Rozdział 1
Wkroczywszy w trzecią dekadę bytności na ziemskim padole, uznał, że powinien dogłębnie przemyśleć swoją egzystencję. Nadać jej odpowiedni sens. Przestawić na właściwy tor. Robiło tak jego otoczenie, sugerowały tak mądre artykuły w Internecie, więc logicznym wydawało się, iż powinien zrobić to i on.
Cenił w swoim życiu stałość i harmonię. Może aż za bardzo - wielu uznałoby to za hołdowanie bezbarwności i umiłowanie monotonii. W pracy był wyjątkowo wręcz skrupulatny. Miejsce zamieszkania starał się utrzymywać w jak najlepszym porządku. Największy problem, jaki miał ze sobą, polegał na tym, że bardzo bał się wszelkich zmian, z czym korespondowała mocno zaawansowana prokrastynacja dotycząca spraw osobistych, na którą cierpiał od dzieciństwa. W obliczu tych silnie niesprzyjających czynników postanowił, że zacznie od drobnych kroczków, łudząc się, że potem nadejdą wielkie zmiany. Jednym z tych drobiazgów, a raczej zwyczajów, którym chciał dać kres, były dyskoteki. Wizyty w tych przybytkach doprowadzały go do strasznego psychofizycznego stanu w dniach następnych. Co więcej, brak kontroli w spożywaniu alkoholu sprawiał, że notorycznie gubił w nich - lub wracając z nich - portfel, okulary czy telefon. Nieprzesadna majętność nie pozwalała mu na tolerowanie takich strat. Ale chodziło tu też o coś więcej - o coraz mocniej zarysowujące się niedopasowanie do takich miejsc. Czuł się tam wyobcowany, nie był przecież stary, ale nad wiek poważna powierzchowność sprawiała, że widząc na parkiecie swoje odbicie w lustrze w otoczeniu tych wszystkich młodzieżowo wyglądających studentów, pytał siebie w myślach: Co ja tutaj właściwie, do cholery, robię?
Wszystko jednak należy zakończyć z przytupem, prawda? I tak też uznał Robert Nowak. Zadecydował, że w jedną z lipcowych sobót uda się do klubu Noir na deptaku Bogusława i wyszaleje po wsze czasy. Odbębniwszy hulankę, zrobi sobie przerwę od potańcówek na minimum pół roku. No, niech będzie, że do świąt Bożego Narodzenia. Pech chciał, że dwóch jego kolegów z czasów studiów - stałych kamratów pijatyk - z przyczyn od nich niezależnych zrezygnowało ze wspólnego wyjścia. Mimo to Robert nie poddał się. Ambitnie uznał, że jeżeli nie chcą, lub nie mogą, wesprzeć go w ochlaju, to zrobi to sam.
Grand Finale nie przebiegał jednak tak, jak sobie to wymarzył. Upijał się na smutno, oparty o jeden z filarów okalających oświetloną feerią barw scenę, na której swoją koordynacją ruchową popisywały się głównie kuso ubrane aktorki i mocno umięśnieni aktorzy. Publiczność ustawiona wokół zdawała się w znakomitej większości czerpać z tego widoku sporą satysfakcję. On stanowił jeden z nielicznych wyjątków. Spoglądał bez większego apetytu na pląsające na parkiecie dziewczyny, opróżniając kolejne butelki piwa. Nie miał ochoty tańczyć, drażniło go to migające światło, ten zaduch, pomimo włączonej klimatyzacji. Przepełniało go zgorzknienie.
To w takim razie ja pokonałem to miejsce czy to ono pokonało mnie? - zapytał się w duchu.
Uznał, że odstawi butelkę na kontuar baru i odejdzie w stronę wschodzącego słońca. I gdy apatycznie stawiał puste szkło na blacie, wydarzyła się jedna z tych rzeczy, które - choć zabrzmi to patetycznie - potrafią zdefiniować resztę doczesnych zmagań człowieka. Ujrzał wtedy właśnie ją. Piękną; błękitnooką, jasnowłosą, w obcisłej połyskliwej sukience i szpilkach. Na przegubach dłoni miała mnóstwo wszelkiej maści kolorowych metalowych bransoletek i rzemyków. Siedziała na wysokim stołku, popijając kolorowego drinka przez słomkę. Towarzyszyła jej koleżanka, ale Robert nie był w stanie powiedzieć o niej nic więcej, poza tym, że miała rudy kolor włosów i bardzo mocny, krzykliwy, makijaż. Przesadne wypacykowanie rudej kontrastowało z naturalnością tej pięknej, błękitnookiej istoty obok niej, na której skupiał całą swoją uwagę. W tym momencie istniała tylko ona. Poza jasnowłosą wszystko wydawało się rozmazane, niewyraźne. Nie mógł przestać się w nią wpatrywać, jakby rzucono na niego urok - na równi go to irytowało i podniecało. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie przeżywał. Jakby przenieśli go do jakiegoś taniego, łzawego romansidła. Oddychał ciężko i wciąż łapczywie spoglądał. Robił to tak ostentacyjnie, znajdując się od niej zaledwie w odległości kilku metrów, że nie uszło to uwadze blondynki. Biel jej zębów zabłysnęła w wyniku delikatnego uśmiechu. Nachyliła się do koleżanki i szepnęła jej coś na ucho. Rudowłosa wybuchła radosnym, nieskrępowanym śmiechem. To go lekko ocuciło - wybudził się z letargu.
