Mumia - Paweł Leśniak

Kup ebooka

49.90 zł
38.42 zł (31,49 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pro­log

Do­tyk chłod­nych, szorst­kich ka­mien­nych scho­dów przy­no­sił ulgę bo­sym sto­pom roz­grza­nym pa­lą­cym słoń­cem Egiptu. Nie po­tra­fił so­bie przy­po­mnieć, ile lat mi­nęło, od­kąd ostatni raz scho­dził tą drogą. Świad­czyły o tym gę­ste białe pa­ję­czyny, spo­wi­ja­jące nie­mal wszystko do­okoła. Miej­sce to było za­ka­zane, do­stępne tylko dla wy­bra­nych, któ­rych imiona szep­tano z trwogą. W pod­ziem­nej kom­na­cie pło­nęły liczne po­chod­nie, a ich nie­spo­kojne świa­tło tań­czyło na ka­mien­nych ścia­nach i mo­nu­men­tal­nych po­są­gach. Każdy z nich przed­sta­wiał po­sta­cie o cia­łach lu­dzi, ale gło­wach sza­kala lub kro­ko­dyla. Mimo tlą­cych się ogniem po­chodni ma­je­sta­tyczna świą­ty­nia to­nęła w pół­mroku, jakby chciała ukryć se­krety, które prze­cho­wy­wała od wie­ków.

Schody pro­wa­dzące w dół były wą­skie i zda­wały się cią­gnąć w nie­skoń­czo­ność, jak gdyby za­pra­szały w cze­lu­ście nie­zgłę­bio­nej ot­chłani. Na ich końcu lśniły ba­seny wy­peł­nione rtę­cią, jej po­wierzch­nia drgała nie­spo­koj­nie, two­rząc mi­go­czące fale. Mo­dły ka­pła­nów uno­siły się w po­wie­trzu ni­czym ciężka, przy­tła­cza­jąca me­lo­dia, mroczna, po­wolna, ba­lan­su­jąca na gra­nicy śpiewu i re­cy­ta­cji. Ze skle­pie­nia świą­tyni zwi­sała mo­siężna klatka, a kruki przy­wią­zane do jej ze­wnętrz­nych krat mio­tały się dziko w prze­ra­że­niu. Trze­po­tały czar­nymi skrzy­dłami z sza­leń­czą de­spe­ra­cją, dzio­bami ude­rza­jąc w me­tal. Zda­wały się prze­czu­wać to, co miało na­dejść.

Obecni w świą­tyni ka­płani na gło­wach mieli ma­ski przed­sta­wia­jące czar­nego sza­kala o dłu­gim py­sku i spi­cza­stych uszach - były one wier­nym od­wzo­ro­wa­niem wi­ze­runku Seta, boga cha­osu i ciem­no­ści. Ich na­gie torsy po­ły­ski­wały w bla­sku po­chodni, ozdo­bione cięż­kimi zło­tymi łań­cu­chami. Z prze­pa­sek bio­dro­wych spły­wały im czarne tka­niny, które po­ru­szały się lekko przy każ­dym ru­chu. Ka­płani ze zło­żo­nymi rę­koma w sku­pie­niu wy­po­wia­dali słowa w za­ka­za­nym ję­zyku, który znany był tylko naj­star­szym i naj­bar­dziej za­ufa­nym ka­pła­nom, gdyż ten, kto umiał nim wła­dać, zdolny był do rze­czy strasz­nych.

Fa­raon zszedł po ka­mien­nych scho­dach i skie­ro­wał się ku bo­gato oświe­tlo­nemu świe­cami oł­ta­rzowi, oto­czo­nemu krę­giem przez ka­pła­nów. Ich twa­rze, ukryte w pół­mroku, zda­wały się nie­ru­chome. Wzrok fa­ra­ona spo­czął na po­są­gach przed­sta­wia­ją­cych bo­gów Egiptu. Czuł na so­bie ich spoj­rze­nia, pełne prze­strogi, jakby ostrze­gały go przed tym, co miało się wy­da­rzyć. Chłód dawno nie­odwie­dza­nej świą­tyni po­woli ustę­po­wał pod na­po­rem cie­płego po­wie­trza, które uno­siło się znad dzie­sią­tek po­chodni i świec pło­ną­cych przed oł­ta­rzem. Wraz z roz­no­szą­cym się cie­płem zmie­niał się za­pach i za­tę­chła woń za­mknię­tego ka­mien­nego po­miesz­cze­nia ustę­po­wała aro­ma­towi pa­lo­nych ziół i ry­tu­al­nych olej­ków.

Fa­raon miał na so­bie ne­mes, kró­lew­skie in­sy­gnium w po­staci cha­rak­te­ry­stycz­nej chu­sty w złoto-nie­bie­skie pasy, sym­bol wła­dzy i bo­skiego po­cho­dze­nia. Gdy zbli­żył się do ka­pła­nów, ci roz­stą­pili się w mil­cze­niu, two­rząc dla niego przej­ście. W po­wie­trzu uno­sił się ciężki za­pach dymu ze świec i ostra woń potu pły­nąca od ka­pła­nów.

Sta­nął przed oł­ta­rzem, na któ­rym le­żał czło­wiek z rę­kami skrzy­żo­wa­nymi na piersi, jego mar­twe ciało owi­nięte było w ban­daże. Fa­raon spoj­rzał w lewo, gdzie na drew­nia­nym stole stały zdo­bione mie­dziane misy. W każ­dej z nich sta­ran­nie uło­żono or­gany, wy­cią­gnięte już z ciała nie­bosz­czyka i sta­ran­nie oczysz­czone. Kruki prze­raź­liwe kra­kały, nie­które ze stra­chu pró­bo­wały od­dzio­bać so­bie nogi.

Fa­raon spoj­rzał na głów­nego ka­płana. Ten­stał nie­opo­dal, trzy­ma­jąc w rę­kach ciężką czarną księgę i dźwi­ga­jąc ją, jakby wa­żyła wię­cej niż wszyst­kie se­krety, które skry­wała. Jej oprawa lśniła zło­tymi zdo­bie­niami, a aura przed­miotu zda­wała się wy­wo­ły­wać w oto­cze­niu nie­uchwytny nie­po­kój. Ta­jem­ni­cza księga mo­gła zo­stać otwarta je­dy­nie spe­cjal­nym klu­czem.

- Czy wszystko go­towe? - spy­tał fa­raon z głową unie­sioną wy­soko, uka­zu­jąc złoto i ko­lo­rowe ka­mie­nie wi­szące na jego szyi.

- We­dle twej woli, pa­nie - od­parł nie­pew­nie stary ka­płan.

- I do­brze, bo wola moja jest nad in­nymi wy­soko, jak niebo jest wy­soko nad zie­mią. - Fa­raon oparł dłoń na ciele za­ban­da­żo­wa­nego nie­bosz­czyka i po­ło­żył na nim czarny szty­let z ka­mie­niem przy­twier­dzo­nym do rę­ko­je­ści.

- Mój pa­nie, je­śli po­zwo­lisz - wtrą­cił ka­płan z wa­ha­niem. Jego słowa były le­dwo sły­szalne wśród kra­ka­nia i ło­po­ta­nia skrzy­deł pta­ków. - Czyż pew­nyś swych de­cy­zji, o pa­nie? Mu­sisz wie­dzieć, że gdy to się po­wie­dzie, nie bę­dzie już od­wrotu. Ten czło­wiek do­ko­ny­wał okrop­nych czy­nów za ży­cia, a o jego okru­cień­stwie mówi się w kra­jach na za­cho­dzie. To nie­roz­ważne, by prze­pro­wa­dzać na nim ry­tuał od­ro­dzo­nych. Gdy się wy­bu­dzi, nie bę­dzie je­dy­nie dłu­go­wieczny, bę­dzie mógł umrzeć, lecz śmierć nie bę­dzie wieczną, al­bo­wiem po­wróci, gdy ciało bę­dzie na to go­towe. W świe­cie umar­łych bę­dzie ist­niał obok nie­uś­pio­nych, a to zna­czy...

- Da­ruj mi czcze ga­da­nie, bo mó­wisz do mnie jak głu­piec - prze­rwał mu fa­raon. - I niech to, co tu się sta­nie, nie ciąży na twym su­mie­niu. Nad­cho­dzą nowe czasy, o ja­kich lu­dowi Egiptu na­wet się nie śniło. Przed stwo­rze­niem wy­stę­puje znisz­cze­nie. A ci, któ­rych bo­go­wie po­sta­no­wią oszczę­dzić, uj­rzą nowy świat! - Cof­nął się o kilka kro­ków i skrzy­żo­wał ręce na piersi. - Stary świat zo­sta­nie za­lany ze­psutą krwią, która wdarła się w ra­miona Egiptu. A imię tych, któ­rzy tego do­ko­nali, bę­dzie wy­ryte w ka­mie­niu i na ustach lu­dzi po wieki - uniósł rękę przed sie­bie - gdyż czasu już brak i tej chwili zmar­no­wać nam nie wolno. Na­stęp­nej spo­sob­no­ści już nie bę­dzie. Roz­po­czy­naj­cie!

Ka­płan z trwogą spoj­rzał na po­zo­sta­łych zgro­ma­dzo­nych, dzie­lą­cych jego obawy. Na­stęp­nie za­jął po­zy­cję i po­pra­wił czarną księgę.

Za­czął czy­tać.

Roz­dział 1

Nasz syn

Zbo­czył z trasy. Ni­gdy wcze­śniej tego nie ro­bił, wie­dząc, że w ta­kim miej­scu naj­le­piej trzy­mać się grupy. Po­dą­żał za po­sta­cią, która nie pa­so­wała do tego świata, kimś, o kim sły­szał je­dy­nie w mro­żą­cych krew w ży­łach opo­wie­ściach. Ostroż­nie prze­mknął po­mię­dzy dwoma du­żymi na­mio­tami, ści­śnię­tymi tak bli­sko sie­bie, że two­rzyły kur­tynę za­sła­nia­jącą to, co znaj­do­wało się za nimi. Od­wró­cił się, by spraw­dzić, czy nikt go nie śle­dzi. Wiatr po­wiał gwał­tow­nie, sy­piąc pia­skiem w oczy, a tka­niny na­mio­tów za­tań­czyły z ło­po­tem. Gdy wszystko się uspo­ko­iło, uj­rzał istotę owi­niętą w ban­daże sto­jącą na jed­nej zgię­tej w ko­la­nie no­dze, która wpa­try­wała się w niego przez małe otwory na oczy. Mu­mia dy­szała ciężko, była ni­ska i drob­nej bu­dowy, co nie wska­zy­wało na to, by miała dużą siłę fi­zyczną.

Prze­łknął ner­wowo ślinę. Kro­ple potu spły­wały mu po karku, chło­dząc roz­grzane pu­styn­nym słoń­cem ciało. Mu­mia drgnęła i lek­kim, pul­su­ją­cym ru­chem po­ru­szyła prawą dło­nią. Głowę prze­krzy­wiła na bok, jakby z bólu. Na­gle oban­da­żo­wana kre­atura rzu­ciła się na niego z gar­dło­wym krzy­kiem i char­ko­tem. Gdy zna­la­zła się tuż przy nim, ma­te­riały z po­bli­skiego na­miotu osu­nęły się i za­kryły go ca­łego, po­grą­ża­jąc w ciem­no­ści. Szar­pał się i rzu­cał, aż w końcu wy­grze­bał się na ze­wnątrz, sta­jąc chwiej­nie na no­gach. Do­piero wtedy do­strzegł, że torba z do­brami, które ku­pił dla swo­jej matki, a którą za­rzu­cił na ra­mię, znik­nęła. Mu­mia wciąż stała w tym sa­mym miej­scu co wcze­śniej.

- Od­da­waj! - wrza­snął, uno­sząc pięść, by ude­rzyć.

- Nie mam! Ka­zali mi! - od­parła.

Wi­dząc strach w oczach owi­nię­tego ban­da­żami dzie­ciaka, zro­zu­miał, że ten mó­wił prawdę. Do­strze­gł­szy prze­rwę w na­mio­cie, wsko­czył do środka stra­ganu peł­nego zdo­bio­nych wa­zo­nów i dy­wa­nów, po­cho­dzą­cych z kra­jów za czer­woną zie­mią. Mię­dzy tłu­mem lu­dzi a gę­sto wi­szą­cymi na sznur­kach pa­miąt­kami za­uwa­żył ucie­ka­ją­cego męż­czy­znę. Już miał za nim po­biec, gdy przy­po­mniał so­bie, że gdy znaj­do­wał się pod ma­te­ria­łem, po­czuł wię­cej niż jedną parę ro­słych rąk. Za­wró­cił przez dziurę mię­dzy na­mio­tami i skie­ro­wał się na tyły stra­ganu. Tam uj­rzał zło­dziei wraz z małą mu­mią, któ­rzy z za­cie­ka­wie­niem przy­glą­dali się za­war­to­ści skra­dzio­nej torby.

- Zwróć­cie mi moją wła­sność, a oszczę­dzi­cie mie­dzia­nych mo­net, które mu­sie­li­by­ście za­pła­cić le­ka­rzom ze świą­tyni Amona, by was le­czyli. Obie­cuję też, że je­żeli tak uczy­ni­cie, pusz­czę tę sprawę w nie­pa­mięć i nie będę was bił, tak jak to zro­bię, je­żeli od­mó­wi­cie - po­wie­dział Mose, nie kry­jąc zde­ner­wo­wa­nia.

Zło­dzieje ze­rwali się, za­sko­czeni, nie spo­dzie­wa­jąc się jego obec­no­ści. Są­dzili, że zła­pie przy­nętę i po­bie­gnie za naj­szyb­szym z nich. Grupka pię­ciu chło­pa­ków była ubrana w po­dobny spo­sób. Mieli ja­sne lniane chu­sty za­sła­nia­jące twa­rze, ciemne spodenki się­ga­jące po­łowy łydki oraz luźne tka­niny za­rzu­cone na torsy i prze­wią­zane cien­kimi sznur­kami. Ich dło­nie i pisz­czele były po­kryte licz­nymi ra­nami. Jak przy­pusz­czał Mose, byli to na­jem­nicy, trud­niący się głów­nie prze­ga­nia­niem pi­ja­nej ho­łoty z do­mów roz­pu­sty.

- Torba. - Wska­zał pal­cem na płó­cienny wo­rek z je­dze­niem, który zo­stał mu skra­dziony.

Ra­bu­sie spoj­rzeli po so­bie i po­ło­żyli wo­rek za ple­cami, po czym sta­nęli, blo­ku­jąc do niego do­stęp.

- Mose! Ja go znam, to jest... - krzyk­nął naj­da­lej sto­jący i naj­mniej­szy ze zło­dziei, któ­remu ma­te­riał ze­śli­zgnął się z twa­rzy, przez co nie do­koń­czył zda­nia, gdyż za­jęty był ob­wią­zy­wa­niem jej na nowo.

- Zna­cie me imię, mu­si­cie więc też wie­dzieć, co na was spad­nie, gdy torby nie od­da­cie - wtrą­cił Mose i zro­bił krok w ich stronę. - Odejdź­cie, a daję słowo, że nie po­ła­mię wam rąk ki­jem. Bę­dzie­cie mo­gli da­lej kraść, choć jest to wbrew memu su­mie­niu, gdyż kra­dzież mnie drażni i wpra­wia w gniew. - Wy­cią­gnął rękę, by od­dano mu torbę.

Na­past­nicy po­pa­trzyli po so­bie. Nie było mowy o ucieczce, gdyż za nimi wy­ra­stała wy­soka skarpa, z któ­rej próba zej­ścia wią­zała się ze zła­ma­nym kar­kiem.

- Daj mu torbę - wtrą­cił dzie­ciak prze­brany za mu­mię. - Już da­jemy...

Li­der uniósł kij, stra­sząc chłopca i nie po­zwa­la­jąc mu do­koń­czyć. Jako je­dyny no­sił okry­cie głowy w ko­lo­rze czer­wo­nym. Spoj­rzał na tyły stra­ganu z żyw­no­ścią, roz­ło­żo­nego przy dro­dze pro­wa­dzą­cej do mia­sta Mem­fis. Tędy czę­sto prze­jeż­dżali kupcy, rol­nicy i han­dla­rze z od­le­głych krain. Wiel­błądy le­żały spo­koj­nie, przy­wią­zane do drew­nia­nych pali wbi­tych w roz­grzaną od słońca zie­mię. Odór ich od­cho­dów, po­tę­go­wany ża­rem, uno­sił się w po­wie­trzu. Kupcy, któ­rych sto­iska znaj­do­wały się naj­bli­żej, czę­sto mar­no­wali wodę, wy­le­wa­jąc ją na zie­mię, by choć tro­chę osła­bić za­pach i nie od­stra­szać klien­tów.

Gwar han­dlu­ją­cych i kłó­cą­cych się o ceny Sy­ryj­czy­ków, któ­rzy krzy­czeli naj­gło­śniej, mie­szał się z brzę­kiem przy­mie­rza­nych łań­cu­chów z ko­lo­ro­wymi ka­mie­niami. Obi­ja­jące się dzbany i jęki nie­wol­ni­ków, dźwi­ga­ją­cych na obo­la­łych bar­kach za­kupy swo­ich pa­nów, do­peł­niały cha­osu. Wła­ści­ciele w tym cza­sie na­dal oglą­dali zdo­bione dy­wany i barwne na­szyj­niki, by umi­lić swym żo­nom swój po­wrót z wie­lo­mie­sięcz­nej wy­prawy. Cały ten har­mi­der za­głu­szał to, co wła­śnie działo się za naj­więk­szym stra­ga­nem.

Li­der grupy wy­cią­gnął nóż, który bły­snął, od­bi­ja­jąc świa­tło egip­skiego słońca.

- Wra­caj do sie­bie, Mose. Nie ma tu nic, co by­łoby twoją wła­sno­ścią. A tę torbę zna­leź­li­śmy po­rzu­coną, prze­cież żeś nie wi­dział, jak że­śmy to my od cie­bie za­bie­rali. Tak oto nie wiemy, czy ten wo­rek na­leży do cie­bie. Twoje słowa to za­tem zwy­kłe oszczer­stwa i wy­mówki na twą bie­dotę. - Uniósł nóż w stronę Mose tak, by ten go wi­dział.

Reszta grupy się uśmiech­nęła i po­szła w jego ślady.

- Się­gnij­cie po ro­zum! - krzyk­nął za­ban­da­żo­wany chło­piec.

- Stul pysk! Je­żeli brak ci od­wagi, to idź, póki jesz­cze nic żeś mi nie­dłużny Bo dla tchó­rzy tu miej­sca brak!

Chło­pak prze­brany za mu­mię za­ci­snął pię­ści i od­szedł na bok, ale nie uciekł. Mose zdjął torbę z dru­giego ra­mie­nia i odło­żył ją na bok, po czym po­ło­żył na niej ma­te­riał, który zdjął z głowy. Pełne słońce grzało go te­raz w od­sło­niętą skórę. Wie­dział, że tka­nina zsu­nie się w trak­cie walki albo zo­sta­nie po­darta. Mar­twił się też o luźno za­wią­zane san­dały, które na po­dróż za­ci­snął sła­biej, by nie ocie­rały zmę­czo­nych stóp. Do walki jed­nak wszystko mu­siało być do­pa­so­wane i miało słu­żyć jak druga skóra. Mose był dwu­dzie­sto­let­nim, wy­so­kim i do­brze zbu­do­wa­nym męż­czy­zną. Był też wy­jąt­kowo silny i wpra­wiony w walce. Jego tu­łów okry­wał ciem­no­zie­lony ma­te­riał wy­ko­nany z prze­wiew­nego lnu, który trzy­mał się na pa­sach ma­te­riału na jego ra­mio­nach, miał też czarne spodnie za ko­lano prze­wią­zane cien­kimi sznur­kami. Trzy­ty­go­dniowy, gę­sty za­rost, z rzad­szym miej­scem na le­wym po­liczku, kon­tra­sto­wał z wy­go­loną głową. Jego pro­sty, cienki nos zmarsz­czył się, gdy Mose mocno za­gryzł wą­skie usta. Spo­glą­dał na zło­dziei zie­lo­nymi oczami dra­pież­nie jak lew wy­pa­tru­jący ofiary w wy­so­kiej tra­wie.

Pierw­szy na­past­nik rzu­cił się na niego, ale Mose kop­nął w pia­sek, sy­piąc nim w twarz prze­ciw­nika. Gdy ata­ku­jący się za­trzy­mał, pró­bu­jąc wy­trzeć dro­binki z oczu, Mose do­sko­czył do niego i wy­krę­cił mu rękę, ła­miąc przy tym nad­gar­stek. Po­tem do­bił go łok­ciem, ce­lu­jąc pro­sto w jego wargi. Zło­dziej upadł na zie­mię, a wy­bite zęby wpa­dły mu do gar­dła i za­czął się du­sić. Mose chwy­cił nóż i ci­snął nim, wbi­ja­jąc ostrze w stopę ko­lej­nego na­past­nika i cał­ko­wi­cie wy­łą­cza­jąc go z dal­szej walki.

- Na wszyst­kie de­mony, za­prze­stań­cie tego sza­leń­stwa! - krzyk­nął prze­raź­li­wie chło­piec prze­brany za mu­mię, który le­d­wie trzy­mał się na trzę­są­cych się ze stra­chu no­gach, przez co wznie­cał pod sobą kurz.

Mose wy­ko­ny­wał płynne ru­chy, uni­ka­jąc noży i ki­jów, któ­rymi dwóch po­zo­sta­łych oprysz­ków wy­ma­chi­wało za­cie­kle w go­rą­cym po­wie­trzu. Gdy je­den z nich za­mar­ko­wał cios, na chwilę za­trzy­mu­jąc się w ru­chu, Mose wy­ko­rzy­stał mo­ment i chwy­cił go za ra­mię, by siłą jego roz­pędu pchnąć go za sie­bie. Na­past­nik stra­cił rów­no­wagę i ru­nął na ka­mień, roz­ci­na­jąc skórę na czole. Wy­pu­ścił nóż, po czym padł na plecy i wierz­ga­jąc cha­otycz­nie no­gami na su­chej ziemi, pró­bo­wał za­ta­mo­wać krwa­wiącą ranę.

- Po­tnę cię za to! - ryk­nął do­wódca z czer­woną chu­stą na gło­wie.

Mimo tych od­waż­nych słów Mose do­strzegł nie­pew­ność w jego oczach. Wie­dział, że walka jest już wy­grana. Zło­dziej cały czas ner­wowo się po­ru­szał, ale nie ata­ko­wał, jakby szu­kał ide­al­nego mo­mentu na cię­cie. Mose, sto­jąc na ugię­tych ko­la­nach, cier­pli­wie ob­ser­wo­wał każdy jego ruch. Gdy tylko tam­ten wziął za­mach znad głowy, bły­ska­wicz­nie do­sko­czył, unie­moż­li­wia­jąc cios. Otwartą dło­nią ude­rzył w jego krtań, a na­past­nik za­char­czał jak wy­czer­pany byk. Mose prze­rzu­cił go przez ra­mię, a li­der ru­nął na zie­mię, wznie­ca­jąc chmurę pyłu. Ku za­sko­cze­niu Mose, męż­czy­zna szybko wstał, lecz prze­stra­szony od­sko­czył na bok, wal­cząc o każdy ko­lejny wdech.

- Za­biję cię! Na­poję zie­mię twoją krwią! - wrza­snął ten z roz­cię­tym o ka­mień czo­łem, bie­gnąc z twa­rzą za­laną krwią w stronę okra­dzio­nego męż­czy­zny.

Mose za­mie­rzał zro­bić unik, ale jego spo­cona stopa wy­su­nęła się piętą z luźno zwią­za­nego san­dału, zry­wa­jąc przy tym skó­rzany pa­sek. Nogi roz­je­chały się mu na boki, unie­moż­li­wia­jąc unik przed na­past­ni­kiem, który mie­rzył pro­sto w jego szyję, chcąc go za­bić. Wtedy zło­dziej na­gle do­stał ka­mie­niem w plecy.

- By­dlaki! Zwy­rod­nialcy! Psie od­chody! - krzy­czał oj­ciec Mose, Ke­ftir, rzu­ca­jąc w na­past­ni­ków ka­mie­niami i wy­zy­wa­jąc ich gło­śno.

Zło­dzieje ze­rwali się do ucieczki. Mose wstał, ostatni raz spo­glą­da­jąc na ucie­ka­ją­cego chłopca prze­bra­nego za mu­mię i na mo­kre ban­daże w oko­licy jego kro­cza. Po­tem uklęk­nął i za­czął zbie­rać je­dze­nie do torby, to samo, które tamci po­roz­rzu­cali i po­de­ptali pod­czas ucieczki. Więk­szość była znisz­czona, zgnie­cione wa­rzywa i owoce nie nada­wały się już do je­dze­nia. Oca­lał je­dy­nie bo­che­nek czer­stwego chleba o gu­mia­stym wierz­chu, bo ta­kie pie­czywo było tań­sze.

- Czemu żeś mnie nie wo­łał?! Wy­dłu­bał­bym im śle­pia i po­ob­ci­nał palce, by nic już ni­komu nie ukra­dli! - Oj­ciec wy­krzyk­nął ostat­nie słowa na tyle gło­śno, by mieć pew­ność, że zło­dzieje je usły­szą. Kuś­ty­ka­jąc w stronę syna, wciąż mru­czał obe­lgi pod no­sem.

Męż­czy­zna nie­gdyś był woj­sko­wym, no­sił imię znane każ­demu, kto słu­żył w ar­mii, gdyż jego czyny przy­czy­niły się do zwy­cię­stwa w wielu woj­nach. Pod­czas jed­nej z wy­praw stra­cił nogę i oko: nogę od­cięto, a oko się roz­pły­nęło, za­nim do­nie­siono go na tyły pola walki. Po­ru­szał się, wspie­ra­jąc na drew­nia­nej la­sce, wy­ko­na­nej spe­cjal­nie dla niego przez wy­so­kiego rangą ka­płana ze świą­tyni Amona, który przy­cho­dził do ich domu, by go le­czyć. Opiekę tę otrzy­mał na roz­kaz fa­ra­ona w po­dzięce za od­da­nie i za­sługi dla Egiptu.

- Nie po­trze­bo­wa­łem po­mocy - od­parł Mose. - Te osły może ręce mają sprawne w kra­dzieży, ale noża uży­wali w ży­ciu co naj­wy­żej do kro­je­nia ce­buli.

- Tylko to się ostało? - spy­tał jego oj­ciec. Oczy męż­czy­zny roz­sze­rzył strach i świa­do­mość cze­ka­ją­cego ich głodu.

- Nie martw się, tato, zło­wię dla nas ryby.

- Co mó­wisz - obu­rzył się męż­czy­zna. - Wiesz, że po­łowy w Nilu są su­rowo za­bro­nione. Mogą to ro­bić tylko ry­bacy fa­ra­ona. Chcesz być wy­chło­stany? Albo żeby cię ła­mali ko­łem? Wolę nie pić i nie jeść, niż pa­trzeć na taki wi­dok. Bo żem w ży­ciu już się na­pa­trzył na okru­cień­stwo lu­dzi i nie ma su­mie­nia ani wstydu pod­chmie­lony żoł­nierz, któ­remu do­wódca nie wy­dał roz­kazu po zdo­by­ciu wio­ski wroga. Dla­tego za­bra­niam ci ło­wie­nia ryb tam, gdzie jest to za­ka­zane sło­wem i pra­wem fa­ra­ona.

Mose, czysz­cząc z pia­sku to, co jesz­cze się nada­wało do zje­dze­nia, prze­wra­cał oczami, gdyż jego oj­ciec miał w zwy­czaju po­rów­ny­wać wszystko i wszyst­kich do swo­ich do­świad­czeń wo­jen­nych. A te trwały la­tami, gdyż ma­sze­ro­wali na są­sied­nie pań­stwa, w celu po­sze­rza­nia gra­nic i prze­no­sze­nia co­raz da­lej ka­mieni gra­nicz­nych.

- Pra­wisz, jak­byś tylko stał i pa­trzył - sko­men­to­wał Mose.

- Za­kryj głowę ma­te­ria­łem. Słońce mu­siało za­go­to­wać ci łeb, bo słowa twoje są głu­pie jak żaby.

- Dla­czego ryby w rzece są do­stępne tylko dla fa­ra­ona i jego lu­dzi? Tak oni, jak i my, to ci sami lu­dzie. Je­ste­śmy Egip­cja­nami, więc tak oni po­winni, jak i my po­win­ni­śmy ko­rzy­stać z dóbr, które przy­nosi nam Nil. My mu­simy za nie pła­cić zło­tem i sre­brem, bo chciwi urzęd­nicy mie­dzi już nie przyj­mują, choć i z tego je­ste­śmy uszczu­plani przez po­datki. Fa­raon to zwy­kły...

- Ani słowa wię­cej! - ryk­nął oj­ciec, uci­sza­jąc syna.

Mose za­rzu­cił obie torby na swoje ra­miona i mi­nął go z kwa­śnym wy­ra­zem twa­rzy, uni­ka­jąc kon­taktu wzro­ko­wego.

- Krwa­wisz, zra­nili cię? - spy­tał Ke­ftir, wska­zu­jąc na za­bar­wiony na czer­wono ło­kieć.

- Na ogon kro­ko­dyla! - za­klął zmar­twiony Mose. - To nie moja krew.

- Za­tem skąd ta tro­ska? - Oj­ciec kuś­ty­kał za sy­nem.

- Cu­dzą krew jest rów­nie ciężko zmyć jak wła­sną, a ta spla­miła mi ko­szulkę. Mama po­wiesi mnie głową do dołu, gdy to zo­ba­czy.

Po­szli da­lej, mi­ja­jąc stra­gan pe­łen lu­dzi. Mose pa­trzył na dy­wany, na któ­rych bo­gato wy­ło­żono owoce, z prze­wagą dak­tyli i in­nych słod­ko­ści, któ­rych nazw nie znał. Wi­dok ten spra­wiał, że ślinka cie­kła mu z ust, a skosz­to­wać tych sma­ko­ły­ków udało mu się tylko raz, w po­dzięce za po­moc w od­pę­dze­niu na­chal­nego kupca. Ów ku­piec gło­śno nie zga­dzał się z marżą na­rzu­caną przez są­siada, który han­dlo­wał to­wa­rami z od­le­głych za­chod­nich krain. Za­miast de­be­nów czy złota Mose wziął słod­ko­ści jako za­płatę. Mimo że póź­niej bo­lał go brzuch od ich ilo­ści, ni­gdy tego nie ża­ło­wał. Prze­pchnęli się przez tłum lu­dzi, cuch­ną­cych po­tem, i wy­szli ze stra­ganu, do któ­rego wej­ście zdo­biły brzę­czące ko­ra­li­kowe na­szyj­niki. Spoj­rzeli na ostat­nie na­mioty z dzba­nami i ozdobną bro­nią, je­dze­nia nie wy­sta­wiano na ze­wnątrz, bo szybko by się ze­psuło. Mose za­trzy­mał się na krótko, wi­dząc wa­zon z ma­lo­wi­dłem mu­mii, która, jak mu się zda­wało, pa­trzyła wprost na niego. Po chwili jed­nak do­go­nił ojca.

Gdy opu­ścili te­ren stra­ga­nów, słońce ude­rzyło w nich bez li­to­ści. Ka­mienne płyty ustą­piły zło­temu pia­skowi, który dra­pał skórę, wpa­da­jąc po­mię­dzy stopę a po­de­szwę znisz­czo­nego san­dału. Za­rzu­cili na głowy chu­sty i szli da­lej. Po­wie­trze pa­rzyło płuca, bez róż­nicy, czy wdy­chali je no­sem, czy ustami. Co chwilę zwil­żali su­che gar­dła wodą, choć oj­ciec w miarę moż­li­wo­ści ro­bił to wi­nem, wy­krzy­wia­jąc przy tym twarz, bo było cie­płe. Cze­kała ich długa droga, a z nie w pełni spraw­nym oj­cem cią­gnęła się w nie­skoń­czo­ność.

- Na­pij się - ode­zwał się Mose, po­da­jąc Ke­fti­rowi sa­kwę z wodą, ale ten po­ki­wał głową prze­cząco.

- Za­bierz to sprzed mo­ich oczu - od­parł oj­ciec, nie­mal ob­ra­żony. - Gdy szli­śmy w bój, a wielu z nas na gwał­towną śmierć, wzno­sząc za sobą chmurę pyłu od na­szych kro­ków, wody było mało i trzeba było pić oszczęd­nie. Na­wet wy­żsi ofi­ce­ro­wie na­rze­ka­jący na upał, ja­dąc w swych lek­ty­kach, oszczę­dzali wodę i za­stę­po­wali ją wi­nem, bo była bar­dziej po­trzebna na miej­scu, by na­poić ko­nie do wo­zów bo­jo­wych. Nie tak jak...

- Tak, wiem - prze­rwał mu syn. - Wy je­ste­ście prawi wo­jow­nicy, a wszy­scy ci, co piją wodę wraz z na­dej­ściem pra­gnie­nia, to nie­udacz­nicy i sła­be­usze, któ­rzy nie skosz­to­wali ni­gdy trudu ży­cia.

- Żarty przy­cho­dzą ci na myśl, gdy opo­wia­dam o rze­czach waż­nych, a sam żeś sta­nął jak wbity w zie­mię kij, gdy żeś mu­mię zo­ba­czył. - Ke­ftir splu­nął i mó­wił da­lej: - Dla­tego wy­strze­gać się mu­sisz bluź­nierstw, a o bo­gach masz mó­wić z po­korą, bo gdy przyj­dzie ci sta­nąć na­prze­ciw mu­mii, to cie­bie wraz z ca­łym Egip­tem spo­tka los strasz­niej­szy, niż ja­ka­kol­wiek rzecz stała się na tej ziemi.

- Mu­mie są tak samo zmy­ślone jak i bo­go­wie, któ­rych nikt nie wi­dział, ale wszy­scy twier­dzą, że im się ob­ja­wiają, choć tylko wtedy, gdy czer­pią z tego ko­rzy­ści. - Mose par­sk­nął i po­pra­wił ma­te­riał, który zsu­nął mu się z nosa. - Może też brak im roz­sąd­nych słów, by nie było do­wodu, że głupi są jak szczury. Przyj­dzie dzień, gdy to sza­leń­stwo zo­sta­nie z ludz­kiego ro­zumu wy­ple­wione, a duch jego za­kwit­nie.

- Ciesz się, żem nie za­brał ze sobą kija, bo zła­mał­bym go te­raz na twoim łbie i po­tem nie miał­bym kija. Bo­go­wie ist­nieją, a lu­dzie będą słać im ob­fite dary. Tak jest i bę­dzie na za­wsze.

Ich po­ga­wędkę prze­rwał krzyk jed­nego z kup­ców, który wy­mu­sił na nich, by ze­szli z ubi­tej drogi na grzą­ski i pie­kący skórę pia­sek. Prze­je­chał obok nich na swym wiel­błą­dzie, a za sobą pro­wa­dził in­nego wiel­błąda, do któ­rego przy­wią­zane były trzy ko­lejne dźwi­ga­jące jego wła­sność, którą ku­pił bądź nie sprze­dał. Trudno było orzec, gdyż męż­czy­zna ten w wio­sce po za­chod­niej stro­nie Nilu był naj­bo­gat­szy i dóbr za­wsze miał po­nad stan.

- Mam na­dzieję, że was nie prze­stra­szy­łem - po­wie­dział ku­piec, po­chy­la­jąc się do nich. Twarz miał za­krytą chu­stą, która chro­niła go przed słoń­cem.

- Skądże - od­parł Mose, uno­sząc rękę. - Do­brze cię wi­dzieć, Mikte.

- Idzie­cie do wio­ski?

- Tak, wra­camy z targu z pro­wian­tem.

Mikte spoj­rzał na dwie nie­wy­peł­nione torby i po­wie­dział:

- Bo­go­wie sprzy­jali dziś w han­dlu, mimo iż wielki Ra nie szczę­dzi słońca. Tak oto mój ostatni wiel­błąd wraca bez ob­cią­że­nia. Jedź­cie za­tem ze mną. Nie wy­pada, by zwie­rzę od­po­czy­wało, gdy czło­wiek się mę­czy, a i wina mam tyle, że na trzech wy­star­czy.

- Nie ob­noś się tak ze swoim bo­gac­twem! - wrza­snął ka­pry­śnie Ke­ftir. - Nie je­ste­śmy że­bra­kami i po­mocy two­jej nam nie trzeba. Nogi mamy, sami uj­dziemy!

Ku­piec spoj­rzał na Mose, który tylko wzru­szył ra­mio­nami. Naj­bli­żej sto­jący wiel­błąd trą­cił Ke­ftira łbem i mu­snął go du­żymi war­gami. Obu­rzony męż­czy­zna ode­pchnął go i prze­klął, lecz zwie­rzę nie da­wało za wy­graną. Ku­piec za­śmiał się, po­chy­lił głowę na po­że­gna­nie, po czym krzyk­nął na swoją ka­ra­wanę zwie­rząt nio­są­cych jego to­wary. Nie­wol­nicy, idąc obok, utrzy­my­wali szyk, gdy ru­szył w dal­szą drogę. Mose pa­trzył na kupca z po­dzi­wem. Tak wi­dział sie­bie w przy­szło­ści, jako za­moż­nego han­dla­rza, któ­rego lu­dzie po­dzi­wiają i mu za­zdrosz­czą, a ży­cie jego wy­peł­nią po­dróże, pod­czas któ­rych uj­rzy na wła­sne oczy cztery strony świata.

- Wą­troba mi się wy­wraca, gdy wi­dzę, jak chełpi się swym do­bro­by­tem. Żon ma wiele, bo nie­wierny jest, a jego serce jest czarne jak po­piół - sko­men­to­wał Ke­ftir i splu­nął na pia­sek, który za­sy­czał.

Ru­szyli da­lej. Jed­nak Ke­ftir nie mógł po­go­dzić się z tym, jak jego syn spo­glą­dał na od­jeż­dża­jące wiel­błądy.

- Gdy­byś wstą­pił do woj­ska - pod­jął swój zwy­cza­jowy wy­wód. - Gdy­byś do­ko­nał wiel­kich czy­nów w boju, twoje imię by­łoby pa­mię­tane i po­wta­rzane na ustach wszyst­kich, a o złoto byś się mar­twić nie mu­siał, bo po plą­dro­wa­niu miast to, co żoł­nierz unie­sie, na­leży do niego, wraz z nie­wol­ni­kami. Nie uczy­łem cię tylko wal­czyć, na­uczy­łem cię rów­nież pi­sać. Mało kto po­siada tę umie­jęt­ność, a to sprawi, że we­zmą cię na ofi­cera i bę­dziesz za­rzą­dzał co naj­mniej setką wo­jow­ni­ków. Bę­dziesz sie­dział w wy­god­nej lek­tyce bądź na wo­zach bo­jo­wych oto­czony tar­czow­ni­kami, na ty­łach wojny, i opi­sy­wał jej prze­bieg. Czas jest od­po­wiedni, bo twoje włosy zo­stały ścięte, a to zna­czy, żeś już męż­czy­zna.

Ke­ftir ma­ru­dził i rzu­cał pre­ten­sjami, pod­czas gdy nad ich gło­wami prze­le­ciał so­kół. Pisz­cząc gło­śno, po­niósł echo po pu­styni, a w swych szpo­nach trzy­mał za­bi­tego węża. Mose za­trzy­mał się, by po­pra­wić ro­ze­rwany san­dał, po czym prędko do­go­nił ojca.

- Jak­bym opu­ścił dom, to nie miałby kto po­ma­gać. Sin­kek był już stary, gdy przy­pro­wa­dzi­łeś go z wojny. Tak te­raz bar­dziej za­wa­dza, niż po­maga z ra­cji swo­jego wieku.

Oj­ciec mach­nął ręką, jakby mu to było obo­jętne, ale Mose wie­dział, że to nie­prawda. Duma i upar­tość Ke­ftira nie po­zwa­lały mu przy­znać, że bez po­mocy syna nie byłby w sta­nie za­dbać o dom, a na­ma­wiał go do jego opusz­cze­nia, gdyż nie chciał, by ten spę­dził na pil­no­wa­niu star­ców mo­mentu, gdy jego mę­stwo jest w swo­jej wio­śnie.

