ROZDZIAŁ 1 - ANNA
teraz
Wózek, na którym wygodnie siedziała starsza kobieta, powoli zbliżał się do Fontanny Neptuna. Koła cichutko turkotały na betonowych płytach, a tłum turystów i mieszkańców Gdańska stawał się coraz gęstszy. Na szczęście pogoda była idealna na spacer. Anna była wdzięczna losowi, że wnuk jest chętny do dotrzymywania towarzystwa starej babce - reszta rodziny nigdy nie miała czasu.
- Babciu, a co byś powiedziała na kawę i ciacho? - Najpierw poczuła obok twarzy przyjemny zapach męskiej wody kolońskiej, a dopiero potem dotarły do niej słowa Igora.
Uśmiechnęła się i odwróciła z entuzjazmem, kiwając głową. Chwilę przed tym poczuła aromat kawy, który roznosił się nad stolikami na Długiej. Popatrzyła na obleganego przez turystów Neptuna, który cierpliwie spoglądał na pstrykające wokół aparaty, i poczuła się szczęśliwa.
Chociaż dobiegała już do dziewięćdziesiątki, wcale nie odczuwała tych lat tak, jak powinna. No, może ciało przypominało jej, że lata młodości ma już dawno za sobą, ale w sercu wciąż czuła się młodą dziewczyną. W dużej mierze była to z pewnością zasługa Igora i jego dziewczyny Zuzy, którzy mieli w sobie tyle radości, że trudno było się przy nich smucić. Co innego rodzice Igora. Syn Anny i jego żona często zachowywali się tak, jakby ktoś wyrządził im jakąś krzywdę. Nie potrafili cieszyć się życiem i chociaż Artur nie był przecież taki stary w porównaniu do matki, wciąż chodził z wszystkiego niezadowolony. Był jej najmłodszym dzieckiem, przed nim urodziła Halinkę i Rysia. Między starszym rodzeństwem były tylko trzy lata różnicy, ale Artur był od nich dużo młodszy. Po dwójce pierwszych dzieci Anna nie planowała już więcej potomstwa, ale los zrobił, co chciał, i chociaż była po czterdziestce, postanowił uszczęśliwić ją jeszcze jednym synem. Cieszyła się, bo miłość macierzyńska nie wygasa tak szybko, a Halina i Rysiu mieli już swoje sprawy i niezbyt chętnie dotrzymywali rodzicom towarzystwa. Byli zbyt beztroscy i chociaż Anna próbowała wymusić na nich dyscyplinę, to z marnym skutkiem. Halina była zbuntowanym dzieckiem - po śmierci ojca, pierwszego męża Anny, stała się jeszcze bardziej niesforna. Matka nie mogła zrozumieć, skąd się w córce nagromadziło tyle krnąbrności. Sama była inna. Jako nastolatka szybko musiała nauczyć się dorosłości - wojna ją do tego zmusiła - ale kto wie, co by się z nią stało, gdyby nie przypadek i pomoc przyjacielskich dłoni.
- Babciu, czy mam sprawdzić pod kamieniem? - głos wnuka wyrwał Annę z rozmyślań.
- Pod kamieniem? - zapytała, w pierwszej chwili nie rozumiejąc, o co Igor ją pyta.
- No. - Chłopak roześmiał się. - Nie pamiętasz? Dzisiaj pierwsza sobota miesiąca, zawsze sprawdzasz, czy ktoś nie zostawił dla ciebie wiadomości. - W głosie wnuka usłyszała lekki, może nawet kpiarski ton, ale postanowiła nie zwracać na to uwagi.
- Sprawdź - zadecydowała i z nadzieją odwróciła się w stronę miejsca, w którym przez lata oczekiwała wiadomości od przyjaciela.
- Niestety pusto. - Igor z zawiedzioną miną wrócił do seniorki.
Tyle lat minęło, a ona wciąż czekała. Kiedyś, gdy przychodziła pod fontannę w towarzystwie dwóch najlepszych przyjaciół, nie myślała o tym, że los rozdzieli ich na długie lata, a może nawet na zawsze. Zarówno w czasie wojny, jak i po jej zakończeniu wracała tu w każdą pierwszą sobotę miesiąca z nadzieją, że któryś z chłopców się odnalazł. Jej szczęście sięgnęło zenitu, kiedy pewnego dnia na spacerze z malutką Halinką zajrzała pod "ich" kamień i znalazła kilka muszelek w papierowej torebce, a wśród nich maleńką karteczkę, na której widniało napisane koślawym pismem tylko jedno słowo: "Wróciłem". Było zapisane po polsku, co sugerowało, że napisał je Antek. Tak bardzo się wówczas ucieszyła - nie mogła wytrzymać dnia, aby nie przyjść do Neptuna. Nadzieja była tak wielka, że nie zważała, co jej mąż powie na to, że chodzi z córką tylko w jedno miejsce.
Nie przeszkadzały jej leżące tu i ówdzie kamienne pozostałości po - jeszcze kilka lat wcześniej pięknych - gdańskich kamienicach. Pamiętała dokładnie, jak przychodziła w to miejsce, które przez lata zionęło pustką, jak dopiero krótko przed urodzeniem Halinki Neptun wrócił na swój cokół. Dumny król mórz ponad czterysta lat przyglądał się spacerującym wokół niego gdańszczanom, ale wojna sprawiła, że musiał na około dziewięć lat opuścić swoje miejsce. Na początku roku tysiąc dziewięćset czterdziestego piątego Niemcy w obawie przed zbliżającymi się wrogami ukryli ten uważany przez wielu symbol miasta, wywożąc go do Parchowa koło Bytowa. Neptun wrócił do Gdańska, ale zanim trafił na swoje miejsce, przechowywano go w gdańskim Muzeum Miejskim, a fundamenty fontanny zabezpieczono specjalnie wybudowanym ceglanym murkiem[2].
Długi czas Anna miała problem z odnalezieniem ich skrytki, która z wiadomych przyczyn nie wyglądała już tak jak kiedyś. Pamiętała prace nad odbudową figury i czaszy w latach pięćdziesiątych. Była wówczas młodą mężatką, często przychodziła pomagać przy odgruzowaniu miasta, które "wyzwoliciele", a właściwie to zdobywcy Gdańska, prawie zrównali z ziemią. Jej mąż Witek po demobilizacji dość szybko zatrudnił się w gdyńskiej stoczni i wyjeżdżał z domu bladym świtem, a wracał późnym popołudniem. Całymi dniami Anna była sama, a że siły i zdrowie jej jako tako dopisywały, chętnie pracowała przy odbudowywaniu, ponieważ bardzo tęskniła za swoim dawnym Gdańskiem. Ręce miała szorstkie, zaniedbane, ale nie zwracała na to uwagi. Była chętna do pracy, a to się liczyło, nawet dla mężczyzn.
Seniorka spojrzała na Neptuna i uśmiechnęła się. Po wojnie dostał nowy trzon i trójząb, a na ogrodzenie fontanny wróciły usunięte przez hitlerowców orły i herby z bramek. Anna była już w ciąży, gdy fontanna została ustawiona w pierwotnym miejscu i trzy dni później oficjalnie uruchomiona. To było piękne lato, lipiec, a ona wciąż nie miała żadnej wiadomości ani od Antka, ani od Thomasa. I chociaż kochała Witka, bardzo tęskniła za swoimi dwoma przyjaciółmi. Pozostała jej jedynie ta ważąca około sześćset pięćdziesiąt kilogramów rzeźba odlana z brązu, która łączyła ją z przeszłością.
- Babciu, twoja kawa jest już chyba całkiem zimna. - Igor położył dłoń na ręce Anny i przytulił się do jej policzka. - Znowu odpłynęłaś?
- No widzisz, tak to już jest ze starymi ludźmi, częściej żyją w przeszłości niż w teraźniejszości. - Roześmiała się. - Przypomniałam sobie, jak znalazłam pod kamieniem wiadomość od twojego dziadka. Tak bardzo się wtedy ucieszyłam, że żyje, i miałam nadzieję, że wkrótce go zobaczę. Ale zanim do tego doszło, upłynęło trochę czasu.
- Czy pani go wówczas kochała? - zapytała Zuza.
- Nie. - Anna ponownie się uśmiechnęła. - Chociaż... chyba trochę tak, ale wtedy to go kochałam jak przyjaciela, bo był moim kolegą z dzieciństwa. Dopiero po latach, kiedy już byłam wdową i zaczęliśmy się spotykać, pokochałam go jak mężczyznę.
- O rany, chyba weszły panie na poważne tematy. - Igor cmoknął w policzek najpierw swoją partnerkę, potem babcię. - Dziewczyny, może jednak zmienimy temat? A może ty, babciu, masz jeszcze ochotę na mały romans? Jesteś wolna, więc...?
- Szalony z ciebie dzieciak. - Anna zaczęła się śmiać, a para siedząca przy stoliku obok popatrzyła na nich z równie szczerymi uśmiechami. - Dwa razy mi wystarczy. Nie chcę po raz trzeci zostać wdową. Teraz czekam na wasze zaślubiny, bo chciałabym jeszcze doczekać prawnuków.
- No to trochę chyba jeszcze musisz poczekać, przynajmniej do czasu, aż osiągniemy pełnoletność, bo wiesz, nie chciałbym być posądzony o pedofilię.
Zuzanna klepnęła Igora w ramię, robiąc przy tym bardzo oburzoną minę. Wiedziała jednak, że chociaż spotykają się już od dłuższego czasu, to do dorosłości im jeszcze daleko. Oboje mieli w planach studia, a o małżeństwie na razie żadne z nich nie myślało. Bo jak można myśleć o tak poważnych sprawach, mając dopiero piętnaście lat? Zuza uwielbiała babcię Igora i czuła się w jej towarzystwie tak, jakby była z własną babcią, zwłaszcza że miała tylko jednych dziadków, i to mieszkających daleko od Gdańska. Jej rodzice przyjechali na Wybrzeże za pracą, którą tata znalazł w stoczni. Mama też szybko dostała zatrudnienie w sklepie, a że mieli tylko ją jedną, to żyli skromnie, ale w miarę im się powodziło.
- Macie rację, wciąż zapominam, że jesteście jeszcze takimi młodziakami. - Anna uśmiechnęła się do wnuka i jego dziewczyny. - Mnie życie szybko postawiło do pionu. Kiedy miałam trzynaście lat, wybuchła wojna, i chociaż w Gdańsku tak bardzo tego nie odczuliśmy, to już rok później o szkole mogłam tylko pomarzyć, bo zostałam zatrudniona w domu pewnej nobliwej Niemki jako pomoc domowa. Miałam czternaście lat, a musiałam sprzątać, gotować, prać, robić zakupy i pomagać Frau Petrze w czynnościach higienicznych i ubieraniu.
- Babciu, to musiał być dla ciebie trudny czas. - Igor podsunął seniorce talerzyk z ciastem i ruchem głowy zachęcił do jedzenia.
Anna ukroiła widelczykiem kawałek sernika i włożyła sobie do ust. Zamyśliła się, spoglądając na powoli spacerujące po Długim Targu osoby. Kiedyś też tak spacerowała, przed wojną, kiedy z okien gdańskich kamienic zwisały czerwone flagi z czarnym krzyżem, a ulicą Długą jeździły tramwaje. Zdarzało się, że wskakiwali do nich ze śmiechem i jechali aż na Stare Miasto, na ulicę Łąkową. Po Długiej spacerowały damy z parasolkami i mężczyźni w niemieckich mundurach. Inne kobiety w skromniejszych ubraniach przecinały drogę z koszami pełnymi warzyw czy ryb. To było całkiem niedawno, pomyślała Anna. A teraz? Teraz jestem wożona jak królowa na wózku, bo nogi odmawiają mi posłuszeństwa.
Przypomniała sobie pewien letni dzień tysiąc dziewięćset czterdziestego roku, kiedy to wracając jedynie w towarzystwie Antka - bo Thomasa, który przyjechał na dwudniową przepustkę, pożegnali chwilę wcześniej - w milczeniu szła w stronę domu. Zanim jednak skręcili w ulicę Łąkową, ktoś mocno szarpnął ich za ręce i wciągnął do bramy. Już chciała krzyczeć, gdy szorstka dłoń zakryła jej usta. Antek wyswobodził się z uścisku i syknął:
- Co jest? Zwariowałeś czy co?
Przed nimi stał jego starszy brat i nerwowo rozglądał się wokół.
- Ciii. - Odsunął dłoń od twarzy Anny i przyłożył palec wskazujący do własnych ust. - Wywożą ludzi. Nie możecie tam teraz iść, bo i was zapakują na ciężarówki.
- Jak to wywożą? Kogo? - Dziewczyna poczuła, że robi jej się słabo. Chciała wybiec na ulicę, ale silna ręka młodego mężczyzny skutecznie ją zatrzymała.
- Robią łapankę, z kilku kamienic wpakowali polskich i żydowskich mieszkańców do ciężarówek. Twoją rodzinę też.
- A nasza? - Antek miał łzy w oczach, ale nie mógł się przecież rozpłakać przed dziewczyną.
- Do naszego domu jeszcze nie dojechali, ale pewnie prędzej czy później i tam dotrą. Ja uciekam do lasu, a wy uważajcie na siebie.
- A co ze mną? - Anna poczuła, jak w gardle rośnie jej wielka gula. - Co z moimi rodzicami, rodzeństwem?
- Nie wiem. - Gienek pokręcił głową i spojrzał na brata. - Spróbuj ją gdzieś przechować. Ona nie może teraz wrócić do domu.
- A ja? Co z naszą rodziną?
- Nie wiem, wieczorem się skontaktuję. Powiesz mi, jak sytuacja na naszej ulicy. - To szepnąwszy, wyskoczył jak oparzony z bramy i pognał w stronę Biskupiej Górki.
[2] Jak Neptun wrócił po wojnie na swoje miejsce, polskamorska.pl, 24.07.2023, https://polska-morska.pl/2023/07/24/jak-neptun-wrocil-po-wojnie-na-swoje-miejsce, dostęp: 25.05.2025.