Rozdział II
Znajduję się w jednej z moich wielu cel, w pokoju trzy na trzy metry, z dwoma fotelami, umywalką, lustrem, stolikiem i szafą w ścianie. Światło
wpada do wnętrza przez niewielkie okno wychodzące na ulicę. Jest druga
po południu i muszę pozostać tu do późnego wieczoru. Za chwilę wezwą
mnie na próbę, później do charakteryzacji. Przyniosą mi wodę i kawę, jak
zwykle. Dla zabicia czasu siadam do pisania tej opowieści. Komputer jest
włączony. Brakuje tylko tematu.
Odczuwam potrzebę oderwania się od rzeczywistości, ale to trudne.
Przemierzam pokój w poszukiwaniu wspomnień, tęsknot, uczuć do osób i odległych przedmiotów; niespodziewanie przychodzi mi na myśl chłopiec w krótkich spodenkach, chudy jak szczapa, ze szczupłymi, nieco krzywymi
nogami pełnymi siniaków i zadrapań, włosami czarnymi jak smoła, o dość
regularnych rysach i wyglądzie mądrali, antypatycznego lub sympatycznego
w zależności od punktu widzenia. Jeśli się zgodzicie, opowiem wam o nim,
bo znam go na tyle dobrze, że mogę wydać o nim opinię, a nawet wyrazić
sąd o jego życiu, poglądach, najistotniejszych decyzjach. Mogę to
uczynić ze spokojem, z mądrością po szkodzie.
Określiłbym go mianem normalnego chłopca, choć nieco nietypowego,
wiodącego nieszablonowe życie z powodów powszechnie dziś znanych.
Nazwałem go normalnym ze względu na cechujące go w równym stopniu wady i zalety, jak również wbrew dość poważnemu inwalidztwu, co do którego będę
musiał niestety udzielić wyjaśnień. Zanim to zrobię, wymyślę imię dla
bohatera tej opowieści.
Ponieważ każde imię jest dobre, nazwę go Amos. Tak nazywał się człowiek,
któremu winien jestem głęboką, dozgonną wdzięczność za wszystko, czego
się nauczyłem, i którego podejście do życia staram się naśladować, choć
z marnym skutkiem. To również imię jednego z pomniejszych proroków,
zapewne także dlatego mi się podoba. Sądzę, że pasuje do chłopca, który
- jak zamierzałem wyjaśnić - widział do dwunastego roku życia, lecz
stracił wzrok wskutek nieszczęścia. Zaskoczony i przerażony płakał
później przez dobrą godzinę i potrzebował tygodnia, by przyzwyczaić się
do nowej sytuacji. Po pewnym czasie Amos o wszystkim zapomniał, podobnie
jak jego krewni i przyjaciele. I to wszystko, co należało powiedzieć na
ten temat.
Nieco więcej uwagi należy poświęcić charakterowi Amosa, aby czytelnik
potrafił osądzić, czy i w jakim stopniu wpłynął on na los bohatera.
Matka często i ze szczegółami opowiada o trudnościach w wychowywaniu
pierworodnego syna, niezwykle żywego, nieprzewidywalnego.
- Nie mogłam spuścić go z oczu ani na chwilę, bo strasznie rozrabiał! -
mówi. - Zawsze lubił ryzyko i niebezpieczeństwo. Któregoś dnia nie
mogłam go znaleźć. Wołam, nie odpowiada. Podnoszę wzrok i widzę, że stoi
na parapecie okna w moim pokoju. Mieszkaliśmy na pierwszym piętrze, nie
miał jeszcze pięciu lat. Opowiem wam coś, żebyście lepiej zrozumieli,
przez co musiałam przejść.
Zaczyna mówić z silnym akcentem toskańskim, żywo gestykulując:
- Pewnego ranka, w Turynie, idę z dzieckiem za rękę długą aleją w centrum miasta w poszukiwaniu przystanku tramwajowego. Po znalezieniu go
zatrzymuję się i przez chwilę spoglądam w drugą stronę, na wystawę
jakiegoś sklepu, odwracam się i drętwieję z przerażenia: dziecko
zniknęło! Rozglądam się dookoła zrozpaczona... nie ma. Wołam... i nic. Nie
wiedząc, gdzie szukać, podnoszę wzrok i widzę Amosa w górze: wdrapał się
na słup przystanku... Proszę zaczekać, na tym nie koniec! - ciągnie,
przerywając zdumione okrzyki rozmówcy. - Od urodzenia był niejadkiem,
musiałam wszędzie za nim biegać z talerzem, żeby dać mu łyżkę zupy...
między traktorami, skuterami robotników, wszędzie!
Jeśli rozmówca przejawia zainteresowanie historią, pani Edi z wyraźnym
zadowoleniem, niestrudzenie wzbogaca swój monolog o szczegóły, nie
zawsze pasujące do opowieści, chociaż prawdziwe, z drobnymi wyjątkami
wynikającymi z ogromnego zamiłowania do wszystkiego, co sensacyjne,
niezwykłe.
Przypomina mi się zwłaszcza pewna stara kobieta, która ze zdumieniem i szczerym wzruszeniem słuchała opowieści o trudnym dzieciństwie małego
Amosa.
- Miał kilka miesięcy - mówiła matka z emfazą - kiedy zauważyliśmy, że
odczuwa silny ból oczu. Miał piękne, niebieskie oczy... Niedługo potem
zimny prysznic: lekarze zdiagnozowali u dziecka wrodzoną obustronną
jaskrę, wadę, która skazuje nieszczęsnego chorego na całkowitą ślepotę.
Natychmiast zaczęliśmy biegać po lekarzach, od specjalisty do
uzdrowiciela: nie wstydzę się przyznać, że skorzystaliśmy także z tej
możliwości. Nasza droga przez mękę zawiodła nas do Turynu, do słynnego
profesora Gallengi. W szpitalu spędziliśmy wiele tygodni. Dziecko często
operowano, próbując uratować resztkę wzroku. Przyjeżdżaliśmy zmęczeni
podróżą, ale przede wszystkim pełni obaw i wystraszeni naszą
bezsilnością wobec niesprawiedliwego losu, który obrócił się przeciw tej
biednej istocie... Mąż wyjeżdżał następnego dnia rano, ja zostawałam z dzieckiem. Profesor był wyrozumiały. Udostępniał nam pokój z dwoma
łóżkami, tak więc mogłam poznać personel medyczny i paramedyczny (co
okazało się bardzo przydatne w późniejszych latach, kiedy ruchliwość
dziecka stała się trudna do opanowania). Otrzymałam nawet zgodę na
przyniesienie do szpitala małego rowerka, żeby dziecko mogło jeździć
sobie po sali.
