Prolog
Nigdy wcześniej nie leciałam samolotem. Przyznaję, że jestem nieco
podekscytowana.
Siadam na swoim miejscu i zapinam pasy. Mama zajmuje miejsce obok mnie i posyła mi pokrzepiający uśmiech.
- Spokojnie, skarbie. Za niedługo będziemy w Miami.
Potrzeba 5 godzin i 23 minut, by przemierzyć kraj z jednego krańca na
drugi. Łącznie 3757 kilometrów.
Potrzeba 5 godzin i 23 minut, by zniszczyć szesnaście lat mojego życia.
Wszystko przez głupią pracę.
Jeszcze dwa tygodnie temu moje życie było idealne: miałam dwójkę
najlepszych przyjaciół, liczne grono znajomych, normalną rodzinę, w każdą sobotę chodziłam na imprezy. Czego chcieć więcej?
Gdy pewnego piątkowego popołudnia wróciłam ze szkoły, domyśliłam się, że
coś się wydarzyło. Kiedy rodzice chcą zakomunikować mi złą wiadomość, na
pocieszenie przygotowują tort czekoladowy. Właśnie ten zapach czuję w progu, zapach tortu czekoladowego.
Zostawiam torbę i idę prosto do kuchni, gdzie zastaję mamę.
- Cześć - mówię.
- Cześć, skarbie. Nie słyszałam, jak weszłaś.
Z jej spojrzenia wnioskuję, że coś jest nie tak.
- Wszystko w porządku? - pytam.
- Tak. Dlaczego pytasz?
- Wyglądasz jakoś dziwnie.
- Wszystko okej. Za godzinę siadamy do kolacji.
- Idę posprzątać pokój - mówię, po czym wychodzę z kuchni i wbiegam po
schodach do pokoju.
Włączam komputer i puszczam muzykę. Misery Business grupy Paramore
rozbrzmiewa na cały regulator. Zaczynam robić porządki, by przestać
myśleć o tym dupku, Secie. Byłam w związku osiem miesięcy, nim odkryłam,
że chłopak, którego kocham, zdradził mnie z inną. Idiota!
Głos mojej matki wytrąca mnie z rozmyślań.
- Do stołu!
Mama, tata i Kate są już na swoich miejscach. Siadam przy stole. Umieram
z głodu. Nie mogę się doczekać, aż wrzucę coś na ząb.
Cisza, która panuje w kuchni, jest krępująca. Zazwyczaj dużo rozmawiamy.
- Bardzo mi się podoba w nowej szkole - mówi siostra, przerywając ciszę.
Kate ma czternaście lat. Jest w pierwszej klasie szkoły średniej.
Spoglądam na rodziców. Posyłają sobie porozumiewawcze spojrzenia.
Sprawiają wrażenie zmartwionych. Tato kiwa głową, mama w lot chwyta
sygnał.
Co się dzieje?
- Musimy wam coś powiedzieć.
O nie, wiedziałam!
- Wasz tato dostał lepszą pracę, przeprowadzamy się do Miami. Wyjeżdżamy
za dwa tygodnie.
Nie mogę w to uwierzyć. To nie może być prawda. Bez sensu. Jest nam tak
dobrze w Los Angeles. Mamy piękny dom, wielu znajomych, szkoła jest
beznadziejna, ale koledzy są fantastyczni. Mama i tato dobrze zarabiają.
- Tu jest nam dobrze - protestuję.
Tato spogląda na mnie z wymuszonym uśmiechem na twarzy.
- Wiem, Cris, ale nie mogę odmówić. John Dallas ma do mnie zaufanie i chce, bym wspólnie z nim zarządzał ważnymi interesami. Ty i Kate wiele
zyskacie: będziemy mieć dwa razy większy dom, poślemy was do najlepszych
szkół, będziecie mieć nowych znajomych. Miami to piękne miasto,
zobaczycie.
- Kim jest John Dallas? - pyta Kate.
- To nasz przyjaciel z czasów uniwersyteckich, szef waszego taty -
wyjaśnia mama. - Jestem pewna, że Miami się wam spodoba.
- Nie o to chodzi! - wchodzę jej w słowo. - Nawet jeśli Miami byłoby
najpiękniejszym miastem świata, moi przyjaciele są tu.
- Wszyscy mamy tu przyjaciół - wtóruje mi Kate.
- Przyjaciele przychodzą i odchodzą. Jestem pewna, że zdobędziecie
nowych.
Nie wierzę własnym uszom. Nie potrafię pohamować gniewu. Jak można być
tak nieczułym?
- Nie chcę nowych przyjaciół! - wybucham ze łzami w oczach. - Nie chcę
zostawiać Cass i Trevora! Dobrze wiesz, że jesteśmy nierozłączni. Nie
potrafię bez nich żyć!
- Wystarczy, Cris, przesadzasz. Jest internet. Będziecie utrzymywać
kontakt.
Matka zawsze w ten sposób kończy dyskusję. Podaje najprostsze
rozwiązania, a ja dobrze wiem, jak ciężko utrzymywać kontakt na
odległość. Jak będzie wyglądało moje życie bez Cass i Trevora? Bez
codziennych spotkań, dzielenia się każdym doświadczeniem.
Jest jeszcze Set. Miałam nadzieję, że rozwiążemy nasze problemy, że do
mnie wróci...
Wszystko skończone.
Jestem tu, na pokładzie przeklętego samolotu, który oddala mnie od tego,
co nadawało sens mojemu życiu. Dlaczego wszystko jest takie trudne?
Siedzę przy oknie. Samolot kołuje na pasie i przyspiesza. Poruszamy się
coraz szybciej, niebawem wystrzelimy w powietrze niczym pocisk.
Wstrzymuję oddech, gdy odrywamy się od ziemi. Nie mogę uwierzyć, że to
naprawdę się dzieje. Jakaś siła wciska mnie w fotel, czuję pustkę w żołądku. Boję się, ale jednocześnie odczuwam dreszczyk emocji.
Zdobywam się na odwagę, by wyjrzeć przez okno. Pod nami rozpościera się
Los Angeles, jakiego nigdy nie widziałam: sieć linii i geometrycznych
kształtów, która z minuty na minutę się oddala. Nie poznaję mojego
miasta.
Mam przeczucie, że będzie to najdłuższe pięć godzin mojego życia.
Rozglądam się, mój wzrok pada na dwie dziewczynki, które podróżują z rodzicami. Mają około czterech albo pięciu lat, sprawiają wrażenie
pogodnych i spokojnych, jakby latanie było dla nich najbardziej
naturalną rzeczą pod słońcem.
