Muzyka... Daj się uwieść! - Christoph Drösser

Kup ebooka

64.00 zł
51.20 zł (39,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PRZEDMOWA

Nie jest łatwo pisać o muzyce. To tak, jakby opowiadać w radiu o galerii obrazów. Zawsze podziwiałem krytyków muzycznych, którzy tak potrafią opisać koncert albo płytę, że czytelnik prawie wierzy, że tę muzykę słyszał na własne uszy. Jednak kupując płytę pod wpływem takiej recenzji, nietrudno też o zawód.

W niniejszej książce rzadko piszę o konkretnej muzyce, lecz przede wszystkim o tym, czego w ciągu ostatnich lat się o niej dowiedziano. Większość wyników badań, o których piszę, opublikowano po roku 2000, co wskazuje na fakt, że mamy do czynienia z eksplodującą wprost ilością badań, których rezultaty, szczególnie badań mózgu, podają w wątpliwość niektóre stare przekonania. Przede wszystkim stwierdzenie, że większość ludzi jest niemuzykalna. Muzykalność jest raczej cechą, którą ma praktycznie każdy z nas. Mimo to wprawdzie słuchamy coraz więcej muzyki, lecz muzykujemy coraz mniej. Choć trochę chciałbym się przyczynić do zmiany takiego stanu rzeczy.

W hamburskiej gazecie, dla której pracuję, co kilka tygodni ukazuje się strona nazywana "stroną muzyki". Pozdrawia nas na tej stronie pewien starszy pan, a znajdziemy tam wyłącznie artykuły o muzyce poważnej. Oczywiście, gazeta informuje o muzyce również przy innych okazjach, nawet w codziennej kolorowej mieszance, ale ten pan zastrzega sobie najwyraźniej suwerenność interpretacji muzyki "prawdziwej". Rzeczywiście, w wielu głowach nadal silnie zakorzenione jest rozróżnienie między muzyką rozrywkową a poważną. I jest tak też w praktyce rzecz jasna. Szkoły muzyczne nieodmiennie zdominowane są przez klasyków - po prostu dlatego, że większość muzyków klasycznych przygotowuje się do zawodu kształcąc się w szkole wyższej, gdy tymczasem jest to jeszcze wyjątek w przypadku muzyków rockowych czy jazzowych. Większość przykładów w niniejszej książce pochodzi natomiast z muzyki popularnej, dlatego, że w niej lepiej się orientuję. Ale nie jestem żadnym wrogiem muzyki klasycznej, po prostu inaczej potoczyły się kiedyś moje losy. W mojej książce muzyka oznacza zawsze całą muzykę!

Książki są nieme - a jeśli traktują o muzyce, to jest to ich wada. Szczególnie w wywodach teoretycznych o dźwiękach, gamach i akordach wydaje mi się ważne, żeby czytelnik miał możliwość usłyszenia przykładów. Dlatego przygotowałem stronę internetową, na której te przykłady można usłyszeć: www.hast-du-toene.net*. Zawsze, kiedy w tekście pojawia się symbol głośnika , można kliknąć na odpowiedni przykład w internecie. Na stronie internetowej zamieszczam ponadto linki prowadzące dalej i uzupełnienia do książki.

Długo się zastanawiałem, czy mam w książce używać zapisu nutowego, czy też nie, i w końcu postanowiłem, że nie będę tego robił. Myślę, że duża część moich czytelników nie jest szczególnie obeznana z notacją muzyczną, a nie chciałbym przywoływać niemiłych wspomnień z lat szkolnych. Zapis nutowy to rozwijany przez setki lat, nie zawsze logiczny kod, wymagający niejakiej wiedzy wstępnej. Zamiast tego wybrałem formę zapisu nawiązującą do nowoczesnych muzycznych programów komputerowych: dźwięki to małe beleczki, których długość odpowiada po prostu ich długości, a ich wysokość można odczytać bezpośrednio, nie troszcząc się o znak chromatyczny. Dla orientacji bardziej w muzyce doświadczonych, na lewej krawędzi zamieszczam obraz klawiatury fortepianowej.

Na koniec chciałbym złożyć serdeczne podziękowania: mojej agentce Heike Wilhelmi za zaaranżowanie umowy o książkę. Christofowi Blome i Uwe Naumanowi z wydawnictwa Rowohlt za opiekę w trakcie pisania oraz za wyrozumiałość, kiedy przeciągałem termin oddania. Stefanowi Koelschowi i Eckartowi Altenmüllerowi za fachowe dyskusje i cenne wskazówki. Mojemu zespołowi a capella No Strings Attached za cotygodniowy muzykalny dreszczyk emocji. Mojemu synowi Lukasowi Engelhardtowi za większą część grafik zamieszczonych w książce. Oraz mojej żonie Andrei Cross za decydujący impuls, aby nie tylko gadać o tej książce w nieskończoność, lecz rzeczywiście się za nią zabrać.

Hamburg, lipiec 2009 roku

Christoph Drösser

1. THANK YOU FOR THE MUSIC

WPROWADZENIE

Informacja nie jest wiedzą, wiedza nie jest mądrością, mądrość nie jest prawdą, prawda nie jest pięknem, piękno nie jest miłością, miłość nie jest muzyką. Muzyka jest najlepsza.

Frank Zappa

Kochasz muzykę? Niewielu ludzi odpowiada na to pytanie zdecydowanym "nie". Czy ludzie, którzy nie bardzo wiedzą, co z muzyką począć, nie wydają się nam trochę podejrzani? Czyż nie uważamy ich za dziwaków zupełnie pozbawionych uczuć? Muzykę każdy na swój sposób lubi, ona należy do naszej codzienności. Dla jednych jest celem życia, dla innych przyjemnym zjawiskiem towarzyszącym. Albo stałym zagłuszaczem - wystarczy rozejrzeć się rankiem w metrze. Śmiem twierdzić, że co najmniej połowa pasażerów ze słuchawkami w uszach słucha ścieżki dźwiękowej do własnego życia. Świata bez muzyki nikt nie potrafi sobie nawet wyobrazić. Brakowałoby czegoś istotnego.

Jesteś muzykalny? Gdy to pytanie postawi się studentom (badania psychologiczne najczęściej przeprowadza się z udziałem studentów), to 60% odpowiada "nie". Stefan Koelsch, badacz mózgu z uniwersytetu w Sussex, którego wypowiedzi jeszcze wielokrotnie pojawią się w tej książce, opowiadał mi o typowej reakcji osób testowanych, gdy dowiadują się, że w eksperymencie chodzi o umiejętności muzyczne: "Przepraszają, że nie odwołali wcześniej spotkania, bo przecież są zupełnie niemuzykalni i w ich mózgach na pewno nic nie będzie można zobaczyć".

Nawet uczeni, którzy wiedzą, że w mózgu zawsze można coś zobaczyć, są zmieszani, gdy tylko chodzi o ich własną muzykalność. Zbierając materiały do tej książki, odwiedzałem konferencje poświęcone muzykologii, gdzie zdarzało się, że prelegent podczas naukowego wykładu opowiadał, jak on i jego zespół badali osoby testowane za pomocą prostych melodii - a potem czerwieniał jak burak, gdy proszono go, aby tę krótką melodyjkę zanucił. "Przepraszam, jestem złym śpiewakiem", to wymówka również częsta wśród muzykologów.

Dlaczego śpiewanie - albo też w ogóle muzykowanie - rodzi tyle obaw? Dlaczego jest to dla nas tak zawstydzające, że dopiero pod prysznicem albo pod wpływem alkoholu pozbywamy się zahamowań w tym względzie? Wiąże się to z wielkim przesądem panującym w naszej kulturze: muzykalność to "talent", którym obdarzeni są tylko nieliczni. Dlatego lepiej pozostawić go profesjonalistom. Dlatego wykształcenie muzyczne należy rozpocząć w dzieciństwie, bo dorosły już nie ma szans na nauczenie się gry na żadnym instrumencie. Dlatego, jeśli chodzi o muzykę, większość ludzi skazana jest tylko na słuchanie.

Twierdzę, że to wszystko jest nieprawdą. I nie jest to tylko moje osobiste zdanie. W tej książce przedstawię dowody, przede wszystkim nowe wyniki badań mózgu, które pokazują, że muzykalność jest podstawową ludzką umiejętnością - wszyscy nią dysponujemy. Rodzimy się z uniwersalną słabością do muzyki, w pierwszych latach życia przekształcaną w zdumiewająco wrażliwe wyczucie muzyki kultury, w której wzrastamy.

Również laik, który sam nie muzykuje, dysponuje zaskakującymi umiejętnościami, których najczęściej nie jest nawet świadom. Stacje radiowe chętnie przeprowadzają zgaduj zgadule, w których puszczają słuchaczom ultrakrótkie fragmenty znanych hitów. W takich strzępkach, długości zaledwie kilku dziesiątych sekundy, nie słychać żadnej melodii, żadnego tekstu, tylko brzmienie - mimo to potrafimy je zidentyfikować. Gdy zdamy sobie sprawę, jaką pracę wykonuje przy tym mózg, to nie pozostaje nam nic innego, jak tylko głęboki podziw. Muzykalność to nie tylko dobry zmysł słuchu albo zręczność podczas gry na instrumencie - muzyka gra w głowie. Właściwy organ muzyczny to nasz mózg, a ten przecież ma każdy.

Zanim przedstawię na to naukowe dowody, niech na początek wystarczy takie porównanie. Słusznie podziwiamy wspaniałych sportowców (a przynajmniej tych obywających się bez środków dopingujących), drużynę narodową piłki nożnej w jej dobrych czasach otaczamy czcią, jesteśmy zafascynowani szybkimi biegaczami, drobnymi gimnastyczkami i zwinnymi narciarzami. Nawet ciężko trenując, nigdy nie zbliżymy się do ich osiągnięć. Ale czy jest to powód, żeby w sporcie ograniczać się tylko do pasywnego gapienia się w telewizor?

Oczywiście, że nie - wręcz przeciwnie. Zwycięstwo siedemnastoletniego Borisa Beckera1 w roku 1985 w Wimbledonie wywołało w Niemczech boom tenisowy. W klubach sportowych można uprawiać sport na wielu poziomach wyczynu, a żaden lekarz nigdy nie powie trochę tęższemu pacjentowi, że do tej czy innej dziedziny sportu to on się nie nadaje, bo nie jest w stanie zdobyć medalu olimpijskiego. Wręcz przeciwnie, właśnie dla "niewysportowanych" ruch fizyczny jest życiowo ważny. Już trochę biegania raz w tygodniu jest lepsze niż nic. Nikt z nas też, przekraczając progi sklepu sportowego, nie musi przezwyciężać lęków - przy kupowaniu pary szykownych snikersów nie trzeba przedstawiać żadnego dowodu sportowych osiągnięć.

W sporcie nikt przede wszystkim nie wątpi, że każdy trenując jest w stanie osiągnąć pewien indywidualny poziom sprawności. Mężczyźni czterdziestoletni zaczynający biegać w maratonie to już prawie stereotyp, ja też mam takich kilku w gronie znajomych (których zresztą bardzo podziwiam). Ale kto w tym wieku zaczyna grać na pianinie? Szybko sięgamy po sentencję, że Jan nigdy nie będzie umiał, czego Jaś się nie nauczył. A poza tym muzyka to przecież przede wszystkim sprawa talentu. Ma się go, albo się go nie ma, a mają go niestety nieliczni.

To pewnie nie przypadek, że właśnie badacze mózgu, zajmujący się muzykalnością człowieka, są zatwardziałymi przeciwnikami kultu talentu i geniuszu. Stefan Koelsch na ten temat napisał całą książkę: Społeczne traktowanie umiejętności, podtytuł: Zamknięte społeczeństwo i jego przyjaciele. Słowa "talent" używa tylko w cudzysłowie, to dla niego społeczna konstrukcja myślowa. W dyskusjach jako przykład geniusza, którego umiejętności można wyjaśnić tylko za pomocą zdolności dziedzicznych, ludzie podają mu najczęściej nazwisko Mozarta. "Na pytanie, czy muzyka Mozarta należy do ulubionego gatunku mojego rozmówcy, odpowiadano mi dotychczas wyłącznie "nie"", pisze Koelsch. "Dlaczego ci ludzie za geniusza uważają Mozarta, a nie kompozytora swojej ulubionej muzyki? Ja nie uważam Mozarta za geniusza, ani nawet o odrobinę bardziej lub mniej uzdolnionego muzycznie niż każdy człowiek". Mozart był "wybitnym rzemieślnikiem", od najwcześniejszego dzieciństwa musztrowanym przez ojca.

Nie mam zamiaru zaprzeczać osiągnięciom wyjątkowych muzyków. Też dostaję gęsiej skórki, gdy w kościele czarnoskóra śpiewaczka gospel intonuje chorał, albo gdy wirtuoz grą na skrzypcach wyraża swoje uczucia. Uważam za ekonomicznie uzasadnione budowanie dla najlepszych z najlepszych muzycznych katedr za miliony, jak chociażby planowana w Hamburgu Filharmonia Łabska2, na której scenie większości muzyków nigdy nie będzie dane stanąć. Lecz kult talentu to nie tylko wyraz czci dla osiągnięć niewielu - to jednocześnie zaprzeczenie, że pozostali z nas mogliby mieć "to coś", co czyni ich artystami. I nie ogranicza się to tylko do tak zwanej muzyki poważnej, także uczestnicy programu Deutschland sucht den Superstar3 muszą podporządkować się werdyktowi jury zgromadzonego wokół Dietera Bohlena4, który kciukiem skierowanym w górę albo w dół decyduje, czy w kandydacie drzemie ten pełen tajemnic potencjał bycia gwiazdą, czy też nie.

Wybór kandydatów pokazywanych w programie jest przy tym tendencyjny. Widzimy wokalistów o pierwszorzędnych głosach, pojawiających się później w finale, oraz przegranych, dziwolągów, którzy nie trafiają w żaden ton, ale mają się za największych. Morał ma być mniej więcej taki: ty również, drogi telewidzu, należysz do jednej albo drugiej grupy, ale raczej do przegranych, więc pozostań z tyłkiem na kanapie i pooglądaj sobie nasze "supergwiazdy". Gdybyśmy zobaczyli przypadkowy wybór kandydatów, to pewnie moglibyśmy stwierdzić, że większość całkiem znośnie, trafiając we właściwe tony, odtwarza popowe piosenki. Całkiem normalne głosy i tyle. Lecz to przeczyłoby dramaturgii programu - a poza tym przemysł fonograficzny musi podtrzymywać iluzję, że jego produkty artystyczne znalazły się w czołówkach list przebojów dzięki wyjątkowym zdolnościom, a nie przypadkiem, dzięki przebiegłemu marketingowi.

W niniejszej książce chcę kruszyć kopie o muzycznych laików i amatorów, śpiewających w chórach, grających w zespołach albo amatorskich orkiestrach. Występują oni z okazji świąt gminy albo ulicy, czasem brzmią troszkę fałszywie, ale często też bardzo wzruszająco. Nikt nigdy nie zaproponuje im umowy płytowej, nigdy nie zarobią też góry pieniędzy na swojej sztuce, ale za to doświadczają czegoś, czego za pieniądze kupić się nie da.

W minionych stuleciach ludzie mieli do muzyki inny stosunek. Nie było ciągłej megafonizacji w telewizji albo radiu, w markecie i windzie. A muzyków klasy światowej przeciętny śmiertelnik nie mógł usłyszeć praktycznie nigdy. Na święta występowali muzykanci, w kościele śpiewało się chorały. Prawdziwe koncerty, gdzie wszystko kręci się wokół muzyki, której ludzie z napięciem się przysłuchują, pojawiły się dopiero wraz z miejscami, przeznaczonymi wyłącznie dla tego celu (patrz strona 47). Muzyki słuchało się przede wszystkim, gdy uprawiali ją laicy: dziecko uspokajało się przy kołysance matki, a na specjalne okazje, jak święta Bożego Narodzenia, śpiewało się razem kolędy. Słuchanie i uprawnianie muzyki było o wiele silniej ze sobą związane niż jest to dzisiaj.

Dziś wszyscy są ekspertami w słuchaniu muzyki. Każdy z nas słyszał w życiu więcej muzyki niż Mozart, Bach i Beethoven razem wzięci. Pod względem ilości, ale też jakości - nasze ucho jest mniej lub bardziej obeznane z muzycznym brzmieniem z pięciu stuleci i kontynentów. A w erze elektronicznej muzyka jest dostępna jak nigdy. Twardy dysk mojego komputera na przykład, zawiera w tej chwili ponad 21 000 piosenek, wszystkie dostępne za przyciśnięciem klawisza. Rozwinięty na wielką skalę przemysł muzyczny dba o udźwiękowienie każdego kącika naszego życia, nawet, gdy jego siła ostatnimi czasy lekko słabnie. A instytucje powiernicze, chroniące interesy twórców i wydawców, czuwają, aby nikt nie ważył się zaśpiewać Happy Birthday bez uiszczenia twórcy odpowiedniej opłaty. Na pocieszenie - jest to konieczne tylko w przypadku publicznego wykonania piosenki.

Takie daleko idące doświadczanie muzyki pozostawia ślady w mózgu. Muzykowanie tak czy inaczej, lecz nawet wyłącznie słuchanie, nie jest w żadnym przypadku pasywnym procesem. Każde przeżycie muzyczne zmienia nasz umysł, przyswajamy sobie reguły, jak muzyka ma brzmieć, i oczekujemy nowych, nieznanych dźwięków. Nic innego nie robimy też ucząc się języków: małe dziecko te kombinacje dźwięków i słów uznaje za prawidłowe, które słyszy najczęściej - tak brzmi jego język ojczysty. I tak, jak mówiąc uczymy się pewnego zakresu słownictwa i reguł gramatycznych ze względu na statystyczną częstość ich występowania, w taki sam sposób przyswajamy sobie reguły rządzące muzyką. W rozdziale 7 dowiemy się, jakie są to reguły.

Wyniki badań dopuszczają właściwie tylko jeden wniosek. Tak, jak nasz umysł w określonym wieku jest naprawdę niepohamowany w uczeniu się języków, tak wydaje się być również żądny muzyki. Muzyka nie jest tworem czysto kulturowym, jak robienie na drutach czy zbieranie znaczków pocztowych - muzyka zdaje się tkwić w człowieku. Nie znamy żadnej ludzkiej kultury, w której nie ma lub nie było muzyki. Dlaczego tak jest? Czy z muzyki jest jakiś ewolucyjny pożytek? Może powoduje, że jesteśmy sprawniejsi w darwinowskiej walce o przeżycie?

W niniejszej książce chcę zająć się odpowiedziami nauki na te pytania. Niektórzy ludzie, przede wszystkim zaś muzycy, mają zastrzeżenia do takiego stawiania sprawy. Muzyka jest dla nich doświadczeniem całościowym, w znacznym stopniu "nierozsądnym", którego nie da się ogarnąć za pomocą zimnego, racjonalnego instrumentarium nauki. Badacz muzyki Daniel Levitin, który w swoim laboratorium na uniwersytecie McGill w Montrealu sam prowadzi szczegółowe badania w zakresie nauk przyrodniczych, dostrzega to niebezpieczeństwo: "Być może szukamy wielkiej tajemnicy, której nigdy nie będzie można całkowicie wyjaśnić, dynamicznego, pięknego, potężnego stworzenia, które można zrozumieć, jak długo jest w ruchu, którego jednak nigdy nie uda się uchwycić". Cytuje filozofa religii Alana Wattsa, który zarzucał naukom przyrodniczym, że chcą studiować rzekę wynosząc wiadrami wodę na brzeg. Ale wiadro wody nie czyni rzeki.

Levitin w rozmowie z Davidem Byrne, legendarnym założycielem grupy rockowej Talking Heads, opowiada też, jak raz w rozmowie z piosenkarką Cher mówił o swoich badaniach. "Cher była przerażona tym, że ktoś chce badać coś tak niezgłębionego i nieprzeniknionego". Byrne odpowiedział: "Akurat ona!" - robiąc pewnie w ten sposób aluzję do wyrachowania, z jakim tworzy się muzykę popularną taką, jak muzyka sztucznego produktu - Cher.

Każdy muzyk intuicyjnie albo racjonalnie wie, jak ma przyciskać "emocjonalne guziczki", wywołując u słuchacza głębokie przeżycia uczuciowe. Piosenkarka niekoniecznie sama musi przejść dramatyczne rozstanie, aby przekonująco interpretować piosenkę opowiadającą o stracie i rozstaniu. To jest wspólne dla wszystkich artystów. Lecz muzyka to sztuka, która ma prawdopodobnie bezpośredni wstęp do naszych uczuć.

W tej książce opowiem wiele o wynikach nowoczesnych badań mózgu. Nie należę do tych, którzy wierzą, że kolorowe obrazy ze skanerów mózgu odpowiedzą na wszystkie pytania o procesy zachodzące w naszym umyśle, tym bardziej, że chodzi o zjawisko tak wielowarstwowe i subtelne jak muzyka. Daleko nam do przypatrywania się procesom ludzkiego myślenia i odczuwania. Często powierzchowny wgląd pod czaszkę potwierdza jedynie rzeczy, które wcześniej już skądinąd wiedzieliśmy.

