Prawdopodobnie nigdy nie
będzie można sformułować definitywnego i absolutnego sądu o tem, co
wydarzyło się między Edwardem Bellingham i Williamem Monkhouse Lee
i o przyczynie wielkiego strachu, przeżytego przez d'Abercrombie
Smitha.
Zapewne, posiadamy kompletną i jasną relację z ust samego
Smitha, relację wzmocnioną świadectwem służącego Thomasa Styles,
czcigodnego duchownego Plumtree Petersona, członka starego
uniwersytetu, tudzież innych osób, które przypadkowo były obecne
przy tem lub owem wydarzeniu tego osobliwego łańcucha wypadków.
Jednak odpowiedzialność w głównej części spada na samego
Smitha i większość czytelników pomyśli, że właściwiej będzie raczej
przypuścić, iż mózg ludzki, chociaż napozór zdrowy, miał pewne luki
w swych tkankach i jakiś osobliwy błąd w swem funkcjonowaniu,
aniżeli sądzić, że natura wyszła ze swego łożyska wśród białego
dnia, w samem centrum nauki i światła w tak rozsławionym po świecie
uniwersytecie oxfordzkim.
Jeżeli jednak pomyślimy jak dalece drogi są ciasne i
powikłane, jak słabe światło rzucają wszystkie lampy naszej wiedzy,
gdy chcemy te drogi oświetlić, jakie otaczają je ciemności, jak
wielkie i straszne wyłaniają się z nich niewyraźnie możliwości,
gubiące się w cieniu, gdy sobie to wszystko uprzytomnimy, to
przyjdziemy do wniosku, że śmiałym i bardzo ufnym w siebie musiałby
być człowiek, któryby sądził, iż uda mu się ograniczyć te osobliwe
ścieżki, na których błądzi umysł ludzki.
W jednem skrzydle tego gmachu, który nazywamy starym
uniwersytetem oxfordzkim znajduje się wieżyczka, pochodząca z
bardzo dawnej epoki.
Łuk, okalający jej otwartą bramę od góry, przygiął się w
pośrodku pod ciężarem lat, a bloki szarego kamienia, pocentkowanego
mchem, są powiązane sznurkami bluszczu, jak gdyby stara matka
natura chciała je umocnić przeciw wichrom i burzom.
Od drzwi biegną w górę spiralnie schody kamienne, prowadząc
do dwóch przysionków, a zatrzymując się w trzecim.
Schody te są zniekształcone i wydeptane głęboko przez liczne
generacje poszukujące tu światła wiedzy.
Życie biegło jak woda, z góry na dół, po tych krętych
schodach i również jak woda pozostawiło tu wypolerowane przez
zużycie ślady z epoki Plantagenetów aż do eleganckich kobiet XX
wieku - co za piękny obraz życia angielskiego.
Co pozostało obecnie z tych wszystkich nadziei, wszystkich
wysiłków, wszystkich energij potężnych? Cóż pozostało oprócz grobów
na cmentarzu i trumien zgniłych, zjedzonych przez robactwo?
A tymczasem te ciche schody, ten stary mur szary ze swojemi
dewizami i rytemi herbami, które można jeszcze odcyfrować na jego
powierzchni niby jakieś groteskowe cienie, rzucone z poza zasłony
minionych dni istnieją i trwają jeszcze.