WSTĘP
Cienka błonka drży, trzepoce motylimi skrzydłami. Starczy ledwo powiew, nieopatrzne muśnięcie, a już ją zadraśniesz, zaczepisz dawnym słowem czy minionym obrazem. Takim słowem, które kiedyś coś znaczyło, takim ujęciem, które kiedyś się narodziło po zwykłym pstryknięciu migawki. Słowo mimochodem rzucone, zdjęcie zrobione przypadkiem. A to wiotkie ciałko pamięci pod dotykiem mocarnego "przedtem" naraz zaczyna pulsować jak krew w skroniach. Zaczyna żyć swym bólem jak rana urażona niebacznym ruchem. Cierpienie uzależnia. Rychło uchyla rąbka przeszłości. Jeśliby zmrużyć oczy, widoki tracą kontury, zamazują się zmarszczki, bledną kolory, matowieje blask. Granica jest cienka, a może jej nie ma. Całe życie w zasięgu ręki. Wystarczy dmuchnąć w bibułkę, sięgnąć za parawan czasu. Tam jest początek.
*
Natchnione dzieciństwo. Jakiekolwiek by nie było, na zawsze pozostanie rajem. Świat powoli zabiera tę miękką otoczkę: żłobek, przedszkole, szkołę. Kolonie oznaczają pierwsze potyczki z życiem pozarodzinnym, do którego trzeba się przystosować, które nigdy nam nie ulega i wypada się go nauczyć. Już trzyletnie dzieci dowiadują się, co im wolno, kiedy trzeba spać, a kiedy jeść. Szkoła odbiera najwięcej, jednocześnie narzucając ostre reguły i stawiając nowe zadania. Mój azyl, bezpieczna miękkość domu z moim pokojem, w którym tworzyłem niczym w manufakturze, systematycznie się kurczył. Szkoła zabierała mi kreatywność i spokój, naruszając twórczą aurę, wciskała się w nią, rozdzierała jej krawędzie, aż w końcu mnie jej pozbawiła. Pod koniec liceum wyzbyłem się już iluzji tworzenia - egzystowałem bez magii, bez surrealistycznych pomysłów. Zostałem wstawiony na tor, który miał prowadzić prosto do szkolnych osiągnięć - opanowania pamięciowych zadań, przy których liczyła się pilność, bezkrytyczne podejście do tematu, obowiązkowość, silna wola. Byłem jak wagonik dołączony do składu ze sztywnym rozkładem jazdy.
I dopiero rak go wykoleił, mój rak, bardzo mi bliski, tryskający przez usta żywą krwią... Dwadzieścia kilka lat później oddalił moje zawodowe ambicje, zdarł ze mnie garnitur, krawat i białą koszulę i skierował na azjatyckie szlaki oraz na od dawna zarzuconą literaturę. Po to przyszedłeś, tryskając czerwoną fontanną, guzie żywota?
Szkoła pozwalała mi poczuć na tle rówieśników, w czym jestem dobry, a w czym słaby. To mi się podobało, bo lubię współzawodniczyć, konkurować i zaliczać małe sukcesy. Dostać zadanie, błyskawicznie się skupić i jako pierwszy podnieść rękę na znak gotowości. Szkoła zatem bywała interesująca, choć jednocześnie pozbawiała całej fantazji. Walczyłem ze szkolną sztampą, jak potrafiłem. Najczęściej niestety podświadomie, za pomocą objawów psychosomatycznych, boleśnie i mało skutecznie. Byłem smutny i pogrążony we własnym świecie, o czym świadczą choćby moje ówczesne rysunki. Badminton, rower, karty, państwa-miasta, krzyżówki i konkursy, muzyka - tak, to były moje aktywności. Nie traktowałem ich jednak jako zwyczajnej rozrywki, dziecięcej zabawy. Nawet rywalizacja i radość wygranej nie były jedynym dążeniem ani celem. Zatem co?
Elementem aranżującym te wszystkie czynności była potrzeba kategoryzacji i kontroli, jaką sprawuję nad życiem poprzez nazywanie, zapisywanie, fotografowanie. Jakbym wierzył, że to, co nie poddaje się mojej dokumentacji, nie jest realne. Jakby sprawy niezaświadczone nie istniały. Opisując pasje, osiągnięcia i porażki, udowadniam, że jestem, że istnieli Zalewscy. Przedstawiam to świadectwo światu czy sobie? Piszę dla siebie czy dla innych? Tego nie wiem. Pewne jest, że ważne doświadczenia pragnę utrwalić w pamięci: swojej, zeszytu, komputera, aparatu fotograficznego. Nośniki są różne, jak i czasy, w których powstawały moje zaświadczenia z życia. Spisane, odmalowane, widoczne na kliszy wydarzenia mają szansę trwać wiecznie. Skatalogowane zyskują rangę, zakodowują się, pamięć o nich wydłuża się i pozostaje. Ewidencja życia. Przybiera to formę spisanych myśli, tabelek z ulubionymi utworami muzycznymi czy płytami, zestawień wyników gier (na przykład uderzeń w badmintona bez upuszczenia lotki). Nie jest to zwykłe gromadzenie, niechlujne zbieractwo ani układanie zdjęć w albumach. Katalog moich przeżyć ma formę kreatywną. Gra z tatą w badmintona wyzwoliła bowiem schemat eliminacji z fikcyjnymi nazwiskami zawodników, liczbą odbić, wynikami zawodów, pieczęciami jury. Prezydenci USA widnieli nie tylko na znaczkach pocztowych czy spisanych na maszynie biogramach, ale zostali ujęci w hasła do krzyżówek. Kolarze z Wyścigu Pokoju, zapisani w moich codziennych relacjach, znaleźli się w specjalnie założonym zeszycie z aktualnymi wynikami wycinanymi z ostatniej strony "Trybuny Ludu". Piosenki wybrzmiewały w recenzjach, w wymyślonych podziałach na style, we własnych listach przebojów, z podliczoną punktacją i wykresami popularności. Wreszcie - muzyka w korespondencji, do której wciągałem innych. Dziki Zachód wyczytany z Maya i Wernica z miejsca był malowany we własnoręcznie tworzonych książkach, słuchowiskach czy ilustracjach. Konkursy, recenzje, opowieści, rysunki - życie przypieczętowane i podpisane kilkoma sygnaturami skreślonymi moją ręką.
Uzmysławiam to sobie, ale i Tobie, Czytelniku, abyś mógł zrozumieć, czemu służą te malowane słowem obrazki różnych rzeczywistości. Są one rezultatem kronikarskiej pasji i przeświadczenia bazującego na przeczuciu, że czego nie opiszę i nie udokumentuję, tego nie było, nie ma i nie będzie. Dlatego pęcznieją od liter strony szpikowane wspomnieniami - moimi i moich przodków.
Dla lekkostrawności treści przytaczam ciekawostki i anegdoty. Uwypuklam wydarzenia stanowiące tło czasów, tłumacząc pobudki ludzkich działań, rozszyfrowując charaktery. Doprawiam tę masę detalami z epoki, żeby wydobyć wyraźne smaki. Tak żeby czytać mogli także ci, którzy Zalewskich nie znają i dla których jestem zaledwie nazwiskiem z okładki książki.
*
Czas się kurczy. Los goni. Jakoś przeskoczę. Jeśli nie, to przejdę sobie za zasłonę. To niedaleko. Będę obok, niewidoczny. Tam nie istnieje czas - w nieruchomej ciszy czekają ci wszyscy, których znałem.
TRZY KROPLE
Krople ścigają się po zaparowanym oknie - trzy krople.
- To my! - Mama uśmiecha się niepewnie.
- Moja ta po lewej! - emocjonuję się. - Muszę wygrać - myślę - inaczej wyścig się nie liczy.
Czasem moja kropla gubi się. Wtedy przerywam zabawę i trzeba zawody zaczynać od nowa.
Bawimy się tak, ilekroć szyby zaparują. A nasze szyby często się pocą, bo w kuchni jest ciepło od gotowania albo dlatego, że dopiero co skończyliśmy wyżymać gorące pranie. Pamiętam ten mokry zapach. I dźwięki poczciwej pralki Frani - jej dwa gumowe wałki skrzypią od wieloletniej, wytężonej pracy, postękując ze zmęczenia. Zwalniają i podskakują, gdy w ich szczelinę wedrze się guzik, grubszy szew lub pasek od szlafroka. Korba piszczy przy każdym obrocie, a ja sapię jak przy wiosłowaniu.
Tato rozwiesza pranie w przedpokoju - wyżęte, wymęczone zwłoki materiału przytwierdza drewnianymi spinaczami. Mówi na nie jakoś nie po męsku: "żabki". Zadzieram głowę i myślę: Żadne żabki, tylko samoloty bojowe wroga. Sztywno napięte, krzyżujące się pod sufitem nylonowe nitki są jak linie wysokiego napięcia na tle nieba.
Biorę swój składany, sklejany dwupłatowiec, podskakuję, wdrapuję się na taboret i przelatuję samolotem między rozpiętymi linkami. Celuję do złowrogo rozczapierzonych drewnianych wrogów, bacząc, aby w locie ominąć wszystkie przeszkody i, broń Boże, nie zahaczyć o mokre płachty. Woda przecież przewodzi elektryczność, a to oznaczałoby dla pilota śmierć - myślę.
Kiedy przez zaparowane okno nic już nie widać i dawno strąciłem wszystkie samoloty nieprzyjaciela, przychodzi wyczekiwana chwila. Tato przynosi krople na czubkach paznokci - uczepione jego palców niczym drapieżne zwierzątka. Biegnie z łazienki ze śmiesznie rozwartą dłonią, a mama woła:
- Szybko, szybko! - Mama zawsze boi się, że coś się nie uda.
Tato ma za długie paznokcie. Czyste, ale nieobcięte. Kropelki wiszą na jego palcach jak zaczarowane, wydłużając się z każdą sekundą i ciążąc. W ostatniej chwili oddaje je szybie i od tej pory mają szansę same sobie wytyczać trasę na zaparowanym tle. Każda spływa własnym tempem, żłobiąc ciemniejszy szlak.
- To jak Dolina Śmierci! Albo Rio Pecos! - Szybko poznałem litery i mając osiem lat, naczytałem się indiańskich opowieści.
Czasem któraś kropla przystaje, aby zgromadzić siły, po czym puszcza się bystrym nurtem w dół. Niekiedy dwie sąsiednie krople nieoczekiwanie wpadają na siebie, zlewając się w jedną, i wspólnymi siłami wygrywają wyścig do dolnej framugi okna.
- Co teraz? Nierozstrzygnięte! Remis! - Lubię to słowo. Jest takie dorosłe. Znam je z radia, z kroniki sportowej. Brak rozstrzygnięcia daje możliwość powtórzenia zawodów.
- Jak to nierozstrzygnięte? - oponuje mama. - Wygraliśmy razem.
- Połączone krople to drużyna, a to przecież wyścig indywidualny. - Tulę głowę do jej brzucha. Lubię bliskość mamy, ale chcę mieć swoją kroplę. Uwielbiam współzawodnictwo tylko wtedy, kiedy wygrywam, kombinuję więc:
- To indywidualna jazda na czas.
Zawsze ceniłem to, co jednostkowe. Zespołowo nie potrafiłem: z wuefu? - katorżnicza dwója; grupowa w piłkę? - ani razu mi się nie zdarzyło; rower? - owszem, bo jego czarodziejskie koła były moimi indywidualnymi skrzydłami.
- A to jest Wyścig Pokoju? - pyta tato, który tego dnia stracił swoją kroplę. Zatrzymała się w pół drogi, zaczęła się kurczyć, aż wessała ją zaparowana szyba.
- Zniknęła ci, tato! Może się przyczaiła. Jutro powtórka!
Tato nic nie mówi. Tato zawsze milczy, jakby wciąż był zamyślony.
Trzy krople szkicowałem w myśli od dawna. Przybierały różne zakończenia i różne puenty, różne z nich płynęły wnioski i morały. To opis czysty, prawdziwy, bez dodanych znaczeń. Ale któraś z wersji mogłaby kończyć się tak:
- Władek do mnie nic nie mówi - narzeka często mama.
Kiedy mówi, to z grymasem na twarzy i niecierpliwą gestykulacją przy wigilijnym stole lub do znajomych, i zwykle zapada krótka krępująca cisza. Wtedy tato z kpiącym uśmiechem potakuje głową - jakoś tak krzywo, na opak, jakby chciał powiedzieć: "Tak się Wandzie tylko wydaje". I coś tam mruczy pod nosem.
Mam osiem albo dziewięć lat i myślę, że mama się nie myli. Tylko nie znoszę, jak rozszerza nozdrza, kiedy tak się denerwuje. Boję się jej wtedy i nazywam smokiem. Bo Smok Wawelski zionął ogniem właśnie z ogromnych nozdrzy.
Mogło też być jeszcze inaczej.
Rano przysiadam się do taty, który zawisł z widelcem nad gazetą i dymiącą porcją jajecznicy.
- Wiesz, tato, tak myślę, że ty wcale wczoraj nie przegrałeś.
- Nie, Pawełku? - Patrzy w gazetę, ale czuję, że już przestał czytać.