Na te słowa stara rozmówczyni, wyraźnie speszona wzruszeniem, przerywa,
wykrzykując:
- Doskonale panią rozumiem! Proszę mi wybaczyć ciekawość: czy dziecko
długo cierpiało z powodu silnych bólów oczu?
- Droga pani, gdyby pani wiedziała... nie mogliśmy go uspokoić! Pewnego
ranka, po wyjątkowo ciężkiej nocy, którą spędziliśmy na daremnym
szukaniu środka zaradczego, dziecko niespodziewanie się uspokoiło.
Trudno mi wytłumaczyć, co się odczuwa w takiej chwili. To rodzaj
głębokiej wdzięczności dla wszystkich i nikogo w szczególności, radość z nieoczekiwanego spokoju, który zapanował pośrodku groźnej burzy...
Próbowałam zrozumieć jego powód i miałam szczerą nadzieję, że istnieje,
że go poczuję i się z nim oswoję. Obserwowałam dziecko, zastanawiałam
się, ale nie doszłam do żadnych wniosków. Nagle synek obrócił się na bok
i zaczął przyciskać rączki do ściany, przy której stało łóżko. Minęło
trochę czasu, nie pamiętam ile, w sali zapanowała cisza, na którą
wcześniej nie zwróciłam uwagi, a potem dziecko rozpłakało się. Co się
stało? Czy coś się skończyło? Może nagła cisza wystraszyła Amosa?
Zmartwiłam się, ale po chwili synek uspokoił się. Ponownie zaczął
przyciskać rączki do ściany. W stanie najwyższego napięcia, które trudno
opisać, nadstawiłam ucha i usłyszałam muzykę dobiegającą z sali obok.
Podeszłam bliżej, zaczęłam nasłuchiwać i rozpoznałam znaną mi muzykę,
zapewne klasyczną, czy też, jak ją nazywają, kameralną... Nie wiedziałam
dokładnie, co to była za muzyka, nie znam się na tym... Zauważyłam jednak,
że pod jej wpływem dziecko się uspokoiło. Poczułam błysk nadziei, która
wypełniła mnie radością, równie wielką jak moje cierpienie, radością,
jakiej dotąd nie doświadczyłam i jaką osiąga się prawdopodobnie dopiero
w chwili, gdy płaci się cenę za ogromny ból. O ile dobrze pamiętam,
pobiegłam do sali obok i zapukałam do drzwi. Męski głos o obcym akcencie
zaprosił mnie do środka. Zdobyłam się na odwagę, na palcach weszłam do
sali i na łóżku ujrzałam pacjenta wspartego, albo raczej leżącego, na
trzech poduszkach umieszczonych pod masywnymi barkami. Pamiętam dwa
muskularne ramiona i dłonie stwardniałe od ciężkiej pracy, a także
uśmiechniętą, szczerą twarz z zabandażowanymi oczami. Był to rosyjski
robotnik, który na skutek niedawnego wypadku stracił wzrok. Niewielki
gramofon wystarczył, by zachował pogodę ducha. Przypominam sobie, że
gardło miałam ściśnięte ze wzruszenia, które z najwyższym wysiłkiem
przezwyciężyłam, i zaczęłam opowiadać temu poczciwemu człowiekowi o tym,
co przed chwilą zrobił mój syn, i spytałam, czy zgodzi się, bym czasem
przyprowadziła tu Amosa. Droga pani, nigdy nie zapomnę dobroci i gościnności tego człowieka, jego radości z faktu, że jest potrzebny,
gestu solidarności, prostego i wielkiego zarazem. Nie wiem, do jakiego
stopnia mnie rozumiał, znając zaledwie kilka włoskich słów, ale czuł, że
może się przydać, i ofiarował mi pomoc.
Pani Edi często opowiada z uniesieniem, jak odkryła u syna pasję do
muzyki.
Rozdział III
Wielokrotnie odczuwałem pragnienie sformułowania nowej definicji muzyki,
wymyślenia czegoś nowego o tej szlachetnej sztuce, której zawdzięczam
nieskończoną liczbę chwil szczęścia, ale też ustawicznego, głębokiego
niepokoju.
Podczas bezsennych nocy dość często próbuję nadać kształt
nieuporządkowanym myślom, zawiłym refleksjom, które snuję po ciężkim
dniu nauki lub pracy. Długo rozmyślam, ale na ogół po prostu zasypiam,
nie znajdując żadnych oryginalnych czy istotnych z filozoficznego lub
artystycznego punktu widzenia określeń. Muzyka, i bez mojej definicji,
pozostaje tym, co o niej dotychczas napisano i powiedziano. Dlatego też
daję ujście rozterkom, zapisując na skromnej stronie zeszytu najbardziej
banalną i śmieszną rzecz na świecie, którą powtarzano tysiące razy:
"Muzyka, podobnie jak miłość, jest dla mnie potrzebą, ale także i przede
wszystkim nieuchronnym przeznaczeniem, podobnie jak upływ czasu".
Tę myśl znalazłem w niewielkim, starym dzienniku Amosa, gdzie zachowało
się kilka wierszyków pisywanych sporadycznie od dzieciństwa,
przeplecionych dziwnymi, mało oryginalnymi myślami, jak zdanie, które
przytoczyłem powyżej, gdyż jest istotne dla dalszej opowieści. Z drugiej
strony często się zdarza, że słowa skreślone bez przypisywania im
większego znaczenia, jakby przypadkiem, w roztargnieniu, mimowolnie,
lepiej oddają charakter i życie wewnętrzne autora.
Opowieść matki o odkryciu u Amosa zamiłowania do muzyki sprawiła, że
krewni prześcigali się w obdarowywaniu chłopca przedmiotami związanymi
z dziedziną dźwięków. Przysyłano mu zabawki odtwarzające proste
melodyjki, pozytywki, wreszcie przepiękny gramofon z pierwszą płytą -
longplayem z piosenkami - który spodobał się, zaciekawił, lecz nie
zachwycił dziecka.
Pewnego dnia, kiedy stary wujek opowiedział mu pasjonującą historię o życiu i sukcesach sławnego, niedawno zmarłego tenora, Amos zapragnął
wysłuchać płyty swojego nowego bohatera, legendarnego śpiewaka Beniamina
Giglego. Na dźwięk jego głosu Amosa ogarnęło tak głębokie wzruszenie, że
wujek musiał kontynuować opowieść i wymyślić nowe szczegóły, by
zaspokoić rozbudzoną dziecięcą wyobraźnię. Trzeba było kupić kolejne
płyty niezrównanego tenora, aby sprostać ciekawości i nagłemu
podnieceniu dziecka, konieczne były też opowieści o nowych bohaterach
świata muzyki.