W ostatnich latach badacze mózgu dowiedzieli się o muzyce pasjonujących rzeczy - chociaż często, aby wyjaśnić zjawisko, jakim jest rzeka, badają jedynie wspomniane wiadro wody. Osoby poddawane testom siedzą na przykład w laboratorium i słuchają wyizolowanych melodii, granych mechanicznie i bez wyrazu przez syntezator. Jakie to melodie? Dokładnie: Happy Birthday, Mary Had A Little Lamb5, Alle meine Entchen6. Czy używając tak ubogich przykładów naprawdę można wyjaśnić, co dzieje się w naszych głowach podczas słuchania muzyki?

Odpowiedź jest zróżnicowana. Niektóre podstawowe procesy rzeczywiście można rozpoznać, na bardziej złożone pytania uzyskuje się odpowiedź jednak tylko wtedy, gdy bada się sytuacje bliskie życiu. Badania naszego muzykalnego mózgu są bowiem jeszcze w stadium początkowym, a może zresztą to, co dzieje się w nas przy słuchaniu lub uprawianiu muzyki, jest naprawdę zbyt złożone, aby można to było kiedykolwiek ogarnąć w całości. Lecz dotychczasowe wyniki są i tak bardzo ciekawe.

Moje przekonanie, że badacze z tym, czego uda im się dowiedzieć o muzykalności, są na dobrej drodze, powstało nie tylko na podstawie lektury publikacji i statystyk, lecz również na podstawie mojego osobistego doświadczania muzyki. Całe życie muzykowałem, nigdy na poziomie profesjonalnym, zawsze jako amator. Zacząłem od gry na fortepianie, aby rzucić ją po dwóch latach, potem nauczyłem się sam na gitarze całego repertuaru Beatlesów, parę lat grałem w zespole jazzowym. Od dziesięciu lat intensywnie śpiewam, obecnie w pięcioosobowym zespole a capella, z którym występuję mniej więcej raz w miesiącu. To po prostu wspaniałe przeżycie, móc co kilka tygodni wzbudzać zachwyt liczącej od 50 do 150 osób publiczności, doprowadzać ją do wiwatów albo do płaczu - a wszystko to tylko przy użyciu pięciu głosów i odrobiny techniki nagłaśniającej.

Cieszę się też, że los nie pchnął mnie na drogę kariery muzyka zawodowego - ci bowiem wykonują, wszystko jedno w jakim charakterze, ciężką pracę, o której uciążliwości zwykły bywalec koncertów nie ma pojęcia. Eckart Altenmüller, lekarz muzyków w Wyższej Szkole Muzyki i Teatru w Hanowerze, codziennie widzi zestresowanych artystów w swojej przychodni. "Strach to u profesjonalnego muzyka emocja dominująca", powiedział mi Altenmüller. "Naprawdę się cieszę, że żadne z trójki moich dzieci nie chce zostać muzykiem zawodowym!".

Pewnie, że występ pierwszorzędnej orkiestry, w doskonałym akustycznie otoczeniu, to przeżycie, tak samo wspaniałe jak zawody pierwszoligowe na wielkim stadionie, którego trawnik niemal przystrzyga się nożyczkami do paznokci. Ale też gra na poziomie rozgrywek powiatowych na wyboistej żużlowej nawierzchni ma swoje zalety, a przede wszystkim czołówka może istnieć tylko wtedy, gdy istnieją szerokie masy. Zastraszeni i zestresowani muzycy zawodowi z jednej strony, z drugiej udręczeni poczuciem niższej wartości laicy - a w środku jest jeszcze dużo miejsca. Dla mnie, dla Ciebie i dla wszystkich, którzy muzykę po prostu kochają.

2. CHILDREN OF THE EVOLUTION

SKĄD WZIĘŁA SIĘ MUZYKA?

Gdy muzyka oddala się zbytnio od tańca, to zaczyna usychać.

Ezra Pound

"Mięso wieprzowe, świnie, wszystko, co jest zrobione z ludzkich włosów, anteny satelitarne, wszystkie urządzenia produkujące muzykę, stoły bilardowe, szachy, maski, alkohol, taśmy magnetofonowe, komputery, odtwarzacze wideo, telewizory, wszystko, co promuje seks i jest pełne muzyki, wino, homary, lakier do paznokci, fajerwerki, posągi, katalogi robótek ręcznych, obrazy, kartki bożonarodzeniowe" - tak brzmi jeden ze spisów rzeczy zabronionych wydanych przez talibów, cytowany przez "New York Times" w listopadzie 2001 roku, krótko po wypędzeniu siłą fundamentalistycznych władców muzułmańskich z Afganistanu. Muzyka na tej liście pojawia się aż dwukrotnie.

Dziwne jest to ugrupowanie religijne, które chciałoby zabronić wszelkiej muzyki (jego interpretacja Koranu to w islamie zdanie mniejszości). Oczywiście, zakaz ten w czasie pięcioletniego okresu władzy talibów nigdy nie działał w pełni. Żadna bowiem ludzka kultura, o której wiemy, nie obywa się bez muzyki, dzisiaj ani w przeszłości.

Jeśli tak, to początków muzyki należy szukać w najwcześniejszej historii ludzkości. "Zajmowanie się muzyką to ludzkie uniwersalium", mówi brytyjski antropolog Steven Mithen z University of Reading, który napisał książkę o znamiennym tytule The Singing Neanderthals (Śpiewający neandertalczycy). Jesteśmy "gatunkiem muzykalnym", twierdzi również amerykański badacz mózgu Aniruddh D. Patel. A może człowiek nie jest jedyną istotą muzykalną?

Niektórzy naukowcy są zdania, że muzyka jest o wiele starsza niż nasz gatunek. "Na scenie muzycznej jesteśmy raczej maruderami", mówi Patricia Gray z University of North Carolina-Greensboro, kierująca przez kilka lat programem badań muzyki Amerykańskiej Akademii Nauk.

SONATA NA SAKSOFON, PIANINO I WIELORYBA

Każdy, kto latem spacerował po lesie, chętnie potwierdzi, że zwierzęta są muzykalne. Świergotanie ptaków wypełnia powietrze i nie bez kozery mówimy o "ptakach śpiewających". Odgłosy, które wydają ptaki (przede wszystkim samce), aby zwrócić uwagę płci przeciwnej lub oznaczyć swój teren, można z powodzeniem określić mianem "piosenek". Ich śpiew składa się z wyraźnie rozróżnialnych dźwięków. Występują w nim powtarzające się figury retoryczne. Niektóre ptaki, na przykład pewne gatunki drozdów, używają skali pentatonicznej, gamy składającej się z pięciu dźwięków, wspólnej również dla wielu kultur ludzkich, począwszy od afrykańskiej muzyki ludowej aż po rock'n'rolla. Strzyżyki natomiast trzymają się dość dokładnie skali dwunastostopniowej, na której bazuje współczesna muzyka europejska. Inne ptaki zaś, korzystają z obcych naszym uszom zasobów dźwięków, leżących bliżej siebie niż w muzyce ludzkiej.

Przede wszystkim jednak śpiewy ptaków nie są zaprogramowane genetycznie, tak jak głosy innych zwierząt. Pies przez całe życie szczeka tak samo, również krzyk małp jest ustalony raz na zawsze. Inaczej ma się to u ptaków: wydaje się, że ciągła modyfikacja śpiewu sprawia im prawdziwą radość. Korzystają również z piosenek innych osobników tego samego gatunku i zmieniają je, przekształcając we własne. Meksykańskie przedrzeźniacze północne znane są na przykład z tego, że opanowały rodzaj kanonu: jeden ptak podaje temat, jego sąsiad powtarza melodię.

Oceany też są pełne muzyki. Na ezoterycznych płytach CD są uwiecznione nawet śpiewy wielorybów. Owe ssaki morskie z krótkich fraz muzycznych tworzą złożone pieśni, o długości od popowego songu do symfonii. Korzystają przy tym nawet z klasycznej formy A-B-A: w pierwszej części przedstawiany jest temat, w drugiej modyfikowany, żeby na koniec wrócić do swego początkowego kształtu. Podobnie temat standardu traktuje muzyk jazzowy. Piosenki wpływają też wzajemnie na siebie. Grupy samców w okresie rozrodczym tworzą wspólny repertuar, brzmiący zupełnie inaczej niż zbiór pieśni innych regionów morskich. "Do wtóru takich śpiewów wielorybich można nawet muzykować", twierdzi Patricia Gray, komponując na dowód tego utwory na saksofon, pianino i wieloryba.

Inni badacze są raczej sceptyczni w stosunku do muzyki zwierzęcej. Brzmi ona być może podobnie do naszej, lecz czegoś jej brakuje - znaczenia. Strzyżyk w czasie swego życia może wymyślić tysiące piosenek, lecz "wszystkie one znaczą to samo: jestem młodym samcem", pisze Steven Mithen. Tylko, czy w przypadku piosenki Robbiego Williamsa jest inaczej? Co w ogóle znaczy muzyka, jeśli nie ma tekstu, który opowiadałby jakąś historię?

Co ciekawe, najlepsi śpiewacy w świecie zwierząt pochodzą z różnych gałęzi drzewa genealogicznego kręgowców. Ostatni, wspólny dla człowieka, ptaka i wieloryba przodek żył przed wieloma milionami lat, był prawdopodobnie gadem, a prawie wszyscy jego potomkowie są niemuzykalni.

Zupełnie różne są też aparaty głosowe śpiewających gatunków, co nieuchronnie prowadzi tylko do jednego wniosku: śpiew, czy jest to muzyka, czy też nie, w toku ewolucji wykształcał się wielokrotnie. Z innymi zjawiskami jest podobnie, weźmy choćby pod uwagę oko. Rozwijało się ono w wielu niszach ekologicznych z różnych struktur początkowych, bo widzenie niesie bezsporne korzyści. Wydaje się, że ze śpiewem jest podobnie, przynajmniej w pewnych warunkach środowiskowych.

AUDYTYWNY SERNIK

Czy ptaki, czy wieloryby naprawdę tworzą muzykę, czy też jest to coś innego, to rzecz gustu - a na pewno nie ma to znaczenia dla odpowiedzi na pytanie, skąd bierze się muzykalność u człowieka. W każdym razie, na gałęzi drzewa genealogicznego, prowadzącego w końcu do Homo sapiens, śpiewało się raczej niewiele. Nasi najbliżsi krewniacy, wydający dźwięki brzmiące muzykalnie, to niektóre gatunki gibonów żyjące w południowo-wschodniej Azji. Małpy te prezentują pełne ekspresji śpiewy, które dokładnie zbadał antropolog Thomas Geissmann z uniwersytetu w Zurychu. Samce i samice śpiewają częściowo w duecie "piosenki" mogące ciągnąć się ponad pół godziny7. Jednak w przeciwieństwie do ptaków i wielorybów gibony nie uczą się żadnych nowych pieśni - przychodzą na świat z umiejętnością śpiewania, a ich repertuar nie zmienia się przez całe życie.

Nasi bezpośredni krewniacy, małpy człekokształtne, są natomiast osobnikami absolutnie niemuzykalnymi. Już ze względów anatomicznych, z powodu takiej a nie innej budowy aparatu głosowego, szczególnie wysoko leżącej krtani, nie są w stanie wydawać "czystych" tonów. Szympansy, goryle i szympansy karłowate bonobo wyrażają się jedynie za pomocą dźwięków przypominających sapanie, ziajanie i kasłanie oraz ostrych krzyków.

Nasze umiejętności muzyczne musiały więc wytworzyć się po okresie, kiedy od wspólnego przodka człowieka i szympansa ukształtowały się dwie oddzielne gałęzie - było to przed pięcioma milionami lat. Praludzie zeszli z drzew, zaczęli chodzić wyprostowani, ich mózgi urosły. W pewnym momencie zaczęli śpiewać, a potem wyrabiać proste instrumenty muzyczne. Ale kiedy to było? A przede wszystkim - dlaczego to robili? Jaką korzyść ewolucyjną przyniosła im muzyka?

Wobec przekonujących dowodów badaczy muzyki nikt już nie wątpi, że muzyka wbudowana jest w nasze geny i na świat przychodzimy z poczuciem dźwięków. "Predyspozycja do aktywności rodzaju muzycznego jest częścią naszego biologicznego dziedzictwa", mówi psycholog Ian Cross z uniwersytetu w Cambridge. A Daniel Levitin dochodzi do wniosku: "Kiedy pytamy o podstawową, wszechobecną ludzką umiejętność, to pytamy pośrednio o ewolucję".

Od czasów Karola Darwina wiemy, że cechy istot żyjących przechodzą z pokolenia na pokolenie, jeśli związane są z korzyściami w walce o przetrwanie. Według wąskiego darwinowskiego punktu widzenia przyroda nie pozwala sobie na girlandy i ozdóbki - to czego się nie używa, obumiera; zachowane zostają tylko cechy naprawdę użyteczne.

Dotyczy to również zjawisk, które na pierwszy rzut oka sprawiają tylko przyjemność. Radość z dobrego jedzenia na przykład. Sprawia ona, że za czymś jadalnym człowiek nie rozgląda się dopiero wtedy, gdy już prawie umiera z głodu. Praludzie nie mogli po prostu skoczyć po coś do jedzenia do najbliższego sklepu - polowanie na zwierzęta i zbieranie roślin kosztowało ich wiele energii. Można sobie też wyobrazić, że istota jedząca nie tylko z konieczności, lecz także dlatego, że sprawia jej to przyjemność, odnosi korzyści w walce o byt. Ponieważ wszystko u niej kręci się wokół jedzenia, to z przyjemnością odkłada sobie w dobrych czasach mały zapasik w postaci wałeczka tłuszczu. Nasz dzisiejszy problem polega na tym, że, przynajmniej w krajach zachodu, złe czasy nie nadchodzą, a wałeczki pozostają.

Albo seks. Przyroda zachęca nas za pomocą żądzy seksualnej, abyśmy inwestowali wiele energii w poszukiwanie partnera. Jasne jest i tu, że ten, komu to sprawia przyjemność, uprawia seks częściej i rozmnaża się lepiej niż ten, kto tego unika.

Ale muzyka? Co wnosi do walki o przeżycie? Jakie zalety ma dobry śpiewak w porównaniu z buczącym ignorantem? W tej chwili możemy jedynie spekulować na ten temat, zdania badaczy bardzo się w tym względzie różnią. Niektórzy sądzą nawet, że muzyka nie jest bezpośrednim wynikiem dopasowania ewolucyjnego, lecz jedynie przyjemnym produktem ubocznym. Amerykański badacz języka i mózgu Steven Pinker zajął to stanowisko w opublikowanej w 1997 roku książce Jak działa umysł 8. Muzyka to "audytywny sernik" - to sformułowanie rozwścieczyło oczywiście wszystkich muzykologów.

Pinker całkiem słusznie zauważa, że nie każda cecha istot żywych musiała koniecznie powstać poprzez dopasowanie do określonych warunków życia, nawet jeśli wszyscy członkowie jakiegoś rodzaju nią dysponują. Taki pogląd byłby zbyt naiwny. Dla Pinkera, lingwisty, właściwym osiągnięciem procesu dopasowywania jest mowa. Nie trzeba wcale uzasadniać, że w walce o przeżycie przynosi ona korzyści. Za pomocą mowy można dzielić się z towarzyszami z plemienia, na przykład wiedzą o tym, gdzie zwykle czai się tygrys szablozębny, umożliwia ona również przekazywanie tradycji i osiągnięć kulturowych z pokolenia na pokolenie.

Pinker twierdzi, że muzyka jest produktem ubocznym przyswojenia języka przez człowieka. Do mówienia potrzeba elastycznego i wielostronnego aparatu głosowego, którego można, gdy się już wykształcił, używać również do uprawiania rzeczy zbytecznych, jak muzyka. To tak jak z sernikiem - niekoniecznie ważną dla przeżycia, ale wcale przyjemną formą przyjmowania pokarmu. To, że muzyka występuje we wszystkich kulturach, oznacza dla Pinkera tylko, że muzykalność jest wrodzona, nie zaś, że stanowi rzeczywiście formę dopasowania.

Aby rozstrzygnąć ten spór, należałoby wiedzieć, kiedy ludzie zaczęli śpiewać i mówić, jak to wtedy brzmiało, w jakich sytuacjach uprawiali muzykę. Lecz archeolodzy i paleontolodzy mają problem, bowiem wykopywane przez nich przedmioty, świadkowie przeszłości, są nieme. Po czaszce nie widać, czy należała do jakiegoś śpiewaka, a pisane źródła z czasów prehistorycznych niestety nie istnieją. Wszelkie rozważania na temat początków muzyki opierają się na argumentach pośrednich, spełniających kryterium sensowności (dotyczy to jednakże również badań językowych).

Pierwsze solidne znaleziska, które można zidentyfikować jednoznacznie jako instrumenty muzyczne, to małe fleciki z kości ptaków, wykopane w roku 1973 w jaskini Geißenklösterle w pobliżu Blaubeuren. Wydrążone kości mają otwory palcowe jak dzisiejszy flet blokowy i liczą co najmniej 32 000 lat. Czy były to pierwsze instrumenty muzyczne? Przetrwały tysiące lat, bo kości są długowieczne. Naukowcy wychodzą z założenia, że już długo przedtem używano instrumentów z bardziej nietrwałego materiału, na przykład drewna, które z biegiem czasu zbutwiały.

Przodkowie człowieka i ich rozmieszczenie przestrzenne (według S. Mithena)

Ażeby muzyka mogła osadzić się w ludzkich genach, musi być jeszcze o wiele starsza i sięgać co najmniej czasów powstania nowoczesnego człowieka około 150 000 lat temu. Dlaczego nasi przodkowie zaczęli wtedy muzykować? A jeśli muzyka rzeczywiście stanowi korzyść ewolucyjną - jaka sytuacja nadrzędna dała im muzykę? Są trzy możliwe wyjaśnienia: seks, niemowlęta i życie towarzyskie.

I WANT YOUR SEX

Już Karol Darwin, twórca teorii ewolucji, rozważał dlaczego doszło do rozwoju muzyki. Sądził, że służy ona temu samemu celowi, co ćwierkanie ptaków. W swojej książce O pochodzeniu człowieka pisał "Nuty muzyczne i rytm męscy lub żeńscy poprzednicy ludzkości przyswoili sobie najpierw po to, by oczarować płeć przeciwną".

Czyli muzyka jako rytuał godowy. Jeśli przyjrzymy się niektórym zjawiskom produkcji muzycznej, wydaje się to być wcale sensownym tłumaczeniem. Geoffrey Miller, psycholog ewolucyjny z University of New Mexico, jeszcze dziś reprezentuje tezę Darwina. Dla niego intelekt ludzki w ogóle rozwinął się poprzez selekcję seksualną, napisał o tym książkę pod tytułem Ewolucja seksualna. Muzykę (oraz taniec, obie dziedziny były jego zdaniem w przeszłości nierozdzielnie ze sobą związane) widzi jako rytuał symbolizujący walkę i polowanie. Młody mężczyzna epoki kamiennej, śpiewający i tańczący długo, wytrwale i pięknie, demonstrował kreatywność, inteligencję i sprawność fizyczną. Już wtedy przyciągało to kobiety.

Chętnie służę również własnym doświadczeniem. Mężczyzna sięgający po gitarę stanowi atrakcję erotyczną po dziś dzień. W czasie moich podróży z plecakiem w latach 70. i 80. gitara była mi wierną towarzyszką, a nic tak nie przełamywało pierwszych lodów u płci przeciwnej, jak kilka umiejętnie zagranych songów. Odwrotnie zaś zawsze byłem zdania, że nawet przeciętnie wyglądająca dziewczyna, sięgając po instrument, zyskuje wiele na atrakcyjności, a jeszcze więcej, gdy zaczyna śpiewać. Muzyka to okno, przez które zaglądamy wprost do duszy (albo myślimy, że zaglądamy), powodując bezpośrednie zetknięcie ludzkich światów uczuć. Ale to nie wszystko i to też mogę potwierdzić na podstawie własnych doświadczeń. Muzyk często sprawia swym śpiewem, że emocje zaczynają płynąć pomiędzy dwojgiem innych ludzi. Myślę w tej chwili o wieczorach na greckich plażach, kiedy to na koniec samotnie dbałem o podkład muzyczny, otoczony przytulającymi się parami.

Miller swoją tezę, że muzyka była początkowo męskim rytuałem godowym, próbował podbudować również za pomocą statystyki. Zbadał 6000 produkcji płytowych ze wszystkich stylów i okazało się, że w 90% wyprodukowali je mężczyźni. Muzycy pop płci męskiej mają najczęściej około 30 lat, czyli są w wieku najsilniejszej aktywności seksualnej, historie o dzikich orgiach z tłumami fanek są niezliczone. Millera szczególnie zafascynował życiorys gitarzysty Jimmiego Hendrixa, który miał "romanse z setkami fanek, utrzymywał długotrwałe związki z co najmniej dwiema kobietami jednocześnie i spłodził co najmniej troje dzieci w USA, Niemczech i Szwecji. W warunkach przedpotopowych, przed kontrolą urodzeń spłodziłby ich jeszcze o wiele więcej".

Nie ma wątpliwości, muzyka, szczególnie muzyka pop, zawiera pierwiastek seksualny. Wystarczy pooglądać przez kilka godzin MTV - w większości klipów chodzi tylko o jedno. Muzyka klasyczna przedstawia się przyzwoiciej, lecz wybitni śpiewacy operowi są również masowo adorowani przez kobiety. Ale czy to wszystko? Najważniejszego argumentu przeciwko teorii godowej dostarcza muzykolog David Huron z Ohio State University. W świecie zwierząt wszędzie tam, gdzie odbywają się rytuały godowe, doprowadziły one do zróżnicowania płci. Pawie oka w ogonie ma samiec, nie jego wybranka. Śpiewa samiec ptaka, nie samica. U większości gatunków zwierząt to ich męska część puszy się, upiększa i stara się zaprezentować korzystnie.

Związane jest to również z tym, że samica ponosi wyższe koszty reprodukcji. Inwestuje w życiu wiele czasu w urodzenie i wychowanie młodych, liczba ciąż jest oczywiście ograniczona, podczas gdy samiec nasienie rozsiewa często i gęsto (przynajmniej u gatunków, które praktykują poliginię, czyli wielożeństwo). Samce kopulują jak popadnie, samice wybierają (o ile dominujący samiec nie czuwa zazdrośnie nad swoim haremem, co też się zdarza, na przykład u małp człekokształtnych). Summa summarum, samce, aby tylko zwrócić uwagę na swe zalety, wykształcają czasem wręcz groteskowe cechy.

Jest to posunięte tak daleko, że taka cecha w "galopującej ewolucji" (w latach 30. XX stulecia genetyk R.A. Fischer utworzył pojęcie runaway evolution) rozwija się coraz bardziej, czasem tak bardzo, że wręcz działa na niekorzyść w walce o przeżycie. Długi pawi ogon jest tego przykładem - biedne zwierzę swe gigantyczne pióra musi ciągle wlec za sobą, co na pewno jest wadą, na przykład podczas ucieczki przed drapieżnikiem.

W przypadku gatunków zwierząt praktykujących rytuały godowe wykształca się więc dymorfizm, widoczne zróżnicowanie płci. Samce są najczęściej większe - bo muszą nie tylko ubiegać się o względy samic, lecz również pokonywać swoich konkurentów, a tu fizyczna wielkość i siła jest zaletą. Paleoantropolodzy stosują żelazną regułę, że im większa jest różnica fizyczna między samicą a samcem, tym więcej poliginii uprawia dana społeczność. Męskie goryle są dwa razy większe od samic, w przypadku szympansów różnica ma się jak 1,4:1, w przypadku monogamicznych gibonów jak 1:1. U człowieka stosunek ten jest nieco większy, mężczyzna jest 1,2 razy wyższy od kobiety. W nowoczesnych społeczeństwach monogamia to wprawdzie społeczny standard, ale ludzi prawdopodobnie naukowo najlepiej można określić jako "umiarkowanie poliginicznych".

Ale również, gdy umiejętności muzyczne nie wyrażają się poprzez większą masę ciała - o muzycznym dymorfizmie u ludzi mówić nie można. "Nic nie wskazuje na to, że w śpiewaniu serenad pod balkonem mężczyźni są lepsi niż kobiety", mówi David Huron. A argument o męskiej dominacji w przemyśle muzycznym się dla niego nie liczy, bo w wielu innych branżach jest podobnie. Nawet szefowie kuchni są najczęściej płci męskiej, a nikt nie ośmieliłby się twierdzić, że pierwotnie gotowanie wynaleźli mężczyźni. To, że w naszej kulturze mężczyźni dosłownie nadają ton, może być wynikiem zwyczajnej dyskryminacji płci i nie mieć żadnych przyczyn biologicznych.

Jeszcze jeden argument przemawia przeciwko tezie, że u początków muzyki leży seks: muzyka, szczególnie w "prymitywnej" formie, to aktywność zbiorowa. Być może jeszcze w przypadku hip-hopu najbardziej widoczna jest konkurująca chęć imponowania mężczyzn, gdy dwóch raperów na scenie się lży i szkaluje9. W większości gatunków muzycznych natomiast chodzi o wspólną inscenizację i przeżywanie brzmienia, a nie wygryzanie jego współtwórcy.

ŚPIJ DZIECIĘ, ŚPIJ

Inna hipoteza twierdzi, że to nie mężczyźni wynaleźli muzykę, lecz kobiety. "W każdej kulturze na świecie występują kołysanki", wyjaśnia Sandra Trehub z Univesity of Toronto, "we wszystkich kulturach też brzmią one bardzo podobnie, wysokość dźwięku rośnie, a tempo spowalnia".

Dzieci od urodzenia są bardzo podatne na muzykę. Najwyraźniej przychodzą na świat z wyczuciem "poprawnej" harmonii (patrz strona 212). I lubią śpiew, przede wszystkim, gdy pochodzi od matki. Trehub i jej współpracownikom udało się w pomiarach wykazać, że poziom hormonu stresu kortyzolu w ślinie niemowląt spadał, gdy matka starała się je uspokoić mową lub śpiewem. W przypadku śpiewu zaś, efekt utrzymywał się o wiele dłużej niż w przypadku mowy - aż do 25 minut.

Vice versa, wydaje się, że u dorosłych występuje refleks "muzykalnego" zwracania się do niemowląt. Nie tylko matki na widok oseska ulegają chęci używania "mowy matczynej" (po angielsku motherese, zwanej też "mową nianiek"). Głos staje się wyższy, używamy (również mówiąc) monotonnej intonacji, słowa artykułujemy wolniej i z wyraźniejszym akcentem. Taka forma mowy matczynej (a nie ta, ograniczająca się jedynie do "dadada" i "bububu") jak najbardziej ma sens. Przecież mały człowiek musi się nauczyć w ciągłym toku mowy słyszeć granice słów i zdań, a słowom przypisywać znaczenie. To mistrzowska umiejętność poznawcza, którą dorośli posiadają w o wiele mniejszym stopniu - wie o tym każdy, kto choć raz był w kraju, którego język całkowicie różni się od naszego.

Dlaczego ludzkie matki śpiewają swoim dzieciom, a małpie matki nie? Ludzkie noworodki rodzą się o wiele mniej dojrzałe, niż dzieci naszych krewnych ze świata zwierząt. Dzieje się tak dlatego, że ludzie mają stosunkowo większe mózgi, ale średnica kobiecej miednicy jest anatomicznie ograniczona, między innymi wskutek wyprostowanego chodu. Oznacza to, że noworodek musi urodzić się, zanim głowa całkiem urośnie, w wyniku czego przychodzi na świat o wiele bardziej bezradny niż niemowlę zwierzęce; jest jeszcze praktycznie płodem niezdolnym do samodzielnego życia. Małpie dzieci na przykład, już dość wcześnie potrafią wczepiać się mocno w ciało matki, która w ten sposób może wykonywać zwykłe codzienne czynności wraz z dzieckiem. Ludzkie noworodki nie potrafią nawet tego. Trzeba je dużo nosić i w ogóle nie lubią, jak się je zostawia same. Zaś matce stale mającej w objęciach niemowlę (ludzie pierwotni nie znali jeszcze chust do noszenia) bardzo przeszkadza to w poszukiwaniach żywności.

Możliwe rozwiązanie problemu praktykują do dziś rodzice pracujący: dziećmi opiekują się dziadkowie, nianie, żłobki. Ale to staje się możliwe dopiero wtedy, gdy matka nie karmi już dziecka piersią, a przed wynalezieniem syntetycznego pokarmu dla niemowląt dzieci z pewnością były karmione piersią bardzo długo. W tym miejscu badania rozpoczyna antropolożka Dean Falk z Florida State University. Jej teza: celem muzyki (a przynajmniej dźwięków muzykopodobnych) była możliwość odłożenia dziecka, choć na chwilę. Jak długo matka była na odległość słuchu, mogła wydawanymi przez siebie dźwiękami uspokajać dziecko. Muzyka dawała więc możliwość opieki na odległość nad bezradnym potomstwem.

ZATRZYMAJ SIĘ TAM, GDZIE ŚPIEWAJĄ

Taka forma "związku na odległość" jest też podstawą trzeciej hipotezy wyjaśniającej powstanie muzyki. Według niej muzyka tworzy rodzaj "społecznego spoiwa" między ludźmi.

Dzisiaj, gdy konsumujemy ją samotnie, najczęściej ze słuchawkami w uszach, odgrodzeni od każdego możliwego rodzaju interakcji społecznej, czasem zapominamy, że muzyka jest przeżyciem grupowym. Ale jeszcze kilka dziesiątków lat temu muzykę odbierało się w zasadzie live. Dlatego jeśli muzyk wiele godzin spędza samotnie w swoim pokoiku na ćwiczeniu gry na instrumencie albo śpiewu, to czyni to zawsze, aby przekazać tę muzykę innym do słuchania - nawet, jeśli nigdy nie dojdzie do występu. Słuchanie w grupie to też zupełnie inne przeżycie niż słuchanie samotnie. Gdy w czasie koncertu rockowego iskra przeskoczy od zespołu do publiczności, to ta z setek pojedynczych osób staje się falującą, wybijającą rytm masą, prawie jedną wielogłową istotą. Muzycy wtedy odczuwają publiczność jako homogenicznego, gotującego im owację odbiorcę.

Nawet bywalcy koncertów klasycznych, choć podczas występu przywiązani do swych foteli, najpóźniej przy aplauzie końcowym nawiązują kontakt emocjonalny z orkiestrą i resztą publiczności. Gdy zaś doznanie muzyczne było wyjątkowe, słuchacze opuszczają salę koncertową wstrząśnięci i podnieceni. Wspólne przeżywanie przydaje czystemu słuchaniu czegoś jeszcze. Nie jest to stwierdzenie trywialne. W przypadku sztuk plastycznych jest zupełnie inaczej, muzeum odwiedza wprawdzie też wielu ludzi, ale każdy dzieło odbiera raczej indywidualnie. Taka uczta artystyczna to sprawa prywatna, a koncert to zawsze zjawisko społeczne.

Lecz koncerty odbywają się dopiero od kilkuset lat. Przedtem rozdział między muzykami i publicznością był o wiele mniej wyraźny lub nie było go wcale. Wspólne uprawianie muzyki to przeżycie grupowe czystej wody. Potwierdzi to każdy, kto kiedykolwiek śpiewał w chórze. To pomieszana grupa indywidualności w różnym wieku i o różnym pochodzeniu społecznym, której nie musi nawet łączyć jakaś szczególna sympatia czy przyjaźń - a na znak dyrygenta głosy stapiają się ze sobą (o ile jest to w miarę znośny chór). Nie znaczy to wcale, że w takiej grupie zawsze świeci słońce - wręcz przeciwnie, w każdym, spędzającym wiele czasu razem, zespole dochodzi czasem do napięć. Dzieje się tak też w profesjonalnych orkiestrach, a muzykom niestety nie przypisuje się raczej umiejętności otwartego radzenia sobie z tego rodzaju problemami grupowymi. Ale przynajmniej można powiedzieć, że z kim muzykuję, temu głowy urywał nie będę.

To była przenośnia - lecz w czasach prehistorycznych chodziło dosłownie o życie i śmierć. Odnośnie używania przemocy nie obowiązywało jeszcze dzisiejsze tabu społeczne, dominowało prawo silniejszego. W grupach hominidów (człowiekowatych) zawsze istniało napięcie miedzy indywidualną rywalizacją (szczególnie między mężczyznami), a przymusem kooperacji.

W społecznych formacjach małp człekokształtnych do dziś można zaobserwować to napięcie. Zabicie niebędącego jego dzieckiem niemowlęcia nie jest dla goryla problemem. Walki między rywalizującymi samcami są na porządku dziennym. Jednocześnie jednak mamy do czynienia z kooperacją - w zdobywaniu żywności, w obronie przed wrogami. Zwierzęta potrzebują więc sygnałów, którymi dają sobie znać, że nie mają złych zamiarów. Pokazują to często przez kontakt fizyczny - przede wszystkim wybierając sobie nawzajem pchły z futra. W przypadku szympansów karłowatych bonobo budowaniu zaufania służą również czynności seksualne.

Jak długo nasi przodkowie, żyjąc w małych grupach, skakali z gałęzi na gałąź, można było tak rozwiązywać problemy. Lecz najpóźniej Homo ergaster, żyjący przed 1,8 milionami lat, poszerzył swoją przestrzeń życiową, wyprostował się, zaczął chodzić na dwóch nogach i poznawać bezdrzewną sawannę. Otwarty krajobraz stanowił mniejszą ochronę przed wrogami. Poszerzył się również jego rewir myśliwski i zbieraczy. Rosła dzielona przez społeczność powierzchnia. A od pewnej wielkości grupy i dystansu pomiędzy indywiduami iskanie się przestaje być możliwym do praktykowania gestem pokojowym. Trzeba było wymyślić coś innego - i tu dobra była muzyka, albo powiedzmy raczej, jej wczesna forma.

Wspólne śpiewy i tańce, jak twierdzi teoria, zespalały grupę. Służyły zapobieganiu wewnętrznej rywalizacji, ale też jako element nadający znaczenie, gdy wyruszało się na wojnę przeciwko innym grupom i plemionom. Horda napastników budzi większą trwogę, gdy wyrusza na wroga z okrzykiem bojowym na ustach albo skoordynowanymi rytmicznymi śpiewami. To, że jeszcze dziś musztruje się żołnierzy, każąc im przy tym śpiewać piosenki o wątpliwych tekstach, ma z pewnością bardzo starą, zakotwiczoną w historii plemiennej przyczynę.

Muzyka rzeczywiście, w sposób mierzalny wzmacnia zwartość grupową. Tak przynajmniej twierdzi Robin Dunbar, psycholog z University of Liverpool. W pewnym projekcie badawczym chciał razem ze studentami stwierdzić, czy u chodzących do kościoła wzrasta poziom endorfin - są to wytwarzane przez organizm opiaty, zwiększające naszą tolerancję na ból i stres. Ponieważ nie można było ich bezpośrednio zmierzyć (w tym celu trzeba by przeprowadzić punkcję rdzenia kręgowego), dlatego nakładano wychodzącym z kościoła mankiet do badania ciśnienia krwi i pompowano, aż bolało. Wierni, którzy w kościele śpiewali, wyraźnie dłużej wytrzymywali ból.