- No, nie. Tak się tylko mogło wydawać. Twoja kropla po prostu przybrała taką strategię. Zatrzymała się, żeby zgromadzić siły. Rozbiła obóz w kotlinie i czekała na posiłki Czejenów. Znalazłem ją, gdy spałeś. Ona się przyczaiła, nabrała ciała, uzbroiła się.
Tato odkłada gazetę, bierze do ust kęs jajecznicy i badawczo spogląda mi w oczy. Z niedowierzaniem i zaciekawieniem.
- Oj, naprawdę! Znalazłem ją. Widziałem ją w nocy na szybie - kłamię jak z nut. - Taką nabrzmiałą, silną swą objętością. Kiedy tam poszedłem, akurat była gotowa, by przypuścić atak. Jednym susem skoczyła w dół, stoczyła się błyskawicznie i wpadała dokładnie w to miejsce, w którym wczoraj przypłynęły na metę krople moja i mamy. I rozkwasiła ich na miazgę. Tych twoich wrogów. Rozwaliła doszczętnie ich fort. Strzały wypuszczone z łuków celnie wbijały się w gardła niebieskich kurtek. Trębacz nawet nie zdążył zatrąbić. Indianie przejęli cały fort, zgrabnie pokonując wysoką palisadę. Wycięli załogę, oskalpowali, wszystko spłynęło krwią mila-hanska...
- Wiesz co, synku, skoro znalazłeś te moje wojska czy też to waleczne czerwonoskóre plemię, należy ci się ode mnie nagroda. Takie znaleźne.
- Znaleźne?
- Tak, część tego, co zyskałem. A zyskałem... zwycięstwo. Dałeś mi je. To dużo. Ja też cię kocham. Niech twoim znaleźnym stanie się moja miłość. Weź część zwycięstwa. Niech będzie nim twoja wyrazista droga, własna droga. Taka, którą sam sobie wytyczasz. Szlak życia.
Przytula mnie mocno i kłując niedogolonym zarostem, całuje w policzek. Pozostaje zamyślony. Długo wpatruje się nieruchomo w już zimną jajecznicę.
Nie, tak nie było. Tato nigdy nie powiedział do mnie "synku", nigdy nie powiedział, że mnie kocha, nigdy nie pocałował w policzek. Mówił, że całują się tylko baby. Nie jadał na śniadanie jajecznicy i nie czytał gazety przy stole. Nie miał najmniejszej gotowości wyrażania uczuć.
A mogło być też tak:
Krople mamy i taty łączą się, a oni stoją bliżej - uśmiechnięci i objęci, beze mnie przyklejonego do jej bezpiecznego brzucha.
Właśnie teraz są zespojeni. Na klatce schodowej. Tato podtrzymuje mamę silnym ramieniem, żeby nie upadła. Mama i tak kurczowo trzyma się poręczy.
Żeby nie widzieć jej bólu, uciekam po dwa stopnie na górę. Otwieram drzwi, wpadam do mieszkania i zaszywam się w kącie swojego pokoju. Drzwi na klatkę zostawiłem otwarte na oścież. Czekam na nich w ciszy, licząc uderzenia serca.
Słychać głos mamy. Kiedy jęczy z bólu, ja umieram ze strachu. "Postrzał czy dysk, który wypadł? Może ischias albo wilk?", analizuję. We łzach, sztucznie pochylona, zastygła w pozie, w jakiej wysiadała z taksówki, kiedy przeszył ją ból, próbuje pokonać schody i dojść na trzecie piętro. Jej głos zwielokrotnia się echem klatki schodowej. Żeby tego nie słyszeć, nakładam na obrotowy talerz bambina, pokryty szarą gumą i niecierpliwie wprawiony w ruch, niebieską kanciastą pocztówkę dźwiękową ze studia nagrań na placu Wiosny Ludów koło sklepu kapelusznika Kurzydły. Pośpiesznie nabijam ją na bolec adapteru, ustawiając jego ramię na rowkach, z których ma popłynąć muzyka. Igła ślizga się i potyka na krawędzi utworu, wydając przez moment charakterystyczny zgrzyt. Chórki Bitlesów w Help uwodzą smutną dalą, sprawiając, że łzy same napływają do oczu.
Przytykam twarz do szyby, wpatrując się w prostokąty balkonów bloku naprzeciwko. Pocztówka obraca się na gramofonie jak młynek. Modlę się, aby mama nie umarła mi od tej choroby. To chyba nazywa się korzonki nerwowe. Mama jest nerwowa. Często powtarza, że po włosku byłoby to molto nervosa. Kiedy wymawia te słowa, zawsze parokrotnie uderza dłonią w kolano lub w blat stołu. I śmieje się z zażenowaniem, jakby opowiadała o czymś wstydliwym czy zakazanym, pragnąc zagłuszyć śmiechem właśnie wypowiedziane słowa. Jakby próbowała zaprzeczyć tej swojej nerwowości. Wyobrażam sobie te nerwowe korzonki jako rozgałęziony korzeń drzewa pod ziemią. Ale korzeń złośliwy, ruchomy, trzęsący się jak galareta, wyciągający swe macki, uporczywie chwytający coś dookoła.
W końcu oboje dochodzą do otwartych drzwi. Tato poważny, wpatrzony w ruchy mamy i jej twarz wykrzywioną grymasem. Patrzę na tę twarz, tak pełną bólu, i próbuję wywołać na niej choćby cień uśmiechu. Chociaż opiekuńcze, pocieszające spojrzenie. Ale tam są tylko ból i strach. Mama będzie spać na podłodze, a rano tato ma zrobić mi na śniadanie chleb z serem z pokrzywą i herbatę z mlekiem.
Epizody bólu u mamy czy bezsenne noce i rwane nerwowe dni doświadczały mnie latami. Straszyły nieprzewidywalnością mamy, ambiwalencją jej nastrojów. Nigdy nie wiedziałem, co się zaraz wydarzy. To było jak cisza przed burzą, która często wcale nie nadchodziła. Były jednak czarne chmury, cisza, zbolała twarz. Wtedy traciłem mamę. Traciłem ją też, gdy na parę dni kładła się w bólu na prowizorycznym leżu na twardej podłodze. Azylu dla jej łez. W takie dni tato niezdarnie układał mi na kromce chleba plaster sera i podsuwał kubek herbaty z mlekiem. Potem ja, łykając łzy i wypluwając resztki mlecznego kożucha, wlokłem się do szkoły. Gdy wracałem, była już u nas babcia, przygotowywała obiad i kolację. Do mamy nie wolno było wchodzić. Cierpiała, a ja dzieliłem jej ból. Nasłuchiwałem. Wiedziałem, że gdyby umarła, musiałbym odejść razem z nią.
WIECZYSTA - DELHI
Osiedle z moich pierwszych lat, czyli wczesnych sześćdziesiątych, pamiętam jako przejrzyste, widne i słoneczne. To nie tylko magia chwytana oczami dziecka, to zasługa pustych przestrzeni. Osiedle dopiero się rodziło. Nie było jeszcze drzew, jezdni ani nawet chodników. Pani Kejzikowa, później moja nauczycielka, zgubiła we wszechobecnym błocie szpilki i w samych pończochach biegła do domu - pamiętam takie zdarzenie, obserwowałem z okna. Słowem, całkowita prowizorka: sklepy w kioskach, szkoła w budowie, brak przychodni, jakichkolwiek "usług dla ludności". Zanim wybudowano supersam, funkcję osiedlowego sklepu spełniał szpaler skromnych budek, każda z czym innym: z nabiałem, z pieczywem, warzywniak, Ruch z gazetami i papierosami (jedyny "firmowy" kiosk), spożywczo-przemysłowy, w którym równym rzędem stała oranżada, a czasem rzucali nawet krówki, za którymi szalała dzieciarnia. Poza mną. Na kilkaset mieszkających rodzin aut było zaledwie kilka: stare warszawy - własność taksówkarzy i jeden moskwicz - samochód dyrektora zjednoczenia przemysłu metalowego Mariana Kejzika. Parkowano je w błocie między blokami, gdzie popadło. Obok linii tramwajowej kilka razy dziennie przejeżdżał pociąg towarowy. Wylot ulicy Ułanów zamykał wtedy szlaban, opadający z charakterystycznym ostrzegawczym dzwonieniem. Osiedlem przemieszczały się wozy konne albo zawieruszyła się na nim zdziwiona krowa czy stada kołyszących się na boki kaczek lub gęsi. Było powietrznie i przestrzennie. Gdy świeciło słońce, duże i długie cienie rzucały jedynie czteropiętrowe sześciany bloków i dwie topole. Więcej było łąk i pustych placów do zabawy niż tego, co nazywa się infrastrukturą. Ot, wiejskie pola, na które ktoś nagle rzucił parę klocków. Łącznik między "prastarym grodem" Krakowem a jego "młodszą siostrą" Nową Hutą - "miastem ludu pracującego".
Wieczysta - jedna trzecia mojego życia, a w emocjach pewnie połowa. Na bezkresnych łąkach między Rakowicami a Nową Hutą stanęło kilka bloków. Później zrobiło się ich kilkadziesiąt. Babcia Krzyżanowska, sąsiadka przesiedlona z chaty betlejemki na trzecie piętro bloku, wspominała, że wiele lat po wojnie tu, gdzie stoją nasze bloki, pasała krowy. A tu, gdzie budują szkołę, były same stawy i bajora. Nigdy później nie mieszkałem w tak surowym krajobrazie: na wielkim placu budowy z prowizorycznie ustawionymi blokami, zanurzonymi w błocie, jakby miały zaraz zatonąć. Do budynków tych przybywały przeważnie młode małżeństwa z dziećmi. Uzyskali klucz do własnego dwupokojowego lokum i wynieśli się z klitek dzielonych z rodzicami, dziadkami, siostrami. Zwłaszcza dla wielu przybyłych ze wsi była to wyjątkowa nobilitacja. Dominowały wszechobecne wózki i wózkownie na parterze każdej klatki, a na strychu zawsze rozwieszone pranie i pieluchy. Pomiędzy nieotynkowanymi blokami chmara dzieci oblepiała wbite w ziemię trzepaki. Chowała się za blaszanymi pojemnikami na śmieci z odchylanymi pokrywami, wspinała się na stosy cegieł i kryła w wykopach na fundamenty. Pijany dozorca sadził drzewka, które za ćwierć wieku sięgną wyżej niż dachy bloków. Klepisko zamiast jezdni, trzeba więc było uważać na dziury, omijać kałuże i kanały.
Główna komunikacja miejska dawała o sobie znać żelaznym dudnieniem, osiągając maksimum w okolicach domu handlowego Hermes - gdy już powstał, bo wcześniej była tam kolejna pusta łąka. Na tym odcinku wagony osiągały największą prędkość, śmiało rozpędzając się przed wjazdem w dziką strefę, gdzie linia biegła prosto, nie pojawiali się piesi, a przystanek przy końcu rozległego parku cechował napis: "Na żądanie". Szum, popiskiwania i pulsowanie na szynach rozpędzonego tramwaju - to linia biegnąca do Nowej Huty i z Huty ku miastu. U sąsiadów, którzy przechowywali zestawy kawowe i kryształy różnych kształtów w honorowym meblu zwanym meblościanką, potrafiły rozedrgać się wszystkie naczynia i zagrać jak orkiestra na pośpiesznie zaimprowizowanej próbie instrumentów. U nas dzwoniły tylko szyby, tym bardziej że nie zmiękczały ich dźwięku żadne zasłony ani firanki. Podłoga, czyli froterowany parkiet bez dywanu, także drżał pod stopami. Zdawało się, że cały skład tramwajowy podskakuje na szynach, a ostatni wagon z dwóch lub trzech stukał najgłośniej. Potem, gdy tramwaj chował się w parku, z oddali brzmiał wręcz nostalgicznie, zgrzytał i popiskiwał, jakby żegnał się z mijanymi miejscami. Jego dźwięki najsmutniej rozpływały się w ciemności, gdy leżałem płasko, i w ciszy, nie mogąc usnąć. Stukot zostawał na długo, bardziej w uszach pamięci, póki echa nie zamknął sen. Wrażenie ze śledzenia tej machiny za dnia było nieocenione, zwłaszcza w godzinach szczytu. Niebieskie wagony z ludźmi wiszącymi jak grona na stopniach, kurczowo trzymającymi się, Bóg wie czego - to było imponujące. Chciałem zostać śmieciarzem, żeby czepiać się w biegu występu z tyłu pomarańczowej śmieciarki, ale to, co można było wyczyniać z tramwajem, przebijało śmieciarkę. Wskakiwanie do pędzącego tramwaju stanowiło czyn o wiele bardziej zuchwały. Przede wszystkim jednak jazda na stopniach - szarpana powiewem, podszyta ryzykiem - wydawała się bezkarna i była szczytem moich marzeń. Niestety, rychło wprowadzono w wagonach drzwi automatyczne. I tak przywilej jazdy na stopniach stał się wspomnieniem, zanim na tyle podrosłem, żeby spróbować upragnionego skoku na schodki czy ryzykownego zeskoku na jezdnię.