Amos domagał się, aby ostatniego z ulubieńców ukazywać w jak najlepszym
świetle i, jak to z dziećmi bywa, zachwycał się nim.
W domu pojawiły się pierwsze płyty Giuseppe Di Stefana, Maria Del
Monaca, Aureliana Pertilego, Ferruccia Tagliaviniego. Później wujek
opowiedział Amosowi o Enricu Carusie. Uczynił to z właściwą sobie
elokwencją i pasją, zapewniając siostrzeńca, że był to niezrównany
śpiewak obdarzony niezwykle mocnym, dźwięcznym głosem o rozległej skali,
ulubieniec miłośników opery. Niedługo potem w domu znalazła się pierwsza
płyta Enrica Carusa, a wraz z nią przyszło pierwsze rozczarowanie.
Dziecku, które nie miało pojęcia o ewolucji technik nagraniowych, nie
spodobał się głos o zniekształconej barwie, dobywający się jakby z dna
dzbana. Głos Carusa nie wytrzymał porównania ze szlachetnym, donośnym
głosem Del Monaca ani z przyjemnie brzmiącym, namiętnym tenorem Giglego,
który wywarł na chłopcu tak silne wrażenie.
Co do zalet wielkiego Carusa, Amos zmienił zdanie, ale nastąpiło to po
wielu latach i licznych, ciekawych wydarzeniach będących tematem tej
opowieści.
Pewnego ranka chłopiec przebywał samotnie na podwórzu przed domem i o czymś rozmyślał. Krążył w tę i z powrotem, od garażu do bramki
wychodzącej na drogę lokalną, podśpiewując motywy ze znanych arii. Nagle
zatrzymał się, ponieważ usłyszał charakterystyczny odgłos kroków swojej
niani (jak nazywał Orianę, dziewczynę, która znała go od urodzenia, gdyż
pracowała u nich jako pomoc domowa, i do której był bardzo przywiązany).
Oriana wracała ze sklepu, gdzie udała się po drobne zakupy. Kiedy
otwierała bramkę, dostrzegła Amosa zmierzającego w jej stronę, więc
przywołała go z matczynym uśmiechem, oznajmiając, że musi przeczytać mu
ważną informację. Zanotowała ją na gazecie, którą kupiła dla jego ojca.
Szybko zaniosła zakupy do domu, po czym wyszła z otwartą gazetą w dłoniach.
- Posłuchaj tego - powiedziała, wolno wymawiając sylaby. - Franco
Corelli budzi zachwyt publiczności mediolańskiej La Scali.
Amos miał wówczas dziewięć lat i wiedział, czym jest La Scala, lecz
nikt, nawet wujek, nigdy nie mówił mu o niezwykłym śpiewaku.
- Kto to jest Corelli, nianiu? - spytał pospiesznie, biegnąc za
dziewczyną.
Oriana zaczęła czytać artykuł poświęcony premierze Hugenotów, podczas
której tenor wyróżnił się doskonałą interpretacją, prezentując mocny,
spiżowy głos, pełen tonów harmonicznych, zdolny zaprezentować
zachwyconej publiczności wspaniałe górne partie. Z widowni, pisał
recenzent, posypały się gromkie oklaski przemieszane z histerycznymi
okrzykami domagającymi się bisów.
Po skończonej lekturze niania przez kilka sekund trwała w bezruchu.
Dziecko odniosło wrażenie, że pochłania ją jakaś tajemnicza myśl. Po
chwili złożyła gazetę, nachyliła się nad nim i szepnęła:
- Jest też bardzo przystojny! - A potem doda-ła: - Musisz mieć jego
płytę, ja też chciałabym go usłyszeć...
Po kilku dniach domowa kolekcja wzbogaciła się o pierwszą płytę
Corellego. Oriana sama się o nią wystarała i sprezentowała Amosowi,
pragnąc jak najszybciej poznać jego opinię.
Chłopiec podbiegł do starego gramofonu, włączył go, położył płytę na
talerzu, odciągnął ramię z igłą i delikatnie oparł o nowy singiel. Dały
się słyszeć dźwięki orkiestry wprowadzającej recytatyw Improvviso z opery Andrea Chénier Umberta Giordana, a po chwili pauzy ciszę
wypełnił solowy śpiew. Słowa Colpito qui m'avete zabrzmiały w sposób
całkiem nowy, śpiewane głosem o szerokiej skali, wibrującym, pełnym
uczucia i niewyrażalnego cierpienia, chwytającym za serce. Śpiew brzmiał
nieprzerwanie, swobodnie, spontanicznie, w niektórych partiach łagodnie,
w innych zaś mocno, zawsze jednak pewnie, władczo. Improvviso to
wspaniały fragment, ale wymaga wykonawcy zdolnego utożsamić się z Chénierem, poetą, którego dramat rozegrał się w latach rewolucji
francuskiej. Ton śpiewu powinien być elegancki, a jednocześnie
przekonujący, zdecydowany.
Andrea Chénier podejmował temat miłości w rozległym znaczeniu słowa,
tymczasem Corelli traktował go jako pretekst dla sztuki śpiewu, zdolnej
zachwycić, wzruszyć, zmiękczyć serca stwardniałe od życiowych
niepowodzeń.
Oriana i Amos słuchali w oszołomieniu, w zachwycie. Chłopiec spojrzał na
nianię, która zakryła dłońmi oczy w chwili, gdy tenor z niezrównaną
subtelnością zaczął śpiewać: Oh, giovinetta bella d'un poeta, non
disprezzate il detto, udite, non conoscete amor? amor! Ostatnie słowo
było okrzykiem namiętności, głośnym i wzniosłym, który łączył siłę i piękno głosu zapierającego dech w piersiach słuchaczy.
Amos często opowiada o tej niezwykłej chwili, mówi o niej z ożywieniem
potwierdzającym szczerość jego słów. Wspomina o wzruszeniu Oriany, w którą śpiew Corellego tchnął marzenia, nadzieję i nowe siły pozwalające
łatwiej znosić trudy życia na skromnym poziomie, życia pełnego złudzeń,
a zarazem pozbawionego nagłych zmian. Być może w owym momencie
dziewczyna czuła się szczęśliwsza niż zwykle, a słuchając "miłość jest
duszą i życiem świata", bogatsza wewnętrznie.
Rozdział IV
Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że nie wymyśliłem nazwiska dla Amosa,
wyobraźmy więc sobie, że należy on do rodziny Bardich: nic lepszego nie
przychodzi mi do głowy. Obiecuję solennie cierpliwemu czytelnikowi,
który zdoła dotrzeć do ostatniej strony tej opowieści, że wyjaśnię, co
skłoniło mnie do nadania wyimaginowanego imienia osobie naprawdę
istniejącej. Myślę, że nadeszła pora, by powiedzieć kilka słów o rodzinie Amosa, o jego domu i znajomych. Z drugiej strony, o ile prawdą
jest, że każdy z nas stanowi sumę własnych doświadczeń i wiedzy, nie
licząc, ma się rozumieć, własnej natury, nie mogę nie przedstawić wam
postaci z otoczenia chłopca, które kochały go, wspierały, uczestniczyły
w jego walkach i cierpieniach.
Gdybym był prawdziwym pisarzem, zapewne nie oparłbym się pokusie
stworzenia dokładnego opisu miejsc, w których Amos spędził młodość,
odznaczających się toskańskim pięknem, naturalnym i czystym, zgodnie z moim wyobrażeniem. Nie zaryzykuję jednak opisów, których celowość
przekreśla wycieczka z mapą w dłoni. Powiem tylko, że urodził się we
wrześniu 1958 roku w La Sterzy, niewielkiej miejscowości w gminie
Lajatico, w prowincji Piza, w połowie drogi między Volterrą a Pontederą.
Na myśl o domu Amosa tajemniczy, złożony mechanizm mojej pamięci
przywołuje wiersz La signorina Felicita Guida Gozzana, w którym poeta po
mistrzowsku opisuje dużą willę tonącą w zieleni malowniczej okolicy.
Jest to dom pani Felicity, z innej epoki, z "pękatymi kratami,
zniszczonymi i powykręcanymi", ogromnymi salonami pełnymi staroci i tysiącem niepotrzebnych przedmiotów, ale żywy dzięki pracowitości i prostocie mieszkańców: służącej brzękającej naczyniami, panienki z robótkami ręcznymi na kolanach, prowadzącej żartobliwe rozmowy,
poczciwego ojca, który wieczorami gromadzi wokół siebie "znakomite
kolegium lokalnych polityków...".
Nie wiem dlaczego dom Amosa, położony na wsi przy drodze lokalnej
Sarzanese-Valdera, na planie ogromnej litery L o wymiarach dwadzieścia
pięć na dwadzieścia metrów, z obszernym placem od frontu zacienionym
dwiema wysokimi sosnami, z ogrodem wychodzącym na drogę i usytuowanym
między ramionami budynku, z wieżyczką przekształconą w gołębnik, otóż
nie wiem dlaczego ta solidna, kamienna konstrukcja, wzniesiona
prawdopodobnie u schyłku XIX wieku, przywodzi mi na myśl słynny wiersz
Gozzana. Główne wejście prowadziło do niewielkiego przedpokoju, z którego przez dwoje bocznych drzwi wchodziło się do kuchni po prawej
stronie oraz do jadalni po lewej. Na wprost znajdowały się przeszklone
drzwi prowadzące do drugiego, większego przedpokoju z bocznymi drzwiami:
po prawej do salonu - który podczas świąt służył za jadalnię i gdzie
Amos słuchał płyt, chodząc nieustannie wokół stołu i zatrzymując się
tylko po to, by zmienić krążek - a po lewej do części z pustymi
pomieszczeniami i schowkami. Pierwsze z nich Amos nazywał ciemnym
pokojem, jako że nie miało okien; mieściły się w nim wieszak na ubrania
i stara szafa: było to prawdziwe refugium peccatorum1.
Naprzeciw znajdowały się schody na piętro z sypialniami, łazienkami i innymi pokojami, praktycznie nieużywanymi, dwa z nich pełniły funkcję
spichlerzy. Do wydzielonej części parteru nie można było się dostać od
wewnątrz. Mieściły się tu obszerne pomieszczenia, w których rodzina
Bardich trzymała maszyny rolnicze: dwa traktory (landini i orsi) oraz
olbrzymią młockarnię. Amos bardzo lubił wchodzić do szopy, obracać kołem
pasowym młockarni i wyobrażać sobie wprowadzane w ruch mechanizmy.
Znajdowało się tu także mnóstwo drobnych narzędzi rolniczych, łopat,
motyk, wszelkiego rodzaju przyrządów, które ciekawiły chłopca i służyły
mu do zabawy. Babcia Leda, ukochana nauczycielka co najmniej dwóch
pokoleń mieszkańców Lajatico, która po narodzinach wnuka zrezygnowała z pracy w szkole, wraz z poczciwą Orianą z trudem utrzymywały w ryzach
Amosa i jego młodszego brata Alberta. Razem z innymi chłopcami,
sąsiadami i nieodłącznymi towarzyszami zabaw, tworzyli prawdziwą hordę
barbarzyńców, jak mawiała babcia Leda w przypływie rozpaczy. Biedna
kobieta nie mogła znieść widoku kwiatów niszczonych uderzeniami piłki
ani stanowczych protestów przechodniów, na których z podwórza Bardich
spadały najprzeróżniejsze przedmioty, kamyki wystrzelone z procy, małe
karabinki i zabawki, a nawet silne strumienie wody z węża, którego
Sandro, ojciec Amosa, używał do podlewania trawników, a latem do
sprzątania podwórza przed kolacją na świeżym powietrzu. Podczas
nieobecności dorosłych wodą z węża oblewano samochody lub, co gorsza,
pojazdy dwukołowe. Każdego wieczoru, po ósmej, rodzice Amosa z dziadkiem
Alcidem i starą ciotką, która pracowała u boku szwagra, aby umożliwić
siostrze pracę w szkole podstawowej, dokonywali podsumowania postępków
chłopców pod dowództwem najstarszego Amosa, pomysłodawcy i organizatora
najbardziej zaskakujących psot. Wszyscy obiecywali przykładne kary, o ile ten lub inny postępek się powtórzy, ale żywość niektórych dzieci,
jak wiadomo, często bierze górę nad surowością dorosłych. Tak to bywa.
Pan Comparini, emerytowany dyrektor departamentu finansów, pułkownik
armii włoskiej z okresu wojny 1915-1918, był ulubionym wujkiem Amosa,
rozpalającym wyobraźnię dziecka opowieściami, czasem nieco ubarwionymi,
o życiu i sukcesach najsłynniejszych śpiewaków lirycznych XX wieku.
Każdego lata Leda i Amos spędzali kilkudniowe wakacje w Antignano,
niewielkiej miejscowości nad morzem w prowincji Livorno, gdzie mieszkała
rodzina Comparini: wujek Giovanni i ciocia Olga. Krewni, którzy, gwoli
ścisłości, byli wujostwem ojca Amosa, jako że pani Olga i babcia Leda
były siostrami, szczerze kochali rodzinę Bardich. Podczas drugiej wojny
światowej, kiedy Sandro starał się o dyplom geodety, gościli go u siebie
przez wszystkie lata nauki. W trakcie krótkich pobytów u Comparinich
Amos rozkoszował się widokiem morza, pod czujnym okiem babci. Ale chwile
prawdziwej radości przeżywał dopiero późnym popołudniem, kiedy wujek
wołał go do swojego gabinetu na piętrze i chłopiec mógł wreszcie wejść
do pomieszczenia pełnego osobliwości i tajemnic. Pokój, w którym panował
iście wojskowy porządek, mieścił ponad pięć tysięcy książek i rozmaite
przedmioty drogie mieszkańcom domu oraz Amosowi. Dziecko stało jak
zaczarowane przed starym nabojem moździerza, oczywiście rozbrojonym,
czy dywanikiem ze skóry dzika, z groźną, doskonale wypchaną głową. To
tutaj wujek puszczał płyty, snuł opowieści i czytał wnukowi książki.
Amos słuchał go jak urzeczony, w skupieniu, pytania pozostawiając na
koniec. Niekiedy zapraszane były także panie i wtedy te rodzinne
spotkania w starym stylu, z wujkiem, który czytał i udzielał wyjaśnień,
oraz paniami, które od czasu do czasu krótko komentowały jego słowa lub
wzruszały się treścią lektury, te spotkania, jak mówiłem, wypełniały
serce dziecka nieskończonym, niewypowiedzianym szczęściem, które
zachował w pamięci i za którym tęskni do dziś. Wujek opowiadał Amosowi
również o swoich przygodach z okresu wojny, rozpalając wyobraźnię
chłopca marzącego o tym, by wstąpić do wojska.
Wujek "powołał" go więc do służby w charakterze zwykłego żołnierza,
obiecując awans, który miał być uzależniony od dobrego sprawowania oraz
postępów w różnych dziedzinach. Amos wkrótce otrzymał stopień kaprala, a następnie starszego kaprala. Z okazji odwiedzin u Bardich w okresie
Bożego Narodzenia wujek nadał chłopcu stopień sierżanta. Nieco później,
kiedy opanował pierwsze litery alfabetu, których nauczyła go babcia za
pomocą grubego niebieskiego flamastra, Amos awansował do stopnia
starszego sierżanta, a pierwszy własnoręczny podpis zaowocował tytułem
sierżanta sztabowego. Tymczasem zbliżała się chwila wyjazdu do szkoły z internatem. Rodzice zdecydowali się na to rozwiązanie, aby umożliwić
dziecku uczęszczanie do szkoły specjalnej, która poprzez nauczanie
brajla miała przygotować je do późniejszej nauki w zwykłej szkole, razem
z normalnymi, czyli w pełni sprawnymi dziećmi.
Myśl o rychłym wyjeździe Amosa przepełniła wujka współczuciem, więc
awansował chłopca na starszego sierżanta sztabowego. W dniu rozłąki
małemu uczniowi odczytano list od wujka Giovanniego z informacją o nadaniu mu stopnia adiutanta batalionu. Amos wyjechał z nadzieją, że
niebawem wróci jako kapitan, awansowany za dobre wyniki w nauce.
1. Siedlisko grzechu (przyp. tłum.). [wróć]
Rozdział V
Rankiem 20 marca 1965 roku na podwórzu Bardich stał gotowy do drogi
samochód, do którego zapakowano wszystkie niezbędne rzeczy. Małego Amosa
czekała podróż do Reggio Emilia, gdzie miał pozostać do końca czerwca.
Po wielu wahaniach, które kosztowały dziecko rok nauki, wybrano szkołę z internatem w tym właśnie mieście. Myśl o rozłące napełniała wszystkich
smutkiem, ale uczęszczanie do szkoły specjalnej było niezmiernie istotne
dla chłopca. Niewidome dzieci uczyły się w niej brajla, geografii na
mapach plastycznych i miały do dyspozycji urządzenia oraz sprzęty, które
pozwalały przezwyciężyć trudności w nauce.
Choć rodzice starali się pocieszyć dziecko perspektywą nowych przyjaźni,
zabaw, rzeczy, których się nauczy, a później przekaże bratu, podróż
minęła w ponurym nastroju. Pan Sandro nie mógł znieść myśli, że zostawia
syna dwieście pięćdziesiąt kilometrów od domu. Jego żona dodawała sobie
otuchy myślą, że robi wszystko dla dobra dziecka i nic, nawet
bezgraniczna miłość matki, nie powstrzyma jej przed uczynieniem tego, co
konieczne, by syn potrafił żyć jak inni.
Kiedy dotarli do instytutu imienia Giuseppe Garibaldiego przy via
Mazzini, pan Bardi zatrzymał się, aby mogła wysiąść żona, i zaparkował
samochód. Następnie wysiadł, wyjął walizkę syna, wziął go za rękę i przekroczył próg rozpadającego się budynku. Portier zaprowadził ich do
szatni, gdzie zostawili walizkę, później do sypialni, gdzie miał
odpocząć nowy wychowanek internatu. W sali mieściło się dziesięć łóżek,
według państwa Bardi było ich za dużo. Wówczas portier pokazał im inną
sypialnię, w której osłupiały pan Bardi doliczył się sześćdziesięciu
czterech żelaznych łóżek oraz takiej samej liczby szafek nocnych z tego
samego materiału i w identycznym kolorze. Z trudem powstrzymał się od
komentarza na temat warunków higienicznych w sali, musiał myśleć o wykształceniu syna, co było najważniejsze. Dzieci, uznał, do wszystkiego
potrafią się przyzwyczaić. Kiedy wszedł do łazienki, ujrzał trzy
ubikacje tureckie, czyli trzy małe, brudne, cuchnące pomieszczenia, a obok dwa rzędy umywalek z jednym kranem z zimną wodą. Na ten widok
przestraszył się i zmroziło go na myśl, że wróci do domu z wygodami,
wróci bez dziecka, które miało zostać w tym potwornym internacie, z dala
od osób, które je kochają. Pan Sandro czuł, jak ścierają się w nim racje
serca i rozumu, przełknął jednak gorzkie myśli i łzy, przezwyciężając
niepokój i smutek, przemógł się i szedł dalej.
Portier przedstawił państwu Bardi sprzątaczkę, spotkaną w korytarzu, i poprosił ją, by pokazała im inne sale, a następnie pożegnał się,
wyraziwszy nadzieję, że mały Toskańczyk szybko zintegruje się z nowym
środowiskiem.