Masz teraz dwa wyjścia - myślał. - Albo robisz w tył zwrot i opuszczasz tę budę, albo idziesz na żywioł i jedziesz z tym tematem.
Sam siebie zaskoczył, bo zdobył się na odwagę. Ruszył. Zagaił najbardziej wyświechtanym tekstem na świecie.
- Cześć, dziewczyny, jestem Robert, może postawić wam drinka?
Jasnowłosa, lekko rozczulona tą ewidentną indolencją w podrywaniu, odpowiedziała niemal przepraszającym tonem.
- Dziękujemy, ale, jak widzisz, mamy co pić.
Robert zachował kamienną twarz. Skinął lekko głową i już zamierzał dać za wygraną, gdy z opresji wybawiła go ruda.
- Może i mamy, no ale następnego drinka możesz nam od biedy kupić, Robert.
Po tym stwierdzeniu nastąpiła kolejna erupcja radości kompanki blondynki.
Płowowłosa spojrzała na koleżankę z wyrzutem, wzbogaconym o nutę politowania, nie odpowiedziawszy jednak nic. Gdyby był całkowicie trzeźwy, to zapewne rezerwa jednej z pań wystarczyłaby, żeby skończył swoje podchody. Procenty sprawiły, że mniej przejmował się konwenansami i zasadami kultury osobistej. I tak oto, zachęcony przez rudą, Robert spędził w damskim gronie przeszło godzinę. Ta, która tak go zahipnotyzowała, miała na imię Sandra. Niestety - dla absztyfikanta - zrozumiał jej imię jako "Sara", co miało zrodzić w najbliższej przyszłości spore perturbacje.
Ta druga miała na imię Oksana. Mimo że siedział bliżej Sandry, to głównie z Oksaną konwersował. Dowiedział się, że dziewczyny pracowały we francuskim hipermarkecie. Sandra była kierowniczką działu tekstylia, a Oksana jej zastępczynią. Robert przyznał, że jest podinspektorem w Wydziale Organizacyjnym w urzędzie miejskim. Nie wzbudziło to może ich aplauzu, niemniej nie odczuł też tego, że są tym faktem rozczarowane. Robert starał się wejść na wyżyny swojej elokwencji, lecz jego wrogiem w tym zamierzeniu okazał się nadmiar spożytego alkoholu. Zwiększył co prawda jego odwagę, ale czasowo upośledził zdolności do klarownej werbalnej komunikacji. Nie bełkotał, nie bredził - jedynie czasem gubił wątek i się zacinał. Przez hałas i ograniczoną percepcję nie zawsze do końca rozumiał, co się do niego mówi. Zachował na szczęście tyle samoświadomości, że maskował to śmiechem. Mogło być gorzej. O wiele lepiej też. Sandra mało mówiła, za to uważnie przysłuchiwała się temu, co ten sympatyczny i podpity facet ma im do przekazania. Obecność Oksany była dla Roberta niemal zbawieniem - jej nieustanny chichot zagłuszał momenty niezręcznej ciszy, które zapadały od czasu do czasu. Mężczyzna starał się patrzeć mniej zachłannie na swój nowy obiekt kultu, lecz sama zainteresowana bez problemu dostrzegała ten żar w jego oczach, który prawie parzył jej twarz i pozostałe członki.
Godzina minęła błyskawicznie. Panie zakomunikowały nowo poznanemu mężczyźnie, że czas na nie. Robert ze wszystkich sił próbował przekonać je do tego, aby zostały. One, zwłaszcza Sandra, wykazały się jednak nieubłagalnością, twierdząc, że już wezwały transport. Adorator wytargował jedynie możliwość odprowadzenia uroczego duetu do auta. Niemal błagał, aby chwilę poczekały, ponieważ niecierpiąca zwłoki potrzeba fizjologiczna wzywa go do WC. Był zły na siebie za tę niezręczną prośbę - powinien był załatwić to wcześniej - nie mógł jednakże odmówić sobie zaprzepaszczenia choć sekundy przebywania z Sandrą.
Toaletowa eskapada nie poszła tak gładko. Jedna z dwóch kabin została całkowicie wyłączona z użytku - drzwi opieczętowano biało-czerwoną taśmą. Dwa pisuary nie dość, że okupowano, to jeszcze kolejka do nich tworzyła się już przed wejściem do ustępu. Robert nie miał wyjścia i musiał czekać - pęcherz nie zniósłby dalszej zwłoki. Nie wiedział, ile mu to wszystko zajęło. Pięć? Dziesięć minut? A może więcej? Wiedział natomiast to, że po jego powrocie kobiet już nie było na swoich miejscach. Ta pustka wywołała nieprzyjemne ukłucie w sercu i mrowienie na skórze twarzy. Przeszył go strach przed utratą czegoś niezwykle cennego. Bez większego namysłu wybiegł przed lokal wprost na deptak Bogusława. Rozglądał się jak oszalały. Mijały go dziesiątki osób, idąc w tę i we w tę. Przebiegł się kilkadziesiąt metrów w jedną i drugą stronę ulicy. Bez powodzenia. Przepadły. Ona przepadła.