We względnej ciszy panującej w naszym mieszkaniu, rytm niebieskiego tramwaju podskakującego na szynach wyznaczał puls dnia. Z czasem doszły inne dźwięki. Wybudowano szkołę, która początkowo miała nosić imię zmarłego Jana Brzechwy, ale żydowskie pochodzenie autora, a może tak często krytykowana niepedagogiczność jego wierszy, spowodowały, że patronem podstawówki numer 114 ostatecznie został Julian Marchlewski, człowiek z całkowicie innego rozdania. To była nowa szkoła tysiąclatka. Od września 1966 roku cichy szum dnia przerywał regularnie ostry elektryczny dzwonek, naprzemiennie oznaczający przerwy i początek kolejnych lekcji. W cieplejsze dni powietrze rozdzierał nieokiełznany gwar dzieci, wysypujących się co godzinę na szkolne podwórze, czyli prawie pod nasz balkon. Popołudniami docierały z oddali obijające się o mury i okna dobrze znane sygnały telewizyjnych programów: kukiełkowej króciutkiej dobranocki Jacek i Agatka o 19:20, wieczornego dziennika o 19:30, "Kobry", Tele-Echa, Ekranu z bratkiem (w ramach którego nadawany był kolejny odcinek ekscytującej Niewidzialnej ręki), Wielkiej gry, XYZ, Zwierzyńca, Wielokropka, cyklu W starym kinie, Studia 2. Czasem uszu dobiegały fanfary interwizji, Wyścigu Pokoju, festiwali piosenki, muzyka Turnieju miast czy piosenkarskich przesłuchań Aleksandra Bardiniego. Planszom wywoławczym regionalnych ośrodków telewizyjnych towarzyszyły także przypisane im melodie. Znałem je z telewizorów sąsiadów i po usłyszanej przez okno melodyjce wyobrażałem sobie obrazy: drzwi katedry wawelskiej, szyb kopalniany z widocznym frapującym mnie zawsze kołem napędowym, Neptun z gdańskiej fontanny, waleczna Syrenka z wypiętym biustem i uniesionym mieczem. W niedziele "piórkiem i węglem" rysował profesor Zin, ale tato na jego widok zawsze kręcił z dezaprobatą głową, więc, nie dociekając powodów, Zina miałem za nic. Elektryzowały, podrywały na równe nogi melodie popularnych seriali, takich jak: Pancerni, Kloss, Janosik, Zorro, Wojna domowa, Podróż za jeden uśmiech, Gruby, Czterdziestolatek, Droga, Dom, Jak rozpętałem drugą wojnę światową, Daleko od szosy. Gdy zapadał wieczór, dzieciarnia hałasowała zwielokrotnionym echem w ostatniej pośpiesznej zabawie - za chwilę z okna bezceremonialnie zawoła je matka, potem kolejna, aż wszystkie ze zwieszonymi głowami potulnie rozejdą się do swoich mieszkań. W wielu domach, a u nas szczególnie często, ciemnym wieczorom i nocom towarzyszyły przytłumione dźwięki zakazanych stacji radiowych nadających z USA czy Monachium. Zimnowojenne głosy spikerów dobitnie i z najwyższą powagą przekazywały propagandowe treści. Słowa twarde jak żelazna kurtyna, wyłupane, ciężkie - padały niczym kamienie, uderzając w złowrogą ciszę, wzbudzając niepokój i nadzieję. Dzwonek do drzwi o późnej porze wywoływał szybkie porozumiewawcze spojrzenia rodziców i bezceremonialne wciśnięcie klawisza "aus" na naszym radiu Havel. A to tylko dozorczyni informowała o wyłożeniu w piwnicy trutki na szczury albo pytała, czy nie trzeba nam "ziemjaków" na zimę. Ale czy na pewno wcześniej nie przyłożyła ucha do drzwi i nie poczyniła notatek?
Rok 1969. Mam radziecki aparat. Umiem załadować film i przesunąć go pokrętłem na pierwszą klatkę. Wychodzę na pierwsze polowanie. Jest pochmurno, dlatego blendę nastawiam, jak uczył tato, na 5,6. Wiem, że ta fotografia nie może być oczywista, musi wyglądać jak z pogranicza reportażu, nie ma prawa być pocztówką ani laurką. Mijam moją szkołę, obojętnie przechodzę obok nowoczesnego supersamu Hermes z neonami, księgarnią i barem. Pierwsze zdjęcie pstrykam na obrzeżach parku, z bliska. Jest to tylne koło jadącej ciężarówki z jakimś brudnym ładunkiem. Ostrość reguluję błyskawicznie pokrętłem obiektywu. Pojazd wzbija pył, w kadrze widać fragment naczepy, ziemię, kamienie. Kurz pokrywa aparat, szczypie w oczy. Nie wiem, że wykonam jeszcze setki tysięcy fotografii.
*
Zima 2011. Jadę przez New Delhi tuk-tukiem. Ulica huczy. Słychać tyle, że aż nic. Bacznie obserwuję drogę. Nie umyka mojej wytężonej uwadze nic, co się rusza. Jak myśliwemu. Zatrzymują nas światła. Nieopodal dostrzegam kilkoro dzieci z umorusanymi buziami, utytłanych w błocie, z wejrzeniem dzikiego zwierzątka. Mali mieszkańcy ruchliwego skrzyżowania w stolicy Indii. Ocierają się o pojazdy, coś mamrocąc, z ręką żebraczo wyciągniętą przed siebie. Inne pochylone, prawie na czworakach czy niemal raczkujące, uporczywie szukają czegoś w pyle drogi. I wciąż coś znajdują. Podnoszą z ziemi jakieś resztki, zaraz unosząc je do ust. Kieszeni nie mają, przynajmniej chłopcy. Nie noszą bowiem spodni ani majtek. Spod przykrótkich koszulek wystają jedynie zakurzone poczerniałe siusiaki. Zapobiegliwi, zaradni jak potrafią, cały dzień rozpaczliwie walczący o przetrwanie. Lawirując półnago między samochodami i błagając o jałmużnę, nieświadomie próbują zachować pozory dojrzałości, choćby za pomocą nędznego skrawka papierosa. Zbliżam kadr. Gdy mały w żółtym kubraczku znajduje peta, pstrykam mu parę ujęć. Wszystko trwa niespełna pół minuty. Nie wydatkowałem zbyt dużo energii, nawet nie wyskakiwałem z tuk-tuka. Tylko się wychyliłem na siedzeniu, wystawiając przez boczny otwór głowę i dłoń uzbrojoną w aparat. Nie spodziewałem się przecież, że to skrzyżowanie przyniesie mi coś nadzwyczajnego. Więc satysfakcja podwójna. Wiedziałem od razu, że upolowałem dobry obraz. Życie przelewa się jak woda między palcami - łapię je migawką aparatu.
Delhi. Resztki, wydzieliny. Wszystko, co wypadło, wypłynęło, ulało się, przeciekło. Do ominięcia bądź przeskoczenia. W przeskoku naciska się guzik aparatu. Uliczne pisuary - gęsto rozlokowane, popularne jak nasze rodzime przystanki autobusowe czy kioski z prasą. W domach bez ubikacji mieszka w Indiach ponad pół miliarda ludzi. Ostatnio hinduskie narzeczone coraz częściej żądają od przyszłych mężów budowy toalety. Zwłaszcza te najbardziej postępowe i światłe - mieszkanki dużych aglomeracji. "Nie ma toalety, nie ma żony" - brzmi znane hasło kampanii owych kobiet. Męski posag. Z czasem każdego kucającego Hindusa czy Hinduskę podejrzewamy o publiczną defekację. I najczęściej się nie mylimy. Przycupnąwszy w kąciku podwórka, na brzegu ulicy, na polu, przy torach, mieszkańcy miast i wsi dołączają do zwierząt bezpretensjonalnie wydalających swe nieczystości, gdzie popadnie, pod gołym niebem, w dowolnej chwili. A czas, deszcz i wiatr rozwiewają i zmywają te ślady ich doczesnej egzystencji. Albo zmiata je podmuch przejeżdżającego pociągu. Dzieci robią to najswobodniej, czasem w grupie, nie przerywając zabawy, przekomarzając się. Mężczyźni kucają godniej, w samotnym skupieniu, kobiety zaś wstydliwie, kryjąc się za załomem muru lub pniem drzewa i zakrywając twarz rąbkiem sari, a na widok białego przechodnia odwracając głowę. W codziennym barwnym tłumie mijamy z pewnością drugi typ "defekujących inaczej" - ukrytych, nierozpoznawalnych, a szeroko opisywanych w internecie Hindusów, którzy piją mało wody, by jak najdłużej nie oddawać moczu, i takich, którzy godzinami wstrzymują się z wypróżnieniem, zanim nie dotrą do pracy, gdzie znajduje się zbawcza toaleta. Delhi to też resztki ludzkie. Najubożsi leżą tam, gdzie ich rzuci chwila, kiedy braknie im sił, gdy zmorzy głód i sen. Niektórzy opatuleni szmatą, inni zwinięci w kłębek, wyglądają jak kupa brudnych szmat. Wśród nich są kobiety i dzieci. Noszą przy sobie worki. Bez dobytku - pełne śmieci, jedynego skarbu, plonu ostatnich godzin włóczęgi. Czasami inny żebrak przystaje i kopie leżącego nogą. "Żyjesz jeszcze?", zdaje się pytać jego wzrok.
Tuk-tukiem wiezie mnie chudy jak szkapa Hindus. Do osiedla slumsów. Liszaje cywilizacji - slumsy. W Indiach są ich co najmniej cztery rodzaje: murowane, z surowej cegły bądź pomalowane jaskrawymi farbami; szmaciano-kartonowe schronienia położone na obrzeżach miast, tuż przy torach, wciąż falujące, omiatane pędem mknącego pociągu; namioty w stylu naszych wakacyjnych sprzed kilkudziesięciu lat; w końcu najoryginalniejsze - rurowe. W slumsach przebywam chyba zbyt długo. Pochłonięty mnogością wrażeń, bombardowany nadmiarem bodźców, brnę coraz szybciej i dalej. Zapuszczam się w labirynt uliczek, podglądając życie, wspinając się na dachy, zapobiegawczo rozdając wokół przygotowane czerwone banknoty o najniższym nominale. Cuchną ścieki, zza rogów uliczek wypadają kozy, psy, kury gdaczące wniebogłosy, umorusane dzieci czepiające się moich nogawek. Przejścia są coraz węższe, zawsze błotniste, z domieszką pomyj. Wilgoć klepiska, wokół najjaskrawsze barwy świata: ściany domów, sari ubogich mieszkanek. Bobasy pełzają wokół moich nóg. Wszyscy ćwiczą doskonale wyuczony nawyk. Odruch Pawłowa. Na widok białego turysty hinduskie ramię unosi się, a dłoń sama składa się w miseczkę na monety. Nawet niemowlęta automatycznie wyciągają rączkę we właściwym kierunku. Biegam tak, dopóki nie wypatrzy mnie w jakimś dalekim rynsztoku mój zabiedzony kierowca tuk-tuka. Ciągnie mnie za rękaw. "Musimy jechać. Teraz. Tam jest grupa niedobrych mężczyzn. Zbierają się. Oni źle patrzą. Nie ma ani chwili czasu...". Do dziś nie wiem, czy ktoś w tych slumsach faktycznie usiłował się na mnie zasadzić. Może po prostu kierowca był sprytny i chciał się mnie już pozbyć - odwieźć tam, skąd przyjechałem, i złapać kolejny kurs. Czas to pieniądz!
Punkty usługowe w centrum New Delhi. Na skróty, naprędce, na jednym metrze kwadratowym, na dziś. Wokół dziury, gruzy, ścieki, zwierzęta. A w usługowym kiosku czy dziupli odbywa się naprawa sprzętu, kwitnie handel. Czasem brzęczy tam komputer, który przegra z pamięci aparatu zdjęcia, czasami mruga telefon komórkowy, który można sobie kupić, kiedy indziej jest to punkt zamawiania taksówek czy nawet zakupu biletów lotniczych. Albo miejsce sprzedaży gazet. By kupić, trzeba umieć czytać. Sprzedawca gazet wylicza, co jest najważniejsze w wyglądzie Hindusa: "Jak nosisz okulary, wiedzą, że chodziłeś do szkół, że umiesz pisać i czytać. Dlatego niektórzy noszą okulary bez szkieł korekcyjnych, tylko po to, by pokazać, jak są mądrzy. Drugie to brzuch. Dobry, wydatny brzuch świadczy o tym, że jesteś zamożny, zasobny, tobie i twojej rodzinie nie brak jedzenia. Wreszcie czerwona święta kropka na czole, trzecie oko, czyli najważniejszy czakram w ciele człowieka. Kumuluje energię, siłę witalną niezbędną do prawidłowego funkcjonowania ciała i umysłu. I tyle wystarczy, by być dobrym Hindusem. Ale powiem ci jeszcze jedno, taka rada dla ciebie, dla starszego mężczyzny. Modnie jest ufarbować sobie henną włosy. Na jaki kolor? Najładniejsze są rude". Wszyscy napotkani i indagowani Hindusi deklarowali coś więcej niż aprobatę dla wściekle rudych włosów. Każdy chciałby zafarbować się na ten piękny kolor, gdy tylko jego głowa choć trochę pokryje się siwizną. Nawet dyrektor naszego hotelu w Delhi i technik w atelier fotograficznym.
CIOTKA OD SATURATORA
Na przystanku siedzi pani na wysokim stołku. Pani w chałacie i z saturatorem. Saturator jest tu najważniejszy - to maszyna postępu technologicznego niczym współczesny automat do wydawania puszek i batonów. Nad białym kadłubem rozwarty parasol. Szklany pojemnik z wodą gazowaną i drugi - z gęstym słodkim czerwonym sokiem, tak naprawdę syropem o sztucznym aromacie. Babcia awanturuje się z panią od saturatora, że oszukuje dziecko, bo daje za mało soku malinowego do wody. W nylonowej siatce z dużymi okami babcia niesie mąkę, trochę mielonego i bochen z piekarni od Zająca. Ma na sobie sukienkę w koniki morskie, zapinany na guziczki sweter i lekki filcowy kapelusz. Babcia się denerwuje, jej głos przechodzi w dyszkant. Tymczasem oszukiwanie odbywało się na innej płaszczyźnie - higienicznej. Nikt nie zwracał uwagi, że szklanka jest niestarannie płukana - jedynie dla utrzymania pozoru. Z tego powodu wodę sodową z saturatora potocznie zwano "gruźliczanką". Raz widziałem szklankę przymocowaną na sznurku, "żeby nie uciekła". Dziś by to nie przeszło, ale wtedy nikt się tym nie zarażał, nie zalecano badań profilaktycznych, masowe szczepienia nie obejmowały szerokiego wachlarza chorób. Dezynfekcja narzędzi w przychodniach była powierzchowna, pielęgniarki wygotowywały strzykawki na gazowej kuchni, szczepiły dzieci tą samą igłą, bo niemal wszystko było przeznaczone do wielokrotnego użytku. Dentyści nie znali rękawic i maseczek, używali bieżącej wody z umywalki, czasem spirytusu i głośnych wiertarek napędzanych pedałem i parcianym sznurkiem. Nie wymieniało się wierteł, o znieczuleniu nikt nawet nie słyszał. Przy szkolnych ogniskach rozbrzmiewała przyśpiewka ze słowami: "dziś sto tysięcy kleszczy...", mało kto jednak wiedział, co to kleszcz i jakie niesie zagrożenia. Wszyscy kochali trawę i las. Beztroskie to były lata.
Pani Hela, nazywana ciotką Helą, dyrygowała tym saturatorem jak motorniczy tramwajem. Wykonywała jedno magiczne psiknięcie strumieniem wody gdzieś na ściankę dyżurnej szklanki, dla pozornego odświeżenia, i już nalewała porcję dla kolejnego spragnionego przedstawiciela klasy robotniczej. Hela wychowywała małego Romcia. Nie chodził do przedszkola, biegał po osiedlu z drewnianym karabinem i wciąż, bosy i umorusany, wracał do babki, wołając:
- Babka, daj na klówki! W kiosku przywieźli klówki!
- Romcio, nie biegaj tak, bo się spocisz! Nie mam na krówki. Muszę kupić mielonego, żeby było co jeść, mają mi odłożyć... - odpowiadała.
Na te słowa Romcio robił groźną minę i celował do babki z karabinu. Wszyscy nazywali ją ciotką, choć niczyją ciotką nie była, samotna starowina. Romek nazywał ją babcią - a raczej babką, bo "babcia" nie zabrzmiałoby w jego ustach naturalnie. Kobiecina przygarnęła go, kiedy jako paroletnie dziecko błąkał się nocami po osiedlu, wyrzucony z rodzinnej stajenki przez pijacki zgiełk. Umyła umorusaną twarz, przytuliła, nakarmiła, dała herbatkę z sokiem, ubrała w skarpety po mężu, przylepiła plaster na krwawiący palec, odkaziła otarcia na łydkach i pozwoliła gapić się w migocący zepsuty telewizor. Gdy był głodny, a nie miał fartu cokolwiek na osiedlu zwędzić, wpadał do babki na jakiś tani kęs: piętkę z paprykarzem szczecińskim, resztkę wiejskiej kiełbasy, rosołek Winiary z wermiszelem - wdowie resztki z pustej lodówki. Już wtedy mówili na niego "Wściekły".
Gdy był starszy i należał do osiedlowej bandy, widziałem, jak bije babkę Helę przy saturatorze po piersiach. A te pod białym fartuchem miała okazałe, więc było w co walić. Ten sam Romcio kiedyś w szkole pobił nauczycielkę. Rzucił się na nią z pięściami. Nauczycielkę, koło której ja sam bałem się przejść, on bezcześcił, szarpiąc za brzuch, biust i ciągnąc za włosy. Jego bezwzględny atak wywarł na mnie silne wrażenie, a zuchwałość - imponowała i przerażała. Cielesność tego aktu odniosłem w odczuciach do kolorowego zdjęcia z Paris Match, na którym półnagi hipis przytula bosą hipiskę w skąpym biustonoszu. W jego geście kryła się władczość, w jej uśmiechu - uległość. W wieku parunastu lat wciąż miałem ten obraz przed oczami, tak mocny poczułem związek moich pragnień ze swobodą obyczajów, luzactwem. Hipisi i Romek - dwa różne światy zlały mi się w jedną emocję. Okrucieństwo chłopaka jakoś zestawiłem z uniesieniem pary zamierzającej uprawiać wolną miłość. Podniecenie i brutalna nienawiść - miałem niejasne przeświadczenie, że w akcie miłosnym zawarte są elementy podporządkowania, siłowania się, bólu, przemocy, wykorzystania przewagi. To była pierwsza męska intuicja, jakiej doznałem, jeszcze zanim obudził się we mnie testosteron. Im starszy był Romcio, tym rzadziej przychodził do babki. Pijanego wyrzucała za drzwi, a raczej mu nie otwierała. To mu nie wadziło. Mieszkał na ulicy, zrobił sobie z osiedla jedną wielką melinę. Wolał pomiętolić się z dziewczyną w zaroślach, popić w parku z chłopakami albo w cudzej piwnicy obrobić weki czy przyssać się do pełnego gąsiora.
Stan Borys śpiewał wtedy o jaskółce, Maryla Rodowicz o Małgośce, na Żeraniu ruszyła linia produkcyjna fiata 126p, a Gierek udał się z wizytą do USA. Tego roku w kraksie na zakręcie śmierci w Skomielnej Białej zginął też trener polskiej kadry kolarskiej Henryk Łasak. Tuż po zakończeniu roku szkolnego, w pewien czerwcowy upalny poranek, kiedy osy chętnie pokręciłyby się nad sokiem w saturatorze ciotki Heli, a po parku włóczyły się spocone wyrostki, pijąc wino bez nazwy, na osiedlu gruchnęła wieść, że Wściekły zabił babkę. Mieszkała w starym ceglanym domu za piekarnią Zająca. Boczne wejście, pokrzywione drzwi prowadziły do jedynego pokoju z wiejską kuchnią opalaną drewnem. Świadkowie mówili, że była milicja, zrobiło się zbiegowisko. Wynieśli kobiecinę zawiniętą w białą płachtę. Tylko ręka wyskoczyła, jak wkładali ciało do karetki. Każdy z gapiów co innego na tej zwisającej ręce wtedy zobaczył. Jedni krew, inni ślady zadrapań albo zaciśnięty zwitek papieru w dłoni.
- Pewnie nazwisko mordercy - podpowiadali ci, co naczytali się kryminałów "z kluczykiem".
Wszyscy wiedzieli, kto zabił, ale nikt nie miał odwagi powiedzieć. Na szczęście dzielnicowy też wiedział. Sąsiadki przysięgały, że i tak niedługo by umarła. Była bardzo chora, stale krwawiła, ale nie pozwalała wezwać lekarza, więc miała niebawem odejść do wieczności.
- No ale nie tak, nawet zwierzę tak nie umiera. - Kobieta, która wezwała milicję, mówiła, że stara leżała na podłodze prawie bez głowy, a obok krwawiło radio.
Przez całe wakacje w Koninkach zastanawiałem się, co musiało się wtedy wydarzyć na Wieczystej w ciemną noc, w jednopokojowym mieszkanku ze świątobliwą makatką nad łóżkiem. Wciąż wizualizowałem sobie tę scenę, żeby spisać ją dopiero teraz, po latach:
Zawadził o sztachety, potknął się o wyszczerbiony próg. Ciotka Hela długo nie otwierała, więc Romek stukał coraz mocniej, niecierpliwie, acz z pijackim uporem. Rozległo się westchnienie wiatru w nieszczelnych drzwiach i ich żałosne skrzypnięcie, gdy Hela, przekręciwszy klucz, ostatkiem sił szarpnęła je ku sobie. Stanęła w progu wielka i gruba swą opuchlizną. Zakrwawioną pieluchę kurczowo przyciskała do brzucha, a jej pooraną zmarszczkami twarz wykręcał grymas bólu.
- Czego chcesz? Piłeś?
- Co ty, babka, masz ciotę?
- Głupiś, Romciu! - Wściekły miał przecież imię. - To od choroby. Od choroby tak krwawię.
- Da babka dwadzieścia złociszy... - Poczuł mrowienie w rogu powieki, miał jakieś złe przeczucie.
Zgarbiona kobieta z pieluchą między nogami powlokła się do łóżka.
- A nie dam! - Ciężko opadła na poduszki. - Bo chcesz na picie.
- Da babka. - Ręce mu się trzęsły, więc schował je do kieszeni.
- Na co ci te piniądze? Głodnyś?
- Da babka! Ja potrzebuję. Z Kazią chcę iść na oranżadę i do kina na jaką bonanzę. No i muszę mieć na krówki...
- Nie dam. Nawet i nie mam. Do szkoły nie chodzisz, papierosy palisz, za dziwkami gonisz...
- Kazia to nie dziwka! - Podniósł nieco głos i znów poczuł, że niebezpiecznie drga mu powieka.
- Sąsiadki gadają. Chodzisz tam, gdzie nie trzeba. A cóżeś wymalował na klatce? Toż to wstyd!
- To chłopaki wypisały te rzeczy na ścianie, nie ja. Chłopaki się w niej zakochały... - tłumaczył najspokojniej, jak mógł, ale mięśnie chodziły mu nerwowo pod skórą. - Babka nie żałuje, tylko da!
- Oj, Romcio, pamiętasz ty, jak ty był taki maluśki i ja cię brała na łąki, i szczawiu my zrywali na zupkę? Pamiętasz?
Nie odpowiedział. Uparcie patrzył w podłogę. W bezruchu. Wiedział, że kiedy drgnie, nic go nie zatrzyma.
- Jaki byłeś wtedy grzeczny chłopiec, a teraz tylko się marnujesz. Mówią, z kim wystajesz pod budką...
- Babka nie wciska gadek, bo mnie trzeba te dwadzieścia złotych.
- Nie dam. - Twarz miała zaciętą. Kołdrę podciągnęła pod samą szyję i tak znieruchomiała.
- Pójdę ci kupić bułek. Mówią też, że szmalec przywieźli. Ale resztę z zakupów wezmę sobie. Stoi, babka?
- Póki żyję, pieniędzy na taką zdzirę, co się ze wszystkimi obściskuje, nie dam.
- Babka! Normalnie nie ręczę, co zrobię.
Zbliżył się do łóżka. Skacząca powieka porządnie dawała mu się we znaki.
- Romciu, przecież ja ciebie małego wykarmiła. Ty babci krzywdy nie zrobisz!
- Gówno, żadna babcia! Gdzie trzymasz forsę? Pod materacem?
Chwycił kobietę za nogi i ściągnął z łóżka na podłogę. Zerwał zakrwawione prześcieradło i poduszki, ale nic nie znalazł. Pod materacem też nic nie było.
- Gadaj, gdzie masz, bo przywalę! W radiu? - Łypnął na stare radio z zielonym okiem, stojące na krześle przy łóżku.
Babka jęczała, krew wypływała jej spomiędzy nóg.
- Gadaj, stara, bo zajebię! - Trząsł się i przytupywał, chcąc powstrzymać nogi od kopania. - Nie jęcz tak, kurwa, bo się jeszcze bardziej wnerwię!
Wściekły chwycił wielkie niemieckie radio i podniósł je jak piórko, jak Baszanowski sztangę. Aż wtyczka z pasiastym sznurem wyskoczyła ze ściany. Gdy odbiornik przestał szumieć, rzucił nim z impetem na jej rozczochraną głowę. Podniósł i walnął jeszcze raz, aż znieruchomiała. Kiedy drgnęła jej noga, poprawił, brudząc sobie ręce krwią i czymś, co wyskoczyło spod jej włosów. Potem odrzucił radio na środek pokoju. Tam pozostało niczym milczący jednooki świadek tej sceny.
Obraz tego horroru - wymyślony, choć o prawdopodobnym przebiegu - prześladował mnie przez całe późne dzieciństwo. To był symbol starej Wieczystej i ceglanych domków, w których rodzili się młodzi bandyci. Brudni, mali, dzicy, o twarzach maszkaronów. Często fizycznie wątli, ale z dojrzałym chuligaństwem we krwi. A to czyniło z nich królów. Byli cwani, doświadczeni i jakby kilka lat starsi od rówieśników. Większość z nich trafiała do poprawczaków jeszcze w podstawówce. Później siedzieli w więzieniach. Czasem spotykałem któregoś na obrzeżu plant czy na Kazimierzu w jakiejś ciemnej bramie. W internecie widywałem policyjne listy gończe opatrzone ich twarzami. Wtedy byli już słabi. Przebojowość nastoletnich gwiazd ulicy, chuliganów, którzy sprawowali osiedlowe rządy, z czasem przeistoczyła się w psychiczne kalectwo. Większość z nich szybko się spaliła w swoim nieopanowanym, gwałtownym życiu.
PIERWSZE
Pierwsze: mgliste, za woalką, prawie w mroku. Zostały za mną, jakby pod ziemią. W nieporadnym parolatku z trudem rozpoznaję siebie samego - tyle istnień powstało i zanikło we mnie w ciągu sześćdziesięciu lat. Te wspomnienia nie są jednak wyblakłe czy pożółkłe, choć ich świeżość i ostrość nie tkwi w samym obrazie. Ten się naturalnie zatarł, rozmazał, ale dla mnie obrazy przeszłości są żywe za sprawą pozostałych zmysłów. I są nadal bliskie - najdawniejsze chwile mają smak i zapach. Scalam te okruchy przeszłości. Kolory, głosy, smaki, z których kiedyś składał się mój cały świat. Bardziej intensywne, bo zwielokrotnione wspomnieniami. Echo brzmi donośniej niż wypowiedziane słowo. Wokół pachnie czymś, co zaszyte we mnie. Czas chyba ma skrzydła.
*
Podpamięć. Smak chleba z jabłkiem i ja z mamą na łąkach Podbiegam, odgryzam kęs i ganiam. Dziesięć okrążeń wokół mamy do następnego kęsa. Pasja ścigania roztrzepotanych skrzydeł motylich, mieniących się kolorami kwiatów łąki. Takie próby najczęściej wiodły na manowce: do nieoczekiwanych ziemnych jam, kęp ostrych krzewów, w wysokie trawy poprzeplatane ostem.
Wiatr bawił się nim jak byle listkiem. Wiedziałem, że mozaikowy motyl znużony lotem, migający, zaraz gdzieś przysiądzie, składając skrzydła niczym do modlitwy. Dziadzio podśpiewywał czasem: "Oj nie goń, nie goń, nie goń motylka, dla niego życie, dla ciebie chwilka".
- Mam cię!
Nieraz klaskałem w dłonie z nadzieją, ale - niestety - migocące pomarańczowe skrzydła odlatywały zygzakowatym lotem bezpiecznie w dal. Wtedy nagle zdawałem sobie sprawę, że znajduję się w lesie wysokich traw, które sięgają wyżej niż ja sam. Dookoła same źdźbła, nade mną niebo. Zdjęty trwogą, wołałem: "Mama, mama!" i szybko wycofywałem się z obcych wybujałych zarośli. Wypływałem na widną płaską zieleń, tam odnajdując swój skarb.
Dziś na tych łąkach stoją osiedla, gdzie przed każdym blokiem parkuje mrowie samochodów. Nie widać ani dzieci, ani skrawka zieleni. Teraz motyle niosą te same błękitne plamki, niby oczka, na skrzydłach - udają oczy groźnego drapieżnika.
*
Rok wcześniej w Jugowicach Teofil wraca z pochodu z biało-czerwoną flagą. Flaga z daleka zdaje się być mała, ale w miarę jak Teofil się zbliża, staje się większa i bardziej wyrazista, tak jak krzywy papieros, zapalony, niedbale zwisający z jego warg. Papieros jest krótki, żarzy się, a Teofil puszcza nosem kłęby dymu. To mnie przeraża. A gdy stawia zdobycz w pokoju, lekko kołysząc się na chwiejnych nogach i z dumą rozpościera jej dwukolorowe skrzydło, flaga zdaje się większa i dostojniejsza niż wszystkie meble. Wygląda, jakby łopotała na wietrze.
- A co ci się zachciało ukraść chorągiew państwową na święto pierwszego maja! - krzyczy babcia i stuka się w czoło. - Tylko patrzeć, jak cię aresztują.
Mężczyzna zionie piwskiem, faluje, śmiejąc się przesadnie i bezzębnie.
- Patriota czy sabotażysta? - pyta retorycznie mój tato (podobno).
- To flaga dla Pawełka! - oznajmia Teofil.
I z zadowoleniem rozpiera się na krześle. Z kieszeni kufajki wydobywa pęto kiełbasy. Zwycięskim gestem kładzie zdobycz na półce - dumne trofeum nocnego portiera. Tani teatrzyk, pierwszomajowy kabaret. Teofil ma wielki brzuch, obrzmiały od wątroby, rozepchany tanim winem. Bandzioch rozlany na krześle wygląda jak wielka puchowa poduszka leżąca na kolanach. Od tego brzuszyska Teofil za parę lat będzie umierał. Ale tego nikt jeszcze nie wie. Radio wciąż gra marsze. Kiełbasa śmierdzi mięsiwem, czosnkiem, tłuszczem. Cały Teofil z brakującym przednim zębem i wypasionym brzuchem cuchnie tą kiełbasą. Usuwam się w kąt, by nie czuć.
Kiedy indziej biegam tak szybko, jak umiem dookoła stołu. Stół jest idealnie okrągły i pożydowski. Mama biegnie za mną, ale powoli, bo w ręku trzyma łyżkę pełną tranu. Uciekam przed tym tranem. Ma rybi smak i odór. Nie ma na świecie obrzydliwszej rzeczy. W końcu jakoś mnie ta łyżka dopada.
Potem mama mówi: "Chodź tu, Pawełku, zrobię ci brwi". Grzecznie poddaję się jej zabiegom. Potem sprawdzam w lustrze. Mama naprawdę zrobiła mi brwi! Sam nie pojmuję, jak mogłem wcześniej ich nie mieć.
Tato nie lubi mamałygi. Mama podaje ją bez dodatków, co najwyżej z kawałkiem masła na środku. On udaje, że je. Grzebie w talerzu. Mama, by go zachęcić, przypomina lwowską rymowankę:
- Hajże mamałyga, mama daje, tato fryga.
*
Pewnego dnia dopadła mnie kolka. Pojechałem z mamą taksówką w obce miejsce. Było tam zimno, złowrogie echo odbijało cudze jęki i krzyki, nozdrza wychwytywały nieznane zapachy. Mama została na korytarzu rozświetlonym złowrogą zimną bielą, a mnie, trzylatka-kościotrupka, oddała pielęgniarkom. Zostałem sam. Wokół nieznane sprzęty i diabły w fartuchach otaczające mnie wianuszkiem. Płakałem głośno, bo bardzo bolało.
- A tu boli, tu też cię boli?
Przekrzykiwali się jeden przez drugiego, szczypiąc mój tułów i śmiejąc się z mojej niemocy. Kuliłem się wtedy nagi na prowizorycznej szpitalnej tacy, na jakimś pulpicie pośrodku sali. Kurczyłem się w sobie, usiłowałem się wymknąć, ale osaczały mnie złośliwe szczypiące palce i szyderczy śmiech białych fartuchów. Widziałem z oddali postać mamy. Nie pomogła mi. Słyszała to i widziała. Stała niespokojna, ze zbolałą miną, załamywała ręce. Zamknięta za tymi rękoma jak za stalową obręczą. Znów czułem się odepchnięty.
To było pierwsze spotkanie z lekarzami. Od razu się ich nauczyłem. Gwarantowali lęk i tortury. Doświadczenie jak wszystkie następne. W jak grubą skórę trzeba wejść, żeby zostać medykiem?
*
Krasiczyn to zamek i wierzby. Wierzby stały smutnym płaczliwym szeregiem nad wodą, leniwie spuściwszy ku niej gałęzie, jakby piły. Wszystkie pochylone jak staruszki. Pędy cienkie i giętkie, za to pnie szerokie; niektóre spróchniałe od środka tak, że dało się wejść do wnętrza. Kiedy tam stałem, otulony korą jak tarczą, myślałem, że robię się niewidoczny. Wśród krasiczyńskich wierzb płaczących, nostalgicznie i z rezygnacją zwieszających ku ziemi swe długie ręce, rozciągały się liczne pastwiska. Wałęsałem się wśród krów i raz po raz pytałem: "A ta kjowa, jak naziwa ta kjowa?". Wieśniaczki, zachwycone, że mały panicz tak interesuje się ich dobytkiem, jedna przez drugą wymieniały wszystkie imiona: Krasula, Kropka, Siwa, Czarnula, Mecia, Łata... Ale moją uwagę zwróciły dwa: Czekolada i Czerwonula.
*
Uliczna orkiestra z gitarą, mandoliną i akordeonem. Kapela nastawiona na szybki i niewielki zysk, grająca na instrumentach i na uczuciach domowych gospodyń. Może choć na chwilę rozweselą je bezpretensjonalne fałszujące melodie. Kilku żwawych muzyków. Towarzyszą im czarnowłose kolorowo odziane kobiety z gromadką smagłych dzieci. Zaczepiają przechodniów, gotowe każdemu powróżyć z ręki. Wciąż o coś proszą, powtarzają jakieś zaklęcia. Muzykanci szybko obskakują blok po bloku, są w bezustannym ruchu - pod każdą klatką grają tylko chwilę i zaraz przesuwają się o kilka metrów w bok. Ledwo moje uszy wyłapują melodię, a oni już są dalej. Podwórkowi Cyganie. Jednak trudno mówić o podwórku, bo przestrzeń między blokami to spora łąka. Grają pod naszymi oknami, łapią do czapek rzucane z okien monety. Sąsiadki przestrzegają mamę, że to sami złodzieje, niektóre kobiety od razu zatrzaskują okiennice, jakby Cyganki mogły tamtędy przeniknąć do ich mieszkań. Mama uważa, że tak nie można, szybko ma mokre oczy i tłumaczy światu, czyli mnie, że to bardzo biedni ludzie. A ja boję się, aby mama nie wypadła przez okno, kiedy zrzuca im monety naprędce - choć szczelnie - owinięte kartką. Inaczej pieniądze po uderzeniu w twarde podłoże, rozbiegają się we wszystkie strony i giną w trawie. Najbardziej mama płacze, gdy jednego przedpołudnia pod bloki przybywa łysy skrzypek z małą dziewczynką, która z szerokim uśmiechem tańczy w rytm jego muzyki. Żwawo podskakuje, wirując kolorową spódniczką, cały czas wpatrzona w okna, z szerokim uśmiechem nieschodzącym z ust.
- Jaka biedna dziewczynka! Ona nawet nie ma butów, oj, oj - biadoli mama i dokłada do zawiniątka jeszcze jedną złotówkę.
Bosa czarnowłosa równolatka jest w kręgu moich najskrytszych zainteresowań. Zbiegam pod blok, muszę ją z bliska zobaczyć. Podnieca mnie ta zuchwała mała oszustka. Gonię wzrokiem dzikie, ale i pełne gracji ruchy, nie umyka mojej uwadze zarys piersi pod kolorową bluzką. Oczy czarne jak węgle spotykają mój zaciekawiony wzrok. Cygańskość dziewczynki podkreślają kolczyki, jaskrawość jej sukienki i czerwień majteczek. Zauważam je, gdy wykręca swoje piruety. Wpatruję się w jej brudne, bose stopy z czarnymi obwódkami ziemi za paznokciami. Wstydzę się, że jestem taki czyściutki i wymuskany. Chciałbym żyć w cygańskim taborze.
Innego dnia pod blokiem swoje usługi ogłasza ostrzyciel noży. Starszy pan, który pedałem potrafi w mig wprawić w ruch należącą do niego maszynę. Nosi ją na plecach i stawia obok śmietnika. Lubiłem przenikliwy dźwięk metalu, kiedy nóż napotykał kamień i zaczynało się szlifowanie ostrza. Dziadkowi przynosili do naostrzenia nożyczki, łyżwy, tarapaty. Kiedy indziej bardzo zgarbiony staruszek w wysłużonym ferszalunku zbiera szmaty, a inny pcha wózek i krzyczy: "Flaś...", a dzieci znoszą mu z mieszkań szklane słoiki i butelki. Nazywa się ich "dziadami", ale mama uświadamia mnie, że to nierzadko przedwojenni panowie, tylko zubożali. Opowiada, jak na Sławkowskiej po wojnie jednym z dziadów żebrzących pod kościołem był hrabia herbu Łoś.
Pewnego razu mama zawołała z kuchni: "O, pilot jest pod blokiem!". Ledwo zdążyłem wzuć buty, tak zelektryzowała mnie wiadomość, że pod naszymi oknami wylądował najprawdziwszy samolot. Zbiegłem, przeskakując po kilka schodów. Po drodze walnąłem pięścią w drzwi kolegi:
- Szybko, wylądował u nas samolot albo helikopter!
Wybiegłem, a za mną koledzy i ich malutkie, wiecznie rozszczebiotane siostry. Na dole stał brudny furgon żuk z żółtą tabliczką "pilot", anonsując rychłe przybycie ponadwymiarowej ciężarówki z ciężkim sprzętem. Już zresztą gramoliła się wąską osiedlową drogą, dźwigając na swoim grzbiecie jakieś maszyny i olbrzymi spychacz, który tato nazywał buldożerem. Będą budowali drogę. Pod blokiem grupa dzieci zwabionych moimi okrzykami. Na darmo wypatrywały samolotu. Ależ się wtedy najadłem wstydu. Chciałem szybko dorosnąć.
*
Na dróżce ptak. Ażurowe truchło: resztki piór, prześwitujący szkielecik i jedno duże, czarne oko. Mama od razu odciąga mnie na bok i pyta, czy widziałem. Pewnie, że tak, i raz jeszcze chciałbym zajrzeć w to martwe ślepie. Ptak wygląda podobnie jak rozkwaszona żaba w kałuży dzień wcześniej. Mama ma minę pełną boleści. Wykrzywia się jej twarz, kiedy pyta, czy się boję.
Czekam na sen, lecz te malutkie zwłoki nie mogą mi wyjść z głowy. Podobno dawno, dawno temu, gdy ludzkość była w powijakach, a my byliśmy co najwyżej małymi ssakami, baliśmy się węży, ropuch, jaszczurek czy pająków w sposób naturalny i uzasadniony. Wtedy nam, niedorozwiniętym formom, te potwory faktycznie zagrażały. Lęk zawiera całą historię ewolucji. Okrzyk strachu, gdy spostrzegamy opasłego pająka krzyżaka czy wijące się ciało węża, to przejaw atawistycznego lęku.
*
Wracamy ze sprawunkami z ronda Mogilskiego zatłoczonym tramwajem. Kontroler zatrzymuje mamę ze mną kurczowo trzymającym się jej płaszcza.
- Pani jedzie bez ważnego biletu? Proszę okazać bilecik do kontroli!
- Nie zdążyliśmy skasować.
Mama pokazuje trzymane w ręku cztery nylonowe siaty i dziecko u boku. Zaczyna płakać, kanar nie odpuszcza, a ja wycieram oczy w poły jej płaszcza. Wóz kołysze się beznamiętnie, wykonując swój kurs, podzwaniając co jakiś czas. Nic sobie nie robi z tego, że wiezie w swoim wnętrzu nas jak w potrzasku: zrozpaczoną kobietę i jej przerażone dziecko. Rozpędzony kolebie się, rzuca nas na boki, a kontroler jeszcze donośniej domaga się dokumentów. Prawie chowam się za mamą. Pasażerowie upominają służbistę:
- Trzeba być człowiekiem! - Zwracają uwagę na małe dziecko, więc robi mi się wstyd, że jestem nieduży.
Inspektor uśmiecha się, jednak na przystanku wysiada z nami i spisuje dane z zielonego dowodu. Mama ze łzami w oczach, ale mocnym głosem, wylicza swoje argumenty: niedolę kobiety, kilogramy dźwigane w siatkach i brak pieniędzy, anemiczne dziecko. Wstawia się za nią przedwojenny dżentelmen w eleganckim kapeluszu, mieszkający przy Spasowskiego - pamiętam, bo podał kanarowi dane.
Dostajemy mandat. Wieczorem mama z rozmachem pisze odwołanie.
*
List do Świętego Mikołaja, pisany niewprawnie drukowanymi literami, z kropką po niemal każdym wyrazie:
MIKOŁAJU - PRZYŃEŚ MI - BANANY - POMARANCE - 3 ZOŁNIEZY - INSTRUMENT - I NAPISZ MI - CZY BEDE MIAŁ BRATA - A MAMIE LALKONIKA - KWIATKI Z PAPIERU - HINSKIEGO PTASZKA - I CUKIERKI - TAKIE JAK BYŁY W ZAKOPANYM - A TATOWI SPODNIE - CZABKE NA ZIME- I DWIE RUZGI - I ZEBYM RANO ZOBACZYŁ PAKUNKI - BL 7/27 - PIETRO III - KLATKA II -
*
Jadę na rowerze już bez bocznych kółek. Sam jeszcze nie umiem, więc tato trzyma rower za siodełko. Mówię coś do niego, ale nie odpowiada. Odwracam się - tato został, jest daleko. Puścił siodełko, a ja jadę sam! Tato coraz bardziej się oddala, ja pędzę bez kontroli. Wołam do niego i przewracam się. W ustach mam piach.
*
Na nieczynnym lotnisku w Czyżynach wysadzają pozostałości hangarów. To niedaleko stąd. Na rowerze, jak się dobrze rozpędzę, jestem tam w kilka minut. Co jakiś czas rozlega się potężny huk i rozpełza po okolicy, wciskając się w każdą szparkę. Mama usiłuje uciec przed tym hałasem, biega od pokoju do pokoju, zatrzaskuje za sobą drzwi. Ale grzmoty ją dosięgają. Kipi upalne lato, a mimo to pozamykała wszystkie okna. Mama porównuje to do wojennych bombardowań. Rozdyma nozdrza, wykręca niespokojnie dłonie i pomstuje na żołnierzy. W końcu bierze się na sposób: odlicza przerwy między detonacjami i, gdy zbliża się kolejny wybuch, zamaszyście otwiera kran w wannie. Łoskot wody płynącej szerokim strumieniem i rozpryskującej o wannę nie stłumi jednak huku. Nie wiem, jak mamę uspokoić, bo mnie te odgłosy wojny nawet się podobają. Chciałbym mieć karabin i strzelać.
*
Miejsca lubią zwodzić nasze oczy i wspomnienia; miejsca, które już dawno odpłynęły w otchłań przeszłości. Mimo to przywołuję je z wrodzoną dokładnością i wiernością. Pamięć i kolekcjonowanie szczegółów to moja specjalność, a wspomnienia - najbezpieczniejsza przystań.
List od cioci Hildy z Buffalo, jak zwykle przed Bożym Narodzeniem. Życzenia i załącznik w postaci banknotu. Nominały jako prezent świąteczny oznaczały spojrzenie w nieruchome oczy Lincolna lub Hamiltona. Pięć lub dziesięć dolarów - w zależności od hojności nadawcy w chwili pisania listu. Te pieniądze potem wędrowały do pudełka w bieliźniarce. Można było sprzedać je cinkciarzowi, a kilka lat później, kiedy powstały Peweksy, można było coś za nie nabyć.
W 1965 roku wraz z listem pojawił się problem. Mama odchodziła od zmysłów, płakała i krzyczała. Rozdymała nozdrza i uderzała pięścią w stół. Zamknąłem się w swoim pokoju. Pieniędzy wzmiankowanych w treści listu nie było w kopercie.
Poszła skarga:
Koperta listu nosi wyraźne ślady otwierania. Pieczątka przybita na odwrotnej stronie przez Kraków 2 z datą 6.12.1965, w miejscach, gdzie się kopertę zakleja, ma linie poprzesuwane, nie zgadzające się ze sobą. Natomiast stempel przybity dzień później w Nowej Hucie 28 nie nosi śladów przesunięć. List podczas wędrówki z urzędu do urzędu, a stamtąd na osiedle Wieczysta, został ogołocony z pieniędzy. Myślę, że Władze Poczty zajmą się tą ważną sprawą i wyciągną konsekwencje wobec winnych. Takie sytuacje naruszają zaufanie obywateli do tak poważnej instytucji.
Cała ta historia miała tragiczny finał. Do naszych drzwi zapukał doręczyciel, znany z widzenia wysoki brunet. Płaczliwie prosił, żeby mama wycofała skargę. Przez tę awanturę mógł stracić pracę, więc niemal drąc na sobie ubranie, przysięgał, że nie ukradł tych dolarów. Był roztrzęsiony. Przyglądałem mu się bacznie. Zawsze miałem go za ważnego urzędnika państwowego, a w tamtej chwili byłem świadkiem tego, jak się rozkleja i histeryzuje. Minęło parę dni, w drzwiach tuż przed świętami pojawiła się nowa listonoszka. Przekazała informację, że przejęła ten rejon, ponieważ jej poprzednika zabito na nowohuckim osiedlu w tajemniczych okolicznościach. Ciało znaleziono skąpane we krwi, bez torby, w której było mnóstwo listów - zapewne wiele z zagranicy. A dyrekcja Poczty i Telegrafu odpisała krótko z datą 22 grudnia:
Urząd tut. prosi o nadesłanie koperty z listu, w związku z wniesionym zażaleniem o ograbieniu przedmiotowego listu.
*
Pierwszego maja echo osiedlowych budynków potęguje dźwięk z telewizorów - słowa sprawozdawcy emocjonalnie relacjonującego imprezę. Słychać fanfary w wykonaniu orkiestry i okrzyki wznoszone przed trybuną. Jeżdżę rowerem pod przystanek tramwajowy i z powrotem, nie mogąc doczekać się taty. W końcu, zawołany przez okno do domu, jem ziemniaki z kefirem. Co dwa łyki wskakuję jednak na parapet i obserwuję ludzi wysypujących się z tramwaju na przystanek od strony miasta. Są malutcy jak mrówki, ale ja mam sokoli wzrok. Z zaciekłą wiernością i z oddaniem czekam godzinę po godzinie na pojawienie się szczupłej sylwetki wysiadającej z niebieskiego tramwaju. Nie mogę zająć myśli niczym innym, jak tylko tym, aby wyjechać tacie naprzeciw i ostro przed nim zahamować kontrą, tak żeby rower prawie stanął dęba. Kręcę się po mieszkaniu, niczym myśliwy wypatruję niebieskiego tramwaju. Słucham - szyny zgrzytają, momentami te dźwięki przechodzą w pisk. Motorniczy ciągle dzwoni: gdy rusza, gdy ktoś mu wchodzi pod koła; gdy motocyklista na przejeździe nie widzi sunących nań rozpędzonych wozów. Dzwonek zastępuje światła, znaki, drogowe obyczaje. Kiedy w oddali pojawia się wężowata czwórka, wskakuję na parapet, mój punkt obserwacyjny, i wzrokiem śledzę wylewających się szeroką ławą pasażerów.
- Jest tato!
Zostawiam niedokończony obiad i pędzę do piwnicy po rower, żeby złapać tatę jeszcze przed supersamem.
ŚMIERĆ W TIUMENI
- Mamo, ile ja mam lat? - pytam.
- Pięć - odpowiada.
Zadzieram głowę i widzę czarne wrony na nagich konarach. Idziemy Plantami w stronę Wawelu, obok hotelu garnizonowego. Kilka lat później ten sam wzrok kieruję na bezlistne cmentarne drzewa w dzień Wszystkich Świętych - na ich oprószone bielą gałęzie. Pytam wtedy babcię Siunię:
- Czy dziadek jest w tych ptakach? Czy patrzy teraz na nas?
Babcia nie odpowiada, śnieg mocno sypie, a mróz trzaska pod nogami. Mama kazała mi założyć najgrubsze skarpety i zakopiański sweter, więc wełna gryzie mnie w stopy i szyję. Cmentarna woń chryzantem przypomina zapach trupów, wydobywa się jakby spod ziemi. Czuję, że każdy grób to wyrzut wobec żywych, a więc i do mnie, przechadzającego się między niewidocznymi, leżącymi sztywno na wznak, z rękoma splecionymi do modlitwy. Grobowce ujawniają minione daty, sprowadzają ludzi do dwóch wyznaczników: wesołej gwiazdki i tragicznego krzyżyka. Czasem marmurowa fasada uchyla rąbka tajemnicy i pokazuje twarz, zamkniętą na zawsze w owalu. A ty wciąż żyjesz - zdają się mówić do mnie ich niewidzące oczy. Niektóre groby są popękane, przekrzywione, zapadające się, pordzewiałe i mają połamane krzyże. Tłum ludzi z wieńcami i kwiatami w donicach niesie nas i popycha, dalej i dalej. Szare chmurne niebo.
Mama tłumaczyła, że słowo cmentarz pochodzi od "smętnie" czy "smucić się". Tak naprawdę to "smętarz", mawiała, bo tak smutno jest w miejscu, gdzie złożone są kości bliskich. Wedle tej hipotezy pierwotnym znaczeniem "cmentarza" byłoby miejsce "smęcenia". To ludowe domysły, podchwycone i przyswojone przez naiwną i łatwowierną naturę mojej mamy. Współczesne językoznawstwo nie potwierdza tej etymologii. Ale ja, idąc z babcią cmentarną aleją, czuję trwogę. Wiem, że pod skibą ziemi, po której stąpam, spoczywają rozsypujące się trumny, zbutwiałe szkielety, czaszki z wytrzeszczonymi oczodołami. A kiedyś były na nich rysy twarzy, uśmiechy, usta wymawiające słowa. Myśl o końcu życia zakrada się jak złodziej i tłucze duszę. Los jest nieuchronny, a jednak każdy ma nadzieję, że uniknie smutnego końca. Czasu nie da się zatrzymać. Chwila goni chwilę. Czuję to, choć jestem dzieckiem i dopiero zaczynam wędrówkę.
- Babciu, czy to prawda, że wystarczy jedna mała dziurka, żeby z człowieka wszystko wyszło i został pusty i nieruchomy, a potem się zsechł i zmienił w popiół?
*
Rok 2010. Po raz setny czytam list dziadka z 1946 roku. Pożółkła kartka zapisana drobnym maczkiem.
Doczekałem się wreszcie załatwienia mojej sprawy, w rezultacie zostałem zwolniony z obozu w Karelinie i zesłany na wolność w Tiumeń. Jestem tu na miejscu trzeci dzień. Przydzielono mi pracę w Żegludze Rzecznej. Jednak w tej chwili jestem jeszcze zbytnio wyczerpany, więc muszę przez jakiś czas odżywiać się dobrze, ażeby nabrać sił i ubrać się, a jestem dosłownie ogołocony, w łachmanach i prawie, bo w 80%, bosy. Niech się za to wstydzą ci, co mnie do takiego stanu doprowadzili.
Tiumeń, pięćsetletnie kozackie miasto, pierwszy przyczółek cara, przedpole Syberii. Zmrożone, skute mrozem życie toczyło się tu w spowolnionym tempie. Jak leniwa rzeka uwięziona pod warstwą lodu. Rankiem, osnutym mroźną mgiełką, udaję się z Asią nad Turę. Zmierzamy w okolice przystani, gdzie ponoć niegdyś stały zawszone baraki zesłańców. Jak tu odnaleźć twarz dziadka wśród szczelnie opatulonych przechodniów przemykających w grubych okryciach zaśnieżonymi ulicami, przypominających tłuste niedźwiedzie, nie całkiem dobudzone z zimowego snu? Jak rozpakować przeszłość? Jak na zimnej ulicy zgrabiałymi dłońmi wysupłać z kieszeni zdjęcie i podetkać pod nos komuś, kto wydaje się bardzo wiekowy? Starzec przystanie i nie zbędzie pytania byle mruknięciem. Zmruży oczy. Potakując głową, zacznie opowiadać.
Nafta i gaz wystrzeliły w niebo i od tego czasu populacja miasta zwiększyła się dziesięciokrotnie. To zmniejsza szansę. Czy zmarli mają do powiedzenia więcej niż żywi?
Pytasz, jak mieszkam, więc opiszę dokładnie, mimo że wolałbym się tem nie chwalić, ażeby swoim chlebo- i kwaterodawcom wstydu nie robić. A to: wspólny pokój 8 × 5, tapczany zbijane z trzech desek, siennik niby napchany, poduszka odpowiednia, brak pościeli obiecywanej od 4 miesięcy. Warunki mieszkaniowe są okropne, brud, smród i niechlujstwo, a miljony pluskiew spać nocą nie dają i ta męka (w dodatku bez bielizny) utrudnia w wielkiej mierze poprawę zdrowia. Czystość więc niżej wszelkiej krytyki. Najgorsze są te miljony pluskiew, które zażerają całymi nocami. Mam na szczęście dość nafty, więc zlewam barłóg wraz z łachmanami. To dość pomaga, tylko że cały naftą śmierdzę.
Przechodzimy wiele ulic. W końcu docieramy w okolice z drewnianą parterową zabudową. Ni to placyk, ni rynek. Ot, poszerzenie ulicy. Jasne i niskie. Okna zrównane z zaśnieżonym chodnikiem. Półprzymknięte okiennice ukazują nieszczelne, zmatowiałe od mrozu szyby oprawione w spękane framugi, które od wewnątrz są poutykane szmatami i wzorzystymi kocami. Ulica Pristanska przechodzi w Gosparowską. Droga schodzi w dół, a zwarta zabudowa z domami o rzeźbionych okiennicach ustępuje miejsca z rzadka porozrzucanym dwupiętrowym blokom zbitym z bali. Za nimi wznoszą się metalowe konstrukcje dźwigów z przystani. Numery kończą się na czterdziestym czwartym. Nie ma szans na sześćset dziewięćdziesiąty drugi, który pojawiał się w listach dziadka w adresie do korespondencji. Ulica kończy się zaspami i wiaduktem. Ta przestrzeń nie mogłaby pomieścić sześciuset domów ani sześciuset pokoi, ani nawet tylu psich bud. Dziwiąc się tej nieścisłości, przyglądamy się, jak mężczyzna w wojskowej kurtce i futrzanej czapie napełnia wodą wiadro, siłując się z przydrożną pompą. Z komina domu za naszymi plecami buchają w niebo kłęby dymu. Tego dnia jest dwadzieścia osiem stopni poniżej zera. Stoimy więc nieruchomo i czekamy. Ale nic magicznego nie chce się wydarzyć. Wiem, że to właśnie jest ten punkt miasta, że te domy muszą pamiętać chadzającego tędy dziadka. Oczyma łzawiącymi od mrozu na darmo szukam śladu po zawszonych, byle jak skleconych barakach, budynku biura starej przystani, szyldów malowanych pędzlem zesłańca, obrazu ze słonecznikami. Nie znajduję niczego znajomego. Dochodzę do wniosku, że adres listowny Gosparowska sześćset dziewięćdziesiąt dwa to nie numer domu, a raczej skrzynki pocztowej w biurze portu. Odczekujemy, aż mężczyzna z napełnionymi wiadrami zniknie w drzwiach domu, po czym wycofujemy się w rejon drewnianych bloków.
Otwarta klatka schodowa jest biała od nawianego śniegu. Wydeptywane przez sto lat stopnie zaokrągliły się, złagodniały ich kanty, starł się brązowy lakier, wyłamały się krawędzie. Szczerbate schody sprawiają, że wspinając się na piętro, muszę kurczowo trzymać się rozchwierutanej poręczy. W korytarzu trzaskający mróz suszy białe pranie. Płatki śniegu osiadają na dziurawym fotelu, który ktoś tu wywlókł, żeby go jeszcze nie wyrzucać. Pukam do metalowych drzwi: jednych, drugich, trzecich, następnych. Za każdym razem odpowiadają zaniepokojone głosy, potem uchylają się drzwi, ukazując zdziwione twarze. Dziewczyna w golfie, z dzieckiem na ręku. Dalej wysoka sucha kobieta z ustami wykrzywionymi grymasem. Mężczyzna z podbitym okiem. Pomarszczony rozkaszlany chudzielec, tłumaczący, że przyjechał tu ze wsi zaledwie miesiąc temu i nic nie wie o żadnych zesłańcach. Drzwi trzaskają nieprzyjaźnie. Pytania o staruszków pamiętających czasy powojenne zbywane są wzruszeniem ramion.
- Idźcie stąd. Tu nikt nic nie pamięta!
Ześlizguję się po zasypanych schodach. Boją się. Ludność napływowa. Nie wiedzą, czego od nich chcę. Epoka, kiedy mieszkali tu polscy zesłańcy, a wśród nich kapitalista Zalewski, minęła kilkadziesiąt lat temu.
Sergiusz Fiel - przyczółek polskości za Uralem - dumny prezes stowarzyszenia Latarnik, Rosjanin, syn lwowiaka, zesłańca. Jego polszczyzna jest staranna i elegancka, jedynie nacechowana kresowym akcentem.
- Dmucham w tlącą się iskierkę, wskrzeszam wielki czas. Ale takimi staruszkami, jakich pan chciałby poznać, nie dysponuję. Jest dwudziesty pierwszy wiek. Niewielu z tamtych czasów pozostało w Tiumeni. Po amnestii wrócili w końcu do Polski, przejechali w inne części Związku Radzieckiego, pożenili się, założyli nowe domy i rodziny. Zawsze może pan przejść starymi uliczkami nad Turą, popytać. Pristanską i Gosparowską znalazł pan na swoich miejscach. Ale prawdopodobieństwo, że spotka pan stulatka, który akurat znał cukiernika ze Lwowa, jest raczej niewielkie. Jeszcze ktoś się na siłę przyzna za papierosa czy butelkę i głupstw panu naopowiada. Lepiej poszuka pan sobie w archiwum. Może dowie się pan, kiedy dziadek zmarł, może gdzie, na jaką chorobę... A choroby to były dwie: tęsknota i głód. Grobu pan nie znajdzie. Wtedy ludzie umierali jak muchy. Koledzy ledwo mieli siłę, żeby wykopać byle dołek w zmarzniętym gruncie. Chowało się w ziemi, w śniegu, z białymi brzozowymi gałązkami związanymi w krzyż jakimś sznurkiem czy tasiemką. Taki biednie sklecony krzyż nie przetrwał pierwszej jesiennej zawieruchy. Wie pan, tylko pamięć przetrwa. Pięknie, że pan przyjechał. Rzadko gościmy tu, za Uralem, kogoś, kto z pietyzmem podchodzi do życia narodu, do pamięci swych przodków.
Wydeptuję Jego dawne ścieżki. W sąsiedztwie żeńskiego klasztoru odkrywam cechy typowe dla przedmieścia. Z rzadka jeżdżą tędy samochody, a jeśli już się pojawiają, warczą groźnie, mozolnie pokonując śnieg centymetr po centymetrze. Raz po raz przemykają postacie w futrach, bufiastych, puchatych kurtkach, pozawijane w ciepłe szmaty, w czapkach okalających całe głowy. Przyglądam się przechodniom i wyłapuję pasujące elementy: włosy, ruchy ciała, znajomy grymas ust. Tak, on tu był. Tędy powłóczył nogami owiniętymi w szmaty. Czas przeszły mami. To są niezdrowe złudzenia. Napotykam tylko zdumione spojrzenia, uciekające przed igiełkami szczypiącymi w powietrzu. Ludzie snują się w tempie spowolnionym przez siarczysty mróz, oleiści w ruchach jak wódka z zamrażarki, leniwie lejąca się do kieliszka. Ociężali, tropiący ścieżki w zaspach, przesłonięci kurtyną padającego śniegu jak półprzezroczystą zasłoną. Płatki padają coraz gęściej. Wszystko zbielało. Miasto widmo. Cudem łapiemy taksówkę, nadgryzioną zębem czasu i bez taksometru. Ustalamy kwotę na dwieście rubli od godziny i każemy się zawieźć do dużej księgarni. Do kilku największych. Skoro nie ma starych ludzi, świadków tamtych wydarzeń, nie ma nawet tego adresu, kupimy albumy ze starymi widokami Tiumeni. Wtedy jeszcze nie wiemy, że takie wydawnictwa po prostu nie istnieją.
W hotelu dość ciepło. Muszlę klozetową wciśnięto między ścianę i wannę, tak sprytnie, że trzeba na niej siadać bokiem. Na zewnątrz nocą temperatura spada do minus czterdziestu stopni. Specjalnie wybrałem zimowy czas. Czas jego śmierci. Wieczorami, przykryci grubą kołdrą, czytamy listy dziadka z zesłania. Te, które słał do żony, sióstr, matki. Jest ich kilkadziesiąt.
Pytasz o zimę, więc jakoś pół-cało przetrwałem ją, ale wolę sobie nie przypominać, bo wiesz, jak zimy nie znoszę, a do tego jeszcze apetyt. Jak Ci już donosiłem, w lutym leżałem w szpitalu, a z początkiem marca odjęło mi nogi, bo nieznany ból w pachwinach nie dał mi chodzić. Wlokłem się o kiju do połowy marca. Teraz zdrowie jako tako dopisuje, apetyt dokucza mi bardzo przykro. Trzymam się silną wolą, której mam w sobie dużo. W każdym razie do ciężkiej pracy przy łopacie sił już nie mam i zostałem przez komisję uznany zdolnym tylko do lekkiej pracy. Siedzę jednak na kwaterze bosy, ale może drewniaki dostanę, bo obiecali.
Na końcu zażółcona kartka pocztowa od współtowarzysza niedoli, informująca o nagłej śmierci Władysława Zalewskiego, cukiernika ze Lwowa:
Z przykrością przychodzi mi powiadomić ją o śmierci jej męża Władysława, który zmarł przed miesiącem niespodziewanie. Ja pracując razem z nim byłem podporą jego i przyjacielem serdecznym. Trzymał się jeszcze, choć przechodził okresy słabości. Pomagałem mu jak mogłem fizycznie i materjalnie, chociaż sam nie miałem znikąd pomocy. Pozostał mi winien 170 rubli, które były jego żelaznym długiem. Nagle dowiedziałem się o jego śmierci, o czem donoszę z wielkim współczuciem. Ja jadę na takim samym koniu. Z szacunkiem - Stecio Andrzej - Tiumeń 28 XII 1947.
Nazajutrz chwyta taki mróz, że komunikacja miejska jest sparaliżowana, a taksówka nie może ruszyć spod naszego bloku-hotelu. Brnę pieszo w kierunku centrum. Pół wieku temu szedł tą ulicą. W łapciach, gimnastiorce, dziurawej kufajce, łachmanach, którymi szczelnie owinął wątłe ciało. Wymizerowany, blady, całkiem siwy. Jeszcze bielszy, bo oblepiony śniegiem. W mroźny poranek wlókł się o kiju do roboty przez śliskie ścieżki wydrążone w górach śniegu jak okopy, potykając się, obijając o ich zlodowaciałe ściany. Starał posuwać się dziarsko do przodu, by nie zamarznąć, ale słabe serce kazało raz po raz przystawać. Z każdym krokiem uchodziły z niego resztki sił. Teraz ja, idąc wzdłuż zamarzniętej ulicy pokrytej białymi czapami, oczekuję czegoś niezwykłego, cofnięcia się czasu, przełamania ciszy, nagłego olśnienia. Przecież specjalnie dla niego tu przyjechałem. Wyobraźnia buzuje. Nieoczekiwanie wpadam na dwóch staruszków opierających się na prowizorycznych kulach czy laskach. Zaglądam im w oczy. Może to dawni prześladowcy dziadka? Niegdyś młodzi funkcjonariusze pilnujący zesłańców, decydujący o ich życiu i śmierci. Przydzielili mu odległą cegielnię, choć umierał z głodu i ledwo powłóczył nogami. W żelaznym uścisku utrzymywali w działaniu strukturę, która zabijała - niepozornie, bo przymusem była jednie praca, ale skutecznie, bo ta praca niosła śmierć. Dawniej prężni czerwoni bandyci, dziś starcy u kresu drogi, przedzierający się przez śnieżne zaspy. Pozwalam im odejść.
Następnego dnia udaję się do archiwum na ulicę Geołogora-zwiedczikow dwadzieścia jeden. Tam płacę tonącemu w oparach dymu kierowcy pięćdziesiąt rubli i z całej siły zatrzaskuję oporne drzwiczki. Urząd mieści się w nieotynkowanym bloku z białej cegły. Wejście do archiwum znajduje się z jednej strony, cztery klatki schodowe dla lokatorów - z drugiej. Kartka na drzwiach nakazuje uważać na próg i dopchnąć nieszczelnie zamykające się drzwi. Gładko zaczesana do tyłu portierka zdejmuje okulary i skierowuje na mnie wzrok służbistki.
- Ja prijechał s Polszy...
Tekst, powtarzany przy tylu okazjach, staje się wyuczoną na pamięć formułką. Mówię, a urzędniczka powoli mięknie. Odtajała twarz nabiera ludzkiego wyrazu. Dłoń zapraszająco wskazuje na rząd krzeseł przy ścianie.
- Pomożemy. Nasze archiwa są otwarte także dla ludzi z zagranicy - zapewnia. - Ale najpierw Lidia Pawłowna, nasza naczelnik, musi wyrazić zgodę. Jesteście obcokrajowcem... A czy możecie udowodnić swoje pokrewieństwo z tą osobą?
- Z moim dziadkiem? - dopytuję.
Gdy po dwóch godzinach wychodzę z budynku z kserokopiami dziesięciu dokumentów w kieszeni, przyznaję, że naczelniczka musi mieć jakąś słabość do Polaków. Pomimo braku wymaganych aktów urodzenia trzy pokolenia wstecz wraz z tłumaczeniami przysięgłymi na rosyjski, pomimo presji czasu, podanie, które napisałem pod dyktando urzędniczki, zostało rozpatrzone błyskawicznie i pozytywnie. Kopie opieczętowane, podpisane, opłacone w kasie kwotą dwustu dziesięciu rubli. Nawet Lidia Pawłowna wzruszyła się, gdy czytała na głos odręczną prośbę dziadka, którą znaleziono w archiwum:
Do Dyrektora spółdzielni "Trud". 27 luty 1947 roku. Po opuszczeniu szpitala znalazłem się bez żadnej pracy i bez mieszkania i bez środków do życia. Proszę o przyjęcie mnie na stanowiska szyldziarza-malarza lub o jakąkolwiek inną pracę. Bardzo proszę nie odrzucać mojej prośby.
I co jeszcze? Zawał serca. Zgon w szpitalu po zasłabnięciu w cegielni. W ostatnich miesiącach życia mieszkał przy ulicy Tiumeńskiej. Zmarł szóstego grudnia. Zgłoszono ósmego. Zawiadomiła pielęgniarka ze szpitala obwodowego. Miejsce pochówku - brak. Pewnie jakiś przepastny dół, do którego zwożono samotnych, zesłańców, bezimiennych, takich, którzy po śmierci nagle stawali się anonimowi. Są groby, w których na próżno szukać kości, bo nigdy ich tam nie było. Zmarły spoczął w nieznanym miejscu, z dala od domu. Jest w Krakowie grób z imieniem i nazwiskiem mojego dziadka, ale to grób symboliczny, wpakowano do niego jedynie pamięć o człowieku.
*
W zauralskiej Tiumeni spędzamy, ja i Asia, tydzień. Odwiedzamy kilka restauracji (w tym jedna sushi i jedna pizzeria), pijemy wódkę, przyglądając się mocno zakrapianemu lokalnemu wieczorowi karaoke (imieniny biznesmena). Samolotem mamy wracać przez Moskwę do Warszawy. Lot się opóźnia. Nic się w poczekalni nie wyświetla. Wyje wiatr. Baba zakutana w białą czapę i dodatkowo zakapturzona zagląda raz po raz z zewnątrz i wykrzykuje nazwę portu lotniczego. Po czym macha ręką, żeby za nią iść na pas startowy. Poderwani z drewnianych ławek ludzie pędzą za swoją "przewodniczką". Moskwy nie woła.
- Nu szto durak, głuchy jesteś? Przecież dwa razy wołałam Szeremietiewo! Chcecie tu zostać na zawsze? Samolot już odlatuje - wrzeszczy pięć minut później na zamyśloną parę podróżników. Ta para to my.
LA FELICITA
Dawno już ich nie ma, a jednak znowu przyszli - babcia i dziadek wyłaniają się z mgły. Jeszcze nie ma osiedla Wieczysta, tylko płaskie podkrakowskie pastwiska i snujący jego plany architekci. Dziadzio, babcia, młodzi Wanda i Władek odbijają się w szybach mieszkania w narożnej kamienicy przy ulicy Katarzyny - jeszcze nie świętej - daleko stąd. Tam na ścianach wiszą te dwa portrety, próby olejne rodziców z czasu studiów. Szkicowe, wydaje się, że pośpieszne, jakby zabrakło czasu lub cierpliwości, żeby je wycyzelować. "Cóż, taki styl" - mawia się w takich przypadkach. Tak niewyraźnie i za mgiełką czasu jawią mi się późne lata pięćdziesiąte. Nic dziwnego, nie było mnie jeszcze na świecie. Byłem zaledwie w poczekalni - energią w przestworzach, genami przodków w niebycie, w zamyśle. Raczej w myślach i planach mamy, bo tato chciał być wolny.
- Władek chce się tylko bawić - mawiała, gdy podrosłem i sam chciałem się tylko bawić.
Poznali się na studiach - Wanda namalowała Władka, a potem on ją sportretował. Kolejność z pewnością była właśnie taka. Inicjatywa, aby uchylić rąbka własnego wnętrza, wyjść na tory ekspresji, zawsze w tej parze przypadała jej. Portret mamy - spokojny, wyważony jak wolne i precyzyjne ruchy dłoni taty - wiernie oddaje jej wydatne czerwone usta i energiczne nozdrza. Obraz jest małych rozmiarów, ale wyraźny i kompletny. Portret taty to malarski rozmach mamy. Narzucony duży format, niespokojne i szybkie malarstwo, jakby niekompletne, w stylistyce rozmazanego, zatrzymanego w biegu kadru. Szczątkowa twarz bez wyraźnych oczu i prawie bez ust. Uchwycono co trzeba, co charakterystyczne: nieruchomą milczącą postać siedzącego chudego mężczyzny z kępą rudych włosów. Całość naskrobana szpachlą, wyheblowana raczej niż wygładzona miękkim pędzelkiem. Surowy, zamaszysty i chropowaty ten malunek. Jak lata pięćdziesiąte i jak niepokorne, dalekie od spokoju, myśli mojej mamy. Jak dziury wyszarpane niespokojnymi palcami w kieszeniach wszystkich jej płaszczy. Wątpliwości, jak żyć, z kim, jak wyrażać się w sztuce, jak malować. Dwa portrety duchów wyciosane z farb, podrapane pazurem nerwu, przyprószone patyną czasu.
Wanda i Władysław w 1955 roku byli świeżo po studiach w Akademii Sztuk Pięknych na wydziale konserwacji. Dyplomy obronili rok później.
To był typowo żeński wydział artystyczny. Wanda z koleżankami bezkarnie naigrywały się z chłopców, nielicznych, jacy przypadli im w udziale. Robiły to po kobiecemu. Drwiły po cichu, ironicznie i krytycznie. Z łagodnym przyzwoleniem oraz sympatią, z jaką kobiety potrafią obłaskawiać i zjednywać sobie świat. Przywykły do niewygód powojennego czasu i potrafiły dostosować się do sytuacji, do skąpego wyboru, jaki przynosi im los. Kobiety wtedy bardziej niż dziś wierzyły, że partnera na całe życie trudno będzie znaleźć poza najbliższym kręgiem młodości. Marzenia marzeniami, a socjalizm sprowadzał pragnienia do praktycznych decyzji, podejmowanych na swoim poletku wedle dostępności.
Do wyboru miały ich czterech. Józek - kwadratowy chłopak ze wsi, któremu podrzuciły na imieniny mydło, żeby nie śmierdział. Tadzik Knaus - niski i szczupły inteligent z chorobliwym tikiem potakiwania głową; nieśmiały, łagodny i dowcipny syn architekta. Władek, rudy i cały w piegach zwany "Zaleszczotkiem" - chudziutki i milczący półsierota z rodziny po przejściach. Niegdyś dziecko dostatku, jako tłusty bobas wychowywany był przez bony, tuczony przez kucharki, wożony automobilem; mało tego - strojony w dziewczęce ubranka, bo w planach rodziców była dziewczynka. Wyrósł z niego elegancki chłopiec, paniczyk klepiący okolicznościowe wierszyki i zażywający dostatnich wczasów w Zaleszczykach. Jednak po wojnie, po utracie ojca i rodzinnej firmy, Władysław pozostał bez grosza i perspektyw. Niegdyś namaszczony jako dziedzic cukierniczej fortuny, w komunistycznej rzeczywistości musiał zmierzyć się z wiarą w jakie takie życie, bez wielkiej nadziei, za to z gruźlicą i krwawą biegunką. Pomieszkiwał z matką kątem u krewnej na Dębnikach. Z powodu czerwonej czupryny przez kolegów z liceum zwany był "Dudusiem", ale na studiach nikt o tym nie wiedział. Ostatnim, czwartym chłopakiem na roku, którego bacznie obserwowały młode i wesołe konserwatorki, był Jacek Ź. - nie pamiętam czemu, ale też był przedmiotem żartów.
- Brakowało prawdziwego mężczyzny. Taka uczelnia - mówiła mama, wspominając te czasy. - Jak przez tydzień nie miałam chłopaka, wariowałam. Ciągle ktoś się we mnie kochał. Z najbardziej egzotycznych chłopców byli we mnie zakochani: Abisyńczyk, syn jakiegoś króla, i Koreańczyk, który przez wiele lat pisywał do mnie łamaną polszczyzną listy, nawet z Korei.
Było to w epoce, gdy w Krakowie jeszcze udawało się liczyć taksówki. Przedsiębiorstwo taksówkowe zaczęło świadczyć usługi w 1956 roku, nie dysponując pojazdami dla eleganckiej klienteli, jak bywało przed wojną. Gabloty nie miały nowatorskiej linii ani nie przypominały wykwintnych aut, w których kierowca był za szybą. Królowały: radziecka pobieda, stara warszawa i syrenka, a kursy były relatywnie tanie, co gwarantowało długie ogonki na postojach. Tato i Tadzik Knaus bawili się, szukając na ulicach taksówki z wyższym numerem bocznym i codziennie meldowali sobie najwyższy napotkany numer. Pewnego razu tato zaraportował numer wołgi 98. Nieprędko udało się przebić jego rekord, bo aut było niewiele, a ruch uliczny nikły. Często znali twarz i imię taksówkarza, choć zdarzało się też zaskoczenie, kiedy tym samym numerem jeździli zmiennicy, by taryfa zarabiała na siebie przez całą dobę.
La Felicita - Szczęście. Wielka bieda i niedostatek powojenny nagle zaczął wzrastać w latach pięćdziesiątych. Moja rodzina żyła w wielkich tarapatach finansowych. Nie było z czego żyć, a my, dorosłe dzieci, uczyliśmy się na wyższych uczelniach. Stypendium częściowe było kroplą w morzu potrzeb. Podczas wakacji po pierwszym roku poszukałam sobie z trudem pierwszej nadarzającej się pracy: zostałam robotnikiem kopiącym na dziedzińcu zamkowym. Kopałam kilofem i łopatą, a potem przesiewałam sitem, aby znaleźć to, co przez setki lat zbierało się warstwami jako śmieci na podworcu wawelskim. Miałam szczęście znajdować tylko kości zwierzęce i skorupki naczyń. Codziennie cała ociekałam potem z wysiłku. Pierwsze ziemne warstwy na głębokość człowieka ja wykuwałam, a potem łopatą przesiewałam na wielkiej siatce. Chłopi ze wsi, którzy tam ze mną pracowali, mówili: "Tak ostro nie trzeba pracować, wystarczy tak robić, żeby Polska nie zginęła". Ale ja byłam tak uczciwa, że osiem godzin dziennie waliłam kilofem. Potem te kości przenosiłam w pudłach do podziemi. Pewnego razu w podziemiach postanowiłam wypróbować swoją odwagę i w całkowitych ciemnościach, bez świateł, zaczęłam iść dalej, do przodu. Szłam daleko i bardzo śmiało, aż w końcu upadłam na jakiejś leżącej jakby kolumnie.
Dalsza część dostępna w pełnej wersji.