Muniek - Zygmunt Staszczyk, Grzegorz Brzozowicz

Reflow text when sidebars are open.
Lato 1980 roku. Kraj ogarnia fala przestojów w pracy, jak eufemistycznie określają strajki komunistyczne media. Skończyłem drugą klasę liceum i jestem w Sopocie na festiwalu Pop Session. Śpię w namiocie z kumplami z liceum, a nieco dalej rozbili się chłopaki z mojego robotniczego osiedla. Jedni do drugich zupełnie nie przystawali.
Fakt, że dostałem się do liceum, został odebrany przez kolesiów z podwórka jako przeskok do innej ligi. "Mongoł, kurwa, jest nasz" - mówili o mnie, "I do tego już trochę ktoś". Ten mój awans nieco rozluźnił nasze kontakty, ale starałem się ich edukować. Spodobała im się moja opowieść o punk rocku. Nie żeby kumali te kawałki, ale przemówił do nich wątek o robotniczych korzeniach tego ruchu i przede wszystkim to, że punk związany był z nieustającą zadymą. Chyba trochę przesadziłem w koloryzowaniu tych opowieści, bo w końcu zawyrokowali:
- To my też na ten Pop Session pojedziemy.
Kiedy koledzy z ogólniaka przyjeżdżali do mnie na Raków, to lekko wymiękali. Szybko spostrzegali, że na podwórku mam trochę innych ziomali. Zając nie był jakimś intelektualistą, ale mówi:
- Zygmunt! Ten Jopa i Bonek to tacy goście....
Nie to, że się ich bał, bo wiedział, że jestem z tym towarzystwem zblatowany, ale śmieszyło go zachowanie takiego Jopy. Przy nim to się nie śmiał, no bo wiesz...
No więc ja jestem w namiocie ze swoim kombem: Zając, Bobesz, Darek Gajewski (dziś sławny reżyser, m.in. filmu Warszawa), a nieopodal Oni. Oni ubrali się po swojemu - płaszcz związany łańcuchem, powycierane skóry - nigdy wcześniej tak nie wyglądali. Okazało się, że Jopa, Bonek i Puja chcieli w Sopocie wcielić w życie to, o czym im opowiadałem.
Któregoś dnia słyszę krzyk. Wyskakuję z namiotu i widzę, jak Bonek napierdala długowłosego gościa. Takiego chudego wali ostro po ryju.
- Bonek, zostaw go, co ty, człowieku, robisz?
- Kurwa, Mongoł, podszedł gnój i się pyta, czy ja mam trawę, a ja na to: "Ty, trawy masz tu w chuj", a on odburknął: "Nie żartuj, pytam, czy masz trawę do palenia".
Bonek oczywiście nie wiedział, co to marihuana. Akurat ten wątek rockandrollowego żywota pominąłem w swoich opowieściach.
- Jak mu przyjebałem i powiedziałem: "Co ty se, jaja ze mnie robisz".
To było jednak nic. Któregoś wieczoru my rozkminiamy laski z Nowej Rudy, a tu przed moim namiotem staje moja podwórkowa brać. Naszyci kompletnie, w dłoniach mają łańcuchy drogowe i nawijają:
- Mongoł, idziemy.
- Gdzie?
- Jak punk, to punk.
No i poszedłem z nimi. Było nas w sumie czterech. Trzech gości o mordach zakapiorów i ja. W okolicach Grand Hotelu był szlak knajp. Tylko wtedy w związku ze strajkami obowiązywała prohibicja. Ruszyli w tamtą stronę... Wpadali do każdej kolejnej knajpy i napierdalali łańcuchami po blatach. Robili zadymę. Ja z tyłu, tak cichaczem, ale jednak z nimi, bo gdybym zdezerterował, to na osiedlu miałbym przerąbane. Byłem coraz bardziej przerażony, a oni jak wyskakiwali z knajpy, to wniebowzięci krzyczeli:
- Widzisz, Mongoł, to jest punk rock!!!
W końcu zaczęła nas gonić milicja. Taki właśnie początek miał socjalistyczny punk. Zdołałem uciec. Schowałem się u tych lasek z Nowej Rudy, pod materacem. Ich wyłapali. Mnie trzy dni szukali. W końcu sam poszedłem na komisariat w Sopocie, ale mi darowali, bo miałem siedemnaście lat. Oni na kolegium, dostali ileś tam godzin robót publicznych do odpracowania w Częstochowie. Resztę wakacji pocili się przy zieleni. Wkurwieni byli na mnie za to, że "Mongołowi się upiekło".
A poza tym zupełnie nie podobały im się kapele, które na tym Pop Session występowały. Mówię:
- Porter Band był super.
- E tam, Mongoł, on śpiewał po angielsku i niczego nie można było zrozumieć.
- A Maanam?
- Łeee, ta łysa dupa ci się podobała? He, he, he, he, masz gust.
W ogóle ich ta impreza nie brała, a dodatkowo wszyscy wokół wyglądali w ich mniemaniu jak debile i hipisi.
Wychowywałem się na robotniczych osiedlach. Urodziłem się w dzielnicy Zawodzie. To może nie była warszawska Praga, bo to nieporównywalne, ale też było to miejsce uboższe niż inne w Częstochowie. Wprawdzie dziadkowie mamy mieli tam domek rodzinny, ale gnieździliśmy się na kupie, bo oprócz babci, nas, była tam jeszcze mamy siostra z rodziną. Tłoczno było. Tam mieszkałem do czwartego roku życia i z tamtego okresu niewiele pamiętam. Poza tym, że wsadziłem sobie groch do nosa i przyszedł pan doktor. No i raz strąciłem lustro, które spadło na mnie, i opatrzności zawdzięczam, że mam tylko kilka blizn, a oczy zostały całe.
Tak. Pochodzę z rodziny robotniczej, osadzonej od kilku pokoleń w Częstochowie. Tata pracował w Hucie imienia Bolesława Bieruta. To była jeszcze przedwojenna huta, a za PRL-u jak wszystkie huty hołubiona. Dzięki temu ojciec dostał mieszkanie w blokach, które mieściły się na granicy między dzielnicami Ostatni Grosz i Raków. Z tatą polemizuję, do której z dzielnic należy nasz blok, bo obie mają swoją jeszcze przedwojenną historię. Tata pochodzi z Ostatniego Grosza, więc dla niego ważne jest, że po przeprowadzce wciąż był u siebie. Ja uważam, że jest to już Raków, więc ten spór trwa między nami od lat. Do gomułkowskiego bloku sprowadziliśmy się w 1967 roku i całe dzieciństwo, dorastanie, aż do momentu mojego wyjazdu do Warszawy na studia w 1982 roku, tam spędziłem.
Podwórko... (chwila zastanowienia). Pamiętam jeszcze, kiedy facet zaorał nam boisko na trawnik koniem z pługiem. Takie rzeczy nie zdarzały się już w większych miastach, ale Częstochowa jest miastem średnim, w którym długo panowały przyzwyczajenia wiejskie jeszcze sprzed wojny, np. na zimę przywoził chłop ze wsi pod blok kartofle, które wszystkie rodziny magazynowały w piwnicy. Wtedy się kartofli nie kupowało tak codziennie, właściwie nie wiem, dlaczego, bo wydaje mi się, że były dostępne. Nawet takie błahe zdarzenie traktowaliśmy jako niebywałą atrakcję. I tak samo to oranie podwórka dla sześcioletniego chłopaka było dramatem. Między jednym blokiem a drugim facet orał podwórko, które potem miało być zagospodarowane na trawniki, co nas irytowało, bo to było nasze boisko do grania w piłkę.
W okresie dorastania, w latach siedemdziesiątych, królowali drużyna Kazimierza Górskiego, czyli piłka nożna, i Wojciech Fibak, który zapoczątkował szał na tenisa. Nikt z nas nie miał rakiety tenisowej, więc graliśmy najpierw rakietkami od badmintona, a potem babcia wyszukała starą, przedwojenną rakietę. Oczywiście mecze odbywały się na asfaltowym boisku, bo przecież w Częstochowie był jeden kort, i to w śródmieściu. Ważny był też żużel, ponieważ Włókniarz Częstochowa odnosił sukcesy. Mój brat cioteczny Andrzej Pożarlik zabierał mnie na żużel. I potem z chłopakami rozgrywaliśmy mecze żużlowe dookoła piaskownicy. Tak... na moim podwórku królował żużel, była piłka nożna, był Fibak, a zimą granie w hokeja.
Mój wujek od strony rodziny ojca w latach pięćdziesiątych grał z Kazimierzem Górskim w Legii Warszawa. Mój ojciec zawsze lubił Legię, bo lubił Kazimierza Deynę, więc i ja od lat jestem kibicem tego klubu. Jak przeniosłem się do Warszawy, to może nie chodziłem na mecze Legii nałogowo, ale kibicowałem tej drużynie na maksa. Teraz fascynacja Legią przeszła na mojego syna.
Stadion Rakowa znajduje się niedaleko mojego częstochowskiego domu. Na mecze chodziła cała okoliczna żulerka. Gdy przyjechał Górnik Zabrze, to na stadionie pojawiło się kilku kibiców ze Śląska. A panuje odwieczna wojna między Częstochową i Śląskiem. Oni nas pogardliwie nazywają "gorolami". Po meczu na stadionie rozległ się ryk: "Zadanie prawdziwego Polaka to jebać Ślązaka". Widziałem strach w oczach tych chłopaków i choć nie miałem żadnego prawa głosu, bo byłem jeszcze dzieciakiem, to krzyknąłem: "Panowie, zostawcie ich". Pierwszy raz w życiu widziałem taką kibolską akcję - sfora naszych ludzi chciała zabić tamtych pięciu. Na szczęście oni uciekli do budynku klubu.
Gdy już chodziłem do liceum w Częstochowie, odbywał się finałowy mecz o Puchar Polski między Legią Warszawa a Lechem Poznań. Idę do szkoły, jest maj albo czerwiec. Patrzę, a tu na głównej ulicy, alei Najświętszej Marii Panny, stanęły dwa autokary. Z jednego wypada grupa ludzi w szalikach niebiesko-białych, a z drugiego w czerwono-zielono-białych. I jest zadyma, ale taka total. A ja do szkoły z tornistrem. Tam ktoś zginął wtedy. Jak się później zgadało, wśród kibiców Legii był Zenchol (Andrzej Zeńczewski). Ja jako małolat szedłem do szkoły i nie mogłem przypuszczać, że w tej grupie jest kolo, z którym kiedyś będę grał w bendzie.
Jeszcze zanim zainteresowałem się muzyką, miałem jazdę na punkcie opowieści o Indianach opisanych przez Karola Maya i Wiesława Wernica. Potem nałogowo czytałem książki Szklarskiego o przygodach Tomka i powieści podróżnicze Arkadego Fiedlera. Świat Indian mnie fascynował. Podczas zabaw na podwórku zawsze byłem Indianinem, nigdy nie chciałem być białym. Do dziś mam miętę do tej tandety obrazowanej przez filmy o Winnetou. W latach siedemdziesiątych byliśmy zalewani kiczem. W radiu lansowano zespoły pokroju Happy End, w telewizji królował kapitan Kloss i Czterej pancerni, a do tego namiętnie oglądałem młodzieżowe seriale: "Do przerwy 0:1", "Tolka Banana", "Wakacje z duchami"... Może dlatego ten kicz tak często wyłazi w piosenkach T.Love?
Trzepak był istotny. Na zmianę, raz stały przy nim dziewczyny, raz chłopaki. Jednak był to bardziej damski trzepak, chociaż my też dla szpanu robiliśmy fikołki i inne tego typu rzeczy. Śmietnik był ważny, bo w 1974 roku znaleźliśmy w nim totalną liczbę numerów pisma "Bravo". To był jakiś odlot, pismo niemieckie, powiew Zachodu ze śmietnika. Kolega Andrzej Gola, czyli Bonek, je wyszukał. W jednym z nich po raz pierwszy zobaczyłem zdjęcie Davida Bowiego i... się przestraszyłem. Nie wiadomo było, czy to facet, czy baba. Pomalowany facet. Piwnica była ważna, tam sobie siusiaki pokazywaliśmy, no i bawiliśmy się w chowanego. Pamiętam chłód klatki blokowej w upalne lato, kiedy się grało w karty: tysiąca, pokera, tylko nie na żadne pieniądze. Na pieniądze graliśmy w kratki. Najpierw rzucało się pięćdziesięciogroszówkami kto dalej. Zwycięzca zbierał pulę, a potem rzucał monety do jednej z czterech kratek narysowanych na ziemi. Kto najwięcej wrzucił do swojej kratki, to było jego. To nie były wielkie sumy, ale jakiś element hazardu był.
Oczywiście, rozgrywaliśmy Wyścig Pokoju. Szczególnie cenione były kapsle po piwie Żywiec, chociaż wtedy jeszcze nie piliśmy piwa. Istotne były kolory tych kapsli. Robiliśmy koszulki z wpisanymi nazwiskami Szozda, Szurkowski. To byli ważni ludzie.
Gdy przychodziła zima, wylewano nam prowizoryczne lodowisko. Miałem jakiś tam kij hokejowy i grało się oczywiście bez łyżew. Łyżwy to był szpan i mało kto je miał.
No i odbywały się walki między blokami A i B inspirowane filmami. Niedaleko nas mieściło się kino Relax, w alei Pokoju. To do dziś jest główna ulica na Rakowie, taka mocno socrealistyczna, wybudowana w czasach stalinowskich. Do Relaksu chodziłem z ojcem na poranki. W niedzielę, o dziewiątej lub dziesiątej rano często pokazywano enerdowsko-jugosłowiańskie filmy o Indianach, kręcone na podstawie książek Karola Maya. Realizowano je w Chorwacji, która udawała Amerykę, a grali w nich aktorzy francuscy, jugolscy, niemieccy. I te walki między blokami były wzorowane na filmach o Winnetou.
To była lekko żulerska dzielnica. Na naszym osiedlu rządzili git ludzie. Nie było przemocy, bo obowiązywał kodeks, wedle którego git małolata w życiu by nie pobił. Nas, smarkaczy, nie tykali, ale widziałem nieraz, jak chłopaki się po zębach trzaskali. Była pewna hierarchia, było kilku osiedlowych bohaterów, niejaki Pcheła, Boa, którzy słynęli z tego, że się okładali. Były alpagi. Ja jeszcze wtedy nie wiedziałem, co to alkohol. Widziało się krew, gdy kolega w nochal dostał, zęby wyłamane. To było osiedle hutników, dużo kolesiów dawało w szyję. Z mojego bloku chyba tylko dwóch gości poza mną się wybiło, bo poszli na studia. No i był taki Piotrek Wesołowski, co do Kanady wyjechał. Dominowały raczej szkoły zasadnicze. Do dziś panuje tam taka lekka chuliganerka.
Tak. Nie mówią, że jest niebezpiecznie. Tylko tacy młodsi ode mnie, którzy już stamtąd wyszli, opowiadają, że teraz jest tam ostrzej, niż było kiedyś. Moi rodzice też wieczorami nie łażą. W latach sześćdziesiątych to była typowa, normalna dzielnica robotnicza, zwana potocznie "dzielnicą cudów". Na pewno nie jakieś mistrzostwo świata w kategorii luksusu, ale też nie jakiś taki total jak najgorsze rejony Pragi warszawskiej. Gdzieś pomiędzy.
Absolutnie.
W podstawówce było kilku takich zawodników, co się trzaskali. Miałem opinię dobrego ucznia i ci drugoroczni ściągali ode mnie i dzięki temu mnie chronili. Miałem ksywkę Mongoł. "Mongoł, daj ściągnąć" - mówili, i miałem spokój. Oni jarali w kiblu, a ja taki dziewiczy byłem zupełnie.
W piątej klasie podstawówki było w naszej klasie takich dwóch. Siedzieli w ostatniej ławce. Nauczycielka od rosyjskiego była niezłą dupą. Wszyscy ją podglądaliśmy, jak wchodziła po schodach, halka... no, wiesz. Pani Hamela chyba jej było. Jeden z nich sobie wypychał jaja chusteczką i ona do niego: "Zanter, uspokój się!". A on po jajach się klepał i nawijał: "Tam, dam, tam, Slade, Nazareth". To nam imponowało.
On był dużo większy od nas wszystkich, wielokrotnie powtarzał klasy. Któregoś dnia wchodzę do kibla normalnie się odlać, i siedzi Zanter, to było przed jakąś dyskoteką szkolną. Najarane. U profesorów miał pewną dyspensę, bo był większy od wszystkich, więc nie to, że mógł palić, ale... Podchodzi do mnie i mówi tak:
- Mongoł, chodź tu. Multałeś się?
- Co?
- Miałeś multankę?
- Jaką multankę?
Podchodzi do mnie i mówi:
- Tak to się robi.
I bierze kolo jęzor mi wpycha.
- Co ty robisz, Andrzej?!
- Chciałem ci pokazać, Mongoł, jak się z dupą całuje.
Normalnie wymiękłem. No, taki był klimat. To może nie była przemoc, ale tak na pograniczu. To jest właśnie Raków.
Jeszcze nie. Zawsze w grupie trzeba sobie coś tam wywalczyć. Wokół mnie ludzie zaczęli się zbierać dopiero pod koniec podstawówki. Wcześniej jakoś tak prześlizgiwałem się, uchodziłem raczej za takiego poczciwinę. Zdarzało mi się, że ktoś mnie walnął kamieniem w łeb, były jakieś tam bójki, ale nie byłem żadnym tam mocnym zawodnikiem. Raz walnąłem mojego sąsiada z góry, nie wiem, skąd mi taka zabawa przyszła do głowy, żeby wyrzucać przedmioty z okna i chować się pod parapetem. No i gościa Andrzeja Szymczyka, który miał ksywkę Ryży, jebnąłem kałamarzem w głowę. Szpital, moja matka jakieś czekolady nosiła, ja zestresowany, że mi wjebie, bo był starszy. Jeździł na rowerze po podwórku z tą obandażowaną głową, a ja go długo unikałem.
Wcześniej miałem tylko jeden wyczyn. Jako sześciolatek uciekłem z przedszkola. To była moja pierwsza buntownicza akcja. Po dwóch dniach nawiałem z przedszkola. Powiedziałem w domu, że "nie będę chodził, bo śmierdzi tam szmatą i pani się źle do mnie odnosi".
Mama dosyć szybko została kierowniczką sklepu spożywczego i miała ciężką robotę. Była młodą kierowniczką, z czym wiązały się apanaże, bo mimo obowiązujących później kartek mogła więcej załatwić, ale też dzięki znajomości z nią korzystali na tym różni ludzie. "Bo pani Hania zawsze załatwi mięso, masło." Ona zawsze lubiła ludzi, otaczała się nimi, ale przez to ciągle nie mogła się z tego sklepu wyrwać. Spotykały ją też "nocne klimaty", czyli włamania.
Ojciec miał mniej odpowiedzialną pracę, był tokarzem w hucie. To on mnie nadzorował, jeśli chodzi o szkołę. Mama była bardziej obecna w weekendy, niedzielny obiad i takie sprawy. A najwięcej przebywała ze mną babcia od strony ojca.
Rzeczywiście byłem dzieckiem z kluczem na szyi, ale nie cierpiałem na brak ciepła domowego. Wówczas taki model wychowawczy był klasyką. Miałem chyba lepiej od dzieciaków, które chodziły do przedszkola. Babcia, jak to babcia, była cudowna. Jeździła ze mną tu i tam. Ojciec brał mnie na wycieczki hutnicze, wpoił we mnie zainteresowanie światem, poznawanie Polski - Zakopane, Kraków, Góry Świętokrzyskie, Pieniny. Jeździłem na te wycieczki hutnicze, gdzie starsi ostro łoili wódę. Mój ojciec nie był taki trunkowy. Wypił z nimi kieliszek, a ze mną chodził poznawać świat.
Tak. W moim dorastaniu istotną rolę odegrał wujek od strony mojej mamy, Edek. Samotny, całe życie mieszkał w hotelu robotniczym na starym Rakowie. Często mnie prowadzał na spacery i nauczył mnie np. wszystkich stolic świata, rejestracji zagranicznych samochodów. Mówił: "Francja to ma F, Wielka Brytania GB". Potem uchodziłem za orła w rodzinie.
- Stolica Etiopii, Zygmusiu?
- Addis Abeba.
- Argentyny?
- Buenos Aires.
O nie, ojciec wielokrotnie zlał mi dupę. Dzisiaj pewnie obrońcy politycznej poprawności nazwaliby to przemocą w rodzinie. Ja natomiast powiem, że jestem mu za to wdzięczny. Pamiętam wszystkie powody, za które dostałem wciry. "Zbiera ci się, Zygmusiu" - uprzedzał.
Kilka razy, za ostrzejsze rzeczy, strzelił mnie paskiem w dupę. Jak zrobiłem nielegalną imprę na sylwestra, jak poszedłem z chłopakami na stawy, gdzie omal się nie utopiłem... W domu nie było patologii, ale bez przesady, imprezy, święta były zawsze zakrapiane. Alkoholu dużo było na osiedlu, pili wszyscy faceci. Mojego ojca lubiano, bo "pan Tomek, taki sympatyczny". Babki go lubiły w sklepie, w aptece, bo "pan Tomek taki inny".
Mama. Tata jest miękkim, wrażliwym facetem. Bardzo kochał swojego ojca, który ku jego rozpaczy zmarł w latach pięćdziesiątych. Mój tato się nim opiekował i nie mógł dobrze przygotować się do matury i może dlatego jej nie zdał. Jego młodsza siostra uchodziła w rodzinie za mądrzejszą i w hierarchii społecznej wylądowała wyżej, bo pracowała w biurze projektów. Śmierć ojca, niezdana matura, te sprawy pozostawiły w nim blizny. Gdy piętnaście lat temu powiedziałem w TV, w pierwszym biograficznym filmie o T.Love, że mój ojciec nie zdał matury, to przez rok się do mnie nie odzywał. Zawsze miał z tym problem, a mógł powtórnie podejść do egzaminu. Myślę, że dlatego mama go zdominowała. Ojciec wylądował w nieswoim środowisku. Myślę, że byłby świetnym subiektem w przedwojennym sklepie odzieżowym. Zna się na ciuchach. W żadnym wypadku nie jest jakiś taki damski, ale doradzić kobiecie umie. "Pani Marysiu, niech pani założy płaszczyk. Świetnie pani wygląda" - nieraz zagadywał do koleżanek mamy. Ojciec trafił między robotników, bo tam mógł więcej zarobić. Huta go nie schamiła, bo się schamić nie dał. Tylko troszkę zbrutalizowała. Natomiast jego wielką zasługą było wpojenie mi szacunku do książek. On dużo czytał, interesował się głównie II wojną światową.
Robotnicza krew płynie w naszych żyłach od wielu pokoleń. Ojciec mamy był kolejarzem, a praktycznie wszyscy ze strony ojca pracowali w przemyśle włókienniczym. Większość w "Częstochowiance", zakładzie kierowanym przed wojną przez Francuzów. Pradziadek był aktywnym działaczem PPS-u. Siedział w warszawskiej Cytadeli razem ze Stefanem Okrzeją.
Ciocia była w partyzantce, a jej narzeczonym był dowódca częstochowskiego AK o pseudonimie "Huragan". Wujek trafił do Oświęcimia. Mój ojciec do dziś wspomina gestapowców w płaszczach, którzy weszli do domu, brutalnie przewrócili kołyskę z jego siostrą, a jego samego skopali. Moja mama urodziła się w 1939 roku, ale mimo to zapamiętała, jak uciekali Żydzi, jak babcia bała się ich wpuścić do domu, a potem widziała ich ciała na ulicy.
Mama jest zawsze najważniejsza.
Trudne pytanie. Czy ja się w ogóle komuś zwierzałem? Byłem z mamą bardzo związany. Pamiętam, jak byliśmy na wczasach "WSS Społem" w miejscowości Sobieszewo pod Gdańskiem. Miałem chyba 6 lat i zgubiłem się w restauracji. Znaleźli mnie jacyś ludzie.
- Co ci się, chłopczyku, stało?
- Mamuńka mi zginęła.
Byłem dzieckiem, które samo budowało swój świat. Lubiłem się zamykać w pokoju i wymyślać własne zabawy, projekcje. Czy ja się mamie zwierzałem? Nie pamiętam. Chyba bardziej babci Marysi od strony ojca, jeżeli już. Mama nie tyle nie miała dla mnie czasu, co ten sklep ją strasznie pochłaniał. Ale w niedzielę był zawsze rodzinny obiad.
- Jak tam, Zygmusiu, wszystko dobrze?
- No, dobrze. Nie było źle.
Znam wielu facetów w moim wieku, którzy przeżyli, jak to nazywam, nadopiekuńczość cyca. Moja matka nie była chłodna, tylko nie przesadzała z miłością i może dlatego nie miałem problemów neurotycznych. Jak to dobrze, że matka mnie tym cycem nie karmiła, ale może mogłem dostać od niej coś więcej. Nie wiem. Nikt nie wychowa dzieci perfekcyjnie: jeden da za dużo chłodu, a drugi ciepła.
Tak, właśnie teraz. Trwa to gdzieś od dziesięciu lat. Rodzice dożyli takiej fajnej jesieni życia, że teraz naprawdę lubię z nimi spędzać czas. Byliśmy razem na wakacjach na Krecie, na Malcie. Jak będą zdrowi, to w tym roku też gdzieś pojedziemy. Moją matkę strasznie przytłaczał ten sklep. Po nocach kleiła w zeszytach kartki na cukier. Ludzie ciągle czegoś od niej chcieli, bo wtedy żarcie było towarem wymiennym. Gdyby była kierowniczką w czasach wolnego rynku, toby sobie na pewno dobrze dawała radę i pewnie byłaby zamożną osobą.
Myślę, że cechy przywódcze mam po niej, dzięki temu potrafię przytrzymać bend za jaja. Ona miała swój zespół, a ja jestem kierownikiem przedsiębiorstwa, które nazywa się T.Love. Dzięki tej umiejętności nie jestem wrogiem nawet z tymi, którzy wylecieli z bendu, a przeszło przez ten zespół trzydzieści osób. Ona też była lubiana, a to z kimś pogadała, a to wypiła kielicha, a to załatwiła panu Jurkowi mięso, a pan Jurek jej buty. Taki typ rzutkiej kobiety. Z jednej strony ją to męczyło, a z drugiej to lubiła. Czasami na tym tle były z ojcem konflikty, bo on chciał, żeby była więcej w domu, a ona miała tę nadobowiązkowość. Zarabiała więcej niż ojciec, bo w handlu zawsze coś można było zarobić. Nie to, że była oszustką, tylko jakieś nadwyżki zawsze były.
Żyliśmy w iluzji, że u nas w domu niczego nie brakuje. Żarcia na pewno w nadmiarze. Zawsze były te szyny, te balerony... Jak moja przyszła żona Marta przyjechała do mnie w latach osiemdziesiątych, jak zobaczyła zawartość lodówki, te wszystkie zapasy, to ją zatkało. Ona pochodzi z oszczędnej rodziny, gdzie wszystko zawsze się liczyło skrupulatnie. A u nas panowała reguła "zastaw się, a postaw się".
Wtedy na osiedlu wszyscy żyliśmy w podobnym kołchozie. Samochodu nie mieliśmy, bo nie było nas stać. Telefon mieliśmy, co niby nie było luksusem, ale też nie każda rodzina go posiadała. Telewizor był, w wakacje były wczasy pracownicze, a potem nawet wyjazd do Bułgarii. Oprócz tego, mimo że to dla matki nie był mały wydatek, to dżinsy z Peweksu dla Zygmusia zawsze były.
Może wtedy nie byłem dumny z tego robotniczego pochodzenia, ale dobrze mi się ono komponowało z rock and rollem. Gdy czytałem o punk rocku, o bluesie, o tym, że jest to muzyka należąca do working class, to miałem poczucie, że jest to moja muzyka, chociaż anglosaska. Nie, nie, kompleksów z powodu swojego pochodzenia nigdy nie miałem.
Niestety, ze względu na wiek nie skonsumowałem gierkowskiego dobrobytu z pierwszej połowy lat siedemdziesiątych Wtedy patrolowałem okolice na rowerku i zauważyłem, że faceci wracając po robocie z huty, robili sobie przystanek przy kioskach z napojami. Nie mogłem zrozumieć, czemu oni się tak tłoczą wokół butelek z jakimś krakowiakiem albo tańczącą parą. Gdy sam polubiłem piwo, czyli w pierwszej klasie liceum, to Żywiec i Okocim były już tylko legendą. My musieliśmy się zadowolić częstochowskim Kmicicem, więc pod tym względem wyczuwałem kryzys. Pod koniec 1976 roku mama klęła w domu, że musi kleić kartki na cukier, bo brakuje cukru i jest kryzys. Słowo "kryzys" ani w radiu, ani w telewizji nie padało.
Oczywiście doskonale pamiętam głupkowatą rozrywkę lat siedemdziesiątych. Wszystkich tych dziwacznych piosenkarzy z NRD i Czechosłowacji w rodzaju Franka Schöbela i Jiřego Korna. Amerykańskie seriale telewizyjne: "Aniołki Charliego" "Kojak", "Manix". Jak Abba występowała w Studio 2, to na podwórku nie było nikogo. I pamiętam gwiazdy tego telewizyjnego show: Tadeusza Sznuka, Bożenę Walter i Edwarda Mikołajczyka.
W podstawówce leciałem na opinii. Moja wychowawczyni, pani Bem, była naszą sąsiadką. Z tego samego osiedla, tylko z pierwszego bloku. W każdym razie stwierdziła w I czy II klasie, że Zygmuś to jest zdolny. Może się wyróżniałem na tle innych, ale bez przesady. Dopiero w liceum wyszło, że byłem jakoś tam zdolny z kilku przedmiotów, ale też średni z wielu innych. A w podstawówce same piątki, nawet z matematyki pięć. Pani Krysia Bem uczyła matematyki, a ja z tego przedmiotu nigdy nie byłem dobry, ale zapewne wzbudziłem u niej jakąś tam sympatię. No i potem leciałem na opinii, że Zygmuś jest dobrym uczniem. Mnie ciągnęło w stronę przedmiotów humanistycznych i na szczęście już w podstawówce miałem inteligentną kobitę, panią Walczyk, która uczyła polskiego. Jak na klimat robotniczej podstawówki była osobą, która nie tylko się wyróżniała, ale umiała jakby szerzej wszystko tłumaczyć.
Potem w liceum miałem świetnego polonistę, śp. pana Mariana Kucharskiego. Był wychowawcą naszej klasy. Moje licealne kształcenie przypadło na czasy "Solidarności", stąd program nauczania był zluzowany. Pan Maniek mógł więcej powiedzieć niż wcześniej, ale nie tylko o polityce. Więcej uwagi poświęcał różnym autorom, którzy byli marginalizowani. Mówię tu o Witkacym, o Gombrowiczu, o Schulzu, Miłoszu. Był świetnym polonistą i zaszczepił we mnie miłość do książek, już wcześniej rozbudzoną przez ojca. Miałem to szczęście, że mój ojciec, mimo że robotnik, kochał książki i w naszym domu od dziecka się czytało. Ale to dzięki profesorowi zwróciłem uwagę na poezję, na Broniewskiego, Tuwima, na skamandrytów. Rytmy i rym ich wierszy spowodowały, że zacząłem pisać teksty piosenek w rytmie czterowersowym.
No i muszę oczywiście wymienić dyrektora mojego liceum Antoniego Kwiecińskiego. Był AK-owcem i jedynym dyrektorem w Częstochowie, który nie był członkiem PZPR-u. Wprawdzie zapisał się do Stronnictwa Demokratycznego, ale by być dyrektorem liceum, nie można było nie należeć do jakiejś słusznej organizacji. Opowiadał nam o Katyniu i innych takich rzeczach, o których się wtedy nie gadało.
W odróżnieniu od wielu moich znajomych, którzy wciąż opowiadają o traumach szkolnych, o tym, jak jakiś psychol ich gnębił, dla mnie szkoła była wspaniałym okresem mojego życia. I w podstawówce, i w liceum trafiłem na niezłych ludzi. A przecież tak naprawdę to właśnie ogólniak kształtuje cię najbardziej na całe życie. Dużo ludzi nienawidzi szkoły, mówią: "Ja pierdolę, jakich miałem pojebów". Ja nie mam traumy psychicznej w tej kwestii. Stąd wszystko to, co się potem stało - studia polonistyczne i pisanie tekstów piosenek - wyniknęło z tego, że miałem szczęście obcować ze świetnymi nauczycielami.
Bardzo lubiłem geografię, bo byłem ciekaw świata. Robotnicze osiedle, Częstochowa, PRL, to samo w sobie było przygnębiające, a opowieści o tym, co jest po drugiej stronie globusa, działały na moją wyobraźnię. Co śmieszne, ciekawiła mnie chemia, chociaż żadnego wzoru nie pamiętam. W podstawówce tego przedmiotu uczyła nas niezła dupa, którą wszyscy podglądali. Miała niezły, duży biust i kręciła biodrami. Wtedy mocno reagowałem na te wszystkie rzeczy. Ale do tego była świruską, która robiła to, co wszystkie dzieciaki uwielbiały, czyli doświadczenia. Tu się coś gotowało, tam z probówki coś wylatywało. A w liceum chemii uczył mnie pan Hantz. Taki klasyczny pan profesor. Mocno enigmatyczny, który na luzie mógłby grać w zespole Kraftwerk. Taki wiesz, z zimnym okiem. "To jest, drogie dzieci" - zagajał na lekcji i nagle coś wybuchało, szare proszki robiły się zielone, a potem zmieniały barwę na niebieską. Ciecz w probówce z czerwonej przechodziła w fioletową, a na koniec buchała para. Z drugiej strony fatalnie mi szły zajęcia praktyczno-techniczne. Do dziś nie umiem przybić gwoździa. Generalnie słaby jestem w takich typowych męskich sprawach. Matematyka nigdy mi nie szła, więc wiele godzin spędzałem na korepetycjach. Z fizyką to samo - słabo.
Babcia. W 1975 roku zapisała mnie na lekcje angielskiego. To było bardzo mądre, bo w szkole podstawowej uczono tylko rosyjskiego i z pozostałych dzieciaków prawie nikt nie chodził na lekcje angielskiego. Dzięki temu, że jakoś kumałem ten język, zacząłem sobie ze słuchu tłumaczyć piosenki. Zacząłem rozkminiać łatwiejsze teksty, bo strasznie mnie intrygowało, o czym śpiewali ci wszyscy dziwni kolesie. Muszę babci oddać szacun, bo ten angielski naprawdę mi się przydał.
Mój nauczyciel z kursu był bardzo ciekawą postacią. Służył w armii Andersa, nie został na Zachodzie, tylko wrócił do PRL-u, na co zdecydowało się niewielu żołnierzy. Wiekowy dziadek bez ręki, inwalida wojenny, ale widać było, że musiał być przystojniakiem. Opowiadał barwne historie o tym, jak to różnie bywało z Angolami w czasie wojny, o bitwie o Anglię... Dostał od nas ksywkę Double Whisky, a naprawdę miał na nazwisko Lisek i miał spory na mnie wpływ. Podobnych jemu polskich oficerów poznałem później w Anglii. Oni zostali landlordami i podczas wyjazdów często u takich się mieszkało. Wiekowi, ale całkiem sprawni umysłowo i z dużą klasą.
Na pewno romantyzm był wtedy dla mnie mocną epoką. Pomijam kwestię idei Polski Chrystusa Narodów, z którą się nie zgadzam i uważam, że przez nią romantyzm narobił dużo złego w polskiej tradycji. Natomiast "Dziady" Mickiewicza dzięki aurze tajemniczości, magii..., ale też w kwestiach czysto językowych to jest arcydzieło. Szczególnie część trzecia i ustęp o Rosji. To wierna pocztówka Rosji carskiej, a właściwie można powiedzieć, że dzisiejszej też.
Lubiłem Broniewskiego, wyklętego dzisiaj za to, że był komuchem. A to świetny poeta. Jego wiersze mają siłę kwintesencji podobną jak piosenki zespołu The Clash. Strzelał z karabinu wierszem: jeb, jeb, jeb. Tuwima "Bal w operze" zrobił na mnie wrażenie nieprawdopodobne. A z prozy to na pewno "Byliśmy w Oświęcimiu" Tadeusza Borowskiego. W czwartej klasie liceum pod wpływem tej książki napisałem piosenkę Ogolone kobiety. Inną, która wywarła na mnie niesamowite wrażenie, były "Rozmowy z katem" Moczarskiego. Lubiłem "Lalkę", ale też i "Chłopów", których jakoś wszyscy nie znosili, a ja lubiłem. "Ziemia obiecana" w wersji filmowej do dziś robi na mnie wielkie wrażenie.
Jednak najważniejszym dla mnie gościem w polskiej literaturze, wtedy i dziś, jest Gombrowicz. Jest mi bliski poprzez ten jego bardzo krytyczny, chociaż strasznie celny, punkt spojrzenia na te nasze polaczkowate małostki. Dzisiaj Gombrowicz ponownie odżywa, kiedy powoli pozbywamy się tych kompleksów.
Witkacy jako świrus, a zarazem ciekawy człowiek zawsze będzie fascynować młodego człowieka. Jego barwne życie, dragi, kobiety, Zakopane, zakręcone dramaty, dziwni bohaterowie, dziwne nazwiska, słowotwórstwo - to działa na wyobraźnię. No i Brunon Schulz - przez tę swoją żydowskość, rysunki przedstawiające kobiety w szpilach, które trzymają gości pod obcasem; opowiadania pełne magii i zapachów sklepów cynamonowych.
Muzyka rockowa dotarła do mnie w 1974 roku przez kolesia z podstawówki. Wcześniej wspomniany Andrzej Pożarlik, mój brat cioteczny, który pochodził z Zawodzia, nauczył mnie słuchać Grzesiuka. Był takim kolesiem spod budki z piwem i niestety dość wcześnie zmarł z powodów alkoholowych. Ale pierwszym rockmanem, którego kojarzyłem, był Yanina Iwański. Na naszym osiedlu były cztery dłuższe i trzy krótsze bloki. W jednym z tych krótszych, dwa bloki za moim, mieszkał Yanina, do dziś sławny muzyk, partner Soyki i w ogóle w Częstochowie ktoś. Jak chodził po osiedlu z gitarą, długimi włosami, to starsze chłopaki mówiły z przejęciem: "Yanina Iwański, kurwa, wiesz, że on gra z Niemenem?". Chodziły plotki, że podobno Niemen go przesłuchał i mieli grać razem, ale w końcu chyba nigdy tego nie zrobili.
Ważnym miejscem na podwórku była ławka. Na niej zawsze siedziało kilku starszych koleżków, którzy pili wino. Mieli gitarę, pudłówkę. Pamiętam, że nosili koszulki z napisami "Slade" czy "Jimmy Hendrix" ("choć czarny, to też człowiek" - mówili). No i tak dzięki tym git ludziom dowiedziałem się, że "Slade to najlepszy zespół świata", a "Uciekający lis", wtedy używało się polskich tytułów angielskich piosenek, to "git kawałek". Wówczas nawet Piotr Kaczkowski, gdy zapowiadał w radiu zespół Deep Purple, dodawał, że to znaczy "Głęboka purpura". Na płytę Purpli "In Rock" mówiło się "W skale", a największym przebojem Led Zeppelin były "Schody do nieba". W rozmowach operowało się tłumaczeniami zasłyszanymi z radia. No i na tej ławce gitarka była. Pamiętam, że grany był Klenczon, przeboje: "Bosman, 10 w skali Boeuforta" czy "Powiedz, stary, gdzieś ty był". Klenczon był ważny. Poza tym "Uczitielka tanca", czeski przebój weselny, "Córka grabarza", "Dziewczyna o perłowych włosach" węgierskiej Omegi, no i obowiązkowo więzienny song "Czarny chleb i czarna kawa".
W świat tej muzy wprowadził mnie Zbyszek Piątek. Miał starszego brata, który był hipisem. To Zbyszek zakomunikował mi o istnieniu śląskiego zespołu SBB.
- Wiesz, co to jest SBB?
- Nie.
- To jest rock.
- Co to jest rock?
- To jest big-beat, taka muzyka. Przyjdź do mnie, to ci puszczę.
Przychodzę. Brat ma dżiny, kurtkę dżinsową z Peweksu. To wtedy był odlot. Czesał się jak w polskim filmie "Nie zaznasz spokoju" opowiadającym o gitach. Na ścianach wisiały plakaty Black Sabbath, Sweet, Slade, T.Rex... Patrzę na to wszystko z rozdziawioną gębą i w duchu sobie mówię: "Jacy goście, ja pierdolę!". No i Zbyszek puścił zagraniczną płytę. Dzięki siostrzenicy, studentce, znałem trochę piosenek Beatlesów i Czerwonych Gitar, ale to było takie lekkie, słodkie. A ten Piątek puścił mi kawałki Black Sabbath albo Deep Purple. I mówi:
- Mongoł, słuchaj "Muzycznej poczty UKF". Program III Polskiego Radia, audycja Piotra Kaczkowskiego o 17.05. Tam jest rock.
No i zaczęło się.
Wtedy jeszcze nie, ale w 1974 albo '75 roku ojciec w końcu mi go kupił. To w tym czasie na śmietniku znaleźliśmy te wszystkie "Brava". Czytaliśmy polskie pismo "Panorama", w którym oprócz zdjęcia gołej baby, co nas niesamowicie jarało, Zygmunt Kiszczakiewicz pisał felietony o muzyce rockowej. Czasem w "Panoramie" pojawiały się zdjęcia takich zespołów jak Led Zeppelin.
Zapamiętałem dzień, kiedy zmarł Elvis Presley. To było w sierpniu 1977 roku. Tata wrócił z huty i mówi:
- Zygmusiu, Presley nie żyje.
- Wiem, tato, wiem.
Patrzę, ojciec taki blady, jak nigdy.
- Jezus, miał tyle lat co ja.
Tata był hipochondrykiem i już od trzydziestego piątego, czterdziestego roku był w zasadzie przekonany, iż umiera, dlatego strasznie przeżywał śmierć Presleya, który był jego rówieśnikiem. Ja na Presleya wtedy lałem zupełnie, bo słuchałem już wówczas Sex Pistols. Jednak kiedy w radiu przez cały dzień leciały wczesne kawałki Elvisa, siłą rzeczy wpadały mi w ucho. Słuchałem i nagle sobie uświadomiłem, że to też ma takie surowe brzmienie jak punk rock. Wprawdzie tym piosenkom daleko było do kawałków Sex Pistols, ale też brzmiały surowo.
Strasznie, to była moja religia. Nie odpuściłem żadnej "Muzycznej poczty UKF". Pamiętam, jaki byłem wkurwiony, kiedy prezentowali pierwszą płytę Dire Straits, a akurat w tym czasie na moim pierdolonym radioodbiorniku były totalne zakłócenia. Ja przygotowany z tym magnetofonem, bo wiedziałem, że to fajna kapela - nowe brzmienie, ciekawy wokal. Wkurzony dzwonię do Słonia.
- Jacek, też tak masz?
- Tak, przesrane.
Innym razem idę na religię, śnieg jak skurwysyn, mówię:
- Tato, nagrasz mi? Pamiętaj: 17.05 Trójka.
Po powrocie odsłuchuję magnetofon, a tam Piotr Kaczkowski mówi, że trzy dni po światowej premierze, właśnie dziś, przedstawi płytę "Jazz" zespołu Queen. Mercury'ego tego wczesnego bardzo lubiłem.
- Tatusiu, Jezus, dzięki!
Potem o 12.05 była audycja "W tonacji Trójki". Potrafiłem uciec na długiej przerwie - a moja podstawówka była trzy kroki od mojego bloku - by nastawić magnetofon. Całą audycję nagrywałem. Jak ojciec przychodził po robocie, to wyłączał magnetofon. Radio to podstawa, właściwie to tylko jeden program, Trójka.
Przede wszystkim Piotr Kaczkowski, potem Marek Gaszyński i jako trzeci Wojciech Mann. On puszczał muzę, która później do mnie dotarła. Natomiast Kaczkowski poza tymi rzeczami typu Genesis i Yes, których wtedy nie znosiłem, puszczał bardzo różnych wykonawców, od punka do hard rocka.
Chyba jako pierwsze przykleiłem zdjęcie Marca Bolana. Gitowcy lubili T.Rex. Nie znałem jego muzyki za dobrze, ale hity w rodzaju "Dzieci rewolucji" robiły na wszystkich wrażenie. Pamiętam dzień jego śmierci, zresztą to było dokładnie miesiąc po odejściu Presleya. Wojciech Mann prowadził audycję w Trójce i grobowym głosem oznajmił: "W wypadku samochodowym zginął Marc Bolan, lider zespołu T.Rex". I chyba przez godzinę puszczał jego kawałki. Zwariowałem, nie słyszałem wcześniej takiego brzmienia, takiego śpiewania. Wtedy z gazety "Świat Młodych" wyciąłem artykuł o liderze tego zespołu i walnąłem sobie na matę. Każdy miał w domu słomkową matę, która w pokojach wisiała na ścianach. Tylko że zamiast zdjęć żużlowców i piłkarzy miałem Marca Bolana. Na pewno pierwszy był on, a drugi chyba Bob Dylan, bo trudno było o zdjęcia punkowych kapel. W latach osiemdziesiątych na tej macie długo wisiał plakat T.Love pochodzący z pisma "Walka Młodych".
"Brava" były własnością podwórka. Można je było tylko oglądać. Gazety zaanektowali bracia Gola, czyli Jopa i Bonek. Robert był trochę niepełnosprawny, miał wadę wymowy i ksywkę Jopa, co się wzięło od jełopa. Jego młodszy brat Andrzej był cwańszy i poniżał brata. Mówił: "Jopa, Jopa, mam tu dziurę?". Wypinał dupę, tamten patrzył, czy ma dziurę, a ten mu pierdział w twarz. Potem uciekał, a Jopa go gonił. Ja byłem najbardziej napalony na oglądanie zdjęć, bo muzyka już siedziała we mnie. A w "Bravach" były listy przebojów i zdjęcia takich dziwnych gości jak Gary Glitter. Tandetne zdjęcia, ale jak działały na wyobraźnię. No więc Andrzej Gola pojednawczo orzekł: "Mongoł, jak będziesz chciał oglądać, to na klatce zawsze możemy obejrzeć".
Były proporczyki z herbami miast, do których z ojcem jeździliśmy: Wieliczka, Tarnowskie Góry, Kraków... Natomiast w odróżnieniu od innych nie zbierałem puszek po browarze. Ci starsi, pijący, mieli. W rodzinie Golów były. No i zawsze u nich na ful leciał Slade. To był ważny bend, szczególnie wśród gitowców. Do tej pory słucham tego zespołu.
Gołe baby? Tak. Pierwszą akcję na ręcznym miałem w wieku czternastu lat. Marek Szczepanik do mnie przyszedł któregoś dnia i mówi tak:
- Mongoł, czy ty spuszczasz jurt?
- Co to znaczy jurt?
- Białko, które leci z fiuta.
- Jakie białko z fiuta?
- No nie wiesz, że jak fiutem potrząchniesz, to poleci jurt?
- No to sprawdzę.
- Tylko musisz mieć fotę gołej babki z gazety.
W podstawówce były takie bezdotykowe przygody seksualne. Zakochiwanie się w sąsiadkach. Wpadła mi w oko niejaka Jola z pierwszego bloku. Jej brat, fan rocka, miał obcisłe dżinsy, przez co wyrzynały mu się wielkie jaja. W końcu go spytałem:
- Skąd masz takie duże jaja?
- Chustkę trzeba włożyć.
Jola nie została moją dziewczyną, ale podrywałem ją na muzykę. To była siódma czy ósma klasa podstawówki. Kiedy starych nie było w domu, wystawiałem na parapet magnetofon szpulowy ZK-120. Zakładałem ruskie taśmy, co śmierdziały rybą, na których miałem nagrane piosenki z radia i przegrane od Golów kawałki Slade'ów. Otwarte okno, a ja muzę na ful. Jola też w oknie, ale w ogóle na mnie nie patrzy. Ja też na nią nie patrzę. Jola przechodzi pod blokiem, to ja magnetofon na ful i wyglądam albo nie wyglądam. Ale ten efektowny bajer jednak nie spowodował żadnego zapoznania.
Podczas wakacji 1978 roku obok naszej kolonijnej kwatery była kolonia czeska. Czeszki jak to Czeszki, były dużo bardziej wyzwolone seksualnie od naszych koleżanek. Dyskoteka. Tańczę z właśnie poznaną Czeszką, a ona mnie normalnie łapie za jaja. Wymiękłem. Stanął mi, chyba się od razu spuściłem w spodnie, i to było przy piosence "Tornero" zespołu I Santo California. Od razu się zakochałem. Potem u nas wybuchła epidemia grypy i ci Czesi, jako naród praktyczny, zakazali kontaktów. Nie powiem, cierpiałem.
Na dyskotece po raz pierwszy zobaczyłem zespół grający na elektrycznych instrumentach. Pierwszy raz usłyszałem brzmienie elektrycznej gitary, bo na podwórku gici grali na akustycznych. Ci spoceni goście robili takie diabelskie, dzikie ruchy i wydobywali z instrumentów takie podniecające dźwięki. Straszny czad. Pamiętam, że wszyscy tańczyli, a ja stałem z kolegą i patrzyliśmy na nich z rozdziawionymi gębami. Oni napierdalali w czerwone gitary i to było takie, takie... niebezpieczne. Myślę, że byli bardzo złym zespołem, ale wtedy to było kompletnie nieważne. Nie pamiętam, co grali, ale pamiętam ich twarze i że było bardzo, bardzo głośno.
Na święcie "Trybuny Ludu", prasowego organu PZPR, po raz pierwszy zobaczyłem zawodowy koncert rockowy. Występowała węgierska Omega i to był odlot. Potem widziałem inne węgierskie grupy jak Lokomotiv GT i General, ale także naszą Budkę Suflera z Cugowskim. Te ich wczesne "git rocki" były spoko. Zawsze był szacun dla Grechuty. Natomiast koncerty SBB i Niemena były dla mnie za trudne. Wszyscy się tym jarali, a ja tego wtedy nie kumałem.
Podczas wspomnianych kolonii w Świnoujściu uciekłem na koncert Slade. Najpierw prosiłem wychowawcę o pozwolenie, ale nie mogłem pójść sam, bo byłem niepełnoletni, więc uciekłem. Zobaczyłem zza ogrodzenia tylko trzy piosenki, bo kasy nie miałem. Wychowawcą był młody student z brodą. Wkurwił się strasznie, ale w końcu nie zrobił mi nic takiego, a mógł.
Bunt przyszedł w liceum, choć w moim wypadku nie przybrał formy walki z autorytetami. Nagle poczułem niechęć do środowiska, w którym wyrosłem, i pragnienie wyrwania się z tych robotniczych klimatów. Wiedziałem, że nie chcę pracować "na hucie", choć nie wiedziałem, czego chcę. Muzyka mnie pochłonęła o tyle, że był to kolorowy, ciekawy, inny świat... No i w 1978 roku dostałem się do liceum.
Nie tylko z tego powodu. Wtedy wciąż tkwiłem w domowym ciepełku - babcia, obiad niedzielny, rosołek, a z drugiej strony otaczał mnie zapach rozpijanej w zaułkach podwórka wódy i taniego wina, obrazy częstych napierdalanek i wieczorne gadki o seksie.
- Sabinę biorę najpierw od przodu, potem od tyłu.
Opowiadał jeden z podwórkowych gawędziarzy, a my, młodsi słuchaliśmy z wypiekami na twarzy. Czuliśmy, że to wszystko jest science fiction, bo Sabina nawet by na niego nie splunęła, wiedzieliśmy, kto ją posuwał, ale takie opowieści działały na wyobraźnię.
Radek Wiciński mieszkał w moim bloku i wspólnie słuchaliśmy muzyki. On wolał rzeczy, które do mnie nie trafiały, jak Genesis, Yes, Emerson, Lake & Palmer. Ja już byłem zakręcony na punkcie punk rocka, którego z kolei on nie łykał. Widocznie miał bardziej barokowe usposobienie. Inteligentny chłopak, trochę świr, i w końcu stwierdziliśmy, że musimy coś zmienić. Nie tylko na naszym osiedlu, ale w ogóle w społeczeństwie. Wydawało nam się, że jest ono ospałe, niewrażliwe.
Założyliśmy TAO (Tajną Antyczłowieczą Organizację) i zabraliśmy się do pisania ulotek. Ogarnął nas taki młodzieńczy idealizm, a nasze manifesty przypominały ulotki "Przebudźcie się" świadków Jehowy. W nocy zakradliśmy się pod moją podstawówkę, gdzie chcieliśmy zawiesić pierwszą ulotkę, ale nie zdążyliśmy, bo akurat przejeżdżał patrol milicji. Takie rutynowe objeżdżanie osiedla. Schowaliśmy się za nyskę, a oni zaczęli nas gonić. Wbiegliśmy do klatki, a za nami dwóch grubasów, wódą od nich śmierdziało. Złapali nas, od razu pałami dostaliśmy dwa razy w pysk.
- Kurwa, gówniarze, nyskę chcieliście obrobić.
Zawieźli nas na komisariat na Rakowie, a tam przemoc, jakiegoś pijaczka katują. Przesłuchują nas, zbierają odciski i rzucają jakieś takie psychopatyczne teksty:
- Daj ten paluszek. Ile ty masz lat, chłopczyku?
I w końcu nie wiem, czy ja, czy Radek, ze strachu albo z głupoty sypnęliśmy się, mówiąc:
- My... tej nyski... to nie chcieliśmy obrabować. My tylko ulotki...
Jak się zaczęło! To był 1979 rok, kryzys w kraju nabrzmiewał.
- Jakie ulotki, kurwa!
To była komenda rejonowa. Druga w nocy. Moi starzy śpią, jego też. Zawieźli nas na komendę miejską. Poważne przesłuchanie. Pytania o KOR, Kuronia, Michnika...
- Jakie ulotki, kto te ulotki, kto wam kazał! To już koniec, gnoju, zapomnij o liceum!
O trzeciej przewieźli nas do komendy wojewódzkiej, szczebel wyżej. Znowu pytania polityczne. Rano milicjanci urządzili obławę na nasze domy. Matka się budzi, ojciec się budzi. Tata przerażony mówi do mamy:
- Zygmusia zabrali.
Milicjanci zaczęli przeszukiwać moje biurko, a na nim było zdjęcie Darka Zająca, kolegi z ogólniaka. Darek miał urodę nordycką i przez to miał ksywkę Szwab. Do tego jego ojciec pochodził z Opola. A na tym zdjęciu nie tylko wyglądał, jak wyglądał, ale była pierdolnięta swastyka i podpis "Heinrich von Pomerenke". To imię i nazwisko zresztą z Klossa było wzięte. Jak to zobaczyli, to powiedzieli ojcu, że nie wiadomo, czy syn wróci, bo:
- To jest poważna sprawa polityczna.
- A jak się okaże, że ktoś nim manipuluje, to trzeba będzie syna odstawić do psychologa.
Po rozmowie zapadła diagnoza, iż to zapewne matka Radka nami kierowała, bo była nauczycielką.
Na komendzie wojewódzkiej przesłuchiwali nas, jak się później dowiedzieliśmy, esbecy. Byli młodzi, inteligentni, zamiast mundurów mieli skóry i rozmawiali z nami jak z partnerami. Fajnie wyglądali. Dali nam herbatę, pączki. W końcu sami rozkminili, w czym jest rzecz. Zapytali:
- A ci pałkarze to was bili? Przemoc była?
- No tak - nieśmiało odpowiedzieliśmy.
- To są prymitywy. A powiedzcie, jaki macie stosunek do Hitlera?
Radek sporo już wtedy czytał książek, więc mówi:
- To był z jednej strony chory człowiek, dyktator, ale z drugiej strony straszliwie wielka postać.
Przez tę noc zrozumiałem, na czym opiera się i jak funkcjonuje cały ten system socjalistyczny.
Pojechali zabrać tę przyklejoną do ściany podstawówki, a drugą znaleźli przy nas. To nie były polityczne ulotki, ale w tamtych czasach wszystko było polityczne. Pisaliśmy: "Ludzie, zmieńcie swoje życie, nie gnijcie w tych swoich małych mieszkankach...". Coś w tym stylu.
Miałem świadomość panującego absurdu. Na otwarcie drogi szybkiego ruchu z Warszawy do Katowic, która przebiega przez środek Częstochowy, spędzono uczniów pobliskich podstawówek. W tym i moją klasę. Mieliśmy pozdrawiać przejeżdżającego towarzysza pierwszego sekretarza Edwarda Gierka. By godnie przywitać naszego przywódcę, ćwiczyliśmy przez dwa tygodnie, jak i kiedy mamy machać chorągiewkami. Gierek był mi raczej obojętny, ale jeżeli już ćwiczyliśmy tyle czasu, to oczekiwałem, że może nam jakoś pomacha. A tu limuzyny przemknęły i towarzysza pierwszego sekretarza nawet nikt nie zobaczył. Czułem się oszukany, a byłem w piątej czy szóstej klasie. Zrozumiałem, że uczestniczyłem w farsie. Pochody pierwszomajowe się olewało, ale trzeba było na nie iść. Wychowywałem się z dala od polityki, ale jako siedmiolatek zapamiętałem, jak mama przed Gwiazdką, przyszła z pracy cała zaryczana. Powiedziała, że w Gdańsku zabijają ludzi. W 1976 roku protesty w Radomiu były już przez nas omawiane, ale nikt nie miał pojęcia, że w Krakowie zakatowano Pyjasa. Myśmy nie wiedzieli o takich rzeczach.
Kiedy w końcu ci ubecy nas wypuścili, to zapamiętałem piękny poranek. Poczułem taki powiew wolności, jakby mnie z piekła ktoś wypuścił. Potem długo żyłem w strachu, że mnie wywalą z wymarzonego liceum. A tam już się zaaklimatyzowałem. Po pół roku wezwali ojca na komendę. Pytali, jak tam syn, bo jakby co, to służą psychologiem milicyjnym. Ojciec na to, że daje sobie radę, pilnuje. Do domu i mówi:
- Zygmuś, nie rób więcej takich wybryków, bo to może się źle skończyć.
Ja na to:
- Tato, ale tu nie chodzi o politykę.
To zdarzenie mocno mnie zdystansowało od polityki. Przestraszyłem się tych mundurów, przemocy tego systemu.
Mieliśmy z Radkiem kupę w gaciach. Naszej przyjaźni to nie popsuło. Miałem świadomość, że ta władza może zrobić, co chce, że wszystko jest możliwe. Byłem dumny, że się dostałem do dobrego liceum, szczególnie że z mojego otoczenia mało komu coś takiego się udawało. Poznałem inne środowisko, zacząłem się w nim dobrze czuć, wywalczyłem swoje miejsce w grupie i zostałem może nie liderem, ale już się tam fajnie kokosiłem. Nie chciałem chodzić do zawodówki, nie chciałem iść do wojska, nie chciałem pracować "na hucie".
Jak wszystkie katolickie dzieciaki przeszedłem wstępną edukację religijną. Chodziłem na msze, ale nie byłem ministrantem. Kilku kolegów z podstawówki, jak Tomek Bajor, było ministrantami. Na lekcjach religii nie było żadnego uświadamiania politycznego, raczej taka sielska atmosfera. Molestowania czy jakiejś innej chorej jazdy też nie było. W kościele św. Antoniego przyjąłem komunię świętą. Ceremonię prowadził ksiądz Paruzel, taki grubas jowialny. Dla nas, dzieciaków, ważniejszym od przeżycia religijnego było, co kto dostał w prezencie. A wówczas w rachubę wchodziły dwie rzeczy: zegarek lub rower, składak model Karat. W liceum przestałem chodzić na religię. Natomiast klasztor na Jasnej Górze był traktowany jako miejsce odświętne. Tam szło się na pasterkę.
Idąc głównymi alejami Częstochowy, z jednej strony masz dominującą piękną wieżę Klasztoru Jasnogórskiego, a z drugiej gigantyczny dymiący komin fabryczny. I to są dwa symbole tego miasta. Miasta obciążonego zarówno kultem religijnym, nawet takim ciasnym katolicyzmem, tandetą sprzedawaną pod murami klasztoru, i robotniczego etosu.
Z pielgrzymami to ja się nie integrowałem. Natomiast wiadomo było, że przyjadą ludzie z Warszawy, z Krakowa i to było dla nas kolorowe, inne. W sierpniu pielgrzymek jest wiele, a przy okazji na niektórych bywały zloty hipisów. One nie były związane z pielgrzymkami, ale odbywały się jakby przy okazji. Hipisi rozbijali namioty na tyłach Jasnej Góry. Zdarzało się, że przyjeżdżał ktoś z Europy Zachodniej. Dla nas, gówniarzy, to był jakiś odlot. Kiedy po osiedlu szła pogłoska "hipisi przyjechali!", szliśmy ich oglądać, czasem nawet do nich zagadywaliśmy.
Inny obrazek, jaki pamiętam w związku z pielgrzymkami, wiązał się z końcówką roku szkolnego. Bywało już naprawdę ciepło. Moja szkoła stoi przy alei, przy której biegnie ostatni etap każdej pielgrzymki. Ulicami szły zatem pielgrzymki czerwcowe i niósł się śpiew. Zawsze nie najlepszy, nierówny...
Odbywa się, powiedzmy, lekcja geografii, a tu ludzie idą i śpiewają. Pani od geografii okno przymyka. Tu edukacja, w tej starej, jeszcze carskiej szkole, a tu, jak przed wojną, idzie pielgrzymka. Rozśpiewana, polska... Harcerze, zuchy, ci chłopcy tacy ultraoazowi, i śpiewają: "O, Pan nas prowadzi". Są podjarani, bo już widzą Jasną Górę, cel ich podróży. A ja siedzę w szkole i dla mnie Jasna Góra to codzienność. Nie przeżywałem traumy spowodowanej tym, że nie mogę już na to patrzeć. To nie było dla mnie ani złe, ani dobre, tylko znowu chodziło o to, że jest inaczej - szedł kolor.
Oczywiście oni wzbudzali nasze największe zainteresowanie. Wraz z kolegami chodziliśmy pod Patrię, najlepszy hotel w mieście. Podchodziliśmy do turystów i żebraliśmy u nich o zagraniczne monety, mówiąc:
- Aj em kolektor.
Niemcy dawali nam gumy do żucia czy po dwadzieścia fenigów. Przyjeżdżali Irlandczycy, Amerykanie, Hiszpanie... Oni byli tacy inni. Inaczej pachnieli, inaczej mówili, inaczej się zachowywali i przyjeżdżali innymi, kolorowymi autobusami. To wszystko razem niosło w sobie zapach wielkiego świata, do którego tęskniłem. A z drugiej strony wyobrażałem sobie, że Jasna Góra musi być centrum świata, bo tyle osób tam zjeżdżało.
Nam nie chodziło o to, by wyżebrać walutę na zakupy w Peweksie tylko każdy z nas chciał mieć monety z różnych krajów. Byliśmy numizmatykami. Milicja nas przepędzała, bo żebrzące dzieciaki nie najlepiej świadczyły o kondycji komunistycznego państwa. Dlatego jak pod hotelem pojawiali się mundurowi, to przenosiliśmy się do parku Staszica, którędy turyści szli w kierunku klasztoru. A tam mieliśmy konkurencję w postaci pijaczków o zdeformowanych denaturatem twarzach. Oni wciskali przybyszom z zagranicy srebrne łańcuszki, krzycząc: "Mister, silver, silver...".
Raz przyuważyliśmy kolesia, który wyglądał nie po naszemu. Ubzduraliśmy sobie, że to może być Włoch i w końcu zdobędziemy liry. Ciągle kręcił się w tym hotelu, więc w końcu postanowiliśmy go przyatakować. Wprawdzie nic nam nie dał, ale ponieważ powiedział do nas coś w rodzaju "Candiamo, no, no, no", to byliśmy pewni, że to Włoch, choć oczywiście nikt z nas nie znał włoskiego. Przystojniak, brunet, młody kolo, dobrze ubrany. Postanowiliśmy go przyatakować, jak wyjdzie z hotelu. Podbiegamy i nawijamy: "Aj em kolektor, many, many". On się odwrócił do nas i jak nie krzyknie: "Spierdalać, gnoje, już". Pewnie był alfonsem albo ubekiem, ale wówczas nic nie wiedzieliśmy o takich profesjach.
No wiesz, w czasach kiedy królowała drużyna Kazimierza Górskiego, a w tenisie Wojciech Fibak ogrywał najlepszych, to wszyscy wokół byli przycięci na pazia. Mam w albumie takie zdjęcia. Dopóki ubierała mnie mama, to przed wyjściem "w goście" słyszałem: "Zygmuś, załóż sweterek w serek i koszulkę". Kiedy w liceum pod wpływem punk rocka zacząłem się sam ubierać, mama się załamała - dżinsy potargane, włosy henną farbnięte na rudo albo stawiane na cukier. To był 1978 rok. W gazetach prezentowano z wielkim obrzydzeniem zdjęcia brytyjskich punkowców. My nie mieliśmy takich ciuchów, ale w Częstochowie na rynku menele sprzedawali skóry i marynarki. Nigdy nie byłem takim skórzanym punkiem z ćwiekami. Mnie wzięła nowa fala. Podobał mi się wygląd kolesiów z zespołu The Clash. Z Jackiem "Słoniem" Wudeckim, z którym w ławce siedziałem, a później założyłem T. Love Alternative, byliśmy pierwszymi punkowcami w Częstochowie.
Nigdy w życiu. Po pierwsze, nie mogłem się na to załapać, bo kiedy oni królowali, to byłem smarkaczem, a po drugie, na moim osiedlu, tak jak ci opowiadałem, królowali git ludzie. Pcheła, Boa... kolesie, którzy powinni się znaleźć w tej książce, bo to sławni na osiedlu ludzie byli, mieli długie pióra, ale gardzili hipisami. Gity mieli fryzury na małpę, czyli z przodu krótko, a z tyłu kudły schowane za... Jak to się mówiło?
No tak. Natomiast kiedy postanowiłem sam się ubierać, to pieniędzy za dużo nie miałem, ale jakieś drobne zawsze były. Jakąś książkę się sprzedało na rynku, którą ojciec pozwolił wynieść z domu, za co kupowałem marynarkę. Zacząłem też chodzić w ciuchach ojca z lat pięćdziesiątych. Miał takie fajne garnitury w jodełkę. Tamta moda było dla mnie na wskroś nowofalowa. Nawet buty, tzw. traktory, przypominały zachodnie martensy. A wtedy przecież nie było sklepów z martensami. Gdy się tak odstawiłem w '79 roku, to wyglądałem jak kolo z londyńskiej kapeli. Jak się teraz spojrzy na zdjęcia polskich punków, to kapele dużo lepiej wyglądały niż dzisiaj. Ludzie mieli pomysł. W warszawskim klubie Remont dziewczyny same sobie szyły stroje i wyglądały cudnie. Kiedy ze Słoniem zaczęliśmy się realizować muzycznie, w tym sensie, że zaczęliśmy gadać, jaki kiedyś założymy zespół, to poszliśmy na lekcję religii z włosami postawionymi ostro na cukier i w płaszczach po ojcach. Mieliśmy przypięte plakietki z napisem "Częstochowa pali się z nudów". No i była chryja.
- Proszę księdza, my tak dla jaj.
A on jakoś tak podszedł do nas bez zrozumienia, no i nas wyrzucił.
W liceum, które było bardzo konserwatywne, trzy razy zawieszali mnie za wygląd. Był obowiązek noszenia granatowych mundurków, śpiewam o tym w piosence Liceum. Oczywiście modyfikowaliśmy te marynarki. Wystarczyło założyć nieco luźniejszą i to już był atrybut klimatów punkowych. No i po raz pierwszy zawiesili mnie, bo miałem włosy ufarbowane i nosiłem niechlujną marynarkę. Mama bolała nade mną: "Jak ten Zygmuś wygląda, przecież my nie jesteśmy tacy biedni. Nie jesteśmy bogaci, ale moglibyśmy ubrać Zygmusia, jak należy".
Kiedyś szedłem z kumplami na luzie ze szkoły i natknąłem się na ciocię Marysię, siostrę ojca. Do spotkania doszło w centralnych alejach. No to ja grzecznie:
- Cześć, ciociu.
A ciocia, to była taka pani z biura projektów, szła z mężem pod rękę i jak spojrzała na mnie, to ją zatkało. Poskarżyła się mojej mamie na mój wygląd.
- Zygmusiu, no jak ty wyglądasz, no wstyd! W alejach tak się pokazywać! Dziecko, ja ci w Peweksie kupię odpowiedni strój.
- Mamo, ja nie chcę, ja te ciuchy biorę od ojca z szafy.
Gdy oglądam zdjęcia ojca "w kawalerce", to muszę stwierdzić, że wtedy chłopaki lepiej się ubierali. To miało jakiś klimat. W latach osiemdziesiątych, kiedy był pod pięćdziesiątkę, czyli tak jak teraz ja, złapał jakiś odlot na tandetne ciuchy z Turcji i Tajlandii - takie sweterki pedalskie. No i mi wciskał:
- Zygmusiu, ale elegancko, elegancko musi być. Ubierz się, żebyś w tej Warszawie jakoś wyglądał.
Głupio mi było od ojca nie wziąć w prezencie sweterka, bo byłoby mu przykro. No i czasami zakładałem taką "śliczną" bluzkę czy jakieś takie od czapy buty skórkowe.
- Zygmusiu, żeby na zimę było ciepło.
W liceum byłem tak pomiędzy. Ciągle zaczepiony w domu, a jednocześnie byłem autsajderem próbującym iść własną drogą. Nigdy nie powiedziałem "spadam stąd", bo jednak do Częstochowy nawet w czasie studiów się przyjeżdżało. Mamusia dawała wałówkę, jakąś kaskę. Zdjęcia nie kłamią i w Częstochowie miałem schludny sweterek, fryzurka jebnięta na pazia i stąd ta moja ksywka Mongoł.
W podstawówce to raczej chłonąłem od innych. Dopiero w ósmej klasie wraz ze Słoniem zaczęliśmy wokół siebie skupiać kolegów. Dzięki samym znaczkom "Częstochowa pali się z nudów" przestaliśmy być anonimowi. A potem wszystko zaczęło się kręcić wokół muzyki, bo my mieliśmy nagrania, a inni chcieli je przegrywać. Przywódcą to może jeszcze nie byłem, ale już na pewno zacząłem się wyróżniać. Kolejnym krokiem był pomysł na założenie zespołu punkrockowego.
W 1977 roku usłyszałem w radiu "Pretty Vacant" Sex Pistols. Raz zadzwoniłem do Piotra Kaczkowskiego, bo po programie było zarezerwowane pół godziny na rozmowy ze słuchaczami. Głos mi drżał, ale twardo mówię:
- Panie Piotrze, czy istnieje możliwość, żeby na antenie było więcej takich zespołów jak The Stranglers czy The Clash?
A on na to:
- Nie, bo mamy zakaz.
W następnym roku miałem w rękach pierwszą prawdziwą płytę punkrockową - "Rattus Norvegicus" The Stranglers. Pożyczoną. Ktoś mi powiedział, że wysyłając do firm amerykańskich polonusów kasety z nagraniami naszych estradowców, Anny Jantar, Krzysztofa Krawczyka, Maryli Rodowicz, Czerwonych Gitar..., można w zamian dostać płyty zachodnich zespołów. Przelicznik był trzy i pół kasety do jednego longplaya. I w ten sposób w początkach liceum miałem kilka prawdziwych płyt: Sex Pistols, Black Sabbath i Deep Purple. I można powiedzieć, że w to liceum weszliśmy, ze Słoniem jako tacy...
Znawcy, w pewnym sensie. Wiadomo było, że byliśmy chłopcami z robotniczej dzielnicy, ale takimi bez kompleksiorów. Czuliśmy, że na pewno się jakoś obronimy, zasymilujemy... I dzięki muzyce z obserwatora, którym byłem przez podstawówkę, zacząłem iść własną drogą. Decyzja o pójściu do liceum pokazywała, że nie mam zamiaru siedzieć na podwórku i popijać tanie wina, iść do roboty "na hutę"..., że nie chcę tak żyć.
Kiedy mój ojciec nie zdał matury, załamał się i zamiast zdawać po raz drugi i iść na studia, zablokował się. Niepotrzebnie, moim zdaniem, poszedł do pracy do huty. Zupełnie nie nadawał się do tego miejsca. Ponieważ tato miał ten swój kompleks związany z wykształceniem, nie za bardzo mu pasowało, bym poszedł do liceum. I zaczął trochę naginać.
- Może, Zygmusiu, poszedłbyś do technikum.
- Tato, w ogóle mnie to nie interesuje, przecież wiesz, że nie mam talentu do matematyki, fizyki i wszystkich istniejących przedmiotów ścisłych. A tak w ogóle to no, nie.
Pod nami mieszkała sąsiadka Ania Francikowska, w której się trochę podkochiwałem, ale nic z tego nie wyszło. Była starsza i chodziła do liceum im. Sienkiewicza. Opowiadała mi, jak tam jest cudownie, że chodzi tam wyluzowana młodzież, że są imprezki.
- Jak ona może, to dlaczego nie ja!
Nasi rodzice się znali, czasami spotykali się przy wódeczce. Wiesz, w upalne wieczory letnie. Raz mama zrobiła jedzonko, przyszli państwo Francikowscy. Muzyczka leciała, jakiś Krawczyk, te estradowe klimaty. Zrobili sobie domówkę, balanżkę i rozmowa się rozwijała. Nie to, że państwo Francikowscy szczególnie naciskali, ale mówili:
- Ania chodzi do Sienkiewicza, jest bardzo zadowolona.
Poza tym pan Włodek Francikowski miał malucha i Anię podwoził do szkoły.
- Wóz ma cztery miejsca i Zygmuś też może z nami jeździć.
No i dzięki temu dostałem zgodę na pójście do liceum, a jednocześnie przez I klasę podjeżdżałem maluchem pod szkołę. A ten ogólniak cieszył się w mieście dobrą opinią.
Kolega Tomek Nowak, co jego ojciec prowadził wesołe miasteczko, nie tylko miał kasę, ale i gest. On miał taki swój szpan i raz wziął nas do knajpy. Wcześniej nie chodziłem po restauracjach. Pierwsza klasa liceum, był grudzień, czyli już mieliśmy własną paczkę, i Nowak mówi:
- Chłopaki, zapraszam was do Patrii.
Patria to był najlepszy hotel, ten, pod którym wcześniej żebrałem u cudzoziemców.
- Jak to Patria?
A Tomek:
- Spoko, ja stawiam.
Miał tego hajsu sporo. W restauracji pozamawiał dla nas jakieś "dewolaje". Ja w ogóle czegoś takiego nie jadłem. Mama w domu robiła kotlety mielone albo schabowe, a tu, wiesz, kelner podszedł, podał na talerzach jedzenie. Mało tego, nalał piwo Żywiec, które prawie w ogóle nie było dostępne. Zimne takie... z pianką.
- Bierzcie i jedzcie.
Kurwa! Okocim i Żywiec, ja pierdolę, jakie to było piwo. Pierwsza klasa...
Jeszcze kilka razy chodziliśmy na takie obiadki. Potem sami z karty wybieraliśmy. Pamiętam nazwy, o których istnieniu w ogóle nie wiedziałem, a tym bardziej, jak to smakuje. Chateaubriand i de volaille już skumałem, ale reszta? Kelner mówi:
- Witam panów.
My, gnoje, takie spłoszone, szczawie. Tomek Dunhille i Pall Malle wyciąga, szlugi z Peweksu.
- Staszczyk, chcesz? Palcie.
Myślę, że w ten sposób się wkupywał. Nie to, że był nieciekawy, bo był osobowością poważną, wyglądał tak trochę jak kolo z mafii. Uwielbiał filmy w rodzaju "Ojca chrzestnego". Miał takie swoje wyuczone gesty. Trochę pozował na Włocha, bo był taki mały, krępy, napierdalał się trochę. Postura boksera i owłosiona klata. A my tacy jeszcze szczawiki. Rówieśnik, ale lepiej rozwinięty. Malucha miał i w czwórkę jeździliśmy po głównych alejach w Częstochowie. Szyba otwarta i wołaliśmy: "Hej, dziewczyny!". Wówczas można było mieć prawo jazdy w wieku szesnastu lat. U niego często była wolna chata, bo ojciec z matką musieli pilnować wesołego miasteczka.
Coś takiego było. W związku z długoletnią, jeszcze przedwojenną tradycją nosiliśmy mundurki. Wszyscy takie same, niezależnie od społecznego pochodzenia. Nienawidziliśmy ich, ale może właśnie dzięki temu tworzyła się taka szkolna familia. W sposób naturalny doszło do zintegrowania się dzieci prywaciarzy, dzieci nauczycieli i profesorów z dziećmi robotników. Nasza paczka składała się z gości o bardzo różnych rodowodach. Ja i Słoniu byliśmy chłopakami z robotniczej ferajny, Darek Zając, nasz klawiszowiec, pochodził z rzemieślniczej rodziny, Tomek Nowak był synem króla prywatnego biznesu, jego ojciec miał wesołe miasteczko i kupę pieniędzy, natomiast ojczym Darka Ledwonia był rektorem Politechniki Częstochowskiej.
W liceum niektórzy mówili inaczej niż na naszym osiedlu. To nie był szpan, tylko oni po prostu w ten sposób rozmawiali w domu. Darek Ledwoń miał rodzinę w Anglii, więc od razu załapał ksywkę Baron. Już po pierwszej klasie liceum, w wakacje 1979 roku, wyjechał do Londynu. Potem zahipnotyzowani słuchaliśmy jego opowieści.
- Stary wchodzisz tam do takiej budki, pornole lecą, a ty sobie możesz popatrzeć i zwalić konia.
Kompletne science fiction jak na PRL-owską rzeczywistość. Ktoś tam inny był w Wiedniu. Dla chłopaków na moim podwórku Wiedeń to była inna planeta. A tu miałeś relacje z pierwszej ręki od kogoś, kto był w Rzymie, więc nagle moje horyzonty poszerzyły się niebotycznie.
Jak najbardziej. Na początku liceum zacząłem nagrywać na magnetofonie własne piosenki. Wymyśliłem coś, co nazwałem lips rockiem, bo nie tylko śpiewałem, ale udawałem ustami całą kapelę: gitarę, perkusję, bas. Miałem teksty, które były krytyką komunistycznych sloganów. Nagrałem tego chyba z dwie godziny. Puściłem to kumplom, którzy orzekli, że nie jest źle. No, więc uskrzydlony powołałem do życia zespół The Schoolboys i zarządziłem pierwszą próbę. Plan był taki, że ja będę grał na gitarze, Słoniu na bębnach, Zając na klawiszu i Tomek Nowak na basie. Tomek tak się podjarał, że kupił wszystkim instrumenty. Spotkaliśmy się, ale mnie kompletnie nic nie wychodziło. Po pierwsze byłem leniwy, po drugie chyba miałem za grube paluchy i przez to cały czas mi krwawiły. Rysowali mi tabelki z akordami, ale nie chciało mi się tego uczyć i po pierwszej próbie rozwiązałem zespół. Stwierdziłem, że gówno z tego będzie, i postanowiłem skupić się na wokalu. Właściwie mianowałem siebie wokalistą. Nie tam, że były jakieś tradycje w domu, że ktoś śpiewał. Potem nawet jak T.Love już zaczął odnosić sukcesy, to moi rodzice długo nie byli przekonani do mojej drogi życiowej, bo "niby po kim Zygmuś miałby mieć talent do śpiewania. Nikt w rodzinie nie śpiewał ani nikt się nie uczył w szkole muzycznej". Wmawiali mi różne talenty: "Zygmunt ma talent aktorski, ma taką gadkę, pewnie zostanie adwokatem. Śpiewanie? Nie, to nie dla niego".
Na początku wakacji 1980 roku pojechałem na Muzyczny Camping do Lubania. Tam przyjechały załogi punkowe z Warszawy i Gdańska. Największe wrażenie robiła na wszystkich Pyza, panna grająca na klawiszach w Tilcie. Taka ostro wymalowana punkówa. Wyglądała nieziemsko i chodziła w prześwitującej, siatkowanej bluzeczce. Jak spadł deszcz, to biust miała praktycznie na wierzchu. Pomyślałem: "Kurwa, co to jest za jazda?". Z dzisiejszej perspektywy to może wyglądało tandetnie, ale wtedy za Pyzą wszyscy się oglądali.
My też tam przyjechaliśmy jako takie niby-punki, ale tacy marynarkowi bardziej. Gdy zobaczyliśmy zawodowo odwaloną ekipę z Warszawy, to po powrocie musieliśmy w naszym miasteczku wprowadzić innowacje. Większość członków tamtej załogi nosiła czarne okulary, więc natychmiast sprawiłem sobie podobne.
Było kilku gości, z którymi można było pogadać. Od razu nastąpiła wymiana informacji, kto jakich kapel słucha. W końcu padło hasło "Kryzys".
- Nie znam, skąd mam znać?
- Co ty, kurwa, to przecież najlepsza polska kapela!
- To w Polsce są zespoły punkowe?
- Stary, Poerocks i Zwłoki z Wrocławia są świetne, no i Deadlock z Gdańska.
W końcu koleś z Wrocławia mówi:
- To, cymbale, jedź koniecznie do Sopotu, na Pop Session. Tam będzie grał Kryzys.
W ten sposób rozpoczęły się najważniejsze wakacje w moim życiu. Przełomowe. Mnie już płyta "Never Mind The Bollocks" Sex Pistols powywracała we łbie, ale po koncercie Kryzysu na Pop Session i zrywie "Solidarności" uwierzyłem, że świat stoi przede mną otworem. Do tego wszyscy i wszędzie odmieniali słowo "rewolucja", a ja je nosiłem w sobie, od czasu kiedy usłyszałem piosenkę "Children of the Revolution" T. Rex.
Te dwa festiwale muzyczne były dla mnie właśnie takim powiewem wolności. Mnie dyndało, czy było masło, czy nie. Wiedziałem, że w kraju jest chujoza, ale przede wszystkim żyłem tą nową muzyką. Punk wypromował hasło "No Future", a w Polsce już od dawna nie było "future". We wrześniu '80 roku Wałęsa przyjechał do Częstochowy. Spotkanie na stadionie, jest ful młodzieży i wszyscy wrzeszczą: "Aaaauuuuuu!!!". Tam byli razem profesorowie i uczniowie. W szkole pojawiają się gazetki "Solidarności", krąży bibuła, a my nosimy znaczki "Russian Tanks, No Thanks" i koszulki z napisem "Jestem pełzający kontrrewolucjonista".
Wtedy jestem już kimś. Mam paczkę, mam swoją muzykę oraz problemy miłosne. Jedna mi kosza dała, a z drugą się udało. Tym się żyło. Obóz zimowy w Białce Tatrzańskiej. Było zajebiście. Latem, po raz drugi, wakacje ze szkołą w Bułgarii i też było super.
Po raz pierwszy wysłuchałem jej sam i wręcz się przestraszyłem. To było jak petarda. Gość wrzeszczał w sposób dotąd nieznany, używał dziwnego akcentu, wymawiając niektóre słowa twardziej niż inne, darł się przeraźliwie, ale zupełnie inaczej niż najwięksi krzykacze w rodzaju Ozzy'ego Osbourne'a i Roberta Planta. Do tego zdjęcia Pistolsów były porażające. Johnny Rotten w poszarpanych ciuchach, Sid Vicious z łańcuchem i kłódką na szyi. To się zapamiętywało. Ta płyta mnie zmiotła, ale tak naprawdę to później dużo bardziej powaliły mnie nagrania The Clash.
Nie, impulsem do założenia własnej kapeli była polska scena. Wcześniej po prostu nie wiedziałem, jak się gra tego punk rocka. Podczas Pop Session zobaczyłem występ Kryzysu. Śpiewali: "Przypaliło mi się ciasto, nawet nie warto wyjść na miasto, nuda, nuda, nuda". Czułem, że nie są za dobrzy, ale byli moimi rówieśnikami i wyglądali bosko. Całkiem inaczej niż hipisi z Mietek Blues Band, Kasy Chorych czy Ogrodu Wyobraźni. Wyskoczyli na scenę w czerwonych koszulach z cienkimi czarnymi krawatami, włosy krótkie, a z nimi grupa totalnie odjechanych tańczących kolesi. Mimo że nie byli mistrzami techniki, to były w tym czad i energia. A ja pomyślałem, że niewiele trzeba umieć, by grać.
Podszedłem do nich, dopiero jak przyjechali do Częstochowy. Miał być koncert z udziałem Kryzysu, Tiltu i Deadlocka, ale bilety się nie sprzedały, czy też sprzęt nie dojechał i impreza została odwołana. Siedzieli w pustej sali. Ja już nosiłem się po swojemu, ale oni wyglądali tak naprawdę rasowo i byłem skrępowany. W końcu taki spięty podszedłem i zagadałem. Siedziałem z nimi chyba ze trzy godziny. Nagle Maciek Góralski, bębniarz Kryzysu, rzekł:
- Punk to jest religia.
- Jak to? - pytam.
- Tak po prostu, religia, i już.
I mnie zgasił. Po jakimś czasie rzucił:
- Jak się interesujesz, chłopaczku, to poczytaj sobie nasz fanzin.
To była gazetka "Post" wydawana w warszawskim klubie Remont. Zaprenumerowałem ją i dzięki temu byłem na maksa wtajemniczony w to, co się działo w krajowym undergroundzie. Tam były niusy, informacje o festiwalu nowej fali, relacje z koncertów Kryzysu, Dexapolcort...
Nie, już wcześniej. Od razu po powrocie z wakacji. We wrześniu zacząłem szukać w szkole kogoś, kto by umiał grać. Dowiedziałem się, że w klasie sportowej jest Marek Kramer, co gra na gitarze. Był fanem Tadeusza Nalepy, Deep Purple, Black Sabbath, bluesa i hard rocka. Śmiał się z punka i uznał mnie za debila, ale debila z pasją.
Mając doświadczenie z pierwszej próby The Schoolboys, na bezczela oznajmiłem Kramerowi:
- Ja będę śpiewał!
- No to stań, kurwa, pod piecem i zaśpiewaj "Dziecko w czasie" Purpli.
- Chyba cię pojebało.
Wstał i zaczął tę wokalizę: "Aaaaaaa-auuu-ahaaa-aaaaaa".
- Ja tak nie chcę.
- To znaczy, że nie umiesz śpiewać.
Jak wypiliśmy po dwa browary, to Marek zawyrokował:
- No dobra, to gramy.
No i się zaczęło. On grał na gitarze akustycznej, a ja się darłem. Wrzeszczałem jego teksty, bo Marek był autorem kompletnym. Na punkcie muzyki był tak samo odświrowany jak ja, choć kręciło go co innego. Tak jak ja wymyślał tytuły swoich płyt czy nazwy zespołów, których będzie liderem. Po kilku spotkaniach nagraliśmy kasetę.
Wymyśliłem nazwę Opozycja. Pierwszy występ mieliśmy w liceum na sali gimnastycznej. Facet od fizyki powiedział, że ta nazwa nie przejdzie. To był człowiek specyficzny, nie tyle komunista, ale na pewno nie sympatyk "Solidarności". On się zajmował szkolnym sprzętem muzycznym. Miał zespół grający przeróbki polskich przebojów. Do mnie zwracał się per "idiota Staszczyk".
- Co ty, idiota Staszczyk, założyłeś zespół? Przecież ty jesteś idiotą tak samo jak twój kolega Zając.
A Zając mu odburknął:
- Wolę, panie Królica, kapelę Muńka niż słuchać grupy, co gra piosenki Sipińskiej.
I śp. profesor Królica dostał takiej guli, że potem był na nas cięty. Ponieważ nie pozwolił nam na plakatach napisać "Opozycja", to wymyśliłem nazwę Atak. To był mój pierwszy kontakt z mikrofonem i ze sceną. Miało to miejsce w listopadzie 1980 roku.
Niedługo potem stałem się sławny w szkole, i to z zupełnie innego powodu. W grudniu napisałem strasznie pretensjonalną piosenkę o zabójstwie Johna Lennona. Zrobiłem to w odruchu serca, mimo że nie byłem wielkim fanem Beatlesów. Tekst tandetny, ale wpadł w ręce Bobesza, który w przyszłości będzie pierwszym menedżerem T.Love. Podczas radiowej audycji wspominkowej o Lennonie zadzwonił do Trójki.
- Mój przyjaciel ze szkoły, Zygmunt Staszczyk, napisał poruszający wiersz o śmierci Johna Lennona
- No to proszę, niech pan przeczyta - powiedział prowadzący.
No i Bobesz z przejęciem przeczytał mój tekst. Słuchałem tego i czerwieniłem się ze wstydu. To było prawie tak złe jak piosenka o Lennonie zespołu Universe, a może i gorsze. A następnego dnia rozniosło się po szkole:
- Te, słyszałeś w Trójce czytali tekst Muńka, no tego trochę dziwacznego chłopaka z IIIb.
Ludzie zaczęli dyskutować, czy ta piosenka to już jest poezja, czy nie. I w ten sposób stałem się w liceum osobą ogólnie rozpoznawalną.
Do pewnego stopnia. W końcu, w styczniu '81 roku, przekonałem Marka do założenia zespołu. Powstała Opozycja, hardrockowy bend z wokalistą punkrockowym. Właściwie nie wokalistą, tylko krzykaczem. Początkowo ciągnąłem bend swoim pałerem, bo reszta muzyków mało w to wszystko wierzyła. W końcu się ocknęli i stwierdzili, że ja jestem bez pojęcia, i ku mojej rozpaczy dokooptowali drugiego wokalistę Grześka Ogłazę z pasującym im rockowym zaśpiewem.
Wiadomo, każdy miał nadzieję, że na koncert przyjdzie Jola z IIc albo Renata czy Beata z IIIc. Jakbym powiedział, że to nie było istotne, tobym kłamał. Ale nie założyliśmy kapeli z tego powodu. Na starcie nie chodziło nam ani o panny, ani też o walkę z systemem. Ta nowa muzyka w połączeniu ze zrywem "Solidarności" dawała wiarę, że w końcu można zrobić coś, co ma dla ciebie sens. To dało wiarę takim chłopakom jak ja, i to w przeróżnych miejscach Polski, że nie oglądając się na innych, nie oczekując pomocy od żadnych instytucji, można istnieć. Poza tym to wszystko korespondowało z burzliwą rzeczywistością społeczno-polityczną tamtego czasu.
Wstydziłem się, że nie umiem śpiewać, jednocześnie tak przeżywałem to, co robiłem, że zamykałem oczy. Pamiętam, że wtedy przeczytałem wypowiedź Roda Stewarta, który opisywał wyjście na scenę jako stan dziwnego uniesienia, przypominający bycie na haju, w trakcie którego zapominasz o rzeczywistości. I dokładnie tak ze mną było. Już podczas pierwszych koncertów miałem wrażenie, że odlatuję z tego świata. Jednocześnie czułem zarówno wkurw na publiczność, jak i sympatię do niej. No i oczywiście był w tym wszystkim narcyzm. Słuchali cię koledzy, rosły twoje akcje u dziewczyn, ale najważniejsze było takie zwierzęco-dziecięce uniesienie: "Jestem, kurwa, jesteeem!".
W kwietniu '81 roku doszło do wspólnego występu z Kryzysem, co było spełnieniem moich marzeń. Przed koncertem miałem nieprzespaną noc spowodowaną strachem przed konfrontacją ze swoimi idolami. To były świetne trzy koncerty, przede wszystkim w ich wykonaniu. Góralski ocenił:
- Fajna nazwa "Opozycja", tylko po co gracie tego bluesa. Blues to muzyka pijaków. Wprawdzie masy to lubią, ale to jest bez sensu.
- No tak, to jest bez sensu, ale nie znam innych muzyków.
I tu zacząłem się wypłakiwać, że ten zespół to jest rzeczywiście od czapy, że ja tam śpiewam, bo nie mam z kim, a oni do tego mnie nie szanują, że ja też ich nie szanuję, a oni mnie mają za debila.
- To załóż własną kapelę. Zbierz ludzi, co grać nie umieją. Nieważne są umiejętności. Ważne, byście mieli wspólną jazdę.
Minęło jeszcze trochę czasu, zanim to do mnie dotarło, ale od tej rozmowy w głowie miałem już zamęt.
W zespole chłopaki traktowali mnie coraz mniej poważnie. Na szczęście, chyba z lenistwa, dali mi kasetę z nagraniami, bym wysłał do Jarocina. Nie było na niej żadnej piosenki z moim udziałem, więc w tajemnicy dograłem utwór z moim wokalem. Ku naszej wielkiej radości Opozycja zakwalifikowała się do konkursu. Ku mojej rozpaczy tuż przed samym festiwalem zostałem wyrzucony z zespołu. Przeżyłem to strasznie. Poniżyłem się i ubłagałem ich, by mnie przynajmniej zabrali ze sobą, bo ja musiałem tam być jako muzyk. To było moje marzenie.
Na festiwalu byłem niesamowicie podniecony już samym faktem, że tam w ogóle jestem. Natomiast taki Darek Zajdler, gitarzysta, od razu kelnerkę na zapleczu zapiął. Nie to, że byłem zgorszony, ale dopiero przyjechaliśmy, a on już zapinał, a festiwal, a przecież przyjechaliśmy tam dla muzyki. Przed konkursowym występem podszedł do nas Walter Chełstowski.
Przyjąłem was tylko ze względu na utwór Carmilla.
To była ta moja, dograna do kasety, piosenka o wampirzycy. Tekst był inspirowany sztuką teatru telewizji, w której główną rolę grała Izabela Trojanowska. Jak oni zobaczyli, że szef Jarocina klepie mnie po plecach, to szybko wybaczyli mi ten rockandrollowy szwindel. Nie za bardzo kumali, co się Chełstowskiemu we mnie tak spodobało, ale jak tak, to uznali, że mogę zaśpiewać nie tylko Carmillę, ale i pozostałe dwa kawałki. Przyuważył nas Ziemek Kosmowski, lider cenionego, nowofalowego zespołu Brak.
- Wasza kapela przypomina Genesis z Johnny Rottenem na wokalu. To połączenie jest kompletnie od czapy.
Trochę o bzdetach. Moje teksty stanowiły połączenie rockowych klisz z wyobrażeniami nastolatka zafascynowanego książkami. To razem wzięte było mocno pretensjonalne. Carmilla, gotycko-heavymetalowy numer, opowiadał o wampirzycy. Bzdura kompletna. W innym kawałku wrzeszczałem: "Nienawidzę maty, nienawidzę taty, nienawidzę siebie, nie!". Strasznie dziecinne. Numer Dzieci systemu żyją bez problemu przypominał studencki protest song.
Wiesz, nie było wielu możliwości, ale jak w radiu centralnym Góralski opowiadając o polskich kapelach punkowych, wymienił nazwę "Opozycja", to dostaliśmy wiatru w żagle. Zgłosiliśmy się na Festiwal Nowej Fali do Torunia. Tam po raz pierwszy widziałem na scenie Kazika, śpiewał w zespole Novelty Poland. My byliśmy chujowi, ale oni... przeraźliwie chujowi. Szczególnie w konfrontacji z takimi kapelami jak choćby Rejestracja. Po tym festiwalu coś się ruszyło, zaczęto nas zapraszać na różnego rodzaju przeglądy. Kiedy wszystko wystartowało, nastał stan wojenny.
Opozycja przetarła szlaki dla T.Love. Ja się już trochę otrzaskałem ze sceną i coraz śmielej mogłem marzyć o własnym zespole. "Najlepiej załóż zespół z kumplami, którzy myślą tak jak ty" - powiedział mi Góralski i tak chciałem zrobić. Na Pop Session w '81 roku poznałem Andrzeja Dzióbka, polskiego lidera norweskiego zespołu De Press. Dał mi ich płytę "Block to Block". Powaliła mnie i moich kumpli w Częstochowie. Podczas jej przesłuchiwania zadecydowaliśmy, ze zakładamy zespół. Darek Gajewski wymyślił nazwę Brygada, ale ponieważ grupy Kryzys i Tilt w tym samym czasie przeistoczyły się w Brygadę Kryzys, to zmieniliśmy nazwę na Dzieci Śmieci. To mieliśmy załatwione, ale jeszcze nie ustaliliśmy, kto będzie grał na jakim instrumencie. Natychmiast przyjąłem rolę lidera i oznajmiłem:
- Słoniu, ty będziesz grał na bębnach, a Zając na klawiszach.
Janek Knorowski, tak jak ja, był głuchy jak pień, ale ponieważ był fajnym kolesiem, fajnie wyglądał i do tego był malarzem, to też dostał przydział.
- Janek, to ty będziesz grał na basie, a ja na gitarze.
Poszedłem do domu, chwilę się zastanowiłem i mówię do siebie: "Nie ma chuja". Błyskawicznie wróciłem do Janka.
- Przepraszam, ja tu rządzę, ja jestem liderem, i ty będziesz grał na gitarze, a ja na basie, bo jest łatwiej.
- Mundek, ja na gitarze? Przecież ja nie mam pojęcia.
- Tak będzie i koniec.
No i na tej zasadzie skompletowałem cały zespół. Niezależnie od naszych zerowych umiejętności jako instrumentalistów mieliśmy łatwiej niż inne początkujące kapele. Mieliśmy instrumenty, które dwa lata wcześniej kupił Tomek Nowak.
Któregoś dnia spojrzałem na matę w domu, a konkretnie zdjęcie Marca Bolana z zespołu T.Rex. Napisałem sobie w zeszycie duże "T". Zacząłem bazgrać i nagle wychodzi mi "love". Patrzę - "T" i "Love" - fajnie razem wygląda. Decyduję, że nazwiemy się T.Love, chwila, nie... T.Love Alternative. Wtedy czytałem książki o kulturze alternatywnej, więc ten drugi człon sam jakoś do mnie przyszedł.
Prawdziwym imperatywem było wprowadzenie stanu wojennego. Miałem osiemnaście lat i czułem autentyczny strach. Ojciec był w hucie, ale nie wiadomo było, czy wróci do domu, bo zakłady zostały zmilitaryzowane. Nie wrócił, bo załoga ogłosiła strajk. Trwał chyba do 15 grudnia. Wprawdzie nie było tak ostro jak w kopalni "Wujek", ale i tak żyłem z mamą w lęku. Po tym wszystkim piszę tekst Mamo, kup mi karabin. Gwiazdka się zbliża, a ja piszę kolejne piosenki, które będę śpiewał w T.Love (m.in. Śpij, dziecino, śpij, kochanie).
Tak się złożyło, że 12 grudnia pojechaliśmy ze szkołą na wycieczkę do Krakowa. Miasto oblepione plakatami, wszędzie czuje się napięcie. My młodzi - bania, browary, śnieg... wiesz. Wracamy w nocy i lądujemy na imprezie. Rano się budzimy, a tu czołgi po ulicach jeżdżą. Zapanowała jakaś taka rozpacz, połączona chuj wie z czym.
Pojechaliśmy na sanki do Olsztyna, miejscowości oddalonej piętnaście kilometrów od Częstochowy. Ja, Janek Knorowski, Zając, Słoniu. Śmialiśmy się z tego wszystkiego. To był taki gorzki śmiech.
Przez miesiąc wymyśliłem sporo kawałków. To nie były piosenki, tylko takie: "Bummmm, bummmm, bummmm, mamo, kup mi karabin, mamo, kup mi broń, booooboom". W tym samy czasie powstaje tekst Ogolonych kobiet zainspirowany piosenką zespołu The Crass "Shaved women" i książką "Byliśmy w Oświęcimiu" Borowskiego.
Może aż tak ostro bym tego nie ujął, ale impuls był. Dodatkowo, ponieważ liceum było zamknięte, mieliśmy cały dzień dla siebie. Dość szybko zadecydowałem:
- To teraz musi, musi coś z tego wyjść. Zaczynamy próby.
Uczyliśmy się grać na instrumentach i przygotowaliśmy repertuar. W ciągu miesiąca przygotowaliśmy osiem piosenek i T.Love Alternative zadebiutował na studniówce 4 lutego 1982 roku. Zagraliśmy cztery kawałki na sprzęcie zespołu weselnego, który przygrywał do tańca. Słoniu, potężny chłop i niedoświadczony perkusista, tak walił w bębny, że je porozwalał. Była afera, ale też euforia z pierwszego występu. Zagraliśmy strasznie słabo, ale jakie to miało znaczenie?
W pokoju u Darka Zająca, bo jako jedyny z nas mieszkał w domu jednorodzinnym. Miał bardzo sympatyczną mamę, która przynosiła kanapeczki i mówiła:
- Oj, chłopcy, grajcie sobie, grajcie.
Ojciec nie był już tak entuzjastyczny, bo zdecydowanie było dla niego za głośno, a on był facetem tak ogólnie zmęczonym, a poza tym ciężko pracował.
W tym samym czasie dopadła mnie wielka miłość. Z Beatą było świetnie, bo czas się rozpływał, i na próbach było świetnie. To był czas mojego wielkiego haju. Jak poznałem trzy akordy, odkryłem, że struny wydają jakieś dźwięki, to robiłem numer po numerze. Oczywiście każdy taki sam, ale to nie miało znaczenia. Szybko się ciemno robiło, więc była też presja czasu, bo o dziesiątej zaczynała się godzina milicyjna. Kilkakrotnie tak na styk wracałem do domu. Zawsze miałem przy sobie bas, bo fajnie było chodzić z gitarą po ulicy. Raz zatrzymał mnie patrol zomowców.
- Gnoju, gdzie idziesz? Nie wiesz, która jest godzina?
- Tak, tak, już znikam.
Byli dosyć agresywni.
- A, co ty tam masz? Co masz w tym futerale?
- Pewnie masz, kurwa, karabin?
- Nie karabin, to gitara.
- Jak gitara, to spierdalaj!
A w pokrowcu oprócz niej miałem zeszyt z tekstami w rodzaju: "pierdolony system, pierdolony Jaruzelski", bo takie też pisałem. Takie w stylu Rejestracji i Dezertera, tylko że nigdy żeśmy ich nie zagrali, bo dla mnie to było zbyt dosłowne.
Dopiero 31 sierpnia, w rocznicę powstania "Solidarności". Wychodzimy z kina z Beatą, a tu gaz na ulicy. Poważna zadyma. Odprowadzam ją do chaty. Patrol nas przepuścił, bo zomowcy widzieli, że chłopak z dziewczyną idą. Z powrotem już mi się nie poszczęściło. Jak przyuważyli, że mam oczy załzawione, to ryk:
- Gdzie, gnoju!
- Na Jasnej Górze, kurwa byłeś?!
No i przyjąłem parę pał. Widać było, że kolesie ewidentnie byli czymś nafaszerowani.
Ten film bardzo przypomina historię naszego zespołu. Borcuch dobrze pokazał stan wojenny z perspektywy nastolatka, bez ciśnienia na martyrologię. Ktoś miał pannę, a ktoś inny nie. Ktoś z tego powodu cierpiał, a ktoś inny był szczęśliwy. Tak samo było u nas. Muzyka, wielka miłość, szkoła, a na końcu dom i polityka. Oczywiście były zespoły bardziej radykalne niż nasz. Taki warszawski Tilt. Oni olali szkołę, wszystko olali. Ja lubiłem chodzić do liceum, mama i tata mówili do mnie: "Zygmuś, Zygmuś", na podwórku stykałem się z chuliganerką i żulerką, a do tego przeżywałem intelektualne przygody z poważną literaturą... To był jeden z najbardziej emocjonalnych okresów w moim życiu.
Zapamiętałem spotkanie w pracowni Janka Knorowskiego. Były zimne browary, no bo zima była. Z magnetofonu leciała płyta Deadlocku, a potem przegrane z radia nagrania jugosłowiańskiego Elektrycznego Orgazmu. Te zespoły kojarzą mi się z tamtym czasem. W kółko tego słuchałem. To była zimna muzyka, zimna i ostra. I nam wtedy w tej pracowni fajnie wspólnie było.
Nikt z nas nie oglądał "Dziennika", tych dwóch debilnych spikerów w mundurach, Tumanowicza i Stefanowicza, którzy pierdolili propagandowe slogany. Po kilku miesiącach wystartowała nowa radiowa Trójka. Ludzie zaczęli jej masowo słuchać. My się dystansowaliśmy, bo w kraju ludzi prześladowano, a ci, jakby nigdy nic, zachodnią muzyczkę puszczali. Od razu pojawiła się teoria, że wentyl, że spisek, nie wiadomo co. A potem w radiu zaczęli grać Perfect, Maanam... My czuliśmy się inną wyspą, chociaż nie graliśmy tak mocno zaangażowanej muzyki.
Nie wiedzieliśmy, co będzie, co tam jest z tym Wałęsą..., ale też uciekaliśmy w swój świat. "Róbmy swoje, kurwa, mamy bend" - mówiliśmy sobie. To było bardzo, bardzo ważne, szczególnie dla mnie. Nie wiedzieliśmy, czy w ogóle z tego coś będzie, czy po dwóch, trzech występach się nie skończy. Do wakacji zagraliśmy we wszystkich ogólniakach. Potem była matura, a po niej wyjechałem na studia do Warszawy i na tym mogła się zakończyć historia tego zespołu.
Miałem osiemnaście lat, koniec wakacji '81 roku. Ona była młodsza ode mnie, ale dużo bardziej doświadczona, mocno obcykana w temacie. Mieszkała blisko mnie, poszliśmy na wagary i wylądowaliśmy w mojej chacie. Edyta miała na imię. Wyzywająca była dziewczyna, taka wiesz, taka wiesz, no taki porno temat. Nie tam jakaś dziewczynka. Udawałem, że wcześniej miałem, nie wiadomo ile doświadczeń. Jak ona zaczęła się zajmować tematem, to bardzo wszystko krótko trwało. Dwa razy i po prostu pik. "Mówiłeś, że jesteś doświadczony, a tu... chyba tak nie było" - stwierdziła zawiedziona. A ja zmieszany odpowiedziałem: "Wiesz, Edyta, nie mam dnia".
Pierwsze w ogóle zetknięcie się z alkoholem, nie upicie, ale wypicie, to było jeszcze w czasach podstawówki. Myślę, że to był sylwester 1976 roku na '77 w moim bloku u Radka Wycińskiego. Czyli miałem 14 lat. Same chłopaki. Wypiliśmy szampana w trzech albo w czterech, no i tak, wiesz, deczko zakręciło. Natomiast takie wypicie konkretne, czyli upicie się, zaliczyłem dwa lata później w Bułgarii. Po pierwszej klasie liceum pojechaliśmy tam ze szkołą na wakacje, a konkretnie do miejscowości Gałata. Starsi koledzy zorganizowali rakiję i by się im przypodobać, a trochę z ciekawości, przystąpiłem do konsumpcji.
- Pij rakiję, jesteś w Bułgarii, człowieku, musisz spróbować.
Tylko oni byli przećwiczeni. Na początku było fajnie: cha cha cha, chi, chi, chi. Zając był trzeźwiejszy i w końcu decyduje: "Muniek, idziemy". Już w drodze powrotnej zaczęło strasznie mi się kręcić w głowie, zacząłem wymiotować. Przewróciłem się kilka razy. Zapamiętałem widok spękanej od upałów ziemi bułgarskiej i jej zapach. Turlając się, dotarliśmy do kwatery. Mieliśmy strasznego pietra, że przyuważy nas ktoś z kadry. Potem już do końca obozu piłem tylko jakieś małe piwko. Rakii nie tknąłem przez wiele, wiele lat.
Tak, ale wóda nie była popularna, chociaż zdarzało nam się czasem coś wypić. Pamiętam zawody pijackie, męską imprezę w piciu czystej wódy i sprawdzanie, kto pierwszy padnie. A tak na co dzień to piliśmy browary. Sklep mojej mamy sąsiadował ze sklepem, w którym sprzedawano lepsze wina. Jak była jakaś impreza, to mama załatwiła jakieś wino bułgarskie lub rumuńskie. Nie szliśmy grubo, tylko tak na wesoło. Rausz. Potańczyć, pomacać, za dupę złapać, poderwać, bo jak dziewczyna się upije, może coś wyjdzie albo nie.
W 1981 roku na drugim Pop Session, kiedy paliłem z hipisami. Wzięło mnie ostro i to za pierwszym razem. Dali mi nasiona, które zasadziliśmy w Częstochowie wraz z kumplami. Słaba ta nasza trawa była, śmierdziała kiełbachą, ale była nasza. No i wiesz, samo rzucenie w grupie: "Chcesz trawy?", robiło z ciebie kogoś. Dziewczyny to się bały, ale kolesie próbowali.
Mieliśmy fajnego, luźnego jak na tamte czasy profesora od wychowania muzycznego. W odróżnieniu od innych nauczycieli chciał poznać się z każdym uczniem.
- Ja jestem profesor Krawczyński, a teraz wy się przedstawcie. Wstawaliśmy po kolei i mówiliśmy:
- Ja mam na imię Krysia.
- A ja Basia...
- Teraz powiedzcie coś o sobie i jaką muzykę lubicie.
Wstałem i powiedziałem:
- Jestem Zygmunt i lubię muzykę rockową.
- A jaką rockową?
Powiedziałem o Deep Purple, punkowych zespołów nie wymieniłem, bo chciałem być tak bardziej... mhm, Zygmunt.
- Muniek do ciebie mówią, tak?
- Nie.
Następnego dnia wszyscy już do mnie mówili:
- Muniek, masz kanapkę?
W głowie tlił mi się strach wynikający z tego, że ojciec nie zdał matury. Pamiętam jak dziś ten deszczowy maj, ciepły. Pierwszy egzamin miałem z matematyki, której najbardziej się bałem. Okazało się, że miejscówkę obok mnie dostał Słoniu. On był jednym z najlepszych matematyków w klasie. Potem, jak przestał grać w T.Love, został księgowym Coca-Coli i poważnym biznesmenem. Po drugiej mojej stronie siedziała Magda, prawdziwa prymuska. A do tego mamusie przynosiły w kanapkach ściągi. Jedno zadanie, z rachunku prawdopodobieństwa, zrobiłem sam. Z matematyki miałem korki w czwartej klasie, ale to i tak by nie pomogło i trzech pozostałych zadań bym nie napisał. Słoniu walnął całość w godzinkę, więc po następnej godzinie ja też byłem zdrów. Piątka. Z polskiego był temat "Niepokoje moralne w literaturze XX wieku", więc można było uprawiać wodolejstwo. Wrzuciłem tam wszystko: Dostojewskiego, Kafkę, Schulza, Witkacego, Gombrowicza i tym samym pochwaliłem się, ile lektur przeczytałem. Myślę, że to nie była jakaś rewelacyjna praca, ale profesor Marian Kucharski, który mnie nie rozpieszczał, uznał, że była to najlepsza matura z polskiego w szkole. Historia ustna przeszła jakoś tak bez emocji. Lepiej sprzedałem samego siebie niż zabłysnąłem wiedzą. Dostałem czwórkę, a na koniec z angielskiego była piątka. A potem...
Potem nastąpił cały ciąg wspaniałych imprez pomaturalnych. Niestety w tym samym czasie zmarła moja ukochana babcia. Dostała wylewu. Po raz pierwszy widziałem trupa bliskiej osoby. Trumnę i ją w trumnie. Ogarnął mnie mocny smutek pogłębiony świadomością zakończenia pewnego etapu w moim młodym życiu. Niektórzy kończąc liceum, wrzeszczeli "wreszcie!". A mnie było fajnie w tej szkole i czułem przygnębienie, że nie będę już chodził do Sienkiewicza. Po pogrzebie babci napisałem piosenkę IV liceum ogólnokształcące. Czułem strach przed dorosłością, chociaż dorosnąć miałem dopiero dobrych kilka lat po studiach.