one walczyły o wolność i demokrację - to wszystko jest po prostu fikcją! Nic takiego nie miało miejsca, wymyślają dziś niestworzone historie i dopisują to sobie do biografii.
Zbigniew Krzywański, Paweł Kuczyński i Sławomir Ciesielski. Z archiwum Anny Sztuczki
Jak rozpadła się Republika w 1989 roku, byłeś w Gdańsku...
Tak, miałem tam tyle kłopotów, że dopiero na 50-leciu Od Nowy zacząłem sobie o tym przypominać. Wydaje mi się, że to było do przewidzenia. Widywałem się z chłopakami z Republiki, sporo grali w Toruniu, były koncerty w Trójmieście, Grzesiek Ciechowski był u mnie kilka razy, jakieś opinie dochodziły do mnie, że coś tam się dzieje, że są jakieś kłopoty.
Dlaczego?
Bo tam, gdzie się pojawiają pieniądze... Nie wiem, jak to było naprawdę, ale opowiadano mi, że te wszystkie piosenki były zapisane na Grzegorza, a nie na zespół. Z tego, co ja widziałem, to oni wszyscy byli autorami muzyki. To nie było tak, że Grzegorz sam te piosenki pisał. Byłem na próbach w klubie dzień w dzień. Oni pracowali wszyscy razem! Na pewno teksty i może jakieś prymki były jego, ale pracowali przy muzyce wspólnie. Żalili się więc, że te tantiemy były zapisywane na Ciechowskiego. Doprowadziło to do tego, że teraz część członków zespołu jest w trudnej sytuacji materialnej. Oni chyba dziś praktycznie nic z tego nie mają, co się wtedy działo. I to było moim zdaniem ze strony Grzegorza nie fair. Nie wiem, czemu oni się zgodzili na to, żeby zapisywać wszystkie utwory w ZAIKS-ie i prawa autorskie na niego. Jeśli chodzi o muzykę, to moim zdaniem podział powinien być równy.
Zresztą wydaje mi się, że Paweł odszedł z tego powodu. Wszystko było dobrze, dopóki grali dużo koncertów - były pieniądze z występów, gadżetów, koszulek i wszyscy byli zadowoleni, fajnie szło. Ale potem z tymi koncertami było różnie i zaczęło się psuć. Był 1989 rok, kiedy komuna padła, a kapitalizm jeszcze nie powstał. Wszystkie wytwórnie płytowe padły, winyl padł, a kompakt jeszcze nie wszedł. To był akurat moment, gdy promowałem Gdańską Scenę Alternatywną, miałem własne studio, więc wiem, jak to wyglądało. Okazało się, że chłopaki nie mają pieniędzy na życie. Zapaść. Grzegorz potem sam funkcjonował, a koledzy zostali z niczym.
Muszę też przyznać, że był taki czas, kiedy z Grzegorzem korespondowałem. Nagromadziły się między nami takie problemy, że już nic nie można było zrobić, tylko do siebie pisać (śmiech).
Jak zareagowałeś na wiadomość o śmierci Grzegorza?
Pamiętam, że usłyszałem o niej w Trójce. Kiedy włączyłem radio, wspominano Ciechowskiego. Czułem, że coś się stało. Minęły może dwie godziny, kiedy powtórzyli informację, że nie żyje. Byłem zszokowany. Teraz śmierć już mnie nie dziwi, bo w tym roku byłem na jedenastu pogrzebach, a powinienem być na ponad dwudziestu.
List oburzonej słuchaczki. Z archiwum Zbigniewa Ostrowskiego
Te znamienne słowa wypowiedział Grzegorz Ciechowski w słynnym reportażu kreowanym "Odlot", który został wyemitowany w czerwcu 1983 roku w radiowej Trójce. Emocje, jakie wzbudził wtedy ten materiał, były przeogromne. Lider popularnego zespołu rockowego w Polsce rzekomo jest lokalnym dyktatorem, który terroryzuje swoich sąsiadów. Kto z was pamięta te skrajne reakcje słuchaczy Trójki? Listy pisane do radia? Kto pamięta te dyskusje, rozważania, setki słów zamieniające się w lawę nienawiści i "płynące wspólną rzeką" na Ciechowskiego?
Lipiec 2014 roku, upalne lato, siedzimy właśnie w gabinecie wicewojewody kujawsko-pomorskiego w Bydgoszczy, Zbigniewa Ostrowskiego. To on jest autorem reportażu, który wzbudził wtedy tak wiele kontrowersji. Podczas spotkania nasz rozmówca opowiada nam o genezie jego powstania, mówi o trasie koncertowej Republiki, w której uczestniczył i którą później opisał. Wspomina także lata studenckie spędzone w Toruniu, przyjaciół, znajomych. Wzrusza się, kiedy mówi o Republice i jej liderze Grzegorzu Ciechowskim. Poniższa rozmowa jest pięknym świadectwem ich wzajemnej wielkiej przyjaźni.
List Anki, słuchaczki Trójki. Z archiwum Zbigniewa Ostrowskiego
Najwcześniejsze wspomnienia związane z Od Nową?
Starą Od Nowę poznałem w czasie, kiedy zacząłem studia w Toruniu w roku 1974, przy czym było to zupełnie inne miejsce. Klub Od Nowa funkcjonował w pewnej części Dworu Artusa. Znajdowała się w nim strasznie zabałaganiona Sala Lustrzana. Na pierwszym roku polonistyki w tej właśnie sali niejaki Major - Waldemar Fydrych, twórca Pomarańczowej Alternatywy - postanowił zrealizować sztukę teatralną. Wraz z grupą młodych studentów, a był w niej m.in. obecny dziekan Wydziału Filologicznego Adam Bednarek, robiliśmy sztukę Franza Kafki "Proces". Nic z tego nie rozumiałem, bo Major miał jakieś niesamowite pomysły.
Potem, tuż po rozpoczęciu przeze mnie studiów, oddano Klub na Bielanach. Klub ten, kiedy jeszcze pracowałem w radiu studenckim, rozpoczął swoje funkcjonowanie od wielkiej wojny pomiędzy Bielany Radiem (tak się na nie mówiło) a Socjalistycznym Związkiem Studentów Polskich. Uparliśmy się, by ten klub nazwać Imperial. Ale to w czasach socjalizmu źle się kojarzyło, więc władze SZSP wpadły na pomysł, aby nazwać go - co nie było szczytem kreatywności - Klubem na Bielanach. Prowadziliśmy wyjątkowo radykalną jak na tamte czasy akcję, dzisiaj to można by było nazwać protestem obywatelskim. Potem wróciłem do starej Od Nowy w związku z bardzo aktywną, wartościową działalnością muzycznej młodej fali. Tam już szefem był Waldek Rudziecki, którego wtedy uważałem za wielkiego miłośnika jazzu, i tak jest do dzisiaj. Waldek wprowadził jazz na "salony studenckie". Powstał nawet klub jazzowy Od Nowa, choć jego nazwy dokładnie już nie pamiętam. Zaczęła się też wykluwać nowa muzyka.
Kogo zapamiętał pan z tego okresu?
To był czas, kiedy po raz pierwszy spotkałem Grzesia Kopcewicza. Natomiast kiedy działałem w Bielany Radiu, poznałem niezwykle interesującą grupę ludzi. Byli to właśnie bracia Rucińscy, bracia Caputowie, którzy wprawdzie nie grali na żadnych instrumentach, ale stanowili poważne zaplecze techniczne dla powstających wtedy zespołów. Przede wszystkim jednak był Wiesiek Ruciński, który miał niesamowitą potencję twórczą. Mimo bardzo mizernych warunków technicznych nagrywał swoją muzykę w radiu studenckim. Zaczął organizować imprezy, które nazywały się "One Man Band", robił na nich cuda. Puszczał muzykę z półplaybacku, coś dogrywał. To była postać bardzo kreatywna i niezwykle, powiedziałbym, dojrzała, z potencjałem na wyjście z tego getta studenckiego i wypłynięcie na szersze wody muzyczne. Zaczynała się druga połowa lat 70. Wiesiu Ruciński, "Rucek", jak na niego mówiliśmy, pojawiał się też na imprezach studenckich, ale jednocześnie szukał swojej tożsamości poza Toruniem. Poznał m.in. Franciszka Walickiego, śpiewał także w zespole Bumerang - to były lata 1977-1978. W tym samym czasie zaczął powstawać zespół Res Publica. I tu już się zaczyna historia, którą dokładnie pamiętam.
Jeśli mówimy o Republice i Grzegorzu Ciechowskim, to trzeba wspomnieć o fundamencie, jakim była Res Publica. Dociekacie w swoich pytaniach, kto był autorem czegoś tam... Prawda jest taka: to były takie czasy, że nikt nie przywiązywał wagi do tego, kto jest czego autorem. Jeżeli miałbym odpowiedzieć na pytanie, kto wymyślił nazwę Res Publica, to wskazałbym co najmniej: Krzysztofa Caputę, braci Caputów w ogóle, którzy byli takim dobrymi duchami radia i Od Nowy, oraz Romana Rojewskiego.
Przyszedłem na studia, mówiąc w kontekście klubów studenckich, kiedy kończyła się pewna epoka, a następna - jeszcze nie wiadomo jaka - się zaczynała. Miałem ogromne szczęście, że załapałem się trochę w charakterze epigona na tę kończącą się epokę ruchu studenckiego. Był teatr Panoptikon, który właśnie kończył swoją niesamowitą karierę. Z tym środowiskiem związani byli: Paweł Kuczyński i jego żona Alicja Kuczyńska, Roman Rojewski, który pisał teksty dla Res Publiki, Ryszard Kułakowski, który był takim wiecznym studentem, bo trzynaście lat studiował, legenda tamtych czasów, i Janusz Szydłowski, dzisiaj najbardziej znany głos telewizyjny, miał przezwisko Eryk, bo był zakochany w Ericu Burdonie z Animalsów. To byli ludzie, którzy w pewien sposób tworzyli legendę tego okresu na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika. Ale też miałem wrażenie, że oni już odchodzą, bo kończą studia. Oczywiście poza Rysiem. I rodziło się to nowe, które - nie mam żadnych wątpliwości - było inspirowane pokoleniem, które odchodziło. Dlatego też na przykład to, co robił Wiesiek Ruciński w zespole Res Publica, zdecydowanie czerpało z tego spadku, które zostawiło tamto pokolenie.
List Beaty, słuchaczki Trójki. Z archiwum Zbigniewa Ostrowskiego
Jak się tam znalazł Grzegorz Ciechowski?
Poznałem go osobiście przez Res Publikę. Jej twórca Wiesiek Ruciński był wówczas zafascynowany grupą Jethro Tull. Strasznie nas katował tą muzyką, mieszkaliśmy w akademiku w jednym segmencie, ale przyznam szczerze, że przez to zespół zaczął bardzo mi się podobać i do tej pory go słucham. Twarzą i twórcą Jethro Tull był Ian Anderson, który grał na flecie. Wiesiek Ruciński nawiązał kontakt z Grzegorzem Ciechowskim, bo było wiadomo, że on właśnie gra na flecie. Grzegorz chyba wtedy jeszcze nie był w żadnej formacji albo pogrywał w takim zespole półjazzowym. Był potrzebny Wieśkowi Rucińskiemu, zawsze się śmialiśmy w naszym gronie, że jako element dekoracyjny! (śmiech) W ogóle Res Publica grała utwory Jethro Tull, w swojej twórczości nawiązywała dokładnie do ich brzmienia, musiała więc mieć faceta, który stoi i gra na flecie poprzecznym - i to był właśnie Grzegorz Ciechowski.
Tak właśnie zaczęła się ich wspólna historia. To był koniec lat 70. Byłem już na wylocie studiów i wtedy właśnie poznałem Grzegorza. Szybko nawiązaliśmy kontakt, bo on i ja poruszaliśmy się w obrębie tych samych wartości. Pokolenie, o którym mówię - może będzie to trąciło myszką - było pokoleniem ludzi rozmawiających. Rozmawialiśmy o sztuce, mieliśmy własne odniesienia, a dookoła nas była komuna, której nie akceptowaliśmy. Do tego jeszcze Grzegorz pisał teksty. Co ciekawe, nie dla Res Publiki! Teksty Res Publice pisał Roman Rojewski. Pamiętam "Czas błazna".
Notabene te nagrania są jeszcze w Rozgłośni Polskiego Radia w Bydgoszczy i chyba je mam. Dzisiaj można sobie nagrać i wydać płytę w domu, wtedy, jak pamiętam, furorę zrobiło wydanie przez Wieśka Rucińskiego kasety z utworami zespołu Res Publica. Miała ona złotą okładkę. Wiesiu zrobił jeszcze na tym interes, bo te kasety sprzedawał!
A jak powstała Republika?
Mam swoją koncepcję, jak Res Publica upada, a na jej gruzach powstaje Republika. Symboliczne wykreślenie "S" na plakatach było bardzo wymowne. Kolor czarno-biały pojawił się w czasach Res Publiki, dlatego że zespół pierwsze swoje plakaty miał w formie klepsydry z napisem "Res Publica". "Rzecz pospolita" to było niepokorne politycznie. Res Publica - napis czarno-biały i klepsydra! To robiło wrażenie. Plakatów zrobiono tak wiele, że kiedy powstała już Republika, to wykreślaliśmy na nich tę literę "S", i tak powstawała Republika.
Dlaczego doszło do jej powstania? Mówiłem o tym, że Wiesław Ruciński bardzo chciał się wyrwać z Torunia i wejść na duży, otwarty rynek muzyczny. Niewątpliwie ułatwił mu to Franciszek Walicki. Wiesiek brał udział w projekcie Bumerang, który okazał się efemerydą, grał też z Urszulą Sipińską w Poznaniu. I jakby porwany tym wielkim światem muzycznym, zaczął trochę tracić kontakt z Res Publicą, w zasadzie jego działalność w zespole była marginalna. Chłopaki to znakomicie wyczuli, wiedzieli, że ta Res Publica albo padnie, albo nada się temu zupełnie nowy ton i nowy impuls. Prowodyrem tego nowego był już Grzegorz Ciechowski.
Jak pamiętam, Res Publica miała zawsze problem z perkusistami - często się zmieniali. Na basie grał Paweł Kuczyński - instrument skonstruował wspomniany Krzysztof Caputa. Na gitarze grali Wiesiu Ruciński i jego brat Zbyszek. No i Grzesiu na flecie. Jakby ktoś mi wtedy powiedział, że Grzegorz Ciechowski będzie śpiewał, tobym w życiu nie uwierzył! To była rzecz nie do wyobrażenia, fantasmagoria, abstrakcja! A zaczął śpiewać, bo nie było już Wieśka Rucińskiego.
Res Publica nagrywała jeszcze jakieś utwory w Bydgoszczy dzięki Zdzisławowi Pająkowi... Pamiętam wóz transmisyjny przed Imperialem, gdy rejestrowano cały koncert. Jak nagrywali te utwory, to powstał jeszcze taki jednorazowy projekt muzyczny Zbyszka Rucińskiego i Grzegorza Ciechowskiego, który nazywał się Symboliczna Łapka Misia, kilka gitarowych utworów. Zbyszek był świetnym gitarzystą. Mówię "był", bo nie wiem, czy gra jeszcze na gitarze. To były gitara i flet. Dobrze się tego słuchało.
Pana związki z Republiką były takie jak z Res Publicą?
Republika w nowym składzie zaczęła funkcjonować tak gdzieś od roku 1980. Miałem wtedy dość luźny kontakt z zespołem, bo wszystko to nałożyło się na moje życie osobiste. Założyłem rodzinę, w lipcu 1980 roku urodziła się moja córka Kasia, pracowałem jeszcze w radiu. Miałem więc mniej czasu na te kontakty.
Tak naprawdę moje bliskie spotkania z Grzegorzem rozpoczęły się w roku 1979, kiedy zostałem służbowo przeniesiony do Torunia. Wróciłem więc do tej przestrzeni uczelnianej, która była mi niezwykle bliska, i zamieszkałem w jakimś hotelu robotniczym na ulicy Batorego. Moi koledzy właściwie wyjechali z miasta, wyemigrowali Krzycho Caputa i jego brat Adam, no i wyjechał Wiesiek Ruciński - a ja zostałem trochę osierocony.
To sieroctwo kompensował mi kontakt z Grzegorzem. W domu przy ulicy Popiela, gdzie mieszkał z żoną Jolą, byłem częstym gościem. Jego teść Zbigniew Muchliński wkurzał się, że za głośno rozmawialiśmy. To były, nie waham się użyć tego stwierdzenia, bardzo fascynujące spotkania. Co było ich kanwą? Grzegorz pisał wiersze, naprawdę rewelacyjne, i jak przychodziłem do Joli i do niego, to rozmawialiśmy o wszystkim, ale najwięcej o poezji. Pamiętam ten czas, jak wysyłał swoje wiersze do miesięcznika "Poezja", odpisywano mu: utwory są dobre, niech pan pisze, to może kiedyś będziemy pana drukowali. Pamiętam też rozmowę, podczas której Grzegorz powiedział: Jak wy będziecie chcieli mnie drukować, to ja nie będę dawał wam swoich wierszy.
Ja również pisałem wiersze. Byliśmy polonistami, więc nie musieliśmy mówić: Bardzo piękny wiersz, ten epitet, ta metafora... To była inna relacja, czytałem to, co napisał... Fajne, rewelacyjne - mówiłem i się to odkładało. On brał moje wiersze i już nie były takie fajne (śmiech). Mówił: Ale to jest świetne... O tutaj... Ale wiesz, zakończenie trzeba by było zmienić. I to były takie rozmowy.
Tworzyliście nie tylko wiersze...
A propos autorstwa - dwie historie. Ja miałem także zapędy prozatorskie, napisałem takie opowiadanie prowincjonalne, jego bohaterem był młody człowiek, który właśnie kończy studia i wraca do swojego miejsca zamieszkania. Nazywał się Grzegorz z Ciechowa! W tym opowiadaniu padła taka nazwa. Potem, gdy w połowie lat 90. pojawił się projekt Grzegorz z Ciechowa, pomyślałem sobie: kurcze, przecież to jest moja nazwa, ja to wymyśliłem!
Jeżeli chodzi o nazwę Radio Gra, to niewątpliwie jej autorem był Grzegorz. Kiedy wychodziłem z Radia Toruń, w głowie kiełkował mi pomysł założenia z grupą przyjaciół nowego radia, na które mielibyśmy większy wpływ niż na Radio Toruń. To był maj-czerwiec 1993 roku. Pojechałem do Grzegorza, który był wtedy z Małgorzatą Potocką, mieszkali na ulicy Puzonistów. Byli z nimi Romowie, którzy występowali w projekcie "Wesele Atrakcyjnego Kazimierza" (reż. Małgorzata Potocka, 1993 - przyp. aut.). Zostałem nawet zaproszony do tego filmu i wystąpiłem w nim, byłem też współautorem scenariusza. Któregoś wieczoru mówię do Grzegorza, że zakładam nowe radio. A on: Mam dla niego świetną nazwę, Krzysztof Materna i Wojciech Mann nie zainteresowali się nią, wymyślili swoją - Radio Kolor. Nazywałoby się: Radio Gra. Ta nazwa bardzo mi się spodobała i wzięliśmy ją. To było ewidentnie autorstwo Grzegorza.
A jak było z reportażem "Odlot" o Grzegorzu Ciechowskim?
Był rok 1983, moje dzieci trochę podrosły i znowu nawiązałem bardzo bliski kontakt z Republiką. Zespół był wtedy na fali, wszyscy robili z nim wywiady. Ciechowskiego oblegali dziennikarze, którzy myśleli, że po rozmowie z nim będą mieli w redakcjach swoje pięć minut. Naprawdę był wówczas osobą niezwykle popularną.
Dogadaliśmy się kiedyś, że wybiorę się z nimi w trasę koncertową i zrobię reportaż z koncertów najpopularniejszego zespołu rockowego w Polsce. Wsiedliśmy do samochodu z całą ekipą i pojechaliśmy, mieliśmy koncert w Elblągu, potem nocowaliśmy w Gdyni, następnie były Słupsk, Koszalin, Szczecin, Bydgoszcz i powrót do Torunia. To była duża trasa. Pojechała też z nami toruńska Nowo Mowa. W jej skład wchodzili Mariusz Ziemba, Andrzej Kraiński, Andrzej "Bruner" Gulczyński i Piotr Wysocki, czyli była to właściwie Kobranocka. Mam zresztą kasetę, którą wydali, ponieważ napisałem do ich piosenek wszystkie słowa. Jedna piosenka została wydana na winylu "Jeszcze młodsza generacja", był to "Dekoder".
Trasa ta była dla mnie niesamowitą wycieczką socjologiczną. Zobaczyłem wówczas, jak działa w ogóle pojęcie "idol". W czymś takim uczestniczyłem pierwszy raz. Totalny amok! Kiedy wróciłem, zrobiłem reportaż. Natomiast Trójka zamówiła u mnie wywiad z Grzegorzem Ciechowskim. Poszedłem do niego i powiedziałem mu o tym. Reakcja Grzegorza była do przewidzenia: Ale co, kolejny wywiad? Przecież tych wywiadów jest już dużo. - Zastanówmy się - mówię - co by zrobić, żeby to było coś innego, żeby to była inna historia. Odbywałem wtedy dyżury reportera Trójki i wymyśliłem, żeby na kanwie dyżuru nagrać najpierw osoby, które zwracają się do radia z interwencją w konkretnej sprawie. Matka z płaczącymi dziećmi to była moja żona i dzieci, potem następowała sekwencja dziennikarza, który idzie na miejsce sprawdzić, co się dzieje, i próbuje wyjaśnić sprawę. Dorobiłem do tego entourage reportażowy. Później był pomysł ściągnięcia Ciechowskiego do studia. Opracowałem pytania, które mu zadawałem. To były takie bezsensowne pytania, które zadawali mu dziennikarze, gdy dorwali się do gwiazdy. Napisaliśmy wspólnie z Grzegorzem tekst, którym on przemawiał. Był bardzo precyzyjny, tam nie było już miejsca na improwizację. Czyli właściwie ten wywiad w studiu był dopracowany od początku do końca, a wcześniej to była improwizacja. Reportaż kończy się nawet próbą odpalenia malucha Grzegorza. Niestety "kaszlak", jak mówiło się na fiata 126p, nie chciał ruszyć i wtedy zaczęliśmy się śmiać - to wszystko jest w materiale. Dodam jeszcze, że rolę ochroniarza zagrał profesor Aleksander Nalaskowski, a drugiego bodyguarda tuż przed wejściem do studia grał Paweł Kuczyński. I to właściwie była cała obsada. Praca nad tym reportażem była wspaniałą zabawą. Nigdy nie przypuszczaliśmy, że narobi on tyle szumu. Po jego emisji przyszło do Trójki wiele listów...
Pamiętam, że emitowane to było w czerwcu, czyli nie w prima aprilis. Następnego dnia było bardzo jednoznaczne dementi, które wygłosił Marek Niedźwiecki. Zaprosił Grzegorza Ciechowskiego do programu i powiedzieli, że to były żarty, ale w pewnej chwili Grzegorz zaczął bardzo poważnie rozmawiać o tym, co się z nami dzieje, jak to jest, że dajemy się tak nabrać, czy to jest taka głupkowata siła mediów. Ludzie nie uwierzyli, następnego dnia było kolejne dementi. Słuchacze uwierzyli w ten reportaż, a nie uwierzyli w dementi.
Powiem szczerze, że dla mnie największym zaskoczeniem była sytuacja, gdy już w stacji komercyjnej na początku lat 90., po reaktywowaniu się Republiki, wyemitowaliśmy ten reportaż ponownie. Ludzie zareagowali dokładnie tak samo.
Mam też wywiad z Grzegorzem, kiedy trafił po tym reportażu do wojska, ale nie z powodu reportażu! Grzesiek mówi w nim jak jeden z jego dowódców: Tu w jednostce nie ma fotokomórek, podchorąży Ciechowski, ani goryli osobistych! Cztery okrążenia dodatkowo! Raz! Faktem jest, że mu to pamiętano. To był niesamowicie udany eksperyment socjologiczny.
List do Trójki. Z archiwum Zbigniewa Ostrowskiego
List z Nowego Stawu do Trójki. Z archiwum Zbigniewa Ostrowskiego
Była też taka interpretacja tego reportażu, że Grzegorz chciał jakby oddzielić fanów prawdziwych od "przyszywanych"...
Rozmawialiśmy na ten temat, on naprawdę chciał wiedzieć, kto jest jego fanem. Być może dlatego, że wówczas było ich tak wielu. Miał też potrzebę wyłowienia najbardziej wiernych fanów. Kiedy pojawiły się teksty Grzegorza, kiedy ta pierwsza Republika zaprezentowała je światu, jestem przekonany, że wtedy zmienił się język komunikacji między zespołem rockowym a publicznością. Oni śpiewali o niezwykle ważnych sprawach i każda z tych piosenek była pewnego rodzaju manifestem. Na tym chyba polega fenomen Republiki, że będąc w uścisku cenzury, w swoich tekstach próbowała pokazać swoją wizję świata, całkowicie niezależną.
Pamiętam, jakie były ingerencje cenzury w jego teksty. Grzegorz opowiadał mi, że np. fragment "Białej flagi": co to za pan w tych kulturalnych okularach w wersji pierwotnej brzmiał: co to za pan w tych ciemnych okularach. To cenzura kazała mu to zmienić, napisał kulturalnych, ale wiadomo, że chodziło o postać Jaruzelskiego. "Kombinat" to nie było tylko takie przedstawienie jakiegoś zindustrializowanego świata, w którym człowiek jest trybikiem, to był manifest programowy. I pierwsza piosenka, która po Jarocinie podbiła serca fanów. To było po prostu zjawisko!
Wracając do reportażu... Dzisiaj nie mam żadnych wątpliwości, że moja kariera rozpoznawalnego reportera zaczęła się od omawianego wcześniej reportażu kreowanego z Grzegorzem, to mi otworzyło furtkę do zamieszczania innych rzeczy. Wcześniej przecież zrobiłem kilkadziesiąt reportaży, które również były wyemitowane w radiu, natomiast ten stworzył mi inne możliwości.
Bardzo miło też wspominam pracę przy filmie "Wesele Atrakcyjnego Kazimierza", bo to był moment, kiedy znalazłem się w dziwnym zawieszeniu. Odszedłem z Radia Toruń, a jeszcze nie zbudowałem Radia Gra i w pewnej chwili przy realizacji tego filmu pojawiła się potrzeba wypełnienia takiej pustki w sensie twórczym.
Fragment listu słuchacza z Zawiercia. Z archiwum Zbigniewa Ostrowskiego
Rozpad Republiki?
Dla mnie oczywiście był tragedią. Do niedawna jeszcze byłem jedynym posiadaczem taśmy matki płyty Republiki, którą potem Grzegorz nagrał pod szyldem Obywatel G.C. Oddałem ją później prawowitemu właścicielowi Pawłowi Kuczyńskiemu. Oni podczas tej sesji pokłócili się i rozstali, ale została po niej tzw. duża taśma. Nie chcę oceniać czegoś, co nie było dziełem skończonym, i porównywać do dzieła skończonego Obywatela G.C., które też było rewelacyjne, ale... Kto wie, czy ta republikańska płyta nie miałaby mocniejszego uderzenia. Właściwie jestem tego pewien! Podkreślam, że to była płyta demo, oni to chyba nagrywali w studiu na Wawrzyszewie. Wiecie, na czym polega demo, nagrali materiał bez żadnych poprawek, bez rozdzielanych tracków. To była rewelacyjna sesja! Pamiętam też, że tego roku Grzegorz z Jolą byli u mnie na sylwestra.
Kilka rzeczy nałożyło się w historii zespołu: rozpad Republiki, rozpad małżeństwa Grzegorza... Miałem bardzo specyficzne relacje z Jolą i z Grzegorzem. Kiedy się to wszystko rozpadło i Grzegorz wyjechał, często spotykałem się z Jolą, jego pierwszą żoną, i wiedziałem, że stało się coś, co jest nieodwracalne. Było mi tego niezwykle szkoda! Jak przychodziłem na ulicę Popiela, gdzie spotykałem się z nimi wcześniej, to wiedziałem, że przychodzę do ich domu, czytam jego wiersze, a bohaterką tych wierszy, często miłosnych i przepięknych, jest jego żona. Oni się bardzo kochali. Dla mnie rozpad Republiki to był także rozpad ważnej części mojego życia. Wiedziałem, że skończyła się pewna epoka.
Kiedy Grzegorz realizował się jako Obywatel G.C., a był to niezwykle inspirujący, odkrywczy projekt, nasze kontakty były dosyć okazjonalne. Natomiast po tym, jak się Republika reaktywowała, a był to czas mojego radia i filmu "Wesele Atrakcyjnego Kazimierza", te kontakty były częste. Jak się spotykaliśmy po dwóch, trzech latach niewidzenia i nierozmawiania, a nie było jeszcze wtedy telefonów komórkowych, to od razu tak rozmawialiśmy, jakbyśmy się widzieli wczoraj.
Wracając do kwestii autorstwa, otóż Republika była zespołem, szczególnie w tej pierwszej odsłonie, w którym praca naprawdę była zbiorowa. Grzegorz niewątpliwie nadawał temu pewnego ducha, pewien ton, ale nie mam wątpliwości, że jeżeli chodzi o charakter muzyki, przełożenie muzyczne, to w tej pierwszej Republice jest kawał pracy Pawła Kuczyńskiego.
Dlaczego w Republice chłopcy się nie dogadali? Uważam, że osią sporu były sprawy ideowe i artystyczne. Łatwo dzisiaj powiedzieć, że chłopcy pokłócili się o pieniądze. Nie, to był o wiele większy spór. Niewątpliwie stronami tego konfliktu byli Grzegorz i Paweł. Szkoda, że na początku lat 90. Republika nie odrodziła się w starym składzie. Wtedy bardzo ściśle współpracowałem z Pawłem, który pomagał nam w Radiu Gra. Nie ciągnąłem z nim rozmów na ten temat, bo już z pierwszego jego zdania wynikało, że nie ma sensu o tym dalej mówić. To jest bardzo osobiste, co teraz powiem, ale muzyka pierwszej Republiki jest lepsza od muzyki Republiki drugiej. Jak się rozpadła Republika, to Paweł Kuczyński założył Operę - postąpił według recepty, jak zrobić dobry zespół i grać dobrą muzykę. Robert Gawliński, Paweł Kuczyński, Sławek Ciesielski - świetni muzycy, mający pomysły, słowa pisane przez Gawlińskiego... I nic z tego nie wyszło. Jak się słucha tego albumu, wydanego po wielu latach, to wszystko tu gra, są nuty, są melodie, ale to się nie klei, nie ma w tym duszy. Brzmi jakby muzykę napisał matematyk. I dlaczego ja o tym wszystkim mówię? Bo ta druga Republika miała coś podobnego, tam także brakowało duszy, tych wielkich emocji charakterystycznych dla pierwszej Republiki. To nie znaczy, że to jest zła muzyka. Ona jest rewelacyjna, gra bardzo dobry zespół, ale to jest już inna grupa. Owszem, znajdowały się na płytach utwory nawiązujące do tego klasycznego nurtu lat 80., ale niech mi ktoś powie, czy powstało wtedy coś lepszego niż np. "Moja krew"? Dlatego też bardzo żałuję, że do reaktywacji projektu Nowe sytuacje doszło bez Pawła Kuczyńskiego.
Ma pan kontakt z osobami z tamtych lat?
Mam kontakt m.in. z Wieśkiem Rucińskim, który bardzo krytycznie ocenia Grzegorza. Dlaczego? Otóż jemu się wydaje, że Grzegorz ukradł mu projekt pod nazwą Res Publica. Ale chcę tutaj mocno powiedzieć, że to nie jest prawda! Res Publica i Republika to są dwa różne byty. Być może był między nimi pomost, ale to naprawdę był inny projekt i muszę przyznać, mimo że jestem zaprzyjaźniony z Wieśkiem, że ta jego ocena jest trochę zabarwiona zazdrością, że z czegoś, czego jemu nie udało się doprowadzić do końca, wyrosła perła w postaci Republiki.
Coś mocno utkwiło panu w pamięci?
Pamiętam koncert w starej Od Nowie, był rok 1982, czas stanu wojennego. Za moimi plecami stało mnóstwo facetów z koltami, jakaś milicja, jakby grupa antyterrorystyczna. Na tym koncercie dostawałem autentycznych dreszczy, to była już TA Republika! Pamiętam właśnie taki obrazek: tu młodzież szaleje, bawi się, a z tyłu za nią zomowcy w rynsztunku wojennym... pilnują porządku.
Pamiętam też z tej trasy koncertowej zabawne sytuacje. Grzegorz naprawdę bał się pójścia do wojska. Wjeżdżaliśmy do Elbląga na koncert, a on miał już powołanie do tego miasta, do tzw. SPR, czyli Szkoły Podchorążych Rezerwy. Ktoś zaczął w autobusie żartować na ten temat i po raz pierwszy widziałem naprawdę przerażonego Grzegorza, który takim władczym tonem powiedział: Koniec żartów! Żadnych żartów na temat wojska! Naprawdę strasznie to przeżywał.
Nie wiem, czy znacie mój reportaż "Z trasy", jest dostępny w archiwum Radia PiK, można go w internecie posłuchać. Są tam takie jego fajne rozmowy z fanami, np. ktoś podchodzi do Grzegorza i mówi: Grzesiu, daj mi coś! A Grzegorz na to: Nie mogę ci wiele dać, zaśpiewane na melodię Perfectu.
Śmierć Grzegorza...
Tak prawdę powiedziawszy, to do dzisiaj w nią nie wierzę. Grzegorz był o dwa lata ode mnie młodszy. Kiedy umiera nam ktoś bliski, to zanim sobie przyswoimy tę wiedzę, że stało się coś niedobrego i ważnego, musi upłynąć jakiś czas. Ja tej wiedzy, jeśli chodzi o śmierć Grzegorza, nie potrafię do dzisiaj przyswoić!
Pamiętam dokładnie sytuację, kiedy się o tym dowiedziałem. Wsiadłem do samochodu, włączyłem radio, lecą wiadomości i jedną z pierwszych była ta o śmierci Grzegorza. To było tak odrealnione i nieakceptowalne! Natomiast zadałem sobie wtedy jedno pytanie: do jakiego stopnia potrzebny był żywy Grzegorz, żeby podsycać swoją legendę i legendę zespołu Republika? I dzisiaj wiem, że ta legenda była na tyle silna, na tyle ważna i mocna, że nawet bez jej twórcy ona trwa... Minęło 13 lat od kiedy umarł, a cały czas ten świat wypełniony jest jego muzyką.
Czy nie odczuwacie, że po śmierci Grzegorza pojawiło się na jego temat trochę apokryfów, legend, mitów? Nie chciałbym powiedzieć czegoś, co byłoby przez kogoś źle odebrane, ale to co pani współorganizuje (Zbigniew Ostrowski zwraca się do Anny Sztuczki), Dzień Białej Flagi, jest dla mnie bardzo autentyczne. Raz byłem na tym dniu i znowu poczułem się w mojej przestrzeni. Natomiast to, co widzę na koncertach grudniowych, to powiem szczerze, że mnie nie ciągnie. Po prostu zrobił się z tego kolejny silny punkt repertuarowy klubu.
Rozmawiam z państwem na temat pierwszej Republiki trochę też dlatego, by złożyć autentyczny hołd Joli Muchlińskiej. Naprawdę wiem, jak ważną osobą była dla Grzegorza.
Grzegorz Ciechowski i Jolanta Muchlińska. Fot. Aleksander Hojło. Z archiwum Jolanty Muchlińskiej.
* * *
koniec darmowego fragmentu zapraszamy do zakupu pełnej wersji