ROZDZIAŁ 2
Bliższą znajomość z blondynką zawarłem dwa dni później. Wchodziłem wtedy po schodach z torbą zakupów z Sushila's, a ona stała na podeście pod drzwiami mojego mieszkania. Na rękach trzymała puchatego persa. Miała dziwnie nieobecny wyraz twarzy, ale gdy ruszyłem ku niej, jakby na mnie czekała. Poczułem zapach jej perfum: bardzo lekki, kwiatowy, nie udało mi się jednak rozpoznać marki.
- Dzień dobry - przywitałem się. - Szukała mnie pani?
- Szukałam Małkin. Moja kocica robi się wścibska, gdy wprowadza się ktoś nowy. Chce o nim wszystko wiedzieć.
Z bliska wyglądała młodziej niż wtedy, gdy widziałem ją po raz pierwszy. Miała może ze dwadzieścia dziewięć lat, a rysy twarzy tak delikatne, jakby wśród jej przodków zaplątały się elfy. Lekko opuszczone powieki skrywały oczy koloru deszczowych chmur. W stonowanym świetle słońca na podeście jej włosy połyskiwały niczym srebro.
Widzicie? Poznałem ją niecałe pół minuty temu, a już zaczynałem sypać poetyckimi porównaniami.
Przerzuciłem zakupy do lewej ręki i wyciągnąłem do niej prawą.
- Gideon - przedstawiłem się. - Gideon Lake. Przyjaciele mówią mi Lalo.
- Dlaczego?
- To od imienia Lala Schifrina, autora muzyki do Brudnego Harry'ego i Mission Impossible. Ja też to robię: piszę muzykę do filmów, telewizji i takich tam. Do reklam także! "Chodź, chodź, wzywa cię dom, w którym rodzinę i przyjaciół masz, a jedna łyżka Thom's przypomni ci rodzinny dom...". No wie pani, zupa pomidorowa Thom's.
Pokręciła głową, ale wciąż się uśmiechała.
- Nie zna pani tego? - zdziwiłem się. - Jest pani chyba jedyną osobą na świecie, która nie słyszała tej reklamy. Moja matka mówi, że ma ochotę udusić mnie za tę melodię, tak za nią chodzi.
Gdy przekładałem zakupy z ręki do ręki, blondynka przełożyła kota i również wyciągnęła dłoń.
- Katherine Solway. Mów mi Kate. Miło mi cię poznać, Gideonie. Mam nadzieję, że będziesz tu szczęśliwy.
- Może wejdziesz i napijesz się czegoś? - zapytałem, otwierając drzwi. - Co prawda jeszcze nie skończyłem się urządzać, ale już niedługo uporządkuję ten bałagan...
- Z przyjemnością - odparła Kate. - Dziękuję. Mogę wziąć Małkin? Nie masz uczulenia na kocią sierść?
- Skądże. Jestem uczulony tylko na dwie rzeczy: na utwory Johna Williamsa i osy.
Dzięki dekoratorskim talentom Margot mój salon zaczynał nabierać elegancji godnej West Village. Naprzeciwko siebie ustawiła dwie staromodne sofy z jasnoniebieskimi obiciami, a przy oknie dwa krzesła z wygiętymi oparciami. Na środku salonu położyła owalny niebieski dywan, na którym stał bielony dębowy stolik z posążkiem bożka Pana skaczącego przez trzciny nad rzeką.
Na jednej ze ścian pyszniło się wielkie lustro w złoconej ramie, a po przeciwnej stronie wisiał obraz olejny przedstawiający dwie kobiety w różowych strojach kąpielowych, stojące na błękitnej pustyni. Płótno podpisano "Jared French".
Kate postawiła Małkin na podłodze. Kotka otrząsnęła się, po czym zaczęła krążyć po mieszkaniu, obwąchując meble.
- Długo tu mieszkasz? - zapytałem Kate.
Podeszła do okna i wyjrzała na park. W szybie dostrzegłem przezroczyste odbicie jej twarzy.
- To zależy, co rozumiesz przez "długo". Chyba dłużej, niż powinnam.
- Rozumiem - odparłem, choć nic nie rozumiałem. - Co chcesz do picia? Jest mrożona herbata, zinfandel, piwo... Mam też Dr Peppera.
- Poproszę zinfandela. Wiesz, że kiedyś mieszkał tu Jared French?
- Tak, pośrednik mi powiedział - odpowiedziałem z aneksu kuchennego. - Dlatego kupiłem jego obraz, chociaż o mało nie zemdlałem, gdy podali cenę.
- Każdy dom na tej ulicy ma swoje duchy - dodała Kate. - Obok, pod szesnastką, mieszkał Theodore Dreiser i właśnie tam zaczął pisać swoją Tragedię amerykańską. Apartament pod dwunastką zajmował Sherwood Andersen. A Jared French mieszkał tu razem z Patilem Cadmusem, też malarzem. Obaj byli gejami. Cadmus zawsze malował marynarzy w absurdalnie obcisłych spodniach.
Wróciłem z kuchni z dwoma dużymi kieliszkami schłodzonego białego wina.
- Lubię nawiedzone domy - oświadczyłem. - Czuję się w nich częścią historii. To wspaniałe, oczywiście pod warunkiem, że jakiś duch nie podszczypuje człowieka lodowatymi palcami pod prysznicem.
- Tym nie musisz się martwić. Duchy w tych domach odnalazły już spokój. A przynajmniej większość z nich.
- Dobrze wiedzieć. Na pewno nie widziałaś tu żadnych duchów?
- Kiedy się tu wprowadziliśmy, byłam pewna, że ktoś płacze w jednym z pokojów na strychu. Wydawało mi się, że to kobieta. Poszłam tam i zapukałam do drzwi, ale nikt nie zareagował.
- Brrrr... - wzdrygnąłem się.
- Myślę, że to tylko wiatr - uspokoiła mnie Kate. - Zimą są tu spore przeciągi.
Przez chwilę siedzieliśmy w ciszy. Miałem wrażenie, że moja sąsiadka chce mi coś powiedzieć, ale nie potrafi ująć tego w słowa. Co chwila na mnie zerkała, a gdy odwzajemniłem spojrzenie, obdarzyła mnie tym swoim tajemniczym uśmieszkiem i upiła łyk wina.
- Masz dzieci? - zapytałem. - To trochę dziwne, ale nie słyszałem tu żadnych dzieci i nie widziałem żadnych deskorolek w korytarzu.
- Victor nigdy nie chciał dzieci.
- Rozumiem. A ty chciałabyś mieć dzieci?
- Tak, bardzo! Chciałabym je mieć.
- Naprawdę?
- Tak. Dałabym jej na imię Melinda. Ubierałabym ją w sukienki z falbankami, zaplatała jej warkocze i uczyła piec jeżyki.
- Chyba nie jest jeszcze na to za późno? Może przyprzesz Victora do muru?
- Victora nie da się przyprzeć do muru. Poza tym zawsze jest za późno na dzieci.
Nie miałem pojęcia, co chciała przez to powiedzieć, a ona najwyraźniej nie zamierzała mi niczego wyjaśnić, więc nie pytałem dalej.
Po chwili ciszy zapytała:
- A ty jaki jesteś? Lubisz podróżować?
- Podróżować? Chyba żartujesz. Nie cierpię podróży. Co miesiąc latam do Los Angeles, do Capitol Studios. Chciałbym, żeby ktoś w końcu wymyślił ten teleport ze Star Treka, wiesz, wchodzisz do kabiny w Nowym Jorku i po dziesięciu sekundach jesteś w Los Angeles. Ale przy moim pechu pewnie znalazłbym się w tej kabinie razem z muchą.
- Nie o to mi chodziło. Myślałam o podróżach do Europy, na przykład do Rzymu, Wiednia lub Pragi.
- Ach, do źródeł kultury? No cóż, siedziałem kiedyś przez tydzień w Londynie, ale w interesach, i właściwie jedynym miejscem, które zwiedziłem, było studio dźwiękowe w Soho. Nie widziałem nawet pałacu Buckingham.
- Powinieneś podróżować - stwierdziła Kate. - Podróże dobrze robią na duszę. A ile można się nauczyć! Im dalej jedziesz, tym lepiej poznajesz to, co zostawiasz za sobą.
Czekałem, aż mi opowie, co sama w ten sposób poznała, ale nie kontynuowała tego tematu. Miałem wrażenie, że rozmawiamy o dwóch różnych sprawach - albo może chciała, żebym pojął coś, co dla niej było oczywiste, jednak nie domyślałem się, o co mogło jej chodzić. Zachowywała się, jakbym powinien wszystko rozumieć. A może specjalnie mówiła zagadkami? Może nie chciała, by Małkin się domyśliła, co chce mi przekazać. Pewnie mogłaby donieść o tym Victorowi, panu "niedającemu-się-przyprzeć-do-muru".
- Jeszcze wina? - zapytałem Kate, choć wysączyła zaledwie parę łyków. - A może chcesz chipsy ziemniaczane? Mam do nich sól morską, sos jalape?o i jakiś ziołowy.
Pokręciła głową.
- Powiedz mi, do czego pisałeś muzykę?
- Hm... Na przykład do Sztukmistrza. Widziałaś ten serial? O gliniarzu, który był kiedyś iluzjonistą. Rozwiązywał sprawy za pomocą sztuczek.
- Chyba widziałam jeden odcinek, ale nie przypominam sobie muzyki z czołówki.
Sięgnąłem po gitarę opartą o skraj sofy. Zabrzdąkałem delikatnie w struny i zagrałem łagodną melodię z serialu, wznoszącą się z każdym taktem.
- To było prawie piękne - przyznała Kate, gdy skończyłem.
- Prawie?
- Debussy jest piękny, Delius też. A ten kawałek był cokolwiek komercyjny.
- Och, daj spokój. Debussy i Delius nie musieli pisać muzyki dla Jerry'ego Bruckheimera[2].
Roześmiała się, a potem popatrzyła na mnie. Jej spojrzenie znów zdawało się sugerować, że dzielimy jakąś wspólną tajemnicę, tak samo jak wtedy, gdy zobaczyłem ją na schodach. Nie odwracała wzroku ani nie mrugała, tylko wpatrywała się we mnie tak intensywnie, jakby chciała na zawsze zapamiętać, jak wyglądam.
- Czy mogę cię spytać, ile masz lat? - zapytała po chwili.
- Trzydzieści jeden - odparłem. - Wyglądam na starszego, bo włosy zaczęły mi siwieć już w wieku dwudziestu sześciu lat. To dziedziczne.
- Podobają mi się. Dzięki nim wyglądasz jak człowiek, któremu mogłabym zaufać.
Zastanowiło mnie, dlaczego tak powiedziała. Czemu miałaby mi zaufać? Najwyraźniej chce, żebym coś dla niej zrobił. Tylko co?
Spojrzała na wiszący obok lustra zegar.
- Muszę już lecieć - powiedziała.
- Czas zrobić obiad?
- Nie, nie. Na obiad też już za późno.
- Przecież możesz zamówić coś na wynos. W Little Havana mają pyszne arroz con pollo[3]. Jeśli powdzięczysz się do kucharza, da ci tostones[4] gratis.
Wstała bez słowa. Albo w ogóle mnie nie słuchała, albo nie lubiła kuchni kubańskiej, albo nie jadała mięsa.
Nigdy nie byłem zbyt spontaniczny, ale zapytałem wtedy:
- Hm... Czy masz czas w tygodniu? A może pracujesz?
- Jestem grafikiem. Robię rozkładówki o modzie dla "Harper's". To znaczy robiłam.
- Więc teraz jesteś wolna?
- To zależy, co przez to rozumiesz.
- No, gdybym na przykład powiedział: "Przyjdź jutro około południa, zrobię lunch i zagram ci moją prawie piękną muzykę", czy miałabyś coś przeciwko temu?
Nie odpowiedziała, wciąż wpatrując się we mnie. Jej spojrzenie było tak przenikliwe, że zakręciło mi się w głowie, jakbym wypił o jedną tequilę za dużo. I wtedy Małkin zaczęła szarpać pazurami frędzle przy obiciu krzesła.
- Ej, kotek, przestań! - krzyknąłem i czar prysł.
Małkin podreptała do swojej pani jak zbesztane dziecko. Kate przyklęknęła i podniosła ją.
- Słuchaj... - zacząłem. - Wiem, że jesteś zamężna. Chciałem po prostu zaprosić cię na sałatkę. Siedzę sam i pracuję całymi dniami, więc czasami mam wrażenie, że zaczynam zamieniać się w wariata, który gada do siebie.
- Dobrze - odparła. Wyciągnęła rękę, żebym pomógł jej wstać, ale gdy już się podniosła, nie puściła mojej dłoni. - Nie przejmuj się Victorem. To zarozumiały, pewny siebie facet, który myśli, że cały świat należy do niego. Nawet nie przyszłoby mu do głowy, że mogłabym go zdradzić.
Miałem wielką ochotę zapytać, czyby go zdradziła ze mną. Ale było za wcześnie na takie pytania. Nadal nie wiedziałem, czy jej się podobam, ale sam z każdą mijającą chwilą zauważałem w niej rzeczy, które coraz bardziej mnie pociągały: delikatny zarys nosa, odblask słońca na górnej wardze, błękitne żyłki na nadgarstkach. Jednocześnie jednak dostrzegałem jej rezerwę i czujność. Podejrzewałem, że gdyby sytuacja tego wymagała, potrafiłaby zmiażdżyć jaja każdemu facetowi.
Puściłem jej dłoń.
- Skoro mówisz, że nie muszę martwić się Victorem, to nie będę się nim martwił. Co powiesz na tuńczyka z sałatką z kapusty pekińskiej?
- Brzmi apetycznie. Małkin też by chyba smakował. Ale zostawię ją w domu, żeby nie przeszkadzała.
Odprowadziłem ją do wyjścia. Zanim wyszła z mieszkania, odwróciła się i dotknęła włosów za moim uchem jak sztukmistrz, który ma zamiar wyciągnąć stamtąd monetę, po czym delikatnie pocałowała mnie w policzek.
Odprowadziłem ją wzrokiem, kiedy schodziła na dół. Gdy zniknęła, cicho zamknąłem drzwi i wróciłem do salonu.
Przyjrzałem się sobie w lustrze. Usiłowałem odkryć, co widziała, gdy na mnie patrzyła. Zawsze uważałem, że bardziej przypominam drugoligowego tenisistę niż kompozytora. Jestem szczupły, mam sto osiemdziesiąt trzy centymetry wzrostu, a moje ręce i nogi wyglądają, jakby należały do kogoś innego. Po dziadku Luukasie, Finie, odziedziczyłem pociągłą twarz o kanciastej szczęce i niebieskie oczy. Myślę, że jestem całkiem przystojny, jak Kris Kristofferson, choć Margot zawsze mówiła, że jestem zbyt często ponury bez wyraźnej przyczyny.
Wziąłem gitarę i zagrałem temat ze Sztukmistrza. Nagle przerwałem w połowie akordu.
- Kate Solway - wyszeptałem.
Chciałem usłyszeć, jak jej nazwisko brzmi w moich ustach.
[2] Jerry Bruckheimer - amerykański producent seriali i filmów sensacyjnych m.in. seriali CSI: Kryminalne zagadki Las Vegas i Gliniarz z Beverly Hills oraz filmów Top Gun, Twierdza, Con Air: Lot skazańców i Piraci z Karaibów.
[3] Arroz con pollo - kurczak z ryżem i warzywami.
[4] Tostones - smażone banany.