Musiało być już późne popołudnie, gdzieś pod koniec sierpnia, kiedy
Muminek i jego Mama weszli w samo serce wielkiego lasu. Było całkiem
cicho i tak ciemno między drzewami jak po zapadnięciu zmroku. Tu i ówdzie rosły olbrzymie kwiaty świecące własnym światłem niczym migotliwe
lampy, a głęboko wśród cieni poruszały się małe bladozielone punkciki.
- Robaczki świętojańskie - wyjaśniła Mama Muminka, nie mieli jednak
czasu, by stanąć i bliżej im się przypatrzeć. Wybrali się przecież na
poszukiwanie miłego i ciepłego miejsca, gdzie można by zbudować dom i wpełznąć do niego, zanim nadejdzie zima. Muminki nie znoszą zimna, a zatem dom musi być gotowy najpóźniej w październiku. Poszli więc dalej,
zapuszczając się coraz głębiej w ciszę i ciemność. Po jakimś czasie
Muminek poczuł niepokój i szeptem zapytał Mamę, czy według niej są tu
jakieś niebezpieczne zwierzęta.
- Raczej nie - odpowiedziała - ale może idźmy trochę szybciej. Mam
nadzieję, że jesteśmy tacy mali, że jeśli pojawi się coś
niebezpiecznego, to nas nie zauważy.
Nagle Muminek chwycił Mamę mocno za łapkę.
- Patrz - szepnął tak wystraszony, że aż ogonek mu zesztywniał.
Z cienia za pniem wpatrywało się w nich dwoje oczu. Mama w pierwszej
chwili też się wystraszyła, ale zaraz powiedziała uspokajająco:
- To chyba bardzo mały zwierzaczek. Czekaj, poświecę na niego. W ciemności, jak wiesz, wszystko wygląda groźniej.
Zerwała wielki, jaśniejący kwiat i poświeciła nim w głąb cieni. I wtedy
zobaczyli, że siedzi tam rzeczywiście bardzo mały zwierzaczek,
wyglądający sympatycznie, trochę wystraszony.
- No i widzisz - powiedziała Mama Muminka.
- Co wy za jedni? - spytał zwierzaczek.
- Ja jestem Muminek - odparł Muminek, który zdążył nabrać odwagi. - A to
moja Mama. Mam nadzieję, że nie przeszkodziliśmy ci w niczym. - Mama
najwyraźniej nauczyła go uprzejmości.
- Ach, skądże - odpowiedział zwierzaczek. - Właśnie czułem się
przygnębiony i tęskniłem za towarzystwem. Bardzo wam się spieszy?
- Owszem - odrzekła Mama Muminka. - Bo szukamy dobrego, słonecznego
miejsca, gdzie można by zbudować dom. Może masz ochotę pójść z nami?
- CZY MAM! - ucieszył się zwierzaczek i podbiegł do nich w podskokach. - Ja się zgubiłem i myślałem, że już
nigdy nie zobaczę słońca.
Ruszyli więc we trójkę w dalszą drogę, zabierając z sobą duży tulipan,
żeby im przyświecał. Ale otaczająca ich ciemność coraz bardziej
gęstniała, kwiaty pod drzewami świeciły coraz słabiej, aż wreszcie
wszystkie po kolei zgasły. Po chwili ujrzeli połyskliwą czarną wodę,
powietrze zrobiło się ciężkie i było zimno.
- Ojej, jak okropnie - odezwał się zwierzaczek. - To jest bagno. Nie
odważę się w nie wejść.
- Dlaczego? - zapytała Mama Muminka.
- Bo mieszka w nim Wielki Wąż - odpowiedział bardzo cicho zwierzaczek,
rozglądając się na wszystkie strony.
- E tam - żachnął się Muminek, żeby pokazać, jaki jest odważny. -
Jesteśmy tacy mali, że chyba nas nie widać. Nigdy nie odnajdziemy
słońca, jeżeli nie zdecydujemy się przejść na drugą stronę. Chodź i przestań marudzić!
- Może tylko kawałek - opierał się zwierzaczek. - Ale bądźcie ostrożni.
Robicie to wszystko na własne ryzyko!
Zaczęli stąpać od kępki do kępki, najciszej jak tylko mogli. W czarnej
mazi dookoła coś bulgotało i szemrało, póki jednak świeciła tulipanowa
lampa, czuli się bezpiecznie. W pewnym momencie Muminek poślizgnął się i o mało nie wpadł do bagna, ale Mama zdążyła schwycić go w ostatniej
chwili.
- Dalej musimy popłynąć łódką - oświadczyła. - Masz całkiem mokre nogi.
Na pewno się przeziębisz.
Wydobyła z torebki suche skarpetki i przeniosła Muminka i zwierzaczka na
duży liść nenufaru. Wszyscy troje spuścili ogonki do wody i wiosłując
nimi, skierowali się prosto na środek trzęsawiska. Pod ich liściem
przemykały jakieś ciemne, ledwo widoczne stworzenia, wpływały i wypływały spomiędzy korzeni drzew, coś pluskało i nurkowało, a ich
tymczasem spowiła mgła. Wtem zwierzaczek jęknął:
- Ja chcę do domu!
- Nie bój się, zwierzaczku - odparł Muminek drżącym głosem. - Zaśpiewamy
coś wesołego i...
Gdy to mówił, tulipan zgasł i zrobiło się całkiem ciemno. Usłyszeli
syczenie i poczuli, że liść nenufaru zakołysał się.
- Szybko, szybko! - krzyknęła Mama Muminka. - Zbliża się Wielki Wąż!
Zanurzyli głębiej ogonki i wiosłowali z całych sił, aż woda pieniła się
przy dziobie. Wtem zobaczyli płynącego za nimi węża. Wyglądał groźnie,
miał ponure, żółte oczy.
Wiosłowali, jak mogli najszybciej, ale on doganiał ich, był coraz bliżej
i już otworzył paszczę, w której drgał długi jęzor. Muminek zasłonił
łapkami oczy, wrzasnął "Mamusiu!", i tylko czekał, że zostanie zjedzony.
Nic się jednak nie stało. Wyjrzał więc ostrożnie spomiędzy palców i zobaczył coś bardzo dziwnego. Tulipan znowu świecił, a na jego
rozchylonych płatkach stała dziewczyna o jasnobłękitnych włosach
sięgających jej do stóp.
Tulipan świecił coraz jaśniej. Wąż zaczął mrugać oczami i nagle,
gniewnie sycząc, zawrócił i zniknął w mule.
Muminek, jego Mama i zwierzaczek byli tak podnieceni i zdziwieni, że
przez długą chwilę nie mogli wydobyć słowa.
Wreszcie Mama Muminka odezwała się uroczyście:
- Dziękujemy najgoręcej za pomoc, piękna pani.
A Muminek ukłonił się głębiej niż kiedykolwiek, bo nigdy w życiu nie
widział kogoś tak pięknego jak ta błękitnowłosa dziewczyna.
- Pani mieszka w tym tulipanie? - spytał nieśmiało zwierzaczek.
- To mój dom - odpowiedziała. - Możesz nazywać mnie Tulippą.
Potem powiosłowali wolno na drugą stronę bagna. Rosły tu gęsto paprocie
i Mama Muminka uwiła pod nimi gniazdko w mchu, żeby się mogli przespać.
Muminek leżał tuż obok niej i przysłuchiwał się rechotaniu żab w trzęsawisku. Noc tchnęła tajemniczymi, nieznanymi dźwiękami i długo nie
mógł zasnąć.
Następnego ranka Tulippa szła przodem, a jej błękitne włosy świeciły jak
najjaśniejsza jarzeniówka. Droga wiodła coraz bardziej pod górę, aż
wreszcie zrobiło się tak stromo, że nie wiedzieli, gdzie góra się
kończy.
- Tam na szczycie świeci chyba słońce - odezwał się tęsknie zwierzaczek.
- Strasznie mi zimno.
- Mnie też - dodał Muminek i kichnął.
- No tak, tego się właśnie spodziewałam - powiedziała Mama. -
Przeziębiłeś się. Proszę cię, usiądź tu, a ja rozpalę ognisko.
Naściągała suchych gałęzi, zrobiła z nich wielki stos i podpaliła go
iskierką z błękitnych włosów Tulippy. Siedzieli we czwórkę, patrząc na
ogień, a Mama Muminka opowiadała im rozmaite historie. Mówiła, jak to
było, kiedy była mała i Muminki nie musiały przemierzać strasznych lasów
i trzęsawisk, żeby znaleźć miejsce nadające się do zamieszkania.
- W owym czasie mieszkaliśmy razem z trollami domowymi u ludzi,
najczęściej za ich piecami kaflowymi - powiedziała. - Niektórzy z nas
jeszcze do dziś tam są, to znaczy tam, gdzie ludzie mają piece kaflowe,
bo my nie lubimy centralnego ogrzewania.
- Oni wiedzieli o was? - zapytał Muminek.
- Niektórzy tak - odparła Mama. - Przeważnie odczuwali naszą obecność
jako chłodny powiew na szyi, zwłaszcza gdy byli sami.
- Opowiedz coś o Tatusiu - poprosił Muminek.
- Był niezwykłym Muminkiem - powiedziała jego Mama z tęskną zadumą. -
Ciągle chciał się przenosić z jednego pieca do drugiego. Nigdzie nie
było mu dobrze. No i znikł - odszedł z Hatifnatami, tymi małymi
wędrownikami.
- Co to za jedni? - spytał zwierzaczek.
- To taki rodzaj trollowatych zwierzątek - wyjaśniła Mama Muminka. -
Przeważnie są niewidoczni. Czasem siedzą pod podłogami u ludzi i kiedy
wieczorem robi się cicho, słychać, jak tam drepczą i szurają. Ale
najczęściej wędrują dookoła świata, nigdzie się nie zatrzymują i nic ich
nie obchodzi. Nigdy się nie wie, czy Hatifnat jest wesoły czy zły,
zmartwiony czy zdziwiony. Jestem przekonana, że nie mają w ogóle żadnych
uczuć.
- Czy Tatuś stał się teraz Hatifnatem? - zapytał Muminek.
- Nie, skądże - odrzekła Mama. - Oni go po prostu zwiedli, zabierając ze
sobą.
- A gdybyśmy go tak spotkali któregoś pięknego dnia! - odezwała się
Tulippa. - Ucieszyłby się chyba?
- Na pewno - powiedziała Mama Muminka. - Ale to się nam raczej nie uda.
- I zaczęła pochlipywać.
Brzmiało to tak żałośnie, że po chwili wszyscy pociągali nosami, a gdy
już rozpłakali się na dobre, tyle innych smutnych spraw zaczęło
przychodzić im na myśl, że płakali coraz bardziej i bardziej. Włosy
Tulippy zbladły ze zmartwienia i całkiem zmatowiały. Po dłuższej chwili
tego płakania nagle gdzieś w górze odezwał się stanowczy głos:
- Dlaczego tak lamentujecie?
Natychmiast przestali i zaczęli rozglądać się na wszystkie strony, ale
nie było widać tego, kto do nich przemówił.
W tym momencie pojawiła się drabinka sznurowa, która bujając się,
zjechała po zboczu góry. Wysoko nad nimi jakiś stary pan wysunął głowę z drzwi w skale i zawołał:
- O co chodzi?!
- Przepraszamy - odpowiedziała Tulippa, dygając. - Proszę zrozumieć,
łaskawy panie, wszystko jest naprawdę bardzo smutne: Tatuś Muminka
gdzieś się zawieruszył, a my tu marzniemy i nie umiemy przedostać się na
drugą stronę tej góry, żeby odnaleźć słońce. I w dodatku nie mamy gdzie
mieszkać.
- Ach tak - odparł stary pan. - No to zapraszam do mnie. Moje słońce
jest najpiękniejsze ze wszystkich, jakie tylko można sobie wyobrazić.
Ogromnie trudno było wdrapać się po sznurowej drabince, zwłaszcza
Muminkowi i jego Mamie, bo mieli bardzo krótkie nóżki.
- Wytrzyjcie teraz stopy - poprosił stary pan, wciągając za nimi
drabinkę. Zamknął drzwi bardzo starannie, żeby nic niebezpiecznego nie
mogło się przez nie przedostać. Wszyscy razem weszli na ruchome schody,
które poniosły ich prosto w głąb góry.
- Jesteście pewni, że na tego pana można liczyć? - spytał szeptem
zwierzaczek. - Pamiętajcie, że robicie to wszystko na własne ryzyko.
Co powiedziawszy, zrobił się bardzo, bardzo malutki i schował się za
Mamę Muminka.
Nagle oświecił ich jasny blask, a ruchome schody wjechały prosto w przepiękny krajobraz. Drzewa mieniły się rozmaitymi barwami, pełno na
nich było owoców i kwiatów, których nigdy przedtem nie widzieli, a pod
drzewami leżały w trawie błyszczące białe płaty śniegu.
- Hej, hej! - wykrzyknął Muminek i pobiegł ulepić kulę śniegową.
- Uważaj! Będzie zimna! - zawołała Mama.
Lecz gdy Muminek włożył łapki w śnieg, stwierdził, że to wcale nie jest
śnieg, tylko lody. A zielona trawa chrzęszcząca pod stopami to
cieniutkie włókienka cukru. Przez łąkę płynęły w rozmaite strony
strumyki w różnych kolorach, pieniące się i szemrzące nad złotym
piaskiem.
- Zielona lemoniada! - wykrzyknął zwierzaczek, który schylił się, żeby
się napić. - To wcale nie woda, to lemoniada!
Mama Muminka podeszła prosto do strumyka, który był całkiem biały, bo
bardzo lubiła mleko. (Lubi je większość Muminków, w każdym razie gdy
trochę wydorośleją). Tulippa skakała z drzewa na drzewo i zrywała
garściami kawałki czekolady i cukierki, a gdy tylko zerwała któryś z błyszczących owoców, natychmiast wyrastał nowy. Zapomniawszy o kłopotach, zapuszczali się dalej i dalej w zaczarowany ogród. Stary pan
szedł wolno za nimi i wydawał się bardzo zadowolony z ich zdumienia i podziwu.
- Wszystko to sam zrobiłem - powiedział. - Słońce też.
Gdy na nie spojrzeli, zobaczyli, że nie jest prawdziwym słońcem, tylko
wielką lampą z frędzlami ze złotego papieru.
- Coś podobnego! - odezwał się rozczarowany zwierzaczek. - A ja
myślałem, że to naprawdę słońce. Teraz widzę, że świeci jakoś dziwnie.
- Masz rację. Nie potrafiłem go zrobić lepiej - przyznał stary pan,
trochę dotknięty. - Ale jesteście chyba zadowoleni z ogrodu?
- Jeszcze jak! - odparł Muminek, który właśnie jadł małe kamyki. (Były z marcepanu).
- Gdybyście mieli ochotę tu zostać - powiedział stary pan - mógłbym
zbudować dla was marcepanowy dom, w którym byście zamieszkali. Bo mnie
się tu czasem przykrzy samemu.
- Byłoby bardzo miło - odezwała się Mama Muminka - ale jeżeli pan nie
weźmie nam tego za złe, to będziemy musieli ruszyć w dalszą drogę. Bo
zamierzamy zbudować sobie dom w prawdziwym słońcu.
- Nie! Pozwól nam tu zostać! - wrzasnęli Muminek, zwierzaczek i Tulippa.
- Dobrze, dobrze, dzieci - powiedziała Mama Muminka. - Jeszcze
zobaczymy.
Mówiąc to, ułożyła się do snu pod czekoladowym krzaczkiem. Gdy się
obudziła, doszedł ją gwałtowny skowyt i od razu zrozumiała, że Muminka
boli brzuch. (To się Muminkom bardzo często zdarza). Napęczniał od
wszystkiego, co Muminek zjadł, i okropnie bolał. Obok niego siedział
zwierzaczek i jeszcze głośniej jęczał, bo go rozbolały zęby od tylu
cukierków. Mama Muminka nie zbeształa ich, tylko wyjęła z torebki dwie
tabletki i każdemu dała jedną, a potem zapytała starego pana, czy może
ma basen z dobrą, ciepłą kaszką.
- Niestety nie mam - odparł. - Ale jest jeden z bitą śmietanką i drugi z marmoladą.
- Hm - zastanowiła się Mama Muminka. - Jak pan sam widzi, oni potrzebują
porządnego, ciepłego jedzenia. Gdzie jest Tulippa?
- Powiedziała, że nie może zasnąć, bo tu słońce nigdy nie zachodzi -
odrzekł ze smutkiem stary pan. - Naprawdę bardzo mi przykro, że nie jest
wam u mnie dobrze.
- Jeszcze kiedyś wrócimy - pocieszyła go Mama Muminka. - Ale teraz muszę
się postarać, żebyśmy się znów znaleźli na świeżym powietrzu.
Co powiedziawszy, wzięła Muminka i zwierzaczka za łapki i zawołała
Tulippę.
- Może skorzystacie ze zjeżdżalni? - zaproponował uprzejmie stary pan. -
Biegnie środkiem góry i wpada prosto w światło słoneczne.
- Dziękuję, chętnie - odparła Mama Muminka. - W takim razie do
zobaczenia.
- Do zobaczenia - powtórzyła Tulippa. (Muminek i zwierzaczek nie mogli
wydobyć słowa, bo tak się strasznie źle czuli).
- Miło mi było - odpowiedział stary pan.
Zjechali więc środkiem góry w oszałamiającym tempie, a gdy wylądowali po
jej drugiej stronie, kręciło im się w głowach tak okropnie, że musieli
posiedzieć na ziemi dłuższą chwilę, zanim przyszli do siebie. Wreszcie
rozejrzeli się dookoła.
Przed nimi błyszczał w słońcu ocean.
- Ja się chcę wykąpać! - krzyknął Muminek, który już zdążył ozdrowieć.
- Ja też - powtórzył zwierzaczek, po czym obaj wskoczyli prosto w promień słońca na wodzie. Tulippa podpięła włosy, żeby nie zgasły, i bardzo ostrożnie weszła do wody.
- Ojej, jaka zimna! - jęknęła.
- Nie siedźcie za długo! - zawołała Mama Muminka, po czym położyła się
na słońcu, bo wciąż jeszcze była bardzo zmęczona.
Nagle zjawił się spacerujący po piasku Mrówkolew2. Wydawał
się bardzo zagniewany.
- To jest moja plaża - oświadczył. - Proszę się stąd wynosić!
- Na pewno tego nie zrobię, ani myślę - odparła Mama Muminka.
Wtedy Mrówkolew zaczął kopać i ryć, sypiąc jej piaskiem w oczy, tak że
po chwili już w ogóle nic nie widziała. Podchodził coraz bliżej, a potem
nagle zaczął się zakopywać w piasku, robiąc wkoło siebie coraz głębszy
dołek. W końcu było już widać tylko jego oczy na dnie dołka, lecz mimo
to nie przestawał rzucać piaskiem w Mamę Muminka. Mama zjeżdżała coraz
głębiej do dołka, rozpaczliwie się miotając, żeby się z niego wydostać.
- Na pomoc, na pomoc! - wrzeszczała, wypluwając piasek. - Ratunku!
Muminek usłyszał ją i szybko wyskoczył z wody. Udało mu się złapać Mamę
za uszy, ciągnął ją z całej siły, wymyślając równocześnie Mrówkolwu.
Zwierzaczek i Tulippa też przybiegli na pomoc i w końcu udało im się
wydobyć Mamę Muminka z pułapki. Mama została uratowana. (Mrówkolew dalej
się zakopywał, już tylko ze złości, i nikt nie wie, czy udało mu się
kiedykolwiek wyjść z dołka). Minęło sporo czasu, nim oczyścili sobie
oczy z piasku i trochę się uspokoili. Ale chętka na kąpiel przeszła im
zupełnie. Ruszyli więc brzegiem morza w nadziei, że znajdą jakąś łódkę.
Słońce już zachodziło, a za horyzontem gromadziły się groźne, czarne
chmury. Wyglądało na to, że będzie burza. Wtem zobaczyli, że trochę
dalej na plaży coś się rusza. Była to cała gromada małych bladych istot
usiłujących zepchnąć na wodę żaglówkę. Mama Muminka długo im się
przypatrywała, po czym głośno zawołała:
- To wędrownicy! Hatifnatowie!
I pobiegła do nich, jak mogła najszybciej. Kiedy Muminek, zwierzaczek i Tulippa też do nich dołączyli, Mama Muminka stała otoczona Hatifnatami
(którzy sięgali jej tylko do pasa), mówiła coś, pytała i wymachiwała
łapkami, bardzo podniecona. Pytała raz po raz, czy na pewno nie spotkali
nigdzie Tatusia Muminka, ale oni tylko patrzyli na nią przez chwilę
swymi okrągłymi, bezbarwnymi oczami, po czym znów wzięli się do pchania
żaglówki po piasku.
- Ach! - zawołała Mama Muminka. - Zapomniałam w pośpiechu, że oni nie
umieją mówić i nic nie słyszą.
Wobec tego narysowała na piasku ślicznego Muminka i duży znak zapytania.
Ale Hatifnatowie w ogóle się nią nie interesowali. Udało im się wreszcie
spuścić łódź na wodę i teraz zajęci byli wciąganiem żagli.
(Niewykluczone, że w ogóle nie zrozumieli, o co jej chodzi, bo
Hatifnatowie są bardzo niemądrzy).
Tymczasem czarny wał chmur nadciągnął bliżej, a na morzu pojawiły się
fale.
- Nie mamy innego wyjścia, jak zabrać się z nimi - zdecydowała Mama
Muminka. - Plaża jest pusta i wygląda ponuro, a ja nie mam ochoty
spotkać jeszcze jakiegoś Mrówkolwa. Wskakujcie do łódki, dzieci!
- Dobrze, ale nie na moje ryzyko - mruknął zwierzaczek, wchodząc jednak
na pokład za resztą.
Żaglówka wypłynęła na morze z Hatifnatem przy sterze. Niebo coraz
bardziej ciemniało, na grzbietach fal pokazały się białe grzebienie i grzmiało gdzieś w dali. Powiewające na wietrze włosy Tulippy bardzo
słabo lśniły.
- Znowu się teraz boję - pisnął zwierzaczek. - Zaczynam prawie żałować,
że się z wami zabrałem.
- E tam - obruszył się Muminek, ale od razu stracił ochotę do mówienia i przycupnął koło swojej Mamy. Co jakiś czas zbliżała się fala większa od
innych i bryzgała przez burtę. Łódź popłynęła przed siebie pod pełnymi
żaglami, z ogromną szybkością. Tu i ówdzie widzieli nimfy tańczące na
grzbietach fal, niekiedy przemykała cała gromada małych morskich trolli.
Grzmiało coraz bardziej, co chwila krzyżowały się błyskawice.
- Teraz mnie w dodatku mdli - stwierdził zwierzaczek i zaczął
wymiotować. Mama Muminka trzymała go za głowę. Słońce dawno już zaszło,
ale w świetle błyskawic zauważyli morskiego trolla, który usiłował
płynąć równo z łodzią.
- Hej, jak się masz! - zawołał Muminek, przekrzykując sztorm, żeby
pokazać, że się nie boi.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki