Kilka słów od autorki
Minęło już trochę czasu, odkąd ostatni raz w ogóle myślałam o tej historii. Proza życia robi swoje. W natłoku spraw człowiek zupełnie zapomina o tym, co kiedyś było jego codziennością. Ale może tak właśnie wygląda proces leczenia z traumatycznych wydarzeń - któż to wie?
Doskonale wiecie, że ta opowieść jest dla mnie ważna. Nie tylko dlatego, że znajdziecie w niej wiele wątków, które zostały zaczerpnięte z realnego świata. Cała reszta to fikcja, ale jakże ważna fikcja. Za całkiem zabawne uważam swoje własne słowa "Jeśli ktoś poczuje się urażony tą historią - niech wróci do tego momentu, bo nie mam zamiary przepraszać". Mam na myśli, iż faktycznie nadal nie mam zamiaru przepraszać, ale... Tylko dlatego, że największa kara za to wszystko została wymierzona właśnie mnie. Długo zajęło mi pogodzenie się z tym i gdy czułam spokój, jakiś czas temu ta historia postanowiła mnie dogonić raz jeszcze.
Człowiek robi się naprawdę miękki, gdy nocami nie może zasnąć i w łóżku przewraca się z boku na bok. A nasz umysł tylko podsuwa nam to, czego najbardziej w życiu żałujemy. Jakbyśmy o to prosili... Załóżmy więc, że tamta sierpniowa noc właśnie taka dla mnie była. Ignorowanie tematu i nakręcanie spirali nienawiści do samej siebie nie może wiecznie trwać. Właśnie chyba dlatego zdecydowałam się podczas kolejnej, tym razem grudniowej nocy, na to, by zamknąć ten temat raz, a porządnie. Podczas KOLEJNEJ, grudniowej nocy pomyślałam o sobie z czasu, gdy miałam te naście lat. Poczułam nagłą potrzebę przytulenia tej małej, zagubionej nastolatki, którą byłam. Chciałabym jej powiedzieć, że w żadnym stopniu to, co się wtedy wydarzyło, nie zdefiniowało jej jako osoby. Może tylko wzmocniło jej charakter, a może sprawiło, że dzisiaj jest osobą, którą powinna się stać.
Tak więc znowu tutaj jestem. We wspomnieniach, które dzisiaj już wyblakły, a przecież kiedyś sprawiły mi wiele bólu. W urwanych rozmowach. W gorących łzach. W nieprzespanych nocach. Jestem w miejscu, w którym kiedyś nie chciałam się znaleźć.
Cytując samą siebie - może czasem powinnam się zamknąć, ale pisania nikt mi nie odbierze.
1. Jak zostałam frajerką?
Chora od gadania tych wszystkich ludzi
Chora od całego tego hałasu
Zmęczona tymi fleszami kamer
Zmęczona byciem pewną siebie
Teraz moja szyja jest wyciągnięta wysoko w górę
Błagając o dłoń, która się wokół niej zaciśnie
Udusiłam się już swoją dumą
Więc nie ma nad czym płakać
Halsey "Castle"
październik 2014
Michalina
- Ale coś tu wali - wypalił Rafał, gdy podeszłam do grupki moich szkolnych znajomych. - Ach, to ty Michasia. To ty tak walisz. - spojrzał mi w oczy.
Skończyłam właśnie angielski i miałam iść na matmę. Popatrzyłam na niego oszołomiona. Popatrzyłam na twarze moich znajomych. Oni patrzyli na mnie, ale zlali temat i po chwili ciszy kontynuowali rozmowę. Tak, jakby Rafi właśnie mi nie dowalił. Odczekałam, aż się rozejdą i szarpnęłam go za łokieć.
- Dlaczego? - szepnęłam. - Co ty sobie myślisz?
Roześmiał się głośno.
- Zaraz spóźnisz się na matmę. - syknął i też sobie poszedł.
Poczułam, jak pieką mnie policzki. Siłą zmusiłam się, by dogonić swoją klasę i jak zawsze usiąść w ostatniej ławce pod oknem. Dupek. Skurwiel. Kiedyś będzie tego żałował. Próbowałam się uspokoić, ale siedziałam z posępną miną, wpatrując się w podłogę.
Zamknęłam oczy, czując, że zaraz się rozpłaczę. Metoda trzech wdechów i czterech wydechów nie skutkowała. Nic nie skutkowało. Chciałam już być w domu, by zatopić się w kołdrze i kocach i wyć. Wyć głośno, jak każdego wieczoru. Jak każdej nocy. Wyć tak żałośnie, ale cicho, by nikt nie słyszał.
Skończyłam lekcje i z kopyta ruszyłam na autobus. Nie chciałam, by ktokolwiek mnie zaczepiał. Nie miałam siły walczyć, nie tylko tamtego dnia.
Od czego to się zaczęło?
Tamtego dnia miałam jakieś trzynaście lat. Byłam w pierwszej gimnazjum. Właśnie przyszłam na lekcję wf-u. Nie lubiłam wf-u. Nigdy. Byłam wysoką osobą, miałam potężne uda, wielki tyłek i małe cycki. Okay, miałam trzynaście lat i mogłam liczyć na to, że mój los się nade mną zlituje i to się zmieni, ale przecież to były jakieś głupie życzenia, które nigdy się nie spełniły. Zawsze coś było ze mną nie tak. Byłam za wolna, za wolno się ruszałam, miałam beznadziejne poczucie humoru, ubierałam się w za luźne dżinsy, nie malowałam się, miałam za dobre serce.
I tłuste włosy. Nie zrozumcie mnie źle - nie miałam problemów z higieną. Ale nie widziałam problemu w tym, by nie myć włosów dwa razy dziennie. Myłam je trochę rzadziej. Zawsze były długie i gęste, blond grzywa przysłaniała mi oczy.
Nauczycielka podzieliła nas na dwie grupy. Jak zawsze trafiłam do tej gorszej. Tam, gdzie nie było ciebie, Adrianno.
- Umyłabyś w końcu te kudły - burknęłaś w moją stronę. - Nie wstyd ci, że tak łazisz?
Zatkało mnie. Zawsze myślałam, że jestem osobą, która jest dla każdego miła (ok, poza żenującym wybrykiem z czwartej klasy, kiedy to podrzuciłam jednej z moich znajomych liścik z wyzwiskami, podpuszczona przez inne koleżanki) i nie sądziłam, że w tamtym momencie mój świat runie. To mnie kurewsko zabolało. Tak bardzo, że pamiętam o tym do dzisiaj. Popatrzyłam na ciebie, Adrianno, czując łzy w oczach. Nie rozumiałam tego. Zrobiłam coś nie tak? Dlaczego musiałam tego słuchać? Usiadłam pod drabinkami, roniąc łzy tak wielkie jak grochy, próbując ukryć to przed resztą uczniów z sali gimnastycznej. To właśnie wtedy coś po raz pierwszy we mnie pękło.
Aczkolwiek, być może pierwszy raz był wtedy, gdy mama kupiła mi pod szkołą watę cukrową. Miałam mieć jeszcze jedną lekcję, a pan rozstawiał swoje stoisko i robił watę dla uczniów za drobne pieniądze. Prawdopodobnie to była jesień, miałam może z osiem lat. Mama kupiła mi tę watę. Dzwonek zadzwonił i tłum uczniów ruszył w stronę wejścia do budynku. Tak się cieszyłam z tej waty. Moja mama cieszyła się moim szczęściem. To nie potrwało długo. Wchodząc do szkoły, straciłam tę watę. Nic wielkiego, powiecie. Zabrał mi ją brat mojego rówieśnika, młody, szkolny chuligan. Przestałam się uśmiechać, wpadłam w taką histerię, że nauczycielka długo uspakajała mnie na lekcji.
Nie wiem dlaczego, ale poczułam się tak, jakbym zawiodła moją mamę. Widziałam jej uśmiech, gdy stałyśmy w kolejce. Do dzisiaj go widzę. Nigdy jej o tym nie powiedziałam, ale ta myśl wraca do mnie co jakiś czas i burzy mój spokój. Byłam słabsza.
Wiele razy. Wtedy, gdy mama szykowała mi owoce do szkoły - śliwki, jabłka, mandarynki, a potem ten sam szkolny chuligan mi je wyrywał z opakowania na drugie śniadanie i z nimi uciekał. Pamiętam te przeklęte śliwki węgierki zbierane przez mamę wieczorami spod drzewa. Zawsze myślała, że je zjadłam, a tymczasem ten śmieć mi je zabierał. Wiecie, ile razy w pierwszej gimnazjum się ze mnie śmiali? Trzy tysiące. Codziennie, kilka razy dziennie. Nie wiem z jakiego powodu. Być może dlatego, że miałam dobre oceny. Być może dlatego, że byłam raczej cichą osobą. Nie wiem. Wtedy naprawdę myślałam, że jestem frajerką, która zwyczajnie sobie na to zasłużyła. Codziennie musiałam patrzeć na ligę szyderców, która bezlitośnie wyrzucała na mnie kubeł śmieci. Nie dosłownie, w przenośni. Zawsze było coś nie tak.
Właśnie przez to moja osobowość i wiara w siebie upadła. Starałam się to ignorować, ale oni nie ignorowali. Śmiali się ze mnie. Czułam się samotna. Nie miałam bliskich przyjaciół, poza moją kuzynką Julką. Ale nie mówiłam jej o tym. Po co? Nikomu nie mówiłam. Już wtedy uśmiechałam się na pytania o szkole i udawałam, że jest w porządku, chociaż w środku ściskało mnie z rozpaczy. Swoje smutki topiłam w książkach wypożyczanych z biblioteki.
Otworzyłam oczy. Skoro streściłam wam połowę mojego żałosnego wchodzenia w bycie nastolatką, mogę pójść o krok dalej. Otarłam łzy. Była w mojej klasie jedna osoba, którą lubiłam. Nazywała się Marcelina. Była dobrą uczennicą i mądrą dziewczyną. Wiedziałam w głębi ducha, że chciałabym mieć taką przyjaciółkę jak ona, ale nigdy jej tego nie powiedziałam. Czasami tego żałuję, być może moje życie wyglądałoby teraz inaczej.
Będąc w drugiej klasie gimnazjum, miałam tak serdecznie dosyć, że postanowiłam się poddać. Wiecie, co zrobiłam? Zamiast urządzić raban stulecia z powodu tego wyżywania się na mnie, zaprzyjaźniłam się z Adrianną. To oczywiście dosyć wyolbrzymione stwierdzenie. Myślałam, że w ten sposób polepszę swoje frajerskie życie. Nie myliłam się. Adrianna przestała mi ubliżać, a nawet broniła mnie, kiedy było trzeba. Ale ja nigdy jej nie lubiłam, bo ciągle pamiętałam o jej raniących słowach. Spędzałam z nią czas, ale każdą pieprzoną chwilę udawałam. Udawałam, że interesuje mnie to, co mówi, jak się śmieje i była pomiędzy nami ściana. To właśnie przez nią nauczyłam się udawać i dzisiaj mogę udać każdego, kogo sobie wymarzę. Mogę być zimna i kochana i sukowata i wspaniała. Zależy od tego, jaka chcesz bym była.
Nasze drogi rozeszły się po gimnazjum. Poszłam do liceum, ona do technikum. W dwóch różnych miejscowościach. Byłam wtedy najszczęśliwszą osobą na świecie. Uwolniłam się od niej.
Nie na długo.
Ale zawsze.
2. Jak zbudowałam nową siebie na kłamstwach
październik 2014
Michalina
Urywki tych wspomnień dosyć często mi towarzyszyły. Były jak ropiejąca rana, której nie umiałam zaleczyć. A jak wiadomo - nieleczona i w takim stanie - po jakimś czasie zaczynała gnić i choć początkowo nie było to uciążliwe, to po kilku miesiącach zamieniało się w coś, czego musisz się pozbyć, zanim ogarnie cały twój organizm i doprowadzi do jeszcze większych komplikacji. Tylko że ja byłam nastolatką i nie miałam pojęcia, co z tym zrobić. Prawdopodobnie wielu moich rówieśników przechodziło przez podobne piekło każdego dnia, nikt się nimi nie interesował albo nie wiedzieli, jak prosić o pomoc. Ja też nie byłam tego pewna. Bałam się, że cała sytuacja obróci się przeciwko mnie. Bałam się mówić o tym głośno, bo przecież moje problemy i wszystkie te przykre sytuacje były niczym przy prześladowaniu wyższej rangi. Nikt mnie przecież nie bił, a słowne docinki... no cóż, będę ze mną przez całe życie, prawda? Musiałam tylko nabrać odporności, wykształcić w sobie jakąś siłę, która sprawi, że wcale nie będę się tym przejmować.
Ale ja nie umiałam tego zrobić, więc tkwiłam w tym gównie przez kilka następnych miesięcy, czując zmęczenie tak duże, że brakowało mi sił.
Ale na wycie w poduszkę to już znajdowałam energię. Była to jedyna rzecz, która trzymała mnie wtedy przy życiu i sprawiała, iż mogłam poczuć siebie. Ten ból, gdy płakałam, przybierał fizyczną postać i to taką, która sprawiała, że czułam się, jak człowiek, a nie jak duch, który tylko egzystuje, a nie żyje.
Obudziłam się, bo usłyszałam ciche pukanie do drzwi. Tata stał w drzwiach.
- Wstawaj - powiedział. - Już piąta czterdzieści.
Co? Dałabym słowo, że dopiero się położyłam. Westchnęłam i wyszłam z łóżka. Musiałam szybko zasnąć, wykończona płakaniem. Jak to możliwe, że ci ludzie nic nie słyszeli od dwóch lat? Tak właśnie wyglądała większość moich dni. Zjadłam śniadanie, wypiłam kawę i mogłam ruszyć do szkoły. Padał deszcz, była połowa października.
- Jak się trzymasz? - zapytała Klara, gdy zmieniałam buty.
- Okay. - mruknęłam.
Popatrzyła na mnie.
- Ale ci dowalił wczoraj, padalec jebany. - warknęła zdenerwowana.
Machnęłam ręką. Nie umiałam się bronić. Nienawidziłam swojej wrażliwości. Byłam tak styrana, że mogli mi nawrzucać najgorszych obelg, a ja nie walczyłam. Nigdy nie walczyłam. Byłam słaba. Bez końca zastanawiałam się, czym sobie zasłużyłam na takie traktowanie, ale nie umiałam tego pojąć.
Poszłyśmy na lekcje. Nie byłam zbyt lubianą osobą w klasie. Nie wiem czemu. Być może byłam lekko dziwna, a może po prostu nadal byłam frajerką. Któż to wie?
Zauważyłam u siebie dziwną przypadłość. Nigdy nie było przy mnie zbyt wielu ludzi. Nie takich za którymi mogłabym bez wahania wskoczyć do ogniska. Dlatego, gdy coś mi nie wychodziło w głowie wymyślałam sobie przyjaciół - nie robiłam tego celowo, ale mimowolnie. Przecież nikt nie mógł mi tego odebrać. Mogłam być kim chcę i robić co chcę. Milion razy wyobrażałam sobie jak wyrzucam Adriannie to, co o niej myślę. Chociaż w życiu nigdy bym jej tego nie powiedziała, bo to oznaczałoby wojnę i mnóstwo raniących słów.
A kto sam z siebie skazuje się na poligon?
Myślę, że właśnie od tego to się zaczęło. Od tworzenia w głowie światów, postaci i wydarzeń, które nigdy nie istniały. Początkowo były to tylko krótkie i urwane scenki. Miałam stały zestaw bohaterów w mojej głowie. Miałam też swoje alter ego - które choć wyglądało tak, jak ja - było ulepszoną wersją mnie. Było kimś odważniejszym, bardziej pyskatym, oczywiście bardziej lubianym. Było wersją mnie, którą chciałam zawsze być, a którą nie byłam. I to tak dobrze zakorzenioną w mojej głowie, tak dobrą w udawaniu lepszej iż czasami te moje nocne przemyślenia mieszały mi się z tym, co działo się w prawdziwej rzeczywistości. Człowiek, gdy doświadcza tak dużej dawki bólu każdego dnia, chce uciekać w miejsca, które są mu przyjazne. Chce otaczać się ludźmi, którzy będą go lubić i akceptować. Nic dziwnego, że spędzałam w swojej głowie więcej czasu, niż powinnam. Traktowałam to, jak świat, do którego nikt nie ma dostępu. Jak swoją odskocznię od szarego i gównianego świata, w którym żyłam. Traktowałam to jak swoją świątynię. Tylko że... po jakimś czasie nawet to stało nieco męczące. Chciałam, by ta wymyślona rzeczywistość stała się tym, co naprawdę się dzieje, a nie była tylko urojeniem. Pewnego wieczoru, pierwszy raz od dłuższego czasu, zamiast płakać, po prostu usiadłam przy biurku w swoim pokoju i postanowiłam, że to najwyższa pora, by ten swój wymyślony świat wcielić w życie.
I choć wydawało mi się to genialnym pomysłem, nigdy nie pomyślałabym, iż będzie to miało dla mnie dokładnie odwrotne skutki, niż sobie to założyłam.
Zaczęło się tam, gdzie z pozoru było to najłatwiejsze, czyli w internecie.
Lata pokazywania swojej wymyślonej rzeczywistości nauczyły mnie, iż ludzie są w stanie uwierzyć w wiele rzeczy o tobie. Nawet, jeśli nie było w tym ani krzty prawdy.
Musiałam jakoś urzeczywistnić swój wymyślony wizerunek. Musiałam zrobić to, by uwierzyli mi w to, iż jestem prawdziwa. Zaczęło się niewinnie - od założenia Tumblra i Instagrama. Na czasie były wszystkie te zdjęcia w stylu aesthetic, kolorowe włosy, jakieś romantyzowanie życia. Wszystko podszyte nutą dramatu, rozpaczy i smutku.
Tak więc, w trzeciej klasie liceum, gdy moją kompanką w niedoli stała się niebiesko-włosa Klara, ja do niej dołączyłam z farbowaniem i dosyć szybko stałam się dziewczyną z lawendową grzywką. Nie przeszło to bez echa - zwłaszcza w szkole. I tak uważali mnie za dziwaczkę, więc chyba nie robiło mi to większej różnicy. Jak się bawić, to na całego. Zresztą, po jakimś czasie przestało mnie to interesować. Liczyło się tylko to, by wrzucić na Insta nowe zdjęcie, które było dowodem na to, iż żyję i mam się dobrze. A że rzeczywistość była nieco inna - kogo to obchodziło?
Tak więc, w kilka miesięcy, stworzyłam nową, internetową siebie. Nie spodziewałam się, iż może być to takie proste. Wystarczyło dać ludziom zdjęcie swojej pięknej buźki, podzielić się jakimś ckliwym cytatem i proszę - śledziło mnie niemal dwadzieścia tysięcy osób. Było to niemałym szokiem dla osób ze szkoły. No bo jak to, ktoś patrzył na takiego dziwaka, jak ja i jeszcze to lubił? Och, ile mi to dodało odwagi. Parszywe śmiecie, i co? Tak długo wmawialiście mi, że jestem zerem, a okazało się, iż prawda chyba jest nieco inna. Taką miałam nadzieję i motywowana swoimi osiągnięciami, brnęłam w to dalej.
Tylko, że nikt mi wtedy nie powiedział, iż nie da się zbudować nowej siebie na urojonych wyobrażeniach, zakłamywaniu rzeczywistości i na dodatek z gnijącą raną w środku.
To w jakiś sposób mnie definiowało. Lubiłam robić szum wokół siebie w sieci. Nieważne gdzie, ważne, że się udawało. Ktoś z boku mógłby nazwać mnie atencyjną suką, ale prawda jest taka, że ja po prostu potrzebowałam ludzi. Chociaż ich nienawidzę. Ale chciałam, by na mnie patrzyli i mi zazdrościli. Tak, jak ja zazdrościłam im, gdy byłam zrozpaczona. Bo tak było - zazdrościłam innym, że nie są mną i nie muszą babrać się w tym całym gównie, którego byłam bohaterką. To pojebane, wiem. Ale jestem pełna takich sprzeczności.
Z czasem Tumblr i Insta nie były wystarczające. Szybko uzależniłam się od pozytywnych słów, jakie czytałam o sobie w komentarzach na tych dwóch portalach. Chciałam, by to się rozwijało. Bo gdyby się rozwinęło tak, jak chciałam - mogłabym uwierzyć w to, że ta popularna dziewczyna jest mną. A to wydawało mi się genialnym pomysłem. Lepszym niż zmierzenie się ze swoimi demonami. Wolałam po prostu udać, iż one nie istnieją i zamienić je nowymi.
Tak powstało moje konto na ask.fm. Myślę, że każdy z was kojarzy co to za strona, ale gdybyście jednak nie wiedzieli - można tam odpowiadać na pytania i zadawać je różnym ludziom. Prawdopodobnie mogłabym napisać oddzielną książkę na temat tej strony internetowej, bo to, co się tam wyprawiało, zasługuje na długą opowieść. I to wcale nie taką przyjemną, jak mogłoby się wydawać. Tylko że ja stałam się jej bohaterką.
To był jeden z moich najbardziej ulubionych portali w tamtym czasie. Akurat skończyłam lekcje i mogłam wrócić do domu. Do swojego popieprzonego, wirtualnego świata, w którym niewiele się liczyło.
Byłam tam niekwestionowaną królową za czasów liceum. Mogłam wypowiadać się na różne tematy, nie tylko te błahe. Ludzie interesowali się moją opinią, co bardzo łechtało moje ego. W końcu gdzieś się liczyłam.
Niestety, oprócz fajnych pytań dostawałam masę anonimowego hejtu, co doprowadzało do niekończących się gównoburz i wodospadu obelg pod moim adresem. Kiedyś próbowałam przeanalizować powody przez które ktoś nazywał mnie dziwką albo świruską. Wiem, że wiele tych słów pochodziło od moich realnych znajomych, bo niemożliwe wydawało mi się, by ktoś kto mnie nie zna bawiłby się w takie rzeczy. A ci, co mnie znali - raczej nie powiedzieliby mi tego w twarz. No chyba, że byliby tacy, jak Rafi. On tam się nie patyczkował w swoich obelgach. Przeszywał moje ciało palącym spojrzeniem i przystępował do ataku. I nie miał żadnych skrupułów. Ale z czasem jego słowa nie były już takie bolesne. Widział, że mam teraz broń w postaci szumu w sieci i zobaczył, iż jestem nieco silniejsza, niż zakładał. Ja też powoli zaczynałam wierzyć w to, że mój plan zadziałał i że każdy może mi po prostu naskoczyć.
Dlatego tamten czas wspominałam całkiem dobrze. Wszystkie moje konta w social mediach roiły się od mnóstwa zdjęć. Wszystkie musiały być w jednym stylu, bo tego się trzymałam. Wszystkie romantyzowały moje życie, choć to nie było ani trochę ładne, a tym bardziej estetyczne. Każdego wieczoru serwowałam swoim obserwatorom nowe posty, które wpadały w viral i krążyły między ludźmi. Moje ego było nakarmione i dzięki temu nic innego nie miało żadnego znaczenia. Ba, ja zupełnie nie żałowałam swojego zachowania. Nie żałowałam tego, że ktoś domyśli się prawdy o moim życiu. Właściwie to byłam całkiem ostrożna i dobrze grałam. Nie chciałam tego stracić. Musiałam planować swój każdy krok tak, by nikt niczego nie podejrzewał.
Ale pod postacią tej odważnej Michaliny, nadal kryła się ta mała, zagubiona dziewczynka, która gdzieś w głowie miała te wszystkie słowa, którymi była karmiona latami. One nie zniknęły. Ba, spychałam je gdzieś w ciemne zakamarki duszy, ale im bardziej starałam się to zrobić, tym bardziej to do mnie chciało wrócić. Przecież "nowa ja" była tylko wymysłem. Nie rozwiązywała moich problemów, tylko je maskowała. A pod maską czasami robi się duszno i ciasno i chcesz ją po prostu zdjąć.
Więc nadal miewałam takie noce, które roiły się od łez, smutnych repostów na Tumblr i rozmyślań na temat chujowego życia. To dawało mi ulgę. Mogłam na Tumblrze znaleźć ludzi, którzy czuli się tak, jak ja i to było pokrzepiające. Nie byłam sama w tym bagnie. Ba, za to mogłam sama dzielić się swoimi smutnymi rozkminami, a tych miałam wiele. I każda z nich lądowała na Tumblr, choć często udawałam, iż to wcale nie są moje słowa. Ale zapisane jako cytat... nie wzbudzały podejrzeń. Więc pasowało to do mojego zmyślonego wizerunku. Stosowanie półprawd wydawało się idealnym sposobem, by zagłuszyć pojawiające się czasami wyrzuty sumienia. Bo przecież nie kłamałam, ale też nie mówiłam wprost. To wydawało się świetnym rozwiązaniem na wypadek, gdyby ktoś coś odkrył. Wytrącało to broń z rąk każdego hejtera. Bo łatwiej byłoby mi udowodnić, iż to półprawda, niż że to nie jest kłamstwo, co nie?
Jak widać, całkiem dobrze sobie to wtedy przemyślałam. Miałam plan, którego trzymałam się za wszelką cenę. Myślałam, że to wystarczy, by zażegnać swoje stare, gówniane życie.
Tylko, iż naprawdę - nie da się zbudować nowej siebie na czymś tak fałszywym.
Zawsze pojawi się ktoś, przy kim stracisz kontrolę i chlapniesz za dużo.
A to będzie początek twojego końca.
4. Spędzasz mi sen z powiek, Michalino Bloomberg
Dodaj mi siły
Chcę ci pokazać co tracisz
Czy wystarczę
aby pozbyć się twoich
innych kochanków?
Years & Years "Desire"
styczeń 2015
Igor
Trafiłem na nią przez przypadek. Jawiła się jako osoba, którą mogła być zupełnie nierealna. Nikt nie jest w stanie być tak pięknym. Nikt nie miał tak mocno gnijącej osobowości, dosłownie tak, jak ja. Dostrzegałem to w jej wpisach na Tumblr. Widziałem to w jej postach na ask.fm. Westchnąłem. Powinienem już dawno temu pozbierać swoje życie do kupy, zamiast płakać za pomocą tych ckliwych notek na asku. Zaskakiwało mnie to. Nie mogłem przyznać się, że w ogóle wiem, co to za strona. To zupełnie nie pasowało do życia, jakie miałem. Tylko że to wszystko, co we mnie siedziało, musiało mieć jakieś ujście. Inaczej albo zapracowałbym się na śmierć, albo zaćpał, albo co gorsza - nigdy nie ściągałbym maski tego skurwiela, którym byłem dla innych ludzi. A wszystko przez to, że kilka razy w życiu pokochałem o wiele za mocno i za długo. Czasami zastanawiałem się, czym jest miłość, ale moja definicja zapewne była inna od definicji innych ludzi. A to za chuj nie mogło być dobre. Prawda?
Po nocach, zamiast spać, lądowałem na jej profilu. Ukrywała się pod wymownym nickiem "Dishevel", ale nie zraziło mnie to. Każdy z nas miał w sobie trochę z wariata. A ona mnie intrygowała. Miała swoje zdanie, często inne, niż wszyscy. Postrzegała świat w dziwny i pokręcony sposób, ale nie było to przynajmniej nudne, tak jak inni ludzie, którzy oferowali swoje przemyślenia internetowi, a to mnie przyprawiało tylko o ból głowy. Nie była głupia. Wręcz przeciwnie. Czułem, że jest całkiem inteligentna, co było absolutną rzadkością na świecie. I na dodatek była taka piękna, jeśli wierzyć zdjęciu profilowemu, które prezentowało ją, siedzącą na schodach jakiegoś starego budynku, z fajką w dłoni, zadziornym spojrzeniem. Miała na sobie dżinsy i jakiś prosty, biały T-shirt, ale ta prostota tak mi się spodobała, że znowu nie mogłem przestać o niej myśleć. Ani o jej lawendowych włosach. Ani o kolczyku w małym, uroczym nosku.
Ani o tym, że do kurwy nędzy, ma chłopaka.
Dosyć miałem kłopotów na głowie.
Nie chciałem pakować się do życia obcej dla mnie osoby, bez pewności, że to odwzajemni. Nie chciałem znowu zostać odrzucony i zraniony, chociaż ciężko było mi się do tego przyznać. Tak więc, nie wychodziłem z ukrycia. Czytałem jej wpisy i śledziłem ją na Insta. Marzyłem o tym, by kiedyś dowiedziała się o moim istnieniu. Chociaż tego też nie mówiłem głośno. Po prostu uśmiechałem się pod nosem, widząc jej kolejne zdjęcie i post.
I choć nie może być moja, niech chociaż będzie szczęśliwa.
Myślę, że w moim kodzie jest błąd
Te głosy nie zostawią mnie w spokoju
Dobrze, moje serce jest złote, ale moje ręce są zimne
Halsey "Gasoline"
marzec 2015
Michalina
Niewiele pamiętam z wczesnej wiosny. Gdy człowiek siedzi w gównie po uszy, po jakimś czasie się do niego przyzwyczaja. Tak było ze mną. Zrobiłam się totalnie obojętna na to, co się ze mną i wokół mnie dzieje. Z czasem nawet dramy z Cobainem przestały robić na mnie wrażenie. Nawet to jak leżeliśmy w ferie zimowe pod kocem, oglądając American Horror Story, spłynęło po mnie jak woda po ścianie. Nie obchodziło mnie już, czy jest dla mnie słodki, tak jak wtedy, czy znowu wyzywa mnie od najgorszych. Tak, miałam uczyć się do matury, ale jeden tydzień spędziłam u Julki, a drugi u niego. Może dlatego, zamiast ogarnąć matmę, żeby ją przyzwoicie zdać, spałam całymi popołudniami i nadal kłóciłam się z Patrykiem. Klara przestała reagować, bo przecież i tak nic nie zrobiłabym sobie z jej słów i ostrzeżeń. Nie było dla mnie ratunku. Byłam pochłonięta przez dół o głębokości siedemnastu metrów i siedziałam w nim z moim facetem i Zuzią.
Przynajmniej było nam w miarę ciepło.
- Kiedy poznam twojego fagasa? - wyszłam ze szkoły i prawie odleciałam na widok Adrianny.
Nie kontaktowałyśmy się ze sobą prawie rok. Co ona tutaj robiła i czego chciała? Mało mi uprzykrzyła życie?
- Cześć? - mruknęłam niezbyt zadowolona z tego, co się tutaj dzieje.
- Słyszałam od chłopaków z kwadratu, że to niezły świr. - patrzyła na mnie zimno.
- Nie twój interes. - wyszeptałam w jej stronę i odeszłam.
Dlaczego wciąż go usprawiedliwiałam przed wszystkimi, chociaż wiedziałam, że jest zły? Naprawdę to było warte tego, że mnie nie odtrąci, chociaż cały czas to robił? Przecież nie byliśmy razem, chociaż wmawiał mi, że nie może beze mnie żyć. Zachowywaliśmy się jak para. Ale to był toksyczny związek.
Potem nadszedł kwiecień. Przełomowy miesiąc. Może dlatego, że Cobain przekroczył granicę. Dotarły do niego zdjęcia z mojej studniówki. Chciałam z nim na nią pójść, ale przecież wielki pan introwertyk się nie zgodził. Wkurzona ja zagrała mu na nosie. Na nerwach. Poszłam z moim kolegą, który od zawsze mi się podobał. Bawiłam się świetnie, ale nie pomyślałam o tym, jakie będą tego konsekwencje.
Wkurzył się. Byłam u niego w Wawie, ostatni raz, jak się okazało. Zwyzywał mnie od puszczalskich, chociaż nie zrobiłam nic złego. Stałam zszokowana w jego pokoju, podczas gdy on wpadł w szał, zrzucając rzeczy z szafek i demolując wszystko wokół.
Stałam jak sparaliżowana, gdy podszedł do mnie i rzucił mnie na łóżko. Chodzenie do szkoły wojskowej i moja chuda sylwetka nie mogły przynieść w takim połączeniu niczego dobrego. Nigdy nie był tak brutalny jak wtedy.
- Kocham cię, ale przynosisz mi zbyt wiele rozczarowania - powiedział po wszystkim, patrząc w moje oczy. - Spędzasz mi sen z powiek, Michalina Bloomberg.
Nie odpowiedziałam.
Następnego ranka świtem wyruszyłam na pociąg. Coś we mnie pękło. Napisałam sms'a do mojego znajomego, by napił się ze mną wieczorem. Wszystko zaplanowałam szybko. Skoro odebrano mi godność, nie było sensu, bym dalej chodziła po tym świecie.
Piliśmy wino, dużo wina, słuchając Paramore i paląc papierosy. Gdy byłam już wystarczająco pijana, poszłam na górę do łazienki. Wyjęłam z torebki słoiczek z tabletkami.
Nie wiem, jak dużo ich wzięłam i nie wiem, jaką ilością alkoholu je popiłam. Nie wiem po jakim czasie mój kolega mnie znalazł, ale widocznie nie umarłam, skoro cały czas w głowie miałam słowa "Wytrzymasz, bo jesteś twardą suką".
Wytrzymałam.
Autorem tych słów był Cobain. Człowiek, który jednocześnie doprowadził mnie do ostateczności i który był moją jedyną motywacją do życia.