- Będę kup­cem jak Mikta, ty i mama już ni­gdy nie bę­dzie­cie mu­sieli za­sy­piać z od­czu­ciem głodu. Ku­pię wam kilku mło­dych nie­wol­ni­ków, któ­rzy przy­go­tują strawę i wodę po­da­dzą, gdy za­sko­czy was pra­gnie­nie.

- Tylko wola bo­gów mo­głaby skie­ro­wać twój los na han­del. Nie masz czym han­dlo­wać. To, co po­sia­dasz, to umie­jęt­no­ści walki, któ­rych uczy­łem cię, od kiedy mo­głeś utrzy­mać kij w dłoni. Jest to sztuka, którą i ja po­tra­fię.

- Mam już dość bo­gów i fa­ra­ona. Pierwsi nie ist­nieją, a drugi ma się za lep­szego od in­nych, a je­dyne, co ma lep­szego niż inni, to mnie­ma­nie o so­bie.

Oj­ciec uniósł la­skę, by trza­snąć syna w głowę. Ale ten od­sko­czył z uśmie­chem.

- Prze­stań bluź­nić, ję­zyk ci od tego od­pad­nie. Chcesz być kup­cem? - par­sk­nął i za­czął iść da­lej. - Po­wiedz mi, synu, czy sprze­da­łeś coś kie­dyś? Mu­sisz umieć mó­wić to, co inni chcą usły­szeć. Czy­tać z nich jak z księgi. Od­chu­dzisz w ten spo­sób ich sa­kwy, gdyż nie zro­bią tego ich żony. One same ni­gdy nie schudną, bo grube są i le­niwe od przy­bytku - splu­nął. - A te­raz za­daj so­bie py­ta­nie, Mose. Czy te umie­jęt­no­ści, któ­rymi dzie­li­łeś się na ty­łach stra­ganu, są umie­jęt­no­ściami kupca? Po­bór do woj­ska za­czyna się za sie­dem nocy, ofi­ce­rem jest mój druh, z któ­rym wal­czy­łem prze­ciw Sy­ryj­czy­kom, miał­byś tam ła­twiej.

Mose po­chy­lił głowę i szedł przed sie­bie, mil­cząc. Droga za­jęła im już kilka go­dzin, a jej ostat­nim eta­pem była wspi­naczka na szczyt wy­dmy. Spo­cone ciała i zmę­czone nogi, otarte na pal­cach i pię­tach, da­wały się we znaki. Wtedy za­uwa­żyli pył uno­szący się zza szczytu pchany przez wiatr, ktoś nad­cią­gał znad wy­dmy. Po chwili uj­rzeli zbie­ra­czy po­dat­ków. Było ich trzech, odzia­nych w zbroje z wi­ze­run­kiem fa­ra­ona i pi­ra­mid, które no­sili na tu­ło­wiu, oraz skó­rzane płachty się­ga­jące ko­lan. Na ich pisz­cze­lach i nad­garst­kach wid­niały skó­rzane ochra­nia­cze. Ich głowy osła­niał biały ma­te­riał. Wiel­błądy dźwi­gały ich tar­cze, mie­cze i łuki ze strza­łami. Mi­ja­jąc Mose i jego ojca, zbie­ra­cze spoj­rzeli w ich kie­runku z wy­raźną po­gardą, śmie­jąc się z nich. Mose za­uwa­żył ich po­ra­nione pię­ści, co su­ge­ro­wało, że ktoś znów od­mó­wił za­pła­ce­nia po­datku. Po­pa­trzył zde­ner­wo­wany na jed­nego ze straż­ni­ków, utrzy­mu­jąc kon­takt wzro­kowy tak długo, aż tam­ten od­wró­cił spoj­rze­nie.

- Prze­stań - skar­cił go oj­ciec i syn od­pu­ścił.

- Żoł­nie­rze, czy to pie­chota, woź­nicy czy zbie­ra­cze po­dat­ków, to część ar­mii i po­winni ci się ukło­nić - wy­ja­śnił Mose.

- To za­da­nie przy­pada naj­więk­szym men­dom. Biją ki­jami, nie pa­trząc, czy to dziecko, czy sta­rzec, a wolą ich jest, by krzyw­dzić. Za­pa­mię­taj, synu. Ci, któ­rzy zbie­rają po­datki, to nie żoł­nie­rze, to mendy i łaj­daki. Ale los nie bę­dzie dla nich ła­skawy, bo­go­wie mają spe­cjalne miej­sce dla ta­kich jak oni.

Mose wraz z oj­cem we­szli na szczyt wy­dmy, a ta od­kryła przed nimi wio­skę Al-Tawi, cią­gnącą się po za­chod­niej stro­nie Nilu, po­ro­śniętą pal­mami i bia­łymi, zdo­bio­nymi bu­dow­lami po­sta­wio­nymi ku czci bo­gom. Mose nie umiał po­wie­dzieć dla­czego, ale ten wi­dok na­pa­wał go spo­ko­jem du­cha, da­wał po­czu­cie kom­fortu i bez­pie­czeń­stwa. Ich dom po­ło­żony był bli­sko rzeki, w jed­nym z naj­lep­szych punk­tów w wio­sce. Oj­ciec otrzy­mał go w za­mian za za­sługi wo­jenne. Lecz gdy czło­wiek zo­staje po­ko­nany, nikt już nie pa­mięta jego zwy­cięstw, po­my­ślał Mose, pa­trząc na od­ciętą koń­czynę zgryź­li­wego ojca i jego jedno oko. Wy­cią­gnął do niego sa­kwę z wodą, a ten z na­bur­mu­szoną miną par­sk­nął i po­szedł da­lej.

Ru­szyli do wio­ski, która przy­wi­tała ich bie­ga­ją­cymi dziećmi ła­pią­cymi kury. W domu po pra­wej, zbu­do­wa­nym z pia­skowca i po­ma­lo­wa­nym miej­scami na biało, sie­działa ko­bieta tka­jąca ma­te­riał. Skon­stru­owany z drewna i za­kryty su­chą trawą bal­da­chim chro­nił ją przed słoń­cem. Dzieci prze­bie­gły mię­dzy nimi, śmie­jąc się w głos, oj­ciec za­war­czał i za­klął, ale ko­bieta pod bal­da­chi­mem je­dy­nie się uśmiech­nęła i po­krę­ciła głową. Ka­pry­śność i hu­mory ich ojca znane były każ­demu w Al-Tawi. Mimo to wy­da­wał się bar­dziej zmar­twiony niż zwy­kle, gdyż oczy miał smutne, a to było rzad­kim wi­do­kiem. Przy­jemne, chłod­niej­sze po­wie­trze, na­pły­wa­jące znad Nilu, ko­iło skórę, a wil­goć i za­pach wody ła­go­dziły wy­schnięty nos i rów­nie su­che gar­dło. Mose od­wią­zał chu­stę, od­kry­wa­jąc usta i nos. Po­mię­dzy gę­sto ro­sną­cymi pal­mami z czę­ściowo żół­tymi od pa­lą­cego słońca li­śćmi, rzu­ca­ją­cymi cień na miesz­kań­ców wio­ski, wy­ła­niały się białe wieże wi­do­kowe, z któ­rych wy­glą­dano wroga bądź ob­cych przy­by­szy.

Droga pro­wa­dząca przez śro­dek wio­ski była wy­ło­żona bia­łymi pły­tami. W po­rów­na­niu z grzą­skim i go­rą­cym pu­styn­nym pia­skiem da­wały one mię­śniom ulgę. Wszy­scy mieli za­kryte ma­te­ria­łami głowy, choć nie każdy okry­wał tu­łów. Ży­cie w Al-Tawi było do­bre. Egipt od po­nad dwu­dzie­stu lat nie za­znał wojny. Kró­lew­scy straż­nicy strze­gli dróg pro­wa­dzą­cych do bo­ga­tych miast, chro­nili kup­ców, a bi­tewne okręty osła­niały rzeki i mo­rze przed pi­ra­tami. Ob­co­kra­jowcy, któ­rzy przy­wo­zili ze sobą złoto, byli za­pra­szani i mile wi­dziani we wszyst­kich mia­stach, w któ­rych mo­gli je wy­dać. Lu­dzie kła­niali się so­bie na uli­cach, opusz­cza­jąc dło­nie do ko­lan. Pola przy­no­siły bo­gate plony, gdyż wy­pły­wa­jący z nieba Nil zwil­żał su­chą zie­mię. Na gra­ni­cach mia­sta było dużo by­dła, nie­do­tknię­tego żadną cho­robą, a pa­ste­rze grali we­sołe pio­senki na pisz­czał­kach.

Drzewa owo­cowe ugi­nały się pod cię­ża­rem owo­ców, a ob­fite dary skła­dane z nie­zli­czo­nych ofiar uno­siły się dy­mem z ko­mi­nów w świą­ty­niach. Mimo tych do­brych cza­sów, Mose od­no­sił dziwne wra­że­nie, że zmie­rzają one ku koń­cowi, gdyż lud co­raz czę­ściej mó­wił o na­dej­ściu Mu­mii, choć sam w nią nie wie­rzył. Dla­tego chciał cie­szyć się tym, co jest, jak długo tylko mógł. W ko­ściach czuł mroczny front nad­cią­ga­jący nad Egipt, lecz bał się mó­wić o tym na głos. Oj­ciec wy­da­wał się rów­nie zmar­twiony i gnał do domu jak ni­gdy.

- Oooo... - roz­le­gło się ra­do­sne wo­ła­nie, a kilka me­trów da­lej uj­rzeli ka­płana ja­dą­cego w lek­tyce, przy­ja­ciela Ke­ftira i za­ra­zem jego le­ka­rza.

Ka­płan był jed­nym z głów­nych me­dy­ków w Egip­cie, sły­ną­cym z prze­pro­wa­dza­nia skom­pli­ko­wa­nych za­bie­gów, w tym ope­ra­cji na otwar­tej czaszce. Le­czył sa­mego fa­ra­ona i to wła­śnie on zo­stał wy­zna­czony, by opie­ko­wać się zdro­wiem Ke­ftira w cza­sie jego sta­ro­ści. Lek­tyka za­trzy­mała się obok nich, a woź­nicy utrzy­my­wali ją sta­bil­nie, nie opusz­cza­jąc na zie­mię.

- Moje serce się cie­szy na wasz wi­dok, choć wy­glą­da­cie, jak­by­ście mieli paść na ryje i ze­mrzeć - rzu­cił ka­płan. - Nie będą mnie drę­czyły w nocy wy­rzuty su­mie­nia.

- Da­ruj mi tych su­chych słów, Le­othe­pie, bo draż­nią moje uszy - od­parł bur­kli­wie Ke­ftir, nie za­trzy­mu­jąc się.

- Stary Ham­rih zła­mał nogę - tłu­ma­czył ka­płan. - Z na­sta­wie­niem żem cze­kał, aż się opije kwa­śnym pi­wem dla uśmie­rze­nia bólu, bo ziół, jak twier­dzi, nie znosi, gdyż mu szko­dzą. A że łeb ma jak świą­ty­nia Amona, to i osiem piw wy­pił, za­nim się do ro­boty za­brał. Tak by­łem pe­wien, że gnie­wem wy­buch­niesz, żem na czas nie przy­był, i po­my­ślał­byś, że o to­bie za­po­mnia­łem.

- Ehh. - Ke­ftir splu­nął i szedł da­lej. - Co ten idiota nie po­trafi unie­ru­cho­mić so­bie nogi?

- Sprawa nie ty­czy się nogi. Pro­blem ma z przy­ro­dze­niem, bo mu nie na­biera krwi, gdy wi­dzi żonę, a nogę zła­mał, bo ze zło­ści z tego po­wodu kop­nął w me­bel. Me­bel oka­zał się zwy­cię­ski, bo jak stał, tak stoi, a stary są­siad za to szybko na no­dze nie sta­nie. - Ka­płan spoj­rzał na chło­paka. - Jak się masz, chłop­cze? Wi­dzę, żeś już jest męż­czy­zną, bo włosy ci ścięli. Ale twój oj­ciec spraw­nym fry­zje­rem chyba nie jest? - Wska­zał na plamy krwi przy łok­ciu.

- Na­pa­dli nas zło­dzieje. Chcieli przy­własz­czyć so­bie na­sze je­dze­nie.

- Oż te szczury! - Le­oteph pod­kre­ślił swą złość, ude­rza­jąc się dło­nią o udo.

- Nie mu­sisz mar­twić swego serca. Czy wi­dzisz, by wory na­sze były pu­ste?

- Rad je­stem, żeś taki wo­jak, Mose, i że po­sze­dłeś z oj­cem. - Męż­czy­zna się uśmiech­nął i usiadł wy­god­nie. - Czas na mnie. Sztuka le­kar­ska to nie­ła­twy za­wód i siła ze mnie scho­dzi, tak jak słońce za­cho­dzi. Wy­cze­kuj mnie, drogi Ke­fti­rze, wraz ze wscho­dem słońca, i za­żyj od­po­czynku. Boś mo­kry i dy­szysz jak pies.

Oj­ciec mach­nął ręką, zby­wa­jąc go. Ka­płan Le­oteph odziany w białą szatę z kró­lew­skiego je­dwa­biu, na którą za­rzu­coną miał skórę z lam­parta, po­spie­szył swą lek­tykę i ru­szył w dal­szą drogę.

Ke­ftir i Mose mi­nęli wznie­sione po obu stro­nach głów­nej drogi mo­nu­men­talne po­sągi bo­gów Ho­rusa i Ra, przed­sta­wia­jące ich w po­zy­cji sie­dzą­cej. Przed nimi stały ogromne czarne ta­le­rze, w któ­rych pło­nął ogień. Je­den z po­są­gów miał uszko­dzoną rękę, odła­maną przez ude­rze­nie ka­mie­niem pod­czas bi­twy. Mimo wielu obiet­nic do dziś jej nie zre­kon­stru­owano, co wzbu­dzało w lu­dziach strach przed gnie­wem bo­gów. Mose nie było jesz­cze wtedy na świe­cie, a jego oj­ciec ni­gdy nie chciał o tym opo­wia­dać. Do­tarli na miej­sce. Ich domu nie spo­sób było po­my­lić. W ogro­dzie stały sło­miane fi­gury lu­dzi, odziane w stare szmaty, ma­jące imi­to­wać prze­ciw­ni­ków, na któ­rych dzieci ćwi­czyły strze­la­nie z łuku i walkę róż­no­rodną bro­nią. Ta­kiego miej­sca nie było ni­g­dzie in­dziej, przez co ogród znany był każ­demu w ca­łym Al-Tawi.

- Odłóż rze­czy z tyłu, po­sprzą­taj po dzie­ciach i przyjdź do domu - roz­ka­zał oj­ciec.

- Wpierw ukażę się matce, by się z nią przy­wi­tać.

- Mose, cze­kaj...

Chło­pak zła­pał za klamkę, uśmiech­nięty, i za­uwa­żył, że drzwi są wy­su­nięte z gór­nych za­wia­sów. Do­tarło do niego rów­nież, że osłony okien były za­su­nięte, jak ni­gdy o tej po­rze dnia. Wszedł do środka, czu­jąc wy­jąt­kowo mocno za­pach zupy ryb­nej, i wtedy zo­ba­czył mamę. Zbie­rała ka­wałki swej ulu­bio­nej za­stawy, która le­żała te­raz po­tłu­czona na dy­wa­nie za­la­nym te­raz zupą.

- Mamo?! - za­wo­łał.

Pod­biegł i kuc­nął przy niej, za­uwa­ża­jąc jej sine prawe oko i roz­ciętą wargę. Wi­dział je wy­raź­nie, mimo iż pró­bo­wała to przed nim ukryć za czar­nymi wło­sami. Matka Mose, Amina, miała na so­bie zno­szoną, długą suk­nię z lek­kiej lnia­nej tka­niny ku­pioną przez ojca, gdy jesz­cze go było na to stać. W ta­lii prze­pięte miała skó­rzane pasy, na któ­rych wi­siały różne przy­rządy ku­chenne i sa­kwy z przy­pra­wami. Jej szyję zdo­biły sznurki z ko­lo­ro­wymi ka­mie­niami.

- Do czego tu do­szło?! - krzyk­nął chło­pak.

- Stara je­stem i palce już nie te same, to i upu­ści­łam zupę. - Uśmiech­nęła się sztucz­nie, lecz jej oczy zdra­dzały ból. - Bo­go­wie ze­słali was ca­łych i zdro­wych. Daj mi to, synu, pew­nie ko­na­cie z głodu... - Wzięła od niego torbę i za­sty­gła, wi­dząc, że jest w po­ło­wie pu­sta, a do tego część je­dze­nia jest zgnie­ciona. Po­pa­trzyła ostro na męża, który ze spusz­czoną głową stał przy drzwiach, i ze wstydu nie był w sta­nie spoj­rzeć jej w oczy. Amina się od­wró­ciła i za­częła roz­kła­dać je­dze­nie, ukry­wa­jąc przed sy­nem roz­go­ry­cze­nie. - Co się wam przy­da­rzyło? - spy­tała.

- Na­pa­dli na nas zło­dzieje. Je­dze­nie znisz­czyli, gdy ucie­kali, tylko tyle zdo­ła­łem od­zy­skać - tłu­ma­czył się Mose. - Mamo, spójrz na mnie.

- Idź ulżyć ojcu w pracy. - Zmie­niła ton na bar­dziej po­ważny. - Pole tre­nin­gowe samo się nie sprząt­nie. Wie­ści krążą, że już za kilka dni i nocy woj­sko bę­dzie przyj­mo­wało no­wych. Za­tem mło­dzi przyjdą tu szko­lić swą sztukę bi­tewną i zo­sta­wią nam złota i sre­bra, za które ku­pimy po­ży­wie­nie.

- Kto ci to zro­bił? - spy­tał sta­now­czo Mose, nie po­zwa­la­jąc jej zmie­nić te­matu. - Wra­ca­jąc do mia­sta, mi­ja­li­śmy zbie­ra­czy po­dat­ków, je­den miał po­ra­nione pię­ści. Starł je na two­jej twa­rzy? - Spiął mię­śnie i za­ci­snął szczęki, żyła po­ja­wiła się na jego le­wej stro­nie czoła.

- Już mó­wi­łam, zupa...

- Po­wy­rzy­nam łaj­da­ków, a ich skóry będą się su­szyć na bra­mach mia­sta! - wark­nął.

Się­gnął po­spiesz­nie po miecz oparty o jedną ze ścian i pe­łen zło­ści ru­szył ku wyj­ściu. Oj­ciec za­szedł mu drogę.

- Ro­zum cię opu­ścił?! - krzyk­nął, kła­dąc dłoń na piersi syna.

- Po­bie­gnę skró­tem. Je­żeli się­gnę ich, za­nim do­trą do Mem­fis, żadne oczy już nie uj­rzą ich ciał!

- Chcesz, żeby cię po­wie­sili głową w dół?! Fa­raon po­trafi być su­rowy w swych osą­dach! Nie oszczę­dzi też matki! Ta­kiego losu dla niej chcesz?!

- W ta­kim ra­zie do­się­gnę też fa­ra­ona!

Oj­ciec ude­rzył syna otwartą dło­nią w twarz, chcąc go oprzy­tom­nić, lecz Mose chwy­cił go za ubra­nie. Przez chwilę si­ło­wali się za­wzię­cie. Mose nie chciał pchnąć ojca, by go nie skrzyw­dzić, ale wtedy Ke­ftir wy­krę­cił mu nad­gar­stek, wy­trą­ca­jąc miecz, który upadł z ło­sko­tem na pod­łogę. Zde­ner­wo­wany Mose pu­ścił wo­dze emo­cji, pod­sta­wił ojcu nogę i rzu­cił go na zie­mię z im­pe­tem, aż roz­legł się głu­chy ło­mot. Do­piero te­raz zro­zu­miał, co zro­bił, a jego we­wnętrzny gniew roz­pły­nął się jak spło­szone ptaki. Ni­gdy wcze­śniej nie po­wa­lił ojca w walce, nie dla­tego, że nie po­tra­fił, ale dla­tego, że wie­dział, jak bar­dzo ura­zi­łoby to jego dumę. Matka za­kryła usta, wstrzy­mu­jąc od­dech.

- Tato, wy­bacz... ja... - Wy­cią­gnął do niego rękę, chcąc mu po­móc wstać i prze­pro­sić jed­no­cze­śnie, ale ten ją ude­rzył i krzyk­nął pe­łen wście­kło­ści, gdyż duma jego pę­kła wła­śnie, ni­czym su­che drewno:

- Niech bo­go­wie cię prze­klną! Nie­wdzięcz­niku, nie masz krzty ho­noru, że pod­no­sisz rękę na mnie, mimo iż żem cię przy­gar­nął pod swój dom, kar­mił i dzie­lił się z tobą sztuką wo­jenną po proś­bie Aminy! Idź, niech cię za­rżną i flaki z cie­bie wy­cią­gną, tak jak się z ryb flaki wy­be­be­sza! Prze­jął­bym się, gdy­byś był mój!

Matka, sły­sząc te słowa, krzyk­nęła krótko, po czym spoj­rzała na syna mo­krymi od łez oczami i za­sło­niła usta drżą­cymi dłońmi. Mose po­czuł na­gły chłód w piersi, żo­łą­dek pod­szedł mu do gar­dła, a nogi jakby utra­ciły wszel­kie siły. Ke­ftir spoj­rzał na żonę, zły na sie­bie, że w emo­cjach prawda wy­do­stała się z jego ust. Wy­glą­dała, jakby zo­ba­czyła du­cha. Męż­czy­zna spu­ścił wzrok i pod­niósł się z ziemi. Bez słowa pod­szedł do drew­nia­nej skrzyni, z któ­rej wy­jął swoją starą zbroję. Pa­trzył na nią jak na dzieło sztuki. Jego twarz się zmarsz­czyła, jakby miał nad nią za­pła­kać. Na­stęp­nie za­krył skrzy­nię starą skórą i ru­szył wolno w kie­runku wyj­ścia. Mi­nął Mose w drzwiach, jakby go tam w ogóle nie było.

Chło­pak zo­stał z matką sam i oboje przez długi czas nie wy­po­wie­dzieli na­wet słowa.

Ke­ftir wró­cił do domu, gdy słońce po­szło w spo­czy­nek, a za­spany księ­życ uka­zał się lu­dziom, by swą tar­czą oświe­tlać mia­sto per­ło­wym bla­skiem w to­wa­rzy­stwie roz­gwież­dżo­nego nieba. Do­strzegł swoją żonę sie­dzącą w wy­ło­żo­nym ko­cami i sta­rymi po­dusz­kami ką­cie jed­nego z po­miesz­czeń przy za­pa­lo­nych świe­cach i lampce. Piła wino, a łzy mo­czyły jej po­liczki. Roz­bite wazy wciąż le­żały w ka­wał­kach na dy­wa­nie. Mose nie było w domu. Ke­ftir nie wie­dział, kiedy wy­szedł ani czy miał za­miar wró­cić. Odło­żył pie­nią­dze za sprze­daną zbroję na drew­niany stół i usiadł obok Aminy, po czym ob­jął ją mocno.

Re­dak­cja: Mag­da­lena Gonta-Bier­natKo­rekta: Bar­bara WronaIlu­stra­cje: Pa­weł Le­śniakPro­jekt okładki: To­masz Za­rucki, To­masz Bier­natSkład: To­masz Biernat

Co­py­ri­ght by Paweł Le­śniak, 2025Co­py­ri­ght for the Po­lish Edi­tion by Wy­daw­nic­two NocąWy­da­nie II po­pra­wioneWar­szawa 2025

Druk i oprawa:Abe­dik S.A.

ISBN: 978-83-68037-55-5

WYDAW­NIC­TWO NOCĄul. Fi­li­piny Pła­sko­wic­kiej 46/8902-778 War­szawaNIP: 9512496374www.wy­daw­nic­two­noca.ple-mail: kon­takt@wy­daw­nictwonoca.pl