Kraków przełomu dziewiętnastego i dwudziestego wieku, prowincjonalne miasteczko na krańcu Galicji z fragmentami dawnych murów obronnych. Rytm dnia wyznaczały tu hejnał mariacki, doroczne święta i utarte przyzwyczajenia. Pielęgnowano w pamięci dawno utracone swobody i przywileje, jakimi cieszył się pod godłem Rzeczypospolitej Krakowskiej.
W mieście Jagiellonów celebrowano rocznice, jubileusze i pogrzeby, kochano togi, gronostaje, kontusze i insygnia. Krakowski karnawał ściągał do miasta gości z najodleglejszych miejsc, zza kordonu. Przez kilka pierwszych tygodni nowego roku tańczono w domach i wielkich salach, dla przyjemności i dla pieniędzy. "Tańcującą dobroczynnością" nazywano bale charytatywne na kolonie wakacyjne w Rabce, budowę domu dla "podupadłych rękodzielników i przemysłowców" czy bal na rzecz rekonwalescentów Szpitala św. Ludwika. W niedzielne popołudnia, po "dwunastce" w kościele, Krakowianie spacerowali po Rynku, wzdłuż linii A-B, i po Plantach, gdzie każdy - arystokraci, mieszczanie, renciści i bony z dziećmi - miał swoje stałe miejsce. Latem wyjeżdżali z miasta, a zimą odwiedzali się w domach na proszonych kolacjach i mniej wystawnych żurfiksach, nazywanych popularnie żurkami. Każda zamożniejsza rodzina mieszczańska, która chciała, wzorem arystokracji, prowadzić dom otwarty, miała określony dzień przyjęć. Schodzono się więc na wtorki, środy, czwartki, piątki, soboty i niedziele, rzadziej poniedziałki, na wieczornych herbatkach, do których podawano ciasteczka lub torty. Krakowianie kochali się w etykiecie, która regulowała życie towarzyskie i obyczajowe, przestrzegali jej skrupulatnie, bacząc na to, że każde jaskrawe odstępstwo może grozić "skutkami towarzyskimi".
I oto w tym mieście "bez niespodzianek, bez ryzyka i bez możliwości", gdzie warunki życiowe były opłakane, a młodzież w czarnych pelerynach, przesiadująca w Rosenstocku i Paonie, marzyła o wyrwaniu się do Paryża albo przynajmniej do "Widnia", narodziła się Młoda Polska i jej legenda.
Z Paryża wrócił uczeń Jana Matejki, Stanisław Wyspiański. W swojej pracowni przy Placu Mariackim malował pastele, pisał dramaty i projektował witraże. O jego Warszawiance, wystawionej na scenie miejskiego teatru jesienią 1898 roku, długo dyskutowano na krakowskich salonach; polskiej scenie dała legendarną kreację Wiarusa w wykonaniu Ludwika Solskiego i stanowiła preludium do odbioru innego dramatu, z marca 1901 roku.
Pod rządami Tadeusza Pawlikowskiego na krakowskiej scenie wystawiano dramaty Ibsena, Hauptmanna, Gogola, Maeterlincka. Występowali Ludwik Solski, Irena Pomian (wkrótce Solska), Wanda Siemaszkowa, Maria Przybyłko, Kazimierz Kamiński. W 1899 roku w Teatrze Miejskim miejsce Pawlikowskiego zajął nowy dyrektor Józef Kotarbiński.
Z Niemiec przyjechał z żoną Dagny "genialny Polak" Stanisław Przybyszewski i przejął po Ignacym Sewerze-Maciejowskim redakcję "Życia", pisma młodych, organu Młodej Polski. Tadeusz Żeleński napisał, że wraz z "Życiem" ubyło Sewerowi wielu bywalców popołudniowych herbatek, które organizował z żoną. ""Przybysz" lał do herbaty trzy czwarte koniaku, takiej konkurencji "herbaciarnia" kochanej Sewerowej nie mogła wytrzymać"1. Koniak z herbatą lał się do szklanek także w mieszkaniu Przybyszewskich na rogu Karmelickiej i Siemiradzkiego i w kawiarni Ferdynanda Turlińskiego niedaleko Teatru Miejskiego. W gromadce skupionej wokół "smutnego szatana" znalazł się też Tadeusz Żeleński, jeszcze nie literat, ale student medycyny, uważny obserwator, który po trzydziestu latach przypomniał tamten Kraków w swojej pięknej książce Znasz-li ten kraj?... I pewnie jego wspomnienia nie miałyby tej delikatnej bolesnej i nostalgicznej nuty, gdyby nie pamięć Dagny, którą głęboko kochał. Urodzona w Norwegii żona Przybyszewskiego, chłodna, skryta, tajemnicza i atrakcyjna, w romantycznej legendzie Młodej Polski była postacią tragiczną już za życia. W kraju, którego nie znała, i w towarzystwie, którego nie potrafiła zrozumieć, wygrywała swoje uczucia na fortepianie.
W lutym 1899 roku w Teatrze Miejskim Przybyszewski wygłosił odczyt zatytułowany Mistyka a Maeterlinck, połączony z przedstawieniem sztuki Wnętrze, w której wystąpili między innymi Kazimierz Kamiński, Maksymilian Węgrzyn, Maria Przybyłko, Konstancja Bednarzewska, Gabriela Zapolska i Irena Pomian. Wydarzenie zapowiadał afisz zaprojektowany przez Stanisława Wyspiańskiego, przedstawiający dziewczynkę za oknem, z twarzą i dłońmi przyciśniętymi do szyby. Pozowała mu do tego legendarnego plakatu czternastoletnia Haneczka, siostra Lucjana Rydla. "Była to epoka, gdzie wszyscy "młodzi" byli pod fascynującym wpływem Maeterlincka" - pisał Ferdynand Hoesick2.
Kazimierz Przerwa-Tetmajer wydał dotąd trzy serie Poezji, druga, zawierająca wiersze takie jak Hymn do Nirwany, Lubię kiedy kobieta czy Koniec wieku XIX, zapewniła mu spektakularny rozgłos. Jego przyrodni brat Włodzimierz Tetmajer, syn marszałka powiatu nowotarskiego, dobrze rokujący malarz, "piękny i świetny młodzieniec", ożenił się z chłopką i osiadł w Bronowicach, gdzie na plener zjeżdżała cała krakowska "malaria".
W Szkole Sztuk Pięknych (od 1900 roku Akademia) miejsce Jana Matejki kilka lat wcześniej zajął pejzażysta Julian Fałat, który zreformował uczelnię, wprowadził nowych wykładowców i nowe prądy artystyczne. Krakowscy malarze powołali do życia Towarzystwo Artystów Polskich "Sztuka", w 1899 roku na III Wystawie pokazano między innymi Czwórkę Józefa Chełmońskiego, obrazy Józefa Mehoffera, Włodzimierza Tetmajera, Władysława Ślewińskiego, Juliana Fałata. Studenci Jana Stanisławskiego, Teodora Axentowicza, Leona Wyczółkowskiego i Jacka Malczewskiego przesiadywali w Cukierni Lwowskiej przy Floriańskiej 45, którą prowadził przybyły ze Lwowa Jan Apolinary Michalik. Trudno było jednak nazwać go patronem artystów, gdyż Michalik trzymał się żelaznej zasady: "Można kupić na kredyt ubranie, fortepian, ostatecznie kopalnię węgla, ale ciastko płaci się gotówką"3. Zdania swojego nie zmienił nawet wtedy, gdy kabaretowa piosenka rozsławiła jego lokal w całym kraju.
Konserwatywny Kraków patrzył na zmieniające się oblicze miasta oczyma Stanisława Tarnowskiego. Ten "potomek hetmańskiego rodu", filar stronnictwa stańczyków, kierował Katedrą Historii Literatury Polskiej Uniwersytetu Jagiellońskiego, był prezesem Akademii Umiejętności, autorem książek z historii literatury polskiej romantyzmu i odrodzenia, współautorem słynnej Teki Stańczyka. Organem prasowym konserwatystów był znany wszystkim Krakowianom dziennik "Czas", a "czego nie było w "Czasie", tego nie było na świecie dla ówczesnego Krakowa". Tarnowski miał swój pałac na Szlaku, przy tej samej ulicy zamieszkał też Stanisław Wyspiański. Dwaj wielcy indywidualiści, antagoniści i moraliści. Pierwszy - ceniony jako pisarz i nauczyciel akademicki, portretowany przez Matejkę w purpurowej todze i gronostajach; drugi - pomieszkujący z matką swoich dzieci, stale w tarapatach finansowych, ciężko chory, skryty i nieprzystępny, "wiadomo było, że coś pisze". Tarnowski krytycznie wypowiadał się o artystach i literaturze spod znaku Młodej Polski, ale nic nie mogło już powstrzymać zmian w kulturze i obyczajowości, które przeobraziły małe prowincjonalne miasteczko w stolicę intelektualną podzielonego kraju.
Liberalna polityka Wiednia względem zaboru austriackiego sprzyjała sztuce, kulturze, karierom i awansom. Polacy piastowali też stanowiska urzędnicze w monarchii austro-węgierskiej. W mieście uniwersyteckim wyodrębniła się nowa warstwa społeczna, rekrutująca się z zamożnego, wykształconego mieszczaństwa związanego ze środowiskiem akademickim. Profesorowie i wykładowcy stanowili ogniwo pośrednie między arystokracją a obywatelami miasta. Studia odbywali na macierzystej uczelni, dla dalszego kształcenia wyjeżdżali do Wiednia, Berlina i Paryża, skąd wracali, aby zasilić kadrę krakowskiej Alma Mater i wejść w szeregi krakowskich rajców. Profesorowe, doktorowe i radczynie, pod patronatem "pań z towarzystwa", udzielały się w towarzystwach, kołach i stowarzyszeniach. W swoich domach wydawały popołudniowe herbatki, proszone kolacje i wieczorki tańcujące, na których bywali koledzy uniwersyteccy mężów, lekarze, prawnicy, księża. Domy profesorskie - jak wspominała Zofia Muczkowska - tworzyły z reguły zamknięte i ekskluzywne grono znajomych, a choć towarzystwo rekrutowało się spośród intelektualistów, nie gardzono tam dobrą krakowską ploteczką. "Najmilszy świat, dla niego wciąż będę tęsknił za Krakowem! Jak zawsze, krążą tam anegdotki, ploteczki, złośliwości, w których celują ci magowie, tak często zmuszeni ukrywać uśmieszek pod maską powagi. Toga profesorska - w Krakowie przynajmniej - ma jeszcze coś z sukienki kapłańskiej" - pisał po latach Tadeusz Żeleński4.
I oto teraz wszyscy, piórem, zabawą i modlitwą, szykowali się na koniec wieku. Ostatni dzień grudnia gromadził w krakowskich świątyniach tysiące ludzi. "Pomimo wszelkich naukowych dowodzeń, ogół nie chce się pogodzić z tą myślą, że wiek XIX jeszcze się nie skończył. Toteż wczoraj obchodzono wszędzie "koniec" wieku, który ma jeszcze trwać cały rok"1* - donosił 3 stycznia 1900 roku "Czas".
Wątpliwości, zniechęcenie, przepowiednie, strach przed tym, co przyniesie przyszłość, wreszcie - baczne śledzenie konfliktów w Europie, oczekiwanie i nadzieja, że coś się zmieni, oto, z czym wchodził Kraków w nowy wiek.
RODZINA
To była zamożna, szanowana rodzina mieszczańska, na pozór niewyróżniająca się z kręgu ludzi związanych ze środowiskiem akademickim, podział ról w tym domu także nikogo nie gorszył. Stanisław Pareński, profesor uniwersytetu o ugruntowanej sławie, doświadczony internista, prowadził dochodową praktykę lekarską. Jego żona, Eliza, dla przyjaciół "pani Liza", dla innych "siwa pani", przystojna, inteligentna, wykształcona, otaczała się służbą, niańkami i bonami. Pareńscy byli zamożni i wspaniałomyślnie przeznaczali część swojego majątku na filantropię. Kwoty, które przekazywali na dożywianie, opiekę nad najmłodszymi czy kolonie zdrowotne, były zawsze akuratne. Obydwoje wiedzieli, ile należało dać, aby nie zostać posądzonym o przysłowiowe centusiostwo lub niepotrzebną rozrzutność. Dzięki pieniądzom małżonka pani Liza mogła udzielać się towarzysko - dawać cotygodniowe żurfiksy, parzyć herbatę w samowarze, piec torty i ciasteczka lub podawać ptifury od samego Maurizia.
Ale w utrwalonym mieszczańskim modelu coś od początku zgrzytało, coś wyłamywało się z konwenansów. Gospodarz cenił sobie wielce towarzystwo kolegów uniwersyteckich, ale wieczory spędzał wśród artystycznej cyganerii przesiadującej w jego domu do późnej nocy. Gospodyni piekła sumiennie mazurki, torty z dwunastu jajek, obwarzanki migdałowe i pączki, ale oprócz herbaty serwowała słodkie wino i czytała "obrzydliwe" francuskie romanse.
Wzorem utytułowanych pań z towarzystwa kolekcjonowała obrazy, ale jakie! "Schodzono się oglądać te wariactwa i przez naturalną selekcję - ile że te obrazy jednych przyciągały, drugich wystraszały - dom, przedtem mieszczański, zmienił się w salon artystyczno-literacki" - wspominał Tadeusz Żeleński5.
Kłaniano się profesorowej nisko, bo znali ją wszyscy, ale czujne oko mieszczańskiej cenzury ścigało ją bezlitośnie. Krakowskie matrony nie widywały owej damy na nabożeństwach odprawianych o północy w wigilię nowego roku, na domiar złego - szeptano sobie, że jest "luterką".
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki