Muśnięcie cienia - Barbara Romualda Czabanowicz

Reflow text when sidebars are open.
BARBARA ROMUALDA CZABANOWICZ
? Copyright by Wydawnictwo Poligraf, 2013
? Copyright by Barbara Romualda Czabanowicz, 2013
Wszelkie prawa zastrzeżone. Żaden fragment nie może być publikowany ani reprodukowany bez pisemnej zgody wydawcy.
Projekt okładki: Izabela Surdykowska-Jurek, Magdalena Muszyńska
Redakcja i korekta: Klaudia Dróżdż, Anna Kurzyca, Dorota Sideropulu
Ilustracje: Barbara Romualda Czabanowicz
Skład: Wojciech Ławski
Konwersja do EPUB/MOBI - InkPad
Książka wydana w Systemie Wydawniczym Fortunet?www.fortunet.eu
ISBN: 978-83-63506-32-2
Wydawnictwo Poligraf
ul. Młyńska 38
55-093 Brzezia Łąka
tel./fax (71) 344-56-35
www.WydawnictwoPoligraf.pl
Iza była drobną dziewczynką o niebieskich jak błękit nieba oczach i jasnych długich włosach rozwianych na wietrze. Patrzyła z ufnością na ludzi i na to, co się wokół niej dzieje. Wątła i nieśmiała, miała ząbki pociemniałe od picia czarnej gorzkiej herbaty, a nawet żeby taką dostać, trzeba było mieć dużo szczęścia. Niedożywiona i wynędzniała nie znała smaku białego chleba. Czarny chleb trafiał na stół od wielkiego święta, tak jak i mleko. Czas wojny był okrutny i ciężki.
Chociaż Anna uchodziła za kobietę zaradną, to nie zawsze udało się jej zdobyć żywność. Aby zaspokoić głód dzieci, handlowała jak wszyscy, czym mogła i czym popadło. Przeważnie wymieniano odzież na coś do jedzenia lub sól albo na naftę i zapałki, a także na mydło. Taka działalność wymagała wysiłku i umiejętności. Nie zawsze nastawał ten szczęśliwy dzień, w którym udało się Annie cokolwiek załatwić. Wówczas nie było co do ust włożyć i głód znacznie doskwierał, szczególnie dzieciom.
Mała jeszcze wówczas Iza nie rozumiała sytuacji i często płakała, czując w żołądku dotkliwe ssanie. Brat, starszy od niej o dwanaście lat, był bardziej odporny na tego rodzaju trudności. Tak jak i matka umiał znieść niedojadanie, do którego już się przyzwyczaił. Bardziej gnębiła go choroba, od której uwolnić się nie mógł.
Kto posiadał złoto lub kosztowności albo zapas jakichś pieniędzy, temu było łatwiej utrzymać się przy życiu w tych trudnych wojennych czasach. Anna to matka Izy i Józka, której życie nie oszczędziło, tak jak wiele innych matek w czasie wojny. Dzieci żyjące z samotnymi matkami dotykał taki sam los, od którego uwolnić się nie było sposobu. Jednak Anna gorzej znosiła przeciwności losu, bo Józek ze strachu, który opanowywał go w czasie działań wojennych, zachorował na paskudną chorobę – padaczkę.
Czas wojny to czas okrutny i przerażający, czas zgliszczy i śmierci, chorób i płaczu. Ciągłe ucieczki z miasta na wieś i ze wsi do miasta. Szukanie miejsca bardziej bezpiecznego i trochę spokojniejszego, gdzie od czasu do czasu można by było odetchnąć. Chociaż na jeden dzień lub jedną chwilę. Nie zawsze Anna znalazła go w schronie, piwnicy czy u znajomych. Przechodzący front niszczył wszystko jak tajfun, zostawiając za sobą ruiny jeszcze przed chwilą bezpiecznych mieszkań, ziemię usłaną trupami i przerażenie małych dzieci.
Strzelanina i bomby, głód i strach towarzyszyły Izie każdego dnia. W duszy dziewczynki na długie lata pozostały przerażające wspomnienia, które nigdy jej nie opuściły. W późniejszym dorosłym już życiu nieoczekiwanie wywoływały w niej lęk trudny do określenia. Oczekiwania pomieszane z lękiem, oczekiwania na coś lepszego, na coś, co uczyniłoby ją szczęśliwą, radosną i spokojną nadwątliło jej zdrowie. Już w dzieciństwie pojawiały się oznaki choroby – ciemność w oczach oraz ogólne osłabienie, była bowiem delikatna i wrażliwa. Jeżeli pojawiały się jakieś radości, to szybko mijały i zostawała smutna rzeczywistość.
Tułaczka wojenna z wszystkimi niebezpieczeństwami dała się Annie dobrze we znaki. Józek często dostawał ataków, a Iza była jeszcze zupełnie mała. Choroba Józka dodatkowo komplikowała życie, uniemożliwiając Annie poruszanie się w czasie nalotu lub ucieczki. Sama borykała się z przeciwnościami losu, bo mąż jej walczył na froncie z okupantem niemieckim. Ciężar zapewnienia bezpieczeństwa dzieciom zależał tylko od jej operatywności i siły, czemu nie było łatwo sprostać. Całe wojenne życie podporządkowane było Józkowi. Ataki padaczkowe nasilały się w momencie nalotów bombowych lub strzelaniny z powodu ogarniającego go strachu i wówczas matka musiała zawsze być przy nim. Cała trójka była zdana na ślepy los.
Pewnego dnia w porze popołudniowej niebo pociemniało od nadlatujących samolotów. Huk silników i rozrywających się bomb ogłuszał, a ogień wywoływany pociskami oślepiał. Przy tak silnym bombardowaniu nie było już możliwości ucieczki do schronu. Anna weszła z dziećmi do łóżka, ułożyła je obok siebie i mocno przytuliła, prosząc Boga o przetrwanie. Wcześniej przykryła wszystkich kocem, chcąc uchronić wzrok dzieci przed blaskiem wybuchających pocisków, który wzmagał trwogę. Modląc się, Anna wyprosiła u Boga łaskę ocalenia, pociski nie uderzyły w ich schronienie. Dom ocalał. Przetrwali ten nalot i jeszcze wiele innych.
Ludność polska była nękana nie tylko przez okupanta niemieckiego. Polakom mieszkającym na Wschodzie dawali się dobrze we znaki Ukraińcy, mordując całe rodziny i paląc ich domy, wcześniej okradzione z wszelkich dóbr. Ucieczki polskich rodzin ze wsi do miasta ułatwiały Ukraińcom rabowanie ich mienia. Takie nieszczęście dotknęło również Annę. Gdy pewnego razu po okresie ukrywania się wróciła z dziećmi do rodzinnego gospodarstwa, dom zastała pusty. Nie było żywności ani mebli, a z zagrody zniknęły również krowy i konie.
Ukraińcy działali pospołu z Niemcami. W okrutny sposób mordowali niemowlęta, nabijając je żywcem na sztachety w płocie. Rzeką płynęły nagie trupy Polaków z wbitymi w brzuch kołkami. Nie sposób zliczyć rodzajów tortur, jakie stosowali Ukraińcy względem polskich sąsiadów. W tym czasie najbezpieczniej było w mieście, bo tam Ukraińcy mieli ograniczone pole manewru. Jak ktoś miał kogoś w mieście, to było mu łatwiej przetrwać, nie musiał koczować w lasach bez względu na sytuację i pogodę. Matka z dziećmi nękana strachem, tułaczką i głodem z niecierpliwością oczekiwała końca wojny, tak jak i cały naród polski.
Jednak w życiu ludzkim nic nie spełnia się za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, tak jak to w bajce bywa. Zło tkwiące w drugiej wojnie światowej wlokło się za nią w nieskończoność. Anna czekając końca walk, żyła nadzieją spotkania z ukochanym człowiekiem, który podzieli z nią trudy dalszego życia. Kazimierz był jej kochającym mężem i dobrym ojcem – takim go pamiętali wszyscy. Los jednak okazał się okrutny dla Anny, w ostatnich dniach wojny bowiem Kazimierz zginął na przedmieściach Berlina. Zmarł na rękach swojego kuzyna, który po wojnie spotkał się z Anną i wszystko jej opowiedział. Był to dla niej bolesny cios, z którym pogodzić się nie chciała. Ten sam Bóg, który ją wysłuchał, wspierał każdego dnia w trudnych chwilach i pozwolił jej przetrwać, nie oszczędził ukochanego. Nie zostawił przy życiu tak ważnego dla niej człowieka, w którym pokładała tyle nadziei. Potrzebowała go Anna, a także dzieci, tak bardzo czekające na powrót ojca, który dałby im poczucie bezpieczeństwa i opiekę. "Czyżby życie za życie?" – zastanawiała się Anna.
Widocznie nie dane mu było przeżyć i cieszyć się rodziną. Patrzeć na dorastające dzieci i dzielić każdy dzień ze swoją żoną, z którą był szczęśliwy. Rozpacz i smutek owładnęły Anną, wciąż płakała i nie mogła się pozbierać. Nie do końca wierzyła kuzynowi, który powiadomił ją o śmierci męża, i często widząc mężczyznę w mundurze, biegła za nim, aby upewnić się, czy nie jest to przypadkiem jej Kazik. Taka niepewność trwała długo, aż do momentu, gdy otrzymała oficjalne zawiadomienie o śmierci małżonka. Ciężko jej było wejść w nowe życie bez żadnych nadziei, nadzieją bowiem na lepsze życie i miłością był jej mąż. Pogrążona w żałobie i smutku musiała znosić niedogodności losu – samotne wychowywanie dzieci i wszystko to, co stanęło na jej drodze, a w szczególności ciężką pracę na roli.
Po długim czasie zdołała pogodzić się z bolesną rzeczywistością, choć uświadamiała sobie, że utraciła bezpowrotnie kogoś najcenniejszego i najlepszego – człowieka, z którym planowała długą i dobrą przyszłość. Zostały tylko wspomnienia ze wspólnie przeżytych lat jeszcze sprzed wojny – czasu wielkiej miłości i niezapomnianych chwil.
Nieraz wracała myślami do tych chwil, kiedy to z rana mąż przynosił jej do łóżka świeże wiśnie z sadu, jeszcze wilgotne od rosy, bo wiedział, że je lubi. Przed wojną był robotnikiem budowlanym i wracając po pracy z miasta do domu, zawsze kupował jej jakieś smakołyki. Przywoził jej te specjały, bo wiedział, co lubi, i patrzył na nią z lubością, jak je zajadała. Wtedy Anna uśmiechała się, patrząc na męża dużymi czarnymi oczami. Wiedziała, że rozumieją się bez słów, że sprawia to miłość, jaką mają dla siebie. Marzyli i snuli plany, ale wojna je przekreśliła, obracając wszystko w gruzy. Zniszczyła życie ich i setek innych rodzin.
Często opowiadała swoim dzieciom o ojcu, wspominając go dobrym słowem, zwłaszcza wtedy, kiedy było jej ciężko. Czyniła tak przez całe swoje życie, mając go stale w pamięci.
Koszmar długich lat walki, tułaczki, głodu i śmierci wreszcie się skończył. Wraz z końcem wojny zaczęło się przesiedlanie ludzi ze Wschodu na Zachód, na Ziemie Odzyskane.
Ze Wschodu przewożono ludzi pociągami osobowymi lub zwykłymi towarowymi wagonami. Pociągi były zatłoczone, bo każdy chciał jak najszybciej znaleźć się na nowej ziemi i zamieszkać na swoim. Pragnęli znaleźć stabilizację i poczuć się wolnymi, jak najszybciej uciec z miejsca, gdzie działy się rzeczy straszne i trudne do przetrwania. W wagonach panowały brud, choroby i głód, bo niekiedy jechali w nich ludzie z całym dobytkiem, nie do końca utraconym. Niekiedy również znajdowały się tam krowy i inne zwierzęta. Komu udało się coś uchronić od kradzieży i przechować, teraz ciągnął ze sobą. Ciężkie powietrze zatykało dech w piersiach. Podróż trwała kilka dni, a czasami tygodni, i trzeba było znosić te wszystkie niedogodności. Brak wody, wszechobecny brud, niedożywienie i wyczerpanie odbierało ludziom resztę sił. Znajdowali się u kresu wytrzymałości, zanim wreszcie dotarli do miejsca przeznaczenia. Trudy podróżowania okazały się nad wyraz uciążliwe. Szczególnie rozpaczliwe było położenie dzieci, niektóre słabsze albo zbyt małe nie dotarły do wyznaczonego celu.
Annie i jej dzieciom udało się i tym razem, tak jak i w późniejszym czasie, kiedy musiała wykazywać wielką siłę woli, by pokonywać różne życiowe przeszkody. Zamieszkała wraz z dziećmi w jednej z wysiedlonych wsi na krańcach zachodniej Polski, nieopodal nowej granicy z Niemcami. Przydzielono jej na własność dom wyposażony w meble i dobytek w postaci bydła, kur i kóz. Zabudowania były obszerne – składały się z części mieszkalnej, stodoły i chlewów. W oborze znajdowały się krowy mleczne i wół do pracy na roli jako siła pociągowa. Z wielką radością odkryła w sieni domu piec chlebowy, który stanowił namacalny symbol dobrobytu. Anna wypiekała w nim przepyszne bochny chleba i ciasta, które w tamtych czasach były czymś wyjątkowym.
W takim gospodarstwie byłby potrzebny mężczyzna, którego akurat zabrakło. Anna przyjęła wyzwanie samodzielnego gospodarowania na swoje barki, choć z pewnością nie do końca zdawała sobie sprawę z ogromu piętrzących się przed nią trudności.
Przyznane jej nowe miejsce zamieszkania miało być jakby wynagrodzeniem za utracone dobra, które zostały na Wschodzie, i za trudy poniesione wcześniej. Wydawałoby się, że powinna się cieszyć, że przetrwała, że żyje ona i dzieci i ma jaki taki start w nowym życiu. Początek jakiś już był. Jednak tęskniła za domem zostawionym na Kresach, za miejscem, które kochała i gdzie spędziła najpiękniejsze chwile swojej młodości i małżeństwa. Za miejscem, gdzie się urodziła i wychowała, gdzie przeżyła swoją wielką miłość, która była dla niej bezcenna. Wojna odebrała jej wszystko to, co najcenniejsze – spokój, poczucie bezpieczeństwa i miłość.
Teraz Anna zamieszkała w świecie dla siebie obcym, w którym musiała się odnaleźć – zająć się dobytkiem i podołać ciężkiej pracy, jaka ją tutaj czekała.
Los rzucił ją do przemysłowej wsi Międzylesie. Nazwa zapewne wzięła się stąd, że miejscowość znajdowała się między dwoma lasami. Niemcy pozostawili w niej dwa duże zakłady bawełniane, w których większość mieszkańców tej wsi i okolic znalazła zatrudnienie. Dla wielu było to dużym wyzwaniem, nie mieli bowiem wcześniej sposobności zetknąć się z tego rodzaju przemysłem. Każdy jednak starał się dotrzymać kroku nowym sprawom, nowemu życiu, a na efekty nie trzeba było długo czekać. Niemcy, którzy nie wyjechali, pracowali jeszcze jaki czas w tych zakładach i przyuczali Polaków do zawodu.
Anna nie była zainteresowana nowością tego świata. Nie obchodziła ją praca w fabryce. Wychowała się na wsi, chciała więc podążać znaną sobie drogą, chociaż była trudniejsza i nie dla samotnej kobiety. Nie kwapiła się jednak do pracy w fabryce, choć nie bardzo wiadomo dlaczego. Nigdy z nikim nie rozmawiała na temat swoich życiowych wyborów. Prawdopodobnie obawiała się, że nie podoła nowemu nieznanemu zadaniu, została więc przy tym, co było jej znane i bliskie jak własna koszula.
Nieraz już dorosła Iza zastanawiała się, dlaczego jej matka nie zdecydowała się na pracę w fabryce, tylko na roli, przecież był to mozół wymagający męskiej siły. Sama kobieta na gospodarstwie to ciężki kawałek chleba. Wyczerpująca praca od świtu do nocy nie dawała Annie zadowolenia, nie zaspokajała jej oczekiwań.
"W fabryce byłoby jej zapewne lżej – myślała nieraz o matce dorastająca już Iza. – Pracowałaby określoną liczbę godzin, a resztę wolnego czasu miałaby dla siebie na odpoczynek i dla dzieci. Stały dochód, wypłacany regularnie, ułatwiłby jej życie. Boże, orka – pług ciągniony przez woła, a prowadzony przez kobietę to widok niewyobrażalny, a jednocześnie budzący podziw i litość".
To ciężkie tyranie na roli nie przynosiło wielkich korzyści. Było co jeść, ale nie było gotówki. Mimo to Anna trzymała się tego kurczowo, chociaż o wieczornej porze ledwo nogami powłóczyła. Za wypracowane produkty opłacała podatki i inne świadczenia, bo na nic więcej nie było ją stać. Część produktów oddawała państwu, co było nakazanym odgórnie obowiązkiem, za marne grosze. Zostawało jej niewiele, aby wyżywić dzieci i utrzymać dom. Na szczęście część żywności sama otrzymywała z własnej produkcji i tak wiązała koniec z końcem. Nie było obaw, że głód im może zagrozić, ale od pracy rąk nie czuła i głowa bolała od myślenia, jak związać koniec z końcem. Jednym słowem, w domu Izy się nie przelewało. Brak owoców i witamin, nieodległe jeszcze czasy wojennej biedy niekorzystnie wpływały na zdrowie wątłej dziewczynki.
W przypływie zmęczenia Anna zaczęła narzekać na trudy życia, z którymi się zmagała ostatkiem sił każdego dnia. Ciężar pracy ciągnął się latami jak tasiemiec i nie było widoku na poprawę losu. Nieraz mówiła Izie: "Gdyby tak Józek był zdrowy, to byłby teraz moją prawą ręką w gospodarstwie. Miałabym dużą pomoc, byłby dla mnie ogromnym wsparciem, a tak muszę sama się trudzić, nie wiedząc, jak długo jeszcze wytrzymam".
Wyrażała te swoje żale wobec jeszcze małej Izy, marząc, że gdyby Józek był zdrów, to zapewne założyłby własną rodzinę, a ich życie zupełnie by się zmieniło. Były to tylko pobożne życzenia Anny, które nie mogły się spełnić z dnia na dzień i nigdy się nie spełniły, bo całe swoje życie Józek był samotnym człowiekiem, wymagającym opieki i żyjącym u boku matki. Owszem, pomagał matce w niektórych robotach, ale nie był do końca odpowiedzialny za to, co i jak robi. Anna pospołu pracowała z nim, nadzorując w ten sposób jego tok myślenia i czynności.
Anna często zwierzała się także Izie ze swoich pragnień. Pragnień młodej jeszcze kobiety, którą przygniatała samotność. Marzyła o kimś bliskim, o przyjaźni z jakimś mężczyzną, na którego mogłaby liczyć w razie potrzeby, oprócz dzieci bowiem nie miała nikogo. Potrzebowała wsparcia w pracy na polu i mądrych rad w gospodarowaniu, w którym doświadczenia za bardzo nie miała. Potrzebny był jej prawdziwy przyjaciel. Jednak życie musiało się toczyć dalej własną drogą i wszystko pozostawało bez zmian. Życie takie, jakie musiało być, ciągnęło się latami.
Z każdym rokiem Iza dorastała i już jako starsza dziewczynka coraz bardziej cierpiała z powodu choroby brata. Bała się ataków epileptycznych, a jednocześnie bardzo jej było żal Józka, gdy patrzyła na jego cierpienie. Nie mogła zrozumieć, dlaczego nikt nie może mu pomóc w chorobie. I w końcu, dlaczego to właśnie jego takie licho dopadło. Swego czasu epilepsja była nieuleczalna. Tuż po wojnie medycyna nie funkcjonowała na wysokim poziomie i ciężko było o specjalistów w tej dziedzinie. Wszystko musiało pozostać, jak było. Oczekiwała jakiejś odmiany losu, miała nadzieję, że może kiedyś coś się zmieni na lepsze.
Nie tylko współczucie miała dla brata, ale również zaczęła myśleć o sobie i o tym, żeby nie musieć w trwodze uciekać z mieszkania na podwórko albo w jakieś inne miejsce. Żeby nie musieć słyszeć jęczenia i charczenia podczas ataku, kiedy się dusił. Nie mogła patrzeć również, jak uderza o podłogę powykrzywianymi konwulsyjnie nogami i rękami. Okrutny był to widok. Zatykając sobie uszy, Iza ze strachu uciekała do miejsc pozwalających się schronić, żeby nie patrzeć na cierpienia brata. Była już zmęczona wieczną obawą i chciała zakosztować trochę radości i spokojnego dzieciństwa, o które było tak trudno, bo takie sceny musiała często oglądać, nawet kilka razy w tygodniu.
Była dziewczynką strachliwą, bojąca się burzy i grzmotów, mrówek i innych robaczków pełzających po ziemi. Gdy na własnej rączce zobaczyła muszkę owocówkę, to robiła z tego wielkie halo i wzywała głośno mamę. W kuchni stała stara kanapa, lubiana przez wszystkich. Anna często na niej odpoczywała. W wolnej od pracy chwili kładła się, aby dać wytchnienie zmęczonemu ciału i rozprostować opuchnięte nogi. Kanapa była także azylem Izy. Lubiła na niej przesiadywać i zjadać posiłki, a niekiedy z matką razem znajdowały na niej czas dla siebie. Koty również na nią wskakiwały i łasiły się, pomrukując, gdy je Iza głaskała.
Kiedy zbierały się ciemne chmury i gęstymi strugami lał deszcz, a z nieba biły pioruny, wtedy również na tej kanapie chowała główkę pod poduszkę, chcąc bezpiecznie przeczekać burzę. Ten ciągły strach, od którego nie mogła się uwolnić, choć bardzo się starała, towarzyszył jej jak cień.
Często tak się zachowywała, chowając się na otomanie, gdy w jej dziecięcym życiu pojawiały się przykrości. Myślała, że w ten sposób uda się jej uciec przed uczuciem lęku, którego nie lubiła. Myślała, że przeczeka w ukryciu zły czas i gdy zdejmie poduszeczkę z główki, wszystko będzie jasne, dobre i kolorowe. Ale nie całkiem było dobrze ani inaczej. Trzeba było zaakceptować życie takim, jakie ją otaczało – ciężką pracę matki, chorobę brata, przeciwności losu i samą siebie. Nauczyła się odnajdować siebie w tym trudnym dla niej świecie, a nawet znajdować w nim przyjemności.
Izabela uwielbiała soboty w swoim rodzinnym domu, był to bowiem dzień generalnych porządków domowych po tygodniu pracy. Sprzątanie wyglądało inaczej niż w dni powszednie. Wszystkie kąciki były wypucowane, a szorowanie podłogi w kuchni uwalniało wspaniały zapach z drewnianych desek, które w czasie mycia nabierały złocistej barwy. Józek pozostał jedynym silnym mężczyzną w domu, więc zawsze to on szorował drewniane deski tak długo, aż nabierały naturalnego wyglądu.
Pięknego połysku nabierała również kaflowa kuchnia pod sprawną ręką Anny, a gdy świeciła już lustrzanym blaskiem, wówczas dziewczynka szukała swego odbicia w miodowobrązowych kaflach, które w jej oczach lśniły jak tafla lodu. Każdej soboty na obu stołach były zmieniane lniane obrusy – na świeżo wykrochmalone, w biało-czerwoną kratę lub we wzór kwiatowy. Na umocowanym na pustej ścianie obok drzwi do pokoju wieszaku wisiały pachnące świeżością ręczniki, a przez środek kuchni rozciągał się długi chodnik.
Mieszkanie składało się jeszcze z bardzo dużego pokoju, z drewnianą podłogą pomalowaną farbą olejną w kolorze ciemnej wiśni. Anna tę podłogę pastowała co tydzień, a następnie skrupulatnie, poruszając się na kolanach, polerowała. Deska po desce, aż do momentu uzyskania odpowiedniego połysku. Zapach pasty unosił się w powietrzu i na zawsze utrwalił się w pamięci dziewczynki, kojarzył się jej bowiem z bezpieczeństwem oraz z macierzyńską troską i miłością. Piękny haftowany obrus leżący na stole, biel firanek i zapach czystej wykrochmalonej pościeli wprowadzał Izę w świat bajeczny. Czuła się odświeżona i taka odświętna jak cały dom.
Wygląd prawdziwej wiejskiej chaty dopełniały kwitnące czerwone pelargonie, kaktusy i wiele innych kolorowych kwiatów na parapetach okien. Były tam także dostojne asparagusy zwisające ze stojaków, obsypane drobniutkim białym kwieciem. W oknach stały grudniki, zakwitające tylko w okresie zimowym na święta Bożego Narodzenia.
Najważniejszym rytuałem sobotniego dnia była kąpiel. Nie było łazienki, przynoszono więc do kuchni blaszaną balię, której Anna używała również do ręcznego prania na tarze. Do balii nalewano ciepłej wody nagrzanej w miedzianym kociołku zamontowanym na stałe w kuchennym piecu. W ruch szło szare mydło, takiego bowiem najczęściej używano w domu Izy do mycia i prania. Pachnące mydełko było od wielkiego święta. Delikatne mydełko sprawiało, że skóra stawała się miękka i przyjemna, a wtedy Iza czuła się bardzo bogata. Po kąpieli Anna spłukiwała córce włosy wodą z octem zmieszanych w proporcji pół na pół, dzięki czemu po wyschnięciu pięknie błyszczały i stawały się puszyste, czego dowodem były dwa śliczne grube warkocze.
Po takiej sobocie wieczorem Iza czuła się lekka, a przyjemność snu zapewniał spokój domu. Było ciepło, miło i przytulnie, tak bardzo swojsko i niepowtarzalnie, że Iza zapamiętała te sobotnie dni na zawsze.
Gdy teraz Iza wraca myślami do tamtych czasów, wspomina, że dla niej niedziela była prawdziwym świętem. Ubierano się w odświętne ubrania, takie wyjściowe, które w szafie wisiały i czekały przez cały tydzień na ponowne włożenie. Starano się w ten dzień nie wykonywać codziennych czynności, bo niedziela była czasem na modlitwę w kościele, wizyty u znajomych lub spotkania z rodziną i na odpoczynek. Nie było wtedy jeszcze telewizji, więc ludzie często się spotykali. Czas miło spędzali w kinie lub na meczu piłki nożnej, na spacerach, jak kto wolał. W domach nie przesiadywali, nie zamykali się na cztery spusty, jak to czynią teraz. Dlatego przywiązywano wagę do ubioru. Musiał być inny od codziennego, bardziej strojny i uroczysty. Odmienny od noszonego w obecnych czasach, kiedy to do kościoła chodzi się w dżinsach, a na uroczystościach także występuje się w takim stroju, co kiedyś było nie do pomyślenia. W niedzielę wolny czas ludzie spędzają w marketach lub na targach, gdzie kiedyś zwykły śmiertelnik by nie poszedł, bo wszystkie sklepy były nieczynne, a targi odbywały się raz w tygodniu w dzień powszedni.
Anna nie miała żadnych rozrywek, a wolną niedzielę przeznaczała na odpoczynek po pracowitym tygodniu.
Raz w tygodniu piekła chleb. Zazwyczaj pod koniec tygodnia, aby na niedzielę był świeżutki. Ciasto chlebowe na zakwasie wyrabiała w drewnianej dzieży. Następnie formowała okrągłe bochenki i wkładała do słomianych koszałek wysypanych mąką. Po wyrośnięciu przenosiła je na drewnianej łopacie do pieca, układając równiutko jeden obok drugiego. Gdy były już rumiane i upieczone, wówczas wyjmowała je z pieca i kładła w sieni na drewnianej ławie. Aby bochny jeszcze piękniej wyglądały i błyszczały, smarowała je zimną wodą. Parujący gorący chleb kusił rozchodzącym się po całym domu zapachem. Zachęcał, aby jeszcze ciepły posmarować masłem własnej roboty, które topiło się na ciepłej jeszcze pajdzie. Chleb był pulchniutki jak puch z gęsiego pierza, a masło położone na nim smakowało jak miód. Dobrze smakował również ze smalcem, który Anna przyrządzała ze świeżym ogórkiem z ogrodu.
Iza czekała na takie soboty i kochała matkę krzątającą się po obejściu, a pieczony chleb i drożdżowe ciasto łączyły się z nią silnie i wzbudzały w Izie najcieplejsze uczucia. Pączki smażone na maśle wyrobionym z mleka od własnej krowy i faworki kruche jak chrust leśny zawsze na myśl przywoływały sobotę. Wspomnienie sobotnich i podobnych dni, będące zlepkiem obrazów z miesięcy i lat, zapisały się na zawsze w pamięci Izy jako najszczęśliwsze chwile jej życia. Chwile takiego szczęścia, radości i beztroski już nigdy się nie powtórzyły.
Beztroskie dni dziecięce to te, kiedy biegała boso polnymi drogami wśród łanów zbóż, a wiatr kołysał zbożowe kłosy. Tu i ówdzie ptaszek skrzydłami trzepotał w powietrzu zasłuchany w swoje śpiewanie. Pamięta szum wody w strumieniu i wiatr wyjący w kominie w zimowe wieczory. Nic nie uszło jej uwagi; granie świerszcza w trawach, pełzanie dżdżownicy w słońcu po deszczu. Lubiła ślimaki z wystawionymi rogami, taszczące na grzbiecie swoje domki. Lubiła również chrabąszcze spadające z dębowych drzew. Brała je do ręki, a one swymi drobnymi nóżkami łapały się kurczowo jej paluszków. Wsłuchiwała się w przyrodę i przyglądała się małym stworkom – jak do lotu rozkłada skrzydła boża krówka, jak przebiega chrząszcz czy drepcze drobnymi kroczkami mrówka. Świat dla niej nieznany i ciekawy. Uczyła się Iza życia wśród ludzi i tych najmniejszych braci. Matki nie odstępowała na krok. Wszędzie z nią chodziła: do lasu na grzyby, jagody czy maliny. Lubiły zbierać grzyby po deszczu i nie tylko. Jednak te zbierane po deszczu błyszczały na polanach i pod drzewami. Były tak widoczne, że bez trudu zbierały pełne kosze borowików, maślaków i pachnących kurek. Oddychały wtedy pełną piersią, rozkoszując się zapachem żywicy, grzybów i świeżością lasu tuż po deszczu. Parująca ziemia pod wpływem słońca uwalniała wilgoć, która unosiła się wraz z powietrzem, wytwarzając niesamowitą woń. Woń, która wywoływała takie upojenie, że nawet do domu się nie chciało wracać. Obie mokre do kolan od mokrych traw, ale jakże szczęśliwe szły do domu, uśmiechając się do siebie z radości, że miały szczęście tyle uzbierać. Iza kochała matkę nad życie i każda spędzona z nią chwila była dla niej czymś niesamowitym i trudnym do zrozumienia przez kogoś innego.
Anna bardzo troszczyła się o córkę, wszędzie zabierała ją ze sobą, aby nic złego nie przydarzyło się dziecku pod jej nieobecność. Chodziły razem na zakupy, plewiły warzywa w ogrodzie, a w wolny czas zabierała ją ze sobą do sąsiadek na pogaduchy. Niezupełnie było to takie sobie puste gadanie. Kobiety bowiem spędzały wolne chwile, zajmując się robótkami ręcznymi. Robiły swetry na drutach, wyszywały piękne makaty, dziergały szydełkiem serwetki. Robótki ręczne swego czasu były modne i pożyteczne, jak na przykład ciepłe wełniane skarpety wydziergane na drutach i grzejące zimą stopy. Anna nie umiała się posługiwać drutami, za to pięknie wyszywała. Makatki jej roboty przystrajały ściany mieszkania, a kolorowe jaśki z falbankami ozdabiały kanapę w pokoju i łóżka zaścielone równiutko kapami.
Iza podziwiała te wszystkie cudeńka i matkę za to, że tak dba i zdobi mieszkanie. Na nocnych szafkach, stolikach i stołach pyszniły się ażurowe serwetki. Było dużo prac ręcznych wykonanych ręką Anny, ale wszystkie pasowały jak ulał do mieszkania. Najbardziej rzucały się w oczy chodniki zrobione z kolorowych, ciętych w paseczki szmat. Ile trudu Anna musiała włożyć, aby powstał taki barwny dywanik. Zaczynała od cięcia pasów ze starych ubrań nienadających się już do użytku. Zszywała je, a później zwijała w kłębki. Kolejny krok stanowiło znalezienie osoby posiadającej specjalne krosno, na którym można było utkać taki niezwykły chodnik. Takie krosna należały do rzadkości. Natrafiało się na nie gdzieś po wsiach, czasami odległych o kilkadziesiąt kilometrów. Anna miała szczęście, bo krosno, jakiego szukała, znajdowało się tuż za lasem. Musiała tylko przejść przez las, a później cztery kilometry i docierała do wiejskiego domu, którego gospodyni zajmowała się tkactwem. Gdy surowiec był przygotowany, Anna dostarczała go tkaczce. Kolejną czynnością było odebranie gotowych już dywaników i przyniesienie o własnych siłach do domu. Trud się opłacał, bo gdy chodniki już się znalazły na podłodze, to nic nie pozostawało, tylko je podziwiać i cieszyć się z wykonanej pracy.
Miło było mieszkać w domu, w którym dzięki wyjątkowemu wystrojowi panował swoisty klimat. Klimat, który tworzyła Anna – ciepły, pogodny i miły.
Iza pamięta jeszcze inne zdarzenia z tamtych lat związane ze starymi szmatami. Otóż od czasu do czasu po wsi jeździł wozem człowiek, który również się zajmował starymi szmatami, ale w innym celu. Miał ze sobą nowiutkie emaliowane garnki do gotowania posiłków. Jechał przez wieś i krzyczał: "Szmaty skupuję, szmaty!!!". Wówczas kobiety wychodziły do niego z tobołami starych, niepotrzebnych nikomu szmat zalegających gdzieś na strychu. Wędrowny handlarz brał te tobołki, zahaczał o specjalną sprężynową wagę i oznajmiał, ile ważą. Waga z pewnością nie była zbyt dokładna, ale wieśniaczki i tak były zadowolone, bo pozbyły się zawaliska na strychu. W zamian za starą, nieużywaną już odzież nieznajomy dawał nowiutki garnek lub dwa, w zależności od ciężaru szmat. Taka zamiana pozwalała się łatwo pozbyć zbędnych już rzeczy.
W tuż powojennych czasach życie było zupełnie inne – takie proste i zwyczajne. Ludzie bardziej się szanowali i byli życzliwi względem siebie. Jednak nie tylko o życzliwość tu chodzi, ale również o udogodnienia, o których wspomniałam, korzystnych dla ludności wiejskiej. Wydawałoby się takie proste, a jakże dogodne. Nie trzeba było jeździć w poszukiwaniu punktów skupów, bo handlarze zabierali rupiecie z domów. Płacili niewiele, ale wilk był syty i owca cała. Panowało więc obopólne zadowolenie.
Nic się nie marnowało, a wokół domów panował porządek, bo gminy nakładały solidne kary za gromadzenie odpadków koło domu. Wyznaczano specjalne kontrole co jakiś czas i gdy brakowało bosaka, miotły albo wody w beczce lub znajdowały się jakieś śmieci koło domu, to gospodarzowi wymierzano karę. Kary były dotkliwe, więc nikt nie chciał wyrzucać pieniędzy na marne i każdy dbał o swoje obejście i kieszeń.
Podstawą powojennego życia ludności wiejskiej była samopomoc. Nie istniało zjawisko takie jak znieczulica, które dziś łatwo dostrzec. Pomoc sąsiedzka, życzliwość wyróżniały ludzi, którzy wciąż pamiętali zło czynione przez wiele lat w czasie wojny. Teraz po wojnie chcieli czuć dobro, które płynęło od nich samych, i nie czynić krzywdy innym. Tak zapamiętała Iza swój dom rodzinny i otoczenie, w którym dorastała.
Z tych czasów Iza dobrze zapamiętała także Cyganów, którzy jeździli po wsiach wozami wyścielonymi słomą. Kradli, co w rękę któremu wpadło, i wyłudzali różne rzeczy od ludzi. Byli natrętni i dokuczliwi. Jeździli zawsze gromadą. Nieproszeni w kilka osób wchodzili do mieszkania, a część zostawała na zewnątrz, i zaczynali myszkować po kątach. Brali, co popadnie, uważając, że wszystko im się przyda. Wybierali jajka z kurzych gniazd w kurniku, a jak udało się złapać kurę, to szybko ją ukrywali, wcześniej ukręcając jej łeb. Matka Izy bała się Cyganów. Byli całkowicie bezkarni. Zabierając żywność, potrafili jeszcze grozić i straszyć właściciela. Nie poczynali sobie tak śmiało, jeśli w domu był mężczyzna. Natomiast Anna, jak wiedzieli, była samotną kobietą z dwójką dzieci. Zbadawszy wcześniej sytuację, Cyganie nie musieli się niczego obawiać. Potrafili gromadą stanąć koło miski z pierogami i bez żenady wyjadać z niej, oblizując przy tym paluchy ociekające maślanym tłuszczem. Gospodyni nie stała bezczynnie, broniła swego, ale nie zawsze z dobrym skutkiem.
Pewnego dnia pojawili się znowu, tym razem jednak z przewagą mężczyzn o krępej budowie ciała. Trzy Cyganki przybyłe z nimi kręciły się żwawo po kuchni, proponując Annie wróżenie. Zaskoczyli ją zajętą jakąś pracą w mieszkaniu. Zobaczywszy gromadkę nieznajomych ludzi, tym razem wystraszyła się nie na żarty. Zwłaszcza że mężczyźni zachowywali się zbyt swobodnie w jej domu – Anna zaniepokoiła się i poczuła strach.
Szybko pozbierała myśli i powiedziała do Izy: ,,Idź no prędko, córeczko, do szopy i zawołaj tatę. Niech weźmie porządnego kija i przyjdzie tu szybko". Powiedziawszy te słowa, popatrzyła na dziecko znacząco, w taki sposób prosząc o pomoc. Iza była jeszcze mała, ale zrozumiała słowa matki, szybko wybiegła na podwórko, kierując się w stronę starej szopy. Wróciła za chwilę, mówiąc: ,,Tato zaraz przyjdzie..." i dodała: "z widłami". Na te słowa Cyganie szybko wynieśli się z mieszkania. Anna przytuliła do siebie dziewczynkę i patrząc w jej niebieskie oczy, powiedziała: ,,Mądrym jesteś dzieckiem, bardzo mi dzisiaj pomogłaś". Ucieszyła się, że czasami i kłamstwo ma swoją dobrą stronę, jak go wykorzystać w dobrym celu. Od tej pory żyli sobie spokojnie, bo Cyganie omijali ich dom z daleka. Czasami jeszcze od czasu do czasu pojawiali się we wsi, ale coraz to rzadziej i rzadziej, aż w końcu zaniechali tych swoich praktyk wróżenia i żebrania o jedzenie. Zrobiło się bezpieczniej, a ludzie poczuli ulgę. Jednak Anna jeszcze długo zachowywała ostrożność, na wszelki wypadek zamykając dokładnie drzwi.
W tamtym roku nic się nie zmieniło w rodzinie Anny. Czas mijał wypełniany wciąż takimi samymi zajęciami. Tylko grudzień był trochę inny od pozostałych miesięcy. Grudzień to miesiąc świętowania i koniec roku kalendarzowego. Mikołaj, Boże Narodzenie i oczekiwanie na Nowy Rok.
Iza jak każde dziecko czekała na dzień Świętego Mikołaja i zaglądała codziennie pod poduszkę. Sprawdzała, czy może był w nocy i coś jej przyniósł, wcześniej bowiem co najmniej przez tydzień mówiło się o tym Mikołaju pełnym dobroci, który roznosi podarki. Dorośli dużo wcześniej mówili o tym zwyczaju. Jednak wśród dzieci wrzało jak w ulu, gdy jeden przez drugiego gadały, jakie to by chciały dostać prezenty. Nie zawsze jednak Iza znajdowała pod poduszką zawiniątko z cukierkami. Czasami – owszem, leżał rożek zwinięty z szarego papieru, a w nim cukierki w kolorowych papierkach. Jedząc słodkości, cieszyła się, że o niej również pamiętał Mikołaj. Nie zawsze Anna miała pieniądze, które z trudem zdobywała na utrzymanie rodziny, na prezenty. Tylko od czasu do czasu sprawiała dziecku tę radość. A wtedy Iza, trzymając w ręku małe zawiniątko, wpadała z rana do kuchni i krzyczała z radością: "U mnie też był!". Częstowała matkę i brata, a sama, jedząc cukierki, zastanawiała się, skąd wiedział, gdzie ona mieszka i jak do niej wszedł. Przecież całą noc czuwała, by go zobaczyć, ale i tak jej się nie udało nic zaobserwować.
Pewnego razu na święta Bożego Narodzenia przyjechała babcia Izy – Antonina. Babcia Antonina była rzadkim gościem w ich domu. Iza kochała ją jak własną matkę, więc jak się wreszcie pojawiła, to nie odstępowała jej na krok. Chodziła za nią jak cień i nie mogła się nacieszyć świątecznym gościem. Anna, chcąc zrobić dziewczynce niespodziankę, w Wigilię wieczorem w wielkiej tajemnicy zajęła się wraz z Józkiem ubieraniem choinki. Iza zauroczona bez reszty babcią na nic nie zwracała uwagi, a tymczasem Antonina zajęła się wnuczką. Przygotowała dla niej ciepłą kąpiel, a już czyściutką ubrała w świeże ubranko i sprawnie zaplotła warkoczyki, do których przywiązała wstążki.
Iza zafascynowana babcią nie spostrzegła nieobecności matki i brata. Nie zauważyła nawet, jak przez kuchenne drzwi brat wniósł do pokoju choinkę, przyniesioną wcześniej z lasu. Bacznie przyglądała się babci, jak zwinnie skręca paluszkami papieroski z ziół na astmę, a później je zapala i puszcza dymek. Dla Izy było to coś nowego, bo dotychczas nikt w jej domu nie palił papierosów. Antonina łykała również efedrynę – tabletki na astmę. Jej babcia różniła się od innych starszych kobiet mieszkających w okolicy.
Świerk był piękny, prosto z lasu, skąd przytargał go Józek. A teraz po cichutku razem z matką zawieszał na gałązkach świecidełka, które lśniły wśród anielskich włosów – włoskie orzechy, ciasteczka własnego wypieku w kształcie serduszek i gwiazdek. Musiały się też obowiązkowo znaleźć na choince długie twarde cukierki w kolorowych papierkach i czerwone jabłuszka, których zapach wraz z wonią świerku rozchodził się po całym mieszkaniu. Czerwone jabłuszka zawsze dostawali od cioci Heli. Miała ich pod dostatkiem – jabłoń z takimi owocami rosła w jej sadzie od wielu lat.
Całość dekoracji drzewka uzupełniały biała wata, która miała przypominać śnieg, i prawdziwe woskowe świeczki. Gdy choinka była już przystrojona, wówczas babcia Antonina wzięła za rączkę wnuczkę i wprowadziła do pokoju. Dziewczynce oczy zalśniły na ten widok i powiedziała: ,,Matko Święta, którędy ten Mikołaj wszedł z tą choinką, że ja go nie widziałam?".
Podeszła bliżej i zaczęła oglądać i dotykać, wszystko było takie lśniące i wyjątkowe w ten dzień. Mimo niedostatku Anna starała się, żeby w dni szczególne stworzyć miłą atmosferę, żeby dzieci zaznały radości i by je uszczęśliwić. Chciała, by poznawały rodzinną tradycję, do której obchodzenie świąt również należało. Chociaż nie była to pierwsza choinka w ich domu, to jednak niespodzianka magią zadziałała. Iza pamięta te wydarzenia do dziś, niepowtarzalny zapach jabłek, palących się woskowych świeczek i świerkowego igliwia. Te wszystkie aromaty razem z wonią ciasteczek mieszały się ze sobą, pobudzając najbardziej uśpione zmysły. Tak wyglądały co roku święta w domu rodzinnym Izy, ale te były wyjątkowe, bo zjawiła się babcia Antonina, za którą tak tęskniła.
Trudno nie wspomnieć o innych tradycyjnych przygotowaniach przedświątecznych w domu Anny. Nie obeszło się bez dobrego jadła i wyśmienitych wypieków, a dom musiał być wysprzątany i pięknie wystrojony na tę okazję. Święta Wielkanocne również były uroczyste. Anna piekła wspaniałe baby, serniki i makowce. Mazurka i piernika też nie mogło zabraknąć. Malowała jajka na czerwonawy kolor w łupinkach z cebuli albo w specjalnych farbach do tego celu przeznaczonych, bo bez nich święta nie miałyby uroku. Oczywiście pamiętała zawsze o baranku. Dużo wcześniej siała owies w specjalnym, odpowiedniej wielkości naczynku, przeznaczonym do tego celu. W Wielką Sobotę stawiała cukrowego baranka do naczynka z owsem, aby zdobił stół w dzień świąteczny. Jak wiemy, atrakcją Świąt Wielkanocnych jest lany poniedziałek. Iza była jeszcze za mała na duże oblewanie, więc tylko patrzyła, jak w sąsiednich domach młodzież moczy sobie głowy, lejąc wodę wiadrami.
Izabela wyrosła w domu z tradycjami i kultywuje je nadal. Dużo serca i starań wkłada w przygotowania świąteczne, aby były niepowtarzalne i uroczyste.
Czas ucieka szybko, a z nim mijają lata. Iza dorosła i przyszedł czas, kiedy musiała iść do szkoły. W szkole była nieśmiała i wstydliwa, wciąż trzymała się na uboczu, przyglądając się rówieśnikom. Czuła się gorsza od innych.
W domu dorastała wśród dorosłych, a że po sąsiedzku nie było dzieci w jej wieku, to teraz nie umiała znaleźć się wśród takiej dużej grupy dzieciaków. Trudno jej było nawiązywać znajomości. Nie znała zabaw i wariacji, jakie dzieci wyczyniały na przerwach międzylekcyjnych. Skacząc, szaleli i wrzeszczeli, zdzierając sobie przy tym gardła. Iza nie umiała, a nawet wstydziła się dołączyć i dorównać kroku dzieciakom z klasy w tych przecież normalnych w tym wieku harcach.
Iza mówiła mało, była skryta i zamknięta w sobie, jakby się bała lub czegoś wstydziła. Słuchała, jak inni opowiadają o różnych przygodach, o jakich się jej nawet nie śniło. Nie lubiła wrzawy, wolała spokój i ciszę, a co gorsze, nie umiała szaleć razem z innymi. Co dla wszystkich było normalną rzeczą, dla niej czasami było wstydliwe.
Nie było łatwo wejść w grupę, gdzie na ogół inni czuli się swobodnie. Nie skakała na skakance, nie grała w klasy, nie bawiła się w berka. Na przerwach między lekcjami stała na uboczu i obserwowała bawiące się dzieci. Krótko mówiąc, podpierała ściany.
Bała się chyba śmieszności, że będą szydzić z niej, jak jej coś nie wyjdzie. Najbardziej wstydziła się swego ubrania, bo mama kupowała je zawsze na wyrost, by starczyły na dłużej. Czasami Anna szyła sama odzież dla Izy, bo tak wychodziło taniej, niż kupić gotową w sklepie. Nie zawsze udawało się jej uszyć idealnie, ale zazwyczaj ubranka były szykowne. W wyborze materiału miała również dobry gust. W uszytych przez mamę strojach Iza czuła się bardziej odważna i radośniejsza – taka podobna do swoich koleżanek. Początki zawsze są najtrudniejsze, więc i pierwsza klasa była dla Izy czasem trudnym. Nawet tornister stanowił problem. Była to uszyta z ciemnozielonego materiału torba z jednym paskiem do zakładania na ramię. Iza wstydziła się jej, bo różniła się od innych, a ona nie lubiła zwracać na siebie uwagi. Latem nosiła sukieneczki marszczone z falbankami szyte przez mamę i lubiła je, niejedna dziewczynka mogłaby jej pozazdrościć. Natomiast zimową porą w zamiecie śnieżne mama zawijała ją w dużą chustę. Źle się czuła w takim stroju, tak jak i w spodniach, które miały nogawki ściągane dołem gumą, bo nikt tak nie chodził ubrany. Dzieci w szkole nie zwracały uwagi na ubiór i nie naśmiewały się z siebie, ale Iza mimo wszystko w takim ubraniu czuła się okropnie.
Kiedyś do szkoły kolega z jej klasy, Zięba, przyszedł w butach swojej matki. Były brązowe na obcasie. Chłopak był wysoki i nieprzeciętnej urody, ale nie wstydził się przyjść w takich butach. Nikt nic mu nie mówił i nie śmiał się z niego, Iza również. Tylko patrzyła na te buty i w skrytości ducha myślała, że nie założyłaby takiego obuwia, bo śmiesznie by wyglądała, podobnie jak on. Zięba biegał w pantoflach na obcasie jak w adidasach i w głowie mu nie postał żaden wstyd. W tak wczesnym wieku dzieci jeszcze nie przywiązują wagi do ubioru, ale Iza była jakaś inna – wstydziła się wszystkiego.
Z biegiem czasu jej życie szkolne przestało odstawać od życia pozostałych dzieci, ale musiało to trwać czas jakiś. Nie buntowała się, tylko nakładała to, co miała, wiedząc, że jej rodzina jest uboga i matka nie może zapewnić jej lepszych rzeczy.
* * *
W sąsiedztwie Anny mieszkał samotny mężczyzna, z którym po pewnym czasie się zaprzyjaźniła. Teraz było jej łatwiej żyć, bo sąsiedzi zaczęli pomagać sobie nawzajem w codziennych sprawach. Zygmunt na wiosnę zaorał pole i zasiał zboże, Anna w rewanżu doiła jego krowę, bo jemu to z łatwością nie przychodziło. Obok domu Zygmunta rosły jabłonie, więc teraz Iza czasami szła pod drzewa i brała kilka jabłek, bo miała na to pozwolenie od właściciela. Z biegiem czasu przyjaźń pogłębiła się do tego stopnia, że Anna czasami zapraszała Zygmunta na obiad. A później coraz częściej i częściej spotykali się na obiadach w domu Anny. Zygmunt był zachwycony jadłem przygotowanym przez Annę i chlebem własnego wypieku, którym go częstowała. Podziwiał jej pracowitość i gospodarność. Czas jakiś trwała ta znajomość, aż pewnego dnia Zygmunt oświadczył się Annie, a ona przyjęła jego oświadczyny po dłuższym namyśle.
Czas jakiś jeszcze minął, zanim Anna ponownie wyszła za mąż, musiała bowiem przemyśleć decyzję – decyzję o ślubie, który miał ich związać do końca życia. Zygmunt zamieszkał w domu Anny i wówczas byt rodziny polepszył się nieco, nowo poślubiony mąż pracował bowiem w fabryce, co zapewniało mu regularny dopływ gotówki. Zajmował się również gospodarstwem, nie w pełni co prawda, ale w dużej mierze odciążył Annę od wielu prac w polu.
Czas kryzysu minął i życie Anny i jej rodziny stało się łatwiejsze. Teraz zabierała ze sobą Izę do sklepu i obie wybierały strojne ubrania, a nawet kupiła córce kapelusik koloru jasnogranatowego, czarne pantofelki z klamerką i chabrowy płaszczyk. Iza była wniebowzięta i zaraz w niedzielę poszła do cioci Heli wystrojona w nowe ubranko. Oczywiście było oglądanie i podziwianie stroju. Ciocia przy tym niechcąco wypaliła papierosem dziurę w chusteczce, którą Iza miała na szyi. Po powrocie do domu nie powiedziała mamie o tej dziurze, bo obawiała się, że spotka ją kara. Ale mądra Anna tak sprawę od razu skwitowała: ,,Ciotka Hela zrobiła tę dziurę z zazdrości".
Iza była spokojnym dzieckiem i ani w domu, ani w szkole nie przysparzała kłopotów. Była odpowiedzialna i uczyła się nie najgorzej. Zdawała z klasy do klasy i czasem dostawała nagrody. W szkole należała do aktywnych uczennic. Umiała rysować, więc zawsze przygotowywała gazetki ścienne czy jakieś tablice pomocnicze do nauki.
Szkoła często organizowała zabawy dla dorosłych, które przynosiły jej dochód. Wówczas już starsza Iza robiła kotyliony dla tańczących par. Prowadziła również bibliotekę szkolną, a w harcerstwie była przewodniczącą. Lubiła te wszystkie zajęcia i cieszyła się, jak mogła coś dla szkoły zrobić. Zadowolona, że jest potrzebna, że na coś się przydaje, w domu opowiadała z radością mamie, czym zajmuje się w szkole.
Od dziecka odznaczała się pracowitością i to jej do starości zostało. Wciąż szukała zajęcia, w wolnym czasie nie umiała bezczynnie siedzieć. Harcerstwo było wówczas frajdą dla młodzieży. Często organizowano różnego rodzaju spotkania, a w lecie obozy. Najczęściej taki obóz rozbijano nad jeziorem znajdującym się w pobliżu lub znajdowano jakieś atrakcyjne miejsce w Górach Izerskich. Wypożyczano duże wojskowe namioty. Rozbijanie namiotów było zajęciem dla chłopców. Dziewczęta zajmowały się porządkami i kuchnią. Zazwyczaj biwakowanie trwało dwa tygodnie i było czymś nadzwyczajnym. Wieczorami paliły się ogniska, przy których co zdolniejsi chłopcy grali na gitarze lub akordeonie, a przy akompaniamencie śpiewano harcerskie piosenki. Śpiew niósł się dalekim echem w dolinie nad jeziorem wśród drzew i skalistych wzgórz. Tafla uśpionej wody stała nieruchomo jakby wsłuchana w ten śpiew i w śpiew ptaków przy zachodzącym słońcu.
Odbywały się różne gry fantowe i zabawy, odgrywano naprędce zaimprowizowane skecze. Wymyślano wiele różnych zajęć dla spędzenia czasu w przyjemny i ciekawy sposób. Oczywiście pływali każdego dnia, ale pod nadzorem wychowawców.
Mimo obowiązków i pracy, jakie mieli harcerze, Iza była zachwycona tą odskocznią od codziennego życia. Podobały się jej na obozie porządek i dyscyplina. Trzeba było zbierać chrust na ognisko, gotować zupę w dużych garach. Były wyznaczone dyżury do warty i do kuchni. Wszystkie posiłki przyrządzali harcerze sami, a później ze smakiem pałaszowali, aż uszy się trzęsły, i wołali o dokładkę. Apetyty im dopisywały, słychać było tylko brzęk uderzeń łyżkami o blaszane talerze. Wspomnienia pozostały na zawsze, bo nie zapomina się smaku makaronu robionego własnoręcznie na tekturze czy przypalonego krupniku. Iza dziś jest wiekową kobietą, ale jak spotyka na ulicy Fredkę, koleżankę z klasy, to zaraz na myśl przychodzi jej właśnie ten obóz, na którym były obie. Pewnego razu w środku nocy Fredka, idąc do toalety, wpadła po ciemku w stos garów stojących w kącie namiotu. Narobiła takiego hałasu, że cały obóz postawiła na nogi. Nie bez powodu Fredka najbardziej kojarzy się Izie z tamtym wydarzeniem i makaronem z tektury. Wiele innych jeszcze przygód wydarzyło się podczas pobytu nad tym pięknym jeziorem, których wspomnienie wywołuje uśmiech na twarzy.
Dla Izy lata szkolne są miłym wspomnieniem, są czymś niezapomnianym i wzbudzają tęsknotę za czymś, co powinno było się spełnić, a z jej własnego wyboru się nie spełniło. Iza dużo rysowała i w szkole, i w domu. Lubiła to zajęcie i marzyła o szkole plastycznej w Łodzi. Matka z troski o nią nie zgodziła się na tę wymarzoną edukację. Myślała: "Duże miasto, daleko od domu, a Iza to jeszcze dziecko, nie poradzi sobie sama". Bała się o nią, bo dziewczyna, ledwie czternastoletnia, chowana na wsi, była bardzo ufna, jej obawy były więc słuszne. Anna chciała, aby córka ukończyła liceum ogólnokształcące w pobliskim miasteczku, a jak będzie starsza, to będzie może studiować malarstwo. Iza na propozycję matki nie chciała się zgodzić, wolała iść do pracy, tak jak jej koleżanki ze szkoły. Kiedy ona chodziła do szkoły, jakoś nie za bardzo garnęli się młodzi do nauki. Ich rodziców przed wojną nie kształcono, nie było nawyku, by planować lepszą przyszłość swoim dzieciom. Dawano im wolną rękę, a dziewczęta w tym czasie pragnęły jak najszybciej się usamodzielnić. Chciały pracować i mieć własne pieniądze, chciały czuć się odpowiedzialne za siebie i w konsekwencji szybko zakładały rodziny, będąc jeszcze bardzo młode. Obecnie brak wykształcenia sprawia, że Iza czuje się niespełniona. Nie żałuje, że nie studiowała malarstwa, na które zamierzała pójść, bo nie zapewnia pewnych dochodów. Żałuje, że nie posłuchała matki, szkoła średnia bowiem otwiera oczy dorastającej młodzieży i pozwala wybrać odpowiedni zawód.
W wieku dorastania nie myślała, co będzie za kilka lat, czy podoła ciężkiej pracy i co będzie dalej. Anna natomiast chciała, żeby córka zdobyła wykształcenie, które umożliwi jej start w dorosłe życie. Ponieważ Iza była delikatnego i słabego zdrowia, matka powtarzała często: "Ucz się, będziesz miała lżejszy chleb, bo do pracy fizycznej się nie nadajesz". Jednak ostateczny wybór pozostawiła córce. Wybór Izy był nijaki – chciała pracować i nie zastanawiała się nad przyszłością. Po latach zrozumiała swój błąd i bardzo żałowała tej decyzji, ale było już za późno. Zmarnowała szansę, która mogła zmienić całe jej życie.
Ciężka praca była z własnego wyboru i reszta życia również.
Teraz często wraca do wspomnień młodości, kiedy się pogubiła, a resztę życia ułożył za nią los. Wraca myślami do czasów szkolnych, kiedy to w świetlicy przyzakładowej odbywały się uroczystości, w których brali udział uczniowie. Iza recytowała wiersze i tańczyła w zespole. Najbardziej jednak przeżywała występy recytatorskie, znajdowała się bowiem sama na scenie. Odsłaniała się kurtyna, a przed nią wypełniona po brzegi widownia. Światła na sali zgaszone, tylko ona oświetlona blaskiem reflektorów, który raził ją w oczy. Bała się, że coś pomyli albo zapomni, a to byłby dla niej ogromny wstyd. Ze sceny schodziła już spokojna, wszystko bowiem zawsze się udawało, a publiczność żegnała ją oklaskami.
Oprócz młodzieży szkolnej, która często brała udział w przedstawieniach, do świetlicy zapraszano teatry, organizowano w niej także różnego rodzaju koncerty. W każdą niedzielę przyjeżdżało kino objazdowe. Dyrektor zakładów bawełnianych dbał o kulturę na wsi, a na cele kulturalne przeznaczył dużą świetlicę. Dbałość o kulturę nie była całkiem bezinteresowna, wpływy bowiem szły do zakładowej kasy.
Wieś była duża, a w jej centrum oprócz zakładów przemysłowych znajdowały się trzy sklepy, dwie piekarnie, szkoła podstawowa, żłobek, przedszkole, kościół i restauracja. Jak na taką mieścinę to niemało. Wieś tętniła życiem, a zakłady bawełniane coraz prężniej się rozwijały. Przez długie lata trwał ten dobrobyt, ludności bowiem praca w fabryce przynosiła czysty zysk, a z posiadanych gospodarstw utrzymywała się cała rodzina. Po wielu długich latach – latach tłustych – zaczęły się lata chude, wszystko zaczęło podupadać. Produkcja tkanin przestała się opłacać, brak odbiorców skłonił do likwidacji zakładów.
W państwie zaczęto przeprowadzać prywatyzację. Na początku ludzie z branży włókienniczej znający się na interesach i prowadzeniu fabryk myśleli, że złapali pana Boga za nogi. Dopóki się dało, korzystali z dobrze funkcjonujących jeszcze zakładów, dorabiając się na majątku, który jeszcze pozostał. Obniżyli płace ludziom, a zwiększyli godziny pracy. Zaczęło się źle dziać. Z czasem narastał kryzys. Nie wypłacano ludziom pensji miesięcznej; aby zażegnać bunt, zaspokajano ich żądania marnym groszem, obiecując wypłatę w późniejszym terminie. Długo taka sytuacja trwać nie mogła i po jakimś czasie ogłoszono upadłość zakładów. Setki ludzi straciło pracę.
Zamknięto żłobek, przedszkole, a świetlica, która niegdyś tętniła życiem, świeci dziś pustkami. Nie ma piekarni ani ośrodka zdrowia, poczta również nie działa. Dwa piękne zakłady długie lata stały nieużytkowane. Sprzedawano za bezcen pozostałości tkanin zalegające w magazynach. Gdy magazyny zaczęły świecić pustkami, przyszła pora na krosna. Ktoś zainteresowany jeszcze dobrymi maszynami kupił je i zaczęła się wywózka gdzieś w nieznane. Idąc z miasta, Iza na własne oczy widziała stojące na samochodzie krosno. Tylko jedno, bo maszyna była duża. Schodziły z niej podwójne sztuki różnych tkanin. Serce ją bolało, gdy obserwowała to, co działo się obecnie, i sięgała myślą, do tego, co było. Niedługo później jeden z zakładów ludzie powoli zaczęli rozbierać. Zawsze komuś coś się przyda. Dlaczego sobie nie wziąć, skoro taki budynek stoi otworem. I tak powoli piękny zakład stał się nikomu niepotrzebną ruiną.
Za daleko wybiegłam w przyszłość, zostawiając za sobą koleje losu Izy. Jak wspomniałam wcześniej, Iza była pracowita i nie tylko uczyła się, ale też dużo pomagała matce w domu i w polu. Większość prac w gospodarstwie wykonywali ręcznie, więc razem z matką wyrywała len rękoma. Nie była to łatwa praca. Skóra od niej pękała, stawała się gruba i zabarwiała się na zielono. Zazwyczaj Anna wykonywała tę ciężką robotę samodzielnie, ale jak przygrzało solidnie słońce i nastawały upały, wówczas najmowała ludzi na dzień lub dwa, żeby zebrać len jak najszybciej, bo ziarna sypały się na ziemię. Anna nie oglądała się na męża. Kosiła również trawę i zboże, bo była do tego przyzwyczajona. Izie było żal matki, więc razem z bratem pomagała zbierać zboże i wiązać snopy.
Była szczupła i matka ją oszczędzała, bo widziała, że córce nie zawsze starcza sił. Iza uczyła się pracy, a ta umiejętność radzenia sobie przydała się jej w późniejszym życiu, które spłatało jej niemałego figla. Kiedy zalazło jej porządnie za skórę, wracała myślami do rozmowy z Anną o szkole. Gdyby wtedy posłuchała matki, z pewnością jej życie potoczyłoby się inaczej. Anna była wieśniaczką, prostą kobietą, lecz bogata duchem i sercem patrzyła na życie realnie. A dla swoich dzieci zrobiłaby wszystko, by były szczęśliwe.