Poczciwa kobieta o imieniu Etmea oprowadziła rodzinę po obszernym
salonie, który nazwała "salą rekreacyjną". Państwo Bardi zlustrowali
wzrokiem puste pomieszczenie, oświetlone dużymi, prostokątnymi oknami, z pianinem i telewizorem. Na wprost ujrzeli niewielką drewnianą scenę.
- Służy do recytacji i wręczania nagród pod koniec roku - wyjaśniła pani
Etmea, widząc zainteresowanie gości, po czym poprosiła ich, by udali się
za nią.
Weszli po schodach i znaleźli się w długim korytarzu - po obu stronach
znajdowały się identyczne drewniane drzwi, umieszczone naprzeciw siebie.
- To klasy - oznajmiła sprzątaczka. - Są też inne, mniejsze, wchodzi się
tamtędy...
Wskazała wąskie schodki i nieduże drzwiczki w głębi, które prowadziły na
wąski korytarzyk. Następnie zawróciła i zeszła po schodach, pokazując
rodzinie trzy podwórza instytutu. Pierwsze, po prawej stronie od
głównego wejścia, nazywane "małym", w istocie było niewielką
wybetonowaną przestrzenią, znajdującą się przed środkową częścią
budynku. Miało kształt kwadratu, na który wychodziły liczne okna,
zapewniając dopływ powietrza i światła do sal na wyższych piętrach.
Naprzeciwko "małego podwórza", po lewej stronie od głównego wejścia,
mieściło się "podwórze średnie", podobne do pierwszego, ale większe i wyposażone w podcienie wsparte na betonowych, czworobocznych filarach,
niezwykle użyteczne w deszczowe dni emiliańskiej zimy. Duża brama na
końcu podcienia wychodziła na rozległy plac z ubitej ziemi, przedzielony
na dwie niemal równe części rzędem wysokich platanów, których suche
liście opadały jesienią, trzeszcząc pod stopami przechodniów. Na krańcu
owej przestrzeni, którą chłopcy nazywali "dużym podwórzem", mieściło się
boisko do gry w kule. Ta część instytutu podniosła nieco na duchu pana
Sandra, który co pewien czas spoglądał na zegarek, rzucając żonie
ukradkowe spojrzenia.
Późnym popołudniem rodzina Bardi opuściła internat. Rodzice, którzy
mieli się zatrzymać w Reggio do następnego dnia, zabrali ze sobą
dziecko, żeby przygotować je psychicznie do rozłąki. Zjedli razem
kolację w niewielkiej restauracji w centrum miasta, po czym udali się na
spoczynek do hotelu La Storia. Amos spał w łóżku rodziców, jak czasem w domu, nie zdając sobie dokładnie sprawy z tego, co go czekało, ze
zmiany, która miała nastąpić w jego życiu.
Nazajutrz rano został odprowadzony do szkoły z internatem; matka
przekazała go pod opiekę wychowawczyni, zapewniając, że wróci po niego
około południa. Pani zaprowadziła chłopca do klasy, gdzie w ławkach
siedziały już inne dzieci. Amos miał z nimi pozostać do końca roku
szkolnego.
Kiedy zajął swoje miejsce, wychowawczyni przedstawiła mu kolegę z ławki:
nazywał się Davide Pisciotta, pochodził z Rawenny i był najstarszym z jedenaściorga rodzeństwa. Po chwili przyniesiono mu bloczek plasteliny o wadze około pięciu dekagramów. Po raz pierwszy brał do ręki ten materiał
i nie rozumiał, co miała na myśli nauczycielka, prosząc, by oderwał
kawałek i zrobił zeń wałeczek. Ponieważ w klasie było chłodno,
plastelinę początkowo trudno było ugniatać.
Po kilku minutach Amos zaczął odczuwać zmęczenie, ale onieśmielony
obecnością nauczycielki, która go obserwowała, kontynuował pracę do
momentu, gdy wydało mu się, że wykonał swoje pierwsze zadanie.
Wychowawczyni nie była jednak zadowolona, wałeczek nie był wystarczająco
gładki i prosty. Chłopiec poczuł się nieco urażony, ale w milczeniu
pracował dalej.
Co godzina dzwonił dzwonek, a w południe dzieci proszono, by wstały i poszły za inną nauczycielką, która prowadziła je na obiad. Zbliżała się
najtrudniejsza chwila dla Amosa: miał się rozstać z rodzicami. Czekali
na niego w korytarzu między klasą a stołówką; zatrzymał się, podczas gdy
pozostałe dzieci poszły dalej, czując głód. Rodzice udzielili mu kilku
rad, po czym uścisnęli go i ucałowali, lecz kiedy się oddalali, dziecko
się rozpłakało. Matka powiedziała mężowi, by poszedł do samochodu, a sama zaprowadziła synka na stołówkę, pokazała mu jego miejsce i pożegnała się ponownie. Amos uczepił się jej ramienia i trzymał ze
wszystkich sił. Nagle poczuł, jak mocna dłoń chwyta go za łokieć i odciąga do tyłu, podczas gdy jakiś głos coś do niego mówi, a ramię matki
powoli wysuwa się z uścisku. Na koniec zdołał schwycić ją za palec,
który po chwili wyślizgnął mu się ze spoconych dłoni. Stracił i ten
kontakt i po raz pierwszy w życiu poczuł się samotny wśród wielu osób,
pozostawiony własnemu losowi. Rozpaczał, wzywał matkę, jak źrebiątko,
które odstawia się od klaczy, ale potem uspokoił się, usiadł i zjadł
kilka łyżek zupy. Kelnerka przyniosła mu gotowane mięso z sałatą, danie,
którego nie lubił. Podniósł rękę, zgodnie z zaleceniem, ale ktoś opuścił
jego ramię, pytając, czego potrzebuje. Amos powiedział nieśmiało:
- Wolałbym nie jeść tego mięsa. - Ten sam głos natychmiast odparł:
- Ale je zjesz, no, dalej!
Matka ze ściśniętym gardłem pożegnała się z dyżurnymi opiekunkami, które
odprowadziły ją do bramy, i pobiegła do męża.
Czekał na nią, siedząc za kierownicą, z rozłożoną gazetą. Kiedy
otworzyła drzwi samochodu, zauważyła, że mąż rozpaczliwie szlocha.
Objęła go mocno i wspólnie próbowali się pocieszyć. Pan Bardi, który w dzieciństwie również był w szkole z internatem, zawsze twierdził, że
pragnie oszczędzić tego doświadczenia własnym dzieciom, ale mu się to
nie udało. Przecież tylko w ten sposób jego syn nauczy się czytać i pisać jak inne dzieci, tylko w ten sposób stanie się mężczyzną zdolnym
przeżyć życie mądrze i odważnie.
W drodze powrotnej państwo Bardi stopniowo odzyskiwali pogodę ducha i spokój. Dręcząca pustka, którą pozostawiło dziecko, zaczęła się
wypełniać nieśmiałą nadzieją, ulotnym optymizmem, niejasną satysfakcją z faktu, że odważyli się uczynić to, co należało uczynić dla dobra syna, a na ich twarzach zagościł nawet łagodny, promienny uśmiech.
Rozdział VI
Pierwszego października następnego roku Amos siedział w ławce obok
małego Davide. Był w pierwszej klasie szkoły podstawowej.
Przed wyjazdem z domu po letnich wakacjach, jak z dumą opowiadał
kolegom, otrzymał awans od wujka Compariniego. Nauczycielka chłopca,
pani Giamprini, miała około czterdziestu lat; nie wyszła za mąż,
poświęcając życie pracy i opiece nad starą matką. Choć sama była
ociemniała, gorąco polecano ją rodzinie Bardich ze względu na niezwykłe
umiejętności wychowawcze i sumienność. Bez trudu trzymała klasę w ryzach, nie istniało więc ryzyko, by któryś z uczniów narozrabiał bez
jej wiedzy. Od ósmej rano, kiedy dzieci wchodziły do sali, do ostatniego
dzwonka krążyła między ławkami, kontrolując, czy wszyscy jej słuchają i czy nikt nie śpi z głową opartą o pulpit. Amos i jego koledzy rozpoczęli
tego roku naukę brajla. Otrzymali drewniane, prostokątne pudełko z przegródkami, do których mieli wkładać małe kostki, także z drewna,
odpowiadające, w zależności od sposobu ułożenia, różnym literom alfabetu
Braille'a. Następnie dzieci miały nauczyć się rozpoznawać te same litery
złożone z małych kropek powstałych po przedziurawieniu kartki.
Nauczycielka pracowała niestrudzenie, wzbudzając w swoich podopiecznych
autentyczny entuzjazm i energię. Często organizowała prawdziwe zawody,
które pobudzały zaangażowanie uczniów, a w rezultacie sprawność całej
klasy. Jednocześnie nie zaniedbywała dzieci zostających w tyle,
zwracając na nie szczególną uwagę, a niekiedy dając im dodatkową szansę
podczas zawodów, których w przeciwnym razie nigdy by nie wygrały.
Pani Giamprini była bardzo religijna, posiadała dar prawdziwej,
niezachwianej wiary, choć niektórzy uważali ją za bigotkę. Każdego
ranka, przed rozpoczęciem lekcji, zachęcała dzieci do wspólnego
odmówienia modlitwy, podobnie jak przed obiadem. Już w pierwszej klasie
zaczęła objaśniać im Biblię, a czyniła to z taką pasją, że uczniowie
słuchali jak urzeczeni, czasem zadając pytania.
Wiele lat później Amos twierdził, że znajomość Starego Testamentu,
pomijając jego ściśle religijne znaczenie, odgrywa podstawową rolę w wychowaniu dzieci, ponieważ pomaga zrozumieć życie, naszych bliźnich,
dzieje i obyczaje narodów. Osoba dobrze znająca Biblię niczemu się nie
dziwi, posiada wewnętrzną siłę i ma poczucie bezpieczeństwa.
Tamtego roku zima była mroźna, często padał śnieg. Amos z kolegami
wychodził na podwórze i bawił się w śnieżki. Zapewne z tej przyczyny
często chorował, więc umieszczano go w niewielkiej izbie chorych, gdzie
pani Eva przez całą dobę z oddaniem doglądała i pielęgnowała małych
pacjentów. Amos bardzo lubił chorować i przebywać w tym ciepłym pokoju,
bawiąc się i rozmawiając z innymi chorymi, z dala od dyscypliny
internatu oraz szkolnych obowiązków. Pielęgniarka wstawała wczesnym
rankiem i włączała duże radio, z którego płynęły miłe, relaksujące
dźwięki programu informacyjnego. Dzieci budziły się, ale leżały w ciepłych łóżkach w oczekiwaniu na podanie lekarstw. Karmiono tu
smaczniej niż w stołówce, więc małym pacjentom było przykro, gdy
wyzdrowieli i mieli podjąć normalne życie uczniów.
Wiosną bywało dużo przyjemniej. Robiło się ciepło i dzieci mogły dłużej
przebywać na dworze, a także grać w "kołek" na małym podwórzu. Wszyscy
wychowankowie internatu pasjonowali się tą grą, ponieważ pozwalała im
utożsamiać się z ulubionymi piłkarzami, którym kibicowali każdej
niedzieli, słuchając transmisji meczów z tranzystorów. "Kołek"
traktowany był tak jak piłka, pełnił tę samą funkcję, a mogła nim być
zwykła puszka lub kawałek drewna. Starsi chłopcy nieraz demonstrowali
"kołek wykonany ręką mistrza", prawdziwy luksus, składający się z pudełeczka po paście do butów z wciśniętym do środka drewnianym
krążkiem. Ta prosta zabawa wypełniała cały czas przeznaczony na
rekreację.
Pani Giamprini niekiedy organizowała wycieczkę na wieś, aby umożliwić
swoim podopiecznym kontakt z naturą i wyjaśnić rzeczy, których nie da
się poznać w klasie. Niemal zawsze udawali się do domu Orazia, dobrego
przyjaciela nauczycielki, świętego człowieka, który na skutek wybuchu i pożaru, jaki się po nim wywiązał, miał twarz oszpeconą bliznami, stracił
też obie dłonie, a mimo to zachował niezwykłą pogodę ducha i radość
życia. Był prostym, uczciwym człowiekiem, czerpiącym siły z żarliwej
wiary. W obecności dzieci czuł się szczęśliwy, uśmiechał się i chętnie
popisywał robieniem świecy, ćwiczeniem gimnastycznym polegającym na
ułożeniu ciała tak, by barki były oparte o ziemię, a nogi uniesione w górę. Miał w sobie coś ujmującego i krępującego zarazem, jakby ironię w stosunku do życia, błahych, codziennych problemów, jak również pewien
rodzaj pobłażliwości i współczucia dla bliźniego. Orazia, który doznał
szczęścia w nieszczęściu, nie da się zapomnieć.
Przed powrotem do internatu, późnym popołudniem, cała klasa była
zapraszana przez rodzinę Orazia do domu. W niewielkiej kuchni dzieci
siadały, gdzie się dało, po czym częstowano je domowym ciastem i napojami. Potem nadchodził moment pożegnania i obietnicy kolejnych
odwiedzin.
Następnego ranka wymieniano uwagi na temat doświadczeń z poprzedniego
dnia. W klasie mówiono o kwiatach, liściach, zwierzętach, narzędziach
pracy, dzięki czemu uczniowie mogli wszystko zapamiętać, przemyśleć i przyswoić za pomocą wyobraźni.
W początkach wiosny nauczycielka oświadczyła, że czas już rozpocząć
naukę pisania na serio. Pewnego ranka zamiast drewnianego pudełka dzieci
znalazły na ławkach prostokątny metalowy przedmiot, listewkę z tego
samego materiału oraz dłutko z drewnianą rączką. Pani Giamprini
pokazała uczniom, jak przymocowywać kartkę papieru do tabliczki oraz
umieszczać w górze listewkę, wyjaśniając, że znajdują się na niej dwa
rzędy prostokątnych okienek i że w każdym z nich można zrobić
maksymalnie sześć znaków. Następnie poprosiła dzieci, by zrobiły jedną
dziurkę w pierwszym okienku po prawej, jedną dziurkę u góry po prawej.
- To jest litera A - powiedziała.
W ten sposób dzieci zaczęły pisać, od prawej do lewej, aby później, po
zdjęciu kartki z tabliczki i odwróceniu jej, czytać od lewej do prawej.
Kiedy nadeszła pora pisania liczb, uczniowie otrzymali małe plastikowe
pudełko z przegródkami oraz blaszaną puszkę z kilkoma kostkami: na ich
ściankach widniały wypukłe cyfry. W systemie brajla poprzedza się je
odpowiednim znakiem i jedną z pierwszych dziesięciu liter alfabetu, od A do J, które wskazuje 0. Kostki miały jedną ściankę gładką, oznaczającą
przecinek, czyli znak, który w arytmetyce poprzedza liczby dziesiętne.
Cztery działania stanowiły dla Amosa dużą trudność, zwłaszcza dodawanie,
jako że nie mógł sobie poradzić z przenoszeniem. Łatwiej było mu
zsumować dwie liczby w pamięci, niż obliczać w sposób, jakiego wymagała
od nich nauczycielka. Przeszkodę utrudniającą chłopcu zrozumienie zasad
arytmetyki pomogła przezwyciężyć matka. Pewnego dnia, kiedy leżał w łóżku po przebytej chorobie, oznajmił, że boi się powrotu do szkoły, bo
znowu będzie musiał uczyć się liczenia, z czym radzą sobie wszyscy
oprócz niego. Pani Edi, która w swej matczynej miłości doskonale
rozumiała strach, niepokój oraz zawstydzenie syna, zdołała dokonać cudu.
Cierpliwie i z czułością wszystko mu tłumaczyła, dając mnóstwo
przykładów. Amos jakby doznał olśnienia i nagle zrozumiał. Od tej pory
arytmetyka stała się jednym z jego ulubionych przedmiotów.
Rozdział VII
W trzeciej klasie szkoły podstawowej Amos zainteresował się geografią
oraz historią, które gwałtownie rozpaliły jego wyobraźnię. Podczas
przerw często izolował się od kolegów, przemierzał tam i z powrotem salę
rekreacyjną lub jedno z trzech podwórzy, marząc o pełnym przygód i swobody życiu człowieka prehistorycznego, o domu na palach, podobnym do
tego, który wykonał z plasteliny, zgodnie ze szczegółowymi wskazówkami
nauczycielki. Wyobrażał sobie też, że powozi rydwanem Achajów,
identycznym jak ten, który podarował rodzicom w trakcie ferii
wielkanocnych. Zrobił go z brystolu i styropianu, w którym wyciął
otworki, i owinął rafią. Ta praca wymagała dużo czasu i cierpliwości, a jej efekt napawał go dumą.
To były wspaniałe dni! W początkach maja chłopcy dostali piękne kolorowe
koszulki z krótkimi rękawami oraz krótkie spodenki, a na podwórzach
internatu, skąpanych w ciepłym, wiosennym słońcu, czuło się powiew
wakacji. Na myśl o rychłym powrocie do rodzin serca uczniów przepełniała
radość, udzielając się nauczycielom i opiekunom, którzy stawali się
bardziej pobłażliwi.
Amos nauczył się liczyć wstecz. Już niedługo miał uściskać rodziców,
dziadków, brata, spotkać się z kolegami, którzy na niego czekali, żeby
podzielić się nieznanymi mu nowinami oraz wysłuchać jego opowieści o życiu w odległym miejscu, dziwnym i obcym. Na myśl o tych chwilach
chłopiec odczuwał niewypowiedzianą radość, do jakiej zdolne są tylko te
dzieci, które zbyt wcześnie doświadczyły rozłąki z ukochanymi osobami.
Maj to miesiąc szczególny, głównie w szkołach z internatem, gdzie dzięki
nowennom i pieśniom do Matki Bożej uczniowie mogli spóźnić się nieco na
lekcje, a także zyskać kilka dodatkowych przerw.
Koledzy i nauczyciele zauważyli, że Amos ma niezwykły tembr głosu,
dlatego też powierzano mu zawsze partie solowe, choć lubił także śpiewać
w chórze, ciesząc się, że jego głos góruje nad innymi. Ktoś wpadł na
pomysł, żeby zaśpiewał na uroczystości zakończenia roku szkolnego, po
komedii wystawionej przez uczniów szkoły średniej. Amos miał po raz
pierwszy wystąpić przed publicznością, bez akompaniamentu fortepianu czy
innego instrumentu, sam na scenie w sali rekreacyjnej, gdzie na
specjalne okazje ustawiano rzędy składanych krzeseł i gdzie gromadzili
się wszyscy wychowankowie internatu, nauczyciele, opiekunowie i personel, w sumie ponad dwieście osób.
Zakończenie roku szkolnego było niewątpliwie najbardziej emocjonującym i wyczekiwanym wydarzeniem. Uroczystości rozpoczynały się rano wręczeniem
nagród wzorowym i wyróżniającym się uczniom. Do obiadu każdy dostawał
kieliszek wina, podawano też deser, najczęściej budyń czekoladowy. Po
południu zaczynały się przygotowania do wieczoru, czyli najważniejszej
części uroczystości, której poświęcano dużo czasu i trudu.
Aktorów wybierano starannie spośród najbardziej utalentowanych uczniów.
Występ na scenie uważany był za zaszczyt, o który wszyscy usilnie
zabiegali.
Amos nie znalazł się w grupie nagrodzonych uczniów, co wzbudziło w nim
uczucie zażenowania. Odśpiewanie pieśni stanowiło ryzyko, ale też i okazję do rehabilitacji.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki