Rozdział IV. Narada
Rozdział IV
Narada
Człowiek w towarzystwie smoka nigdy nie jest tak naprawdę sam.
Tak właśnie pomyślał Murtagh, biegnąc przez pola otaczające Ceunon.
Kierował się na wschód, w stronę miejsca, gdzie czekał na niego Cierń.
Nieważne, jak bardzo się oddalił, nieważne, ile staj dzieliło go od
Ciernia, jakaś cząstka ich obu zawsze pozostawała połączona. Może nie
słyszeli swoich myśli - nie z takiej odległości - ani nie odczuwali
emocji, lecz mimo to ich więź pozostawała nietknięta. Łączyła ich
najstarsza z magii i nigdy się od niej nie uwolnią, póki jeden z nich
nie umrze.
Ale nie tylko magia związała ich ze sobą. Wspólne doświadczenia -
znoszone trudy, ataki myślowe, tortury - były tak wielkie, tak
wyjątkowej natury, że Murtagh wątpił, by ktokolwiek inny zrozumiał, co
musieli znieść.
Świadomość ta dawała mu pewną otuchę. Nieważne, dokąd się uda i co
zrobi, Cierń zawsze będzie trwał u jego boku. Co więcej, Cierń zrozumie
- czasami może nie będzie zachwycony, ale nawet wtedy podejdzie do niego
z empatią i współczuciem. I to samo działało w drugą stronę.
Wiedza ta niosła też ze sobą poczucie ograniczenia. Już nigdy żaden z nich nie będzie zupełnie sam, nie zachowa odrębności. Murtaghowi jednak
to nie przeszkadzało. Miał dosyć samotnego życia.
Zdołał wydostać się przez południową bramę Ceunon zaledwie parę minut
przed zamknięciem ciężkich, okutych żelazem wrót. Słyszał za plecami,
jak zgrzytają, gdy skręcał z gościńca i zagłębiał się między rzędy
jęczmienia.
Noc przyniosła nieprzenikniony mrok. Nawet gdy oczy Murtagha przywykły
do ciemności, ledwie widział, gdzie może postawić stopę. Po tym, jak
kilka razy potknął się o kretowisko i omal nie skręcił kostki w borsuczej norze, przywołał małe magiczne światełko, szepcząc:
- Brisingr.
Mały, krwistoczerwony płomyk migotał pośród nocy, ledwie dość jasny, by
Murtagh widział, po czym stąpa. Światełko wisiało kilka stóp przed nim,
utrzymując dystans, nieważne, jak szybko biegł.
Brisingr. Eragon nauczył go tego słowa mocy, tak jak wielu innych w pradawnej mowie, podczas wspólnych podróży, gdy obaj wciąż byli
sprzymierzeni przeciw Imperium. Kiedy Murtagh go używał, zawsze czuł
gorzką wdzięczność, żal i niechęć tworzące potężną miksturę.
I znów przypomniał sobie pieśń trubadura i odkrył, że zaciska zęby.
Brat. Wciąż dziwnie się czuł, myśląc tak o Eragonie. Po prawdzie
przyrodni brat, bo choć mieli wspólną matkę, Murtagh był synem Morzana,
pierwszego i najpotężniejszego wśród Zaprzysiężonych - trzynastu
Smoczych Jeźdźców, którzy zdradzili swych braci, by wspomóc Galbatorixa
w kampanii przeciw Jeźdźcom ponad sto lat temu. Jestem zdrajcą i synem
zdrajcy, pomyślał Murtagh i świadomość ta zapiekła go niczym kwas
kapiący na serce.
Eragon także był synem Jeźdźca, lecz jego ojciec, Brom, zawzięcie
sprzeciwiał się Galbatorixowi i wszystkim jego sługom. I nie był to
tylko bezosobowy sprzeciw, bo to właśnie Brom zabił Morzana i jego
smoka, gdy Murtagh był małym chłopcem.
Jego usta wykrzywiły się w grymasie. Ich rodzinna historia była równie
splątana jak krzak dzikiej róży i równie boleśnie się przez nią brnęło.
Jakże by chciał, by ich matka wciąż żyła; mógłby wtedy wypytać ją o to.
Umarła jednak wkrótce po tym, jak wydała na świat Eragona. I choć
Murtagh wiedział, że zachowuje się irracjonalnie, podświadomie obwiniał
Eragona o tę stratę: jeszcze jeden powód do niechęci pośród wielu
innych.
Odetchnął bardzo głęboko, oczyszczając płuca, i przyśpieszył kroku. To
prawda, że pozostawienie za sobą głównego nurtu wydarzeń w Alagaësii
pozwoliło mu uspokoić umysł, lecz wciąż czuł się cały poskręcany w środku - zarówno on, jak i Cierń.
Będą potrzebowali wielu lat, by w końcu wszystko naprostować - jeśli w ogóle im się to uda.
Na pobliskim drzewie zahukała sowa, gdzieś w krzakach usłyszał szelest
zmykającego zwierzęcia. Może królika. Może czegoś gorszego, choćby
svartlinga. Te małe ciemnoskóre stworzenia ponoć pomagały w obowiązkach
domowych, jeśli dało im się chleb i mleko, ale także zwodziły podróżnych
okrutnymi, często niebezpiecznymi sztuczkami.
Nieważne, kto umknął w zaroślach, Murtagh nie chciał go spotkać pośrodku
nocnego pola.
Zwolnił, wspinając się na wzgórze, na którym wcześniej wylądowali,
krążąc między występami skalnymi i kępami hordownika.
Na szczycie zastał przycupniętego Ciernia, gotowego, by wyprysnąć w powietrze. Oczy smoka lśniły jaśniej niż magiczne światełko, a jego
łuski błyszczały i mieniły się odbitymi iskrami. Ziemię wokół przecinały
głębokie bruzdy, wyrwane kępy traw, wykarczowane krzaki, potrzaskane
kamienie.
Na widok Murtagha ogon Ciernia zadrżał. Smok aż dygotał z nadmiaru
przepełniającej go energii. Jego pysk wykrzywił się groźnie.
Murtagh powiódł wzrokiem po poszarpanej ziemi, ale nie skomentował.
- Nic mi nie jest - rzekł. - Poważnie. - Obrócił się, wyciągając ręce. -
To nie moja krew.
Cierń obwąchał go i warknął cicho, a potem znów przysiadł na ziemi. Pysk
się mu wygładził, Murtagh jednak nadal wyczuwał promieniujący zeń
strach, frustrację i gniew.
- Wiem. - Pogłaskał Ciernia po szyi, a potem podszedł do juków, z których wyciągnął Zar'roca. Odpakował szkarłatny miecz i z ulgą przypiął
go do pasa. - Lepiej poszukajmy innego miejsca na nocleg.
Wdrapał się na grzbiet Ciernia i zasiadając w siodle przypiętym między
długimi szpikulcami na smoczych ramionach, szybko zgasił magiczny
płomyk.
Zawsze powodujesz zamieszanie w miastach-mrowiskach - rzekł Cierń.
- Wiem. To paskudny nawyk. Ruszajmy.
Kolejne warknięcie i z głośnym łopotem i nagłym pchnięciem stalowych
mięśni Cierń skoczył w nocne powietrze. Łoskot jego skrzydeł zabrzmiał
ogłuszająco, niczym huk niewidzialnego młota.
Kolejne trzy uderzenia skrzydeł uniosły ich w chmury. Murtagh poczuł na
policzkach zimną mgłę. Po biegu było to nawet przyjemne - smakowała
mchem, świeżo skoszoną trawą i nowymi początkami.
***
Cierń leciał na zachód. Murtagh miał wrażenie, że trwa to bez końca.
Wreszcie opadli poniżej chmur i osiedli na pagórku o płaskim
wierzchołku, z którego za dnia zapewne roztaczał się wspaniały widok na
okolicę.
Dalej na południu, na horyzoncie widać było czarną smugę wielkiej
puszczy Du Weldenvarden. Przypominała potężną rękę wskazującą Ceunon.
Gdy Murtagh zrzucił płaszcz i ściągnął zakrwawioną koszulę, starając się
unikać dotykania krwawych plam, poczuł na plecach gryzący chłód.
- Hvitra - wymamrotał, poddając tkaninę swej woli.
Materiał zamigotał lekko i czerwone plamy zniknęły bez śladu.
Murtagh pogładził płótno. Wydawało się czyste, nadal jednak zamierzał
uprać koszulę, nim znów ją włoży.
Na razie schował ją do juków i wyciągnął swoje jedyne ubranie na zmianę:
grubą wełnianą bluzę - nie utkaną, lecz zrobioną na drutach - zabarwioną
na ciemny brąz, z misternymi czerwonymi wzorami wokół przegubów i szyi.
Wełna gryzła, lecz mimo to był to jego ulubiony strój do latania, bo
znacznie lepiej od płótna chronił przed zimnem.
Chcąc jak najszybciej osłonić nagą skórę, naciągnął bluzę i znów
opatulił się płaszczem.
Ponieważ ognisko mogło przyciągnąć uwagę, Cierń zwinął się w ciasny
kłębek, z nosem przy ogonie, a Murtagh wczołgał się pod jego pra-we
skrzydło i ułożył na sienniku obok gładkich łusek smoczego podbrzusza.
Warto było? - spytał Cierń.
- Tak sądzę - odparł Murtagh.
Otworzywszy umysł bardziej, niż kiedykolwiek mógł to bezpiecznie uczynić
wśród nieznajomych - zawsze obawiał się możliwości ataku bądź obserwacji
- podzielił się z nim pełnymi wspomnieniami z Ceunon.
Nie byli zbyt dobrzy. - Cierń skupił się na obrazie strażników
Sarrosa.
- Faktycznie. Szczęśliwie dla mnie.
Smok z cichym warknięciem ciaśniej owinął Murtagha skrzydłem.
Teraz widzę burzę, która zbiera się przed nami.
- Ale jak wielką i jak potężną? Wciąż nie wiemy.
Jednak istnieje.
- Tak.
Pancerna powieka Ciernia opadła i uniosła się z cichym szczękiem.
Wciąż nie jesteś pewien, czy masz uciekać, czy przeć naprzód.
Murtagh westchnął.
- Czuję się, jakbym za mało wiedział. Gdybyśmy mieli zwrócić się z tym
do Eragona bądź Aryi...
Albo Nasuady.
- ...albo Nasuady. Co mogliby zrobić? Nic, poza zadawaniem kolejnych
pytań. A wówczas kogo wysłaliby w poszukiwaniu odpowiedzi? Eragon jest
zbyt zajęty, Arya także, i wątpię, by Nasuada miała na dworze kogoś
jeszcze, komu zechciałaby powierzyć podobną misję i kto mógłby poradzić
sobie z działającą tu magią.
Od północy wiał coraz mocniejszy wiatr, napierając niewidzialnymi
palcami na aksamitny namiot skrzydła Ciernia.
Murtagh zaczął bawić się postrzępionymi nitkami na rąbku płaszcza.
- Poza tym wolałbym nie wracać do nich na kolanach, prosząc o pomoc.
Za jego plecami brzuch Ciernia zawibrował od niskiego pomruku.
No to czego chcesz?
- Wiem, czego chcę, ale nie mam pewności, czy to dobry pomysł. - Zerknął
na smoka. - Co powiesz?
Smok zakrztusił się w osobliwym śmiechu.
Że powinniśmy zabrać kamień do Tronjheimu i kazać krasnoludom, by
wyrzeźbiły dla nas coś ładnego.
Murtagh parsknął.
- A nasze głowy na pikach będą się przyglądać?
Powietrze dokoła wypełniła słaba woń smoczego dymu, a w nozdrzach
Ciernia zamigotały szkarłatne płomyki.
Nie? W takim razie powinniśmy się przespać i pomówić o tym rano.
- Chyba masz rację.
Cierń znów zamruczał, a Murtagh skrzyżował ręce i oparł brodę na piersi.
Pod skrzydłem panowały cisza i bezruch; miał wrażenie, jakby na całym
świecie istnieli tylko on i Cierń.
Nim ogarnął go sen, Murtagh zrobił coś, co robił każdej nocy:
bezdźwięcznie wymówił słowa w pradawnej mowie stanowiące jego prawdziwe
imię. Słuchanie ich nigdy nie było przyjemne, bo znajomość prawdziwego
imienia oznaczała dokładną znajomość własnych wad, jak również zalet.
Mimo to wypowiadał je co dzień, by mieć pewność, że nadal rozumie własną
naturę oraz fakt, że prócz Ciernia nikt nie może niczego od niego
chcieć. Prawdziwe imię bowiem dawało władzę tym, którzy je usłyszeli, i tak jak magowie mogli rozkazywać przedmiotom dzięki właściwym słowom,
mogli również kierować ludźmi.
O czym Murtagh i Cierń przekonali się, ku swemu własnemu żalowi i rozpaczy, podczas niewoli w Ur?'baenie.
Cierń także wymówił swoje prawdziwe imię: niski, śpiewny dźwięk, od
którego Murtagh poczuł się, jakby skórę zalała mu ciepła woda. A potem
napięcie całego dnia odpłynęło z ich ciał i zapadli w głęboki sen.
***
Ranek przyniósł mroźną mgłę znad oceanu i grubą warstwę szronowych
igiełek. Kryształy lodu odpadały z trzaskiem, gdy Murtagh wyczołgał się
spod skrzydła Ciernia i mrużąc oczy, spojrzał w stronę jasnego kręgu
wschodzącego słońca, cienkiego i różowego nad krawędzią Du Weldenvarden.
Sponad drzew unosiły się smugi i wstęgi mgły, cały las parował ciepłem
poprzedniego dnia.
Murtagh zadrżał i ciaśniej owinął się płaszczem. Wciąż nie potrafił się
przyzwyczaić do porannego ziąbu.
Rozejrzał się i z radością stwierdził, że nie dostrzega ani śladu
pościgu.
Pewien, że uniknęli wykrycia, pozwolił sobie na luksus małego ogniska,
podsycanego gałązkami suchych hordowników, które zebrał ze szczytu i zboczy pagórka.
Gdy usypał je w zagłębieniu wydrapanym w zimnej ziemi, Cierń pochylił
się i podpalił drewno jednym małym językiem ognia z nozdrzy.
- Dziękuję - powiedział Murtagh.
Majstrowanie z hubką i krzesiwem zgrabiałymi palcami nie należało do
jego ulubionych czynności, wolał też unikać używania magii do zwykłych,
codziennych zadań. Magia powodowała specyficzny hałas i byli tacy,
którzy potrafili go wykryć, a nigdy nie wiadomo, kto akurat słucha.
Śniadanie składało się z placków i bekonu oraz dwóch suszonych jabłek i kubka naparu z czarnego bzu rozgrzewającego wnętrzności. Cierń patrzył,
jak Murtagh się posila, sam jednak nie miał nic do jedzenia; smok
zaledwie trzy dni temu pochłonął kilka jeleni i przez następny tydzień
nie będzie potrzebował strawy.
Nim Murtagh skończył śniadanie, ranne powietrze ogrzało się
dostatecznie, by stopić szron i rozproszyć poranną mgiełkę.
Wyjął amulet z ptasiej czaszki i kamień podobny do węgla i położył na
kawałku tkaniny między sobą a Cierniem.
Smok obwąchał oba przedmioty, koniuszek języka mignął mu między zębami.
Kiedy wąchał kamień, łuski na jego głowie i szyi najeżyły się jak na
szyszce.
- Co? - Murtagh pochylił się. - Co to jest?
Długim, giętkim ciałem Ciernia wstrząsnął dreszcz. Smok skulił się, tak
jak wcześniej tylko przed Shruikanem.
Kamień źle pachnie.
- To znaczy?
Jak... krew i gniew, i nienawiść.
Murtagh podrapał się po policzku. Znów pokrywał go zarost.
- To może być magia?
Kolejny błysk języka Ciernia.
Może. Ale w takim razie powinna wpływać i na ciebie.
- Chyba że jest przeznaczona wyłącznie dla smoków.
Murtagh podniósł kamyk, podrzucił go w dłoni. Wiedziony kaprysem sięgnął
umysłem ku skalnemu odłamkowi, sądząc, że może wyczuje uwięzioną
wewnątrz tajną iskrę świadomości. Nie poczuł jednak niczego, zmarszczył
brwi i odłożył kamień.
- Potrzebujemy więcej informacji. I odpowiedzi.
Cierń syknął niczym wąż.
Nie, ty chcesz odpowiedzi, to różnica. Powinniśmy zniszczyć ten kamień
albo zakopać go tam, gdzie nikt go nie znajdzie. Jest w nim zło. Zostaw
go, zapomnij, nie szukaj.
- Wiesz, że nie mogę.
Z gardła Ciernia wydobył się niski warkot, jego łuski zafalowały.
Możesz! Posłuchaj Umarotha, ostrzegł nas nie bez powodu.
- A jakiż to powód?
Nieważne!
Cierń wypuścił obłok czarnego dymu i sięgnął szponiastą łapą w stronę
kamienia i amuletu, jakby chciał odrzucić je na bok.
- Nie! - krzyknął Murtagh.
Zerwał się z ziemi, przegradzając Cierniowi drogę. Patrzyli na siebie,
żaden nie chciał się wycofać. Powietrze między nimi wibrowało mocą
roziskrzonego spojrzenia smoka.
Odsuń się.
- Nie.
Te łowy przyniosą tylko smutek.
- Nie wierzę w to.
Na języku Ciernia zatańczyły drobne płomyki, wnętrze jego paszczy
rozbłysło niczym kuźnia.
A kiedy los potoczył się tak, jak my chcemy? Zostaw to.
- Nie mogę - odparł Murtagh i ogarnął go znajomy ponury nastrój. - Nie
mogę spać spokojnie, wiedząc, że w ciemności tropi nas wilk. Coś tak
niebezpiecznego, że Umaroth nie podał nam nawet jego miana.
Niektóre tajemnice lepiej zostawić w spokoju.
- Nie! Nie, nie, nie. Chcesz się obudzić któregoś ranka i odkryć, że
ktoś nas przechytrzył, wystrychnął na dudka, pokonał? Ja nie. Nigdy
więcej... - Murtagh urwał, zaciskając pięści, jego nozdrza rozszerzyły
się, gdy powoli uspokajał oddech. Przygwoździł Ciernia stalowym
spojrzeniem. - Nigdy.
Smok wydał z siebie długi, przeciągły syk.
Czy nie dość już przeżyliśmy? - spytał. Możemy wędrować po całej
ziemi i niebie. Sypiamy, kiedy chcemy, jemy, kiedy chcemy. Zapłaciliśmy
już za wszystko, przelaliśmy naszą krew.
- I wciąż nie jesteśmy bezpieczni! - Murtagh świadomym wysiłkiem zniżył
głos, choć jego słowa rozbrzmiewały równie mocno jak wcześniej. - Nigdy
nie będziemy, ale może zdołamy zaskoczyć naszych nieprzyjaciół. Poza tym
Eragon, Arya i Nasuada są związani swoimi obowiązkami. Nie mogą...
Czemu przejmujesz się nimi wszystkimi? Połowa krainy zabiłaby nas,
gdyby mogła.
- Nie Eragon - odparł miękko Murtagh. - I nie Nasuada.
To nie jest odpowiedź.
- Nie. - Murtagh odgarnął dłonią włosy, znów były za długie. - Chcę
wiedzieć - rzekł w końcu. - Chcę zapewnić nam bezpieczeństwo. I chcę się
na coś przydać.
Bycie sobą to dostateczny pożytek, nie musimy nikomu niczego
udowadniać.
Murtagh zaśmiał się z goryczą.
- Może ty, bo przecież jesteś smokiem. Ale ja zawsze muszę coś
udowadniać i zawsze będę musiał. Kiedy przychodzisz na świat jako syn
Morzana, nie czeka cię prosta droga przez życie. - Podszedł do Ciernia i położył dłonie po obu stronach zamkniętego pyska smoka. - I jeszcze coś.
Ty i ja jesteśmy smokiem i Jeźdźcem. Nie złożyliśmy przysięgi Jeźdźcom...
Cierń z dumą wygiął szyję, choć głowę pozostawił w rękach Murtagha.
I nie złożę już żadnej przysięgi na wierność, żadne słowa mnie nie
skrępują, żadne kajdany ni sznury.
- Nie - zgodził się Murtagh. - Ani mnie. Ale jesteśmy winni dług tym,
którzy byli przed nami. Przywdzialiśmy ich płaszcz, czy tego chcemy, czy
nie, i z niechęcią myślę, że miałbym zbezcześcić ich pamięć, ignorując
tę sprawę.
Cierń parsknął.
Nikt by nie wiedział, gdybyśmy wybrali inną drogę.
- My byśmy wiedzieli, i to wystarczy. - Murtagh gestem wskazał kamień i amulet z ptasiej czaszki. - To zadanie dla Jeźdźca i smoka, tak jak
kiedyś bywało.
Wówczas smok odwrócił łeb, by lepiej przyjrzeć się Murtaghowi.
Czyli mamy latać po świecie, walcząc ze złem, i naprawiać krzywdy,
gdzie tylko je znajdziemy? Tak chcesz spędzić życie?
Murtagh się skrzywił.
- Nie do końca, ale może tu i tam zdziałamy coś dobrego, zajmując się
naszymi sprawami.
Tak jak z tą dziewczynką.
- Tak jak z tą dziewczynką. - Położył dłoń na policzku Ciernia i otworzył jak najszerzej umysł przed wewnętrznym okiem smoka. - Spójrz -
rzekł i pozwolił Cierniowi poczuć w pełni swoje serce.
W końcu smok warknął cicho i cofnął głowę.
Rozumiem.
- Ale się nie zgadzasz.
Kilka ostatnich stóp ogona Ciernia uderzyło o ziemię. Raz. Dwa. Trzy
razy.
Twoje pragnienia nie są tym, czego ja pragnę. Murtagha zalała fala
gorącego oddechu. Ale dokąd pójdziesz, ja pójdę.
Murtagh przytaknął z wdzięcznością. Ich więź nie była tak prosta jak ta
łącząca Eragona z Saphirą i Murtagh wątpił, by kiedykolwiek taka się
stała. Ale nie szkodzi. Tępy cierń w ogóle nie jest cierniem.
Poza tym wiedział, że nie jest człowiekiem, z którym łatwo wytrzymać,
nawet smokowi.
Cierń musiał wyczuć jego nastrój, bo wydał lekki pomruk rozbawienia i owinął szyję i ogon wokół nóg Murtagha.
To co robimy?
Murtagh klęknął i dotknął ptasiej czaszki.
- Musimy znaleźć kogoś, kto zdoła powiedzieć nam coś o tej czarownicy,
Bachel, i o tym kamieniu.
Umaroth?
Pokręcił głową.
- Za daleko i tylko ostrzegłby nas przed kamieniem.
Cierń zatrzasnął szczęki szybko i głośno, niczym stalowe paści.
Czyżby? Wciąż sądzę, że powinieneś pomówić z Umarothem. Jest
mądrzejszy od niemal wszystkich.
- Słuszna uwaga.
Umaroth był nie tylko stary i, jak zakładał Murtagh, uczony, ale też
wraz ze swym nieżyjącym jeźdźcem, Vraelem, jako ostatni przewodził ich
zakonowi. Samo to stanowiło dostateczny powód, by przykładać wagę do
jego słów. Lecz Murtagh pozostał ostrożny.
- Szanuję Umarotha - przyznał. - Ale nie jestem pewien, czy mu ufam.
Uważasz, że kłamie?
- Nie. Myślę, że ma inne zamiary i cele niż my. Nie wiemy. Jak długo
rozmawialiśmy z nim przed Ur?'baenem? Ledwie kilka minut, może krócej. -
Murtagh wydłubał z brody okruch chleba i z irytacją rzucił go na ziemię.
Czyli wolisz sam odkryć prawdę.
- Owszem.
Cierń pochylił głowę w stronę amuletu.
To od czego zaczniemy? Wciąż potrzebujemy pomocy, kogoś, kto wskaże
nam drogę.
- Sam nie wiem. Potrzebny nam ktoś tu, w Alagaësii, ktoś, kto zna
tajemne sprawy dziejące się w tej krainie.
Oczy Ciernia zmrużyły się w wąskie szparki.
Może Yarek?
Murtagh poczuł mrowienie skóry na karku, miał wrażenie, że wokół jego
piersi zacisnęła się pięść, odbierając oddech. Yarek Lackhand, małomówny
mężczyzna o twardych oczach, sprytny jak elf i okrutny jak kat - Murtagh
widział go teraz, jak stał w kamiennych salach cytadeli Galbatorixa,
nędznie odziany jegomość z krzywo przystrzyżonymi włosami i z żelaznym
kołpakiem przypiętym do kikuta prawej dłoni. Yarek był mistrzem szpiegów
Galbatorixa i z tego, co widział Murtagh, doskonale sobie radził. To on
zaaranżował jego porwanie, wykradając młodego Murtagha Vardenom, by król
mógł go złamać i nagiąć do swej woli.
Cierń szturchnął go pyskiem w łokieć.
Murtagh poklepał smoka. Gdyby nie Yarek, nie połączyłby się z Cierniem i Murtagh musiał to uważać za coś dobrego. Jednakże mistrz szpiegów był
człowiekiem pozbawionym choćby cienia litości. I kopał psy, z czym
Murtagh się nie zgadzał.
- Nawet gdyby wciąż żył...
Wiesz, że żyje.
Pochylił głowę.
- Zapewne. Ale nie wątpię, że zniknął w jakiejś dziurze, i jeśli zacznę
grzebać, zadawać pytania, zwrócę tylko na siebie uwagę.
Cierń zakaszlał. W ten sposób się śmiał.
- No co?
Skoro nie Yarek, to może samica, Ilenna.
- Ilen... - Murtagh posłał smokowi pytające spojrzenie.
Ze wszystkich osób, które przeszły przez dwór Galbatorixa, Ilenna była
najniezwyklejsza. Młodsza córka rodziny kupieckiej z miasta Gil'ead -
karawany jej ojca pomagały dostarczać zapasy królewskiej armii w czasie
wojny i rodzina zbiła na tym majątek - mimo swego niskiego statusu
wytrwale próbowała uwieść Murtagha, do tego stopnia, że musiał zacząć
jej unikać. Samo to nie było aż tak wyjątkowe, ale zainteresowało go,
jak doskonale była poinformowana. Jak się później dowiedział, jej
rodzina nie tylko przewoziła zapasy dla armii Galbatorixa, gromadziła
także i selekcjonowała informacje w imieniu Yareka. Ilenna była w tym
równie dobra jak jej ojciec i bracia.
- Nie mam pojęcia, czy wie cokolwiek na temat Bachel bądź kamienia.
Cierń znów zakasłał i postukał w ziemię czubkiem ostrego jak brzytwa
szpona.
To bardzo prawdopodobne, a jeśli nie, bez wątpienia chętnie zada
właściwe pytania w imieniu wielkiego Smoczego Jeźdźca, Murtagha.
Murtagha jakoś to nie bawiło.
- Nawet jeśli to prawda... nie. Nie polecimy tam, znajdziemy kogoś innego,
w jakimś innym miejscu.
Kogo? Gdzie? Jeśli chcesz wytropić Bachel i źródło tego kamienia,
odpowiedzią jest Gil'ead. A jeśli nie, ile czasu minie, nim znajdziesz
ich trop?
- Nigdy nie wiadomo - wymamrotał Murtagh. - To może się stać. Może jeden
z druciarzy albo...
Jego nozdrza wypełnił ostry smród dymu, gdy Cierń prychnął.
Murtagh umilkł. Smok miał rację, zachowywał się idiotycznie. Z posępną
miną skrzyżował ręce na piersi i spojrzał ponad wzgórzem i doliną na
horyzont.
Między nimi zawisł ciężar niewypowiedzianych wspomnień.
- Gil'ead jest niebezpieczny.
Bardziej niebezpieczny niż Ceunon? Lepiej strzeżony niż Ilirea?
Murtagh poruszył ramionami, jakby zaswędziała go skóra pośrodku pleców.
Wciąż nie przywykł do nowej nazwy Ur?'baenu; za każdym razem, kiedy ją
słyszał - Ilirea - czuł się, jakby nie trafił nogą w stopień podczas
schodzenia po schodach.
Nie chcę - rzekł w końcu, ale nie ustami, lecz umysłem. W przypadku
rozmowy myślowej nie dało się udawać, nie istniały bariery
nieporozumienia, to najbardziej otwarta więź, jaką można dzielić, a on
dzielił ją z Cierniem.
Smok zamruczał kojąco i pochylił łeb, kładąc go na ziemi u stóp
Murtagha.
W takim razie zostaw to - rzekł. Albo pozostań na kursie. Ile są
warte dla ciebie te łowy?
Murtagh wypuścił powietrze i rozluźnił ręce, zmuszając się, by stanąć
prosto. Położył dłoń pośrodku czoła Ciernia i poczuł gorące łuski.
- Zgoda. Polecimy do Gil'eadu i znajdziemy Ilennę.
***
Nim opuścili wzgórze, Murtagh naostrzył sztylet, używając kawałka
krasnoludzkiej osełki. Przypiął go do pasa z mieczem, a potem zrobił
lustro z wody wylanej na talerz i unieruchomionej słowem entha.
Zerkając na srebrzystoszarą powierzchnię, ze zdumieniem odkrył, jak
bardzo jest wychudzony. Nie odżywiał się dobrze, wciąż pozostawali w ruchu, maszerowali, latali, często nie zważając na pogodę. W najlepszym
razie posilali się rzadko, a zdarzało się, że cały dzień nie miał
niczego w ustach.
Niedobrze, pomyślał. Im był chudszy, tym mniejszy miał zapas sił
niezbędnych do zaklęć, gdyby pojawiła się taka potrzeba. Magowie o największej surowej mocy zawsze należeli do najmasywniejszych.
Naciągnął mocno skórę na szczęce, uniósł sztylet i zaczął się golić.
Klinga nie była tak ostra jak brzytwa balwierza, ale spełniła swoje
zadanie. Już po pierwszym ruchu poczuł chłód na twarzy i niemal
pożałował swojej decyzji, mimo to nie przestawał i uwinął się szybko.
Zaciął się tylko trzy razy, co uznał za sukces.
Potem znów przejrzał się w zaimprowizowanym lustrze. Bez brody wyglądał
młodziej, ale też chudziej, ostrzej, jak zagłodzony wilk.
Odgarnął wodę na bok zgiętą dłonią.
Znów jesteś sobą - powiedział Cierń.
Murtagh mruknął w odpowiedzi. Może powinien był zaczekać z goleniem, aż
skończy sprawy w Gil'eadzie, ale nie mógł znieść okruchów na brodzie.
Nie wspominając już o ciągłym swędzeniu.
Wytarł talerz i wcisnął do juków, potem wskoczył na siodło Ciernia i przypiął nogi rzemieniami.
- Lecimy!
Smok warknął groźnie, wyraźnie zadowolony, i wyprysnął w niebo, łopocząc
skrzydłami.
Świat zakołysał się wokół Murtagha, który chwycił sterczący tuż przed
nim szpikulec i zmrużył oczy do ochrony przed ostrym, zimnym wiatrem. Na
dobre czy na złe, zmierzali do Gil'eadu.
Rozdział V. Smoczy lot
Rozdział V
Smoczy lot
Mapa, którą dysponował Murtagh - kupiona od handlarza futrami pod
Teirmem - nie była dość szczegółowa, by dało się określić, gdzie
dokładnie przebywali z Cierniem w Alagaësii. Jak większość map
przeznaczonych dla kupców koncentrowała się głównie na trasach lądowych
i morskich, a nie na przykład dokładnej skali, położeniu i kształcie
puszczy Du Weldenvarden.
Wiedział, że las ciągnie się na zachód wielkim jęzorem drzew. Na
południe od niego leżało jezioro Isenstar, a na południe od Isenstar
miasto Gil'ead. Najkrótsza droga do niego wiodłaby prosto przez
zalesiony obszar, to oznaczałoby jednak wkroczenie na terytorium elfów,
którego strzegły niezwykle zazdrośnie. Co więcej, gdzieś w tej części
lasu mieścił się łańcuch wysokich gór, a góry zawsze utrudniały latanie.
Zamiast tego postanowili z Cierniem ominąć las, zmierzając na zachód i południe, aż w końcu ujrzą jezioro Isenstar. Wówczas będą wiedzieli
dokładnie, gdzie się znajdują, i skręcą w stronę Gil'eadu.
Jak to mieli w zwyczaju, Murtagh prostym zaklęciem ukrył Ciernia przed
oczami gapiów na dole, ludzi i innych. Choć proste, zaklęcie wymagało
energii i pod koniec każdego dnia czuł tępe zmęczenie, wzmocnione
wysiłkiem, jakiego wymagało dosiadanie Ciernia. Smok w porównaniu z ptakiem powoli uderzał skrzydłami, lecz każde z tych uderzeń wstrząsało
człowiekiem do głębi, przez co trudno było rozluźnić się w siodle.
Murtagh nie zdołał się zdrzemnąć, jak uczyniłby to na koniu podczas
długiego marszu.
Aby zabić czas, rozmyślał. Ale nie o przeszłości. Nie interesowały go
wspomnienia, wolał ich unikać. Dopóki skupiał myśli na chwili obecnej,
nie czuł bólu i żalu z dawnych dni. To były martwe czasy i wolał, by
takie pozostały.
Głównie rozmyślał o magii. Co jest możliwe, a co nie dla gramarye. O zawiłościach pradawnej mowy i o tym, że ona sama nie jest magiczna, lecz
stanowi jedynie sposób manipulowania energią. I to właśnie energia
interesowała go najbardziej. Czym dokładnie była? Skąd się brała? Jak
można ją gromadzić i wykorzystać?
Murtagh już dawno temu zrozumiał, że magia stanowi klucz do opanowania
świata, kontrolowania okoliczności i ochrony siebie oraz wszystkich, na
których mu zależało, choć nie było ich zbyt wielu. Galbatorix nie
nauczył go zaklęć, król bowiem strzegł zazdrośnie wszelkiej podobnej
wiedzy, i choć Eragon powtórzył Murtaghowi pierwsze słowa mocy, Murtagh
w owym czasie nie potrafił ich użyć, nieważne, jak zawzięcie próbował.
Dopiero kilka miesięcy później, gdy Cierń wykluł się dla niego i gdy się
złączyli, udało mu się przełamać szklaną barierę w umyśle i dzięki sile
woli pierwszy raz użyć magii.
Było to proste zaklęcie: lyftha, z pomocą którego podniósł złotą
jednokoronówkę z gładkiej dłoni Galbatorixa.
Potem król skąpo wydzielał mu wiedzę, wpajając Murtaghowi jedynie
podstawy sztuki. Uzbrojony niewolnik może odzyskać wolność i Galbatorix
dawał jasno do zrozumienia, że zamierza utrzymać władzę nad Murtaghiem i Cierniem, tak jak wcześniej zniewolił swe przerażające sługi,
Zaprzysiężonych.
W tym mojego ojca. Murtagh skrzywił się i siłą pchnął myśli na inny tor.
Jedyne uzupełnienia mistycznego słownictwa, jakimi dysponował,
pochodziły z umysłów Eldunarí zgromadzonych przez króla, które czasami
powierzał mu król. Murtagh wciąż pamiętał dzień, gdy pierwszy raz ujrzał
jeden z dużych, podobnych klejnotom kamieni. Do tej pory nawet nie
podejrzewał, że smoki kryją takie przedmioty w swych piersiach ani że
potrafią przechowywać w nich swoją świadomość.
Martwe smoki, które dał mu Galbatorix, były istotami szalonymi i złamanymi, król torturował je do granic obłędu. Murtaghowi ledwie
udawało się zrozumieć strzępy ich myśli, przez większość czasu próby
porozumienia kończyły się jedynie potężnym bólem głowy.
Jednakże czasami tęsknił za ich obecnością i wiedział, że Cierń czuje to
samo. Bliskość, dotyk Eldunarí - nawet jeśli muskał je zaledwie cząstką
umysłu - wypływające z nich myśli zapewniały towarzystwo w czasie
spędzonym w służbie tyrana Galbatorixa.
Żadnych wspomnień!
Eldunarí, którego najczęściej użyczał mu król, należało do smoka o imieniu Yngmar, bardzo starego i bardzo szalonego samca. Jego Eldunarí
mieniło się krwistym pomarańczem, a on sam miał nawyk wściekania się w pradawnej mowie. Tak właśnie Murtagh zaczął poszerzać swoje słownictwo,
choć jego znajomość gramatyki pozostawała żałosna.
Zostawił Yngmara i kilka innych Eldunarí u Nasuady, przed cytadelą
Ur?'baen, po gwałtownej śmierci Galbatorixa. To była słuszna decyzja:
smoki potrzebowały opieki, a Murtagh czuł, że jej nie podoła, podobnie
Cierń. Z tego, co wiedział, wszystkie istniejące Eldunarí - także Yngmar
i Umaroth - obecnie znajdowały się u Eragona, który zabrał je na daleki
wschód, poza granice Alagaësii, gdzie udał się, by stworzyć twierdzę dla
następnego pokolenia smoków i Jeźdźców.
I tak być powinno. A jednak w najmroczniejszych chwilach Murtagh musiał
walczyć z pełnymi niechęci myślami. Dlaczego Eragon miał tak wiele, a jego i Ciernia życie potraktowało znacznie okrutniej? To
niesprawiedliwe. Nie żeby Murtagh sądził, że życie ma cokolwiek
wspólnego ze sprawiedliwością. Mimo to niechęć pozostawała. Starał się
jej nie podsycać, skupić się na bardziej użytecznych myślach, ale
jednak.
Żadnych wspomnień!
Wbił paznokcie w dłonie i kilka długich minut obserwował powolne
przesuwanie się ziemi w dole. Pod brzuchem Ciernia przemykały ukośne
rzędy długich, wąskich chmur, dzieląc ziemię na dyskretne pasy
zielono-brązowego widowiska.
Jeśli chodzi o magię, wielką zaletą Eldunarí były ogromne ilości energii
przechowywane w owych kryształach. Było jej tyle, ile smoki skrywały w swych normalnych ciałach z krwi i kości, a czasem nawet więcej.
Co doprowadziło Murtagha do poprzednich rozważań. Czym jest energia?
Kłopotliwe pytanie. Gdyby był wystarczająco niemądry, by rzucić zaklęcie
przekraczające jego siłę fizyczną, jego ciało stawałoby się coraz
zimniejsze i zimniejsze, co mogło doprowadzić nawet do śmierci. Czy
zatem energia to ciepło? Ale jak wówczas wyjaśnić, że kiedy cały dzień
rąbał drwa, zgrzewał się, a nie marzł?
Westchnął, spoglądając w mroczne sklepienie nieba. Elfy mogły znać
prawdę; przez stulecia zgłębiały tajemnice magii. Miały ją we krwi,
podobnie jak smoki.
W jedzeniu musi być energia, inaczej jak ludzie i zwierzęta zdołaliby
przeżyć? Ale istniały także inne rodzaje energii. Na pewno kryła się w ruchu: rzeka popychająca koło młyńskie mieliła mąkę tak samo sprawnie,
jak czyniły to ludzkie mięśnie czy zaklęcie maga. Czy zatem rzeka skrywa
w sobie ciepło? Woda nie wydawała się cieplejsza ani chłodniejsza po
tym, jak przepłynęła po młyńskim kole.
Zagryzł wnętrze policzka. Skoro koło młyńskie wykonuje taką samą pracę
jak zaklęcie, czemu nie miałby użyć go, by zasilić zaklęcie? Z pewnością
musi istnieć jakiś sposób.
Spojrzał na łuskowatą szyję Ciernia.
Jak myślisz, czym jest magia?
Potencjałem - odparł smok.
Kiedy Murtagha zmęczyły rozważania o magii, zaczął się zabawiać,
układając wiersze na modłę dworu Galbatorixa: w stylu zwanym attenwrack,
po jego twórcy, Attenie Rudym - pomniejszym hrabim z dalekiego południa
niedaleko miasta Arroughs.
Murtagh nigdy nie przejawiał specjalnych skłonności do nauki.
Dorastając, odgrywał posłusznego ucznia, nie interesowały go jednak
matematyka, logika czy astronomia. Z historii poznał tylko starannie
opracowaną wersję zatwierdzoną przez Galbatorixa, powtarzający się
samochwalczy cykl, który znudził go już podczas pierwszego wykładu.
Nauczył się pisać i ćwiczył czytanie, ale książki, które mogły go
zainteresować, tkwiły zamknięte w wielkim skarbcu Galbatorixa, zakazane
dla wszystkich prócz samego króla.
Murtagha od zawsze pociągały bardziej zajęcia fizyczne: szermierka,
taniec, wspinaczka, łowy. Pozwalały mu oczyścić umysł, dawały poczucie
dobrostanu, spełnienia i co najważniejsze - kontroli.
A jednak teraz, na pustkowiach, w towarzystwie zaledwie nieba i ziemi,
potężna, niebezpieczna cisza nieustannie kusiła, by zagłębił się we
wspomnienia, znalazł nową przyjemność wynikającą z układania słów według
wzorów attenwracku. Było to dziwne doświadczenie, ale nie ustępował,
zaintrygowany i zdumiony poczuciem satysfakcji, jaką dawał mu ten
proces.
A że podczas lotu na grzbiecie Ciernia ciężko było posługiwać się piórem
i pergaminem, wymawiał słowa głośno, starając się zapisać wszystkie w umyśle.
Okazało się to niełatwe. Czasami zapominał to, co ułożył, i ogarniało go
zwątpienie. Przy innych okazjach nie potrafił znaleźć właściwego słowa -
nawet gdy wiedział, że istnieje - i to też okazało się frustrujące.
Najtrudniejsze było ułożenie słów w miły kształt przy jednoczesnym
powiedzeniu tego, co chciał wyrazić.
Mówiąc powoli, by uniknąć pomyłki, wyrecytował ostatnią zwrotkę:
Orzeł wzbija się, spada, to władca przestworzy.
Wróble śmigają nisko, bo pustka je trwoży.
Spór trwa bez końca - wielu przeciwko jednemu.
Kiedy walka jest równa, wygra zawsze orzeł.
W nierównej walce jednak idzie mu znacznie gorzej.
Leć, jak ci każą, albo fruń samotnie. Godny
koniec jest zawsze taki sam, gdy chłodny
uścisk śmierci na zawsze troski twoje zmorzy.
A smoki zjedzą wszystkich - dodał Cierń.
Murtagh podrapał go po szyi, z ponurym namysłem patrząc w stronę
horyzontu. Tak bardzo chciał, by Cierń mógł pożreć wszystko, co żyje,
gdyby pojawiła się taka potrzeba. Nadal jednak nie ocaliłoby ich to
przed końcem, jaki był im pisany, przeznaczeniem bowiem wszystkich istot
jest umrzeć i zostać zapomnianym. Nawet smoków.
***
Tego wieczoru rozbili obóz na polu przy olchowym gaju. Murtagh wolałby
zanocować pod osłoną drzew - nienawidził spania na otwartym terenie -
ale jak zawsze w przypadku postojów zdał się na osąd Ciernia.
Olchy porastały brzegi niewielkiego strumienia wypływającego z odległego
o kilka staj Du Weldenvarden. Czekając, aż ognisko rozpali się w pełni,
Murtagh poszedł napełnić bukłaki.
Biała kora drzew niemal jarzyła się w promieniach gasnącego słońca, pod
ich sklepionymi gałęziami panowały chłód i uświęcona cisza. Liście
zaczynały już powlekać się złotem i czerwienią, a w powietrzu wisiał
świeży zapach mokrego od rosy mchu.
Murtagh ukląkł przy szemrzącym strumieniu. Gdy zanurzył bukłaki, poczuł
wokół przegubów dotyk zimnej wody. Po napełnieniu stały się ciężkie,
śliskie i niewygodne do noszenia. Pierwotnie zabrał tylko dwa, odkrył
jednak, iż latanie budzi w nim niezrozumiałe pragnienie, toteż od
jednego z traperów w Kośćcu kupił kolejne trzy.
Kiedy je podniósł, żelazny uchwyt jednego pękł i bukłak wylądował na
ziemi.
- Barz?l - zaklął Murtagh po krasnoludzku.
Próbował podnieść bukłak, ten jednak wyślizgiwał mu się z palców, a ciężar czterech pozostałych wybijał go z rytmu.
Bez zastanowienia zawołał:
- Cierń! Możesz pomóc? Nie dam rady zabrać wszystkich!
Ze skraju zagajnika dobiegło szuranie. Murtagh uniósł wzrok i ujrzał
smoka przykucniętego przed drzewami, węszącego i kołyszącego głową w tył
i w przód.
Między pniami pozostało dość miejsca, by się zmieścił - do strumienia
biegła sarnia ścieżka - ale niewiele więcej. Było za ciasno, by Cierń
mógł rozpostrzeć skrzydła, unieść głowę albo swobodnie się odwrócić.
Murtagh natychmiast pojął, w czym leży problem.
- Nie musisz...
Słowa ugrzęzły mu w ustach, gdy Cierń postąpił krok naprzód. Potem
kolejny. Murtagh poczuł w sercu nagłą nadzieję.
Powiew wiatru poruszył gałęziami nad głową Ciernia, drzewa zaczęły
skrzypieć i jęczeć w niesamowitej skardze, zagajnik jakby ożył,
przepełniony wrogością. Smok wzdrygnął się i skulił, po czym uniósł
wargę, odsłaniając kły. Wciąż warcząc, wycofał się na skraj olchowego
lasku i przykucnął na tylnych łapach.
Nadzieję w sercu Murtagha zastąpiło osobliwe połączenie smutku i gniewu.
Zacisnął zęby i mocniej chwycił bukłaki.
Cierń wyciągnął lewą łapę między drzewa, sięgając szponami.
Daj mi je tutaj, zaniosę.
- Nie trzeba - odparł Murtagh, nie odrywając wzroku od bukłaków. - Dam
sobie radę. Idź, zaraz wrócę.
Cierń warknął, lecz w jego głosie zabrzmiała żałosna nuta. Po chwili
zawrócił i stąpając ciężko, popełzł do obozu.
Murtaghowi oddech uwiązł w piersi. Nie zwracając na to uwagi, wygiął
prawą dłoń tak, że w końcu zdołał złapać szyjkę upuszczonego bukłaka.
A potem podreptał naprzód, wychodząc z gaju.
***
Ogień zgasł, pozostawiając po sobie dymiący żar.
Murtagh spojrzał na ogniste rubiny, porównując je w myślach z kamieniem
znalezionym przez Sarrosa.
Podrapał przedramię w miejscu, gdzie bolało. Był bardziej zmęczony niż
zwykle, wydarzenia z Ceunon i lot sporo go kosztowały.
Wyciągnął z toreb skórzany tłumok, mieszczący w sobie pióra, pergamin i butelkę inkaustu z dębowych galasów. Wziął kawałek pergaminu, do połowy
pokryty prostym pismem, i starannie zanotował wcześniej ułożone wiersze.
Rezultat jednak go nie zadowolił. Miał wrażenie, że mógł to zrobić
lepiej.
Czekając, aż atrament wyschnie, palcem nakreślił na ziemi wąską bruzdę,
z jednej strony dorysował rozchodzące się widły, w prawo i w lewo.
Przekrzywił głowę, przyglądając się rysunkowi.
Podczas godzin spędzonych na rozważaniach o magii zaczął się zastanawiać
nad możliwością zaklęć "jeśli". Uważał, że kryją w sobie większy
potencjał, niż można by sądzić.
Dotknął miejsca, w którym bruzda się rozwidlała, i wyszeptał:
- Ílf adurna f?thren, sving raehta. - Czy też, w zgrubnym tłumaczeniu:
jeśli woda dotknie, skręć w prawo. Następnie otworzył bukłak i wlał
odrobinę wody do drugiego końca bruzdy.
Woda popłynęła nią i dotarła do rozwidlenia, a wówczas, jakby kierowana
niewidzialną ręką, spłynęła do prawej odnogi płytkiego rowka. Wtedy
Murtagh poczuł lekką - lecz proporcjonalną - utratę energii. Szybko
zakończył czar.
Zmarszczył brwi, korkując bukłak.
Ile jeśli mógł upchnąć w jednym zaklęciu? Jak blisko musiał być od
miejsca jego działania? Czy mógłby wpleść warunkowe zaklęcie w przedmiot, choćby klejnot, i zostawić go, by wypełnił jego polecenie? Na
przykład pułapkę na wroga bądź sygnał, w razie gdyby wydarzyło się coś,
co go interesowało? Możliwości było tysiące. Czy mógłby zbudować
konstrukcję z jeśli chroniącą Ciernia i jego samego przed każdym
wyobrażalnym zagrożeniem?
Musiał to wszystko sprawdzić.
Po drugiej stronie przygasającego ogniska Cierń poruszył się i zaskomlił
cicho. Spał, ale niespokojnie. Jak zawsze.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Rozdział I. Maddentide
Rozdział I
Maddentide
Pójdziesz sam?
Murtagh posłał Cierniowi pytające spojrzenie. Czerwony smok siedział
przycupnięty obok niego na szczycie skalistego wzgórza, gdzie
wylądowali. W słabym świetle zmierzchu blask smoczych łusek przyblakł,
niczym dogasający żar na kominku czekający na tchnienie wiatru, by znów
jasno zapłonąć.
- A co? Chciałbyś pójść ze mną?
Pysk Ciernia wykrzywił się w wilczym uśmiechu, ukazującym rzędy ostrych,
białych zębów, długich jak sztylety.
Czemu nie? Już i tak się nas boją. Niech sobie krzyczą i zmykają na
nasz widok.
Myśl smoka odbiła się w głowie Murtagha niczym dźwięk dzwonu. Odpinając
od pasa swój miecz, Zar'roca, otrząsnął się szybko.
- To by ci się podobało, co?
Cierń rozchylił szczęki, oblizując policzki pokrytym zadziorami
językiem.
Może.
Murtagh wyobraził sobie, jak smok stąpa wąską uliczką, ocierając się
opancerzonymi ramionami o boki budynków, jak łamie belki, niszczy
okiennice i gzymsy, podczas gdy ludzie umykają przed nim co sił. Dobrze
wiedział, jak by się to skończyło - ogniem, krwią i zdeptanym kręgiem
zniszczenia.
- Chyba lepiej będzie, jeśli zaczekasz tutaj.
Cierń poruszył aksamitnymi skrzydłami i zakasłał głucho.
To może z pomocą magii zmienisz kolor moich łusek i będziemy udawać,
że jesteśmy Eragonem i Saphirą? Czyż nie byłoby zabawnie?
Murtagh prychnął, kładąc Zar'roca w kępie suchej trawy. Zaskoczyło go
odkrycie, że Cierń ma bardzo kąśliwe poczucie humoru. Nie dostrzegł
tego, gdy się złączyli, częściowo ze względu na młody wiek Ciernia, a częściowo z powodu... dodatkowych okoliczności.
Na moment pogorszył mu się humor.
Nie? No cóż, gdybyś zmienił zdanie...
- Dowiesz się pierwszy.
Mmm. Czubkiem pyska Cierń trącił miecz. Wolałbym, żebyś zabrał swój
kieł. Swój szpon. Swoje ostre nieszczęście.
Murtagh wiedział, że Cierń się denerwuje. Zawsze tak było, gdy zostawiał
smoka, nawet na krótko.
- Nie martw się. Nic mi nie będzie.
Z rozszerzonych nozdrzy Ciernia uleciała chmurka jasnego dymu.
Nie ufam temu zębatemu próżniakowi.
- Ja nie ufam nikomu. Oprócz ciebie.
I jej.
Murtagh, sięgający właśnie do jednej z toreb wiszących u boku Ciernia,
na sekundę zamarł. Oczyma duszy ujrzał migdałowe oczy Nasuady. Jej
wydatne kości policzkowe. Zęby. Cząstki i detale, które nie oddawały
uroku całości.
Uśmiech zmieniający się w pełen bólu wrzask...
- Tak. - Nie mógł okłamać Ciernia, nawet gdyby chciał, łączyła ich zbyt
mocna więź.
Smok okazał się dość uprzejmy, by zmienić temat rozmowy na
bezpieczniejszy.
Myślisz, że Sarros wywęszył coś ciekawego?
- Lepiej, żeby nie. - Murtagh wyciągnął z juków kłąb brązowego sznurka.
A jeśli jednak? Polecimy w stronę burzy czy uciekniemy przed nią?
Wargi Murtagha wygięły się w słabym uśmiechu.
- To zależy od tego, jak groźna będzie burza.
Może nie da się tego stwierdzić od razu. Wiatr czasem kłamie.
Odmierzył kawałek sznurka.
- W takim razie będziemy węszyć dalej, dopóki się nie zorientujemy.
Hm, bylebyśmy tylko w razie potrzeby wciąż mogli zmienić kurs.
- Oby.
Bliższe oko Ciernia - głęboko osadzony rubin połyskujący groźnym,
wewnętrznym światłem - cały czas wpatrywało się w Murtagha, który odciął
sznurek i przywiązał nim rękojeść Zar'roca do pasa i pochwy, by
szkarłatny miecz nie zdołał się wysunąć. Następnie schował go do torby,
gdzie pozostanie bezpieczny i ukryty, i stanął przed Cierniem.
- Wrócę, nim zacznie świtać.
Smok zamrugał i przykucnął niżej, jakby szykował się do przyjęcia ciosu.
Zaczął ugniatać ziemię zakrzywionymi szponami, jak wielki kot
ugniatający kocyk. Pod naporem pazurów kamyki wyskakiwały z ziemi i pękały z trzaskiem. Z jego piersi dobiegał niski pomruk, niemal skowyt.
Murtagh położył dłoń na kolczastym czole Ciernia, starając się wlać w niego poczucie spokoju i pewności siebie. W umyśle smoka rozbrzmiewały
mroczne akordy obaw.
- Nic mi nie będzie.
Gdybyś mnie potrzebował...
- Będziesz tu. Wiem.
Cierń wygiął szyję, szpony znieruchomiały, w jego umyśle Murtagh wyczuł
twarde, choć kruche zdecydowanie.
Rozumieli się nawzajem.
- Uważaj i bądź czujny. Ktoś może spróbować się do ciebie podkraść.
Z głębi piersi Ciernia dobiegł kolejny pomruk tak niski, że wibrowały od
niego kości.
A potem Murtagh naciągnął na głowę kaptur płaszcza i ruszył w dół
zbocza, lawirując pomiędzy ostrymi, samotnymi kamieniami i pękami
kolczastych hordowników.
Raz jeden obejrzał się i ujrzał Ciernia, wciąż przycupniętego na
szczycie wzgórza, przyglądającego mu się zmrużonymi oczami.
***
Murtagh maszerował szybko na zachód, stawiając długie kroki.
Grunt pod jego stopami wciąż opadał, aż w końcu po kilku milach Murtagh
dotarł do zatoki Fundor. Tutaj, tuż nad wodą, leżało miasto Ceunon:
zbiorowisko budynków o szorstkich, kamiennych ścianach, pogrążonych w cieniu rozjaśnianym gdzieniegdzie blaskiem świecy bądź lampy - ciepłych
klejnotów na tle gęstniejącej nocy. Przy kamiennym nabrzeżu cumowały
rzędy rybackich łodzi o zwiniętych żaglach, a wśród nich trzy morskie
okręty z wysokimi masztami i szerokimi kadłubami, statki zdolne
przetrwać podróż wokół północnego przylądka, oddzielającego zatokę od
otwartego oceanu.
Po drugiej stronie zatoki wznosiły się góry Kośćca, ostre i zębate, za
zasłoną zacierającej szczegóły mgiełki. Słona woda pomiędzy nimi
wydawała się głęboka, zimna i wroga.
Nad zatoką i lądem wisiały ciężkie, szare chmury, głucha cisza tłumiła
odgłos kroków Murtagha.
Chłodne muśnięcie na dłoni sprawiło, że uniósł wzrok.
Z góry opadały gęste płatki śniegu: pierwszego tego roku. Otworzył usta
i złapał jeden na język: płatek rozpłynął się niczym miłe wspomnienie,
ulotne i zwiewne.
Nawet tak daleko na północy było zdecydowanie za wcześnie na śnieg:
zaledwie dwa dni temu obchodzono Maddentide, wyznaczające przybycie
pierwszych ławic bergenhedów, srebrzystych ryb o twardych łuskach, które
każdej jesieni odwiedzały zatokę. Ławice były tak wielkie i gęste, że
niemal dało się po nich chodzić, i Murtagh słyszał, że w szczycie sezonu
ryby same rzucały się na pokłady łodzi, doprowadzone do obłędu
gwałtownym pragnieniem tarła.
Uznał, że kryje się w tym pewna nauka.
Śnieg zazwyczaj spadał dopiero miesiąc czy dwa po Maddentide, zatem tak
wczesne pojawienie się go zwiastowało ciężką, brutalną zimę.
Mimo wszystko Murtagh cieszył się miękkim dotykiem płatków i doceniał
chłód w powietrzu. Temperatura idealnie nadawała się do marszu, biegu
bądź walki. Niewiele rzeczy jest równie okropnych, jak starcie o życie w upale, od którego masz ochotę zemdleć.
Jego serce zabiło szybciej. Odrzucił kaptur i puścił się szybkim
truchtem, czując nagłą potrzebę pośpiechu.
Biegnąc po równinach otaczających Ceunon, utrzymywał równe tempo. Mijał
strumienie i gaje, przeskakiwał kamienne murki i pokonywał pola
jęczmienia i żyta czekające na żniwa. Nikt nie dostrzegł jego obecności,
prócz psa przy bramie gospodarstwa, który powitał go zdawkowym wyciem.
I ciebie też, pomyślał Murtagh.
W miarę jak się oddalał, więź łącząca go z Cierniem słabła, ale ani na
moment nie zniknęła - mile nie wystarczyły, by ją zerwać. Świadomość ta
dodawała Murtaghowi otuchy. Kiedy się rozstawali, denerwował się równie
mocno jak Cierń, choć pracował nad tym, by ukryć to uczucie, bo nie
chciał jeszcze bardziej pogłębiać obaw smoka.
Wolałby wylądować bliżej Ceunonu: gdyby potrzebował pomocy, liczyłaby
się każda sekunda. Ale ryzyko, że ktoś mógłby zauważyć Ciernia,
przeważyło. Lepiej zachować dystans i uniknąć potencjalnego starcia z miejscowymi siłami. W przeciwnym razie nie mieliby wyboru: musieliby się
wycofać, chyba że byliby gotowi przelać krew niewinnych.
Pokręcił głową. Po całym dniu spędzonym na grzbiecie Ciernia dobrze było
wędrować na własnych nogach, wypełniając płuca czystym powietrzem, gdy
serce biło w równym, szybkim rytmie. Kolana i biodra bolały go lekko;
nie miał krzywych nóg, jak wielu żołnierzy z kawalerii Galbatorixa, ale
jeśli nadal będzie spędzać większość czasu w siodle, wciąż może go to
spotkać. Czy to nieunikniona część bycia Smoczym Jeźdźcem?
Kąciki jego ust uniosły się w krzywym uśmiechu.
Myśl o elfich Smoczych Jeźdźcach wędrujących po świecie na nogach
wygiętych jak u dwudziestoletnich weteranów jazdy rozbawiła go. Wątpił
jednak, by do tego doszło. Albo elfy były zbyt silne, by ich nogi się
wygięły, albo też znalazły sposób niwelowania wpływu, jaki wywierała
jazda w siodle.
Rozmiar smoków mógł także odgrywać pewną rolę. Kiedy smok dostatecznie
urósł, nie dało się go już dosiadać niczym konia. Dotyczyło to także
Shruikana - olbrzymiego czarnego smoka Galbatorixa. Zamiast siodła król
zainstalował na olbrzymich ramionach smoka niewielki namiot.
Murtagh zadrżał i przystanął przy rozszczepionym uderzeniem pioruna
drzewie. Nagły dreszcz przebiegł po jego rękach i nogach.
Odetchnął głęboko. I jeszcze raz. Galbatorix nie żył. Shruikan nie żył.
Nie mieli już władzy nad nim ani nad kimkolwiek z żywych.
- Jesteśmy wolni - wyszeptał.
Od strony Ciernia napłynęła fala dodającego otuchy ciepła, niczym
odległy uścisk.
Murtagh z powrotem naciągnął kaptur i ruszył dalej.
***
Kiedy dotarł do nabrzeżnego gościńca na południe od Ceunon, przystanął
za najbliższym żywopłotem, wystawiając znad niego głowę. Na szczęście
droga okazała się pusta.
Przecisnął się przez krzaki i pośpieszył na północ, w stronę wielkiego,
ciężkiego cielska miasta. Słabe światło przenikające przez chmury niemal
już zgasło i chciał się znaleźć w Ceunon, nim zapadnie prawdziwa
ciemność.
Liczne koła wozów pozostawiły głębokie koleiny w mocno udeptanym
trakcie. Krowie placki sprawiały, że co kilka kroków musiał zmieniać
ścieżkę. Śnieg zbierał się na ziemi cienką warstwą, która skojarzyła mu
się z ozdobną koronką, zakładaną przez damy na wielkie dworskie
uroczystości.
Zbliżając się do zewnętrznego muru Ceunon, zwolnił kroku. Tutejsze
fortyfikacje były solidne i dobrze zbudowane, choć nie tak wysokie jak w Teirmie czy Dras-Leonie. Bloki szorstko ciosanego, czarnego kamienia
połączono zaprawą bez szczelin. Mur został też właściwie wzmocniony od
dołu - coś, czego brakowało w Dras-Leonie.
Nie żeby cokolwiek z tego miało znaczenie w starciu ze smokiem bądź
Jeźdźcem.
Para strażników wspierała się na pikach po obu stronach południowej
bramy miasta. Murtagh zerknął na wznoszące się w górze blanki i machikuły. Na murze nie rozstawiono łuczników. Niedbalstwo.
Kiedy się zbliżył, strażnicy wyprostowali się i Murtagh rozsunął
płaszcz, pokazując, że nie jest uzbrojony.
Usłyszał brzęk, gdy tamci skrzyżowali piki.
- Kto idzie? - spytał ten po lewej. Miał twarz niczym zimowa rzepa,
gruby nos pokryty siateczką popękanych żyłek i żółty siniak pod prawym
okiem.
- Zwykły podróżny przybywający na Maddentide - odparł lekko Murtagh. -
Chcę kupić wędzonego bergenheda dla mojego pana.
Mężczyzna po prawej zmierzył go podejrzliwym spojrzeniem. Wyglądał jak
kuzyn grubonosa.
- Ty tak twierdzisz. Skąd pochodzisz, wędrowcze? I jak cię zwą?
- Tornac, syn Taretha, a przybywam z Ilirei.
Wzmianka o stolicy sprawiła, że tamci wyprostowali się jeszcze bardziej,
zerknęli po sobie, a potem grubonos charknął i splunął na ziemię,
pozostawiając ślad na śniegu.
- To okropnie długa droga pieszo, bez bagażu ani konia, dla ledwie kilku
buszli ryb.
- Faktycznie - zgodził się Murtagh - ale mój koń złamał nogę zeszłej
nocy. Nastąpił na norę borsuka, biedactwo.
- I zostawiłeś siodło? - zdziwił się ten z prawej.
Murtagh wzruszył ramionami.
- Mój pan płaci nieźle, ale nie dość, żebym targał siodło i juki przez
pół Alagaësii, jeśli wiesz, co mam na myśli.
Strażnicy uśmiechnęli się złośliwie.
- O tak - rzekł grubonos. - Wiemy. Masz jakiś nocleg? Dość monet na
łóżko?
- Dość monet.
Mężczyzna przytaknął.
- Dobra, nie chcemy, żeby obcy spali nam na ulicach. Jeśli dowiemy się,
że tak robisz, wylatujesz. Jak będziesz robił kłopoty, wynocha. Od
północy do czwartej straży bramy są zamknięte i nie otwieramy ich dla
nikogo prócz samej królowej Nasuady.
- Brzmi rozsądnie - mruknął Murtagh.
Grubonos sapnął i strażnicy rozsunęli piki, Murtagh pozdrowił ich pełnym
szacunku skinieniem głowy i wkroczył do miasta.
***
Podrapał się po brodzie, zagłębiając się w ulice Ceunon.
Na początku roku wyhodował sobie brodę, by trudniej go było rozpoznać.
Uznał, że to się sprawdza, bo jak dotąd nikt go nie zaczepił. Broda
jednak drażniła skórę, a on nie pozwalał jej urosnąć dostatecznie, by
włosy stały się miękkie i ustępliwe. Denerwował go niechlujny wygląd.
Przystrzyganie brody sztyletem okazało się niepraktyczne, a nie miał
ochoty uciekać się do magii, bo kształtowanie zarostu zaledwie słowem i wyobrażonym obrazem nie stanowiło pewnego rozwiązania. Poza tym obawiał
się, że zaklęcie może usunąć nie tylko włoski, ale i skórę, zresztą czuł
satysfakcję, załatwiając to ręcznie, jak rzemieślnik.
Od druciarza pod Nardą kupił żelazne cążki. Sprawdzały się całkiem
nieźle, dopóki je ostrzył, porządnie oliwił i pilnował, by nie
zardzewiały. Mimo to odkrył, że pielęgnowanie brody jest niemal równie
uciążliwe jak golenie.
Może pozbędzie się jej po wyjeździe z Ceunon.
Główna ulica była błotnistym traktem dwa razy szerszym niż południowy
gościniec. Budynki wzniesiono z drewna, na drewnianych ramach, z zakładkowym poszyciem pomiędzy belkami. Same belki miały barwę czarną od
sosnowej smoły, która chroniła je przed solą z zatoki, na wielu z nich
wyrzeźbiono wizerunki morskich węży, ptaków i svartlingów. Żelazne kurki
tkwiły nieruchomo na każdym stromym, wyłożonym dachówką dachu, a szczyty
większości domów zdobiły rzeźbione smoki.
Murtagh siłą powstrzymał się od drapania.
Potrafił wyrecytować całą historię miasta, od założenia aż po dzień
dzisiejszy, wiedział, że rzeźby wykonano w stylu powszechnie zwanym
kysk, wynalezionym przez anonimowego rzemieślnika ponad sto lat temu.
Że czarny kamień w murach zewnętrznych pochodził z kamieniołomu leżącego
niecałe dwa tuziny mil na północny wschód i że poczciwi mieszkańcy
Ceunon śmiertelnie bali się puszczy elfów, Du Weldenvarden, i dokładali
wielkich starań, by powstrzymać rzędy wyniosłych sosen o ciemnych igłach
przed zagarnięciem ich pól. Wiedział to wszystko i jeszcze więcej.
Ale po co? Odebrał najlepszą edukację w kraju i nie tylko, a jednak jego
życie ograniczało się teraz do pełnych niewygód podróży, podczas których
ostry słuch i szybka dłoń znaczyły więcej niż wszelkie nauki. Poza tym
zrozumienie tego, co było, i tego, co powinno się robić, to dwie
zupełnie różne sprawy. Najlepszy przykład stanowił Galbatorix. Król
wiedział więcej niż niemal wszyscy - więcej nawet niż część najstarszych
elfów bądź smoków - lecz w ostatecznym rozrachunku wiedza nie dodała mu
mądrości.
Na ulicach spotkał niewielu ludzi. Było późno, a w dniach po Maddentide
odbywało się wiele uczt i zabaw. Większość obywateli przebywała w domach
i gospodach, świętując kolejny udany połów bergenhedów.
Minęło go trzech robotników cuchnących tanim piwem i rybimi flakami.
Murtagh szedł dalej naprzód, a oni wyminęli go łukiem. Gdy zniknęli za
zakrętem, na głównej ulicy znów zapadła cisza i nie dostrzegł nikogo,
póki nie dotarł do rynku, gdzie para kupców wypadła zza drzwi składu,
kłócąc się krzykliwie. Za nimi na plac wybiegła niska, brodata postać,
przemawiająca głosem, który rozbrzmiewał najdonośniej ze wszystkich.
Krasnolud! Murtagh pochylił głowę. Od czasu śmierci Galbatorixa i upadku
Imperium ponad rok temu krasnoludy coraz częściej pojawiały się na
terenach ludzi. Większość handlowała kamieniami, metalami i bronią, ale
widział ich też pracujących jako zbrojni strażnicy (mimo niskiego
wzrostu nie należało lekceważyć zdolności bojowych krasnoludów). Nie
mógł się powstrzymać od myśli, jak wielu z nich służyło za oczy i uszy
swojego króla, Orika, zasiadającego na granitowym tronie w mieście-górze
Tronjheim.
Oświetlony od tyłu krasnolud patrzył w jego stronę i Murtagh zachwiał
się lekko - ot, kolejny pijak wracający po święcie do domu.
Podstęp zadziałał i krasnolud skupił uwagę na kłócących się kupcach.
Murtagh pośpieszył naprzód. Zwiększająca się liczba krasnoludów jeszcze
bardziej utrudniała podróżowanie jemu i Cierniowi. Nie miał nic
przeciwko krasnoludom jako rasie bądź kulturze - w istocie całkiem lubił
Orika, doceniał także ich niesamowite osiągnięcia architektoniczne.
Wszyscy jednak żywili wobec niego głęboką, niezłomną nienawiść za to, że
zabił króla Hrothgara, który był poprzednikiem... i wujem Orika. A krasnoludy znane były z pamiętliwości i chowania uraz. Ponieważ zaś żyły
długo, ich spory krwi trwały wiele lat.
Czy kiedykolwiek zdoła pogodzić się z Orikiem, jego klanem i ogółem
krasnoludów? Nawet jeśli to możliwe, Murtagh nie miał na razie pomysłu,
jak to zrobić.
Niestety sytuacja z krasnoludami nie stanowiła wyjątku. Elfy żywiły
podobną wrogość wobec niego i Ciernia, ze względu na rolę, jaką odegrali
w zabiciu Oromisa i Glaedra. Murtagh właściwie nie mógł ich winić.
Oromis i Glaedr byli ostatnimi Jeźdźcem i smokiem ocalałymi sprzed
czasów Galbatorixa i elfy darzyły ich niemal religijną czcią.
Przynajmniej takie odniósł wrażenie. Fakt, że wraz z Cierniem byli
wówczas bezradnymi narzędziami w ręku Galbatorixa, kierowanymi
bezlitosną wolą króla, nie zmieniał tego, że to oni zadali śmiertelne
ciosy.
Murtagh nie sądził, by elfy próbowały się zemścić, ale wolałby nie wpaść
w ich ręce, chyba że w pobliżu znalazłaby się ich obecna królowa, Arya.
A nawet wtedy perspektywa wydawała się niezbyt zachęcająca.
Przeciętny człowiek też za nimi nie przepadał, bo powszechnie uważano,
że zdradzili Vardenów Galbatorixowi podczas wojny. Zdrajcy zasługiwali
jedynie na pogardę obu stron konfliktu, i słusznie - sam Murtagh nie
czuł najmniejszego współczucia wobec wężoustych krzywoprzysięzców,
takich jak jego ojciec - nie ułatwiało to jednak życia, gdy sam nosił
fałszywe piętno.
Nie ma dla nas bezpiecznej przystani, pomyślał i jego usta wygięły się w surowym, pozbawionym rozbawienia uśmiechu. Tak przecież wyglądało całe
jego życie. Czemu teraz miałoby być inaczej?
Smród ryb, wodorostów i soli stawał się coraz mocniejszy, gdy Murtagh
wędrował wzdłuż nabrzeża, mijając rzędy stojaków do suszenia ryb
ustawione z boku ulicy.
Zerknął w górę. Do północy pozostały jeszcze trzy, cztery godziny,
mnóstwo czasu, by zakończyć interesy i opuścić Ceunon. Po tak długim
czasie spędzonym pod gołym niebem, na dzikich pustkowiach, bliskość
budynków nieprzyjemnie go przytłaczała. Pod tym względem coraz bardziej
i bardziej przypominał Ciernia.
Usłyszał muzykę i głosy i ujrzał karczmę będącą celem jego wizyty: Syte
Jadło. Niski budynek o ciemnych belkach miał kryształowe okna osadzone w ścianie frontowej - rzadki luksus w tej części świata - a na bruku
ulicznym jaśniały płatki żółtego światła: zachęta, by wejść do środka,
odpocząć i się weselić.
Sarros wybrał tę karczmę na miejsce następnego spotkania. Już samo to
wzbudziło czujność Murtagha. Mimo wszystko jednak Syte Jadło wyglądało
dość niewinnie: kolejna uboga, walcząca o przeżycie gospoda, jak wiele
innych. Pomijając kryształowe okna, podobne można było znaleźć w każdym
nadmorskim miasteczku bądź wsi w całym kraju. Z drugiej strony Murtagh
już dawno nauczył się, że rzadko można ufać pozorom.
Zebrał się w sobie, szykując się na hałas, jaki zaraz wypełni mu uszy, i pchnięciem otworzył drzwi.
Rozdział II. Syte Jadło
Rozdział II
Syte Jadło
Gospoda była ciepła i przytulna, czysta i zadbana; podłogę zaściełało
świeżo ścięte sitowie, stoły lśniły czystością, a baryłki, butelki i kubki za wypolerowanym szynkwasem ustawiono w równych rzędach.
Trzaskający ogień na czystym kamiennym kominku ogrzewał całą salę.
Siedzący tuż przy nim mężczyzna z kozią bródką, wyróżniający się
ekstrawaganckimi, bufiastymi rękawami, brzdąkał na lutni.
Cokolwiek śpiewał, trudno było usłyszeć poprzez głośny szum głosów
wypełniający zatłoczoną salę. Maddentide minęło i mieszkańcy Ceunon
cieszyli się z tego.
Karczmarz, niski, łysiejący mężczyzna w brudnym fartuchu, krzątał się
spocony między stołami, podając trunki i talerze wędzonego śledzia. Nie
wędzonego bergenheda, zauważył Murtagh.
Pewnie zjedli go tyle, że wystarczy im na cały rok, pomyślał.
Strząsnął garść płatków śniegu z płaszcza i ruszył w stronę pustego
stołu przy palenisku.
Gdy tylko usiadł, karczmarz pośpieszył do niego.
- Sigling Oreffson, do usług, panie...
- Tornac, syn Teretha.
Sigling otarł dłonie o fartuch.
- To dla mnie zaszczyt. Co mogę podać?
- Coś gorącego z kuchni. Żołądek przysechł mi do kręgosłupa. - Murtagh
nie zamierzał zmarnować okazji do zjedzenia gorącego posiłku, którego
choć raz sam nie musiał przyrządzać.
- A do picia?
- Kubek ale, niezbyt mocnego, jeśli łaska. - Wcisnął w dłoń karczmarza
trzy miedziaki.
Sigling zawracał już ku zapleczu.
- W mgnieniu oka, w mgnieniu oka, mości Tornacu.
Mości Tornacu. Dźwięk tego imienia zawsze zaskakiwał Murtagha. Miał
nadzieję, że jego staremu nauczycielowi fechtunku spodobałoby się, że go
używa, biorąc pod uwagę, jak bardzo zszargał własną reputację. Murtagh
chciał uczcić pamięć Tornaca, tak samo jak wtedy, kiedy nadał to miano
swojemu ogierowi po tym, jak Tornac zginął podczas ich ucieczki z Ur?'baenu...
Na tę myśl Murtagh z irytacją zmarszczył brwi. Nigdy się nie dowiedział,
co się stało z koniem po tym, jak Galbatorix zaaranżował pułapkę i porwanie Murtagha z Tronjheimu. Niewiedza wciąż go drażniła. Ogier był
dzielnym i wiernym towarzyszem, jak jego imiennik.
Murtagh rozejrzał się po sali. Robotnicy portowi, rybacy i inni
mieszkańcy Ceunon zachowywali się hałaśliwie. Wielu nieobecnych ojców
powróciło po tygodniach spędzonych na statku i morzu, by świętować
Maddentide. Sprawiali wrażenie ludzi przyjacielskich, lecz mimo wszystko
Murtagh upewnił się, że znalazł najkrótszą drogę do obu wyjść,
frontowego i tylnego.
Przygotowania nigdy nie zaszkodzą.
Sarrosa wciąż nie było, lecz Murtagh nie przejmował się tym zbytnio. To
handlarz wyznaczył dzień ich spotkania, a Murtagh wiedział, że Sarros
prędzej odciąłby sobie dłoń, niż przegapił szansę zarobienia kolejnych
kilku monet.
Para robotników - murarzy, sądząc po skórzanych fartuchach i muskularnych, umazanych zaprawą ramionach - padła na krzesła po drugiej
stronie stołu Murtagha. Zaczęli je odsuwać, on jednak zaprotestował.
- Przepraszam, ale spodziewam się przyjaciela. - Uśmiechnął się w, jak
liczył, życzliwy, niedrażniący sposób.
Jeden z murarzy wyglądał, jakby chciał się kłócić, drugiemu najwyraźniej
nie spodobało się coś w twarzy Murtagha. Pociągnął towarzysza za rękę.
- Chodźże, Herk. Postawię ci piwo przy barze.
- Dobra, dobra, puszczaj.
Przyjaciel nadal ciągnął go za rękę, dopóki tamten nie ruszył za nim w stronę szynkwasu.
Murtagh odprężył się odrobinę. Naprawdę nie chciał się wdawać w bezsensowne bójki.
I nagle pośród szumu głosów wypełniających salę jego uszu dobiegło jedno
słowo.
- Eragon.
Murtagh zesztywniał. Obrócił się na krześle, szukając wzrokiem źródła
słowa. Tam. Trubadur z bródką brzdąkający na lutni. Z początku trudno
było zrozumieć tekst jego pieśni, Murtagh jednak obserwował wargi
mężczyzny i skupiwszy się, w końcu je rozszyfrował.
A trubadur śpiewał:
...aż do strasznego Ur?'baenu.
Patrzcie! Przesławny Smoczy Jeździec w glorii chwały
mknął, by uwolnić od grozy kraj cały.
Mocarz Eragon z krwawym królem i tyranem się zderzył.
Ach, co za walka, nikt by nie uwierzył.
Klingą ognistą, z jasnym błyskiem w oku,
zabił strasznego despotę tego roku,
Galbatorixa, zgubę tak Jeźdźców, jak i smoków.
Murtagh skrzywił się z niesmakiem. Poczuł nagłą ochotę, by rzucić w tamtego butem. Zwrotki nie tylko źle ułożono i zaśpiewano - żaden bard
nie odważyłby się tak fałszować na dworze, z obawy, że zostałby ukarany
chłostą i wygnaniem - ale nie odpowiadały prawdzie.
- Przegrałby, gdyby nie ja - wymamrotał Murtagh, myśląc o Eragonie.
A jednak prócz tych, którzy byli obecni pod koniec w sali tronowej
Galbatorixa, nikt o tym nie wiedział i nikogo to nie obchodziło. Jeśli
nawet Eragon, Nasuada bądź Arya przemówili w obronie jego bądź Ciernia,
wyjaśniając rolę, jaką odegrali w śmierci Galbatorixa i Shruikana,
wieści o tym jeszcze do niego nie dotarły. Bardzo mu się to nie
podobało. Może prawda potrzebuje więcej czasu, by dotrzeć do zwykłych
ludzi? A może Eragon, Nasuada i Arya woleli, by świat myślał o nim jak
najgorzej, traktowali go jako wygodnego kozła ofiarnego, potwora w ciemności, na którym mogą skupić się lęki ludzi, pozwalając im swobodnie
rządzić, jak tylko zapragną?
Tak czy siak, w opinii większości mieszkańców Alagaësii Eragon był
największym bohaterem, jaki kiedykolwiek żył, i nikt nie mógł stać ponad
nim.
Murtagh parsknął cicho. Akurat. Ale kiedy piosenka bądź opowieść zyska
popularność, nie da się z nią walczyć. Jakże często prawdę naginano tak,
by brzmiała jak należy. Przynajmniej trubadur nie zawracał sobie głowy
rozwijaniem wątku domniemanego zwycięstwa Eragona nad Murtaghiem i Cierniem. Bo gdyby o tym zaśpiewał, Murtagh chyba faktycznie rzuciłby w niego butem.
- A, jest pan, mości Tormacu! - wykrzyknął Sigling, podsuwając mu pod
nos talerz i kubek. - Gdybyś potrzebował coś jeszcze, starczy zawołać, a zjawię się migusiem.
Nim Murtagh zdążył podziękować, karczmarz pośpieszył obsłużyć kolejny
stół.
Murtagh podniósł kuty żelazny widelec leżący obok talerza i zaczął jeść.
Pieczona baranina i rzepa, z połówką bochna czarnego, żytniego chleba.
Skromny posiłek, ale smakował lepiej niż wszystko, co zdołał przyrządzić
przez ostatnie trzy miesiące. I choć zgodnie z jego prośbą ale było
niewiele mocniejsze od wody, jemu to pasowało. Póki przebywał w Ceunon,
wolał mieć trzeźwy umysł.
Jedząc, ustawił talerz na kolanie i odchylił się na krześle, wyciągając
nogi w stronę ognia.
Dziwnie się czuł wśród tak wielu ludzi. Przez ostatnie dwanaście
miesięcy przywykł do tego, że był sam z Cierniem, do dźwięków wiatru i śpiewów ptaków, do polowania na jedzenie i tego, że polują na niego.
Rozmowa ze strażnikami i Siglingiem - a nawet z murarzami - przypominała
próby gry na niedostrojonym instrumencie.
Zgarnął sos z baraniny kawałkiem żytniego chleba i wsunął go do ust.
Drzwi gospody otwarły się i do środka wpadła drobna ciemnowłosa
dziewczynka. Włosy miała splecione w dwa zawinięte warkocze, sukienkę
haftowaną w barwne wzory i wyglądała, jakby niedawno płakała.
Murtagh patrzył, jak dziewczynka przechodzi przez salę, stąpając lekko
jak piórko. Wśliznęła się za kontuar, Sigling powiedział coś do niej.
Kiedy stali obok siebie, Murtagh dostrzegł rodzinne podobieństwo:
dziewczynka miała usta i podbródek karczmarza.
Po chwili znów wyłoniła się zza szynkwasu, niosąc talerz z chlebem,
serem i jabłkiem. Uniosła go nad głowę i wyćwiczonym krokiem zaczęła
lawirować pomiędzy zatłoczonymi stołami, aż w końcu dotarła przed wielki
kamienny kominek. Bez pytania usiadła na krześle naprzeciwko Murtagha.
Otworzył usta i je zamknął.
Dziewczynka miała najwyżej dziesięć lat, może nawet ledwie sześć. Nigdy
nie potrafił oceniać wieku dzieci.
Oderwała sobie piętkę chleba i zaczęła przeżuwać z gwałtowną
determinacją, a Murtagh obserwował ją zaciekawiony. Minęły lata, odkąd
przebywał w pobliżu dziecka, i z zaskoczeniem odkrył, że go fascynuje.
Wszyscy tak kiedyś zaczynaliśmy, pomyślał, tacy młodzi, niewinni. Co
poszło nie tak?
Dziewczynka wyglądała, jakby znów miała wybuchnąć płaczem. Wgryzła się w jabłko i prychnęła z irytacją, gdy ogonek utknął jej w szczelinie między
przednimi zębami.
- Wyglądasz na zdenerwowaną - rzekł łagodnie Murtagh.
Skrzywiła się, wydłubała ogonek z zębów i cisnęła w ogień.
- To wszystko wina Hjordis! - Przemawiała z takim samym mocnym północnym
akcentem jak ojciec.
Murtagh rozejrzał się. Wciąż nie dostrzegł Sarrosa, toteż uznał, że
bezpiecznie będzie trochę porozmawiać. Ale ostrożnie. Słowa bywają
równie zdradzieckie jak pułapki na niedźwiedzie.
- Ach tak? - Odłożył widelec i odwrócił się na krześle, by się jej
przyjrzeć. - A kim jest ta Hjordis?
- To córka Jareka, cechmistrza murarskiego jarla - wyjaśniła nadąsana
dziewczynka.
Murtagh zastanawiał się, czy jarlem wciąż jest lord Tarrant, czy może
elfy zastąpiły go kimś innym, kiedy zajęły miasto. Spotkał Tarranta na
dworze lata temu: był to wysoki, zamknięty w sobie mężczyzna, który
rzadko wypowiadał więcej niż kilka słów naraz. Jarl sprawiał wrażenie
przyzwoitego człowieka, ale każdy, kto latami cieszył się łaską
Galbatorixa, musiał mieć lód w sercu i krew na rękach.
- Rozumiem. I dlatego jest ważną osobą?
Dziewczynka pokręciła głową.
- Dlatego myśli, że jest ważna.
- A czym dokładnie cię tak bardzo zdenerwowała?
- Wszystkim! - Dziewczynka z wściekłością odgryzła kęs jabłka i schrupała szybko. Murtagh zauważył, jak się krzywi, jakby przygryzła
sobie policzek od wewnątrz. Oczy zaszły jej łzami, przełknęła głośno.
Murtagh pociągnął łyk ale.
- Fascynujące. - Starł serwetką plamkę piany z wąsów. - Czy zatem masz
ochotę powtórzyć mi tę historię? Może dzięki rozmowie poczujesz się
lepiej.
W niebieskich oczach dziewczynki dostrzegł podejrzliwy błysk. Przez
chwilę Murtaghowi zdawało się, że wstanie i odejdzie.
- Tata nie chciałby, żebym zawracała ci głowę - rzekła w końcu.
- Mam trochę czasu, czekam na współpracownika, który niestety ma w zwyczaju się spóźniać. Jeśli chcesz podzielić się ze mną swoimi
smutkami, proszę, możesz mnie uznać za zafascynowanego słuchacza.
Murtagh odkrył, że używa języka i zdań bardziej pasujących do dworu.
Oficjalne frazy sprawiały, że czuł się bezpiecznie, a poza tym bawiło
go, że zwraca się do małej jak do szlachetnej damy.
Zaczęła wymachiwać nogami.
- No... chciałabym, ale nie mogę, jeśli nie zostaniemy przyjaciółmi.
- Ach tak? A w jaki sposób możemy się zaprzyjaźnić?
- Musisz mi powiedzieć, jak masz na imię, głuptasie.
Murtagh się uśmiechnął.
- Oczywiście. Ależ jestem niemądry. W takim razie mam na imię Tormac. -
Wyciągnął rękę.
- Essie Singlingsdaughter.
Gdy uścisnęli sobie ręce, Murtagh wyczuł, że dłoń i palce dziewczynki są
zaskakująco gładkie i drobne. Zorientował się, że musi to zrobić bardzo
ostrożnie, jakby dotykał delikatnego kwiatu.
- Bardzo miło mi cię poznać, Essie. A teraz powiedz, co cię gryzie.
Dziewczynka wbiła wzrok w trzymane w dłoni nadjedzone jabłko, westchnęła
i odłożyła je na talerz.
- To wszystko wina Hjordis.
- Już mówiłaś.
- Zawsze była dla mnie wredna i kazała swoim koleżankom mnie zaczepiać.
Murtagh przybrał poważną minę.
- To bardzo nieładnie z ich strony.
Essie pokręciła głową, w jej oczach rozbłysło oburzenie.
- Nie! To znaczy czasami i tak się mnie czepiały, ale kiedy jest tam
Hjordis, robi się naprawdę paskudnie.
- I tak właśnie było dzisiaj?
- Tak. Mniej więcej. - Odłamała kawałek sera i zaczęła go skubać
zatopiona w myślach.
Murtagh czekał cierpliwie. Uznał, że podobnie jak w przypadku koni
łagodność sprawdzi się znacznie lepiej niż siła.
W końcu Essie odezwała się, zniżając głos.
- Przed żniwami Hjordis zaczęła być dla mnie milsza. Myślałam, że w końcu będzie lepiej, zaprosiła mnie nawet do swojego domu. - Zerknęła na
niego nieśmiało, z ukosa. - Stoi tuż obok zamku.
- Imponujące.
Zaczynał rozumieć; bogatsi rzemieślnicy zawsze czepiali się szlachty jak
kleszcze psów. Zazdrość to uniwersalna ludzka cecha (a inne rasy też nie
są od niej wolne).
Essie przytaknęła.
- Podarowała mi jedną ze swoich wstążek, tę żółtą, i powiedziała, że
mogę przyjść na przyjęcie z okazji Maddentide.
- I poszłaś?
Znów pokiwała głową.
- To... to było dzisiaj.
Do oczu napłynęły jej gorące łzy, zaczęła mrugać gwałtownie, zła na
siebie.
Murtagh patrzył na nią z troską. Wyciągnął zza pazuchy sfatygowaną
chusteczkę. Może i żył w głuszy jak zwierzę, ale przestrzegał pewnych
zasad.
- Już, już.
Z początku Essie wahała się, czy ją przyjąć. Ale potem łzy popłynęły jej
po policzkach, więc chwyciła chustkę i szybko otarła oczy.
- Dziękuję, proszę pana.
Murtagh pozwolił sobie na kolejny lekki uśmiech.
- Od bardzo dawna nikt się tak do mnie nie zwracał, ale bardzo proszę.
Rozumiem, że przyjęcie nie poszło najlepiej?
Essie skrzywiła się i odsunęła chustkę w jego stronę, choć wciąż
wyglądała na bliską łez.
- Przyjęcie było w porządku. Chodzi o Hjordis. Po wszystkim znów zrobiła
się wredna i... i... - Odetchnęła głęboko, jakby chciała napełnić brzuch
odwagą. - I powiedziała, że jeśli nie zrobię tego, co mi każe, poprosi
ojca, żeby nie przychodził do naszej gospody w Święto Przesilenia. -
Zerknęła na Murtagha, jakby sprawdzała, czy wie, jakie to ważne. -
Wszyscy murarze przychodzą tu, żeby się napić, i... - Czknęła wbrew sobie.
- Piją bardzo dużo, a to znaczy, że wydają mnóstwo miedziaków.
Opowieść dziewczynki przywołała nieprzyjemne wspomnienia. Sam,
dorastając na dworze Galbatorixa, wiele wycierpiał z rąk starszych
dzieci. Nim nauczył się ostrożności, nim Tornac pokazał mu, jak się
bronić.
Murtagh odstawił talerz na stół i z poważną miną pochylił się ku Essie.
- Co ci kazała zrobić?
Zawstydzona Essie wbiła wzrok w zabłocone trzewiki. Kilka razy kopnęła
krzesło. Gdy znów zaczęła mówić, słowa popłynęły z jej ust w pośpiechu.
- Chciała, żebym wepchnęła Cartha do końskiego żłobu.
- Carth to twój przyjaciel?
Przytaknęła z nieszczęśliwą miną.
- Mieszka na przystani, ma ojca rybaka.
Murtagh poczuł nagłą gwałtowną niechęć do Hjordis. Poznał na dworze
wiele podobnych osób: złośliwych, małostkowych ludzi, całkowicie
skupionych na poprawianiu własnej pozycji i uprzykrzaniu życia
wszystkim, których uważali za gorszych od siebie.
- Czyli raczej nie zapraszają go na takie przyjęcia?
- Nie, ale Hjordis posłała służkę, żeby przyprowadziła go do domu, i... -
Essie z zaciętą miną wbiła wzrok w Murtagha. - Nie miałam wyboru! Gdybym
go nie popchnęła, powiedziałaby ojcu, żeby nie przychodził do Sytego
Jadła.
- Rozumiem - rzucił Murtagh, zmuszając się, by zachować spokój, choć
czuł, jak ogarnia go coraz większy gniew wobec tak wielkiej
niesprawiedliwości. Znał go aż za dobrze. - Zatem popchnęłaś
przyjaciela. Zdołałaś go przeprosić?
- Nie. - Essie jeszcze bardziej zrzedła mina. - Ja... uciekłam, ale
wszyscy widzieli. Nie będzie już się chciał ze mną przyjaźnić, nikt nie
będzie. Hjordis mnie oszukała i jej nienawidzę. - Złapała jabłko i ugryzła szybko.
Murtagh otworzył usta, by coś powiedzieć, w tym jednak momencie podszedł
do nich Sigling niosący parę kubków do stołu przy ścianie. Spojrzał z dezaprobatą na Essie.
- Moja córka nie narzuca się chyba panu, mości Tornacu? Ma paskudny
nawyk zaczepiania gości, kiedy próbują coś zjeść.
- Ależ nie. - Murtagh uśmiechnął się. - Od bardzo dawna jestem w drodze,
towarzyszą mi tylko słońce i księżyc. Potrzebuję chwili rozmowy. W istocie... - wsunął palce za pas i podał karczmarzowi dwie sztuki srebra -
...zechcesz dopilnować, by stoły obok pozostały pus-te? Spodziewam się
znajomego, musimy omówić kilka, hmm... interesów.
Monety zniknęły w kieszeni fartucha. Sigling pokiwał głową.
- Oczywiście, mości Tornacu.
Znów zerknął z troską na Essie, po czym odwrócił się i odszedł.
Dziewczynka sprawiała wrażenie mocno przygaszonej.
- No dobrze. - Murtagh wyciągnął nogi w stronę kominka. - Opowiadałaś mi
swoją smutną historię, Essie Siglingsdaughter. Czy to już wszystko?
- Wszystko - szepnęła.
Podniósł z talerza widelec i zaczął obracać go w palcach. Dziewczynka
przyglądała się temu zafascynowana.
- Nie może być aż tak źle, jak sądzisz. Z pewnością, gdybyś tylko
wyjaśniła to przyjacielowi...
- Nie - ucięła stanowczo. - Nie zrozumie. Nigdy już mi nie zaufa.
Znienawidzą mnie za to.
Głos Murtagha zabrzmiał nieco ostrzej.
- W takim razie może tak naprawdę nie byli twoimi przyjaciółmi.
Pokręciła gwałtownie głową, potrząsając warkoczami.
- Byli! Ty nie rozumiesz! - Zniecierpliwiona uderzyła pięścią w poręcz
krzesła. - Carth jest... jest naprawdę miły, wszyscy go lubią, a teraz
znielubią mnie. Ty nic nie wiesz, jesteś duży i... i stary.
Brwi Murtagha uniosły się wysoko.
- Zdziwiłabyś się, jak wiele wiem. Czyli cię znielubią. Co zamierzasz z tym zrobić?
- Chcę uciec - wypaliła. Gdy tylko uświadomiła sobie, co powiedziała,
spojrzała na niego z paniką. - Proszę, nie mów tatkowi!
Murtagh pociągnął kolejny łyk z kubka i przygładził dłonią brodę. Myśli
wirowały mu w głowie. Rozmowa z zabawnej stała się nagle śmiertelnie
poważna. Jedno nieprzemyślane słowo mogło pchnąć Essie na drogę, której
w przyszłości pożałuje - i wiedział, że sam także będzie żałował, jeśli
nie spróbuje zawrócić jej na właściwą ścieżkę.
Ostrożnie, pomyślał.
- A dokąd byś poszła?
- Na południe - odparła; wyraźnie już to przemyślała. - Gdzie jest
ciepło. Jutro wyjeżdża stąd karawana. Przewodnik tu bywa, jest miły.
Mogłabym się wykraść i pojechać z nimi do Gil'eadu.
Murtagh postukał paznokciem w zęby widelca.
- A potem?
Dziewczynka się wyprostowała.
- Chcę odwiedzić Góry Beorskie i zobaczyć krasnoludy! To one zrobiły
nasze okna. Czyż nie są ładne? - Wskazała palcem.
- Bez dwóch zdań.
- Byłeś kiedyś w Górach Beorskich?
- Owszem, raz, dawno temu - przyznał Murtagh.
Essie przyjrzała mu się z nowym zainteresowaniem.
- Naprawdę? I faktycznie są tak wysokie, jak wszyscy twierdzą?
- Tak wysokie, że nie widać ich szczytów.
Odchyliła się na krześle, zadzierając głowę, jakby próbowała to sobie
wyobrazić.
- Cudownie.
Murtagh prychnął cicho.
- Owszem, jeśli nie liczyć miejscowych, którzy posyłają w twoją stronę
strzały. Zdajesz sobie sprawę, Essie Siglingsdaughter, że ucieczka nie
rozwiąże twoich tutejszych problemów?
- Jasne, że nie. - "To przecież oczywiste", mówiła jej mina. - Ale jeśli
wyjadę, Hjordis nie będzie mnie dłużej dręczyć.
Słysząc dźwięczące w jej głosie głębokie przekonanie, Murtagh o mało nie
wybuchnął śmiechem. Ukrył rozbawienie, pociągając długi łyk z kubka; nim
przełknął, odzyskał panowanie nad sobą i spoważniał.
- Albo... to tylko taka sugestia... mogłabyś spróbować rozwiązać problem,
zamiast uciekać.
- Nie da się go rozwiązać - upierała się.
- A twoi rodzice? Na pewno będą okrutnie za tobą tęsknić. Chcesz, żeby
tak cierpieli?
Essie skrzyżowała ręce na piersi.
- Zostaną im mój brat, moja siostra i Olfa. Ma tylko dwa lata. - Wydęła
usta. - Nie będą za mną tęsknić.
- Bardzo poważnie w to wątpię - mruknął Murtagh. - Poza tym pomyśl,
czemu właściwie zrobiłaś to, co ci kazała Hjordis? Pomogłaś ochronić
Syte Jadło. Gdyby rodzice wiedzieli, jak bardzo się poświęciłaś, z pewnością byliby dumni.
- Uh-huh... - Essie nie wyglądała na przekonaną. - Gdyby nie ja, w ogóle
nie mieliby tego problemu. To ja jestem problemem. Jeśli odejdę,
wszystko się ułoży.
Z determinacją uniosła ogryzek i cisnęła go w głąb kominka.
Z paleniska wzbił się snop iskier. Syk zamieniającej się w parę wody
zagłuszył trzask płomieni.
Rękaw dziewczynki podjechał w górę i na jej lewym przegubie Murtagh
dostrzegł poskręcaną, czerwoną bliznę, grubą jak lina. Jego wargi
uniosły się, odsłaniając zęby.
- Co to takiego? - spytał przesadnie swobodnym tonem.
- Co?
- Tu, na twojej ręce.
Essie opuściła wzrok i jej policzki i uszy poczerwieniały gwałtownie.
- Nic - wymamrotała, szybko obciągając mankiet.
- Mogę? - spytał Murtagh najłagodniej, jak umiał, i wyciągnął ku niej
dłoń.
Z początku Essie zawahała się, ale w końcu ustąpiła i pozwoliła mu wziąć
się za rękę.
Odwróciła głowę, gdy delikatnie podciągnął mankiet rękawa. Blizna
wznosiła się przez przedramię aż do łokcia - długie, gniewne świadectwo
bólu. Na ten widok w żyłach Murtagha zapłonął zimny ogień, a jego własna
paskudna blizna na plecach zapiekła współczująco.
Szybko zasłonił ją z powrotem.
- To... bardzo imponująca blizna. Powinnaś być z niej dumna.
Zaskoczona zerknęła na niego.
- Dlaczego? Jest brzydka i jej nie cierpię.
W kącikach ust Murtagha zatańczył lekki uśmiech.
- Ponieważ blizna jest świadectwem tego, że przeżyłaś. Oznacza też, że
jesteś twarda i ciężko cię zabić. Znaczy, że żyłaś. Blizna to coś, co
należy podziwiać.
- Mylisz się. - Essie wskazała stojący na kominku dzbanek pomalowany w dzwonki. Od krawędzi aż po podstawę biegła długa szczelina. - Znaczy
tylko, że nie jesteś cały.
- Och - mruknął cicho Murtagh. - Czasami jednak, jeśli bardzo się
postarasz, możesz naprawić uszkodzenie i całość staje się silniejsza niż
przedtem.
Dziewczynka skrzyżowała ręce, wciskając lewą dłoń pod pachę.
- Hjordis i reszta zawsze się z niej wyśmiewają - wymamrotała. - Mówią,
że rękę mam czerwoną jak rak i że przez to nigdy nie znajdę męża.
- A co mówią twoi rodzice?
Skrzywiła się.
- Że to nie ma znaczenia. Ale przecież ma, zgadza się?
Murtagh pochylił głowę.
- Tak, chyba ma. Po prostu rodzice starają się chronić cię najlepiej,
jak umieją.
- Ale nie mogą. - Wydęła policzki.
Nie, pewnie faktycznie nie, pomyślał i jeszcze bardziej spochmurniał.
Essie zerknęła na niego i jakby skuliła się na krześle.
- A ty masz jakieś blizny? - spytała.
Z jego ust wyrwał się pozbawiony rozbawienia śmiech.
- O tak. - Wskazał drobną białą bliznę na podbródku - przerwę w poza tym
gęstej brodzie. - Ta ma zaledwie kilka miesięcy. Przyjaciel zostawił mi
ją przypadkiem, kiedy się bawiliśmy. Niezgrabiasz. - Cierń zahaczył go w podbródek czubkiem łuski na lewej przedniej łapie, rozcinając skórę. Nie
była to poważna rana, ale mocno bolała, a krwawiła jeszcze mocniej. - Co
się stało z twoją ręką?
Essie zaczęła skubać krawędź stołu.
- To był wypadek - mruknęła. - Na rękę spadł mi garnek pełen wrzątku.
Oczy Murtagha się zwęziły.
- Tak po prostu spadł?
Essie przytaknęła.
- Mmm... - Wbijał wzrok w ogień, w jego źrenicach odbijały się iskry i czerwony żar. Nie wierzył dziewczynce. Owszem, wypadki się zdarzały, ale
jej skrytość sugerowała coś gorszego.
Poruszył żuchwą, zaciskając zęby. Korzeń prawego dolnego trzonowca
zapulsował ostrzegawczo. Wiele krzywd potrafił odpuścić, ale krzywda
dziecka z rąk matki bądź ojca do nich nie należała.
Zerknął w stronę szynkwasu. Może powinien rozmówić się z Siglingiem,
zasiać w jego sercu strach przed Smoczym Jeźdźcem.
Essie się poruszyła.
- Skąd jesteś? - spytała.
- Z bardzo daleka.
- Na południu?
- Tak, na południu.
Znów kopnęła krzesło.
- Jak tam jest?
Murtagh powoli wciągnął powietrze i uniósł głowę, wpatrując się w sufit.
Ogień w jego żyłach wciąż płonął.
- To zależy, dokąd się udasz. Na świecie są miejsca gorące i zimne, a także takie, w których nigdy nie przestaje wiać. Lasy z pozoru bez
końca, jaskinie sięgające największych głębin ziemi i równiny pełne
olbrzymich stad jeleni.
- Są tam potwory?
- Oczywiście. - Popatrzył na nią. - Zawsze są jakieś potwory. Niektóre
nawet wyglądają jak ludzie... Też kiedyś uciekłem z domu, wiesz?
- Naprawdę?
Skinął głową.
- Byłem starszy od ciebie, ale owszem, uciekłem. Mimo to nie uwolniłem
się od tego, przed czym uciekałem... Posłuchaj mnie, Essie, wiem, myślisz,
że kiedy stąd odejdziesz, będzie lepiej, ale...
- Tu jesteś, Tarnacu z Drogi - usłyszeli chytry, oślizgły głos. Sarros.
Handlarz wszedł między stoły. Był chudy i zgarbiony, na ramiona zarzucił
połatany płaszcz okrywający postrzępione ubranie; na jego palcach lśniły
pierścienie. Cuchnął mokrym futrem, a jego ruchy i wygląd miały w sobie
coś niepokojąco kociego.
Murtagh z trudem powstrzymał przekleństwo. Że też musiał się zjawić
akurat teraz.
- Sarrosie. Czekam na ciebie.
- Ostatnio na traktach zrobiło się niebezpiecznie. - Sarros zabrał puste
krzesło i postawił dokładnie między Essie i Murtaghiem, po czym usiadł
naprzeciw nich.
Dziewczynka niespokojnie odchyliła się od niego.
Murtagh rozejrzał się szybko. Dostrzegł jeszcze sześciu mężczyzn, którzy
weszli do gospody, kiedy nie uważał. Wyglądali na twardzieli, ale nie
takich jak rybacy - nosili futra i skóry, a sposób, w jaki owijali się
płaszczami, świadczył o tym, że ukrywają pod nimi przypięte do pasów
miecze.
Strażnicy Sarrosa. Murtaga zirytowało to, że stracił z oczu otoczenie,
skupiając się na rozmowie z Essie. Powinien lepiej się postarać.
Dekoncentracja to prosta droga do śmierci bądź więzienia.
Sigling czujnie obserwował zza szynkwasu nowych gości. Gospodarz
wyciągnął obszytą skórą pałkę i w ostrzegawczym geście położył obok
ścierki. Mimo zastrzeżeń co do charakteru ojca Essie, Murtagh z aprobatą
przyjął jego przezorność. Karczmarz nie był głupcem, bez dwóch zdań.
Znów skupił uwagę na Sarrosie, który wskazał dziewczynkę długim, brudnym
palcem.
- Musimy omówić interesy. Odeślij smarkulę.
Nie, raczej nie, uznał Murtagh. Jeszcze nie skończył rozmawiać z małą, a poza tym jej obecność mogła zadziałać cywilizująco na Sarrosa. Handlarz
w najlepszym razie był człowiekiem niekulturalnym, a w najgorszym -
nieokrzesanym prostakiem.
- Nie mam nic do ukrycia - odparł gładko. - Może zostać. - Zerknął na
nią. - Jeśli cię to interesuje, może dowiesz się czegoś użytecznego o tym świecie.
Essie skuliła się na krześle, ale nie wstała.
Sarros syknął przeciągle przez zaciśnięte zęby i pokręcił głową.
- To głupota, wędrowcze. Ale rób, jak chcesz, nie będę protestował,
nawet jeśli zaczniesz stawiać stopy w poprzek.
W oczach Murtagha pojawił się stalowy błysk.
- Istotnie. Powiedz mi zatem, co znalazłeś. Minęły trzy miesiące i...
Sarros machnął ręką.
- Tak, tak, trzy miesiące. Już mówiłem, to niebezpieczne tereny. Ale
znalazłem trochę informacji o tym, czego szukasz, i coś lepszego niźli
informacje. Znalazłem to.
Ze skórzanej sakiewki u pasa wyciągnął coś czarnego wielkości pięści i rzucił na stół.
Murtagh pochylił się, podobnie Essie.
Tym czymś okazał się kamień, ale lśniący w sposób niepodobny do żadnego
kamienia, zupełnie jakby w jego wnętrzu ukryto kawałek żarzącego się
węgla. Otaczała go silna woń siarki, paskudna niczym smród zgniłego
jaja.
Essie powęszyła i zmarszczyła nos.
Murtagh poczuł nagły ucisk w piersi. Miał nadzieję, że się mylił. Że
szepty i plotki nic nie znaczą... Strzeżcie się głębin i nie
zapuszczajcie się tam, gdzie ziemia staje się czarna i krucha, a powietrze cuchnie siarką, w tych miejscach bowiem czyha zło. Powiedział
mu to prastary smok Umaroth, nim obaj z Cierniem wyruszyli na dobrowolne
wygnanie.
Murtagh modlił się, by Umaroth nie miał racji, by jakieś nowe zagrożenie
nie przebudziło się na bezludnych ziemiach krainy. Powinien był
wiedzieć, że nie ma sensu wątpić w mądrość tak starego smoka.
- Co to dokładnie jest? - spytał, nie odrywając wzroku od kamienia.
Sarros wzruszył ramionami niczym czaple na nabrzeżu.
- Mam tylko mroczne podejrzenia, ale szukałeś rzeczy nietypowych,
dziwnych, nie na miejscu, niepasujących do niczego.
- Było ich więcej czy...?
Sarros przytaknął.
- Tak słyszałem. Całe pole zasypane kamieniami.
Ucisk w piersi Murtagha jeszcze się wzmógł.
- Czarne i spalone?
- Jak po pożarze, tyle że bez żadnych śladów ognia ani dymu.
- Gdzie ono jest? - wtrąciła Essie.
Sarros uśmiechnął się nieprzyjemnie i dziewczynka się cofnęła. Jak wielu
jeźdźców z centralnych równin Alagaësii, handlarz miał spiłowane i szpiczaste zęby.
U Murtagha widok ten przywołał nieprzyjemne wspomnienie innego, jeszcze
bardziej odstręczającego człowieka o podobnych zębach - Durzy.
- No i przechodzimy do najważniejszego, dziecino. O tak. - Murtagh
sięgnął po kamień, ale Sarros zasłonił ręką lśniący odłamek, oplatając
go palcami. - Nie - rzucił. - Najpierw zapłata, wędrowcze.
Murtagh z niezadowoleniem zacisnął usta, po czym spod grubego płaszcza
wyciągnął małą skórzaną sakiewkę. Kiedy położył ją na stole, zadźwięczał
metal.
Sarros uśmiechnął się szerzej. Murtagh rozplątał rzemyki sakiewki, w środku błysnęło złoto. Essie gwałtownie chwyciła powietrze. Murtagh
wątpił, by widziała wcześniej całą koronę.
- Połowa teraz - oznajmił. - A reszta, kiedy mi powiesz, gdzie to
znalazłeś. - Trącił kamień czubkiem palca.
Sarros odpowiedział dziwnym, zdławionym odgłosem. To był śmiech.
- O nie, wędrowcze. Bynajmniej. Myślę, że raczej powinieneś oddać nam
wszystkie swoje pieniądze, a wtedy może pozwolimy ci zachować głowę.
Po drugiej stronie sali odziani w skóry mężczyźni wsunęli dłonie pod
płaszcze i Murtagh zobaczył na wpół ukryte pod nimi rękojeści mieczy.
Nie zdziwiło go to, ale poczuł zawód. Czy Sarros naprawdę chciał złamać
warunki umowy tylko z chciwości?
Jakież to pospolite.
Essie zauważyła miecze i zesztywniała. Do diaska. Nim Murtagh zdołał
zainterweniować, otworzyła usta i już miała wydać ostrzegawczy okrzyk,
gdy Sarros dobył noża o cienkim ostrzu i przycisnął jej do gardła.
- Tsk-tsk - rzucił. - Ani słowa, dziewuszko, albo rozpruję ci szyjkę od
dziobu po rufę.
Rozdział III. Widelec i klinga
Rozdział III
Widelec i klinga
Ucisk w piersi Murtagha był bliski wybuchu. W tym momencie przestał
myśleć o Sarrosie jak o człowieku. Mężczyzna stał się rzeczą, problemem,
który trzeba rozwiązać, szybko i bez wahania.
Essie, czując dotyk noża, zamarła, i było to najmądrzejsze, co mogła
zrobić.
Do Murtagha dotarło odległe ukłucie niepokoju Ciernia. Odpowiedział
uspokajającą myślą. Ostatnie, czego potrzebował, to nalot smoka na
Ceunon.
- Skąd ta nagła zmiana, Sarrosie? - spytał, starając się nie okazywać
żadnych uczuć. - Dobrze ci płacę.
- O taaak, w tym właśnie rzecz. - Sarros pochylił się, szczerząc zęby.
Jego oddech śmierdział zepsutym mięsem. - Skoro jesteś gotów zapłacić aż
tyle za pogłoski i aluzje, to musisz mieć więcej forsy niż rozumu.
Znacznie więcej.
Dureń, upomniał się w duchu Murtagh. Powinien był przewidzieć, że
obnoszenie się z taką ilością złota może spowodować problemy. Nie
powtórzy więcej tego błędu.
Po prawdzie zdążył już wydać niemal wszystkie pieniądze, z jakimi z Cierniem uciekli w głuszę. Łaknął informacji, a teraz zapłaci za swoją
zachłanność czymś więcej niż złotem.
Wymamrotał pod nosem bardzo brzydkie słowo.
- Wierz mi, nie chcesz ze mną walczyć - rzekł. - Podaj mi miejsce,
zabierz złoto, które ci obiecałem, i nikt nie musi ucierpieć.
- O jakiej walce mowa? - Sarros się zaśmiał. - Nie masz przy sobie
miecza, nas jest sześciu, a ty jeden. Dostaniemy te pieniądze, czy tego
chcesz, czy nie. - Essie zesztywniała, gdy Sarros naparł mocniej,
boleśniej, na jej gardło. - Widzisz - dodał - ułatwię ci wybór,
wędrowcze. Oddaj resztę złota, inaczej dziewuszka zapłaci krwią.
Essie wbijała wzrok w Murtagha. Czuł jej rozpaczliwy strach i wiedział,
że czeka - liczy na to - że jej pomoże. Była tak młoda i krucha, że w jego sercu wezbrała nagła sympatia.
Determinacja dodała mu sił.
Uśmiechnął się lekko. Czy naprawdę sądził, że zdoła odwiedzić Ceunon,
nie pakując się w kłopoty? No cóż. Tak to jest.
Zebrał się w sobie, skupił wolę i przelał cały gniew i zamiary w jedno
zdanie z pradawnej mowy - języka prawdy, mocy i magii.
- Thrífa sem knífr un huildr sem konr.
Powietrze między nimi jakby zafalowało, ale poza tym nie wydarzyło się
nic więcej.
Murtagh zamrugał zaskoczony. Zaklęcie zawiodło. Czyżby handlarz miał na
sobie czary ochronne? I to mocne, bo siła zaklęcia przełamałaby słabszą
magię. Był to zaskakujący i zdecydowanie niesprzyjający rozwój wypadków.
Sarros znów się zaśmiał.
- Głupota, ogromna głupota. - Wolną ręką wyciągnął spod kaftana amulet z ptasiej czaszki. - Widzisz to, wędrowcze? Czarownica Bachel zrobiła dla
każdego z nas magiczny naszyjnik. Twoje czary ci nie pomogą, mamy
ochronę przed wszelkim złem.
- Czyżby? - odparł śmiertelnie cichym głosem Murtagh. Handlarz właśnie
awansował z irytującej przeszkody na autentyczne zagrożenie.
Umiarkowanie przestało być wyjściem. Nie, jeśli chciał wygrać, a Murtagh
już dawno postanowił, że jest gotów posunąć się naprawdę daleko, żeby
tylko uniknąć kolejnej porażki.
A potem wymówił Słowo. I cóż to było za słowo! Zadźwięczało niczym dzwon
i zdawało się, że w tym dźwięku słychać było wszystkie możliwe
znaczenia, było to bowiem najpotężniejsze ze wszystkich słów: nazwa
pradawnej mowy. Imię Imion. Dzięki niemu mógł przełamać bądź zmienić
każde zaklęcie. Mógł zmienić znaczenie samego języka.
Dziś zawarł w Słowie Słów cztery intencje: życzenie zdjęcia czarów
ochronnych Sarrosa, pragnienie, by przechwycić i zatrzymać jego nóż, i wreszcie rozkaz niepozwalający ludziom, którzy usłyszeli Słowo, na
zapamiętanie go.
W sali zapadła głucha cisza. Wszyscy wpatrywali się w niego. Wielu gości
było oszołomionych, jakby właśnie ocknęli się ze snu.
Essie gapiła się na niego tak zdumiona, że niemal zapomniała o strachu.
Ku jego zaskoczeniu Sarros pozostał nietknięty i Murtagh po raz pierwszy
poczuł przejmujący chłód. Jedynym sposobem na pokonanie Imienia Imion
była magia pozbawiona słów, najbardziej ryzykowna, najdziksza,
najbardziej nieobliczalna ze wszystkich.
Nie docenił Sarrosa i osoby, z którą tamten się zadawał. Sytuacja stała
się nagle niebezpiecznie nieprzewidywalna. A Murtagh nie lubił
nieprzewidywalności.
- Essie! - zawołał Sigling, w końcu dostrzegając, w jakie tarapaty
wpadła. Chwycił pałkę i przeskoczył przez szynkwas zręczniej, niż
Murtagh mógłby się spodziewać po łysiejącym karczmarzu. - Puszczaj ją,
ale już!
Nim zdążył postąpić choćby krok, dwóch mężczyzn w futrach zaatakowało go
i powaliło na ziemię. Jeden z głuchym łoskotem uderzył Siglinga w głowę
głownią miecza.
Karczmarz jęknął i upuścił pałkę.
Nikt już nie odważył się choćby drgnąć.
Dość tego, pomyślał Murtagh.
- Tatku! - wrzasnęła Essie, próbując wyśliznąć się spod noża.
I znów Sarros zaśmiał się, tym razem głośniej.
- Sztuczki ci nie pomogą, wędrowcze. Nie ma czarów potężniejszych niż te
Bachel, żadna magia nie sięga głębiej.
- Pewnie masz rację. - Głos Murtagha był spokojny jak staw w bezwietrzny
dzień. Jeździec podniósł widelec i zaczął się nim bawić. - No dobrze,
zatem wygląda na to, że nie mam wyboru.
- Najmniejszego - odparł wyraźnie zadowolony z siebie Sarros.
W tym momencie w drzwiach kuchni pojawiła się tęga kobieta o rumianym
licu i włosach spiętych w kok. Wycierała ręce o fartuch.
- Co to wszystko zna... - zaczęła i wtedy ujrzała Sarrosa z nożem oraz
Siglinga leżącego na podłodze i śmiertelnie zbladła.
- Siedź cicho albo przebiję twojego męża - warknął jeden z bandytów w futrach, celując mieczem w karczmarza.
Podczas gdy wszyscy oglądali się na żonę Siglinga, Murtagh przemówił
bezgłośnie.
- Halfa utan thornessa fra jierda.
Wzdłuż widelca przebiegło coś jakby szklisty płomyk.
Oczy Essie rozszerzyły się, poza tym jednak nie zareagowała.
Sarros plasnął dłonią w stół.
- Dość już strzępienia języków. Dawaj złoto, ale już.
Murtagh przechylił głowę i - lewą ręką - ponownie sięgnął pod płaszcz.
Do ostatniej chwili siedział pozornie odprężony.
Jednym szybkim gestem wyrzucił płaszcz w górę i uderzył widelcem.
Uwięził nóż Sorrosa między dwoma zębami i szarpnął, wytrącając go z ręki
handlarza.
Brzdęk! Broń przeleciała nad stołem i uderzyła o ścianę.
Sarros wzdrygnął się i zamarł, gdy Murtagh wcisnął widelec pod jego
brodę. Mężczyzna o rekinich zębach przełknął głośno ślinę, na jego twarz
wystąpiła warstewka potu, lecz dłoń nadal spoczywała tuż obok szyi
Essie. Rozcapierzył palce, jakby chciał rozszarpać jej gardło.
- Z drugiej strony - podjął Murtagh, napawając się zmianą sytuacji -
twój amulet w żaden sposób nie powstrzyma mnie przed potraktowaniem
magią czegoś innego. Na przykład tego widelca. - Wbił zęby głębiej w ciało Sarrosa. - Naprawdę sądzisz, że potrzebuję miecza, by cię pokonać,
ty zawszony worku bździn?
Sarros syknął, potem pchnął Essie na kolana Murtagha i odskoczył,
wywracając krzesło.
Murtagh zerwał się z miejsca, zrzucając dziewczynkę na podłogę.
Przerażona, zaczęła pełznąć na czworakach między stołami.
Sześciu osiłków w futrach dobyło mieczy i pomieszczenie zamieniło się w przelewające się morze ciał, gdy rybacy, robotnicy i inni goście
próbowali uciec frontowymi drzwiami. Lutnista potknął się i upadł, wokół
rozbrzmiewały krzyki, łoskot i brzęk tłuczonych naczyń.
Murtagh zrzucił płaszcz, by nie krępował mu ruchów. Jakże żałował, że
nie ma Zar'roca albo nawet zwykłego noża. Ale nie, był zbyt pewny
siebie, zbyt sprytny. Do obrony został mu tylko widelec.
Bandyci usiłowali go otoczyć przy kominku, ale nie dał się przyprzeć do
muru. Wśliznął się między stoły, szukając dobrej pozycji do ataku.
Sarros wycofał się w kąt i wrzeszczał.
- Rozpłatajcie go! Zabijcie! Rozprujcie mu brzuch i wyrwijcie wątpia!
Zaraz się tobą zajmę, pomyślał Murtagh.
W głębi sali Essie w końcu dotarła do mamy. Kobieta pociągnęła ją za
swoje spódnice i chwyciła krzesło, które uniosła przed nimi niczym broń
albo tarczę.
Najbliższy zbrojny zaatakował, biorąc zamach mieczem. Niezdarny dureń.
Murtagh odtrącił cios widelcem, a potem śmignął naprzód i wraził go
mężczyźnie w pierś. Zęby rozdarły kość i mięśnie, wbijając się
satysfakcjonująco głęboko. Bandyta szarpnął się konwulsyjnie i runął na
ziemię z wilgotnym, bulgoczącym jękiem, gdy stanęło mu serce.
Od strony Ciernia napłynęła potężna fala strachu i wściekłości, i Murtagh poczuł, że smok zamierza do niego dołączyć. ZOSTAŃ! - ryknął w myślach, po czym natychmiast zamknął umysł przed możliwym atakiem. Cierń
posłuchał, choć z trudem.
Trzej kolejni ludzie Sarrosa zaatakowali. Wszyscy cięli i dźgali
mieczami, nie czekając na swą kolej.
Murtagh chwycił krzesło i jedną ręką roztrzaskał je na głowie napastnika
po lewej, jednocześnie widelcem odparowywał ataki pozostałych dwóch
brutali. Zręcznie odbijał ciosy, władając zaimprowizowaną bronią z niezwykłą gracją, gdy próbowali przebić się przez jego osłonę. Od razu
zorientował się, że żaden z nich nie odebrał porządnego szkolenia.
Z początku mężczyźni mieli przewagę wynikającą z długości mieczy, lecz
Murtagh uskoczył przed ciosami, po czym podszedł bliżej, tak że nie
mogli się zamachnąć. Niewiarygodnie szybko dźgnął widelcem: raz, drugi,
trzeci, czwarty - mocne uderzenia, które powaliły przeciwników na
podłogę, gdzie leżeli teraz, jęcząc.
Gorąca krew pulsowała mu w żyłach, na czole lśniła warstewka potu, a na
granicy pola widzenia pojawiła się szkarłatna mgła. Wciąż jednak
oddychał miarowo i panował nad sobą, mimo porywającego poczucia tryumfu.
Po drugiej stronie sali Sigling dotarł do szynkwasu i podciągnął się z ziemi. W dłoni nadal trzymał pałkę, lecz Murtagh oceniał, że obciągnięty
skórą kij nie zdziała zbyt wiele w starciu z mieczami rzezimieszków.
- Essie! - rzuciła wzburzonym głosem żona karczmarza. - Olfa jest w kuchni. Chcę, żebyś poszła tam i...
Nim zdążyła dokończyć, podbiegł do nich jeden ze strażników Sarrosa. W ręce trzymał maczugę, zamachnął się, celując w trzymane przez kobietę
krzesło.
Siła uderzenia wytrąciła je z rąk matki Essie i strzaskała w drzazgi.
Dziewczynka krzyknęła, gdy odziany w futra mężczyzna drugą ręką uniósł
miecz...
Murtagh wiedział, że nie zdąży przebiec przez salę, by je uratować.
Zaryzykował zatem, licząc na przychylność losu, i cisnął widelcem...
Łup.
Sztuciec wbił się głęboko w potylicę bandyty. Napastnik runął na ziemię,
bezwładnie jak worek mąki.
Murtagh poczuł gwałtowną ulgę, ale trwało to ledwie sekundę. Sarros i jego ostatni sprawny towarzysz próbowali zajść go z boku. Murtagh
kopniakiem posłał stół prosto w brzuch strażnika, a kiedy tamten się
potknął, skoczył i rąbnął jego czaszką o podłogę.
Sarros zaklął, rzucając się do drzwi. Gdy się odwrócił, cisnął w Murtagha garścią błyszczących kryształków.
- Sving! - krzyknął Murtagh.
Kryształy zawróciły w powietrzu i pomknęły prosto w ogień na palenisku.
Rozległa się seria donośnych trzasków, kamienne obramowanie zasypała
chmura żaru.
Nim Sarros dotarł do drzwi, Murtagh go dogonił. Chwycił tył kaftana
mężczyzny o szpiczastych zębach i z głośnym sapnięciem uniósł go nad
głowę, a potem z całych sił posłał na deski.
Sarros ryknął z bólu, przyciskając dłoń do zgiętego pod nienaturalnym
kątem lewego łokcia.
- Essie, zostań za mną - poleciła żona karczmarza.
Murtagh przydepnął pierś Sarrosa. Odczekał chwilę, żeby złapać oddech.
- No dobra, draniu - warknął. - Gdzie znalazłeś ten kamień?
Sigling wyszedł zza szynkwasu i potykając się, podszedł do żony i córki.
Nie odzywał się ani słowem, ale kobieta objęła go ramieniem, a on zrobił
z nią to samo.
Sarros wydał z siebie bulgoczący śmiech, w jego głosie dźwięczała
obłąkańcza nuta, która skojarzyła się Murtaghowi z co bardziej szalonymi
reakcjami Galbatorixa. Handlarz oblizał spiłowane zęby.
- Nie wiesz, czego szukasz, wędrowcze. Księżyc zaćmił ci umysł, jesteś
ślepy. Śpiący porusza się we śnie, a ty i ja, wszyscy jesteśmy mrówkami
czekającymi, aż nas zdepcze.
- Kamień - wycedził Murtagh przez zaciśnięte zęby. - Gdzie?
Głos Sarrosa wzniósł się jeszcze wyżej, szaleńczy wrzask przeszył nocne
powietrze.
- Ty nie rozumiesz. Śniący! Śniący! Wdzierają ci się do głowy i wykręcają myśli. Ach! Wykręcają je całkiem, na nice. - Zaczął się
szamotać, bębniąc piętami o podłogę, w kącikach jego ust wystąpiła żółta
piana. - Przyjdą po ciebie, wędrowcze, a wtedy sam zobaczysz. Oni... -
Głos załamał mu się w ochrypłym skrzeku, a potem Sarros szarpnął się
jeszcze raz i znieruchomiał.
W wątpiach Murtagha przebudził się strach. Handlarz nie powinien był
umrzeć. Działała tu magia bądź trucizna i żadne z tych rozwiązań go nie
zachwycało. W istocie po całym starciu pozostał mu niesmak. Miał
wrażenie, jakby wpadł w niewidzialne sidła, lecz nie wiedział, kto -
albo co - je zastawiło.
Przez chwilę w sali wspólnej nikt się nie poruszył.
Murtagh czuł na sobie wzrok zebranych, gdy zerwał amulet z szyi Sarrosa,
znalazł swój płaszcz i wrócił do stołu przy kominku. Schował do kieszeni
jarzący się wewnętrznym blaskiem kamień, zabrał sakiewkę z monetami i znieruchomiał na moment, zastanawiając się chwilę.
Podrzucając sakiewkę na dłoni, podszedł do miejsca, w którym Sigling z żoną osłaniali Essie.
- Proszę... - szepnął karczmarz.
- Przepraszam za to zamieszanie - rzekł Murtagh. Czuł smród własnego
potu, jego lnianą koszulę obryzgała krew. - Proszę, to powinno pokryć
szkody.
Uniósł sakiewkę i po chwili wahania Sigling ją przyjął.
- Lada moment zjawi się straż - rzekł, oblizując wargi. - Jeśli
wyjdziesz tylnymi drzwiami... może dotrzesz do bramy, nim cię zobaczą.
Murtagh pokiwał głową. To miło z jego strony.
Ukląkł i wyrwał widelec z głowy łotrzyka leżącego na podłodze.
Dziewczynka skuliła się, kiedy spojrzał wprost na nią.
- Czasami musisz się postawić i walczyć - rzekł. - Czasami ucieczka to
nie rozwiązanie. Czy teraz rozumiesz?
- Tak - wyszeptała Essie.
Murtagh przeniósł wzrok na jej rodziców.
- Mam ostatnie pytanie. Czy żeby utrzymać gospodę, potrzebujecie
klientów z cechu murarzy?
Zdumiony Sigling zmarszczył brwi.
- Nie, w ostatecznym rozrachunku nie. A czemu?
- Tak właśnie sądziłem. - Murtagh wręczył Essie widelec. Wydawał się
zupełnie czysty, nie dostrzegła na nim ani kropli krwi. - Daję ci go.
Rzuciłem na niego zaklęcie chroniące przed złamaniem. Jeśli Hjordis znów
zacznie ci dokuczać, pokłuj ją porządnie, a da ci spokój.
- Essie - mruknęła matka niskim, ostrzegawczym tonem.
Ale Murtagh widział, że mała podjęła już decyzję. Stanowczo skinęła
głową i wzięła widelec.
- Dziękuję - rzekła z powagą.
- Każda dobra broń zasługuje na własne imię - oznajmił Murtagh. -
Zwłaszcza ta magiczna. Jak go nazwiesz?
Essie się zastanowiła.
- Pan Dziabacz!
Murtagh nie zdołał powstrzymać rozbawienia: jego twarz rozjaśnił szeroki
uśmiech i zaśmiał się głośno, serdecznie.
- Pan Dziabacz. Podoba mi się. Bardzo stosownie. Oby Pan Dziabacz zawsze
przynosił ci szczęście.
Essie też się uśmiechnęła, choć trochę niepewnie.
- Kim... kim ty naprawdę jesteś? - spytała matka dziewczynki.
- Jedynie człowiekiem szukającym odpowiedzi - odparł Murtagh.
Już miał wyjść, ale kierując się nagłym impulsem, położył dłoń na
przedramieniu Essie. Wymówił słowa zaklęcia leczącego i dziewczynka
zesztywniała, gdy magia zaczęła działać, odmieniając bliznowatą tkankę
na jej ręce.
Murtagh poczuł chłód w rękach i nogach - zaklęcie kosztowało go sporo
energii czerpanej z siły jego ciała, by dokonać zmian, jakich sobie
zażyczył.
- Zostaw ją!
Sigling odciągnął szybko Essie, lecz czar zrobił już swoje i Murtagh ich
wyminął. Płaszcz łopotał za nim niczym ciemne skrzydła.
Gdy przechodził przez kuchnię na tyłach gospody, usłyszał okrzyki
zdziwienia Siglinga i jego żony, a potem cała trójka rozpłakała się, nie
z żalu, lecz z radości.
Ale Murtagh jeszcze z nimi nie skończył. Kiedy byli zajęci córką,
sięgnął umysłem i wśliznął się niepostrzeżenie w strumień myśli
przepływających przez głowy rodziców Essie. Działał subtelnie i nie
musiał daleko szukać. Myśl, o którą mu chodziło, jaśniała w pamięci
obojga: owa chwila, trzy lata wcześniej, kiedy dziewczynka wpadła w kuchni na ojca niosącego wgnieciony żeliwny garnek z krzywą rączką pełen
wrzątku do zmywania naczyń. Essie biegała dokoła, nie zwracając uwagi, i znalazła się w miejscu, w którym być nie powinna. U Siglinga wyczuwał
mieszaninę poczucia winy i ulgi. U jego żony ulgę, żal i zniknięcie
skrywanej niechęci do męża, który niechcący doprowadził do wypadku.
Wycofał się. Jego obawy nie miały podstaw i cieszył się z tego. Essie i jej rodzeństwo byli bezpieczni z rodziną. Nie musiał robić nic więcej.
Do oczy napłynęły mu łzy. Przynajmniej zdołał dziś zrobić coś dobrego.
Żadne dziecko nie powinno dorastać z taką blizną jak Essie... albo jego
własna. Przez sekundę wyobraził sobie, jak wygładza swoje plecy tak, jak
wcześniej rękę Essie, ale szybko przegnał tę myśl. Niektóre rany są zbyt
głębokie, by dało się je zaleczyć.
Był synem swojego ojca i nie może udawać, że jest inaczej.
***
Na ulicy przed Sytym Jadłem Murtagh uniósł głowę i odetchnął głęboko
nocnym powietrzem. Wokół niego padały miękkie płatki śniegu,
przesłaniając świat falującym welonem. Całe miasto sprawiało wrażenie
nieruchomego i cichego.
Jego serce zaczęło zwalniać biegu.
Od jak dawna nie zabił człowieka? Ponad rok minął od dnia, w którym dwaj
bandyci zaatakowali go wieczorem, gdy wracał do namiotu. Para tępych,
pechowych osiłków nie miała najmniejszych szans, by go pokonać.
Zareagował odruchowo i nim się zorientował, co robi, nieszczęśnicy
leżeli już na ziemi. Wciąż przypominał sobie jęki wydawane przez
konającego chłopaka...
Murtagh skrzywił się. Niektórzy przeżywają całe życie, nikogo nie
zabijając. Zastanawiał się, jakie to uczucie.
Kropla krwi - nie jego - spłynęła mu po grzbiecie dłoni. Otarł ją z niesmakiem o ścianę budynku. Drzazgi przeszkadzały mu mniej niż posoka.
Choć Sarros nie zdradził Murtaghowi położenia miejsca, którego szukał,
teraz już przynajmniej wiedział, że to, przed czym ostrzegał go Umaroth,
istnieje naprawdę. Zdecydowanie wolałby przeżyć zawód. Nie wiedział,
jaką prawdę skrywa pole poczerniałej ziemi, ale wątpił, by zwiastowało
cokolwiek dobrego. Życie nigdy nie jest takie proste.
Spoza Ceunon dobiegło pytanie, to Cierń obawiał się o jego
bezpieczeństwo.
Nic mi nie jest - odparł Murtagh. Tylko drobne problemy.
Mam przylecieć?
Raczej nie, ale na wszelki wypadek bądź w pogotowiu.
Zawsze.
Cierń wycofał się, pozostawiając po sobie wrażenie ostrożnej czujności,
Murtagh jednak nadal wyczuwał wiecznie obecną więź: pocieszającą
bliskość, która stała się jedynym niezmiennym elementem ich życia.
Ruszył w głąb alejki. Czas znikać. Straż miejska jest pewnie niedaleko.
Jego uwagę przyciągnął jakiś ruch w górze.
Z początku Murtagh nie był pewien, co widzi.
Spomiędzy oświetlonych blaskiem ognia chmur wypłynął niewielki stateczek
z trawy, mający najwyżej piędź czy dwie długości. Burty i żagiel
zrobiono ze splecionych źdźbeł, maszt i wiosła z łodyżek.
Nie dostrzegł żadnej załogi, choćby najmniejszej: statek poruszał się
sam, unoszony i podtrzymywany niewidzialną siłą. Okrążył go dwukrotnie i Murtagh dostrzegł maleńką banderę łopoczącą ponad równie małym bocianim
gniazdem.
A potem statek skręcił na zachód i zniknął za zasłoną gęstniejącego
śniegu, nie pozostawiając po sobie najmniejszych śladów.
Murtagh uśmiechnął się i pokręcił głową. Nie wiedział, kto zrobił ów
statek i co on oznacza, lecz sam fakt, że na świecie istnieje coś tak
niezwykłego i wyjątkowego, przepełnił go niewytłumaczalną radością.
Powrócił myślami do tego, co powiedział dziewczynce, Essie. Może
powinien posłuchać własnej rady. Może już czas przestać uciekać i wrócić
do starych przyjaciół.
Uśmiech zniknął z jego twarzy. Gdziekolwiek trafiał przez ostatni rok,
rok po śmierci Galbatorixa, słyszał jad w głosach ludzi wymawiających
jego imię. Nieważne, z jakim zapałem Nasuada - i Eragon - bronili go
publicznie, a wcale nie wiedział, czy naprawdę występują w jego obronie,
niewiele osób potrafiło mu zaufać po tym, co robił w służbie króla. Była
to gorzka, niesprawiedliwa prawda, ale nie dało się jej uniknąć.
Z tego właśnie powodu ukrywał twarz, zmienił imię i udał się na
wygnanie... wraz z Cierniem. Byli banitami, bez domu i rodziny. I choć ów
czas spędzony w samotności bardzo pomógł im obu, Murtagh nie sądził, by
mogli tak wiecznie żyć z dala od świata.
Ponownie zatem zadał sobie pytanie: czy już nie nadszedł czas, by
zawrócić i stawić czoło przeszłości?
Nie. Myśl ta pojawiła się w jego głowie natychmiast, twarda,
zdecydowana. Sam nie wiedział, czy to on tak myśli, czy Cierń, czy może
obaj. Nawet gdyby spróbowali powrócić do cywilizowanego towarzystwa, nie
przypuszczał, by kiedykolwiek widziano w nich kogoś więcej niż zdrajców
i morderców.
Poza tym... Spojrzał na trzymany w dłoni przedmiot: amulet z ptasiej
czaszki, który zdjął z szyi Sarrosa. Sądząc z wyglądu, była to czaszka
wrony.
Kim była czarownica Bachel? Murtagh nigdy o niej nie słyszał. Magia
pozbawiona słów była dzika i niebezpieczna, rzadko zdarzał się
czarodziej dość dzielny, głupi bądź uzdolniony, by przy niej majstrować.
Mimo starannego wyszkolenia Murtagh nie odważyłby się jej użyć w Sytym
Jadle, w obecności tylu niewinnych świadków. I kim byli Śniący, o których wspominał Sarros? Wspólnikami Bachel? Kolejne tajemnice.
Nie, nim cokolwiek zrobi, musi się dowiedzieć, skąd pochodził lśniący
kamień. Chciał też znaleźć czarownicę Bachel i zadać jej parę pytań.
Podejrzewał, że odpowiedzi mogą okazać się bardzo interesujące.
Gdzieś w Ceunon odezwał się metaliczny dzwon, wyrywając Murtagha z zamyślenia. Schował szybko amulet pod płaszczem i ruszył pośpiesznym
krokiem w stronę południowej bramy. Musiał wymknąć się z miasta, nim
straże go znajdą i będzie zmuszony znów kogoś zabić.