Zazdroszczę im. Uśmiecham się delikatnie i zamykam oczy w nadziei, że
zdołam się zrelaksować i zasnąć, pomimo panującego w samolocie zgiełku.
W końcu zasypiam i zaczynam śnić najdziwniejszy w życiu sen. Tonę we
łzach i przytulam się do chłopaka. Nie widzę jego twarzy, ale zauważam
znak szczególny: kolczyk w kształcie półksiężyca w prawym uchu.
Nie wiem, kim jest, ale odnoszę dziwne wrażenie, że znam go od zawsze.
On także cierpi, dlaczego?
Porusza ustami, ale jedyne co mówi, to: - Skarbie, obudź się.
Spoglądam na niego zakłopotana i otwieram oczy.
To moja mama.
- Jesteśmy w Miami - oznajmia.
1
Rozprostowuję nogi i odpinam pas. Chcę jak najszybciej wysiąść z samolotu.
Wygląda na to, że inni pasażerowie podzielają moje pragnienie i tłoczą
się przy wyjściu. Może im także brakuje świeżego powietrza. Kate nie ma
problemów: mija mnie, toruje sobie drogę, a gdy tracę ją z oczu,
uświadamiam sobie, że już wyszła. Chciałabym być choć trochę tak
zuchwała jak ona i posiąść zdolność szybkiej adaptacji. Kate lepiej niż
ja przyjęła wiadomość o przeprowadzce. Wygląda na to, że jest
szczęśliwa.
Godzinę później, po odebraniu bagaży, wychodzimy z lotniska i kierujemy
się do taksówki. Ja, mama i Kate ścieśniamy się na tylnym siedzeniu,
tata siada z przodu.
Przyglądam się miastu, które wkrótce stanie się moim domem. Moim oczom
ukazują się wieżowce, morze, palmy, plaża, wille i znów morze.
Zamieszkamy w Miami Beach, na co nie mogę narzekać. Uwielbiam morze i mam nadzieję, że będę mogła spędzać popołudnia na plaży.
Na ulicach roi się od nastolatków w moim wieku, którzy jeżdżą na
deskorolkach, rolkach lub idą na plażę w bermudach, trzymając pod pachą
deskę surfingową. Muszę przyznać, że miasto wygląda nieźle, zwłaszcza o tej porze roku.
Mam nadzieję, że uda mi się zdobyć nowych przyjaciół już pierwszego dnia
szkoły. Od dzieciństwa cierpię na chorobliwą nieśmiałość. Zawsze czułam
się niewidzialna, izolowałam się. Na szczęście zaprzyjaźniłam się z Cass
i Trevorem. W pierwszej klasie szkoły średniej postanowiłam się zmienić.
Zdobyłam się na odwagę i zaczęłam integrować się z rówieśnikami. Dzięki
temu teraz mam wielu znajomych. To znaczy, miałam wielu znajomych.
Kierowca gwałtownie hamuje, sprawiając, że uderzam głową o przednie
siedzenie.
- Co jest?! - wybucham.
Kierowca wychyla głowę przez okno.
- Następnym razem rozglądnijcie się, zanim przejdziecie przez ulicę na
czerwonym świetle! Mogłem was rozjechać! - krzyczy na przechodniów.
Wychylam się z samochodu, by zobaczyć, z kim rozmawia. Zauważam grupę
nastolatków. Jeden z chłopców śmieje się bezczelnie prosto w twarz
taksówkarza.
Wyglądają na moich rówieśników. Grupa liczy trzech chłopców i jedną
dziewczynę, modnie ubranych. Mam nadzieję, że nie chodzą do mojej
szkoły. Nie chciałabym być w klasie z takimi ludźmi.
Kierowca przepraszaprzeprasza za gwałtowne hamowanie i rusza. Mijamy
park i wjeżdżamy w dzielnicę pełną okazałych willi. Taksówka zatrzymuje
się, mój tato zaczyna wypakowywać walizki.
Rozglądam się. W okolicy znajdują się wielkie, co najmniej dwupiętrowe
wille z basenami i przepięknymi ogrodami. Do moich nozdrzy wdziera się
zapach morza, po czym wnioskuję, że plaża nie może być daleko.
- To nasza willa? - pytam, wskazując na znajdującą się przed nami
okazałą posiadłość.
Tata przytakuje. Zatyka mnie z wrażenia. Widziałam okolicę na Street
View, ale dom nie wyglądał tak okazale. Willa ma dwa piętra i basen. Nie
mogę się doczekać, aż do niego wskoczę!
- Wow - mówię.
Kate chwyta torby i rzuca się pędem w kierunku wejścia.
- Tato, rusz się!
Ja i mama ruszamy w stronę domu. Gdy otwieram drzwi, nie wierzę własnym
oczom. Przestronne wejście prowadzi ku przeszklonym drzwiom balkonowym z widokiem na ogród i morze. Po prawej stronie znajduje się klatka
schodowa prowadząca na piętro. Po lewej - łukowe wejście do salonu z dwoma przeszklonymi drzwiami balkonowymi.
Willa jest nowoczesna, gustownie urządzona, dopieszczona w najmniejszych
szczegółach. W rogu salonu dostrzegam pudła przetransportowane z Los
Angeles zawierające cząstkę tego, co przetrwało z naszego dawnego życia.
Zostawiam walizki w przedpokoju i wchodzę po schodach na piętro. Wow,
ile tu pokoi! Zaglądam do każdego po kolei. Pierwszy pokój to salon z przeszkloną ścianą z widokiem na ocean, kolejny to ogromna łazienka, za
następnymi drzwiami kryją się cztery sypialnie. Każda z nich ma własną
łazienkę, ale nie są w moim guście. Są albo zbyt małe, albo zbyt duże, a poza tym nie lubię rano schodzić po schodach. Idę na parter w poszukiwaniu pokoju.
Na szczęście znajduję go. Jest idealny. Ma właściwe wymiary, a z okien
widać basen, nasz basen.
- Jak tam, skarbie? - pyta mama.
- Dobrze - odpowiadam.
- Chcesz ten pokój? - pyta, rozglądając się.
- Tak, mogę?
- Oczywiście - odpowiada z uśmiechem.
Rozglądam się, zastanawiając, jak go urządzę.
- Pamiętaj, że w poniedziałek zaczynasz szkołę. Wykorzystaj dzisiejszy i jutrzejszy dzień na urządzenie się - mówi, psując jeszcze bardziej mój
humor.
- Szkoła... - wzdycham, udając się po walizki.
Nie mam książek, nie wiem, jaki realizują program, nic nie wiem.
Niełatwo będzie dołączyć do klasy w październiku. Rok szkolny się
zaczął, klasy zostały uformowane.
Wieczorem mój pokój jest gotowy. Wygląda o niebo lepiej niż kilka godzin
wcześniej, choć mój poprzedni w Los Angeles był bez porównania lepszy.
Wyjmuję z pudełka fotografie, które wywołałam przed wyjazdem. Sięgam po
taśmę klejącą i przyklejam je na szafie.
Jedno ze zdjęć zrobiłam w dniu urodzin tej arogantki, Giuly. Ja i Cass
uśmiechamy się, jesteśmy całe w kremie. Tego wieczora zrujnowałyśmy
przyjęcie, ale świetnie się bawiłyśmy. Gdy mama solenizantki
przechodziła obok nas z tortem, Cass mnie popchnęła, a ja potrąciłam
mamę Giuly. Tort zrobił salto i wylądował na głowach gości. Zaczęła się
bitwa, biszkopt i krem fruwały po całym pokoju, a ja i Cass zrobiłyśmy
sobie pamiątkowe zdjęcie.
Na drugim zdjęciu przytulam się do Trevora. Uśmiecham się. Oddałabym
królestwo za możliwość wtulenia się w przyjaciela.
Kolejne zdjęcie zrobiłam wczorajszego popołudnia po szkole. To selfie
naszej trójki. Odnoszę wrażenie, że od tego momentu upłynęła wieczność,
a w rzeczywistości minęły zaledwie dwadzieścia cztery godziny. Moje oczy
wypełniają się łzami.
Cass była bardzo smutna, najgorzej z naszej trójki przyjęła wiadomość o mojej przeprowadzce. Nie sądziłam, że może tak zareagować. To trudne dla
wszystkich, ale dla niej wyjątkowo. Podarowała mi wisiorek w kształcie
połówki serca. Drugą połówkę zostawiła sobie, na znak, że na zawsze
będziemy dla siebie najważniejsze.
Trevor zrobił śmieszną minę, gdy zorientował się, że został wykluczony.
Ale Cass zaskoczyła wszystkich kolejnym prezentem: bransoletkami z naszymi inicjałami: CCT.
- Żebyśmy pamiętali, że już zawsze będziemy jak trzej muszkieterowie -
powiedziała z uśmiechem.
W chwili pożegnania Cass mocno mnie uścisnęła, jakby nie chciała mnie
wypuścić i powiedziała ze łzami w oczach:
- Cris, błagam, nie zostawiaj mnie.
To była najsmutniejsza chwila wczorajszego dnia.
Trevor nie płakał, ale miał błyszczące oczy. Wiem, że on także mocno
przeżył nasze pożegnanie.
Siadam na łóżku, sięgam po telefon i przeglądam fotografie, po czym
wysyłam wiadomość Cass i Trevorovi.
Tęsknię
2
Budzi mnie intensywna woń świeżo usmażonych naleśników. Opóźniam moment
pobudki. Z zamkniętymi oczami wdycham smakowity, swojski zapach.
Gdy postanawiam otworzyć oczy, potrzebuję kilku chwil, by przypomnieć
sobie, gdzie jestem.
Wiedziona kuszącym zapachem naleśników, mam tylko jeden cel: dotrzeć do
kuchni.
Gdy staję w drzwiach, mata, tata i Kate siedzą przy stole na tych samych
miejscach, które zajmowali w naszej kuchni w Los Angeles. Nie
powiedziałabym, że znajdujemy się tysiące kilometrów od naszego
poprzedniego miejsca zamieszkania. Siadam za stołem, czekając z niecierpliwością na małą porcję szczęścia.
- Dzień dobry, kochanie, dobrze spałaś? Czego się napijesz? - pyta mama.
- Dzień dobry. Poproszę herbatę - mówię z uśmiechem.
Mama po chwili mi ją podaje. Dmucham, by ostudzić gorący napój.
- Spróbuj - mówi tato, podsuwając talerz z naleśnikami polanymi syropem
klonowym. To jego specjalność, tylko on potrafi zrobić je tak pyszne.
Po śniadaniu przygotowuję się do wyjścia na plażę. Na próżno błądzę po
dzielnicy w poszukiwaniu drogowskazu. W końcu pytam o drogę nieznajomą.
Po kilku minutach marszu palmy gęstnieją, na chodnikach roi się od
nastolatków na deskorolkach i rolkach, a na horyzoncie ukazuje się
morze.
Gdy docieram na plażę, rozkładam ręcznik, zdejmuję buty i zaczynam się
opalać. Jest cudownie. Dochodzę do wniosku, że życie wcale nie jest
takie straszne, gdy nagle dostaję czymś w ramię. Zrywam się na równe
nogi, zdejmując zasypane piaskiem okulary przeciwsłoneczne.
Jakiś chłopak do mnie podbiega. Jego oczy są barwy błękitu nieba, a kasztanowe włosy rozwiewa wiatr.
- Przepraszam. To wina Cama - mówi, chwytając piłkę.
- W porządku. Nic się nie stało - odpowiadam, otrzepując się z piasku.
Chłopiec uśmiecha się, lustrując mnie od stóp do głów.
- Do zobaczenia.
Przytakuję i odwzajemniam uśmiech, a chłopak znika.
Ten cały "Cam" mógłby bardziej uważać! Wszędzie mam piasek. Co za wstyd.
Nie znoszę rozmawiać z nieznajomymi, nigdy nie wiem, jak się zachować.
Podążam wzrokiem za niebieskookim chłopakiem. Dołącza do grupy
znajomych.
Dam sobie głowę uciąć, że to oni przeszli wczoraj przez ulicę na
czerwonym świetle.
Kładę się na piasku i staram zrelaksować, dając ukołysać się szumowi
fal, ale nie odnajduję magii sprzed kilku chwil. Może shopping poprawi
mi nastrój? Czy istnieje lepszy sposób na poprawę humoru? Chcę kupić
sobie nowe ubrania do nowej szkoły.
Zbieram swoje rzeczy i zmierzam w stronę centrum miasta, sądząc po
ilości zaaferowanych przechodniów i sklepów.
Wchodzę do Forever 21, rozglądam się i od razu znajduję bombowe ciuchy.
Wychodzę ze sklepu w pełni usatysfakcjonowana. W torbie niosę trzy
koszulki, sukienkę i dwie pary legginsów. Muszę się zastanowić, jak
ubrać się w pierwszy dzień szkoły. Próbuję wyobrazić sobie jutrzejszą
stylizację, by jak zawsze nie zostawiać spraw na ostatnią chwilę. Jestem
pogrążona w myślach, gdy nagle wpada na mnie jakiś chłopak na deskorolce
i przewraca mnie na ziemię.
Co się dziś dzieje? To dzień pod tytułem "Wszyscy przeciw Cris"?
- Przepraszam - mówi.
Podnoszę wzrok, by zobaczyć, z kim mam do czynienia. Chłopak wygląda na
mojego rówieśnika, ma rozczochrane blond włosy i przepiękne, brązowe
oczy.
Sięga po torbę i mi ją podaje.
- Przepraszam. Coś ci się stało? Chciałem... - duka, nie dokańczając
zdania, po czym patrzy mi w oczy.
- Wszystko w porządku - mówię, biorąc torbę.
- Aha. No więc... - jąka się, przeczesując dłonią włosy.
O co mu chodzi? Wydaje mi się, czy on się krępuje?
- Matt! Wszystko w porządku? - pyta jego znajomy, podchodząc do nas. To
ten sam chłopak, który przyszedł po piłkę. - Znowu ty? - pyta
rozbawiony, rozpoznając mnie.
- Wszystko okej. Znacie się? - pyta blondyn.
- Nie, ale wcześniej Cam rzucił w nią piłką - wyjaśnia niebieskooki.
Oboje wybuchają śmiechem.
Nie podoba mi się to. Jestem skrępowana, nie widzę w tym nic śmiesznego.
- Jestem Nash. Miło mi - przedstawia się.
- Cris - mówię z wymuszonym uśmiechem.
- Nie widziałem cię tu wcześniej. Jesteś nowa? - pyta chłopak, który
wnioskuję, że nazywa się Matt.
- Tak. Przeprowadziłam się wczoraj - mówię najspokojniej, jak potrafię,
starając się nie wpaść w panikę.
- Mam nadzieję, że się jeszcze spotkamy. Jestem pewien, że niektórzy nie
pogardziliby twoją obecnością - mówi Nash, klepiąc przyjaciela po
plecach. - Matt, idziemy. Cam, Taylor i księżniczka na nas czekają.
- Cześć, Cris - żegna się blondyn.
- Cześć - odpowiadam z uśmiechem, zakłopotana, po czym patrzę, jak
odchodzą.
Dlaczego mi się to przytrafia? Co jest ze mną nie tak?
Od przyjazdu tutaj nic nie idzie po mojej myśli. Jakby tego było mało,
gubię się w drodze powrotnej do domu. Muszę zapytać o drogę policjanta.
Poranek był dość burzliwy, dlatego postanawiam spędzić ostatnie wolne
popołudnie przy basenie. To najprzyjemniejsze miejsce na ziemi!
Otacza mnie zieleń, wokół panuje cisza, co niezwykle mnie relaksuje. Nie
przestaję zastanawiać się, co czeka mnie w nowej szkole. Zamykam oczy i wsłuchuję się w ciszę, by uspokoić myśli.
- Przestań! - krzyczy jakaś dziewczyna. Odwracam się, by zobaczyć, co
się dzieje, ale widzę tylko parę zakochanych, którzy idą chodnikiem
biegnącym wzdłuż ogrodzenia. Śmieją się.
On jest bardzo przystojny, dobrze zbudowany, ona ma długie, falowane
blond włosy i od stóp do głów ubrana jest na fioletowo. Od samego
patrzenia na nią kręci mi się w głowie.
Na widok ich szczęścia czuję ukłucie w sercu. Przywołuję na myśl
początki związku z Setem. Często wychodziliśmy razem, wieczorami
oglądaliśmy filmy i świetnie się bawiliśmy.
Pewnego dnia Sindy zaprosiła nas na swoje urodziny. Ja nie poszłam, ale
Set miał na moment wstąpić na przyjęcie, a potem spędzić wieczór z chłopakami z rugby. W końcu pojawiłam się na urodzinach, ponieważ Cass
źle się czuła i poprosiła, bym po nią przyszła. Gdy jej szukałam,
nakryłam Seta w damskiej toalecie, jak dostawiał się do jednej
dziewczyny.
Byli tak w siebie zapatrzeni. Zastanawiałam się, od kiedy mnie zdradzał.
Wtedy wszystko się skończyło. Skończył się nasz związek.
Wracam na ziemię. Słońce chyli się ku zachodowi. Jutrzejszy dzień nie
będzie łatwy. Lepiej wrócę już do domu. Moim jedynym pragnieniem jest
wskoczyć do łóżka, skryć się pod kołdrą i na kilka godzin odciąć od
całego świata.
3
Ranek jak zwykle nadchodzi za szybko. W pokoju rozbrzmiewa dźwięk
budzika.
Nie mam ochoty wstawać, więc ustawiam dziesięciominutową drzemkę.
Gdy budzik znów dzwoni, wsuwam głowę pod poduszkę i zatykam sobie uszy,
ale dochodzące z korytarza światło ostatecznie mnie budzi.
Spod wpółprzymkniętych powiek widzę moją mamę stojącą w progu.
Początkowo nie wiem, co mówi, ale z czasem jej słowa stają się aż nadto
wyraźne.
- Jesteś jeszcze w piżamie? - pyta.
Nie rozumiem, skąd ten pośpiech. Jaki ma problem?
Siadam na łóżku, sięgam po telefon i sprawdzam godzinę.
O nie! Zamiast na dziesięć minut, głupi budzik ustawił drzemkę na pół
godziny! Spóźnię się do szkoły pierwszego dnia!
Wyskakuję jak oparzona z łóżka i chwytam pierwsze lepsze ciuchy.
- Ile mam czasu? - pytam, wciągając koszulkę.
- Dziesięć minut. Pospiesz się.
Pakuję w pośpiechu plecak, biegnę do łazienki, nakładam prowizoryczny
makijaż i wybiegam z domu. Moja mama już czeka w samochodzie.
- Jak daleko jest szkoła? - pytam zapinając pasy.
- Jakieś piętnaście minut jazdy.
- Dwadzieścia pięć w korkach - dodaje Kate, która będzie chodzić do tej
samej szkoły, co ja.
- Nie pomagasz - stwierdzam, puszczając jej oczko.
Docieramy pod szkołę dokładnie po piętnastu minutach i wysiadamy w pośpiechu z samochodu. Mama życzy nam powodzenia.
- Widzimy się w domu - mówi Kate.
Patrzę, jak się oddala, po czym przenoszę wzrok na szkołę. Jest
przerażająco olbrzymia. Biorę głęboki wdech i wchodzę przez bramę.
Na dziedzińcu przepycham się wśród tłumu stojących przed wejściem
uczniów. Niektórzy palą, inni stoją osamotnieni, reszta rozmawia z ożywieniem. Muszę strasznie wyglądać albo przypominać kosmitę. Czuję na
sobie spojrzenia uczniów, co działa mi na nerwy. Moim celem jest przejść
niezauważenie, ale najwyraźniej mi to nie wychodzi.
Dzwoni dzwonek oznajmiający początek lekcji. Uczniowie zmierzają w kierunku klas. Opuszczę co najmniej dwadzieścia minut pierwszej lekcji,
bo muszę spotkać się z dyrektorem.
Podchodzę do stojącej samotnie rudej dziewczyny i grzecznie pytam, jak
dojść do biura dyrektora. Kieruję się we wskazanym kierunku z nadzieją,
że dziewczyna nie podała mi dla żartu błędnych informacji. Po chwili
docieram pod białe drzwi.
Pukam i naciskam klamkę.
- Dzień dobry - mówię.
- Dzień dobry. Domyślam się, że jesteś nową uczennicą - mówi dyrektor z uśmiechem.
Przytakuję onieśmielona.
- Cristina Evans, tak? - pyta, zerkając na dokument.
Ponownie przytakuję.
- Siostra była tu dokładnie pięć minut temu - oznajmia z uśmiechem. -
Rozgość się, proszę.
Siadam w fotelu.
- Serdecznie witam w naszej szkole. Sprawdziliśmy zajęcia, na jakie
uczęszczałaś w Los Angeles i jeśli nie życzysz sobie żadnych zmian, nie
widzę przeciwwskazań do kontynuacji programu nauczania. Lekcje zaczęły
się miesiąc temu. Domyślam się, że niełatwo będzie nadrobić zaległości,
ale jestem pewna, że szybko się zaadaptujesz i odnajdziesz w nowym
środowisku.
Chciałabym podzielać jej optymizm i modlę się w duchu, by miała rację.
Ktoś puka do drzwi, po czym wchodzi do gabinetu. Od razu rozpoznaję
niewiarygodnie niebieskie oczy.
- Cristino, przedstawiam Nasha Griera - oznajmia dyrektor z uśmiechem. -
Oprowadzi cię po szkole i przedstawi nowej klasie.
Zaniemówiłam. Znowu on!
Po kilku minutach wychodzimy z Nashem z gabinetu.
- No proszę, kogo widzę! Chodzimy do tej samej szkoły! - wykrzykuje z rozbawieniem. - Witaj w miejscu, które zniszczy twoje życie! - mówi,
chichocząc. Nash pokazuje mi szkołę: klasy, bibliotekę, stołówkę,
kawiarnię i gabinet higienistki.
- Koniec wycieczki! - oznajmia. - Zwiedziliśmy jedynie małą część
budynku, ale pora iść na lekcje. Nie chcę ominąć angielskiego! - mówi,
puszczając mi oczko.
- Który wiek przerabiamy?
- Czternasty - odpowiada.
Parskam udawanym śmiechem.
- Bardzo śmieszne - mówię.
- Przerabiamy siedemnasty wiek - mówi, gdy przechodzimy przez korytarz.
- Pokażę ci twoją szafkę. Ma numer 672. Możesz ustawić dowolne hasło.
Nash odwraca się, a ja ustawiam swoją datę urodzenia. Potem wymyślę coś
lepszego.
Zmierzamy do klasy, pukamy do drzwi i wchodzimy do sali zdecydowanie za
dużej jak na dwudziestu siedmiu uczniów. Ławki są pojedyncze, co niezbyt
mi się podoba.
- Dzień dobry. To nasza nowa uczennica? - pyta profesor.
Nash przytakuje i idzie na swoje miejsce. Stoję sama obok katedry, a cała klasa lustruje mnie od stóp do głów. Jedyne czego pragnę, to zapaść
się pod ziemię. Spoglądam na kolegów z klasy. Rozpoznaję chłopaka na
deskorolce z wczoraj, Matta, co nieco podnosi mnie na duchu.
- Przedstawiam wam waszą nową koleżankę, Cristinę Evin - mówi profesor.
- Evans - poprawiam go. Zastanawiam się, jak mógł pomylić tak popularne
nazwisko.
- Ach, Evans. - Sięga po długopis i notuje coś w dzienniku.
Dziewczyny spoglądają na mnie i chichoczą, nie wiem dlaczego. Jedna z nich to blondynka, która wczoraj żartowała z chłopakiem nieopodal mojego
domu.
- Cristina, zajmij miejsce w ławce przed Cameronem - zarządza profesor.
Szkoda, że nie wiem, który to Cameron.
- Tutaj - wskazuje na trzeci rząd. Grzecznie idę do swojej ławki.
Siedzę niedaleko Nasha, Matt siedzi po drugiej stronie, w ostatniej
ławce. Gdy odwracam się, by na niego spojrzeć, nasze oczy się spotykają.
Matt się uśmiecha, macham do niego dłonią na powitanie. Odwzajemnia
gest.
Na szczęście jestem w klasie z osobami, które znam z widzenia.
Profesor kontynuuje lekcję.
- Pst! - szepcze chłopak za moimi plecami.
Odwracam się w nadziei, że profesor się nie zorientuje i napotykam parę
intensywnie brązowych oczu o niezwykłej głębi oraz twarz, którą skądś
znam... Jestem prawie pewna, że to chłopak, którego wczoraj widziałam z blondynką. Ma elektryzujące spojrzenie, a na jego twarzy maluje się
szyderczy uśmiech.
- Masz coś na głowie - mówi.
Otwieram szeroko oczy ze zdumienia.
- Co takiego? - pytam, strzepując nerwowo włosy.
- Cristino, nie sądziłem, że jesteś do przodu z materiałem. Słucham, jak
brzmi odpowiedź? - pyta profesor.
Dopiero teraz uświadamiam sobie, że siedzę z uniesioną ręką. Ośmieszyłam
się przed całą klasą. Ten idiota nabijał się ze mnie. Nienawidzę go.
- Eee... - Słyszę chichot za plecami. - Zapomniałam, co chciałam
powiedzieć, przepraszam - tłumaczę się.
Profesor przenosi uwagę na klasę i ponawia pytanie.
Jestem wściekła, ale zachowuję spokój i powstrzymuję się od odwrócenia
się i posłania tego siedzącego za mną kretyna w diabły.
Dostrzegam, że Nash się mu przygląda i kręci głową z naganną miną.
Skupiam się na lekcji i notowaniu, gdyż uświadamiam sobie, że jestem o wiele bardziej do tyłu z materiałem, niż myślałam.
4
W ciągu ostatnich godzin nie przestawałam robić notatek. Dzwonek
oznajmiający przerwę obiadową jest wytchnieniem dla mnie, a przede
wszystkim dla mojej ręki.
Postanawiam, że przez najbliższą godzinę zostanę na miejscu, żeby się
nie zgubić.
Wszyscy rozmawiają i żartują. W tym momencie chciałabym mieć obok moich
najlepszych przyjaciół.
- Cześć - mówi dziewczyna, podchodząc do mojej ławki. Ma długie,
falowane włosy, słodką buzię i rozbrajający uśmiech.
- Cześć - odpowiadam.
- Jestem Sam.
- Cris - mówię, odwzajemniając uśmiech i wyciągając ku niej rękę.
- Przykro mi za incydent na lekcji. Widziałam, jak zachował się mój brat
Cameron. Wybacz mu, to kretyn - mówi żartobliwie.
- Nie ma problemu.
- Oj jest. - Sam siada na ławce naprzeciwko mnie. - Od kiedy zadaje się
z grupą żmij, stał się nieznośny. Ostrzegam: trzymaj się z dala od Susan
i jej kumpeli.
- Jesteś podobna do brata - stwierdzam. Są podobni z wyglądu, ale różnią
się jedną rzeczą. Ona jest sympatyczna, on nie.
- Wszyscy tak uważają. Ale odnoszą się tylko do wyglądu. W pozostałych
kwestiach jest inaczej.
- W jakim sensie?
- On należy do najpopularniejszych uczniów w szkole. Ja nie. Cam jest
kapitanem drużyny piłkarskiej, stanowi obiekt westchnień niejednej
dziewczyny. Zadaje się z blondyną i jej przyjaciółkami paniusiami.
- Blondyna zapewne stoi na czele cheerleaderek?
- Dokładnie. Chodzi z moim bratem. Diabeł ich nasłał.
Wybuchamy śmiechem. Sam jest urocza i bardzo sympatyczna.
- Co powiesz o innych? - pytam zaciekawiona, rozglądając się.
- Cameron nie jest jedynym popularnym chłopakiem w szkole. Jest cała
grupa przystojniaków, w których kochają się wszystkie dziewczyny.
Widzisz tamtego? - pyta, wskazując przystojniaka o niebieskich oczach.
- Nash? Wydaje się sympatyczny.
- Znasz go? - pyta zdumiona.
- Mniej więcej. Oprowadził mnie po szkole.
- Szczęściara z ciebie. To najlepszy przyjaciel mojego brata, ale nigdy
się do mnie słowem nie odezwał.
Wszyscy chłopcy są tacy sami.
- Co wiesz o Matcie? - pytam, zerkając na niego. Uśmiecha się do Nasha.
- Jak poznałaś Matthiew Espinosa? - pyta Sam, podnosząc głos.
- Wczoraj rano byłam na zakupach, wpadł na mnie.
- Nie masz pojęcia, jaka z ciebie szczęściara! Wszystkie dziewczyny ze
szkoły marzą o tym, by ich dotknąć, a ty ich znasz...
- Nie znam ich, rozmawialiśmy tylko raz. Poza tym, ty mieszkasz z jednym
z nich pod jednym dachem!
- Wolałabym, żeby tak nie było - odpowiada, zwieszając głowę.
Otwieram usta, by zapytać, dlaczego tak mówi, ale Nash nam przerywa.
- Cris, widzę, że znalazłaś koleżankę - mówi z uśmiechem.
Policzki Sam oblał rumieniec.
- Tak - mówię, odwzajemniając uśmiech.
- Macie ochotę zjeść obiad ze mną i Mattem?
Wymieniamy z Sam wymowne spojrzenia. Sam patrzy błagalnie, dając mi do
zrozumienia, że nie mam wyjścia.
- Jasne.
Wstaję i razem wychodzimy z klasy. Oczy wszystkich zwrócone są na nas.
Zmierzamy do kawiarni po kanapki.
- Spójrzcie! Sam jak palec! Gdzie księżniczka? - pyta Matt, chichocząc.
Rozglądam się, chcąc zrozumieć, o kim mowa. Matt zwraca się do brata
Sam, stojącego razem z nami w kolejce.
- Wiesz, co razem wyprawiają? - pyta Nash.
- Nie wiem, ale sądzę, że tylko się całują - mówi Sam, onieśmielona
pytaniem Nasha.
- Więc to coś poważnego! - ironizuje Matt.
Nie rozumiem, o czym rozmawiają.
- Dlaczego was to dziwi? - pytam.
- Cameron chodzi do łóżka z wszystkimi dziewczynami. Dziwne, że z Susan
jeszcze do niczego nie doszło. Ostatnio się tak zachowywał, gdy był z Carly - stwierdza Matt.
To chyba nie jego sprawa?
Siadamy na ławce w parku i jemy kanapki.
- W piątek są urodziny Susan. Przyjdziecie? - pyta znienacka Nash.
Ja nawet nie wiem, która to Susan.
- Mnie nie zaprosiła, Cris jest nowa - odpowiada Sam za nas obie.
- Chodźcie z nami. Susan nie będzie miała nic przeciwko - mówi Nash.
- Na pewno się wścieknie - stwierdza Sam.
- Dlaczego?
- Nie jestem do niej przychylnie nastawiona.
- A ona nie jest przychylnie nastawiona do nas. Chodźcie z nami. Nie
chcemy spędzić wieczoru na słuchaniu, jaka to ona jest piękna i jak jest
jej dobrze z Cameronem - mówi Matt, patrząc mi prosto w oczy.
- W porządku - odpowiadam. Pomysł nie brzmi źle. Będzie okazja poznać
nowych ludzi.
- Dobra, ja też dołączę - przystaje na pomysł Sam.
- Super. Zabawimy się! - wykrzykuje Nash, puszczając mi oczko.
- Patrzcie, kto idzie - mówi Matt, patrząc w lewo.
Odwracam się i widzę, że w naszą stronę zmierza grupa dziewczyn.
- Matt - mówi blondyna stojąca na czele grupy. - Nash - dodaje,
ignorując kompletnie Sam i mnie. Ma okropnie drażniący głos. - Będziecie
w piątek na moim przyjęciu?
Matt spogląda na mnie, po czym zwraca się do blondyny:
- Tak, zabieramy koleżanki.
Blondyna nie zaszczyciła nas ani jednym spojrzeniem i muszę przyznać, że
trochę mi to przeszkadza.
- Kim są te szczęściary? Nie życzę sobie kłótni w toaletach.
- Idziemy z dziewczynami - oznajmia Nash, wskazując na nas.
Susan przenosi na nas wzrok, a na jej twarzy pojawia się grymas. Ona i jej przyjaciółki lustrują nas od stóp do głów.
- Pytam poważnie, z kim przyjdziecie?
- Z nimi - odpowiada Nash z uśmiechem.
- Co? Idziecie z tymi pokrakami? - mówi, wybałuszając oczy. -
Widzieliście, jak one wyglądają? Nie powiesz mi, że przyjdziecie z Sam
Dallas i nową. Nie wierzę, że tak nisko upadliście!
Nie wytrzymuję. Znam ją od mniej niż dwóch minut i już jej nienawidzę.
- Jak nas nazwałaś? - pytam, wstając i patrząc jej prosto w oczy.
- Głucha jesteś? Pokrakami - odpowiada, chichocząc.
- Dlaczego tak myślisz? Nawet nas nie znasz - bronię się.
Uśmiech na jej ustach blednie, a na twarzy maluje się napięcie.
Nienawidzę, jak ludzie oceniają po pozorach.
- Na twoim miejscu nie zadzierałabym ze mną. Spójrz na siebie, jakie
masz ciuchy i makijaż.
Widać po niej, że plecie, co jej ślina na język przyniesie.
Susan ma na sobie różową bluzeczkę i czerwoną spódniczkę. Widać po
odrostach, że jej włosy są tylko ufarbowane na blond. Jej twarz wygląda
jeszcze gorzej: eye-liner, różowa szminka, cienie, nie wspominając o grubej warstwie podkładu w odcieniu ciemniejszym niż skóra.
- Wolę wyglądać naturalnie niż jak źle podrobiona Barbie - mówię, a przyjaciółki Susan z trudem powstrzymują śmiech.
Susan patrzy na mnie oniemiała, po czym odwraca się i posyła kumpelom
piorunujące spojrzenie.
- Z czego się śmiejecie? - pytam jej towarzyszki. - Wyglądacie jak jej
klony. Ja nie chciałabym tak wyglądać.
Dziewczyny przestają się śmiać i poważnieją.
- Zapłacisz mi za to - grozi Susan, purpurowa z gniewu, po czym odwraca
się na pięcie i odmaszerowuje.
Siadam na ławce i staram się uspokoić. Niektórzy naprawdę działają mi na
nerwy.
- Wow! - wykrzykuje zdumiony Nash. - Zamknęłaś jej usta.
- Nie odchodź ode mnie ani na krok! - błaga Sam.
- Nic takiego nie zrobiłam - przyznaję, uspokajając się.
- Nic takiego? Wiesz, kogo uciszyłaś? Susan to postrach całej szkoły -
uświadamia mnie Matt.
- Jest nieznośna - stwierdzam.
- Szkoda, że nie wszyscy podzielają twoje zdanie - mówi Nash, zwieszając
głowę. Z pewnością odwołuje się do Camerona, swojego najlepszego
przyjaciela.
Rozbrzmiewa dzwonek sygnalizujący koniec przerwy obiadowej i początek
ostatnich lekcji.
Wychodzimy z parku i zmierzamy do klas. Widzę, że Susan płacze w głębi
korytarza, jej chłopak ją pociesza. Na pewno naskarżyła mu, co stało się
kilka minut temu, ale nie obchodzi mnie to. Nie rozumiem, jak Cameron
mógł zakochać się w tak płytkiej i antypatycznej dziewczynie.
Zmierzam ku mojej ławce, profesor wchodzi do klasy i rozkłada rzeczy na
katedrze. Do klasy wchodzi także dwójka zakochanych. Susan rzuca mi
nienawistne spojrzenie.
Lekcje szybko mijają, pod koniec dnia moja ręka nie nadaje się do użytku
z powodu nadmiernej ilości notatek. Zadowala mnie jedna rzecz: na prawie
wszystkie lekcje będę chodzić z Sam, Nashem i Mattem. Przynajmniej pod
tym względem mam szczęście.
Sam podchodzi do mojej ławki, na jej twarzy maluje się szeroki uśmiech.
- Przeżyłaś pierwszy dzień w szkole?
- Tak! - odpowiadam, pakując zeszyty do plecaka.
Wychodzimy z klasy, rozmawiając.
Na korytarzu mija nas Cameron i trąca Sam ramieniem. Nie raczy
przeprosić, tylko mija nas, kompletnie ignorując. Wyraz twarzy Sam
diametralnie się zmienia, w oczach pojawia się smutek.
Uśmiecham się do niej pocieszająco. Żegnamy się i po chwili idę już w stronę domu drogą, która, mam nadzieję, prowadzi na skróty. Obchodzę
szkołę i na tyłach widzę trzy ogromne boiska do piłki nożnej.
- Hej, ty - słyszę głos za plecami.
Odwracam się i widzę Camerona zmierzającego w moją stronę szybkim
krokiem.
- Musimy porozmawiać - oznajmia, chwytając mnie za ramiona i popychając
do ściany.
Jesteśmy tak blisko, że nasze oddechy łączą się w jeden.
- Co jest grane?! Puść mnie! - krzyczę, próbując wyswobodzić się z uścisku.
Unieruchamia mnie, zakleszczając w uścisku. Patrzy mi głęboko w oczy,
zostawiając mnie bez tchu.
Jak śmie zachowywać się wobec mnie w ten sposób? Najpierw ośmiesza, a teraz atakuje!
- Posłuchaj uważnie - mówi, a ja przenoszę wzrok na jego usta. - Jeśli
jeszcze raz źle ją potraktujesz, będziesz miała ze mną do czynienia.
Patrzę mu w oczy. Nie wiem, czy żartuje, czy mówi poważnie.
- O czym mówisz? O snobce? - ironizuję.
- Nie mów tak o niej! Trzymaj się od niej z daleka, albo tego
pożałujesz. Jasne?
- Skoro tak mówisz.
Cameron bacznie mi się przygląda, jakby chciał wybadać, czy mówię
prawdę. Zaczyna mnie drażnić.
- Puść mnie - mówię.
Przytakuje i rozluźnia uścisk.
Odwraca się i odchodzi bez słowa, a ja stoję pod ścianą, masując obolałe
ramiona.
5
Czas szybko płynie. Minął mój pierwszy tydzień w Miami. Jest czwartkowy
poranek, po raz pierwszy od przyjazdu tutaj obudziłam się przed
budzikiem. Może dziś uda mi się dotrzeć do szkoły punktualnie. Byłby to
wielki sukces.
Jest 6:30. Wszyscy jeszcze śpią. Idę do kuchni i wstawiam wodę na
herbatę, po czym wracam do pokoju i przeglądam szafę, zastanawiając się,
w co się dziś ubiorę.
Postanawiam ubrać po raz pierwszy nowe legginsy, które kupiłam w Forever
21 i jedną z moich ulubionych koszulek: niebieską, o kroju oversize, z dekoltem w łódkę, którą podarowała mi Cass na siedemnaste urodziny. Cass
twierdzi, że jest koloru moich oczu i podkreśla ciemny blond moich
włosów.
Instynktownie kładę dłoń na dekolcie i dotykam wisiorka w kształcie
serca.
Cass...
Nie rozmawiałam z nią od wtorku wieczorem. Połączyłyśmy się na chwilę na
czacie, by się usłyszeć i wysłać zdjęcia. Pokazałam jej kilka zdjęć
nowego domu, pokoju i basenu. Cass wysłała mi selfie, na których są nasi
koledzy z klasy. Wszyscy mają śmieszne miny. Ale za nimi tęsknię!
Obiecałam jej, że zrobię zdjęcia szkoły.
Odkąd przebywam tysiące kilometrów od Los Angeles, uświadomiłam sobie,
jak trudno jest być na bieżąco z tym, co słychać u moich znajomych. Może
byłoby łatwiej, gdybym miała profil na Facebooku. Ale z drugiej strony,
nie chcę zakładać konta.
Z Trevorem wysyłamy sobie krótkie wiadomości. Na moje pytania odpowiada
najczęściej monosylabami: tak, nie, wszystko ok, też za tobą tęsknię.
Nie pisze nic, co pozwala mi zrozumieć, co u niego słychać, co robi. Ale
on taki jest: nieuchwytny, małomówny. Komunikacja werbalna nie jest jego
mocną stroną. Ile dałabym za przytulenie się do niego!
Świst czajnika wytrąca mnie z rozmyślań. Idę do kuchni i delektuję się
niespiesznym śniadaniem.
O 7:30 siedzimy z Kate w samochodzie, a dokładnie kwadrans później
rozpaczliwie szukam mojej szafki.
Wiem, że brzmi to niewiarygodnie, ale jeszcze niezbyt dobrze orientuję
się w rozkładzie budynku. Wszystkie korytarze wyglądają tak samo,
czerwone ściany zlewają się ze sobą. Numeracja szafek podlega niejasnej
logice i znalezienie właściwej jest często łutem szczęścia.
To nie będzie dobry dzień. Widzę, że Susan i jej kumpele wyłaniają się z głębi korytarza i zmierzają w moją stronę.
Boję się, że ten dzień zamieni się w koszmar.
Od poniedziałku nie rozmawiałam z nią ani z jej kretyńskim narzeczonym.
Robię tak, jak mi polecił: trzymam się od niej z dala. Z przyjemnością.
Susan posyła mi gniewne, pełne nienawiści spojrzenia, a ja ją ignoruję.
Gdy znajdujemy się kilka metrów od siebie, czuję na sobie wzrok
Camerona. Tylko czeka, by przyłapać mnie na gorącym uczynku.
- Cris! - woła Susan.
- Zostaw mnie. Nie mam nastroju - mówię. Mijam ją, nie zatrzymując się.
- Chciałam ci tylko powiedzieć, że dziś ubrałaś się gorzej niż zwykle -
mówi, chichocząc z przyjaciółkami.
Zatrzymuję się, odwracam i lustruję ją od stóp do głów.
- Nie idziemy na studniówkę - mówię tonem najbardziej neutralnym, na
jaki mnie stać. Dziś ma na sobie krótką, różową sukienkę z wielką
kokardą w talii i białe czółenka na wysokim obcasie.
Jej uśmiech blednie.
Za jej plecami wyrasta Cameron. Wolę uniknąć problemów, więc odwracam
się i kontynuuję poszukiwania szafki.
Znajduję ją za rogiem, w odległości kilku metrów, po prawej stronie.
Otwieram i wyjmuję z niej książki i zeszyty, po czym wkładam je do
plecaka. Gdy zastanawiam się, co jeszcze wziąć, ktoś kładzie rękę na
moim ramieniu.
Odwracam się przerażona.
To Matt.
- Wszystko w porządku? - pyta.
- Tak, zamyśliłam się. - Zamykam szafkę i spoglądam na niego. Uśmiecha
się.
- Gotowa na lekcje?
- Tak, a ty?
- Powiedzmy, że tak. - Zerka na telefon. - Mamy jeszcze pięć minut.
Pójdziesz ze mną po Nasha?
Czy mogę odmówić, skoro tak się do mnie uśmiecha?
- Jasne, gdzie jest?
- W swoim pokoju.
- W swoim pokoju? - powtarzam zmieszana.
- W tym skrzydle znajduje się internat. Nash tu mieszka.
Wow. Mieszkanie w internacie musi być super! Życie na własną rękę, bez
rodziców. Można późno wstawać i wystarczy tylko zejść niżej, by znaleźć
się w klasie.
Wchodzimy po schodach na pierwsze piętro. Znajdujemy się na takim samym
korytarzu, jak na dole, z posadzką wyłożoną czarnymi kafelkami, o ciemnoczerwonych ścianach i wielu drewnianych drzwiach.
Jest przytulnie, bardzo mi się podoba. Trudno uwierzyć, że pod nami
znajdują się sale lekcyjne.
Podchodzimy do drzwi, Matt puka dwa razy.
Gdy Nash otwiera, ja rumienię się ze wstydu. Ma na sobie tylko bokserki.
Byłam z niejednym chłopakiem, ale żadnego z nich nie widziałam
półnagiego. Najbliżej byłam do tej pory z Setem, gdy całowaliśmy się na
kanapie u niego w domu, a on wsunął dłoń pod koszulkę i mnie pieścił.
- Jeszcze się nie ubrałeś? - pyta Matt.
- Nie słyszałem budzika - odpowiada Nash, wciągając koszulkę.
Wchodzimy do pokoju i stajemy obok łóżka, czekając, aż Nash będzie
gotowy.
- Cris, Cameron mówił, że Susan się na ciebie skarży - żartuje Nash,
pakując plecak.
Cameron jest jego najlepszym przyjacielem. Jasne, że opowiedział mu
wszystko w najmniejszych szczegółach.
- Tak. Groził mi.
- Groził? - pyta Matt.
- Tak. Rozkazał, bym trzymała się z dala od Susan. Inaczej będę miała z nim do czynienia.
- Kretyn! - złości się Matt.
- Spokojnie. Cam tylko tak mówi, ale nie skrzywdziłby nawet muchy -
zapewnia Nash.
Ktoś puka do drzwi, Nash idzie otworzyć.
W progu stoi przystojny chłopak, bardzo podobny do Nasha. Wpada do
pokoju jak burza i idzie prosto do łazienki. Po kilku sekundach
wychodzi, trzymając w ręku dziwne pudełko.
- Jeśli jeszcze raz mi to zwędzisz, nie żyjesz - grozi, celując w Nasha
palcem wskazującym, po czym wychodzi.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki