Muzeum porzuconych sekretów - Oksana Zabużko

Kup ebooka

39.99 zł
35.99 zł (23,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
 
 

Mamie i Rostykowi

Chcesz wiedzieć, co z nami? Czekaj na nas.

 

Napis z 1952 roku na ścianie celi w lwowskim więzieniu KGB (od 2009 kompleks muzealny Więzienie na Łąckiego)

 

Objekte, die außerhalb ihrer ursprünglich Funktion eine Zeit lang im Erdboden oder in Gewässern lagern, werden zu archäologischen Kulturgut. Sobald sie ausgegraben werden, beginnt ihre "moderne" Historie.

Bei den Bodenlagerung treten [...] häufig unterschiedliche Schäden an der verschiedenen organischen und unorganischen Materialen auf. [...] Die Präventive Konservierung sorgt dafür, dass die unterschiedlichen Materialen die optimalen Lagernungsbedingungen erhalten, damit die Schädigung nicht weiter fortschreitet.

Aus der Ausstellung "KulturGUTerhalten. Restaurierung archäologischer Schätze an den staatlichen Museen zu Berlin".[1]

Berlin, Altes Museum, 27.03 - 1.06.2009

 
 
 
Sala I
"I tyle!!!"

Potem przychodzi kolej na fotografie. Czarno-białe, wypłowiałe do sepii, karmelowobrązowe; niektóre na grubym gofrowanym papierze z białymi brzegami w ząbki, jak mereżka przy kołnierzu szkolnego mundurka - epoka sprzed Kodaka, epoka zimnej wojny i materiałów fotograficznych produkcji krajowej, zresztą wszystkiego produkcji krajowej, a kobiety na zdjęciach poupiększały się takimi samymi gigantycznymi stożkami koków, tych idiotycznych podkładek z martwych (a często pewnie jeszcze cudzych, fe, paskudztwo!) włosów i mają na sobie takie same nieforemnie prostokątne, sztywne z wyglądu sukienki, jak bohaterki filmów Andy'ego Warhola czy, dajmy na to, Anouk Aimée w Osiem i pół (ją przynajmniej mogły, choćby teoretycznie, zobaczyć - odstać pięć godzin w kolejce, w festiwalowej ciżbie, by w końcu przedrzeć się do sali, mokre i szczęśliwe, z poprzekrzywianymi na bakier kokami i różnobarwnymi, ciemnymi półkolami pod pachami białych bluzek, pod które zakładało się kolorowe halki - krajowej produkcji, pewnie, co kto miał najlepszego: błękitne, różowe, lila, ale bielizny na zdjęciu nie widać; zresztą tych mokrych półkoli ani zapachu tamtych kolejek, jeszcze nieobznajomionych z dezodorantami, za to gęsto obsypanych pudrem i różem, wyperfumowanych jakimś "Indyjskim sandałowcem" z fabryki Czerwona Moskwa albo w najlepszym razie polskim, równie słodkawo-mdłym "Być może..." na tle różnorodnego chóru rozgrzanego kobiecego potu też nikt już nie odrestauruje - a na zdjęciach, wystrojone i świeżo przyczesane, spokojnie mogą uchodzić za rówieśnice Anouk Aimée, żadnej żelaznej kurtyny stąd, z odległości czterdziestu lat, już nie widać...) Wiesz, co sobie właśnie pomyślałam? Że kobiety w ogóle są mniej podatne na zmiany klimatu politycznego - wskakują w nylonowe pończochy, a potem i w deficytowe rajstopy, i starannie wygładzają je na nodze, kompletnie nie zwracając uwagi ani na zabójstwo Kennedy'ego, ani na czołgi na ulicach Pragi - i dlatego prawdziwą twarz kraju określają mężczyźni, przynajmniej tego poprzedniego. Pamiętasz ich czapki? Takie identyczne, jak od munduru, futrzane uszanki?

"Pyżyki", o właśnie, tak się na nie mówiło; po żołniersku sformowane szeregi czerniejących w milczeniu "pyżyków" na trybunie Mauzoleum, siódmego listopada, nie wiedzieć czemu w rocznicę rewolucji październikowej zawsze padał deszcz, i to ze śniegiem, jakby sama przyroda była w żałobie, a przed trybuną rządową na maszerujących pokrzykiwali, jak kapo na więźniów, zdenerwowani porządkowi po obu stronach kolumny - należało iść bez parasoli, w tym śniegu, żeby nie psuć ujęć telewizyjnych - kolorowych telewizorów też przecież jeszcze nie było, nie zdołał jeszcze krajowy przemysł aż tak dogonić Zachodu - ale skąd, były, zaprzeczasz, już w latach siedemdziesiątych to nie było dziwowisko, tylko towar deficytowy, i drogie jak cholera... Dobra, lećmy dalej - ten poważny bobas w paputach z pomponami to kto, też ty?... A kto cię trzyma na kolanach - babcia Lina?... (Niezwykłe zdjęcie, wciągające, trudno wzrok oderwać - może dlatego, że kobieta na nim widoczna, właśnie gdy fotograf nacisnął migawkę, spojrzała w dół, na malucha, z tym opiekuńczym i równocześnie rozjaśnionym wyrazem twarzy, z jakim wszystkie kobiety świata biorą na ręce niemowlęta, nieważne, swoje czy nie - a my, po tej stronie obiektywu, wciąż czekamy, aż znów podniesie na nas oczy: efekt, jeśli przyglądać się dłużej, niezbyt przyjemny, zwłaszcza kiedy wiadomo, że tej kobiety od kilkunastu lat nie ma wśród nas i nigdy już się nie dowiemy, jakim wzrokiem by na nas spojrzała, jak mrugnęłaby w tamtej chwili powiekami...)

...Zupełnie jakbym nie miała dość własnych duchów - niewyblakłych, wciąż jeszcze karmelowych, soczyście brązowych twarzy, pocętkowanych regularną ospą tego waflowego rastra, z którym dziś tak naprawdę nie radzi sobie żaden fotoszop - przy obróbce komputerowej te zdjęcia więdną, jak wiersze przy przekładzie z jednego języka na drugi, i na ekranie zyskują dziwnie żałosny wygląd, jakby zostały świeżo wyjęte z wody i powieszone do suszenia na niewidzialnym sznurku. W pewnym sensie to podniesiony z dna czasu podświadomy stereotyp postrzegania: leżeli sobie gdzieś tam, zagrzebani w mule lat, a my oto wydobyliśmy ich na światło dzienne - uszczęśliwiliśmy czy jak?... Doprawdy, ciekawe, skąd u nas, chciałoby się spytać, ta niezmienna wyższość w stosunku do przeszłości, to niezmienne, ślepe i głuche przekonanie, że my, dzisiaj, stanowczo mądrzejsi jesteśmy od nich, wczorajszych - z tego jednego jedynego powodu, że znana jest nam ich przyszłość, że wiemy, czym skończy się ich życie?... (Niczym dobrym!) To jak w stosunku do małych dzieci: mentorski ton, pobłażliwość. I tak samo jak dzieci, ludzie z przeszłości zawsze wydają się nam naiwni - pod każdym względem, od garniturów i fryzur do sposobu myślenia i odczuwania. Nawet wtedy, gdy ci ludzie to nasi bliscy. Dokładniej, kiedyś nimi byli.

O czym tak myślisz?

Nie wiem. O nas.

Oto, czym różni się małżeństwo od wszystkich, nieważne, jakim ogniem płonących, kochań i zakochań: obejmuje ono obowiązkową wymianę duchami. Twoi zmarli stają się moimi i wzajemnie. Lista imion, podawanych w cerkwi na mszy za dusze zmarłych w Wielki Czwartek, tę Wielkanoc umarłych, wydłuża się: Anatolij, Ludmyła, Odarka, Ołeksander, Fedir, Tetiana - dotąd jak zawsze, ale dalej pojawiają się, niczym nowa grupa instrumentów w drugiej części symfonii, niskim dźwiękiem wiolonczeli, z kontrabasowym, głębokim przydechem andante: Apolinaria, Stefania, Ambroży, Włodzimiera; brzmią jak imiona innego narodu, ale może ten naród rzeczywiście był inny, wszak wszyscy Talimonowie i Lampie, Porfowie i Tekliny, których życie zerwał 1933 rok na Kijowszczyźnie i Połtawszczyźnie, też raczej przywodzą na myśl pierwszych chrześcijan aniżeli krewnych oddalonych od nas raptem o dwa-trzy pokolenia, ówczesne katolickie imiona z zachodu Ukrainy w porównaniu z nimi jeszcze pobrzmiewają żywym, choć nieustannie słabnącym echem - na razie wciąż jeszcze ma kto powiedzieć: to mój wuj, to mój dziadek, zmarł na Syberii czy wyemigrował do Kanady - w tym miejscu ty, z tym niewidzącym, nostalgicznym uśmiechem, który rozlewa się po twarzy powoli, łagodnie, jak mleko po blacie, zaczynasz wspominać, jak na początku lat osiemdziesiątych twoja rodzina nieoczekiwanie dostała z Kanady paczkę od takiego właśnie, dziesiąta woda po kisielu, wujka - KGB nie wiedzieć czemu przepuściło, może w przeczuciu swojego bliskiego końca, a może już im zawziętość osłabła, wszystko zresztą w tamtym kraju opadło i zwiędło przed finałem - prawdziwa paczka z Kanady, i to nawet nie kwiecista chustka z tych, którymi nie wiedzieć czemu diaspora niezmiernie szczodrze wówczas Stary Kraj zasypywała, ale - dżinsy, matko jedyna: pierwsze twoje levisy, i do nich jeszcze dżinsowa koszula, a w sklepie walutowym rodzice kupili ci prawdziwe adidasy i torbę Adidasa, i tak chodziłeś do szkoły - i przez mgnienie oka prawie czuję ból, do gorącego skurczu w splocie słonecznym, od bezsensownej, z perspektywy czasu, nastoletniej zazdrości, zupełnie jakby mnie też ten pokazany przez ciebie obraz nagle strącił, jak z drabiny, ze dwadzieścia lat w dół, i przyrastam tam do ławki, niezdolna oderwać oczu od najbardziej niedostępnego chłopaka w klasie, a ty na mnie nie patrzysz - ty mnie ówczesnej, usianej pryszczami, z mysim warkoczykiem prymuski na ramieniu, nawet byś nie zauważył, chyba że grzecznie ustępując drogi: tacy dopieszczeni wczesnymi sukcesami chłopcy z dobrego domu zawsze są grzeczni, bo nie muszą zwracać na siebie uwagi wygłupami, w ogóle sukcesy życiowe lepiej niż cokolwiek rozwijają w ludziach przyjazność - tę powierzchowną, akuratną jak temperatura ciała, która nie przepuszcza żadnej agresji - co prawda współczucia też nie przepuszcza... To porażające, mówię na głos, kręcąc głową, ale ty nie rozumiesz, nie idziesz ze mną w nogę, ciągniesz swoje, mimochodem przyłączając moją replikę, niczym krótkie, urwane oklaski, do swojego ówczesnego powodzenia u dziewcząt, wrzucasz ją z cichutkim brzękiem do szuflady sprzed dwudziestu lat, i zostajemy tam, gdzieśmy byli - każde przy swojej szufladzie, nie mówię już o mieszaniu ich, kiedy nawet ich razem nie zsunęliśmy, i to właśnie miałam na myśli, mówiąc "porażające" - że jak niby, do licha, można wymienić się rodzinnymi duchami, wydać wzajemnie za siebie te zanikające w głębinach czasu długie szeregi zmarłych-z-obu-stron, jeśli nawet siebie przedwczorajszych - tego chłopca i tej dziewczyny, którzy kiedyś będą zakochiwać się w innych dziewczynach i chłopakach i nie spać nocami w różnych miastach, nie podejrzewając jeszcze wzajemnie swojego istnienia - nawet ich pożenić się nie udaje?... A najgorsze jest to, że oni nigdzie nie zniknęli, ani tamten chłopczyk, ani tamta dziewczynka, skoro ja, na przykład, wciąż bywam tak idiotycznie zazdrosna o twoją szkolną miłość - nieważne, że poznałyśmy się z nią w czasie jak najbardziej już teraźniejszym i to spotkanie zasadniczo powinno raz na zawsze zamknąć dla mnie ten temat, bo teraz porównanie zdecydowanie wypada nie na jej korzyść: wyrosła z niej dość ponura babka, średnio sympatyczna, tłumokowata z wyglądu i grubokoścista, typ niegdysiejszych inżynierek-projektantek, które teraz stoją po bazarach z używanymi ciuchami, w dodatku z tymi głęboko osadzonymi oczami, które z biegiem lat dają coraz silniejsze wrażenie czy to wiecznego zapłakania, czy to równie chronicznego zapoju, i porządnie postarzają swoją właścicielkę - w dodatku nawet nie uśmiechnęła się do mnie, kiedy nas sobie przedstawiano, co wskazuje na to, że jak na razie jej doświadczenie życiowe niespecjalnie sprzyjało pielęgnowaniu dobroduszności, niewykluczone, że ta pierwsza szkolna miłość pozostaje dla niej jedynym jasnym promykiem, powinnam więc raczej zwyczajnie jej pożałować, po kobiecemu i po ludzku - ale za diabła się nie udaje; nie udaje się, bo jednak nie mam pewności, którą z nich w niej widzisz: dzisiejszą czy ówczesną, obraz z drugim dnem, z przenikającym epoki podświetleniem z innego wymiaru, a wtedy w ostatecznym rachunku tracę przewagę, bo jestem dla ciebie tylko sobą dzisiejszą, jakby ściągniętą na płasko heblem z jednego jedynego rocznego słoja, nawet jeśli ten słój wydaje się taki nadzwyczajny...

Wróbelku mój... Ty moja dziewczyneczko...

Dziewczyneczko?

W dotyku twoje ciało jest jak u dziewczynki. To niesamowite.

Co właściwie?

Że się tak zachowało.

Chamulek z ciebie.

Ano chamulek - zgadzasz się ochoczo, przewracając mnie na plecy, zdolność twoich rąk do wydobywania z mojego ciała tylko dla mnie słyszalnych dźwięków, tak różniących się wysokością i barwą (trochę jak u minimalistów, jak u Philipa Glassa, ale na takim tle Glass to prostak, jemu taka paleta nawet by się nie przyśniła...), po raz kolejny zmusza mnie do zmiany sposobu słuchania: zamknąć oczy, całkowicie skoncentrować się na wybuchających po wewnętrznej stronie powiek obrazach jak na koncercie symfonicznym - najpierw powoli, jakby pod wodą, zaczynają poruszać się blade pędy latorośli, rzeźbione z płynną elegancją japońskiej grafiki, potem - jak wyskok na powierzchnię - tropikalnie nasycona szmaragdowa zieleń, która nieustannie ciemnieje, kurcząc się i twardniejąc do granicy bólu sutka, i właśnie w tej chwili, gdy za moment krzyknę, bo naprawdę już sprawiasz mi ból, ucisk znika, przechodzi we wszechobecną pieszczotliwą powódź, i nad horyzontem zwycięsko wstaje okrągłe, ogniście pomarańczowe słońce! - z zachwytu śmieję się w głos, cała już niczym żywe gliniane naczynie, muzyczna rzeźba pod rękami mistrza; po uwerturze jeszcze nie bije się brawa, mówisz gdzieś z ciemności, jakby już z mojego wnętrza; twoje ręce nie ustają w ruchu, bezlitosna dokładność, że też Bóg daje takie dary, i umierać zaczynam, jak zwykle - jak ty to robisz? - jeszcze zanim, zanim wejdziesz i całkowicie mnie sobą wypełnisz, nie zostaje ze mnie nic ponad rozgrzaną na wskroś łagodnym blaskiem wdzięczności płynną i ruchomą formę, w którą mieścisz się ty cały, do ostatku, z rozpaczliwą siłą aż nieżywej już przyrody, zwycięskiego ognia-i-twardości, och ty, ty, ty, mój jedyny, mój bezimienny (w tych chwilach nie masz imienia - jak nie ma go żadna z wielkości nieskończonych...), pierwotny wybuch, rozbłysk nowo narodzonych planet, chmury, krzyk - jasne, że to jest szczęście, że mieliśmy niewiarygodne, nieprawdopodobne szczęście, aż strach pomyśleć, czym zasłużyliśmy i jaki będzie za to rachunek, pomyśl tylko, mamroczę, cudownie ociężała i wciąż mocno wtulona nosem, jak szczeniak, w mokrą od potu, swojsko-korzennie (cynamon? kmin?) pachnącą męską szyję, miliony ludzi żyły na świecie i nigdy nie zaznały czegoś podobnego (chociaż skąd właściwie mielibyśmy to wiedzieć? Ale z jakiegoś powodu szczęśliwi kochankowie zawsze mają tę niewzruszoną pewność, że im pierwszym od stworzenia świata coś takiego się przydarzyło...) - i dlatego, ma się rozumieć, nie ma w końcu żadnych powodów (a jeśli nawet były, to zmyła je oceaniczna fala), żadnych, no pewnie, podstaw, by cofać taśmę i od nowa deliberować nad tą "dziewczyneczką", nad tym, że w tobie, tylko ostatnia oślica by nie pojęła, wciąż trwa ta mozolna, górniczo uparta praca - dokleić, doszyć mnie, według kompletu odczuć, z pamięcią dotyku włącznie, bezpośrednio do swojej pierwszej miłości. (Zadanie w takiej chwili, z celowym cynizmem, pytania w rodzaju: a ty co, specjalista od uczennic? wielbiciel nimfetek? skąd takie porównania? oznaczałoby tak samo nieostrożną interwencję w te podziemne prace pamięci, jak wołanie na lunatyka idącego skrajem dachu, z podobnym ryzykiem, że obudzony spadnie i się połamie - nie, niech już będzie, jak jest, nie będę na oślep dłubać w cudzej głowie...)

Właściwie powinnam się czuć mile połechtana, czyż nie? Albo przynajmniej uspokojona: jakąż bowiem trwalszą gwarancję miłości wieczystej może dać kobiecie mężczyzna, niż właśnie podłączyć ją (termin elektrotechniczny, wszyscy przecież bywamy gdzieś podłączani, ale nie pozostajemy dłużni, też na żywca lutujemy zaciski, obwijamy różnymi warstwami izolacji, póki - łup! - nie strzeli krótkim spięciem...) do tych najpierwszych obrazów kobiety, na beton zastygłych w wyobraźni - mamy, siostry, dziewczynki z sąsiedniej ławki?... Szanowne panie i siostry, kochajmy swoje teściowe, to nasza bezpośrednia przyszłość, kobiety, którymi staniemy się za jakieś trzydzieści lat (bo inaczej ukochany by nas zwyczajnie nie dostrzegł, nie rozpoznał). Kochajmy swoje rywalki, dawne i obecne: każda z nich ma w sobie coś z nas, coś, czego same w sobie zazwyczaj nie dostrzegamy i nie cenimy, co jednak dla niego okazuje się właśnie najważniejsze... Niech to diabli, czy ja naprawdę mam cokolwiek wspólnego z tą naburmuszoną babą o smoliście czarnych oczach?

A przecież to dopiero początek, Boże mój. Dopiero początek.

Apolinaria, Stefania, Ambroży, Włodzimiera (a jakie zabawne te kapelusiki z lat dwudziestych minionego już wieku, takie obcisłe, nasunięte po same brwi kociołki, obwiązane jedwabnymi szarfami - po blasku widać, że to jedwab, na zdjęciu nie matowieje - wąziutkie ronda, okrągłe główki, a na nogach, nawet latem, obowiązkowo pończochy, ależ te bidule musiały się pocić, aż strach pomyśleć!...) - przekładanie zdjęć to zarazem witanie się wzrokiem z nimi wszystkimi - nieważne, że wszyscy są martwi. To znaczy, tym gorzej dla mnie.

Bo nie tylko ja na nich patrzę - oni też patrzą na mnie. W pewnej chwili odczuwam to tak samo dogłębnie i bez logicznego wytłumaczenia (nawet tobie nie zdołałabym wytłumaczyć!), jak kiedyś, wiele lat temu, w soborze Sofijskim, do którego przybiegłam wprost z bezsennej nocy, rozstrojona nie tyle nawet przez wydarzenia, ile - znacznie silniej - przez przeczucie pierwszych ogromnych przemian życiowych, zbliżających się równocześnie ze wszystkich stron i zapowiadających koniec młodości - kasa właśnie się otworzyła, byłam pierwszym gościem, sam na sam z dźwięczną, wyczekującą ciszą świątyni, gdzie każdy krok po strasznej metalowej podłodze wybrzmiewa aż na chórze - i stojąc tak na dnie ciemnomiodowego półmroku, na poły przytomnie zapatrzona w ukośny snop słonecznego pyłu, nagle poczułam jakby uderzenie w pierś: z fresku na przeciwległej ścianie bocznej nawy patrzył wprost na mnie, składając suche orzechowe dłonie, siwobrody mężczyzna w błękitnym, fałdzistym płaszczu do ziemi - lekko zawirowało mi w głowie, jakby od wewnętrznego dotyku puszystej łapki, jakiś drżący błysk poruszył powietrze, coś się zmieniło, podeszłam na krok, ale mężczyzna patrzył już w inną stronę: jakiś mnich czy bojar, zmroczniała od upływu czasu twarz o tej typowo ukraińskiej, wyrazistej, ale równocześnie miękkiej jak w starych górach rzeźbie, którą i dziś jeszcze łatwo odnaleźć na przykład wśród handlujących na kijowskiej Besarabce[2], i tylko oczy, nieporuszenie ciemne, nabrzmiałe wszechwiedzą, ciążyły nad nią, jakby nie mogły się pomieścić, i wydawało się, że jeszcze moment i znów zwrócą się ku mnie. Nie wytrzymałam, odwróciłam się pierwsza, i wtedy ujrzałam to, czego nie widziałam nigdy wcześniej: katedra była żywa, zamieszkana przez ludzi - na wszystkich ścianach i sklepieniach tak samo milczeli wyblakli, rozmyci przez wieki kobiety i mężczyźni, i każde z nich miało oczy tak samo nietutejsze, nabrzmiałe eklezjastycznym smutkiem wszechwiedzy; wszystkie te oczy widziały mnie, stałam jak na oczach tłumu, tyle że tłum ten nie był obcy: przyjmowali mnie tak życzliwie i przyjaźnie, jakby wiedzieli o mnie wszystko, znacznie więcej, niż sama wiem o sobie - i wśród tego powolnego tajania, grudką masła w ciepłej wodzie, w ich wszechobecnych spojrzeniach (trudno powiedzieć, ile to trwało, bo czas stanął w miejscu) znienacka odsłoniło się przede mną, jak najbardziej oczywista rzecz na świecie, że ludzie ci żyli nie tak po prostu tysiąc lat temu, ale że żyli cały ten tysiąc lat, wchłaniając wzrokiem wszystko, co działo się przed nimi, i oczy ich stanowiły czystą kwintesencję czasu - gęsty roztwór, ciasno, jak ściśnięte jądra atomów, sprasowane esencje millenium.

I stałam przed nimi ja, śmiertelniczka - ledwie osiemnastoletnia, nawet, szczerze mówiąc, kobietą jeszcze wtedy nie byłam (niedługo potem się to właśnie stało!), więc może był to przebłysk z gatunku tych, które literatura teologiczna klasyfikuje jako widzenia dziewic albo coś w tym rodzaju - w każdym razie nigdy później, w żadnej z tysiącletnich świątyń, ani na Akropolis ateńskiej, ani na nagim płaskowyżu Świątyni Jerozolimskiej, ani w Ogrodzie Oliwnym - nigdzie więcej ci widzialni czy niewidzialni, którzy przez wieki tam zamieszkiwali, nie uznali mnie za swoją: wszystko, co tam czułam, nawet jeśli udało się zostać z nimi sam na sam, to ich przyczajenie - nie groźne czy odpychające, ale podobne do wstrzymanego oddechu, słowami można to oddać mniej więcej tak: "Czego szukasz, kobieto?". Muszę przyznać im rację: rzeczywiście, gdzie mi do nich? Kobieta, gdy raz przyjmie mężczyznę, w nieunikniony sposób przechodzi do innej sfery przyciągania - sama wpada w czas, jak w grząski strumień, całym ciężarem swego ziemskiego ciała, z macicą i przydatkami, tym żywym chronometrem, włącznie - i czas zaczyna płynąć przez nią już nie w czystej postaci (bo w czystej postaci w ogóle nie płynie - stoi nieporuszenie, jak wtedy w Sofii: jednolitym jeziorem podświetlonego ciemnomiodowego półmroku...), ale tak samo ucieleśniony - w rodzie, rodzinie, w nieskończonym chromosomowym sznurze umierającego i powracającego, pulsującego śmiertelnym ciałem genotypu - w tym, co w ostatecznym rachunku, z braku lepszego określenia, zwykło się nazywać ludzką historią. Jak w chemii - atomy łączą się... nie, wskakują! w cząsteczki: odskoczyć, żeby spojrzeć na nie z boku, już się nie da. Byłabyś wstąpiła do klasztoru - o, wtedy proszę bardzo.

I nie wiem teraz, co robić z tym nowym wrażeniem: patrzą na mnie ze starych fotografii tak, jakbym była im coś winna, i naprawdę kurczę się w sobie i niknę pod ich ciężkimi spojrzeniami, tak samo daleko wybiegającymi poza granice tamtej, uchwyconej na zdjęciu chwili, niepewna, czego właściwie ode mnie oczekują (tak jakby nie do końca mi ufali, przyglądali się, czy na pewno nadam się ich rodzinie na synową i na ile w ogóle poważne mam zamiary - Boże, co za głupoty pchają się do głowy...) te kobiety w kapelusikach-kociołkach i prostych sukienkach z obniżonym stanem, pocętkowanych błyskami słonecznego światła (pogodny letni dzień, w tle widać drzewa, które wciąż jeszcze mogą tam rosnąć, i zdyszanego psa z wywieszonym jęzorem), zapięci na wszystkie guziki wysportowani chłopcy w podkolanówkach i bryczesach, mężczyźni z czarnymi wąsikami przypominającymi przysiadłego motyla, które później zyskają nazwę "hitlerowskich" (ale Hitler jeszcze nie doszedł do władzy i za Zbruczem też jeszcze nie zbierają na stosy uschniętych za życia trupów, i Łemyk jeszcze nie strzelał do konsula Majłowa, a Maciejko - do ministra Pierackiego...[3]) - i powojenne, w bez porównania nędzniejszych już ubraniach; ci, którym udało się przeżyć, niedobitki albo lepiej, po angielsku - survivors, czyli ocaleńcy (jakby lepiej brzmi, nieprawdaż?); a propos, tu jest malutkie zdjęcie z zesłania, z niskimi, przytłaczająco podobnymi do siebie sopkami na horyzoncie (Kołyma? Zabajkale?...), na pierwszym planie chłopiec, dotknięty już nie sportowym, ale zupełnie plebejskim, od nadmiernego wysiłku, wychudzeniem, ubrany w workowatą marynarkę z dziwacznymi ramionami "na Terminatora", i młoda kobieta z lokami jak u pudla, też z watowanymi ramionami, śmieją się do obiektywu, głowy przysunęli blisko siebie, a ręce oboje trzymają za plecami, jakby wciąż jeszcze na rozkaz enkawudzisty, ale śmieją się szczerze, całymi twarzami, otwarcie się cieszą, a z czego tam - zapytać by - można się było tak cieszyć?... (W układzie zmarszczek wokół ust mężczyzny boleśnie przebłyskuje coś znajomego, jak déja vu albo sen, którego nie można sobie rano przypomnieć, musiałam widzieć u ciebie taki sam wyraz - mgnienie na twarzy, błyskawiczny podmuch z tamtego świata: przemknęło i nie ma, pozdrowienie od nieboszczyka, który co najwyżej w taki sposób może jeszcze czasem o sobie przypomnieć, i kiedy się dobrze przyjrzeć - a czym mianowicie, twoim zdaniem, ja się tutaj cały czas tak nienasycenie zajmuję - to w wielu twarzach można dostrzec coś twojego - coś nieuchwytnie innego, ale wspólnego dla nich wszystkich, jakby padająca na nich plamami poświata niewidzialnej lampki wyłapywała cię to w przypadkowym załamaniu rysów, to w ruchu głowy: już prawie, prawie - ale znów tylko prawie, i sen nierozpoznawania trwa, i pomaleńku koszmarnieje, jakbym goniła uciekającą zjawę...) To mój dziadek stryjeczny, przedstawiasz mimowolnie uroczystym tonem, a może tylko mi się zdaje; tłumaczę w myślach: stryjeczny, czyli brat dziadka ze strony taty, usta rozciąga mi głupkowaty uśmiech grzecznej dziewczynki, która stara się przypodobać dorosłym, bardzo mi miło - i nagle wzrok przesłania oślepiająca, rozedrgana zasłona łez, pospiesznie przełykam je i wymruguję, żebyś nie zauważył - jak wszyscy synkowie swoich mamuś, automatycznie odbierasz kobiece łzy jako wyrzut pod swoim adresem, twoja twarz momentalnie ciemnieje, jak od uderzenia, jakby oprócz ciebie nie istniały na tym świecie inne powody kobiecego płaczu - wybacz, kochanie, ale nie mogę dłużej wytrzymać tego dreszczu bezrozumnej, wszechogarniającej czułości, która zalewa mnie jak krwotok, tego wewnętrznego, w trzewiach rosnącego żalu - czy to do zmarłych, ich niesłyszalnej stąd rozmowy i śmiechu i ich szczególnie boleśnie przenikliwej dziecięcej niewiedzy o czekającym ich nieprzeniknionym mroku, a może też żalu nad nami obojgiem - dwojgiem sierot porzuconych na pastwę losu, jak Jaś i Małgosia w ciemnym lesie, dwojgiem samotnych niedonosków, wyrzuconych na brzeg nowego stulecia nadludzkim wysiłkiem tylu straconych pokoleń mężczyzn i kobiet, którzy w ostatecznym rachunku tyle raptem osiągnęli, że wydostali nas na świat, i z tego powodu należą się im pośmiertne gratulacje, bo przecież większości ich rówieśników nawet to się nie udało... No nie płacz, no co ty (z pociemniałą jak od uderzenia twarzą i natychmiastowym odruchem - przygarnąć mnie do piersi, pogłaskać po głowie, uspokoić...) - już nie będę, przepraszam, już. Idźmy dalej, do lat sześćdziesiątych z ich kokami i płaszczami z ortalionu, do tego, co przebłyskuje już w żywej dziecięcej pamięci nie dwuwymiarową fotografią, ale całkowicie przestrzennie, z dotykiem i zapachem, pamiętam, jak strasznie szeleścił taki płaszcz, kiedy my, dzieci, chowaliśmy się pod nim w szafie, oj, i takiego zajączka miałam, w kusych porteczkach i żabocie z koronką! tylko nie pamiętam, co robił, kiedy się go nakręciło - uderzał w bębenek?...

...Najwyraźniej wciąż tkwię w roli dziewczynki - a w roli dorosłego tym razem ty: rzecznik wszystkich swoich zmarłych. Naprawdę, jakbyś nad nimi wydoroślał, i nie przypominasz już tego wielkouchego dryblasa, którego zamaszyste, jakby na wyrost mierzone kroki zawsze odprowadzam wzrokiem z okna, póki nie zniknie za rogiem - jakbym odwijała nić z niewidzialnego kłębka, tylko ta nitka wychodzi ze mnie, z wnętrza, jak z jedwabnika... Czasem ogarnia mnie przy tym niemal macierzyńska duma, jakbym to ja cię urodziła, takiego starannie skrojonego, z taką hojną giętkością ruchów - poprzednie pokolenie "wzorowych chłopców", tych radzieckich, co to "pionier, komsomolec, potem komunista", i tak właśnie z nimi było, ruszało się inaczej, sztywniej, z ołowianą, żołnierską mechanicznością przyszłych posiadaczy pyżyków, która do dziś tak rzuca się w oczy na dowolnym lotnisku międzynarodowym, że można w ciemno podejść i zagadnąć po rosyjsku, może dlatego od dziecka nie znosiłam tych "wzorowych", a nieprzeparcie ciągnęło mnie - prymuskę z kokardami w warkoczach - do szpanerów. Tyle że ty, rzecz jasna, nie jesteś szpanerem i nie ma cię do kogo porównać - w czasach mojej młodości nie było takich chłopców, nie wyrośli jeszcze. Chyba tu właśnie jest powód wszystkich moich napadów macierzyńskiej dumy, uczucia nigdy wcześniej niezwiązanego z żadnym facetem: nie "proszę, co ja mam" - kiedy, jak to bywa, budzisz się rano pierwsza, odrzucasz kołdrę i z nienasyconą ciekawością, jak w jakąś nowość, wpatrujesz się w mężczyznę, który śpi obok, wyciągnięty na całą długość, jakbyś po kupiecku, na kilogramy mierzyła swój dorobek życiowy - i nawet nie szampańskim zachwytem uderzające do głowy, kiedy zbliżasz się z oddali, a on cię nie widzi: "i taki właśnie mężczyzna mnie kocha!" - nie jedno, nie drugie, ale jakieś niezwykłe, cielęco radosne zdziwienie za każdym razem, jakbym budziła się, przecierała oczy i nie mogła uwierzyć: czy to naprawdę mój chłopiec, taki, jakiego sobie wymyśliłam (zawsze sobie wyobrażałam - niemal od samej szkolnej ławy!), taki żywy, taki prawdziwy, taki o ileż bardziej nieoczekiwany, bogaty, interesujący, niż sama zdołałabym wymyślić, taki duży i zręczny, "daj, ja", rzeczywiście radzi sobie ze wszystkim lepiej niż ja, nawet chleb kroi na jednakowo równe, cienkie kromki, aż przyjemnie popatrzeć (spod mojego noża wychodzą wyłącznie niezgrabne, grube pajdy, krzywe i zębate, jakby bochenek trafił w paszczę głodnego zwierza!), a co najważniejsze (chwalę się przyjaciółkom, najpierw w myślach, a potem i na głos, święta prawda!), najważniejsze, że wszystko robi z jakąś nadzwyczajnie naturalną lekkością i prostotą, to też musi mieć jakiś związek z tą bezgranicznie wzruszającą giętkością młodego zwierzęcia: żadnej wrośniętej w ciało potrzeby udawania, wydawania się czymś, czym w rzeczywistości się nie jest (równy krok w kolumnie, patrzeć w tył głowy poprzednika, patrzeć w oczy przełożonemu i kłamać z niewinnym wzrokiem...) - nie, już czego jak czego, ale tego daru naturalnej godności na pewno nie umiałabym mu ofiarować, w żadnej szufladce wyobraźni nie mogłam mieć pod ręką takiego obrazu i nigdy nie spotkałam człowieka, który z tak niewymuszonym spokojem umiałby przechodzić przez fałsz, ani odrobinę się tym fałszem nie brudząc - tu pozostaje mi tylko w zadziwieniu otwierać usta, jak dziecku widzącemu sztukmistrza, jak to jednak dobrze, że to nie ja cię wymyśliłam (ulepiłam?)!... Chyba po raz pierwszy w życiu mogę powiedzieć: dobrze, że nie mam żadnego wpływu na to, jaki jesteś i jaki jeszcze możesz się stać; dokładniej: nie chcę mieć, boję się - jakakolwiek interwencja z mojej strony tylko by zaszkodziła.

...Ty, rzecz jasna, tak nie uważasz, nawet ci to do głowy nie przyjdzie - ty sobie w ogóle nie wiadomo co o mnie myślisz, czasem nawet strach mnie ogarnia - miłość to zawsze jest straszna rzecz, szczęśliwa w równej mierze co nieszczęśliwa, tylko nie wiedzieć czemu o tym się nie mówi... Strachem powiało już w tej najpierwszej chwili, kiedy ty, uśmiechając się jak do dawnej znajomej, ruszyłeś mi na spotkanie przez rozgardiasz studia telewizyjnego, a on niby wyłączył się przed tobą, zniknął z kadru, tak bardzo go nie dostrzegałeś, z gracją nocnego leśnego zwierzęcia przechodząc przez chaszcze splątanych kabli i omijając pułapki sprzętu, a we mnie nagle wybuchło oszałamiające odczucie wstrząśniętego rozumu, jakby rozsunęła się niewidzialna ściana odgradzająca nas od chaosu, i teraz można spodziewać się wszystkiego, ten nieznajomy chłopiec, który pojawił się nie wiadomo skąd, może być wariatem, maniakiem, co wydzwania na okrągło i gapi się przed wejściem do studia, tyle że psychiczni nie miewają takiego otwartego, dziecięcego uśmiechu (a równocześnie, jak po sąsiednim torze, zdążyło przemknąć z żalem, że ten chłopiec na pewno ma dziewczynę, młodą, z tych nowych i niezacukanych, w skąpym topie i obcisłych spodniach...), i tu usłyszałam jego głos, mówiący do mnie, i na moment zamarłam, bo dziwaczne pytanie zabrzmiało tak zwyczajnie, jakbyśmy naprawdę oboje wyrośli w tej samej piaskownicy, tylko on gdzieś w międzyczasie się na jakieś trzydzieści lat zabłąkał, ale już jest, oto on, dzień dobry:

Pani mnie szukała? Niezły start!

Dlaczego miałabym pana szukać?! - oburzyłam się dość przytomnie, wysiłkiem woli próbując zepchnąć z powrotem na miejsce rozchwianą ścianę i przywrócić otaczającemu światu pozory normalności, ale świat już leżał wywrócony, jak sukienka tył na przód, i widziałam w nim siebie z boku, oczami tego chłopca, jak stoję, makijaż jeszcze niezmyty po niedawnym nagraniu, jakbym zeszła prosto z ekranu, na nowicjuszach to zawsze wywiera ogłuszające wrażenie: zamiast znajomego płaskiego obrazka - trójwymiarowy, i do tego żywy (można zmierzyć się z nim, opuścić wzrokiem do poziomu swoich ust) - buziulka jak ciastko z kremem, włosy gładziutko zaczesane do tyłu, żeby nikomu nie zabrakło moich ślicznych uszek, czarna skórzana kamizelka i biała z muszkieterskimi mankietami bluzka od Bianco (podziękowanie dla sponsorów w napisach końcowych), czarne - skądinąd też niczego sobie opięte - dżinsy, wszyscy operatorzy lubią pełnym planem pokazywać moje wejście do studia, całą figurę, żeby i nogi były w kadrze - i tak oto na zawsze zapamiętałam, w co byłam tego dnia ubrana (nieomylna oznaka wszelkich punktów zwrotnych w naszym życiu) - ale w tamtej chwili zarówno mój gwiazdorski image, jak i cała moja właśnie-wyszłam-z-kadru postawa były naciągnięte na mnie i zapięte na wszystkie guziki, jak kamizelka kuloodporna, w pełnej gotowości do odparcia ataku, co ty sobie myślisz, chłopczyku, kim ty, do cholery, jesteś, żebym cię miała szukać?!

Powiedziano mi, że chce pani zrobić film o Ołenie Dowhanównie. Ach, więc o to chodzi...

A pan ma jakiś związek z...?

To była moja babcia. To znaczy - ledwie dostrzegalny, przepraszający uśmiech - nie rodzona, cioteczna.

Jaki on ma przyjemny uśmiech, pomyślało mi się wtedy: jakby twarz mu pojaśniała, nawet gdy wargi przy tym tak oszczędnie się poruszają... Dziwne, nie wiedzieć czemu na pierwszy rzut oka automatycznie zaliczyłam go do rosyjskojęzycznych i już szykowałam się do wysłuchiwania tej ich kostropatej, świeżo wyuczonej ukraińszczyzny, sztywnej jak nierozchodzony but, z raz po raz wyskakującymi bolesnymi odciskami obcych fonemów - "czytaff", "szukaff" - i pełnym wysiłku, aż dusza zamiera, jakbyś obserwował kalekę, potykaniem się na tłumaczonych w myśli rosyjskich konstrukcjach - tak mówi nasz producent, bardzo się starając: "Ja liczę, że telefony do studia trzeba przykrócić", "nam potrzebny program bardziej silny, ze swoim licem" - z czym, z czym? - "z twarzą" - aha, rozumiem... (Nawet taki czysto galicyjski zwrot "to była moja babcia cioteczna" niczego jeszcze nie dowodził, bo tamci, nowi, chętnie przejmowali od Galicjan charakterystyczne słówka, dialektyzmy, nawet śpiewną pytającą intonację, i przyczepiali ją do swojego wolapiku w najbardziej niedorzecznych miejscach, najwyraźniej przekonani, że tak właśnie brzmi prawdziwy język ukraiński, którego w żywym wydaniu pewnie od nikogo oprócz Galicjan w życiu nie słyszeli, zresztą i wśród Galicjan zdarzają się rosyjskojęzyczni, wystarczy posłuchać, jak wszyscy zgodnym chórem szczebioczą po rosyjsku, ledwie trafią do Kijowa, a ukraiński zachowują, niczym tajna sekta, w ścisłej konspiracji przed miejscową ludnością, wyłącznie "do użytku wewnętrznego"!) I nawet to, że ten chłopiec przedstawił się jako wnuk bojówkarki UPA, kobiety, której obraz nie opuszczał mnie, odkąd po raz pierwszy ujrzałam ją na rozmazanym archiwalnym zdjęciu, tak radykalnie odmienną od wszystkich tych żołnierzy o prostych, chłopskich twarzach, śliczną i atrakcyjną (powabną, jak to się u nich mówi) nawet w powstańczym mundurze, tak zgrabnie opiętą w wąskiej talii wojskowym pasem, jakby nie z podziemnej kryjówki wyszła, tylko jakby panienka jakaś ubrała się na polowanie w rodowym majątku i gdzieś za plecami chowała angielski palcat, a poza kadrem czekało kilka rasowych chartów, z niecierpliwym ujadaniem szarpiących linkę - nawet to, że mógł mieć z tą kobietą najbardziej bezpośredni związek, związek krwi (chyba rzeczywiście przebłyskiwało coś wspólnego w ustach, w kształcie oczu...), też niczego nie dowodziło - chyba nie zapomniało jeszcze nasze stare towarzystwo (tylko gdzie ono teraz jest, ho ho...), jak rodzony prawnuk samego Mykoły Michnowskiego, tego radykała niepodległościowca, na początku lat dziewięćdziesiątych błąkał się po ówczesnych "demokratycznych" barach i kawiarniach na Chreszczatyku, świętej już pamięci Jamach i Kulinarkach, jako "stuprocentowy russkij czełowiek", do tego rosyjskie wierszyki monarchiczne własnej produkcji tam, zdaje się, deklamował? (Jego sławny pradziad pewnie przewraca się w grobie jak kurczak na rożnie...) A już o drugoplanowych postaciach historycznych nie ma nawet co wspominać - wiara, język i flagi zmieniały się w ukraińskich rodzinach niemal co pokolenie, nawet nie jak kostiumy, ale jak strzykawki jednorazowe, raz i do kosza, i tak przez całą drogę, od Konstantego Ostrogskiego poczynając, tego samego dobrego człowieka, który założył Akademię Ostrogską w sprzeciwie wobec polskiej ekspansji, a jego rodzona wnuczka bach, przeszła na katolicyzm i całą akademię jak na tacy podała tym samym ojcom jezuitom, z którymi dziadek przez całe życie walczył, i zdaje się, że to jedyna wciąż podtrzymywana tradycja narodowa: podstawiać się temu, kto akurat najsilniejszy, więc na tę przynętę tak szybko mnie nie złapiesz - kto kogo, jak w Biblii, narodził... To znaczy, żadnego błyskawicznego skojarzenia, nałożenia się obrazu na ten, który mnie interesował (oho, i to jeszcze jak!), żadnego pokrewieństwa dusz, poruszającej intrygi i tym podobnych bajek, niczego takiego, co mogłoby chociaż trochę wyjaśnić wszystko, co się na nas oboje zwaliło, jak sufit na głowy, nie było, i w ogóle nic nie było, chociaż ty w to nie wierzysz i nawet z lekka się obrażasz, no bo jakże to tak, ale nic, słońce moje, nic, może oprócz tego chwilowego zamroczenia od rozsuniętej ściany, wrażenia trochę przypominającego szaleństwa błędnika, jakby za mało było marihuany na odlotowej imprezie: świat popłynął, ale strach nie znikał. I szczerze mówiąc, nie spodziewałam się po tym spotkaniu (bo rzeczywiście szukałam kontaktu z rodziną Dowhanówny, chociaż nie wiedziałam właściwie jakiego) niczego nadzwyczajnego, doświadczenie dziennikarskie dawno mnie przekonało, że krewni bohatera, zwłaszcza ci "w bocznej linii", to mało pożyteczny gatunek: wszystko, co można uzyskać (i to jeśli się poszczęści!), to kilka starych zdjęć, które ocalały w rodzinnym albumie, o ile ten nie przepadł bez śladu przy którymś z aresztowań, plus ewentualnie - być może, jeśli się bardzo, ale to bardzo poszczęści - kompletnie niepotrzebne osobiste wspomnienie, mimochodem, przypadkiem opowiedziane dziecku przez mamę-wujenkę-ciotkę (kobiety pamiętają więcej!) przy szydełkowaniu rękawiczek albo lepieniu pierogów, jakaś taka bezwartościowa, ulotna historyjka, nie wiedzieć czemu wciąż krążąca w przestrzeni ludzkiej pamięci, tak jak zdarza się z odrapaną kulką od dawno zapomnianego narzędzia na dnie starej szuflady albo z prehistorycznym słoiczkiem po jakiejś miksturze - do niczego niepotrzebna, z niczym niezwiązana, na przykład opowiastka o tym, jak to sławny nieboszczyk przed śmiercią prosił o kompot z gruszek - i zamierasz na moment, nie wiedząc, jak zareagować: czy to coś z Prousta, z dzieciństwa, jak zamoczona w herbacie magdalenka?... - albo o tym, że stół na tarasie rodzinnego domu (od dawna już nieistniejącego) był z nieheblowanego drewna, taki, wie pani, szorstki w dotyku blat - uhm, tak, to bardzo ciekawe, dziękuję, niestety kończy nam się kaseta... Kaseta kończyła się dlatego, że reżyser już od dobrego kwadransa pokazywał mi z oddali cierpiętnicze miny i wymachiwał rękami, krzywiąc się straszliwie, co miało znaczyć: "kończ!", aż wreszcie rozśmieszało mnie to i traciłam wątek rozmowy - a tak naprawdę właśnie ta drobnica za każdym razem poruszała mnie równie mocno, jak sama story, którą należało wcisnąć w ramy półgodzinnej audycji, nakręcić i zmontować, podlać sosikiem i przyprawić do spożycia dla publiczności: to była kuchnia z własnymi garnkami i patelniami, tam wchodził w grę mój własny talent kulinarny, a te marne i bezużyteczne, nadające się tylko do śmieci (non-recyclable!) oderwane szczątki czyjegoś życia - kiedyś dla kogoś cenne i wypełnione znaczeniami, póki to życie trwało, póki wypełniała je, podświetlając od środka każdy taki drobiazg, żywa wilgoć czyjejś miłości - niezmiennie raniły jakąś wyjątkowo poruszającą bezbronnością, niczym archeologiczne szczątki wymarłych cywilizacji. Wreszcie, to było chyba wszystko, co naprawdę pozostawało w świecie po ludziach ich własnego, z nimi nierozłącznego i niepoddającego się przetopowi - to, czego w żaden sposób nie można ani podrobić, ani przekłamać wedle nowej mody i nowych ideologii, nie można nawet uwspólnić, dać do gazet i telewizji, i w ten sposób zatrzeć, zadeptać tysiącami nóg wszelkie ślady obecności zmarłego - odkąd zginęła Władka Matusewycz, Władka, której kochany pysio o ostrych ptasich rysach pośmiertnie przerobili na logo kolorowych babskich pisemek, nawet mnie po jakimś czasie przestało ściskać za serce na widok jej powielonych portretów, miałam doskonałą okazję, żeby się przekonać: nie zniknąć, nie rozpłynąć się mają szansę tylko te bezużyteczne drobiazgi, i po Władce właśnie zachowałam sobie jeden taki, na pamiątkę: sama niewysoka, miała zwyczaj podchodzenia do rozmówcy bardzo blisko, jednym płynnym baletowym pas, wygięta w talii, z zadartą główką, jakby podkradała się z dołu w górę, rozwijając się jak lasso, ruchem kota zamierzającego wskoczyć na drzewo, od czego w pierwszej chwili podawały tyły nawet najbardziej niewzruszone szychy polityczne - i oto w tym właśnie jednym jedynym ruchu, jak morze w kropli wody rozbłyskuje dla mnie to, co za życia nosiło imię Władysławy Matusewycz; no i jaki film zdoła to pokazać? I nawet jeśli pokaże, nawet jeśli ocalało gdzieś jakieś amatorskie nagranie - z urodzin, wesela, imprezy w nocnym klubie, to przecież była modna artystka, do licha, pojawiała się zawsze i wszędzie, było jej tyle, że przez pierwsze miesiące po jej śmierci Kijów wydawał się pusty! - nawet jeśli pokaże, to do kogóż to przemówi?...

 

Powoli nabierałam przekonania, że ludzkie życie to chyba nie tylko, a przynajmniej nie wyłącznie ta epicko wygładzona story z kilkoma postaciami (rodzice, dzieci, kochankowie, przyjaciele i kto tam jeszcze), którą da się jako tako spójnie przekazać potomkom - tak życie może wyglądać chyba tylko z boku, przez odwróconą lornetkę, przez którą przywykliśmy patrzeć też na swoje własne, nieustannie naprowadzać na nie soczewki kolejnych CV, autoprezentacji, życiorysów, intymnych zwierzeń i mitów domowej roboty, czyli nieustannie przystrzygać je wedle formy "co ludzie powiedzą" - jeśli zaś spróbuje się spojrzeć na nie od środka, to wyglądać ono będzie jak ogromna, gigantyczna waliza, po brzegi wypchana właśnie tym bezużytecznym dla postronnych bałaganem, waliza, którą porzucający ten świat zmarły bezpowrotnie zabiera ze sobą. Co prawda niezapiętą, po drodze wysypuje się jeszcze na pamiątkę dla żyjących garstka czy dwie różności (przedśmiertna prośba o kompot z gruszek, taneczne pas, przypominające przyczajenie przed wysokim skokiem...) - i będzie wietrzeć w pamięci świadków i potomków, i zawsze, przy każdym spotkaniu z takim zagubionym kłębkiem czułam niewyraźną, głuchą winę za własną bezradność - jakby właśnie w tym czymś przez przypadek ocalałym mógł kryć się klucz, utracony tajny kod do jakichś głębszych, podziemnych sensów cudzego życia, i oto ten klucz trafia w moje ręce, a ja nie wiem nawet, do jakiego zamka pasuje - i co gorsza, czy w ogóle istnieje taki zamek...

 

To nie z telewizji do mnie przyszło, nie od tych ludzi i historii, które zdarzało się kręcić, tylko z tamtego dnia, kiedy nie wiedzieć po co kartkując starą, z pożółkłymi do sepii kartkami (radziecki papier gazetowy!) książkę z tatowej biblioteki, wpadłam na notatkę na marginesie, zrobioną ręką taty, jego charakterystycznym, ostrym i gęstym jak ciernisty żywopłot pismem (w siódmej czy ósmej klasie moje zapowiadało się podobnie, ale z czasem złagodniało, wyrównało się i zaczęło bardziej przypominać mamine): obok zupełnie na pozór niewinnego, głupawego sformułowania - "hamletowska niezdolność do zdecydowanych działań w obliczu triumfatorskiego zła" (a język, ten język, Boże Ty mój! - jeszcze nieotrząśnięty spod rumowisk stalinowskiego pogromu, jeszcze ze zdruzgotanymi i powykręcanymi kośćmi...), sformułowania podkreślonego zdecydowaną, prawie równą linią - widniało na marginesie "triumfatorskie" właśnie "i tyle!!!" z trzema wykrzyknikami i poraziło mnie jak nie wiadomo jakie odkrycie. W tej właśnie chwili zrozumiałam, że właściwie nie znam własnego ojca: umarł zaraz po moich siedemnastych urodzinach i zapamiętałam go tylko takim, jaki był wobec mnie dziecka i mnie nastolatki - i z tej tylko pamięci, odrobinę uzupełnionej pośmiertnymi, skąpymi (i tężejącymi z biegiem lat, bo przecież nowych nie przybywa!) wspomnieniami - mamy, przyjaciół, kolegów, jego studentów (którzy ponoć za nim szaleli, o ile to prawda) - stopniowo skonstruowałam sobie we własnej świadomości pewną postać wirtualną o wyglądzie mojego ojca w wieku lat czterdziestu, już szpitalnego pacjenta z dość jednak ponurą życiową story, których w jego pokoleniu w ogóle skądinąd było pod dostatkiem. Jednak ten mężczyzna, nawet nie, młody człowiek (policzyłam szybciutko: młodszy niż ja teraz!), który kiedyś dawno, Gdy-Mnie-Jeszcze-Nie-Było-Na-Świecie (nieprzypadkowa reakcja dziecka na ten mitologiczny zwrocik: "a gdzie ja wtedy byłem?..."), pewnego dnia pod koniec lat pięćdziesiątych czy na początku sześćdziesiątych tak entuzjastycznie rzucił na margines książki swoje "i tyle!!!" - w dokładnie takim samym porywie, jak sama bym to zrobiła, rozpoznawszy pokrewną myśl, taką, którą długo nosi się w sobie, która gryzie i męczy, którą się żyje! - tamten pozostawał całkowicie poza moją wirtualną postacią, tak jakby w ogóle się nie znali czy - dokładniej - jakbym ja nie znała tamtego drugiego, nowego. Wewnętrznie był do mnie jakoś nieuchwytnie podobny, widziałam doskonale - od wewnątrz, tak jak widzimy samych siebie we śnie - jak zwycięsko zaskoczyło mu w głowie w tamtej chwili: "i tyle!!!" - jakby palcami strzelił, kciukiem i środkowym, jak czasem i ja to robię w chwilach podniecenia - i przypomniałam sobie, że miał kiedyś, dawno temu, ten zwyczaj strzelania palcami!, i jak mama złościła się i mówiła, że to wulgarne i zły przykład dla dziecka, i jak on przy tym się robił zmieszany - i to też było nowe, bo nie pamiętałam, żeby kiedykolwiek bywał zmieszany, przy mnie zawsze był pewny siebie, nigdy chyba nie usłyszałam od niego "nie wiem" czy "pomyliłem się" - ale nie, było, i znów przypomniałam sobie, z nową falą: pewnego razu w szkolnym bloku rysunkowym wieczorem narysowałam zajączka, a rano znalazłam go pociapanego na niebiesko i podniosłam wrzask - i zawstydzony tata przyznał się, zupełnie jak chłopczyk przyłapany w szkodzie, że to on chciał zrobić szarego zajączka, ale wziął troszkę za dużo farby... Dygotałam wtedy ze sprawiedliwego oburzenia, w głowie mi się nie mieściło, po co dobierał się do mojego bloku, i to w dodatku z akwarelami, nie miał przecież pojęcia o malowaniu, nie umiał nawet pędzelka trzymać, i potem długo mu tego zajączka wypominałam, jakbym zdobyła nad nim punkt przewagi, bo za każdym razem tak samo się peszył - i dopiero teraz na nowo, od wewnątrz ujrzałam jego wybryk i zrozumiałam, że wstydził się wcale nie tego, że zepsuł mi rysunek (za który i tak dostałam swoją piątkę, ja, nieuleczalna prymuska!), tylko tego, że nie zdołał powstrzymać czysto dziecięcego impulsu, nagłego przypływu ciekawości, jak też rozpuszcza się farba w słoiczku z wodą, jak nabiera się ją na pędzelek i zapełnia białe miejsca na papierze - i na tej właśnie chwili słabości, jaka zupełnie nie przystoi dorosłemu mężczyźnie i ojcu rodziny, właśnie go przyłapano; i tak się wszystko we mnie rozwijało i rozwijało na łeb na szyję, jedno za drugim, jakbym, chwyciwszy, jak za koniuszek nitki, za wiechetek jednego atramentowego kłębowiska na marginesie, wyciągnęła na wierzch całą zatopioną grzybnię, włochaty zwitek korzonków, z którego niewyraźnie przebłyskiwało jakieś zupełnie inne, nieznane mi życie, niemające związku z córką, żoną i znajomymi - ale wyobrazić sobie tego życia w całości, z bliska, nie miałam już żadnej możliwości: swoją walizkę zabrał ze sobą.

Zwinęłam się wtedy, pamiętam, w kłębek na fotelu i i pochłonęłam całą książkę nienotowanym dotychczas w historii czytelnictwa sposobem lektury: nie od lewej do prawej i nie od prawej do lewej, tylko po spirali: wyjadając jak gąsienica fragmenty tekstu koncentrycznymi kręgami, rozchodzącymi się od podkreślonego zdania: "hamletowska niezdolność do zdecydowanych działań w obliczu triumfatorskiego zła". Zwyczajnie nie miałam pod ręką innego klucza - z odebranej mi kiedyś sprzed nosa walizki nie wypadł żaden inny drobiazg, który by przez tych dwadzieścia lat od śmierci ojca nie zwietrzał na proch - i krążyłam, i krążyłam nad tym zapiskiem rzuconym na margines, "i tyle!!!", jak detektyw Columbo nad jakimś krzywo przygryzionym niedopałkiem, znalezionym w pobliżu trupa, tyle że nie szukałam zabójcy - ja chciałam ożywić trupa. O czym była ta książka, zabij mnie, nie pamiętam, ale pod koniec tego nekromantycznego seansu zyskałam absolutną pewność: cała ojca wieloletnia tak zwana walka z systemem (wedle terminu wprowadzonego do użytku po 1991 roku) - jego desperackie dobijanie się do wszystkich wysokich dębowych drzwi, niezliczone listy, podania, skargi, notatki robocze - do Kijowskiej Rady Miejskiej, do Prokuratury Generalnej, do ukraińskiego KC, do moskiewskiego KC (trzy czy cztery pękate teczki zawiązane na tęgie supły, u mamy na pawlaczu!) - wyjazdy do Moskwy (każdy z nich miał być ostateczny i decydujący, a potem sprawa kolejny raz wracała do Kijowa i tak w kółko Macieju...) - cała ta zaciekła, wypełniająca życie szamotanina, która wypchnęła go do psychiatryka z dość typową dla tamtych czasów "polityczną" diagnozą - "nawracająca psychopatia paranoidalna" - brała się stąd właśnie, że w głębi duszy mój ojciec zawsze czuł w sobie, niczym skrywaną wstydliwą chorobę, tę właśnie, niezważającą na nic, "hamletowską-niezdolność-do-zdecydowanych-działań-w-obliczu-triumfatorskiego-zła" - i to ona właśnie zmusiła go, gdy zło przejechało wszechmocnym walcem niemal po nogach, żeby zamiast odskoczyć - rzucił się nań i potem znów i znów skakał pod koła tej samej machiny, nieustannie walcząc o prawo do poczucia własnej godności...

Do dziś jestem tego pewna.

Nieudane, kulawe zdanie nieoczekiwanie stało się wszechobecnym znakiem wodnym, wewnętrznym epigrafem do jego życia, tak samo zresztą kulawego, jeśli spróbowałoby się przedstawić je w postaci krótkometrażowej story: ciche konanie z przytępioną świadomością - najprawdopodobniej na tle nieludzkiego bólu wszystkich mięśni od potężnych dawek insuliny, którymi (co wyszło na jaw dopiero później!) szczególnie obficie częstowała swoich pacjentów radziecka psychiatria policyjna, i ten wściekle błękitny szlafrok, który zapamiętałam, kiedy przyjeżdżałyśmy z mamą do Dnieprodzierżyńska na dozwoloną wreszcie wizytę, a spod szlafroka wychudłe, żółte suche nogi z wystającymi piętami, podobne do sterczących z siatki kurzych łap - wszystko to razem z zastarzałą, słodkawą wonią czy to moczu, czy to niemytego ciała i otępiałym, mętnym wzrokiem (gałki oczne bez krzty blasku, przywiędłe jak u starego dziada: skutek odwodnienia) - to wszystko nie dostarcza żadnego materiału na jakąkolwiek romantycznie-heroiczną story, zwłaszcza jeśli dodać, że trwało to latami, a to już jest kompletnie niewidowiskowe, takie rzeczy wpycha się w napisy "pięć lat później", w czyimś innym przypadku "dwadzieścia pięć lat później", kto zgodziłby się tyle wysiedzieć przed ekranem?! (A innego sposobu nakręcenia takiej story, żeby to naprawdę dotarło do widza, nie ma, czyli samej story też nie ma, i idź, dziecko, z Bogiem, powie każdy redaktor...) W tym właśnie rzecz: tatowa codzienność, pokazana z boku - nie tylko ta szpitalna, przedszpitalna też, mam na myśli, rzecz jasna, nie jego karierę naukowca i wykładowcy, tylko to, co ją pogrzebało, a potem pogrzebało też jego samego - we wszystkich tych rozesłanych strumieniach listów, w całej tej absurdalnej i wycieńczającej wojnie, przegranej z góry jeszcze przed jej rozpoczęciem, bo system raz ruszony z miejsca nie mógł i nie zamierzał się zatrzymać, a on przecież właśnie przy tym się uparł i latami udowadniał niemal tym samym ludziom, którzy wydawali rozkazy, że źle czynią - w całej jego życiowej historii, jeśli przedstawić teraz tę historię w pełnej dokumentalnej rozciągłości, we wszystkich czterech teczkach ze sznureczkami, nie było sensu - była tylko gorycz zmarnowanych wysiłków. Sens był w epigrafie. W znaku wodnym. W jednym przypadkowo zachowanym podkreśleniu.

Znałam to też skądinąd. Akurat poprzedniego lata na Krymie pod Kara-Dagiem odeszłam kiedyś od towarzystwa na zupełne bezludzie i pół dnia spędziłam wyłącznie na wspinaniu się, raz po raz, jak Syzyf, na tę samą skałę i skakaniu z niej do wody na główkę. W powietrzu wisiał nieruchomy, czterdziestostopniowy upał, przy każdym podejściu oblewały mnie siódme poty, kolana dygotały, a serce podchodziło do gardła. Kiedyś w dzieciństwie boleśnie uderzyłam brzuchem o wodę - i od tamtej pory bałam się skakać.

Kiedy już o zmroku dowlokłam się z powrotem do namiotów, moje nogi żyły własnym życiem, jak u pijanego w sztok, i na siłę przełamywałam opór powietrza. W oczach znajomych potwierdziłam zapewne swoją i bez tego powszechną reputację totalnej ryzykantki, miłośniczki przygód i mocnych wrażeń, nie wiadomo do czego zdolnej dla kolejnej dawki adrenaliny, i obecni tam mężczyźni przy kolacji nie odrywali ode mnie rozmazanych podejrzanym blaskiem oczu (każdy najwyraźniej pewien, że zdołałby dostarczyć mi adrenaliny w znacznie przyjemniejszy sposób!), a kilka żon okazywało nieuzasadnioną nerwowość, co trochę psuło mi tamten słodko-upojny stan - skutek zabójczej mieszanki, złożonej z dwóch rzadkich dla zawodowego intelektualisty (czy ja naprawdę jestem zawodowym intelektualistą? czy w naszym kraju dziennikarz może być intelektualistą?) składników: śmiertelnego fizycznego zmęczenia i dumy z dokonanego wysiłku. Po co ty to robisz, spytała mnie wtedy jedna tylko stropiona Irka Moczerniuk, która naprawdę chciała zrozumieć, i odpowiedziałam: Nie "po co", tylko "dlaczego".

Skakałam, bo bałam się skakać. Pół bożego dnia, na bezludnym brzegu, pod palącym słońcem gwałciłam samą siebie jak maniak-zboczeniec, dlatego że głęboko w moim ciele żył wciśnięty w nie kiedyś paniczny strach - jak niewidzialna stalowa obręcz, która zaciska od środka i nie pozwala się wyprostować. Łamałam tę obręcz, ten zacisk - i udało mi się: przełamałam. W moim życiu było odtąd o jeden lęk mniej.

Dzięki tej notatce na marginesie książki zrozumiałam, że przez całe życie mój ojciec robił to samo: wspinał się na skałę i skakał. I wcale nie dlatego, że takim był urodzonym wojownikiem, raczej przeciwnie - musiał za każdym razem się do tego przymuszać. Za każdym razem łamać stalową obręcz, pokonywać w sobie "hamletowską niezdolność". Być może na samym początku szczerze wierzył, że cały problem tkwi wyłącznie w złej woli jakiegoś jednego wysokiego urzędnika, którą trzeba po prostu zlikwidować, wyciągnąć jak paproch z oka, a wtedy powstrzymana zostanie straszliwa głupota, jeśli nie otwarte przestępstwo, powstrzymane zostanie to, co nazywał "przerabianiem pałacu na stodołę". Pałac został ukończony jesienią 1970 roku i całą rodziną poszliśmy na uroczyste otwarcie - to był pierwszy pałac w moim życiu, który nareszcie nałożył się właśnie na to znane z bajek słowo "pałac", całkowicie stopił się z jego oślepiającym blaskiem i oszałamiającą, nierealną wręcz przestronnością, i wylał się poza granice słowa, wypełniwszy płyciutkie koryto dziecięcej wyobraźni (od tamtej pory nieodmiennie wszystkich królów i księżniczki osiedlałam w myślach właśnie tam, w Pałacu Ukraina, w tym najpiękniejszym z widzianych po dziś dzień, w wersji z 1970 roku - Pałac Kłowski się nie nadawał, Mariński był wtedy zamknięty dla publiczności, a te tam nowoczesne pałace ślubów były, wedle mojego ówczesnego zdania, czystym oszustwem, bo niczym nie różniły się od zadaszonych kołchozowych bazarów, zresztą i dziś się nie różnią...). Pamiętam niewyraźnie (ujęcie z daleka, wszakże kobiety i dzieci przy tak poważnej państwowej okazji muszą pozostać z boku) ojca w bezbrzeżnym, świetlistym morzu foyer, w grupie wysokich (z perspektywy pięciolatki), roześmianych mężczyzn ściskających sobie nawzajem dłonie, i własną dumną świadomość jego ówczesnej wagi: "To mój tata budował!" - chociaż oczywiście nie budował, tylko brał udział w pracach inżynierskich w składzie grupy ekspertów: świeżo upieczony doktor z rozprawą na potrzebny temat, właściwie blotka - gdyby się w porę pochylił, zamiast nie w porę wysuwać, nikt by go nawet nie zauważył - a ten, kto naprawdę budował, kto był głównym architektem projektu i pewnie też stał w tej grupie Bardzo Ważnych Mężczyzn, ten kilka dni później wyszedł z gabinetu sekretarza KC, wszedł do toalety, zamknął się w kabinie i powiesił na własnym pasku: jego Pałac okazał się zbyt dobry dla Kijowa, przewyższał Kremlowski Pałac Zjazdów, a to już była nie tylko niegrzeczność i wyzwanie, ale poważny błąd polityczny, za który ukraińskiemu kierownictwu nieźle pewnie w Moskwie przetrzepali tyłki i rzeczone kierownictwo musiało co tchu te sponiewierane tyłki ratować, stosować środki, szukać winnych; najlepiej byłoby wszcząć sprawę kryminalną o marnowanie materiałów budowlanych, ale jako że kandydat do roli głównego pasożyta tak jednoznacznie tę rolę odrzucił, bezczelnie wieszając się w samym budynku KC, to sprawy, dzięki Bogu (no i nieboszczykowi!) nie wszczęto, w ogóle przestała istnieć cała ta sprawa - spłukano ją, spuszczono do kanalizacji w sekretarzowskim klozecie, zagłuszono szumem wody z rezerwuaru, i niebawem nikt już o niej nie pamiętał, zresztą ileż takich spraw było, czy to się za wszystkimi nadąży... Świeżo otwarty Pałac Ukraina zwyczajnie został zamknięty "na remont", wnętrza pospiesznie odarto z ozdób, z delikatnie barwionych bukowych parkietów, gołębiej tapicerki na fotelach, kunsztownych żyrandoli - ze wszystkiego, co się zedrzeć dało; wszystko zostało zamienione na prostsze, tańsze i pozbawione wyrafinowania, i po miesiącu czy dwóch, kiedy ponownie go otwarto, z tym żałośnie lazurowym skajem na stojących po dziś dzień fotelach, nie poznałam już czarodziejskiego pałacu z moich bajek: tak samo przestał istnieć, rozwiał się w powietrzu, jak to bywa w bajkach ze wszystkimi czarodziejskimi pałacami, w nocy przenoszonymi przez dżinny gdzieś w zamorskie kraje, jednak po nich pozostaje przynajmniej puste miejsce, a tylko ono jedno może być godnym upamiętnieniem zamordowanego budynku (tak jak Wieże Nowojorskie pozostały wyrwą rany wśród wieżowców Dolnego Manhattanu; my napatrzyliśmy się na podobne miejsca dużo wcześniej - ile wybitych zębów ziało w kijowskiej zabudowie po wysadzonych w powietrze cerkwiach; pamięć przetrwała tylko o tych, których brak nie został przesłonięty - ani elewatorem, ani Domem-Pioniera-i-Ucznia...) - a tutaj pałac, całkiem już grzecznie i paskudnie przystrojony na wzór standardowego prowincjonalnego kina, stał jak wcześniej i nosił tę samą nazwę, i można było pomyśleć, że tamten, poprzedni, pierwszym gościom zwyczajnie się przywidział, że na przykład wszyscy się wtedy upili z radości i mieli omamy, a teraz wytrzeźwieli i proszę, oto jak wszystko wygląda naprawdę, uważajemyje tawariszczi: absolutnie banalna historia, a w ogóle jaka znowu historia, nie było żadnej historii - takie małe gospodarskie niedopatrzenie, winni zostali ukarani, kontynuujemy pracę... Mama wspominała, że na początku była ich nawet spora grupa - koledzy taty z pracy i Akademii, z Instytutu Badawczo-Rozwojowego Budownictwa i Architektury, którym nakazano stworzenie nowego kosztorysu dla uzasadnienia tak zwanych nadmiernych nakładów i którzy odmówili wykonania tego polecenia, broniąc poprawności wcześniejszych wyliczeń. Jednak mniej więcej po roku - a przez ten rok sprawa całkiem już została zamieciona pod dywan - w nowym pałacu odprawiono kolejny zjazd partii, dając w ten sposób błogosławieństwo jego prowincjonalnie poszarzałym wnętrzom, ktoś z uparciuchów dostał naganę, komuś pogrożono zwolnieniem w związku z redukcją etatów, ktoś (pewnie doktorant przed obroną, najsłabsze ogniwo) musiał nawet wyjechać z Kijowa i budować kina w zapadłych dziurach, i tak dobrze, że nie obory - z całej grupy został tylko mój ojciec, który nie przestawał wymachiwać pod wiszącym nad jego głową mieczem nikomu niepotrzebnymi dowodami czyjejś martwej niewinności. Być może z punktu widzenia najwyższych, obłożonych boazerią gabinetów to rzeczywiście wyglądało na czystej wody obłęd: po jaką cholerę ten dureń stanął okoniem, i co on sobie wyobraża, kim on jest?...

Jako skończony humanista - po mamie - zdołałam z tych teczek na pawlaczu (przejrzanych dość pobieżnie, z lękiem i odrazą, jakby to była zasuszona wężowa wylinka...) pojąć tyle, że po pewnym czasie już w zasadzie nie chodziło o historię budowy - wątek komplikował się gwałtownie, rozpełzał po instancjach, wytwarzał nowe i coraz to bardziej fantastyczne pędy, tylko ojciec niezmiennie dołączał do każdej kolejnej petycji swoje początkowe powiadomienia odnośnie zniekształconego projektu, demonstrując, od czego wszystko się zaczęło (i zapewne drażniąc adresatów tą swoją absurdalną pamiętliwością), więc petycje nieustannie się rozrastały, gromadziły odwołania do wciąż nowych pism z wymijającymi odpowiedziami, do wciąż nowych rozmów, tak samo wymijających, skargi na pogróżki, wysłuchiwane w niższych gabinetach, na anonimowe telefony z tymiż pogróżkami, na jakieś dziwne pobicie przez nieznajomych przed domem (do tego doszło, pamiętam, jakoś niedługo przed psychiatrykiem: ostatnie ostrzeżenie!), i tak wszystko latami puchło i puchło, jak śnieżna, czy raczej papierowa lawina, niczym w dziecinnej piosence ludowej, w której refren przybiera wers za wersem, stopniowo rozrastając się do groźnego, niemal kosmicznego ogromu, ko ko tu i ko ko tam, gę gę tu i gę gę tam, mu mu tu i mu mu tam - z każdą strofką zwierz nabiera ciała, powiększa się do osła, do konia i tak można dojść nawet do tyranozaura i tyranozaury przyjeżdżają - w samochodzie z czerwonym krzyżem, w białych fartuchach, po jaką cholerę, co on chciał udowodnić?...

Oto i cała historia - i gdzie jest jej miejsce?...

W dowolnej chwili można było ten narastający lepki koszmar przerwać i wyjść z gry: wychodzili z niej przecież i swobodnie po dziś dzień chodzą po ziemi - i daj im Boże, jak mawiają Huculi w Karpatach, "naprzód by więcej", czemu nie - i nie takie, jak on, niewinne owieczki gospodarcze, a imię ich legion, ale nawet ci bardziej eksponowani, którzy byli wplątani w głośne sprawy polityczne, a ich imiona rozbrzmiewały w zachodnich radiostacjach, którzy czynili publiczne gesty obywatelskiego sprzeciwu, wyrywali się z krzykiem na scenę czy pod drzwi zamkniętej rozprawy sądowej albo pod pomnik wieszcza, jedną taką chwilą można było zarobić sobie na dysydencki chleb do końca życia, a od 1991 roku już tylko występować ze wspomnieniami, czym zresztą przeważnie się zajmowali - nie wspominając jednak ani słowem o tym, jak porzucali grę - należy przypuszczać, że nie całkiem suchą nogą z tej wody wychodzili, trochę pewnie się jednak zamoczyli: listy z samokrytyką, a może jakieś bardziej intymne, za zamkniętymi drzwiami odbywane rytuały godzenia się i przeprosin (i zapewnień, że teraz już będą grzeczni?) - kto się w tym teraz połapie i kogo to zresztą obchodzi - grunt, że wychodzili i żyli, i pracowali w zawodzie (dostawali dodatki do pensji, wychowywali dzieci, powiększali powierzchnię mieszkalną...) - niechby nawet i wąziutkie, i ze śmierdzącego korytarzyka, ale jednak drzwi z zielonym napisem "Exit" w tych ostatnich dekadach imperium istniały, były zaznaczone na planie, wszak to nie epoka stalinowska, proszę państwa, tylko socjalizm z ludzką twarzą, co w tłumaczeniu na normalny język oznacza: jeśli ktoś bardzo chciał żyć, miał wybór... Tak więc mój ojciec bez wątpienia sam zaciągnął sobie węzeł na szyi - tak musieli uważać ci, którzy zadecydowali o jego losie, tak uważała mama, tak zwykłam, podrósłszy, uważać i ja: nie pozostawił puszczonej w ruch machinie miejsca na wycofanie - zwykły błąd strategiczny, pomyłka, niedopatrzenie gospodarcze. Smutno, przykro, ale nic się nie poradzi, trzeba żyć dalej. (Tak jakby naprawdę wpadł gdzieś na drodze pod koła ciężarówki!)

Małe uzupełnienie: dorastając, zaczęłam się go wstydzić. W porównaniu z moimi szkolnymi, a już na pewno uniwersyteckimi kolegami miałam kiepskiego ojca - nie było czym się chwalić. Na bezpośrednie pytania, jak na przykład przy wpisywaniu do szkolnego dziennika (wywołują według listy, wobec całej klasy, trzeba wstać, podyktować na głos, wychowawczyni każe powtarzać, bo nie dosłyszała...), mamrotałam, kuląc się i spuszczając wzrok: "Inwalida pierwszej grupy", a kiedy siadałam w ławce, długo jeszcze miałam wrażenie, że klasa szepcze i podśmiewa się za moimi plecami. Podobne rzeczy trudno jest zwalczyć - dzieci nie wybaczają rodzicom przeżytych z ich winy upokorzeń. Jego śmierć - już w domu, wypuścili go, gdy nerki całkowicie przestały działać po przewlekłej blokadzie z powodu leków - co najwyżej dodała do wstydu poczucie winy, jak łyżkę sody do łyżki soli, i z latami wszystko to rozpłynęło się, zmieszało w słabnący powoli gorzko-słony roztwór, którego nie mogły osłodzić ani coraz częstsze po 1991 roku (a kiedy moja buźka w pełnym blasku zaświeciła z ekranu, to dosłownie jak grad posypały się ze wszystkich stron) entuzjastyczne wspomnienia jego dawnych kolegów i studentów - jakim był świetnym wykładowcą i że go, jak się okazuje, wszyscy lubili (a gdzie to się wcześniej było?) - ani nawet całkowicie konkretne, w tym od naszego producenta, propozycje wyciągnięcia z archiwów tej od trzydziestu lat zakopanej historii z Pałacem Ukraina i pośmiertnego przyodziania mojego ojca w bardzo teraz atrakcyjną, niemal dysydencką biografię - można by z tego zmajstrować niezły programik, pewnie że można, przypomnieć narodowi zapomniane karty historii najnowszej (jakby ten naród miał w ogóle jakiekolwiek niezapomniane karty - wszystko jedno, najnowsze czy najstarsze!)... Ten ostatni pomysł zdusiła we mnie w zarodku sławna poetka, z tych swego czasu głośnych, z patriotycznymi wierszykami i mglistą reputacją ofiary reżimu - z ciekawości sama polazłam przeprowadzić z nią jubileuszowy wywiad, na którym przeżyłam kolejny nokaut: dorodny, heterowaty babiszon z krzywym zgryzem, pryskając śliną i raz po raz podrzucając głową, żeby zafalowały rzedniejące farbowane loki (gest, który czterdzieści lat wcześniej mógł się niewybrednym mężczyznom kojarzyć równocześnie z temperamentem młodej klaczy i z patriotycznym nieujarzmieniem), najpierw przez pół godziny znacząco, z naciskiem wbijał mi do głowy, że dopuszcza do siebie tylko wybranych, żebym się stosownie przejęła i przybrała właściwą pozę, a potem tak samo długo i dokładnie, z milionem szczegółów, jakby to było wczoraj, opowiedział, jak na jego pierwszy jubileusz, pięćdziesięciolecie - w tym samym roku, policzyłam sobie, w którym Wasylowi Stusowi wlepiono drugi wyrok, już śmiertelny - babiszonowi nawet nie przysłali ze Związku Pisarzy telegramu z życzeniami, a zamiast tego, pomyśleć tylko, przysłali zaproszenie na czyjś wieczór autorski - babiszon przez dwadzieścia pięć lat pamiętał czyj - specjalnie i podstępnie zorganizowany właśnie tego samego dnia - oto jak ją prześladowano!... Żadnych innych szczegółów prześladowań wyciągnąć nie zdołałam, babiszon też nie miał story, miał tylko własną, osobistą legendę, nad którą swego czasu musiał popracować niejeden mężczyzna, zaślepiony tym wówczas jeszcze naturalnie rudym wulkanem loków, a teraz babiszon zachłannie kąpał swoją pustą starość w echach ich ówczesnych wysiłków i chciał widzieć w grobie wszystkich wymordowanych w łagrach Mordowii kolegów swojej legendarnej młodości, których wspomnienie, gdyby było żywe, pozwoliłoby mu chociaż zachować wyczucie stylu i proporcji.

Wyszłam z tamtego domu zdruzgotana. Na myśl, że z podmalowanym trupem taty pod pachą będę sterczeć w tej samej kolejce - z tą zasłużoną męczennicą reżimu na czele - zrobiło mi się jakoś wyjątkowo przytłaczająco, paskudnie i tamtego wieczoru urąbałam się w Barabanie w trzy dupy, mieszając najmocniejsze drinki, jak kompletny żółtodziób - wszystkie smakowały solą i sodą, i tak samo piekła zgaga przy porannym kacu - sodą i solą... Story nie było. Musiałam zmierzyć się z bezwzględną oczywistością: jedynym śladem potwierdzającym, że ten człowiek żył kiedyś na świecie, byłam ja - miałam jego oczy i jego grupę krwi. Zresztą, jeśli się zastanowić, to dlaczego miałoby być inaczej? Czy nie taki właśnie los spotyka zdecydowaną większość zmarłych?...

"I tyle!!!" - zapisek na marginesie, zapomniany kłębek, który wypadł z walizy, po raz pierwszy odwrócił mi lornetkę drugim końcem. Na moment, jak w świetle błyskawicy wśród głuchej nocy, ujrzałam żywego człowieka - dziwne, że to był ten sam mój ojciec, którego najwyraźniej, skrywając to sama przed sobą, dalej trochę się wstydziłam. Postać, która nadawałaby się do jakiegoś portretu co najwyżej w roli statystycznego przedstawiciela; to znaczy, gdyby istniała możliwość policzenia, ilu ich, takich, było w tym pokoleniu - nie aresztowanych, nie uwięzionych, nie wpisanych na listy Amnesty International, tylko zgasłych cicho we własnych łóżkach od prawdziwych chorób sercowo-naczyniowych, nerek i tak dalej, których bezpośrednie przyczyny znali tylko bliscy krewni - o ile oczywiście tacy byli. Można tu dorzucić i tych, którzy się spili, i tych, którzy skończyli ze sobą - tak czy inaczej realną z punktu widzenia przyszłości historię mogła tu stworzyć tylko liczba, i to z kilkoma (im więcej, tym lepiej!) zerami. Sześć (czy więcej?) milionów martwych Żydów równa się Holocaust. Dziesięć (czy mniej?) milionów martwych ukraińskich chłopów równa się Wielki Głód. Trzysta milionów uciekinierów równa się pięćdziesiąt sześć lokalnych wojen początku XXI wieku. Historię tworzy buchalteria. Podczas chruszczowowskiej rehabilitacji rozstrzelanym w więzieniach NKWD konstruowano w informacjach dla rodzin, w rubryce "przyczyna śmierci", najbardziej wymyślne diagnozy - choroby sercowo-naczyniowe, choroby nerek i wszelkie inne - właśnie po to, żeby nie pozostała liczba rozstrzelanych. Dwadzieścia lat później fikcja stała się rzeczywistością (z udanymi fikcjami często tak bywa!): ludzie zaczęli naprawdę umierać na to, na co ich ojcowie i dziadkowie umierali na papierze. Liczba została ostatecznie zatarta i całe pokolenie utraciło własną, wspólną dla wszystkich historię - a w efekcie zabrakło też narzędzi, by ujrzeć każdego z osobna: ludzie jak ludzie, żyli sobie, umierali, zwyczajna rzecz... Był sobie niezły inżynier i dobry wykładowca; zmarł w wyniku zatrucia lekami, przedtem cierpiał w klinice psychiatrycznej z fałszywą diagnozą - i koniec, można zawiązywać sznureczki na supeł. Potrzebny był impuls - ten jeden, dzięki któremu, jak w łamigłówce, wszystko nagle trafia na swoje miejsca (odruchowe strzelanie palcami, niebieski zając w szkolnym bloku rysunkowym, zaraźliwy, szczery śmiech, rozpierający nadmiar energii życiowej, niemieszczącej się w człowieku...) - by ujrzeć tę postać od wewnątrz, a potem już bez wysiłku zobaczyć, co nim kierowało, co popychało go do końca, nie dając się wycofać i zgodzić na uznanie czarnego za białe, a niczego więcej nie wymagano: to było niepowstrzymane obrzydzenie wobec własnego strachu, fizjologiczna niezgoda absolutnie zdrowej i najwyraźniej ogromnie dumnej duszy (wszak dusza ma własną fizjologię tak samo jak ciało i nie zawsze fizjologia duszy zbiega się z tą cielesną...) na zrośnięcie się i utożsamienie z tym siłą wszczepionym ci, jak wirus, strachem. A kiedy latami nosi się w sobie coś, z czym nie umie się żyć, czasem łatwiej jest rozbić się o wodę niż przestać skakać. W tamtych chwilach nad pożółkłą książką doznawałam przypływu gwałtownego, do bólu przejmującego szczęścia - jak wyniesiona w górę na lotni: byłam z niego dumna. Nie z niego jako ojca, nie - na to był już zbyt oddalony w czasie - ale jako człowieka, którym mogłabym się zachwycić, gdybym go teraz spotkała. Od nie wiem jak dawna nie trafiali mi się tacy ludzie (czyżby naprawdę już wymarli?!) i niezaspokojona potrzeba - niekoniecznie wśród najbliższego otoczenia, niechby nawet z daleka, z boku, gotowa jestem podziwiać i w milczeniu, byle było co podziwiać! - ta potrzeba z biegiem lat coraz silniej gryzła od środka, przemieniając się w coś w rodzaju awitaminozy czy niezaspokojonego głodu seksualnego - a tu jakby ktoś prysnął na mnie żywą wodą: jak to, mamrotałam na wpół przytomnie, jak to się stało - odkładałam książkę, błąkałam się po pokoju, jakbym na oślep szukała zagubionej rzeczy, i znów padałam na fotel, wlepiając niewidzący wzrok w tę samą stronicę - myśli wiły się i krążyły, zapętlając same o siebie, wciąż nie mając odwagi ułożyć się w ostateczny, jasny wzór: jak to możliwe, że nic o nim nie wiem - i już nigdy się nie dowiem, nic nie zostało, żadnych dowodów na jego życie takie, jakim było naprawdę: nie pisywał prywatnych listów, nie prowadził dziennika, nie zostawił żadnych cząstek swojego wewnętrznego "ja", na których mogłabym teraz złapać trop - nic oprócz przypadkowego zapisku na marginesie przypadkowej książki...

"I tyle!!!"

 

Od tamtej pory wierzę utraconym drobiazgom o wiele bardziej niż gotowym historiom, które ktoś dla mnie wypatroszył, usmażył, przyprawił i podał na stół. Wierzę ocalałym gestom i znaczkom w książkach, mimowolnie złapanym na amatorskich zdjęciach dziwnym minom i krzywo przygryzionym niedopałkom: jestem detektywem Columbo początku nowego wieku (nie śmiej się, proszę!). Wiem, że te archeologiczne pozostałości zaginionych cywilizacji - niezliczonych zaginionych cywilizacji, które kiedyś istniały pod ludzkimi imionami - nie kłamią. Jeśli w ogóle istnieje sposób, by zrozumieć coś z cudzego życia (a spróbuj no z własnym dać sobie radę!), to tylko tyle ("i tyle!!!"). Wszystko inne już słyszeliśmy, wszystko inne już nam się uszami wylewa, pięknie dziękuję...

Ciągnie mnie do tych nieważnych, niekompletnych błyskotek jak srokę do rozsypanych korali. Właściwie dokładnie tak samo: zbieram i niosę do gniazda. Mam już całą kolekcję - moje własne (nieuporządkowane) notatki w różnych notesach (czasem na luźnych kartkach, na programach z festiwali i koncertów, na odwrocie informacji prasowych, na innych śmieciach, które wpadły pod rękę...), odrzucone przy montażu (zwinięte w ślimaki) kawałki taśmy, nie wiedzieć po co przechowywane od epoki analogowej w pudle po komputerze; w samym komputerze też zresztą jest totalny bajzel: po co mi na przykład otrzymany kiedyś mailem (kiepsko zeskanowany) rysunek zmarłej na białaczkę dziewczynki z Prypeci, której, zdaniem nie-przytłoczonych-przez-nieszczęście rodziców, pisana była wielka przyszłość artystyczna? (Trudno powiedzieć, prawda to czy nie - dziecięce rysunki zawsze są ciekawe, na tym brązowy hipcio stoi nad niebieskim okrągłym jeziorem po horyzont; do czarnobylskiego programu rysunek nie wszedł, nie pasował, chciałam tam utrzymać maksymalnie lakoniczny styl, suchy i surowy, bez łzawych tonów, bez pociągania nosem, i mama dziewczynki obraziła się na mnie: odebrałam jej nowo odnaleziony cel życia - rolę matki tragicznie zmarłego młodego geniusza, a cóż mogłam tak naprawdę zaproponować w zamian - martwe dziecko?... Ale nawet gdyby nie mama, nie moje poczucie winy, to i tak podejrzewam, że nie wystarczyłoby mi siły, żeby ten rysunek usunąć z dysku, i tak go trzymam, jakbym oczekiwała, że kiedyś do czegoś jeszcze się przyda...) Tak naprawdę wszystkie moje nakręcone dokumenty zaczynały się i rozrastały wcale nie od "tematu", jak zawsze poważnie udaję przed producentem i kolegami, ale - nieodmiennie - od jakiegoś drobnego punkciku zaczepienia, który czemuś przyciągnął uwagę, drażnił i wabił niedostępnością skrywanych przez siebie cudzych tajemnic, jak czasem odległe światełko ludzkiej siedziby z okna nocnego pociągu: chciałoby się podejrzeć, kto tam mieszka, co robi, dlaczego tak późno pali się światło?... W ostatecznym wariancie, w gotowym filmie ten wyjściowy szczegół zazwyczaj wypadał - albo całkowicie pozostawał poza kadrem, albo, w najlepszym razie, migał gdzieś przez moment na drugim planie, i tylko ja go rozpoznawałam: skromnie ukryty w kąciku obrazu autograf Daryny Hoszczynskiej, uczciwie mówiąc, przypomnienie mojej kolejnej porażki, znów, dla nikogo oprócz mnie niedostrzegalnej: bo nigdy jeszcze nie udało mi się - tak, jak czułam, że można to było zrobić: odszukać zaginiony, tajny kod! - ani razu nie udało się naprawdę czegoś z tych drobnych kamyczków zbudować, tak nimi pożonglować, żeby za jednym zamachem całe ludzkie życie od razu jak należy pokazać do głębi i żeby wszystko trafiło na swoje miejsca, jak w łamigłówce, ani razu nie zdarzyło się prawdziwe: "i tyle!!!".

Co, rzecz jasna, nie oznacza, że można zaprzestać wysiłków.

Innej metody nie mam, o ile to oczywiście w ogóle jest metoda. Dokładniej, w inne metody nie wierzę - wszystkie moim zdaniem dawno się wyczerpały. A inne sposoby zwyczajnie mnie nie interesują.

Nie wiem, co mnie tak przyciągnęło w tej fotografii, na której wśród pięciorga żołnierzy UPA (...bojówka, rzucił Artem, koniuszkami palców przesuwając fotografię po blacie i nie wiedzieć czemu ściszając głos, jakby ze zdjęcia, w razie nieostrożnego obchodzenia się, mógł lada chwila zagrzmieć strzał...) jako druga od prawej stała, z gołą głową, z ułożonymi wedle mody lat wojennych w hollywoodzką falę włosami, nawisającymi nad czołem, stała i leciutko uśmiechała się wprost do mnie młoda jasnooka kobieta - zgrabnie, a nawet zalotnie opięta w wąskiej talii wojskowym pasem, z tą spokojną, opanowaną pewnością ruchów, która nie wiedzieć czemu przywodziła na myśl wcale nie wojskowy świat, raczej wyjazd na polowanie w rodowym majątku: panienka czeka, aż przyprowadzą konia, a gdzieś poza kadrem kilka rasowych chartów z niecierpliwym ujadaniem szarpie linkę. Doskonale pasowałby do niej angielski palcat i białe rękawiczki - a równocześnie w jej nazbyt wyrafinowanej wśród lasu postaci było coś niesamowicie kobiecego, orzeźwiająco-uspokajającego, jak łagodna, zdecydowana ręka na rozpalonym czole, coś, co uspokaja i charty, i konie, i młodych mężczyzn z karabinami pewnie też - spośród nich uśmiechała się (niemal niedostrzegalnym drgnieniem ust) tylko ona jedna. "Jaka piękna kobieta" - zauważyłam, też czemuś przyciszonym głosem, chociaż ściśle mówiąc, była nie tyle piękna w zwykłym rozumieniu słowa, ile olśniewająca: nawet na wyblakłej fotografii niemal widać wokół niej plamę światła, jak na płótnach dawnych mistrzów wokół anioła przysłanego z dobrą nowiną, nie bój się, Zachariaszu, twoja modlitwa została wysłuchana - Artem łypnął z ukosa, mruknął niewyraźnie, czy to zgadzając się, czy, przeciwnie, jako historyk, który też-miał-komu pochwalić się dokumentem archiwalnym, dziwiąc się mojej głupocie (piękne kobiety jej w głowie!), ale podchwycił i z tym swoim lekko krzywym uśmieszkiem, jakby z góry wykpiwając to, co zamierzał powiedzieć, rozwinął temat, chociaż w dość nieoczekiwanym kierunku: "Jak myślisz, z którym z tych czterech spała?".

"Z tym" - bez wahania pokazałam ostatniego z prawej, z wilczymi, blisko siebie osadzonymi oczyma i garbatym nosem, puszczając mimo uszu czytelną aluzję (z Artemem nie spaliśmy już wtedy ze sobą od dobrych trzech miesięcy i nie widziałam żadnego sensu w umacnianiu tego naturalnie obumierającego związku, przy każdym spotkaniu czymś się wymawiałam, aż mógłby zacząć podejrzewać mnie o jakąś skrywaną chroniczną dolegliwość, nieustanny krwotok albo co...) - wilkowate chłopisko pozowało w pół kroku, niby dla równowagi wspierając się na strzelbie lufą do góry; moja pewność co do niego była tym dziwniejsza, że sama na miejscu tej kobiety wybrałabym kogoś innego - tego, który stał najdalej, ostatni z lewej, i patrzył w bok, jakby całe to fotografowanie go nie obchodziło; spośród wszystkich mężczyzn na zdjęciu, właścicieli prostych chłopskich twarzy, wyciosanych przez wiele pokoleń ciężkiej pracy fizycznej (zresztą, czy wojna nie jest taką samą ciężką pracą fizyczną?...), on jeden był prawdziwie przystojny, urodziwy brunet, udoskonalona i uszlachetniona, wygolona na gładko wersja Clarka Gable'a z zastygłym w oczach prawdziwym, zadawnionym smutkiem, którego Clark Gable nie osiągnąłby za żadne honorarium: taki smutek trzeba hodować w sobie latami, na zawołanie się go nie obudzi, takim smutkiem przepełnione są nasze ludowe pieśni, chyba wszystkie jak jedna, z marszowymi włącznie, w tonacji minorowej, słowa nie mają znaczenia, bo żadne słowa i tak nie wyrażą tego smutku ani nie wypowiedzą jego przyczyny, obejmie go tylko muzyka, i dlatego brunet miał muzyczne dźwięczne oczy - a tymczasem ręka Artema ostrożnie, pytająco głaskała moją nogę w rozcięciu spódnicy, zapuszczając się nad kolano, i ja odruchowo, jak zawsze, pomyślałam o jego obrączce, żeby mi przypadkiem nie podarła rajstop - można się było po prostu odsunąć, po trzech miesiącach byłby to dostatecznie wymowny gest, ale ja bez ruchu, jak zaczarowana, zawisłam nad zdjęciem, na którym, byłam już prawie pewna, rozgrywał się między tą trójką jakiś ukryty dramat, Artem oddychał coraz głośniej, jego palec wskazujący dotarł do szczeliny między moimi nogami i pracowicie rozsuwał ją przez rajstopy i majtki, to zawsze był bardzo dbały kochanek - naukowiec i badacz, wszystko robił, jakby z książki czytał, i czasem odnosiłam wrażenie, że jestem cennym obiektem archiwalnym, zaopatrzonym w niewidzialną instrukcję dla użytkownika, a czasem, że on się mnie śmiertelnie boi, i wtedy chętnie przychodziłam mu z pomocą, mimo że w ustach na długo zostawał smak wyjętego z lodówki starego sera: nie wiedzieć czemu Artem miał zimny członek i w ogóle zimne w dotyku ciało, ale w tamtej chwili, gdy wbijałam dłonie w biurko, a oczy w fotografię, nieoczekiwanie poczułam potężne, gwałtowne pobudzenie, o wiele silniejsze, niż gdyby mi ktoś pokazał świerszczyki - jakieś obco-straszne, szalone i drapieżne, jakby to miał być ostatni raz w moim życiu, jakby znienacka wybuchł i oślepił skierowany prosto na mnie reflektor, nie zostawiając po mnie nic oprócz studziennie czarnego krzyku, tyle że krzyk ten nie tonął, lecz unosił się - w górę, jak wzdłuż rury, rozpierając żyły w gardle, z łoskotem wydzierając się przez zaciśnięte zęby, i nie miało już znaczenia, kto (czy co!) zadziera mi z tyłu spódnicę, niecierpliwie szarpie w dół zbędny materiał, szybciej, szybciej, kurczę się do tego jednego punktu, z którego może przyjść ratunek - i przychodzi natychmiast, błyskawiczny jak lipcowa burza, i czyjaś łapa brutalnie zatyka mi usta, z czego rozumiem, że krzyk, którego echo pozostało w uszach, pochodził z mojego własnego gardła, machnęłam głową na "nie", żeby strząsnąć łapę, i powoli zamrugałam - przed oczami wciąż jeszcze pływały mętne żółtawe kręgi i pierwszym, co się przez nie przebiło, była ta fotografia z pięcioma postaciami: wszystkie pałały ostrym białym światłem, jak na negatywie. Musiałam mrugnąć raz jeszcze i jeszcze - aż zdjęcie pociemniało do normalnego stanu - i wtedy stało się jasne, że drży nie zdjęcie, tylko stół, i to z tego ważnego powodu, że padłam na niego w dość niewygodnej pozycji, a Artem nadal starannie łupcuje mnie od tyłu, w dodatku usiłując jedną ręką zasłaniać mi usta - całe to przedstawienie odbywało się w końcu w jego miejscu pracy, w podziemiach bibliotecznego magazynu, i byłoby dość pikantnie, gdyby ktoś z jego kolegów zajrzał przez drzwi - co prawda w chwili mojego przyjścia zawsze starannie je zamykał. (Pomyślałam w tamtej chwili - martwo i pusto, jakby ślepą plamą zamiast myśli - że tylko to mnie tu pociągało, ta zimna piwnica z linoleum na podłodze i oszałamiającym, drożdżowym zapachem zetlałych ze starości papierów, z konspiracyjnie zamkniętymi drzwiami obitymi starym skajem, co przydawało naszemu żałosnemu romansikowi podniecającego smaczku studenckiej bezdomności: kiedy wszyscy zabawiają się jak króliki po wszelkich możliwych zakamarkach - wszystkie zaś średnio udane usiłowania Artema, by przenieść akcję na moje lub jego terytorium, do normalnego mieszkania z normalnym łóżkiem, po prostu wymazywałam z pamięci...) Pożegnałam się wtedy niemal od razu, jak tylko pospiesznie doprowadziłam do ładu ubranie i rzuciłam kontrolne spojrzenie w lusterko, omijając wzrokiem szczęśliwego, spoconego i zdezorientowanego Artema, który nie w takt zapragnął okazać mi czułość, rodzącą się, jak uczy poeta, po drugiej stronie namiętności, ale zastygł, zmrożony moim nieprzyzwoitym pośpiechem i jednosylabowymi mruknięciami - wszystko to niezmiernie przypominało paniczną ucieczkę z miejsca kompromitacji i niesławy, jednak orgazm rozjaśnił mi w głowie, pracującej teraz sprawnie i efektywnie jak dalekopis plujący poleceniami - maksymalna wydajność przy minimalnym wysiłku, bez odwracania głowy: był tu gdzieś u ciebie mój Ernst, przewodnik po Kijowie z 1928 roku, potrzebny ci jeszcze? I (bez pauzy, na tym samym oddechu) pożycz mi proszę to zdjęcie, nie na długo, dobrze? - fotografia wsunęła się między pożółkłe stronice niewinnie rozstrzelanego Ernsta, torebka dopięła się z trudem, najważniejsze, żeby niczego tu nie zostawić; Artem dogonił mnie, już na progu, pocałunkiem w policzek (mokrym) i pogróżką, że zadzwoni pod koniec tygodnia (dlaczego wszyscy mężczyźni uważają za konieczne przy rozstaniu akcentować swoje prawo do następnego razu? jakbym sama nie mogła zadzwonić, jeśli zechcę!) - i to było wszystko, to naprawdę było wszystko: więcej się nie widzieliśmy - a wymawiać się przez telefon nadmiarem pracy nieobraźliwie i nawet z żalem - rada by dusza do raju, ale grzechy, grzechy... - umiem, pewnie, umiem doskonale.

Artem (chwytający każdą okazję podparcia kulejącego związku jakimiś materialnymi zobowiązaniami, jak to zwykle bywa pod koniec i na początku - kiedy pożycza się książki, płyty i zdjęcia, wymyśla wspólne sprawy, z których potem niełatwo się wyplątać...) spytał wtedy: "Po co ci to?", a ja mruknęłam też coś monosylabowego i niejasnego, w rodzaju chcę-coś-zrobić-o-UPA, temat na czasie (jakbym się przed naszym producentem usprawiedliwiała!). To był oczywiście czystej wody wykręt, rzucony na odczepnego, bo o niczym takim nie myślałam. O UPA, byłam święcie przekonana, kręcić i pisać powinni wyłącznie zachodniacy, bo to u nich w każdej rodzinie, jeśli dobrze poszukać, można znaleźć jeśli nie samych "chłopców z lasu", to na pewno deportowanych "za współpracę", a że deportowali ich całymi wsiami, dobrze chociaż, że nie powywozili, do nogi gdzieś za Jenisej, jak Polacy za Wisłę, to pytam się grzecznie, z jakiej paki miałabym wtykać swoje trzy grosze tam, gdzie i beze mnie przy każdym kroku komuś żywe kości trzeszczą?... Wszystko, czym ja sama dysponowałam, ograniczało się do wspomnień mamy i ojczyma, wujka Wołodii, o głodzie 1947 roku na Wschodzie: wujek Wołodia (nigdy nie przełamałam się, żeby mówić o nim chociaż "tata Wołodia", jak chciał on sam i pewnie mama też...) brał niewód i chodził tamtej zimy, piętnastoletni chłopak, u siebie w Odessie z dorosłymi na łowienie ryb pod lodem i dzięki temu jakoś utrzymywał rodzinę - wokół przerębli, opowiadał, przez cały dzień nieruchomo jak zjawy tkwiły opuchnięte kobiety na słoniowych nogach, czekały na wyrzucaną z niewodu drobnicę, porywały ją z lodu i natychmiast pożerały na surowo - a po zbawczy chleb i u niego, i u mamy na Połtawszczyźnie wyprawiano ekspedycje na Ukrainę Zachodnią ("u Zapadnu", uparcie mówił wujek Wołodia, jakby ta prostacka łatka na jego ogólnie dość czystym jak na kogoś z Odessy języku była nieodłącznym elementem tamtych wydarzeń i korekcie nie podlegała: u Zapadnu i kropka, a "Zachodnia" to już ze słownika następnego pokolenia). Te wyprawy po zdobycz, jak śledzie w beczce (i pokotem na dachu) szalonego, bez wszelkiego ładu i rozkładu pyrkającego od stacji do stacji pociągu towarowego 500-W (czarny humor ludowy nazwał go "pięćset-wesołym": mógł znienacka stanąć w szczerym polu i stać tak pięć minut albo pięć godzin i tak samo znienacka ruszyć dalej, pozostawiając strząśnięty pył nieszczęśników, którzy wyskoczyli, żeby opróżnić pęcherze - nikt nie szukał ukrycia, na każdym postoju zwalali się pod nasyp, mężczyźni i kobiety, przemieszani, w biegu obnażając tyłki, opanowani wspólną gorączkową myślą: zdążyć, a potem wdrapać się z powrotem na swoje miejsce, póki nikt go nie zajął; wujkowi Wołodii szczególnie ostro wbiła się w pamięć ta nieustanna obawa o miejsce, pewnie trudne to było dla zagłodzonego nastolatka, który musiał rozpychać się na równi z dorosłymi, na moją zaś wyobraźnię najsilniej działała tamta bezpłciowa orgia pospiesznego wypróżniania się wzdłuż pociągu - łatwość przetworzenia ludzi w stado) - te wyprawy za chlebem nie były ani trochę bardziej bezpieczne od dzisiejszych, tak samo za chlebem, na saksy, do jeszcze bardziej zachodniej Europy, prawdziwej, szengeńskiej, obładowanym ikarusem po drogach Słowacji i Polski, gdzie z byle zagajnika może w każdej chwili wyskoczyć na spotkanie jakaś rosyjska mafia z kałaszami - wujek Wołodia, który podróżował wiosną 1947 na dachu "pięćset-wesołego", wspominał oślepiające światło latarki w środku nocy i mroźny dotyk metalu na gardle: "Dieńgi jest, pacan?". Jakimś cudem wpadł na to, żeby obiema rękami odwrócić poły marynarki, w której spał, wewnętrznymi kieszeniami do wierzchu: patrzcie, czysty - tak samo instynktownie wydusił z siebie, co nie wiedzieć skąd przyszło do głowy: "Do brata jadę..." - i zostawili go, nie przetrzepali, chociaż akurat miał pieniądze, starannie zaszyte przez matkę w majtkach na drogę, a brata - brata nigdy nie było. (Musiało to być skrywane chłopięce marzenie, sieroce, o bracie, koniecznie starszym, który wróci z frontu, przyłoży wszystkim krzywdzicielom, obroni i ochroni: i marzenie obroniło!) W ich oczach - w oczach wycieńczonych, brudnych ludzi, którzy gorączkowo oblewali parującym moczem kolejowe nasypy - ówczesna nowo przyłączona Galicja, ósmy rok plądrowana wzdłuż i wszerz przez fronty i partyzantkę, wciąż jeszcze oślepiała blaskiem Europy, oazy niewyobrażalnych rozkoszy - tak jak w oczach dzisiejszych ukraińskich gastarbeiterów Europa szengeńska - i tym, którzy umieli szczęśliwie do niej dotrzeć, szczodrze udzielała swoich rozkoszy: temu worek sucharów, temu dwie torebki kaszy i torebkę grochu, a tamtemu nawet pełniusieńki, z czubem nasypany worek mąki - takie dziwo jakimś cudem zdołała przyciągnąć na własnym grzbiecie gdzieś z tych okolic, z przesiadką w Zdołbunowie, świętej pamięci ciotka Lusia, mamy starsza siostra - i tak oto rok 1947 nie stał się dla Ukrainy, wbrew zamiarom wąsatego Generalissimusa, kolejnym i już ostatecznym rokiem 1933, więc przynajmniej tę wojnę, w żadnych podręcznikach nieodnotowaną, UPA ze Stalinem wygrała: żadne oddziały rekwizycyjne nie zaryzykowałyby pod koniec lat czterdziestych wchodzenia do zachodnioukraińskich wsi w poszukiwaniu zboża (a gdyby z głupoty zaryzykowały, to tyle by je widzieli, co na drodze do tej wsi, powiadał wujek Wołodia z drapieżnym uśmieszkiem satysfakcji, jak echo tamtego chłopięcego zachwytu nad cudzą siłą - ale komuś przyłożą! - a jednocześnie, co najdziwniejsze, z ledwie uchwytnym cieniem niechęci, trochę nawet jakby zazdrości, no tak, dobrze im się tam wojowało, ano popuchliby sobie u nas na lodzie, toby się okazało, czy by tacy wyrywni byli!). Opuchlizna opuchlizną, mogłabym zaprzeczyć wujkowi Wołodii (i zaprzeczałam - w myślach, nigdy na głos), ale jednak w porównaniu z 1933 coś się zmieniło: była masowa i jak widać nieźle zorganizowana armia, która wcześniej przez trzy lata z rzędu ćwiczyła odbijanie zboża od Niemców; doświadczenie przydało się i kraj nie wymarł. Jeśli nie liczyć wojny zimowej, to wychodzi, że była to jedyna klęska Stalina i jeszcze w czterdzieści lat po jego śmierci radziecka historiografia odgrywała się za nią na "Zapadnej" ze wszystkich sił dobrze opłacanej mrzonki - że opłacanej, to my sami, co rozumniejsi, bez szczególnych wysiłków zrozumieliśmy jeszcze w szkole; żaden temat nie budził wtedy na przerwach takich gorących dyskusji jak wojna - dla naszych rodziców to była jeszcze żywa, nie książkowa rzeczywistość, i nazbyt już różniła się nagromadzona w rodzinach pamięć od tego, co należało wykuć wedle podręcznika, i następowała czysto chemiczna reakcja niezgodności - furkotało, bulgotało i wytrącał się osad: krótkie i pogardliwe "łgarstwo!" pod adresem podręcznika... I to było w zasadzie wszystko, co tak naprawdę wiedziałam; delikatnie mówiąc - niewiele.

Słowem, UPA - UPA nie miała tu nic do rzeczy.

Po prostu nie mogłam zostawić u Artema tego zdjęcia. Było moje, a dokładniej stało się moje. I nie dlatego, że niemalże na nim przeleciano mnie bez jakiegokolwiek z mojej strony oporu, a raczej wręcz przeciwnie: dlatego bez oporu, że jakby wstąpiła we mnie wtedy cudza wola - takie właśnie miałam wrażenie. (Cały dzień snułam się potem rozbita, jakby mnie przepuszczono przez pranie z wirowaniem.)

Młoda kobieta, która z arystokratyczną nonszalancją stała pośród lasu w towarzystwie czterech mężczyzn z karabinami i ledwie dostrzegalnie się uśmiechała, wyróżniona plamą światła przypominającą dziwny defekt kliszy, nazywała się Ołena Dowhanówna.

A więcej naprawdę nic nie wiedziałam.

*

Nad czym tak myślisz?

Nigdy tego filmu nie zrobię. Nigdy.

Ty wszystko potrafisz - mówisz z takim przekonaniem, że zaczynam się bać. Twoja rodzina milcząco patrzy na mnie ze wszystkich fotografii naraz. Niewiarygodne - coś ty we mnie zobaczył?

Pytanie, którego w żadnym razie nie wolno zadawać na głos, gryzę się w język, bo jeszcze - tylko tego brakowało - sam zaczniesz się nad tym zastanawiać...

Czego ci nie powiedziałam: kiedy po raz pierwszy mnie pocałowałeś (ściślej, to ja cię pierwsza pocałowałam, nie mogąc dłużej znieść twojego niemal ekstatycznie jaśniejącego spojrzenia, do którego brakowało już tylko modlitewnie złożonych rąk: jasne, że się mnie bałeś jak inaczej, gwiazda TV i w ogóle...), tym, co naprawdę mną wstrząsnęło, o ileż potężniej, niż kiedy miałam lat piętnaście, był wyraz twojej twarzy, gdy nasze usta się rozdzieliły - mina człowieka, który stojąc na szczycie góry, widzi, jak pod nim, w dolinie, jego miasto zapada się pod ziemię. Patrzyłeś, jakbyś mnie nie poznawał, jakbym migotała i przemieniała się przed tobą z szaleńczą prędkością, i rozpalony światłocień szczęścia i przerażenia na twojej twarzy bezpośrednio odzwierciedlał moje migotanie - i tak, przez twoje oczy (spojrzenia nasze jeszcze się nie rozdzieliły) przez moment mogłam zobaczyć to trzęsienie ziemi w dolinie: niemo, z wyłączonym dźwiękiem, padały budynki i rozwierała się ziemia - jak przy zdjęciach z samolotu, od których operatorowi śmiertelny zachwyt zapiera dech w piersi...

Od tamtej pory znam to uczucie, długo nic - i raptem przypomina o sobie krótkim, dotkliwym ukłuciem: stoję na szczycie góry, pod twoim wzrokiem, i nie mam dokąd zejść.

Ty wszystko potrafisz - mówisz z niewzruszoną pewnością w głosie.

I dopiero teraz rozumiem, dlaczego przy pierwszym spotkaniu tak mnie zaskoczyło, że mówisz po ukraińsku, kompletnie się tego nie spodziewałam; zbyt pewnym krokiem idziesz przez życie, zbyt spokojną i samodzielną przybierasz w nim postawę, jakbyś nawet nie podejrzewał, że może być inaczej. U nas wszystkich, którzyśmy skończyli trzydziestkę i od małego rośli świadomi swojej ukraińskości, rzadko zdarza się taka naturalna - niezduszona - godność; taka postawa wymaga co najmniej trzech-czterech pokoleń przodków za plecami, przodków nieznających jakichkolwiek form społecznego poniżenia - sytuacja w oczywisty sposób nie nasza, na Ukrainie po XX wieku praktycznie już niemożliwa, skądże miałaby się wziąć...

Nie zostawiaj mnie, słyszysz? Ja nic nie wiem - nie wiem nawet, prawdę mówiąc, czy to jest to, co ludzie nazywają miłością, czy jakaś przymusowa interwencja cudzej woli (czasem budzi się też takie podejrzenie). Nie wiem, czego chcieć od przyszłości ani nawet czy my oboje mamy przyszłość; nic nie wiem. Tylko trzymaj mnie, dobrze? Nie zostawiaj. Właśnie tak.