My Dark Romeo - L.J. Shen, Parker S. Huntington

Kup ebooka

39.90 zł
32.32 zł (31,82 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Dal­las

Chry­ste, nie żar­to­wali, co? On na­prawdę zja­wił się w mie­ście. - Emi­lie chwy­ciła mnie za nad­gar­stek, wbi­ja­jąc ostre szpony w moją opa­loną skórę.

- Tak samo jak Oli­ver von Bi­smarck. - Sa­van­nah wy­cią­gnęła rękę. - Niech mnie ktoś uszczyp­nie.

Zro­bi­łam to z roz­ko­szą.

- Aua, Dal! Nie mó­wi­łam po­waż­nie.

Wzru­szy­łam ra­mio­nami, sku­pia­jąc uwagę na szwedz­kim stole obok nas. To był praw­dziwy po­wód, dla któ­rego zja­wi­łam się dzi­siaj na balu de­biu­tan­tek.

Z krysz­ta­ło­wej tacy wzię­łam za­nu­rzoną w gorz­kiej cze­ko­la­dzie cząstkę po­melo i ugry­złam, roz­ko­szu­jąc się gorzko-kwa­śnym nek­ta­rem.

Bóg nie jest męż­czy­zną.

Ani ko­bietą.

Bóg to naj­praw­do­po­dob­niej owoc za­nu­rzony w ak­sa­mit­nej cze­ko­la­dzie.

- Co oni tu w ogóle ro­bią? Prze­cież na­wet nie po­cho­dzą z Po­łu­dnia. - Emi­lie wy­rwała Sav bro­szurę z pro­gra­mem balu i po­wa­chlo­wała nią so­bie twarz. - I na pewno nie zja­wili się tu­taj, żeby po­znać ja­kąś ko­bietę. Obaj to za­go­rzali ka­wa­le­ro­wie. Czy Co­sta przy­pad­kiem nie rzu­cił ze­szłego lata praw­dzi­wej szwedz­kiej księż­niczki?

- A są ja­kieś nie­praw­dziwe szwedz­kie księż­niczki? - za­sta­na­wia­łam się na głos.

- Dal!

Gdzie są pa­stéis de nata?

Obie­cano mi pyszne por­tu­gal­skie mi­ni­tarty z kre­mem bu­dy­nio­wym.

- Mó­wi­łaś, że będą pa­stéis de nata. - Po­rwa­łam ze stołu na­grodę po­cie­sze­nia, me­lo­pitę, grec­kie mio­dowe cia­sto, i wy­ce­lo­wa­łam nim w Emi­lie. - No i mam za swoje, bo znowu ci za­ufa­łam.

So­ko­lim wzro­kiem ob­ser­wo­wała, jak wci­skam do to­rebki dwa tra­dy­cyjne pol­skie pączki.

- Dal, nie mo­żesz trzy­mać pącz­ków w to­rebce Cha­nel. To praw­dziwa skóra. Znisz­czysz ją.

Sav po­spiesz­nie we­pchnęła rękę do swo­jej ko­per­tówki, żeby wy­cią­gnąć błysz­czyk.

- Sły­sza­łam, że von Bi­smarck przy­je­chał tu tylko po to, by ku­pić Le Fleur.

Oj­ciec Jenny jest wła­ści­cie­lem firmy Le Fleur, która pro­du­kuje po­ściel z per­kalu spe­cjal­nie dla ho­teli wy­róż­nio­nych pię­cioma dia­men­tami. W ósmej kla­sie ra­zem z Emi­lie ucie­kły­śmy z domu i przez ty­dzień spa­ły­śmy w fir­mo­wym show­ro­omie, za­nim nasi oj­co­wie nas od­na­leźli.

- A czego on niby po­trze­buje z Le Fleur? - Te­raz pa­ła­szo­wa­łam ka­na­feh, sto­jąc ty­łem do mi­tycz­nych istot, dla któ­rych moje przy­ja­ciółki stra­ciły głowę.

Są­dząc po pod­eks­cy­to­wa­nych szep­tach, ja­kie roz­le­gały się wo­kół nas, nie były je­dyne.

Emi­lie wy­rwała Sa­van­nah tubkę Bond no. 9 i na­ło­żyła na usta grubą war­stwę.

- Za­rzą­dza ho­te­lami. Jest wła­ści­cie­lem sieci o na­zwie Grand Re­gent. Pew­nie o niej sły­sza­ły­ście.

Po­cząt­kowo Grand Re­gent ucho­dziło za eks­klu­zywny ku­rort, do któ­rego można było się do­stać tylko dzięki za­pro­sze­niu, a po­tem roz­rósł się bar­dziej niż Hil­ton. Z tego względu wnio­sko­wa­łam, że Bo­gacz von Bu­fon nie czai się na ma­ją­tek.

Tak się składa, że bi­le­tem na dzi­siej­sze wy­da­rze­nie był nie­bo­tyczny ma­ją­tek ro­dzinny.

303 Kró­lew­ski Bal De­biu­tan­tek or­ga­ni­zo­wany w Cha­pel Falls był jak pre­sti­żowa wy­stawa psów, która przy­cią­gała wszyst­kich mi­liar­de­rów i mul­ti­mi­liar­de­rów z ca­łego stanu.

Oj­co­wie pa­ra­do­wali ze swo­imi ra­so­wymi cór­kami po Astor Opera Ho­use w na­dziei, że wy­padną na tyle do­brze, by zwró­cić uwagę męż­czyzn ma­ją­cych dużo zer na kon­cie.

Chyba tylko ja nie szu­ka­łam męża.

Ta­tuś od­dał mnie ko­muś jesz­cze przed mo­imi na­ro­dzi­nami, o czym nie­ustan­nie przy­po­mi­nał mi dia­ment na palcu ser­decz­nym.

Jesz­cze do nie­dawna wy­da­wało mi się to od­le­głym pro­ble­mem - do­póki dwa dni temu nie na­tra­fi­łam w pra­sie na ofi­cjalne za­wia­do­mie­nie o ślu­bie.

- Sły­sza­łam, że Ro­meo ko­niecz­nie chce zo­stać pre­ze­sem firmy swo­jego ojca. - Na Boga, Sav da­lej na­wi­jała o tym fa­ce­cie. Za­mie­rzały uzu­peł­nić jego stronę na Wi­ki­pe­dii? - A prze­cież już jest mi­liar­de­rem.

- Ra­czej mul­ti­mi­liar­de­rem. - Emi­lie ba­wiła się owal­nym dia­men­tem bran­so­letki, jak za­wsze, gdy była po­de­ner­wo­wana. - I to nie jest typ, który prze­hu­lałby wszyst­kie pie­nią­dze na jachty, złote se­desy czy inne przy­jem­no­ści.

Zde­spe­ro­wana Sav zer­k­nęła do kom­pak­to­wego lu­sterka.

- My­śli­cie, że ktoś mógłby nas przed­sta­wić?

Emi­lie ścią­gnęła brwi.

- Nikt tu ich nie zna. Dal? Dal­las? Czy ty w ogóle nas słu­chasz? Po­ru­szamy ważny te­mat.

Dla mnie naj­waż­niej­szy był brak her­bat­ni­ków.

Nie­chęt­nie sku­pi­łam wzrok na dwóch męż­czy­znach, któ­rzy wła­śnie wy­ło­nili się zza ko­tary ko­lo­ro­wych szy­fo­nów i sztyw­nych upięć.

Obaj mieli przy­naj­mniej metr dzie­więć­dzie­siąt, przez to wy­glą­dali jak wiel­ko­ludy pró­bu­jące wci­snąć się do domku dla la­lek.

Ale trzeba przy­znać, że w ogóle nie przy­po­mi­nali prze­cięt­nych męż­czyzn.

Ich po­do­bień­stwo koń­czyło się na wzro­ście. Pod każ­dym in­nym wzglę­dem byli swo­imi cał­ko­wi­tymi prze­ci­wień­stwami.

Je­den ko­ja­rzył mi się z je­dwa­biem, drugi - ze skórą.

Gdy­bym miała strze­lać, po­wie­dzia­ła­bym, że żywy Ken to von Bi­smarck.

Miał włosy w ko­lo­rze ciemny blond, kwa­dra­tową szczękę i li­chy za­rost, co nada­wało mu cha­rak­ter księ­cia z ba­jek Di­sneya.

Ide­alny eu­ro­pej­ski książę o skan­da­licz­nie nie­bie­skich oczach i po­są­go­wych ry­sach.

Jak je­dwab.

Drugi na­to­miast przy­po­mi­nał mi nie­okrze­sa­nego ja­ski­niowca. Był jak fu­ria upchnięta w drogi gar­ni­tur.

Atra­men­to­wo­czarne włosy zo­stały schlud­nie przy­cięte i przy­gła­dzone. Wy­glą­dał jak wy­kuty z ka­mie­nia. Jakby zo­stał stwo­rzony po to, by po­ra­żać urodą.

Ostre ko­ści po­licz­kowe, grube brwi, rzęsy, za które da­ła­bym się za­mknąć w wię­zie­niu, i naj­chłod­niej­sze szare oczy, ja­kie w ży­ciu wi­dzia­łam.

Wła­ści­wie jego tę­czówki były tak ja­sne i mroźne, że zu­peł­nie nie pa­so­wały do wło­skiej apa­ry­cji.

On z ko­lei był jak praw­dziwa skóra.

- Ro­meo Co­sta. - Głos Sa­van­nah za­bar­wiła tę­sk­nota, kiedy męż­czy­zna wy­mi­nął nas w dro­dze do VIP-owskiego sto­lika. - Po­zwo­li­ła­bym mu się zruj­no­wać tak do­szczęt­nie i efek­tow­nie, jak Musk wy­koń­czył Twit­tera.

- A ja po­zwo­li­ła­bym mu zro­bić ze mną wszyst­kie naj­bar­dziej nie­go­dziwe rze­czy. - Emi­lie za­częła ba­wić się nie­bie­skim dia­men­tem na łań­cuszku. - Na­wet nie wiem, co to mia­łoby być, ale i tak by­ła­bym chętna, ro­zu­mie­cie?

By­cie dzie­wi­cami z Po­łu­dnia Sta­nów, które w dwu­dzie­stym pierw­szym wieku su­mien­nie cho­dzą do ko­ścioła i czy­tają Bi­blię, sta­no­wiło nie lada pro­blem.

Cha­pel Falls było znane z dwóch rze­czy:

Po pierw­sze - z bo­ga­tych miesz­kań­ców, któ­rzy w więk­szo­ści po­sia­dali eks­klu­zywne firmy z sie­dzibą w Geo­r­gii.

I po dru­gie - z wy­jąt­kowo kon­ser­wa­tyw­nego, prze­sta­rza­łego po­dej­ścia do ży­cia.

Tu­taj wszystko wy­glą­dało ina­czej.

Na­sze do­świad­cze­nie ogra­ni­czało się do kilku mo­krych po­ca­łun­kach przed ślu­bem, mimo że wszyst­kie skoń­czy­ły­śmy już dwa­dzie­ścia je­den lat.

Ale kiedy moje do­brze wy­cho­wane przy­ja­ciółki ob­ci­nały męż­czyzn dys­kret­nie, ja się z tym nie kry­łam.

Po­de­ner­wo­wany go­spo­darz za­pro­wa­dził ich do sto­lika, a oni po dro­dze roz­glą­dali się wo­kół - Ro­meo Co­sta z po­nu­rym znu­dze­niem męż­czy­zny, któ­rego czeka ko­la­cja z prze­my­sło­wego kon­te­nera na śmieci, a von Bi­smarck z cy­nicz­nym roz­ba­wie­niem.

- Co ty wy­pra­wiasz, Dal? Prze­cież wi­dzą, że się ga­pisz! - Sa­van­nah nie­mal ze­mdlała.

I tak nie pa­trzyli w na­szą stronę.

- No i? - mruk­nę­łam obo­jęt­nie i wzię­łam z tacy kie­li­szek szam­pana.

Sav i Emi­lie da­lej się za­chwy­cały, ja tym­cza­sem od­da­li­łam się, mi­ja­jąc sto­liki ugi­na­jące się od im­por­to­wa­nych sło­dy­czy, szam­pa­nów i to­re­bek z po­da­run­kami.

Obe­szłam salę, wi­ta­jąc się po dro­dze z ró­wie­śnicz­kami i da­le­kimi krew­nymi, żeby tylko do­stać się do de­se­rów po dru­giej stro­nie. I cały czas mia­łam oko na moją sio­strę Fran­klin.

Fran­kie krę­ciła się w po­bliżu i pew­nie wła­śnie pod­pa­lała czyjś tu­pe­cik albo prze­gry­wała ro­dzinną for­tunę w karty.

Pod­czas gdy mnie okre­ślano mia­nem le­ni­wej, po­zba­wio­nej am­bi­cji dziew­czyny z nad­mia­rem wol­nego czasu, ona ucho­dziła za ty­pową roz­ra­biarę.

Nie mam po­ję­cia, dla­czego tata w ogóle ją tu­taj za­brał. Miała le­d­wie dzie­więt­na­ście lat i spo­ty­kała się z męż­czy­znami rów­nie chęt­nie, jak ja wbi­ja­łam so­bie zu­żyte igły w żyłę.

Prze­mie­rza­jąc salę w mo­ich pięk­nych lo­ubo­uti­nach z li­mi­to­wa­nej edy­cji - dwa­na­ście cen­ty­me­trów, czarny ak­sa­mit, cie­niut­kie szpilki wy­sa­dzane per­łami i krysz­tał­kami Swa­ro­vskiego - uśmie­cha­łam się do go­ści, a nie­któ­rym po­sy­ła­łam bu­ziaki, aż na­gle na ko­goś wpa­dłam.

- Dal!

Fran­kie oto­czyła mnie ra­mio­nami, jakby nie wi­działa mnie całe wieki, cho­ciaż roz­ma­wia­ły­śmy za­le­d­wie czter­dzie­ści mi­nut temu, kiedy to wy­mo­gła na mnie dys­kre­cję, bo przy­ła­pa­łam ją na upy­cha­niu w sta­niku bu­te­le­czek z te­qu­ilą.

Pla­sti­kowe opa­ko­wa­nia wbiły się w moje piersi, kiedy mnie wy­ści­skała.

- Do­brze się ba­wisz? - Po­mo­głam jej ustać pro­sto, bo pra­wie za­li­czyła glebę. - Chcesz się na­pić wody? Po­trze­bu­jesz ta­ble­tek prze­ciw­bó­lo­wych? A może bo­skiej in­ter­wen­cji?

Fran­kie śmier­działa po­tem.

I ta­nią wodą ko­loń­ską.

Oraz trawką.

Pa­nie, miej tatę w swej opiece.

- Nic mi nie jest. - Mach­nęła ręką i się ro­zej­rzała. - Wie­dzia­łaś, że gdzieś tu krąży książę z Ma­ry­landu?

- Wy­daje mi się, że w Sta­nach Zjed­no­czo­nych nie mamy mo­nar­chii, sio­strzyczko.

- I jego me­ga­bo­gaty kum­pel? - Zi­gno­ro­wała mnie. - Han­dluje bro­nią. Grubo, co?

Tylko w jej wszech­świe­cie han­del bro­nią to coś faj­nego.

- Tak, a Sav i Emi­lie nie­mal po­si­kały się z ra­do­ści. Po­zna­łaś ich?

- Nie. - Fran­kie ro­zej­rzała się po sali ba­lo­wej, za­pewne szu­ka­jąc osoby, przez którą śmier­działa jak la­fi­rynda po za­ba­wie z di­le­rem na tyl­nym sie­dze­niu jego wozu. - Kto­kol­wiek go za­pro­sił, chciał chyba zro­bić do­bre wra­że­nie, bo przy jego sto­liku są her­bat­niki upie­czone przez ulu­bio­nego ku­cha­rza zmar­łej kró­lo­wej. Przy­le­ciał tu­taj spe­cjal­nie z Sur­rey. - Po­słała mi prze­bie­gły uśmiech. - Ukra­dłam jed­nego, kiedy nikt nie pa­trzył.

Żal ści­snął mi serce.

Tak bar­dzo ko­cham swoją sio­strę.

I jed­no­cze­śnie chcę ją w tej chwili za­mor­do­wać go­łymi rę­kami!

- A dla mnie nie wzię­łaś? - nie­omal wrza­snę­łam. - Prze­cież wiesz, że ni­gdy nie pró­bo­wa­łam praw­dzi­wych bry­tyj­skich her­bat­ni­ków. Co jest z tobą nie tak?

- Och, nie dra­ma­ty­zuj. - Fran­kie wsu­nęła palce w cia­sne upię­cie, żeby roz­ma­so­wać skórę głowy. - Lu­dzie usta­wiają się w ko­lejce, żeby po­roz­ma­wiać z tymi pa­ja­cami, jakby byli z rodu Wind­so­rów albo coś. Po pro­stu tam idź, przed­staw się i po­proś o ciastko. Jest ich tam pełno.

- Her­bat­ni­ków czy lu­dzi?

- Tego i tego.

Wy­cią­gnę­łam szyję, żeby się ro­zej­rzeć.

Miała ra­cję.

Przed męż­czy­znami cią­gnęła się ko­lejka lu­dzi, któ­rzy wy­glą­dali, jakby chcieli wy­ca­ło­wać im pier­ście­nie.

Jako że nie po­wstrzy­mam się przed ni­czym, żeby zdo­być coś pysz­nego, po­ma­sze­ro­wa­łam w stronę wia­nuszka go­ści ota­cza­ją­cych sto­lik Co­sty i von Bi­smarcka.

- ...ka­ta­stro­falny plan po­dat­kowy, który wy­woła eko­no­miczny chaos...

- ...pa­nie Co­sta, z pew­no­ścią ist­nieje ja­kaś al­ter­na­tywa dla tych wszyst­kich wy­dat­ków? Nie mo­żemy da­lej fun­do­wać wo­jen...

- ...czy to prawda, że bra­kuje im tech­no­lo­gicz­nie za­awan­so­wa­nej broni? Chcia­łem za­py­tać...

Kiedy męż­czyźni z Cha­pel Falls pa­plali jak na­jęci, żeby wpro­wa­dzić męż­czyzn w stan śpiączki, a ko­biety na­chy­lały się, by wy­eks­po­no­wać biust, wy­mi­nę­łam zgro­ma­dzo­nych sla­lo­mem, nie spusz­cza­jąc wzroku z mo­jego celu - trzy­pię­tro­wej tacy z ape­tycz­nymi her­bat­nicz­kami.

Naj­pierw swo­bod­nie opar­łam się ręką o stół.

Nie zwra­caj­cie na mnie uwagi.

Po­tem wy­cią­gnę­łam się w stronę an­giel­skiego przy­smaku sto­ją­cego po­środku.

Już do­się­ga­łam pal­cami tacy, gdy na­gle roz­legł się uszczy­pliwy głos.

- A ty to kto?

Pan Skóra.

A ra­czej Ro­meo Co­sta.

Roz­parł się na krze­śle, pa­trząc na mnie z wro­go­ścią ni­czym groźny kro­ko­dyl.

Cie­ka­wostka: te gady uwa­żają lu­dzi za stały ele­ment swo­jej diety.

Dy­gnę­łam z roz­ma­chem.

- Och, pro­szę wy­ba­czyć. Gdzież moje ma­niery?

- Na pewno nie na tacy z her­bat­ni­kami. - Jego głos wy­da­wał się oschły, bez­na­miętny.

Okej. Twardy prze­ciw­nik.

Ale miał prawo do nie­za­do­wo­le­nia, w końcu pró­bo­wa­łam ukraść jego ciastka.

- Na­zy­wam się Dal­las Town­send.

Po­sła­łam mu cie­pły uśmiech, wy­cią­ga­jąc dłoń, by mógł ją po­ca­ło­wać, ale on tylko spoj­rzał na nią ze wstrę­tem.

W sto­sunku do mo­jej rze­ko­mej zbrodni jego re­ak­cja była zde­cy­do­wa­nie prze­sa­dzona.

- Dal­las Town­send, tak? - Na jego bo­skiej twa­rzy od­ma­lo­wał się cień roz­cza­ro­wa­nia, jakby spo­dzie­wał się ko­goś zu­peł­nie in­nego.

Nie ob­ra­ca­li­śmy się w tych sa­mych krę­gach. By­łam na dzie­więć­dzie­siąt dzie­więć pro­cent pewna, że ten męż­czy­zna w ogóle nie miał zna­jo­mych. Wy­da­wał się na to zbyt za­du­fany w so­bie.

- Tak się na­zy­wam od dwu­dzie­stu je­den lat - od­po­wie­dzia­łam, zer­ka­jąc ką­tem oka na her­bat­niki.

Tak bli­sko, a jed­no­cze­śnie tak da­leko.

- Oczy mam tu­taj - wy­ce­dził Co­sta.

Von Bi­smarck za­chi­cho­tał i wziął naj­więk­sze ciastko, naj­pew­niej po to, by zro­bić mi na złość.

- Jest uro­cza, Rom. Cał­kiem nie­zła z niej la­leczka.

Uro­cza? La­leczka?

Co to ma zna­czyć?

Z nie­chę­cią ode­rwa­łam wzrok od tacy z ła­ko­ciami i prze­nio­słam go na twarz Ro­mea.

Był taki przy­stojny.

A poza tym - miał śmierć w oczach.

Na­chy­lił się w moją stronę.

- Je­steś pewna, że na­zy­wasz się Dal­las Town­send?

Po­stu­ka­łam pal­cem w pod­bró­dek.

- Hm, jak się te­raz nad tym za­sta­na­wiam, to chyba wo­la­ła­bym zmie­nić na­zwi­sko na Ha­iley Bie­ber.

- Czy to miało być za­bawne?

- Czy to miało być po­ważne py­ta­nie?

- Za­cho­wu­jesz się nie­do­rzecz­nie.

- Sam za­czą­łeś.

Przy sto­liku roz­legł się okrzyk obu­rze­nia.

Jed­nak Ro­meo Co­sta wy­da­wał się bar­dziej znu­dzony niż ob­ra­żony.

Roz­parł się na krze­śle, ukła­da­jąc dło­nie na pod­ło­kiet­ni­kach. Ta poza - i ten ide­al­nie do­pa­so­wany gar­ni­tur - nada­wały mu aurę su­ro­wego króla go­to­wego do wojny.

- Dal­las Ma­ry­anne Town­send. - W moją stronę pę­dziła Bar­bara Al­wyn-Joy. Pew­nie chciała za­ła­go­dzić sy­tu­ację. Matka Emi­lie była go­spo­dy­nią tego wy­da­rze­nia. Po­dob­nie jak wszy­scy inni pod­cho­dziła do tego balu zbyt po­waż­nie. - Po­win­nam spro­wa­dzić two­jego ojca, żeby w tej chwili wy­pro­wa­dził cię z sali ba­lo­wej za od­zy­wa­nie się w ten spo­sób do pana Co­sty. Ta­kie za­cho­wa­nie nie przy­stoi mło­dej da­mie z Cha­pel Falls.

Cha­pel Falls naj­chęt­niej spa­li­łoby na sto­sie każdą ru­do­włosą ko­bietę w tym mie­ście.

Te­atral­nie spu­ści­łam głowę, czub­kiem buta ry­su­jąc owalny kształt ciastka na mar­mu­ro­wej pod­ło­dze.

- Prze­pra­szam.

Wcale nie było mi przy­kro.

Ro­meo Co­sta był dup­kiem.

Miał szczę­ście, że znaj­do­wa­li­śmy się w to­wa­rzy­stwie, bo ina­czej bym się nie ha­mo­wała.

Od­wró­ci­łam się go­towa opu­ścić to miej­sce, bo jesz­cze do­pro­wa­dzi­ła­bym do ko­lej­nego skan­dalu, a wtedy tata za­strzegłby moją czarną kartę kre­dy­tową.

Wtedy jed­nak Co­sta ode­zwał się po raz ko­lejny.

- Panno Town­send?

Dla cie­bie panno Bie­ber.

- Tak?

- Na­leżą się prze­pro­siny.

Ob­ró­ci­łam się na pię­cie i zmie­rzy­łam go tak gniew­nym spoj­rze­niem, na ja­kie było mnie stać.

- Chyba się na­ćpa­łeś, je­śli my­ślisz, że cię...

- Cho­dziło mi o to, że to ja po­wi­nie­nem prze­pro­sić.

Wstał, za­pi­na­jąc ma­ry­narkę jedną ręką.

Och.

Och!

Kil­ka­na­ście osób prze­ska­ki­wało mię­dzy nami wzro­kiem.

Nie by­łam pewna, co tu się dzieje, ale chyba moje szanse na do­rwa­nie tego her­bat­nika wła­śnie zwięk­szyły się dzie­się­cio­krot­nie.

A poza tym chcia­ła­bym prze­jąć od niego tro­chę tej pew­no­ści sie­bie i sa­mo­kon­troli, którą ema­no­wał na­wet w trak­cie prze­pro­sin. Ja za­wsze czu­łam się wtedy taka bez­radna.

Za to Co­sta trak­to­wał prze­pro­siny jako na­rzę­dzie, dzięki któ­remu ka­ta­pul­to­wał się jesz­cze wy­żej w hie­rar­chii spo­łecz­nej. Mimo że już wy­da­wał się zu­peł­nie od­mien­nym ga­tun­kiem czło­wieka.

Skrzy­żo­wał ra­miona na klatce pier­sio­wej, jak zwy­kle igno­ru­jąc za­sady ety­kiety, które wpa­jano mi całe ży­cie.

- Tak. Przy­da­łyby się.

Nie uśmiech­nął się.

Na­wet na mnie nie pa­trzył.

Mia­łam wra­że­nie, że do­słow­nie sta­łam się dla niego prze­zro­czy­sta.

- Prze­pra­szam, że wąt­pi­łem w twoją toż­sa­mość. Z nie­wy­tłu­ma­czal­nego po­wodu my­śla­łem, że oka­żesz się... inna.

Nor­mal­nie za­py­ta­ła­bym, kto mu coś ta­kiego na­ga­dał, ale po­win­nam się po­ha­mo­wać i uciec, za­nim mój wła­sny ję­zyk wpę­dzi mnie w jesz­cze więk­sze kło­poty.

Nie bez po­wodu przez osiem­dzie­siąt pro­cent czasu mia­łam usta wy­pchane sma­ko­ły­kami.

Poza tym nie mo­głam pa­trzeć na tego męż­czy­znę, bo czu­łam się, jakby nogi zmie­niły mi się w ga­la­retę.

I nie po­do­bało mi się to, że przy­pra­wiał mnie o za­wroty głowy.

Albo że moje po­liczki czer­wie­niły się, gdy na mnie pa­trzył.

- Hm, ja­sne. Nic się nie stało. Zda­rza się naj­lep­szym. Ży­czę mi­łego wie­czoru.

Po tych sło­wach ucie­kłam do swo­jego sto­lika.

Na szczę­ście tata miał dzi­siaj świetny hu­mor i wła­śnie roz­ma­wiał o in­te­re­sach ze swo­imi przy­ja­ciółmi. Bar­bara chyba nie speł­niła groźby i na mnie nie do­nio­sła, bo krótko po czwar­tej przy­stawce po­zwo­lił mi za­tań­czyć.

Więc tań­czy­łam.

Naj­pierw z Da­vi­dem z ko­ścioła.

Po­tem z Ja­me­sem z li­ceum.

A na ko­niec z Ha­rol­dem miesz­ka­ją­cym ulicę ode mnie.

Wszy­scy wy­gi­nali mnie w tańcu aż do mar­mu­ro­wej pod­łogi, a na­wet po­zwo­lili mi pro­wa­dzić w trak­cie kilku wal­ców.

Nie­mal od­zy­ska­łam pew­ność sie­bie i za­czę­łam wie­rzyć, że ten wie­czór może oka­zać się suk­ce­sem. Aż do chwili, gdy Ha­rold ukło­nił się pod ko­niec pio­senki, a ja ru­szy­łam do swo­jego sto­lika.

Bo kiedy się od­wró­ci­łam, znów uj­rza­łam Ro­mea Co­stę.

Jak we­zwany de­mon.

Stał do­słow­nie pięć cen­ty­me­trów od mo­jej twa­rzy.

Matko bo­ska, dla­czego grzech za­wsze musi być taki ku­szący?

- Pa­nie Co­sta. - Przy­ło­ży­łam dłoń do swo­jego oboj­czyka. - Dzię­kuję, ale je­stem już zmę­czona i oszo­ło­miona. Chyba nie dam rady tań...

- Będę pro­wa­dzić. - Wziął mnie w ra­miona tak, że moje stopy za­wi­sły nad pod­łogą, a po­tem za­czął plą­sać po par­kie­cie bez mo­jego udziału.

Halo, prze­cież to czer­wona flaga wiel­ko­ści Tek­sasu!

- Pro­szę mnie po­sta­wić - po­le­ci­łam przez za­ci­śnięte zęby.

Jesz­cze moc­niej za­ci­snął rękę na mo­jej ta­lii, przy­trzy­mu­jąc mnie swoim sil­nym cia­łem.

- To skończ od­gry­wać rolę damy. Na­wet Oli­via Wilde daje lep­sze przed­sta­wie­nia.

Aua.

Pa­mię­tam, że po fil­mie Pro­jekt La­za­rus mia­łam ochotę wy­dłu­bać so­bie oczy.

- Dzięki. - Roz­luź­ni­łam mię­śnie, żeby był zmu­szony przy­trzy­mać cały cię­żar mo­jego ciała albo po­sta­wić mnie na pod­ło­dze. - Uda­wa­nie sza­no­wa­nego członka spo­łe­czeń­stwa jest do­prawdy mę­czące.

- Po­de­szłaś do mo­jego sto­lika ze względu na her­bat­niki, prawda?

Być może inna dziew­czyna na moim miej­scu wo­la­łaby skła­mać. Ale niech wie, że nie był dla mnie naj­więk­szą atrak­cją.

- Tak.

- Były zna­ko­mite.

Zer­k­nę­łam na stół po­nad jego ra­mie­niem.

- Wi­dzę, że jesz­cze coś zo­stało.

- Aleś ty spo­strze­gaw­cza, panno Town­send. - Ob­ró­cił mnie za­ska­ku­jąco umie­jęt­nie, jak do­świad­czony tan­cerz. Mia­łam mdło­ści, ale nie wie­dzia­łam, czy to z po­wodu jego to­wa­rzy­stwa, czy dla­tego, że po­ru­szał się zbyt szybko. - Nie masz może ochoty na­pić się do nich szam­pana? Oli­ver i ja wła­śnie zdo­by­li­śmy Cri­stal Brut Mil­lénium Cu­vée.

Trzy­na­ście ty­sięcy za bu­telkę.

Oczy­wi­ście, że by­łam chętna.

Pró­bo­wa­łam na­śla­do­wać jego po­zba­wiony wy­razu ton.

- Fak­tycz­nie, szam­pan pa­so­wałby do her­bat­ni­ków ide­al­nie.

Jego twarz wciąż ni­czego nie wy­ra­żała.

Chry­ste, co trzeba zro­bić, żeby wy­wo­łać uśmiech na ustach tego męż­czy­zny?

Le­d­wie zwra­ca­łam uwagę na ota­cza­ją­cych nas lu­dzi.

Do­tarło do mnie, że Co­sta nie tań­czył z ni­kim poza mną. Zro­biło mi się nie­swojo.

Sa­van­nah i Emi­lie wspo­mi­nały, że nie zja­wił się tu­taj, aby zna­leźć kan­dy­datkę na żonę, ale z dru­giej strony w przed­szkolu wmó­wiły mi, że brą­zowe krowy pro­du­kują mleko cze­ko­la­dowe.

Od­chrząk­nę­łam.

- Po­wi­nie­neś coś wie­dzieć. - Kiedy spoj­rza­łam w jego bla­do­szare oczy, barwą przy­po­mi­na­jące an­giel­skie niebo zimą, zro­zu­mia­łam, że co­kol­wiek po­wiem, nie bę­dzie zdzi­wiony. - Je­stem za­rę­czona, więc je­śli chcesz mnie po­znać...

- Nie mam naj­mniej­szej ochoty cię po­znać.

Po raz pierw­szy za­uwa­ży­łam kulkę gumy ści­śniętą mię­dzy jego sie­ka­czami.

Mię­towa, są­dząc po za­pa­chu.

- Dzięki Bogu. - Roz­luź­ni­łam się i po­pły­nę­łam w walcu. - Nie lu­bię od­ma­wiać lu­dziom. To iry­tu­jące.

Nie by­łam za­chwy­cona per­spek­tywą po­ślu­bie­nia Ma­di­sona Lichta, ale też nie by­łam temu cał­ko­wi­cie prze­ciwna.

Zna­łam go całe ży­cie. Był je­dy­nym sy­nem ko­legi taty z col­lege'u i z tego względu czę­sto zja­wiał się u nas na święta i oka­zjo­nalne przy­ję­cia.

Był od­po­wiedni.

Od­po­wied­nio atrak­cyjny.

Od­po­wied­nio bo­gaty.

Od­po­wied­nio wy­cho­wany.

Jed­nak na jego ko­rzyść naj­bar­dziej prze­ma­wiało to, że to­le­ro­wał moje po­czu­cie hu­moru. A poza tym osiem lat róż­nicy nada­wało mu otoczkę świa­to­wego, do­świad­czo­nego męż­czy­zny.

Po­szli­śmy na dwie randki, pod­czas któ­rych dał mi do zro­zu­mie­nia, że po­zwoli mi żyć tak, jak chcę. Była to rzad­kość wśród aran­żo­wa­nych związ­ków Cha­pel Falls.

Ro­meo Co­sta pa­trzył na mnie jak na psią kupę, w którą za­raz miał wdep­nąć.

- Kiedy ślub? - za­py­tał ak­sa­mit­nym, lekko drwią­cym to­nem.

- Nie mam po­ję­cia. Pew­nie po stu­diach.

- A na ja­kim je­steś kie­runku?

- Li­te­ra­tura an­giel­ska w Emory.

- Kiedy koń­czysz?

- Naj­pew­niej wtedy, gdy prze­stanę ob­le­wać se­me­stry.

Na jego ustach za­go­ścił gorzki uśmiech, jakby do­my­ślił się, że pró­buję go roz­ba­wić.

- Po­do­bają ci się stu­dia?

- Wcale.

- To ja­kie masz jesz­cze za­in­te­re­so­wa­nia, poza kra­dzieżą cia­stek?

Od­nio­słam wra­że­nie, że cią­gnął tę roz­mowę tylko po to, bym nie ode­szła.

Nie mia­łam po­ję­cia dla­czego.

Mimo to szcze­rze się nad tym za­sta­no­wi­łam, bo dzięki temu nie mu­sia­łam sku­piać się na kro­kach. On już o to za­dbał.

- Książki. Deszcz. Bi­blio­teki. Jeż­dże­nie w nocy po mie­ście z moją ulu­bioną play­li­stą w tle. Po­dróże, głów­nie ga­stro­tu­ry­styka. Ale za­bytki też są cie­kawe.

Cha­pel Falls znało mnie jako dziew­czynę, która spę­dza dnie na trwo­nie­niu pie­nię­dzy ta­tu­sia na luk­su­sowe ubra­nia, czę­ste wi­zyty w dro­gich re­stau­ra­cjach i po­lo­wa­nie na do­bre książki w gra­ni­cach Po­łu­dnia Sta­nów Zjed­no­czo­nych.

Wszy­scy wie­dzieli o tym, że nie mam żad­nych więk­szych aspi­ra­cji. Tylko że plotki nie były do końca zgodne z prawdą.

Mia­łam jedno ma­rze­nie.

Pra­gnie­nie, do któ­rego nie­stety po­trzebny był męż­czy­zna.

Naj­bar­dziej na świe­cie chcia­łam zo­stać matką.

Wy­da­wało się to pro­ste. A jed­no­cze­śnie ta­kie nie­osią­galne. Nie­stety, aby zre­ali­zo­wać swój cel, mu­sia­łam przejść wiele eta­pów, ale w za­py­zia­łym Cha­pel Falls jesz­cze mi się to nie udało.

- Je­steś bar­dzo bez­po­śred­nia.

Nie za­brzmiało to jak kom­ple­ment.

- A ty bar­dzo cie­kaw­ski. - Po­zwo­li­łam mu wy­giąć mnie w tańcu, mimo że nas to do sie­bie zbli­żyło. - A ty ja­kie masz za­in­te­re­so­wa­nia? - za­py­ta­łam po chwili mil­cze­nia, bo tego wy­ma­gało do­bre wy­cho­wa­nie.

- Jest parę ta­kich rze­czy. - Za­czął za­ta­czać ze mną zgrabne okręgi tuż przed onie­miałą Sa­van­nah. - Pie­nią­dze. Wła­dza. Wojna.

- Wojna?

- Tak - po­twier­dził. - To bar­dzo do­cho­dowy biz­nes. W do­datku pewny. Na świe­cie za­wsze to­czy się ja­kaś wojna lub pań­stwa się do niej przy­go­to­wują. To nie­sa­mo­wite.

- Może dla po­li­ty­ków tak, ale na pewno nie dla nie­win­nych lu­dzi, któ­rzy na tym cier­pią. Dla dzieci, które mo­czą łóżko ze stra­chu. Dla ofiar, ro­dzin, bo­le­snych...

- Za­wsze je­steś taka mę­cząca czy za­re­zer­wo­wa­łaś tę prze­mowę ro­dem z kon­kursu pięk­no­ści spe­cjal­nie dla mnie?

Jego zło­śliwy ko­men­tarz na chwilę ode­brał mi mowę, a po­tem od­par­łam:

- Spe­cjal­nie dla cie­bie. Mam na­dzieję, że dzięki temu czu­jesz się wy­jąt­kowy.

Zro­bił ba­lona z gumy, który pękł mi przed twa­rzą.

Cóż za dżen­tel­men, po­my­śla­łam.

- Spo­tkajmy się w ogro­dzie ró­ża­nym za dzie­sięć mi­nut.

Wszy­scy wie­dzieli, co się dzieje w ogro­dzie ró­ża­nym.

Ścią­gnę­łam usta.

Czyżby już wy­ma­zał z pa­mięci ostat­nie pięć mi­nut?

- Mó­wi­łam, że je­stem za­rę­czona.

- Ale ślubu jesz­cze nie było - przy­po­mniał i po­chy­lił mnie po raz ko­lejny. Po­pi­sówka. - Masz ostat­nią szansę, żeby się za­ba­wić, za­nim po­wiesz "tak". Ostatni mo­ment sła­bo­ści, za­nim bę­dzie za późno, by spró­bo­wać cze­goś no­wego.

- Ale prze­cież... ja cię na­wet nie lu­bię.

- Nie mu­sisz mnie lu­bić, żeby było ci ze mną do­brze.

Od­chy­li­łam głowę i zmro­zi­łam go spoj­rze­niem, sze­roko otwie­ra­jąc oczy.

- Co ty do­kład­nie pro­po­nu­jesz?

- Ucieczkę z tego nud­nego jak flaki z ole­jem wy­da­rze­nia.

Ko­lejny ob­rót.

Aż mi się w gło­wie za­krę­ciło.

A może to przez tę roz­mowę.

Co­sta spu­ścił nieco z tonu.

- Gwa­ran­tuję, że zajmę twoją uwagę w stu pro­cen­tach. Tylko na dzie­sięć mi­nut. Przy­niosę her­bat­niki i szam­pana. Ty je­dy­nie mu­sisz się po­ja­wić. Cho­ciaż w su­mie... - Ob­rzu­cił mnie spoj­rze­niem od stóp do głów. - Wo­lał­bym, że­byś cha­rak­te­rek zo­sta­wiła przy stole.

Nie­spo­dzie­wa­nie prze­rwał ta­niec w po­ło­wie pio­senki i zo­sta­wił mnie na par­kie­cie.

Moje my­śli ga­lo­po­wały, kiedy od­pro­wa­dza­łam go wzro­kiem. Nie ro­zu­mia­łam, co tu wła­śnie za­szło.

Czy on mi za­pro­po­no­wał seks?

Wy­da­wał się nie­za­do­wo­lony z na­szej roz­mowy. Ale może po pro­stu już tak miał. Może zwy­czaj­nie był taki ozię­bły, po­wścią­gliwy i nie­uprzejmy.

Ja­kaś część mnie pró­bo­wała mi wmó­wić, że po­win­nam przy­stać na jego pro­po­zy­cję. Oczy­wi­ście nie po­szła­bym na ca­łość. Za­mie­rza­łam za­cho­wać dzie­wic­two. Ale nie­winna za­bawa w mroku nie za­szko­dzi.

Ma­di­son na pewno nie sie­dział te­raz w domu i nie wkle­jał zdjęć do na­szego wspól­nego al­bumu.

Wie­dzia­łam, że w Wa­szyng­to­nie cią­gle ba­luje, za­li­cza prze­lotne ro­manse z mo­del­kami i ce­le­bryt­kami. Moja ko­le­żanka Hay­le­igh miesz­kała w tym sa­mym bu­dynku co on, na tym sa­mym pię­trze, i opo­wia­dała mi o tych wszyst­kich ko­bie­tach, które od­wie­dzały jego apar­ta­ment.

W końcu nie by­li­śmy praw­dziwą parą. Raz w mie­siącu na prośbę na­szych ro­dzi­ców roz­ma­wia­li­śmy przez te­le­fon, żeby "się ze sobą za­po­znać", ale to wszystko.

A taki męż­czy­zna jak Ro­meo Co­sta przy­tra­fia się tylko raz w ży­ciu.

I dla­tego po­win­nam to wy­ko­rzy­stać.

Po­win­nam wy­ko­rzy­stać jego.

Może na­uczyłby mnie kilku sztu­czek, dzięki któ­rym póź­niej zro­bi­ła­bym wra­że­nie na Ma­di­so­nie.

A poza tym... te her­bat­niki tak mnie ku­siły.

Gdy tylko tata od­wró­cił się, żeby po­roz­ma­wiać z pa­nem Gold­ber­giem, ucie­kłam do to­a­lety. Mocno za­ci­snę­łam palce na zle­wie z mar­muru upstrzo­nego zło­tymi plam­kami i za­mru­ga­łam do swo­jego od­bi­cia.

To tylko kilka po­ca­łun­ków.

Prze­cież ro­bi­łaś to z wie­loma chło­pa­kami.

Wy­da­wał mi się taki doj­rzały, do­świad­czony, ku­sząco nie­zna­jomy, że na­wet przy­mknę­łam oko na jego zło­śli­wo­ści. Bądźmy szcze­rzy - pan Darcy przez osiem­dzie­siąt pro­cent książki też nie był zbyt po­cią­ga­jący.

- Nic złego się nie wy­da­rzy - za­pew­ni­łam swoje od­bi­cie w lu­strze. - Nic.

Na­gle za mną roz­legł się dźwięk spusz­cza­nej w to­a­le­cie wody.

Z ka­biny wy­szła Emi­lie i marsz­cząc brwi, sta­nęła obok mnie, żeby umyć ręce.

- Pa­li­łaś to samo, co twoja sio­stra do­stała od kel­nera? - Unio­sła na­my­dloną rękę, żeby przy­ło­żyć jej wierzch do mo­jego czoła. - Mó­wisz sama do sie­bie.

Zro­bi­łam unik.

- Hej, Em, po­zna­łaś może Ro­mea Co­stę?

Po­krę­ciła głową, ukła­da­jąc usta w dzió­bek.

- On i Bi­smarck są główną atrak­cją wie­czoru. Za­wsze ota­cza ich chmara lu­dzi. Na­wet nie by­łam w sta­nie zro­bić mu zdję­cia. Wi­dzia­łam, że z nim tań­czy­łaś. Ale z cie­bie szczę­ściara. Zro­bi­ła­bym wszystko, żeby mieć taką moż­li­wość.

Wy­rwał mi się zdu­szony, zu­chwały śmiech.

Po­krę­ci­łam głową.

- A ty do­kąd? - za­wo­łała za mną.

Zro­bić coś sza­lo­nego.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki