Muhammad Ali. Moje życie, moja walka - Thomas Hauser

Reflow text when sidebars are open.
Na prośbę Muhammada Alego i jego żony Lonnie spotkałem się z nimi w październiku 1988 roku, aby porozmawiać o planach napisania tej książki.
- Ludzie nie znają prawdziwego Muhammada - powiedziała wówczas Lonnie. - Widzą go takim, jakim pokazują go media, a Muhammad jest kimś znacznie więcej. Ma silne przekonania, którymi kieruje się na co dzień. Jest wrażliwy i troskliwy. To człowiek czystego serca. Nigdy nie spotkałam nikogo o tak czystym sercu. Chciałabym, żeby ludzie dowiedzieli się, jaki jest naprawdę, co jest dla niego ważne, i co w życiu osiągnął.
Muhammad Ali. Moje życie, moja walka to próba sprostania temu zadaniu. O żadnym sportowcu nie napisano tylu słów, co o Alim, żadnemu nie zrobiono tylu zdjęć, nie poświęcono tyle uwagi. A mimo to, przez wszystkie te lata, kiedy żył w świetle jupiterów, prawdziwy Ali pozostał w zasadzie nieznany. Opowieści o wydarzeniach z jego udziałem zostały mocno ubarwione, a powtarzane po wielekroć przybierały kształt przypowieści biblijnych. Jego twarz znają ludzie na całym świecie, ale dla młodego pokolenia Ali jest legendą, postacią z zamierzchłej przeszłości Ameryki, nie zaś człowiekiem z krwi i kości. Wprawdzie liczba poświęconych mu tomów wciąż rośnie, lecz miliony młodych mężczyzn i kobiet w istocie nie wiedzą, kim jest Cassius Marcellus Clay. Wielka to szkoda, bo aby zrozumieć Alego, trzeba wiedzieć, skąd się wywodzi.
Nie próbuję tu mitologizować Muhammada, lecz staram się pokazać go takim, jakim był i jest - wspaniałym człowiekiem z jego wadami i zaletami. Można powiedzieć, że w wieku dwudziestu paru lat był już największym pięściarzem wszech czasów. Znacznie ważniejsze jest jednak co innego. Był zarazem dzieckiem epoki, w której królował na ringu, a jednocześnie sam wpływał na kształt ówczesnego życia społecznego i politycznego. W latach sześćdziesiątych XX wieku bronił przekonania, że zasady są ważne, że równość wszystkich ludzi jest sprawiedliwa i słuszna, że wojna w Wietnamie jest zła. Tamten czas przeminął bezpowrotnie. Ali z siejącego postrach wojownika stał się łaskawym monarchą, a w końcu człowiekiem poczciwym i obiektem kultu. Dzisiaj jest osobą głęboko wierzącą, wzbudza szacunek i miłość wszędzie tam, dokąd dociera w czasie swoich podróży po świecie.
Praca nad tą książką była dla mnie wyjątkowym darem, a zarazem stanowiła wyjątkowe zobowiązanie. Z Alim, jego rodziną, współpracownikami i przyjaciółmi spędziłem tysiące godzin. Myślę, że Muhammad był ze mną szczery, wręcz zachęcał ludzi, z którymi rozmawiałem, do pełnej uczciwości i otwartości. Na kartach tej książki pojawiają się więc również opinie krytyczne, lecz nie chodzi tu o szerzenie plotek czy wywlekanie niewygodnych tajemnic. Jak większość autorów, korzystałem z wielu źródeł. Niestety brak mi miejsca na podanie pełnej listy materiałów archiwalnych i publikacji, z którymi się zapoznałem. Jestem głęboko zobowiązany wielu osobom, które wymieniam w Dodatku, za rozmowy i wywiady udzielone mi w trakcie pracy nad tą książką.
Wyrażono tu wiele różnych opinii. Chciałbym przypomnieć czytelnikom, że opinia i fakt to dwie różne rzeczy, a także zauważyć, że niekoniecznie zgadzam się z każdą z przytoczonych tu ocen. Zależało mi po prostu na przedstawieniu wielu różnorodnych punktów widzenia. Źródła wypowiedzi, które rozpoczyna wprowadzenie kursywą, podaję w przypisach na końcu książki, jeśli nie pochodzą z wywiadów udzielonych w związku z tą książką. Często łączę ze sobą kilka osobnych wystąpień tej samej osoby lub podaję wyjątki z różnych opowieści, aby zachować spójność narracji związanej z określoną myślą lub zdarzeniem. Tego rodzaju redakcja była konieczna ze względu na mnogość osób, którym oddaję głos, a których relacje składają się na pełny obraz życia Alego. Jestem przekonany, że dokonując tych zmian, nie zniekształciłem ich przekazu i że nie ucierpiała na tym bezstronność tej narracji. Opowiadając o wczesnych latach życia Alego, używam imienia Cassius Clay nie z braku szacunku, lecz dlatego, że Ali nim się wówczas posługiwał i pod nim zdobył sławę. Starałem się zachować konsekwencję w używaniu innych imion w całej książce, żeby uniknąć pomyłek. Na przykład Belinda Ali przyjęła imię Kalilah Ali, a Herbert Muhammad jest znany teraz jako Jabir Muhammad, lecz większość osób, z którymi rozmawiałem, opowiada o nich, używając wcześniejszych imion i ja też tak uczyniłem dla jasności opowieści. W żadnym razie nie powodował mną brak szacunku dla moich bohaterów.
Chciałbym też dodać parę słów o stanie zdrowia Muhammada, o czym piszę szerzej na dalszych stronach książki. Była to dla mnie bardzo ważna sprawa, wręcz warunek mojego udziału w tym przedsięwzięciu. Jak miliony ludzi widywałem w ostatnich latach Muhammada w telewizji. Czasami wyglądał dobrze. Innym razem jego twarz była nieruchoma, poruszał się powoli, a oczom brakowało wyrazu. Nie mógłbym przystąpić do pisania tej książki, gdyby okazało się, że Muhammad jest przeciwny jej powstaniu lub nie jest w stanie w pełni włączyć się w pracę nad nią. Dlatego też, nim podjąłem to zobowiązanie, udałem się na pięć dni do domu Muhammada i Lonnie Ali w stanie Michigan. To był nasz pierwszy wspólnie spędzony czas. Później byłem ich częstym gościem. Wszystko, co zobaczyłem w czasie tej wizyty, przyniosło mi ogromną ulgę. To prawda, że Muhammad nie wypowiada się równie sprawnie jak niegdyś, lecz jego myśli są zupełnie jasne. Ma dobrą pamięć i bystry umysł. Mimo ograniczeń fizycznych jest zdrowszy, szczęśliwszy, bardziej radosny i świadomy tego, co się wokół dzieje, niż można by oczekiwać. Cieszy się życiem, wierzy, że wypełnia dzieło Boga, i czerpie zadowolenie z każdego dnia, tak jak inni ludzie, których znam.
Thomas Hauser
Nowy Jork, 1991 r.
Codziennie o piątej rano pewien czterdziestodziewięciolatek budzi się na małej farmie w Berren Springs w stanie Michigan. Myje się w ciszy pod czystą, bieżącą wodą, jak nakazuje Koran. Zakłada czyste ubranie, staje z rękoma ułożonymi po bokach i zwraca twarz w kierunku Mekki, mówiąc do siebie: "Teraz odmówię modlitwę poranną, jak nakazuje Allah, Pan światów". Za oknem jest ciemno. Zimą dobiega z zewnątrz jedynie wycie wiatru, a w ciepłe dni - świergot ptaków i bzyczenie owadów. Mężczyzna zmienia pozycję. "All?hu akbar. Cześć i chwała Allahowi. Błogosławione Imię Twoje, wzniosły Twój Majestat i Chwała. Nie ma Boga poza Tobą. Szukam ochrony Allaha przed szatanem przeklętym".
Modlącym się jest Muhammad Ali, najbardziej rozpoznawalny człowiek na świecie. Przez pół wieku żył wśród nas, a jego twarz stała się tak znajoma jak twarz bliskiego przyjaciela. Z czasem za sprawą wrzawy towarzyszącej jego poczynaniom i odrobiny magii zapadł głęboko w naszą zbiorową świadomość. Świat nie tylko widział i słyszał Alego, ale też go doświadczał. Nawet jeśli Muhammad nie zawsze odgrywał w naszym życiu rolę ikony, dziś właśnie tak go postrzegamy.
Życie uczy nas, że marzenia i fantazje nie rządzą się tymi samymi prawami co rzeczywistość, lecz Ali czasami sprawiał, że stawały się tożsame. Na ringu był najpiękniejszą machiną bojową wszech czasów. Wielkiego mistrza cechuje umiejętność sięgnięcia po tytuł w młodym wieku i utrzymania go w późniejszych latach. Kiedy Ali zadebiutował w boksie zawodowym, prezydentem Stanów Zjednoczonych był Dwight D. Eisenhower, a kilku państw, w których później walczył, nie było jeszcze na mapie. W dziejach tego sportu tylko dwóch ludziI zdobyło tytuł mistrza wagi ciężkiej w młodym wieku. Tylko jeden bokser zdołał wygrać walkę o ten tytuł, kiedy był starszy niż AliII, który w wieku trzydziestu sześciu lat i ośmiu miesięcy pokonał Leona Spinksa i odzyskał koronę króla wszechwag. Muhammad pięć razy tracił mistrzostwo wagi ciężkiej, a dziewiętnaście - z sukcesem obronił tytuł. Walcząc w ringu, zmieniał jednocześnie świadomość ludzi na całym świecie. Był dumny z tego, że jest czarny, w czasach, kiedy wielu czarnych Amerykanów wstydziło się swojego koloru skóry. Dla niektórych był największym bohaterem wojny wietnamskiej. Z wyjątkiem Martina Luthera Kinga żaden ciemnoskóry nie wywarł takiego wpływu na amerykańskie społeczeństwo jak Ali, gdy był na szczycie.
Cassius Marcellus Clay junior, jak się kiedyś nazywał, urodził się w Szpitalu Ogólnym w Louisville 17 stycznia 1942 roku o godzinie osiemnastej trzydzieści pięć. Jego ojciec, Cassius Marcellus Clay senior zarabiał na życie, malując tablice reklamowe i szyldy. Z ksiąg sądowych wynika, że dziadkowie Alego ze strony ojca umieli czytać i pisać, a w spisie ludności stanu Kentucky jest wzmianka o czterech jego pradziadkach po mieczu informująca, że byli "wolnymi kolorowymi". W dokumentach nie znajdujemy dowodu na to, że przodkowie rodziny Clay byli niewolnikami, ale z dużym prawdopodobieństwem można przyjąć, że tak właśnie było. Kiedy Ali i jego brat byli mali, ich matka, Odessa Grady Clay zajmowała się domem. Jeden z jej dziadków, Tom Moorehead, był synem białego o tym samym nazwisku i niewolnicy o imieniu Dinah. Drugi dziad pani Clay, Abe Grady, był Irlandczykiem, który wyemigrował do Stanów Zjednoczonych z hrabstwa Clare krótko po amerykańskiej wojnie domowej i ożenił się z "wolną kolorową", której imienia nie odnotowano1.
MUHAMMAD ALI: Moja matka była baptystką. Gdy byłem chłopcem, uczyła mnie wszystkiego, co sama wiedziała o Bogu. Co niedziela ubierała odświętnie mnie i brata, prowadziła do kościoła i uczyła tego, co uważała za słuszne. Nauczyła nas kochać ludzi i odnosić się do wszystkich z życzliwością. Nauczyła nas, że uprzedzenia i nienawiść są złe. Później zmieniłem wyznanie i częściowo swoje przekonania, ale jej Bóg nadal pozostaje Bogiem, a ja tylko wzywam Go innym imieniem. Moja matka... Powiem ci to, co od lat powtarzam wszystkim. Jest uroczą, tęgą i cudowną kobietą, która uwielbia gotować, jeść, szyć i spędzać czas z rodziną. Nie pije, nie pali, nie wtrąca się w sprawy innych, nie wadzi nikomu. Przez całe życie nikt nie okazał mi tyle dobroci, co ona.
CASSIUS CLAY SENIOR: Był dobrym dzieckiem. Obaj chłopcy, on i jego brat, byli dobrymi dziećmi. Nie sprawiali kłopotów. Byli pobożni, bo żona prowadziła ich do kościoła co niedziela. Żona jest gorliwą baptystką, a ja - metodystą. Mój tata mawiał: "Niech idą w ślady matki, bo kobiety są lepsze od mężczyzn". Tak też uczyniłem, więc matka uczyła ich, jak należy postępować; wpajała im wiarę w Boga, mówiła, że duchowość jest ważna, i uczyła dobroci wobec wszystkich. Był dobrym dzieckiem i wyrósł na dobrego człowieka. Szczerze mówiąc, nie mogło być inaczej, bo tak został wychowany przez matkę. Szkółka niedzielna co tydzień. Ubierałem ich, jak mogłem najlepiej, chodzili w całkiem niezłych ubraniach. Nie mieszkaliśmy w żadnym getcie. Dorastali w najlepszej dzielnicy, na jaką było mnie stać: Aleja Grand 3302 na zachodnim końcu Louisville. Dbałem o to, aby zadawali się z dobrymi ludźmi, a nie z osobami, które mogłyby ich sprowadzić na złą drogę. Uczyłem ich, co jest ważne - zawsze stawiaj czoło temu, czego się boisz, i staraj się robić to, co robisz, najlepiej jak umiesz. Tego uczył mnie mój tata, a wpajanie takich rzeczy dzieciom jest właściwe. Ta wiedza nie bierze się z powietrza.
ODESSA CLAY: Gdy byłam młoda, miałam ciężkie życie. Rodzice rozstali się, kiedy byłam dzieckiem. Żyli w separacji, więc rzadko widywałam ojca i niewiele o nim wiedziałam. Mama wychowywała nas troje. Często, kiedy brakowało jej pieniędzy, mieszkałam u cioci. Zaczęłam pracować, żeby zarobić na ubrania, w których mogłabym chodzić do szkoły. A potem, kiedy miałam szesnaście lat, poznałam pana Claya. Pewnego dnia, kiedy wracał do domu, ja akurat rozmawiałam z koleżanką, która go znała. Zawołała do niego przez ulicę, żeby podszedł się przywitać. Jest ode mnie cztery lata starszy, co znaczy, że miał wtedy dwadzieścia lat.
Kiedy Muhammad był mały, nazywaliśmy go "GG", bo - wiesz, dzieci tak gaworzą w kołysce - tak sobie gadał: "gu, gu", a potem, kiedy został zwycięzcą turnieju o Złote Rękawice [ang. Golden Gloves], powiedział nam:
- Wiecie, co to znaczyło? Chciałem powiedzieć "Golden Gloves".
Nazywaliśmy go więc GG, a ja czasem nadal tak do niego mówię. W dzieciństwie nie potrafił usiedzieć w miejscu. Wcześnie zaczął chodzić, mówić i robić inne rzeczy. Kiedy miał dwa lata, budził się w środku nocy i wyrzucał wszystko ze swojej komody na podłogę. Większość chłopców w tym wieku biega lub chodzi nieporadnie, a GG cały czas stąpał na paluszkach. Napychał sobie usta ciastem i z pełną buzią domagał się:
- Jeszcze, mamusiu, jeszcze.
A kiedy miał cztery latka, był śmiały jak mało kto. Nawet bawiąc się ze starszymi dziećmi, zawsze chciał przewodzić. Mówił im:
- Dobra, dzisiaj ja będę tatusiem.
Potem urodził się jego braciszek, Rudolph. Czasem musiałam dać mu klapsa, ale GG zaraz przybiegał i łapał mnie za rękę, mówiąc:
- Nie waż się bić mojej dzidzi.
Pewnego razu przywiązał sznurek do zasłon w naszej sypialni i poprowadził go przez okno dookoła domu, do swojego pokoju. Zaczekał, aż będziemy kłaść się spać, pociągnął za sznurek i zaciągnął zasłony. Wszystko robił inaczej niż inne dzieci. Nawet odrę i ospę wietrzną przechodził w tym samym czasie. Jego umysł był jak marcowy wiatr wiejący we wszystkich kierunkach. Zawsze, kiedy mi się wydawało, że już potrafię przewidzieć, co zrobi, robił coś zupełnie innego.
Jego pewność siebie dodawała mi wiary w niego. Zaczął uprawiać boks, kiedy miał dwanaście lat. Pewnego wieczoru siedzieliśmy wszyscy w domu, a on zaczął mówić, jak to pewnego dnia zostanie mistrzem świata. Martwiłam się, kiedy widziałam go w ringu, ale byłam pewna, że da sobie radę. Potem przystąpił do organizacji Naród Islamu, a ja pomyślałam, że przecież ten kraj jest ojczyzną wolnych ludzi i każdy może tu wierzyć, w co chce. Jeśli Cassius tego właśnie chce, to nie ma sprawy. Ważne, że wierzy w Boga. Bardzo mnie zmartwił jego konflikt z wojskiem. Chciałam, żeby się zaciągnął, bo wtedy byłam przekonana, że tak trzeba, ale to on musiał podjąć decyzję. A teraz martwię się o jego zdrowie. Myślę, że najlepszy jest dla niego odpoczynek. Wtedy czuje się zupełnie inaczej. Wszystko jest w rękach Boga, a ja nie znam Jego zamiarów. Zawsze czułam, że Bóg uczynił Muhammada kimś wyjątkowym, tylko nie wiem, dlaczego wybrał mnie na matkę tego dziecka.
CASSIUS CLAY SENIOR: Kiedy chłopcy podrośli, zabierałem ich ze sobą, żeby pomagali mi w pracy. Nauczyłem ich ładnie malować. Zanim Muhammad zaczął trenować boks, potrafił zaprojektować szyld. Umiał narysować litery, rozspacjować je, wymieszać farbę i wypełnić nią litery. Tak zarabiałem na życie przed zawałem. Teraz nie mogę dużo pracować. Byłem artystą, a nie pospolitym szyldziarzem. Miałem talent i gdyby sprawy potoczyły się wówczas inaczej, to znacznie więcej ludzi dowiedziałoby się, co potrafię. Nie mam swojego ulubionego obrazu. Szczerze mówiąc, wszystkie moje malowidła są dobre. Kiedyś trzymałem je w piwnicy. Nie wiem, gdzie teraz są. Przepadły. To były takie pejzaże zimowe. Po podłączeniu światełek, takich choinkowych z silniczkiem, odnosiłeś wrażenie, że świeci na nich pomarańczowe słońce i wraz z chmurami przesuwa się po śniegu. W większości kościołów w okolicy znajdziesz moje obrazy. Niemal każdy kościół baptystów w Louisville w stanie Kentucky zdobi mural mojego pędzla.
RAHAMAN ALI (dawniej Rudolph Arnette Clay): W Louisville obowiązywała segregacja rasowa, ale było to ciche, spokojne i czyste miasto. Niska przestępczość, żadnych narkotyków, mało pijaków i prostytutek. Dzisiaj jest inaczej. Kiedy dorastaliśmy, miewaliśmy z Muhammadem kłopoty z białymi tylko w pewnych dzielnicach miasta. Jeśli znaleźliśmy się w niewłaściwym miejscu, biali chłopcy podjeżdżali samochodami i wołali: "Te, czarnuchu, szukasz guza?". Nigdy nie wdawałem się w żadne bójki. Nikt mnie nie atakował. Nie było tak, jak na Dalekim Południu, ale ludzie nazywali nas czarnuchami i kazali się nam wynosić, jeśli ich zdaniem weszliśmy tam, gdzie nam nie wolno.
Zdarzało nam się pobić z Muhammadem, jak to między braćmi. Ale to nie było nic poważnego, ot taka próba sił, zapasy. Zawsze chciał nam przewodzić i przewodził, bo był bardzo mądry i szybki. Poza boksem nie interesował się specjalnie innymi sportami. Od czasu do czasu grywał dla przyjemności w futbol na ulicy. Był bardzo szybki, ale nie lubił amerykańskiego futbolu. Nie grał w niego, bo jego zdaniem jest zbyt brutalny. Świetnie grał w kulki, uwielbiał rzucać kulkami. I tyle. Aha, i cały czas mnie prosił, żebym rzucał w niego kamykami. Myślałem, że zwariował, ale nie. Cofał się i robił uniki. Ile razy bym nie rzucił, nigdy nie udało mi się go trafić.
Pod pewnymi względami rodzina Clayów była bardzo zżyta, ale jak większość rodzin, miała też swoje problemy. Z raportów policji w Louisville dowiadujemy się, że Cassius Clay senior był cztery razy aresztowany za brawurową jazdę, dwa razy za zakłócanie porządku publicznego, raz za zbycie zastawionej nieruchomości i dwa razy za napaść z pobiciem. Jego skłonność do kobiet była przyczyną awantur, a pod wpływem alkoholu zdarzało mu się używać przemocy. Odessa Clay trzykrotnie wzywała na pomoc policję. Ali woli nie rozmawiać o tamtych czasach, ale na pewno zaciążyły na jego życiu, podobnie jak "wstrętna etykieta" obowiązująca na Południu. Życie w Kentucky było podporządkowane zasadom segregacji rasowej - na każdym kroku czarnym przypominano, że są obywatelami drugiej kategorii.
MUHAMMAD ALI: Kiedy dorastałem, zbyt wielu kolorowych uważało, że lepiej byłoby być białym. Nie wiem, skąd mi się to wzięło, ale od zawsze czułem, że urodziłem się po to, aby coś zrobić dla swojego ludu. W wieku ośmiu lub dziesięciu lat wychodziłem z domu o drugiej w nocy i wpatrywałem się w niebo, czekając na anioła, na objawienie, na głos Boga, który powie mi, co robić. Nigdy nie otrzymałem odpowiedzi. Patrzyłem w gwiazdy i czekałem, aż odezwie się jakiś głos, ale nigdy niczego nie usłyszałem. A potem ukradziono mi rower i zacząłem się boksować; poczułem, jakby to Bóg powiedział mi, że moim powołaniem jest boks. Bóg stworzył każdego z nas, ale niektórych uczynił wyjątkowymi. Einstein nie był zwyczajnym człowiekiem, Kolumb nie był zwyczajnym człowiekiem. Ani Elvis Presley czy bracia Wright. Niektórzy ludzie mają wyjątkowo bogate wnętrze, a kiedy Bóg ci błogosławi i obdarza cię szczodrzej niż innych, to spoczywa na tobie duża odpowiedzialność - musisz dobrze wykorzystać Boże dary.
Historia czerwono-białego roweru marki Schwinn Cassiusa Claya jest powszechnie znana. W październiku 1954 roku Cassius wybrał się z przyjacielem do hali Columbia Auditorium, gdzie odbywał się doroczny kiermasz dla czarnych zwany Louisville Home Show. Przez całe popołudnie szwendali się od stoiska do stoiska, pojadając darmowy popcorn i cukierki. Kiedy przyszła pora wracać do domu, okazało się, że rower Claya został skradziony. O tej porze w piwnicy budynku Joe Martin, policjant z Louisville, uczył chłopców boksować.
JOE MARTIN: Pewnego wieczoru byłem na dole w sali treningowej. W tym samym czasie w budynku odbywała się jakaś impreza, kiermasz organizowany raz w roku przez czarnych kupców. Ten chłopak przyszedł do piwnicy z płaczem. Ktoś mu ukradł rower, był bardzo zły i chciał zgłosić kradzież. Pracowałem wtedy w policji, więc ktoś mu powiedział, że na dole w sali gimnastycznej jest policjant i żeby poszedł do niego i o wszystkim mu opowiedział. Był wściekły, prawie płakał, bo ktoś ukradł mu rower. Miał wówczas zaledwie dwanaście lat, ale był gotów stłuc złodzieja. Podchwyciłem temat i powiedziałem:
- Lepiej by było, żebyś się nauczył bić, zanim staniesz do walki z tymi, których chcesz sprać2.
"Praktycznie rzecz biorąc - jak napisał później Wilfried SheedIII - Cassius Clay narodził się w wieku dwunastu lat, w dniu, w którym wszedł do sali treningowej i zaczął walczyć"3. Pod auspicjami amatorskiego klubu Columbia Martin prowadził w lokalnej telewizji program pod tytułem Jutrzejsi mistrzowie, dzięki któremu jego młodzi podopieczni błyskawicznie stawali się miejscowymi gwiazdami. Sześć tygodni po zapisaniu się do klubu ważący czterdzieści cztery kilogramy Cassius Marcellus Clay zadebiutował w ringu i niejednogłośną decyzją sędziów wygrał na punkty swój pierwszy trzyminutowy, trzyrundowy pojedynek z innym nowicjuszem, Ronniem O'Keefe'em.
JOE MARTIN: Uczyłem boksować chyba z tysiąc chłopaków, a przynajmniej próbowałem ich nauczyć, jak to robić. Kiedy zaczął do mnie przychodzić, Cassius Clay nie wyglądał ani lepiej, ani gorzej niż większość z nich. Gdyby bokserom płacili premie za potencjał tak jak bejsbolistom, to raczej niczego by nie dostał. Był całkiem zwyczajny i nie wiem, czy jakiś łowca talentów wziąłby go pod uwagę w pierwszym roku jego kariery. Rok później - owszem, było widać, że ten mądrala - no wiesz, już wtedy był pyskaty - ma wielki potencjał. Wyróżniał się determinacją i szybkością, które mogły go dokądś zaprowadzić. Ten dzieciak był gotów do poświęceń, bardzo chciał osiągnąć coś w sporcie. Nie zrażał się. Był zdecydowanie najbardziej pracowity ze wszystkich chłopców, których trenowałem4.
MUHAMMAD ALI: Kiedy zacząłem boksować, myślałem tylko o tym, żeby pewnego dnia kupić rodzicom dom, a sobie ładny, duży samochód. Szybko pojąłem, że jeśli uda mi się przejść na zawodowstwo i załapać na walki w sobotnie wieczory, to mogę zarobić cztery tysiące dolarów za jedną noc. Potem poszedłem dalej w swoich marzeniach. W szkole czasami udawałem, że słyszę, jak z głośników pada moje nazwisko, jak mówią: "Cassius Clay, mistrz świata wagi ciężkiej". Czasami rysowałem na kartce kurtkę futbolistów z liceum, tylko z tyłu pisałem: "Złote Rękawice, Cassius Clay" lub "Mistrz Świata".
To Joe Martin wprowadził mnie w świat boksu, choć czasami ćwiczyłem z czarnoskórym trenerem, Fredem Stonerem. Trenowałem sześć dni w tygodniu, nie piłem i nie paliłem. Nie brałem narkotyków. Dwa razy zdarzyło mi się otworzyć kanister i wąchać benzynę, od czego kręciło mi się w głowie. To by było na tyle, jeśli chodzi o narkotyki w moim życiu. Dzięki boksowi uniknąłem kłopotów.
JOE MARTIN: Tylko raz został znokautowany. W czasie treningu w naszej sali oberwał od innego amatora, Willy'ego Morana, który miał twardą pięść. Później przeszedł na zawodowstwo. W każdym razie naprawdę mocno wtedy Cassiusowi przyłożył. Cassius mówił w tym momencie, że chciałby mieć skuter. Kiedy odzyskał przytomność, zapytał:
- Panie Martin, którędy przejechał ten skuter, który mnie uderzył?
W chwili nokautu myślał o skuterze. To był jedyny raz, gdy widziałem, jak został znokautowany, ale on w ogóle się nie speszył. Następnego dnia znów trenował z Moranem5.
Jednym z kolegów Claya w tamtych latach w Louisville był Jimmy Ellis, który w czasie bokserskiego wygnania Alego został mistrzem wagi ciężkiej federacji WBA.
JIMMY ELLIS: Ali miał około czternastu lat, kiedy go poznałem. Zobaczyłem w telewizji, jak walczy z moim przyjacielem. Kiedy go pokonał, powiedziałem sobie, że mogę dać mu radę, więc zacząłem chodzić na treningi. W ten sposób zacząłem boksować. Stoczyliśmy ze sobą dwie walki jako amatorzy. Byłem o dwa lata starszy, ale on był potężniejszy ode mnie. Już wtedy. Za pierwszym razem wygrał. Było blisko, ale sędziowie zdecydowali inaczej. Wtedy po raz pierwszy zostałem pokonany. Za drugim razem walka też był wyrównana, ale to ja wygrałem. Wiedziałem, że za pierwszym razem przegrałem z dobrym bokserem, więc nie miałem z tym problemu i wydaje mi się, że on pomyślał tak samo. Później się zaprzyjaźniliśmy. Tak to właśnie jest w boksie. Możesz z kimś biegać, rozmawiać, a potem następnej nocy musisz z nim walczyć, ale po zakończonym pojedynku podajecie sobie ręce i nadal jesteście przyjaciółmi. Mogę powiedzieć jedno. Ali siedział w sali treningowej cały czas. Prawie tam mieszkał. Chciał boksować i chciał do czegoś dojść, tylko to się dla niego liczyło. Nigdy nie widziałem, żeby walczył na ulicy czy brał udział w jakichś bijatykach i przepychankach poza ringiem. W sali traktował boks poważnie, ale już wtedy dużo gadał i mówił wszystkim, że nikt nie jest w stanie go pokonać, że znokautuje każdego. Wiedział, o co biega w ringu, bo cały czas nad tym pracował i miał wolę walki. Chodzi mi o to, że przejawiał naturę wojownika. Już w młodości miał waleczne serce. Widziałem, jak szybko dochodzi do siebie po nokdaunie, po którym od razu potrafił znokautować przeciwnika. Bywał w trudnych sytuacjach, dostawał cięgi, a potem szybko wracał do sił i zwyciężał.
Chuck Bodak, który działał wówczas w boksie amatorskim, tak wspomina Cassiusa Claya z tamtych lat w ringu:
CHUCK BODAK: Byłem członkiem zespołu trenerów turnieju o Złote Rękawice z ramienia "Chicago Tribune", pisma, które organizowało Krajowy Turniej o Złote Rękawice w Chicago. Kiedy Cassius wystąpił po raz pierwszy, wyglądał jak źrebak na patykowatych nogach. Był szczupły, ale dobrze umięśniony. Właściwie miał tylko dobrą ramę, ale już wtedy biła od niego aura. Ludzie zatrzymywali się, żeby mu się przyjrzeć, choć nie wiedzieli dlaczego, ale i tak na niego patrzyli. W pierwszym roku przegrał z Kentem Greenem, starszym od niego chłopakiem i doświadczonym amatorem z Chicago. Ale Cassius miał talent i robił wrażenie na ludziach. Z roku na rok widać było, jak się rozwija. W miarę dojrzewania stawał się ostrzejszy. Wiesz, trzeba było być ślepym, żeby nie dostrzec, jaki ten dzieciak jest świetny. Kiedyś powiedziałem jego matce:
- Cassius jest chyba z kosmosu, bo w życiu nie widziałem nikogo takiego jak on.
Bob Surkein, arbiter ringowy i sędzia Federacji Sportów Amatorskich, uzupełnia wspomnienia Bodaka.
BOB SURKEIN: Byłem arbitrem ringowym od 1943 roku. Kiedy po raz pierwszy stanąłem w ringu z tym chłopcem, wiedziałem tylko, że to młody zawodnik z Louisville trenowany przez białego policjanta. A potem zobaczyłem go w ringu z opuszczonymi rękami - sprawiał wrażenie, że zaraz dostanie lanie. Wtedy nagle zdałem sobie sprawę, że Bóg obdarzył tego dzieciaka zdolnością reakcji, jakiej jeszcze nikt na świecie nie widział. Już jako amator odznaczał się szybkością i umiejętnościami, z których później zasłynął. Bokser amator zazwyczaj odskakuje, aby uniknąć groźnego ciosu. Cassius stał spokojnie, przesuwał tylko głowę o pięć centymetrów, obracał tułów o piętnaście, po prostu odchylał się. Pomyślałem, że to niemożliwe, ale zobaczywszy go na ringu wiele razy, zrozumiałem, że dzieciak ma talent.
Jeśli chodzi o osobowość, to myślę, że nigdy się nie zmienił. Pamiętam, jak kiedyś podczas turnieju zatrzymaliśmy się w hotelu za miastem. Cassius wygrał swoją pierwszą walkę przez nokaut. Następnego dnia rano zszedłem do kawiarni po gazetę. Kupiłem jedną i wróciłem z nią do pokoju, ale nie mogłem znaleźć działu sportowego. Wróciłem na dół, gdzie znalazłem dziesięć lub piętnaście egzemplarzy gazety, ale w każdym brakowało działu sportowego. To dało mi do myślenia: "Już wiem, gdzie się podziały te cholerne wiadomości sportowe". Poszedłem więc do pokoju Cassiusa, który siedział na podłodze z nożyczkami w ręce i wycinał swoje zdjęcie z działów sportowych wszystkich gazet, w których znalazł je tego dnia. Ale zawsze był sympatycznym chłopcem. Kilka lat później, kiedy trenowaliśmy w Fort Dix przed olimpiadą, pojechaliśmy do Atlantic City na jeden dzień, tak po prostu, żeby odpocząć. Szliśmy promenadą. Cassius zachowywał się jak naiwne, niewinne dziecko i strasznie się wszystkim zachwycał. Spojrzał na ocean i powiedział:
- Niech mnie, to największe jezioro, jakie w życiu widziałem.
Nadal widuję go od czasu do czasu. Do dziś noszę w portfelu nasze wspólne zdjęcie zrobione, gdy miał siedemnaście lat.
RAPORT FEDERALNEGO BIURA ŚLEDCZEGO (FBI) (z 31 maja 1966 roku): "[Nazwisko usunięte przez rząd Stanów Zjednoczonych] z liceum Central High przy ulicy West Chestnut 1130 w Louisville w stanie Kentucky dostarczył następujące informacje na podstawie dokumentacji szkolnej. [Osoba X] zaznaczyła, że przekazuje te informacje na potrzeby rządu USA i nie chce, aby dane te zostały upublicznione.
Cassius Clay podjął naukę w liceum Central High w klasie X dnia 4 września 1957 roku po ukończeniu klasy IX w gimnazjum Duvalle Junior High. Karta Claya zawierała zapis, że uczęszczał do szkoły podstawowej Virginia Avenue w Louisville w stanie Kentucky, z adnotacją informującą o jego szczególnym zainteresowaniu plastyką.
Dnia 31 marca 1958 roku Clay dobrowolnie opuścił liceum Central High. W dokumentach nie widnieje powód porzucenia szkoły, ale wynika z nich, że w roku szkolnym 1957/1958 Clay miał słabe oceny: uzyskał 65 punktów z języka angielskiego, 65 z historii Ameryki, 70 z biologii i 70 z wychowania plastycznego. Clay wrócił do Central High we wrześniu 1958 roku i pozostał w liceum aż do jego ukończenia 11 czerwca 1960 roku. Na 391 absolwentów zajął miejsce 376. Jego średnia ocen w klasach IX, X, XI i XII wyniosła 72,7.
W czasie standardowego kalifornijskiego testu na inteligencję przeprowadzonego 3 stycznia 1957 roku Clay uzyskał 83 punkty. Test kwalifikacyjny do nauki na studiach zdawał 15 lutego 1960 roku i znalazł się w 27. percentylu, czyli 73 procent podchodzących do tego egzaminu zdało lepiej do niego.
W czasach, gdy Clay uczęszczał do Central High, uczeń, aby ukończyć szkołę, musiał uzyskać 16 punktów w klasach od IX do XII. Clay zdobył wymagane punkty z następujących przedmiotów:
Przedmiot
Uzyskane punkty
Uzyskane oceny
Angielski
4
75 70 73 74
Rysunek techniczny
2
70 71
Chór
2
70 71
Nauki społeczne
1
75
Nauki przyrodnicze
1
70
Biologia
1
70
Plastyka
1
70
Historia Ameryki
1
75
Algebra I
1
70
Zasady żywienia
1
83
Metaloplastyka
1
93
Razem 16
[Osoba X] poinformowała, że w czasie, kiedy Clay chodził do liceum, oceną dopuszczającą było 70. Z akt Claya wynika, że uzyskał następujące oceny w poniższych dziedzinach:
Opanowanie
Przeciętne
Inteligencja
Średnia
Cechy przywódcze
Przeciętne
Zdrowie
Powyżej średniej
Inicjatywa
Średnia
Postawa społeczna
Średnia
Pracowitość
Średnia
Uczciwość
Średnia
Zapał do nauki
Średni"
Poświęciwszy całą energię niemal wyłącznie boksowi, do ukończenia osiemnastego roku życia Cassius Clay stoczył 108 walk amatorskich, sześciokrotnie wygrał turniej o Złote Rękawice stanu Kentucky, a dwukrotnie na szczeblu krajowym. Zdobył też dwa tytuły mistrza kraju w boksie amatorów. Mimo to nie był znany kibicom. Potem przyszła olimpiada w Rzymie w 1960 roku, na którą o mały włos by nie pojechał, mimo przewagi w próbach olimpijskich.
JOE MARTIN: Cassius bał się latać. Mieliśmy ciężki lot w drodze na rozgrywki w Kalifornii, więc kiedy przyszła pora na Rzym, powiedział, że nie wsiądzie do samolotu i nie poleci. Tłumaczyłem mu:
- No cóż, stracisz szansę zostania wielkim pięściarzem.
A on na to:
- Trudno, nie polecę.
Chciał popłynąć statkiem, wszystko, byle nie samolot. W końcu zabrałem go do Central Parku w Louisville, gdzie odbyliśmy długą, dwu- lub trzygodzinną rozmowę, w czasie której udało mi się go uspokoić i przekonać, że jeśli chce zostać mistrzem świata wagi ciężkiej, to musi polecieć do Rzymu i wygrać olimpiadę6.
Tak oto Cassius Marcellus Clay junior udał się do Rzymu. Przed olimpiadą magazyn "Sports Illustrated" ogłosił go "największą amerykańską nadzieją na złoty medal [w boksie]", dodając, że "Clay lubi okazywać wielką pewność siebie, wplatając skomplikowane kroki taneczne między kombinacje bokserskie"7. Inni obserwatorzy sportowi nie przejawiali takiego optymizmu, ale byli zgodni co do jednego - Clay był "jednym z najbardziej znanych i lubianych sportowców w wiosce olimpijskiej"8.
- Myślałby kto, że kandyduje w wyborach na burmistrza - zauważył jeden z kolegów z drużyny. - Chodził po wiosce, przedstawiał się każdemu, uczył się imion innych ludzi i wymieniał wpinkami do klapy z pozostałymi drużynami. Gdyby to były wybory, wygrałby w pierwszej turze9.
Clay odniósł zwycięstwo w trzech pierwszych walkach w wadze półciężkiej (osiemdziesiąt jeden kilogramów), zwyciężając dwa razy na punkty jednomyślną decyzją sędziów i raz przez nokaut w drugiej rundzie. W finale zmierzył się ze Zbigniewem Pietrzykowskim z Polski, trzykrotnym mistrzem Europy i brązowym medalistą igrzysk olimpijskich z 1956 roku. Brytyjski dziennikarz John Cottrell tak opisał tę walkę:
W pierwszej rundzie wydawało się, że Clay zostanie dotkliwie poturbowany. Był zdezorientowany leworęcznymi ciosami przeciwnika i mocno oberwał, raz nawet dowiódł swego braku doświadczenia, zamykając oczy pod gradem ciosów. Clayowi udało się uniknąć kłopotów w drugiej rundzie, w ostatniej minucie poniechał popisywania się wymyślną pracą nóg, opuścił ręce, ale dotrzymał pola przeciwnikowi i zadał cztery silne prawe proste w głowę. Mimo to na tym etapie ciągle przegrywał na punkty.
- Wiedziałem - wyjaśniał potem - że muszę wygrać trzecią rundę w wielkim stylu, żeby zwyciężyć cały pojedynek.
I Clay skończył w wielkim stylu. W ostatniej rundzie nagle wspiął się na wyżyny, wchodząc w zwarcia i cofając się jak doświadczony zawodnik, zadając szybkie ciosy w odpowiednich momentach. Ten ostrzejszy, lepiej skoordynowany ruchowo Clay szturmem powrócił na ring, zasypując Pietrzykowskiego gradem kombinacji ciosów, które całkowicie zamroczyły przeciwnika. Clay już nie ograniczał się do lewego prostego, ale w równym stopniu używał prawej ręki, aby pokonać lewostronną obronę oponenta. Przedarłszy się przez gardę Polaka, który wyraźnie opadł z sił, wytrącił go z równowagi i podszedł tak cudownie blisko, że mógł zadać nokautujący cios. Po ostatnim gongu Pietrzykowski osunął się bezwładnie na liny. Werdykt był jednoznaczny. Wszyscy sędziowie przyznali Clayowi zwycięstwo10.
Współlokatorem Claya podczas olimpiady w Rzymie był Wilbert "Skeeter" ("Komar") McClure, który wygrał kolejno Krajowy Turniej o Złote Rękawice, Krajowe Mistrzostwa Amatorów, zdobył złoty medal na Olimpiadzie Panamerykańskiej w 1959 roku i podczas igrzysk w Rzymie w 1960 roku. McClure, dziś psychoterapeuta i prezes firmy konsultingowej w Massachusetts, wspomina:
WILBERT "SKEETER" MCCLURE: Pierwszy raz usłyszałem o Cassiusie Clayu w 1959 roku podczas Krajowego Turnieju o Złote Rękawice w Chicago. Wszyscy zawodnicy mieszkali w tym samym hotelu. Stałem w holu i on też tam stał. Usłyszałem, jak szepcze do kolegów: "Patrzcie, tam idzie Skeeter McClure". Wygrałem turniej krajowy w 1958 roku i wróciłem po zwycięstwo. Zresztą obaj wygraliśmy w tym turnieju i znaleźliśmy się w drużynie reprezentującej Chicago w międzymiastowych rozgrywkach przeciwko Nowemu Jorkowi. Trenowaliśmy razem, pamiętam, że Cassius zadręczał wszystkich w drużynie, bo ciągle gadał: "Ja cię kręcę, po ulicach chodzi tyle pięknych dziewczyn, tyle ślicznych dziewczyn, musimy coś wyrwać". Reszta z nas nie była zainteresowana. Przyjechaliśmy tam, żeby walczyć. Cassius nie przestawał nas namawiać, prosić i gadać: "No chodźcie, wkładajcie kurtki i chodźmy gdzieś pokazać się dziewczynom". W końcu trenerzy rozwiązali ten problem, bo Cassius nie myślał o niczym innym. Zabrali nas do liceum Marshall High, ogromnej szkoły w Chicago. Przydzielono nam śliczne dziewczyny do oprowadzania po budynku. Potem poszliśmy do stołówki na obiad, tam też było pełno pięknych dziewczyn. Wszędzie roiło się od ładnych dziewcząt. I oto facet, który nas tak namawiał, siedział na stołówce i cały czas wgapiał się w swoją tacę z jedzeniem. Nie odezwał się ani słowem. Był bardzo nieśmiały. Dokuczaliśmy mu potem przez wiele dni, a on tylko spoglądał na nas i wzruszał ramionami. Był bardzo, ale to bardzo nieśmiały, jeśli chodzi o dziewczyny.
Jakiś miesiąc później w moim rodzinnym Toledo rozegrano krajowe mistrzostwa amatorów. Wziął w nich udział. Obaj wygraliśmy i zaprosiłem go do domu, aby poznał moich rodziców, brata i siostrę. Potem znów się spotkaliśmy podczas kwalifikacji do Olimpiady Panamerykańskiej na Uniwersytecie Stanu Wisconsin, gdzie przegrał z Amosem Johnsonem. Johnson był dorosłym mężczyzną, komandosem piechoty morskiej i leworęcznym bokserem. Myślę, że to była ostatnia walka, którą Ali przegrał, do czasu, aż uległ Joemu Frazierowi dwanaście lat później. Z tego okresu najlepiej zapamiętałem takie zdarzenie. Z Toledo przyjechał mój tata i całą paczką wybraliśmy się na kolację. Siedzimy w restauracji, a Cassius wpadł w zadumę. Powiedział tylko:
- Po prostu nie mogłem go rozgryźć.
Pomyśl tylko, oto siedemnastolatek staje w szranki z dorosłym, dwudziestopięcioletnim lub dwudziestosześcioletnim mężczyzną, zawodowym żołnierzem, który boksuje lewą ręką. Taki młodzik jest z miejsca na przegranej pozycji, a Clay nie marudził, nie jęczał i nie uskarżał się. Powiedział tylko jak prawdziwy mistrz: "Nie mogłem go rozgryźć".
Potem obaj zakwalifikowaliśmy się do reprezentacji olimpijskiej. Olimpijczykami mogli wówczas zostać wyłącznie amatorzy, nie tak jak teraz. Amator to amator. Mało brakowało, a nie pojechałbym na olimpiadę, bo miałem jeszcze jeden semestr do ukończenia na Uniwersytecie w Toledo. Sam płaciłem czesne za studia i uznałem, że nie dam rady przygotowywać się do igrzysk, pracować i studiować jednocześnie. W końcu Uniwersytet przyznał mi stypendium na ostatni semestr, więc mogłem sobie pozwolić na wyjazd do Rzymu. Dzisiaj coś takiego nie miałoby miejsca. Teraz nie brakuje pieniędzy na to, żeby wysyłać utalentowanych zawodników tam, gdzie trzeba. Złoty medal jest narzędziem marketingu, ale wtedy nie walczyliśmy z myślą o karierze zawodowej. Walczyliśmy o honor.
Pamiętam, jak w samolocie w drodze do Rzymu próbowaliśmy obstawiać, kto zdobędzie złoto. To Cassius prowadził tę rozmowę. Już wtedy był wygadany. Jeśli dobrze pamiętam, bał się latać i o tym też dużo mówił. Kiedy znaleźliśmy się w powietrzu, zdołał zapanować nad lękiem, gadając bez przerwy. Powiedział:
- Zdobędę złoty medal. Skeeter też będzie miał złoto.
W naszej drużynie był ten bokser wagi półśredniej, który zginął po powrocie z olimpiady, Harry Campbell. Clay przewidywał:
- Campbell też zdobędzie złoto.
Dwóm innym pięściarzom również przepowiedział zwycięstwo. Rozmawialiśmy o różnicach osobowości, o różnych stylach walki i o tym, że jesteśmy miłymi, schludnymi i zdrowymi chłopcami. Mieliśmy nadzieję, że to zrobi wrażenie na sędziach.
W Rzymie był bardzo towarzyski, ale boks traktował poważnie. Nie wiem, czy we wszystkich drużynach znalazłby się zawodnik, który podchodziłby do boksu równie serio co on. Spacerowaliśmy po wiosce, a on podchodził do ludzi i ściskał im dłonie, ale myślał tylko o treningu. Zapracował na ten złoty medal. Trenował naprawdę bardzo ciężko. Jak my wszyscy. Jeśli chcesz zostać mistrzem olimpijskim, to nie tracisz czasu i nie zabawiasz się. Nie ulega jednak wątpliwości - a przyglądałem się jego pracy - że trenował więcej niż inni zawodnicy.
Wszyscy bokserzy ćwiczyli razem. Jedliśmy razem. Relacje w drużynie były dobre. Pamiętam, że pewnej nocy, kiedy byłem już w łóżku - drużyna bokserska zajmowała trzy pokoje z tymi okropnymi łóżkami piętrowymi - pisałem list miłosny do swojej dziewczyny w Stanach. Cassius podszedł i zapytał, co robię. Wyjaśniłem, a on zapytał, czy mogę też napisać list dla niego. Powiedziałem, że nie ma sprawy. Wyjaśnił, co mam pisać, więc napisałem i wręczyłem mu ten list. Nie wiem, czy go przepisał przed wysłaniem do niej, ale kiedy napisałem mu ten list, powiedział:
- No, no, ładnie.
Był bardzo zadowolony. Mimo że od naszego pierwszego spotkania w Chicago minął rok, nadal był bardzo nieśmiały wobec dziewczyn. Świetnie poruszał się w ringu, ale kiedy w wiosce olimpijskiej poszliśmy potańczyć na stołówce, Cassius cały czas siedział. Byłem z nim później na kilku imprezach i też nie tańczył. Po prostu. To wynikało z jego nieśmiałości wobec kobiet. Myślę, że nigdy nie nauczył się tańczyć, a był zbyt nieśmiały, żeby gdzieś pójść i uczyć się tańca.
Taki właśnie był. Pamiętam, że powiedziałem mu - i mocno w to wierzyłem, powtarzałem mu to zresztą kilka razy - że jest skazany na sukces. Jakby urodził się pod gwiazdą, która przesądziła o jego losie: po prostu musiał zrobić to, co zamierzał, musiał wywrzeć wpływ na ludzi na całym świecie; nie mógł zrobić nic, żeby temu zapobiec. To jedna z tych dziwnych rzeczy. Wiesz, psychologia jest nauką, ale czegoś w tej mierze jej brakuje. Jest w tym też trochę filozofii, wciąż staramy się zrozumieć i wyjaśnić motywy zachowania człowieka, ale są pewne rzeczy, których po prostu nie potrafimy pojąć. Kiedy zastanawiam się nad życiem tego chłopaka... Gdy pierwszy raz przyszedł do nas w Toledo, spodnie sięgały mu do kostek, kurtka sportowa była za krótka, ale widać było, że to nie jest dla niego ważne. On po prostu promieniał. Już wtedy człowiek wiedział, że ma do czynienia z kimś wyjątkowym: miłą, inteligentną, ciepłą i wspaniałą osobą. To było trzydzieści lat temu, ale myślę, że gdyby ktoś powiedział mi wtedy, że Cassius Clay zostanie najsłynniejszym człowiekiem na świecie, to nigdy bym mu nie uwierzył. To po prostu nie wydawało się możliwe, ale teraz - tylko na niego spójrz.
Po igrzyskach olimpijskich Cassius Clay mógł bez trudu stać się ulubieńcem narodu amerykańskiego. Młody, przystojny, zabawny i utalentowany - biła od niego aura na wskroś amerykańskiego chłopca. Kiedy radziecki dziennikarz zapytał go, jak się czuje po zdobyciu złotego medalu dla kraju, w którym nie w każdej restauracji zostanie obsłużony, Clay spojrzał swojemu rozmówcy prosto w oczy i odpowiedział: "Powiedz swoim czytelnikom, że tą sprawą zajmują się właściwe osoby i nie martwię się o wynik ich pracy. Dla mnie Stany Zjednoczone to najlepszy z krajów świata, nie wyłączając twojego"1.
Dick Schaap, zastępca kierownika działu sportowego "Newsweeka" w 1960 roku, wspomina Cassiusa Claya z tamtych dni.
DICK SCHAAP: Poznałem go w Nowym Jorku na zgrupowaniu drużyny olimpijskiej przed wyjazdem do Włoch i całkowicie uległem jego urokowi. Był spontanicznym, ujmującym i bezpretensjonalnym chłopcem. Jak większość z nas, w czasach młodości mogłem poświęcić swoim podopiecznym dużo więcej czasu niż teraz, więc zabrałem jego i trzech innych reprezentantów olimpijskich na kolację do restauracji Sugar Raya Robinsona w Harlemie. Nie przypominam sobie, jakiego koloru był cadillac Robinsona, ale pamiętam, jakie wrażenie zrobił na Clayu jego pastelowy odcień. Po obiedzie wyszliśmy na ulicę się przejść. Na rogu Siódmej Alei i 125. Ulicy natknęliśmy się na czarnoskórego agitatora, orędownika segregacjonizmu - zapewne pierwszego, jakiego Clay spotkał - który stał na przysłowiowej skrzynce po mydleIV. Jeśli dobrze pamiętam, mówca ten przekonywał, żeby "kupować u czarnych", co z dzisiejszej perspektywy nie brzmi wcale radykalnie, ale wtedy Cassius był zaskoczony widokiem czarnego stojącego na ulicy i swobodnie głoszącego takie rzeczy. Oczywiście coś takiego było nie do pomyślenia w Louisville w stanie Kentucky.
Po miesiącu wrócił z Rzymu. Wyszedłem po niego na lotnisko Idlewild. Jeśli się na tym zastanowić, to jest w tym pewna ironia, że cztery lata później Cassius Clay zmienił nazwisko, a lotnisku nadano nową nazwęV. Tego wieczoru poszliśmy na miasto, tylko my dwaj. Udaliśmy się na Times Square. Przyniosłem mu egzemplarz fałszywej gazety, która informowała, że "Clay podpisał kontrakt na walkę z Pattersonem". Nie trzeba dodawać, że Floyd Patterson był wówczas mistrzem świata wagi ciężkiej. Następnie poszliśmy do restauracji Jacka Dempseya. Cassius zobaczył wielki sernik w szklanej gablocie, spojrzał na niego tęsknie i zapytał:
- Trzeba wziąć cały czy mogę kupić tylko kawałek?
Zapewniłem go, że może kupić kawałek, więc skosztował słynnego sernika Jacka Dempseya. Potem udaliśmy się do Birdland naprzeciwko. Cassius zamówił coś do picia i poprosił o dodanie kropelki, dosłownie jednej kropli alkoholu. Miał osiemnaście lat, więc zgodnie z prawem mógł pić alkohol w Nowym Jorku. Wcześniej nie miał jednak w ustach nic mocniejszego, a tak mógł powiedzieć, że wypił drinka, choć była to tylko jedna kropla. Cieszył się, że wszędzie, gdzie się pojawi, ludzie go rozpoznają. Jego walkę z Polakiem oczywiście pokazywano w telewizji zaledwie kilka dni wcześniej, ale rozpoznanie ułatwiała też kurtka olimpijczyka ozdobiona z przodu literami "USA" wysokimi na piętnaście centymetrów. I złoty medal na piersiach. Po powrocie do hotelu - koło wpół do drugiej nad ranem - poprosił, żebym został jeszcze godzinę. Oglądaliśmy zdjęcia, które zrobił swoim aparatem w Rzymie. Co to była za noc - jedna z tych, które zapadają w pamięć na całe życie. To nawet pasuje, bo Ali też zapadł mi w pamięć najbardziej ze wszystkich znanych mi ludzi.
Po krótkim pobycie w Nowym Jorku Clay wrócił do Louisville, gdzie na lotnisku powitały go wiwatujące tłumy. Tam też recytował swój pierwszy opublikowany wiersz:
O tym, jak Cassius podbił Rzym
Chwała Ameryki mi zawsze przyświeca,Pokonałem Polaka i Sowieta,Flagę Stanów blask złota znów opromieniaRzekł Włoch: "Tyś Kasjusza zagnał do cienia".Piękne nosisz imię i piękna walka twoja,Rzym twoim domem, jeśli taka wola.Gościnność waszą szczerą ceniąc,Powiem, że Stany są ojczyzną mą,A w Louisville na mnie czekają2.
Potem nastąpiło to, co nieuniknione - walka impresariów i sponsorów z całego świata o Cassiusa i jego talenty.
CASSIUS CLAY SENIOR: Wielu ludzi chciało go wziąć pod swoje skrzydła, kiedy wrócił z igrzysk olimpijskich. Wiedziałem, że w ringu potrafi sam o siebie zadbać, ale chciałem mieć pewność, że i poza ringiem ktoś się nim zajmie. Był niepełnoletni i nie miał pojęcia o biznesie. Zdawałem sobie sprawę, że bez odpowiedniego wsparcia nie będzie w stanie odnieść sukcesu. Zależało mi, żeby trafił w dobre ręce. I tak się stało. Doprowadziłem do zawarcia korzystnego kontraktu z ludźmi, którzy znali się na promocji. To mnie zawdzięcza swój udany start. Różni ludzie wiele obiecywali, ale nikt w zadowalający sposób nie poparł swych słów czynami - z wyjątkiem grupy sponsorów z Louisville (Louisville Sponsoring Group).
W skład Louisville Sponsoring Group weszło jedenastu białych w wieku od dwudziestu pięciu do siedemdziesięciu lat. Dziesięciu było milionerami lub spadkobiercami najstarszych fortun w Kentucky. Grupa powstała dzięki Williamowi Favershamowi, swemu jedenastemu członkowi. Ten były doradca inwestycyjny i wiceprezes koncernu Brown-Forman DistillersVI szacował, że koszty wypromowania Claya w zawodowym boksie wyniosą dwadzieścia pięć-trzydzieści tysięcy dolarów. W związku z tym każdy członek syndykatu wpłacił dwa tysiące osiemset dolarów - poza Favershamem, który otrzymał tysiąc czterysta dolarów zniżki w uznaniu za organizację przedsięwzięcia.
Inwestorzy kierowali się różnymi względami. Jedni widzieli w syndykacie okazję do zarobienia pieniędzy. Inni chcieli zaopiekować się lokalnym bohaterem, a pozostali robili to po prostu dla zabawy. Niezależnie od motywów kontrakt podpisany przez Cassiusa Claya i kontrasygnowany przez jego rodziców był uczciwy i przewidywał sowite, jak na tamte czasy, wynagrodzenie dla boksera, który otrzymał dodatkowo dziesięć tysięcy dolarów premii za jego podpisanie. Przez pierwsze dwa lata miał zagwarantowaną gażę w wysokości 333 dolarów miesięcznie, wypłacaną z zysków. Grupa sponsorska mogła przedłużyć kontrakt na cztery kolejne okresy dwunastomiesięczne. Przez pierwsze cztery lata obowiązywania kontraktu planowano dzielić się zyskami po połowie, a po upływie tego czasu - sześćdziesiąt do czterdziestu na korzyść Claya. Wszystkie koszty zarządzania, treningów, podróży i promocji, w tym wynagrodzenie trenera, pokrywał syndykat. Poza tym piętnaście procent dochodów Claya miało trafiać na fundusz emerytalny, który mógł zostać uruchomiony dopiero po ukończeniu przez pięściarza trzydziestego piątego roku życia lub wycofaniu się z boksu.
Trzy dni po podpisaniu kontraktu menedżerskiego, 29 października 1960 roku, Clay zadebiutował w hali Freedom w Louisville przed sześciotysięczną widownią. Jego przeciwnikiem był Tunney Hunsaker - pięściarz "na pół etatu", który wygrał siedemnaście z dwudziestu pięciu stoczonych walk. Był komendantem policji w Fayetteville w Wirginii Zachodniej. Wielki, przyciężkawy i powolny biały bokser przegrał, co było do przewidzenia, na punkty w sześciorundowym pojedynku.
TUNNEY HUNSAKER: Jasne, że przed naszą walką słyszałem o jego zwycięstwie na olimpiadzie, więc wiedziałem, że zmierzę się z twardą sztuką. Ale nie wierzę, żeby znalazł się choćby jeden bokser, w każdym razie dobry bokser, który wyszedłby na ring przekonany, że przegra. Ja na pewno w to nie wierzyłem.
Po południu w dniu naszego pojedynku spotkałem Claya w śródmieściu w sklepie sportowym. Wszedł - a wiedział, że tam jestem - chwilę się pokręcił, poodbijał piłkę do kosza czy coś takiego, ale widziałem, że jest zdenerwowany. Wieczorem był jednak szybki jak błyskawica, potrafił zadać cios z każdej pozycji i robić niesamowite uniki. Użyłem każdego znanego mi chwytu, próbując wytrącić go z równowagi, ale był po prostu za dobry. Kiedy wróciłem do domu po walce, zadzwonił sędzia Abbott - dzisiaj jest sędzią, ale wtedy był prokuratorem - i zapytał:
- Co sądzisz o tym chłopcu?
- Panie Abbott, to na pewno przyszły mistrz świata wagi ciężkiej - odpowiedziałem. Muszę przyznać, patrząc na to z perspektywy czasu, że czuję się zaszczycony, bardzo zaszczycony, że byłem pierwszym przeciwnikiem Muhammada Alego w jego karierze zawodowej. Nadal jestem komendantem policji w Fayetteville. Tutejsze dzieci wiedzą, kim jest Muhammad Ali i znają też mnie. Stanąć z nim w ringu to dla mnie zaszczyt, prawdziwy zaszczyt. Tylko tyle mogę powiedzieć.
Do walki z Hunsakerem Claya trenował Fred Stoner, ale sponsorzy wiedzieli, że jego dalszym szkoleniem musi pokierować ktoś bardziej doświadczony. W listopadzie 1960 roku wysłali go do Kalifornii, gdzie miał ćwiczyć pod okiem Archiego Moore'a, żywej legendy, człowieka, który mimo czterdziestu siedmiu lat nadal walczył w ringu.
ARCHIE MOORE: Kocham Alego. Jest kurą, która zniosła złote jajo. Widzisz, ludzie tacy jak ja musieli przecierać szlaki, a potem przyszedł Ali i wyważył drzwi. Na początku kariery dostawałem dziesięć dolarów za walkę. Czasem coś mi obiecywali i tyle. Tacy jak ja zawsze byli w drodze: pojedynek, trasa, pojedynek i tak w kółko, niemal bez przerwy; to nie było zabawne. Nie było słodko, dopóki nie zacząłem zarabiać pieniędzy, a o mistrzostwo dali mi zawalczyć dopiero, gdy się zestarzałem.
I wtedy spotkałem Alego. Wówczas nazywał się jeszcze Cassius Clay. Chciał trenować z Rayem Robinsonem, ale Robinson odmówił. Był jeszcze aktywnym zawodnikiem i nie chciał tracić czasu na tego młodego krzykacza. Nie mógł sobie pozwolić na trwonienie ostatnich lat swojej kariery na amatora, który dopiero stawał się zawodowcem, choćby nie wiem, jaki miał potencjał. Myślę, że Alego zabolało, że wielki Sugar Ray odmówił współpracy z nim. Potem ktoś rzucił:
- Słuchajcie, jest taki facet na Zachodnim Wybrzeżu. Całkiem dobry z niego zawodnik. Może warto do niego pojechać?
I tak Ali zaczął trenować ze mną. Miałem w tych latach swój własny ośrodek treningowy, Salt Mine, w Ramonie w Kalifornii, jakieś pięćdziesiąt pięć kilometrów od San Diego. Dobre miejsce do pracy z młodzikiem. Spędził kilka dni u mnie. Moje dzieci były jeszcze bardzo małe. Miałem dwie córeczki w wieku czterech i pięciu lat. Ali za nimi przepadał, one za nim też. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Widać było, że potrafi obchodzić się z dziećmi. Musiał to wynieść z domu. Potem pojechaliśmy do ośrodka. Miałem tam w stodole salę treningową, którą nazywaliśmy "Kubeł Krwi". Na drzwiach była namalowana czaszka i napis: "kubeł krwi". Wszędzie leżały kamienie - ogromne głazy z nazwiskami wielkich pięściarzy. Ali obejrzał to wszystko i powiedział:
- Tu jest super, stary. Kiedyś też będę miał taki ośrodek.
W Salt Mine przekonałem się, że jest niesamowicie wytrzymały. Potrafił lekko wbiec po zboczu nachylonym pod kątem trzydziestu pięciu stopni, zbiec i wspiąć się znowu, podbiec do mnie i zapytać:
- Jeszcze raz?
Miał talent, ale nie zawsze był skory do nauki. Chciałem pokazać mu różne sztuczki na osiągnięcie długowieczności, żeby później nie przeżywał w ringu tego, co go w końcu spotkało. Wyjaśniłem mu, że chcę go nauczyć zadawać ciosy. Znokautował wielu facetów, ale zrobił to na swój sposób, kosztem ogromnego wydatku energii i wysiłku. Chciałem mu pokazać, jak zadawać naprawdę mocne, powalające ciosy i eliminować przeciwnika w jednej lub dwóch rundach. Mówiłem:
- Nie chcemy, żebyś walczył piętnaście rund. Nie chcemy, żebyś walczył dziesięć rund. Nie chcemy, żebyś trwonił energię. Liczy się szybka wygrana, bo liczba ciężkich walk, które zniesie twój organizm, jest ograniczona.
Bardzo chciałem, żeby mnie posłuchał, ale on odpowiadał, że nie chce boksować jak Archie Moore.
- Chcę boksować jak Sugar Ray Robinson. To on jest moim wzorem.
- Synu, tak się nie robi - odpowiedziałem. - Wychodzisz na ring, unikasz ciosów, a potem bach, nokautujesz przeciwnika i idziesz dalej. Kolejna walka, nokaut. W ten sposób rozegrasz więcej pojedynków.
Cassius był uparty:
- Nie zamierzam walczyć do starości. Tobie to odpowiada, ale ja powalczę z pięć, sześć lat, zarobię ze dwa, trzy miliony dolarów i skończę z boksem.
Taki miał plan - zgromadzić kilka milionów dolarów, wycofać się w młodym wieku, ożenić i zająć dziećmi. Jak na młodego człowieka, nawet dzisiaj, to piękna wizja.
Moore kontynuował swoją karierę jako bokser, a tymczasem jego nowy podopieczny doprowadzał go do szaleństwa. Dick Sadler, ówczesny trener Moore'a, wspomina, jak żyło się z młodym Cassiusem Clayem.
DICK SADLER: Jechałem kiedyś z Clayem z Zachodniego Wybrzeża do Teksasu na walkę Archiego [z Buddym Thurmanem, w Dallas, 28 listopada 1960 roku]. Pojechaliśmy pociągiem i to była niezła jazda. Najpierw ten dzieciak stanął w oknie i darł się: "Jestem wielki. Jestem wielki!". Krzyczał do mijanych samochodów, owiec, pól... Po pewnym czasie zaczął śpiewać ten szlagier Chubby'ego CheckeraVII o twiście. Nie pamiętał słów, ale nie przestawał śpiewać: Come on baby, let's do the twist; come on baby, let's do the twist! Szlag mnie trafiał. Szczerze mówiąc, doprowadzał mnie do szału, więc mu powiedziałem:
- Jezu, synu, twistujesz już przez całą Kalifornię i Arizonę. - A kiedy dotarliśmy do Nowego Meksyku, dodałem: - Słuchaj, śpiewaj sobie charlestona, boogaloo albo inne cholerstwo, ale skończ z tym twistem.
Mówię ci, nic tylko twist i "jestem wielki!" na okrągło przez ponad tysiąc sto kilometrów. Myślałem, że oszaleję!3
ARCHIE MOORE: Wiedziałem, że zostanie wielkim bokserem, ale chciałem, żeby okazał mi szacunek - jako człowiekowi i swojemu instruktorowi - i żeby przyłożył się do nauki. Miałem wrażenie, że to go bawi, a czasem złości. Uważał, że mu rozkazuję, a kim ja znowu jestem, żeby mu rozkazywać, więc pewnego razu wyzwał mnie na sparing. Nie przyjąłem wyzwania. Powiedziałem mu, że nie walczę z amatorami. W tym czasie byłem mistrzem świata w wadze półciężkiej, a poza tym to nie jest właściwa metoda pracy z młodym zawodnikiem. Byłem jego trenerem, a nie sparingpartnerem. Paru innych rzeczy, których od niego wymagałem, też nie przyjął zbyt grzecznie. W Salt Mine sami sobie gotowaliśmy i po sobie zmywaliśmy. Nie stać mnie było na zatrudnianie ludzi, jak to robią wielkie gwiazdy, więc mu powiedziałem:
- W środy zmywasz naczynia, w czwartki szorujesz podłogi, a w piątki pomagasz mi w kuchni.
Wyjaśniłem, że musimy dzielić się obowiązkami. W ośrodku było parę osób i każda czymś się zajmowała. A on mi na to, że nie przyjechał tu robić za pomywacza. Odparłem, że nie jest żadnym pomywaczem, ale musi robić, co do niego należy. A Cassius swoje, że nie będzie myć żadnych naczyń jak jakaś baba. Więc mu powiedziałem, że w takim razie nie będzie jadł. W końcu zgodził się na zmywanie i spojrzał na mnie tymi swoimi pięknymi oczami, ale zmywając, cały czas był naburmuszony. Następnego dnia miał myć podłogi. Stwierdził: "Dobrze, już dobrze" i zrobił, co do niego należało. Gdy już myślałem, że poddaje się dyscyplinie, oświadczył:
- Mam tego dość, wracam do domu.
Zbliżało się Boże Narodzenie i powiedział mi, że chce wrócić do domu na święta. Boże Narodzenie to dobry pretekst, żeby wyjechać.
- Dobra, jak chcesz tam dotrzeć? Samolotem? - zapytałem.
- Nie, tylko nie samolotem.
- Może autobusem? - ciągnąłem.
- Nie, pojadę pociągiem.
Przed Bożym Narodzeniem wsadziłem go do pociągu i wysłałem do rodziców, do Louisville. Nigdy już nie wrócił. Wiedziałem, że nie wróci. Cisnąłem go, narzuciłem dyscyplinę, a tego Ali nie znosił. Zawsze usiłował podporządkowywać sobie swoich przełożonych, ludzi, z którymi pracował. Prawdę mówiąc, zasłużył na porządne manto, ale nie wiem, kto miałby mu je spuścić. Było mi bardzo smutno, kiedy odszedł z Salt Mine. Musiałem dbać o swoje zasady i dobre imię. Jestem świetnym instruktorem i znakomitym nauczycielem, tym bardziej było mi przykro, że odszedł. Kochałem go jak syna i wiedziałem, że wraz z nim tracę dużą kasę. Mam jednak swoją godność. Musiałem powiedzieć:
- W porządku, jedź. Jak chcesz odejść, nie będę cię zatrzymywać, rób, co chcesz. Chcesz jechać do domu, twoja sprawa.
Potem mogłem już tylko obserwować jego wzlot, a później upadek. Jego kariera zaczęła się rozkręcać, więc zaproponowaliśmy, aby zmierzył się z Joem Louisem, i jestem przekonany, całą głową i sercem, że pokonałby Joego. Uważam, że gdyby stoczyli pięć walk, Ali wygrałby cztery. Jedynym człowiekiem, którego moim zdaniem - choć w sumie widziałem go tylko w starych filmach - więc jedynym człowiekiem, którego Ali nie byłby w stanie pokonać, był Jack Johnson, bo Johnson sam był tancerzem. Miał świetną obronę i ciężki cios. Był wirtuozem ringu.
Po powrocie Claya do Louisville rozpoczęto poszukiwania nowego trenera. Początkowo grupa sponsorów skłaniała się ku Erniemu Brace, ale Braca miał zobowiązania wobec Sugar Ray Robinsona. Zastanawiano się nad Fredem Stonerem, lecz jemu brakowało doświadczenia w boksie zawodowym. Wreszcie William Faversham zadzwonił do Madison Square Garden i poprosił o radę Harry'ego Marksona (prezesa Madison Square Garden Boxing). Markson zasugerował Angela Dundeego.
ANGELO DUNDEE: Poznałem Cassiusa w 1957 roku. Przyjechałem wtedy do Louisville z Williem Pastrano na pojedynek z Johnem Holmanem, niezłą petardą. Siedzieliśmy w hotelu i oglądaliśmy telewizję, kiedy nagle zadzwonił telefon. To był on:
- Panie Dundee, nazywam się Cassius Marcellus Clay, zwyciężyłem w stanowym turnieju o Złote Rękawice, tu w Louisville.
Po czym wymienił długą listę tytułów mistrzowskich, jakie planował zdobyć, w tym medal na igrzyskach olimpijskich i mistrzostwo świata wagi ciężkiej. Zaproponował, że wpadnie porozmawiać. Zasłoniłem słuchawkę i powiedziałem Williemu:
- Słuchaj, dzwoni jakiś wariat i chce cię poznać!
A Willie na to:
- A co tam, dawaj go, i tak nie ma nic ciekawego w telewizji.
Kilka minut później dzieciak pojawił się w naszym pokoju z bratem, Rudym. Obaj przystojni i dobrze wychowani. Przez trzy lub cztery godziny rozmawialiśmy głównie o boksie.
Potem w 1959 roku Willie i ja znów pojechaliśmy do Louisville na walkę z Alonzem Johnsonem. Tym razem Cassius zjawił się w sali treningowej i zapytał, czy mógłby sparować z Williem. Nie lubię sparingów zawodowców z amatorami, bo może dojść do kontuzji. Ale Willie był chętny, więc pomyślałem: niech sobie zrobią rundkę. Cassius miał wtedy siedemnaście lat. Willie był zawodowym bokserem planującym zdobycie mistrzostwa świata wagi ciężkiej. To Cassius wygrał tę rundę. Kiedy zadzwonił Bill Faversham [w roku 1960], wiedziałem, kim jest Cassius Clay. Faversham wyjaśnił sytuację i przyjechał do Miami z kilkoma partnerami na rozmowę kwalifikacyjną. Przypadli mi do gustu, a im spodobał się zaproponowany przeze mnie program szkoleniowy. Potem rozmawialiśmy o pieniądzach. Dali mi do wyboru - gwarantowane sto dwadzieścia pięć dolarów tygodniowo lub dziesięć procent honorarium Claya. Wybrałem to pierwsze, co nie było najmądrzejszym posunięciem, ale po drugiej walce z Listonem dogadaliśmy się na procent. Wracając do tematu - po uzgodnieniu spraw finansowych zasugerowałem, żebyśmy zaczekali do Bożego Narodzenia, a potem sprowadzili Cassiusa na treningi do Miami. Zgodzili się, ale za dziesięć minut zadzwonili i powiedzieli:
- Słuchaj, chłopak chce jechać od razu. Chce walczyć. Mówi, że dla niego święta są wtedy, kiedy może walczyć codziennie.
Clay zaczął współpracować z Dundeem 19 grudnia 1960 roku w sali treningowej przy Piątej Ulicy w Miami. Osiem dni później znokautował Herba Silera, w czwartej rundzie. Zawodnika z trenerem połączyła silna więź.
MUHAMMAD ALI: Angelo Dundee był ze mną od mojej drugiej walki w boksie zawodowym. Bez względu na to, co się później działo, zawsze był moim przyjacielem. Nigdy nie ingerował w moje życie osobiste. Nie dyrygował mną, nie mówił, co mam robić na ringu i poza nim. Był przy mnie, kiedy go potrzebowałem, i zawsze traktował mnie z szacunkiem. Nigdy nie mieliśmy żadnych problemów.
ANGELO DUNDEE: Trudno opisać radość, którą sprawiały mi te pierwsze spędzone wspólnie lata. Nie miała sobie równych. Byliśmy wówczas sami, tylko ja i Muhammad. Musiałem znaleźć chłopaków spoza miasta do jego narożnika. Jezu, praca z nim to była czysta przyjemność, sama radość. To był też sposób na Muhammada - kiedy dobrze się bawił, potrafił przejść samego siebie.
Treningi z Muhammadem zupełnie nie przypominały ćwiczeń z większością zawodników. Nie trzeba było go do niczego zmuszać. Był jak nakręcony - lekko popchniesz i poleci. Ale musiał mieć poczucie, że jest kimś. Mawiał: "Angelo mnie nie trenuje". I miał rację. Wskazywałem mu kierunek i chciałem, by czuł, że sam wymyśla różne rzeczy. Schodził z ringu po sesji sparingowej, a ja mówiłem:
- Wyprowadziłeś wspaniały lewy sierpowy. Sposób, w jaki skręciłeś przy tym ramię, całe ciało, praca palców u nóg... to było fantastyczne.
Podczas następnego sparingu wyprowadzał cios dokładnie w taki sposób. Tak samo tłumaczyłem, jak utrzymywać równowagę i nie dotykać lin ramionami. Nauczyłem się tego od Charliego Goldmana [trenera Rocky'ego Marciano]: spraw, żeby gwiazda myślała, że robi wszystko po swojemu.
Dundee był i jest jednym z najbardziej szanowanych trenerów bokserskich.
- Angelo jest całkowicie oddany boksowi - mówi Ferdie Pacheco. - Jeśli trzeba, potrafi pracować za darmo przy walce o tytuł, bo sam fakt, że wpływa na przebieg pojedynku, daje mu satysfakcję.
- W sporcie słynącym z braku przyzwoitości - dodaje Dick Schaap - Angelo Dundee jest przyzwoitym człowiekiem.
Nawet najzacieklejszy krytyk boksu, Howard Cosell, przyznaje:
- Gdyby mój syn chciał być bokserem i nie zdołałbym go odwieść od tego pomysłu, to jedynym człowiekiem, z którym pozwoliłbym mu trenować, jest Angelo.
ANGELO DUNDEE: Dobierając przeciwników dla Alego na początku jego kariery, wolałem nie zdawać się na przypadek. Zbytnia dojrzałość, za duża siła, za duża szybkość, choć w tej ostatniej dziedzinie Cassius nie miał sobie równych. Trzecią walkę stoczył z Tonym Espertim i znokautował go w trzeciej rundzie. A Jima Robinsona w pierwszej. Mniej więcej tym czasie miał sparing z Ingemarem Johanssonem. To było naprawdę coś.
Johansson, były mistrz wagi ciężkiej, trenował na Florydzie do rewanżowego pojedynku z Floydem Pattersonem. Harold Conrad, który zajmował się jego promocją, tak wspomina walkę sparingową Claya i Johanssona:
HAROLD CONRAD: Organizatorzy postanowili sprowadzić Ingemara do Miami w nadziei, że to dobrze wpłynie na sprzedaż biletów. Jego trenerem był wówczas Whitey Bimstein. Przyjechaliśmy do Miami, ale nie mieliśmy sparingpartnerów. Zapytałem Angelo: - Nie masz kogoś, kto może z nim potrenować?
- No, mam - odrzekł i zawołał: - Hej, Cash!
I oto przyżeglował do nas w tanecznych podskokach ten wielki, piękny, przystojny chłopak - miał wtedy jakieś osiemnaście lub dziewiętnaście lat.
Angelo zapytał:
- Chcesz poćwiczyć z Johanssonem?
Chłopak na to:
- Johansson? - I zaczyna nucić: - Zatańczę z Johanssonem. Zatańczę z Johanssonem.
- Co tu jest grane, do cholery? - pytam Angelo.
- Zaczekaj, aż zobaczysz, co ten szalony sukinkot potrafi.
Stanęli w ringu. Johansson miał świetną prawą rękę, ale dwie lewe nogi, a Cassius zaczął go pykać, podrygując w tańcu. Przypominam, że Johansson przygotowywał się do walki rewanżowej o mistrzostwo świata wagi ciężkiej, a Cassius potraktował go jak sparing partnera. Kiedy zobaczyłem, jak wyprowadza prosty, aż przysiadłem i powiedziałem: "Jezu, to jest to!". Wiesz, ludziom z branży niewiele potrzeba, żeby ocenić, co zawodnik potrafi. Czasem wystarczy spojrzeć i z miejsca wiadomo, że bokser ma to coś. Przez cały czas gęba mu się nie zamykała. Ciągle nadawał:
- To ja powinienem walczyć z Pattersonem, nie ty. No, chodź, tu jestem, no, chodź i przyłóż mi, frajerze. Dalej, co jest, nie możesz we mnie trafić?
Johansson był wściekły. Wkurzył się i zaczął gonić Claya po ringu, waląc na oślep prawą i chybiając celu o parę metrów. To było żałosne. Po drugiej rundzie był tak wyczerpany, że Whitey Bimstein przerwał pojedynek.
Ten sparing obserwował też Gil Rogin - dzisiaj redaktor naczelny domu wydawniczego koncernu Time Inc., wówczas reporter magazynu "Sports Illustrated".
GIL ROGIN: Podczas sparingu z Johanssonem Cassius dał najpiękniejszy pokaz bokserskiej obrony, jaki kiedykolwiek widziałem. Ten pięściarz, a tak naprawdę młodzik po zaledwie czterech pojedynkach w boksie zawodowym, zrobił z Johanssona idiotę. Nigdy jeszcze nie widziałem czegoś podobnego, ani wcześniej, ani później. Po powrocie do Nowego Jorku od razu powiedziałem wydawcom "Sports Illustrated": "Ten facet zostanie kiedyś mistrzem wagi ciężkiej. Trzeba o nim pisać". Nie miałem pojęcia, że pokona Sonny'ego Listona, Liston nawet nie był jeszcze wtedy mistrzem. Ale byłem pewny, że kiedyś Cassius Clay będzie mistrzem świata wagi ciężkiej, jak dwa razy dwa jest cztery.
"Sports Illustrated" był stosunkowo młodym magazynem. Działaliśmy dopiero sześć lub siedem lat i przeżywaliśmy trudy wieku dziecięcego. W następnych latach Ali stał się dla pisma bardzo ważną postacią. Oczywiście zarówno on, jak i magazyn odnieśliby sukces bez siebie, ale zdecydowanie była to obustronnie korzystna relacja. Opowiem ci coś śmiesznego. Już w młodości Ali czasem zasypiał w trakcie rozmowy. Kiedy przysypia teraz, ludzie myślą, że to z powodu urazu mózgu, ale on zawsze tak robił. Biorąc pod uwagę, jak wiele energii zużywał, często musiał być skrajnie wyczerpany. Siadywał ze mną i rozmawiał, a ja robiłem notatki. Wkrótce jego głos zaczynał cichnąć jak na starych płytach gramofonowych, a chwilę później Ali już spał. Dość często się to zdarzało. Mnie to w ogóle nie dziwiło, bo zużywał ogromne ilości energii. Całe jego życie było wielką paradą energii, a to może wykończyć każdego.
ANGELO DUNDEE: Po sparingu z Johanssonem Cassius walczył z Donniem Fleemanem, chłopakiem z Teksasu. Fleeman był bardzo silny, ale nie dał rady zwinności Muhammada. Potem pojechaliśmy do domu, do Louisville, na walkę z Lamarem Clarkiem, prawdziwym przystojniakiem. Clark pochodził z Utah. Wszystkich dotychczasowych przeciwników znokautował, ale Muhammad uporał się z nim w drugiej rundzie. Potem był Duke Sabedong. To był ciekawy pojedynek. Sabedong - wielki, wysoki Hawajczyk - był trudnym przeciwnikiem. Opierał się Clayowi przez całe dziesięć rund. W Las Vegas zdarzyła się też inna ważna rzecz. Cassius poznał wtedy Gorgeous George'a.
MUHAMMAD ALI: Parę dni przed walką z Sabedongiem wziąłem udział w programie radiowym razem z Gorgeous George'em. Najpierw mnie zapytano o najbliższy pojedynek. Nie mogę powiedzieć, że byłem skromny, ale nie robiłem za dużo szumu. Potem zapytali Gorgeous George'a o jego walkę zapaśniczą, która miała się odbyć w tej samej hali. A on zaczął krzyczeć: "Zabiję go, urwę mu rękę. Jeśli ten dupek mnie pokona, to przeczołgam się przez ring i ogolę sobie włosy, ale to się nie stanie, bo jestem najlepszym zapaśnikiem na świecie". Powiedziałem sobie, że muszę zobaczyć tę walkę. Nieważne, czy wygra czy przegra, chcę tam być i zobaczyć, co się stanie. Wszystkie miejsca na walkę Gorgeous George'a wyprzedano. Przyszły tysiące ludzi, w tym ja. Wtedy właśnie postanowiłem, że już nigdy nie będę powściągliwy w słowach, że jak będę mówił jeszcze więcej niż dotychczas, to kto wie, ile ludzie będą gotowi zapłacić, żeby na mnie popatrzyć.
Prawda jest taka, że Cassius Clay robił wokół siebie dużo hałasu na długo przed poznaniem Gorgeous George'a. Ale po walce z Sabedongiem wzniósł się w swoich przechwałkach na wyżyny sztuki oratorskiej. "Pewnego dnia - powiedział Hustonowi Hornowi ze "Sports Illustrated" - urządzą sanktuarium narodowe w moim domu rodzinnym". Innym też serwował podobne teksty, a na co dzień każdy, kto znalazł się w pobliżu, mógł usłyszeć: "Mam wzrost, zasięg, wagę, budowę ciała, szybkość, odwagę, wytrzymałość i wrodzone umiejętności. To wszystko uczyni mnie wielkim. Innymi słowy, kto zechce mnie pokonać, będzie musiał przerosnąć wielkiego"4. Wkrótce Angelo Dundee musiał ogłosić: "Jest tylko jeden Cassius Clay - dzięki Bogu"5.
ANGELO DUNDEE: Prawdę mówiąc, nigdy nie rozumiałem niechęci i szumu wokół jego paplaniny. Może później, kiedy mówił o wojnie czy religii, mogłem to jakoś zrozumieć, ale nawet wtedy uważałem, że ma prawo mówić to, co myśli. Ale wcześniej? Hej, pamiętam, jak ludzie narzekali, że Joe Louis jest małomówny. W tych czasach zawodnicy mówili przeważnie: "Nie mogę się doczekać walki i dam z siebie wszystko". To nie sprzyja sprzedaży biletów. Muhammad zmienił bieg rzeczy. Jego podejście do promocji boksu sprawiło, że wreszcie pięściarz znalazł się w centrum zainteresowania.
Clay zawdzięczał sukcesy autopromocyjne swojej osobowości. To, co byłoby nie do zniesienia u innego zawodnika, u niego uznawano za urocze do czasu, aż przypuścił atak na establishment. Nie bez znaczenia pozostawało również to, że był niezwykle przystojny, atrakcyjniejszy niż większość idoli filmowych. Potrafił też wykorzystać wiedzę swojego trenera o dziennikarskim światku.
DICK SCHAAP: Wszyscy dziennikarze lubili Angela. Znakomicie pokierował kontaktami Alego z mediami. Mówił mu: "To dziennikarz taki a taki, zrób tak a tak, a wasza relacja na tym zyska". Cassius miał dobrą pamięć. Wystarczyło mu raz zobaczyć czyjąś twarz i potrafił wyłuskać tę osobę z tłumu, nawet jeśli nie pamiętał, jak się nazywa. A że lubił dużo mówić, to udzielił chyba więcej wywiadów, niż ktokolwiek inny w dziejach świata. Nie przypominam sobie polityka lub przedstawiciela show-biznesu, który rozmawiałby z tyloma ludźmi, tak wiele razy i tak długo. U szczytu jego kariery ta gadka zaczęła więdnąć. Kiedy byliśmy w Manili, wiele z tego, co mówił, było po prostu nudne. Kończył sesję treningową, opierał się o liny i rozmawiając z tłumem, recytował swoje stare wiersze. Może było to bardzo zabawne pierwsze dziesięć razy, ale za dwudziestym mówiłeś: "Hej, chyba pora coś zjeść". Ale na początku, kiedy był młody i świeży, każda spędzona z nim minuta była fascynująca. Nawet potem, kiedy już się zestarzał, ciekawiej było nudzić się z Alim, niż ulegać czarowi innych osób - i dotyczy to niemal wszystkich.
ANGELO DUNDEE: Był najbardziej przystępną supergwiazdą naszej ery i jestem dumny, że się do tego przyczyniłem. Pokazywałem mu różnych facetów z prasy i mówiłem: "Tych ludzi warto sobie zjednać. Otwórz się na nich. Pracuj z nimi. To ci się przyda". Wiesz, to zabawne. Muhammad nie był tak rozmowny, jak ludziom się wydaje. Prywatnie, nawet te dwadzieścia pięć lat temu, przez większość czasu był zamyślony i cichy. Ale potrafił promować siebie. O tak, umiał to robić.
Neil Leifer, prawdopodobnie najlepszy fotograf sportowy swojego pokolenia, zajmował się Alim dla "Time'a" i "Sports Illustrated" od początku lat sześćdziesiątych aż do pojedynku Alego z Larrym Holmesem.
NEIL LEIFER: Czy Ali był dobry w autopromocji? Opowiem ci historię, która dowodzi jego geniuszu. Gdy przeszedł na zawodowstwo, "Sports Illustrated" zrobił o nim materiał. Przydzielili mu fotografa, wolnego strzelca, Flipa Schulkego. Ali - wtedy był jeszcze Cassiusem Clayem - zapytał go, dla kogo pracuje. Schulke wyjaśnił, że robi sporo rzeczy dla "Life'a", który był wtedy największym magazynem w kraju, ale Ali nie był jeszcze dość ważny. Zdobył złoty medal i tyle. Nie było powodu, dla którego miałby trafić na łamy magazynu "Life". Mimo to zaproponował:
- Człowieku, może byś mi tak strzelił parę fotek dla "Life'a"?
Schulke odpowiedział:
- Bardzo bym chciał, ale i tak nigdy nie trafią na biurko naczelnego.
Cóż, Ali przyjął to do wiadomości, ale już kilka minut później znów zaczął zadawać pytania i poprosił, żeby Flip opowiedział mu trochę o swoich zdjęciach. Schulke wyjaśnił, że zajmuje się fotografią podwodną, że to jego specjalność. Ali zareagował natychmiast - wymyślił to na poczekaniu, co dowodzi jego geniuszu. Oczy mu się zaświeciły i zwierzył się Schulkemu:
- Nigdy jeszcze o tym nikomu nie mówiłem, ale ja i Angelo mamy pewien sekret. Wiesz, dlaczego jestem najszybszym bokserem wagi ciężkiej na świecie? Bo jako jedyny trenuję pod wodą.
- Jak to pod wodą? - zapytał Schulke.
Ali pospieszył z wyjaśnieniem:
- Wiesz dlaczego biegacze trenują w takich ciężkich butach? Bo kiedy je zdejmą i włożą inne, czują się naprawdę lekko i mogą śmigać jak wiatr. A ja stoję w wodzie po szyję i wyprowadzam ciosy. Po wyjściu z niej jestem szybki jak błyskawica, bo nie ma już oporu.
Schulke nie dowierzał, ale Ali przysiągł, że to prawda, i żeby to udowodnić, zaprosił fotografa na trening:
- Sam się przekonaj. Przyjdź jutro rano na trening. Robię to codziennie rano z Angelem. Nikt nas wcześniej nie widział. Dam ci wyłączność na zdjęcia dla magazynu "Life".
Więc Schulke zadzwonił do "Life'a" i zaproponował fotoreportaż. Dali chyba z pięć stron Alego zanurzonego po szyję w basenie. Przypominam sobie dwie okoliczności z tym związane. Po pierwsze, Ali nie umiał pływać. Nic a nic. Po drugie, nigdy w życiu nie boksował pod wodą. Wszystko było wyssane z palca, ale dzięki temu trafił na strony "Life'a", a oni potraktowali tę historię zupełnie poważnie. Byli pewni, że Clay trenuje pod wodą. Taki geniusz nie rodzi się na kamieniu. Po trosze geniusz, po trosze szalbierz.
Nie ulegało wątpliwości, że Cassius Clay potrafi zadbać o rozgłos i promować swoją osobę. Pozostawało jednak pytanie, czy potrafi walczyć równie dobrze - ręce trzymał za nisko, a w obronie odchylał się przed ciosem, zamiast robić uniki, i wiecznie sprawiał wrażenie, że jest bliski porażki. Takie walki może i są widowiskowe, ale wielu ekspertów wątpiło w jego umiejętności. Widzieli w Clayu biegacza, nie tancerza. Według nich jego prosty to pstryczek, a nie prawdziwy cios. Mimo tych słabości radził sobie z nowicjuszami dzięki wrodzonym zdolnościom i szybkości, ale co będzie, jeśli stanie do walki z zaprawionymi w bojach oponentami? Brak podstaw doprowadzi go do upadku. A. J. Liebling, dziekan dziennikarzy bokserskich, zawyrokował: "Widziałem występ Claya w Rzymie i uznałem, że jest atrakcyjny, ale nieprzekonujący. Jego styl to takie smyrganie. Unosi się jak kamyk na wodzie. To się dobrze ogląda, ale masz wrażenie, że jego ciosy nie trafiają dokładnie w cel. To prawda, że po trzyrundowym starciu Polak opadł z sił i słaniał się na nogach, ale według mnie po prostu się zasapał, biegając za Clayem, który potem zrobił z niego marmoladę. W dłuższej walce bokserowi z taką pracą nóg, jaką Clay pokazał w Rzymie, grozi spowolnienie"6.
MUHAMMAD ALI: Ludzie mówili, że za nisko trzymam ręce i inne rzeczy też robię źle, ale w młodości moją obroną były nogi. Mój styl w ringu polegał na zachowaniu dystansu, niewchodzeniu w zwarcia, trzymaniu się poza zasięgiem przeciwnika, szybkim wejściu na zadanie ciosu i wycofaniu się.
ANGELO DUNDEE: Na początku wiele osób krytykowało Alego, twierdząc, że nie potrafi przyjąć ciosu i dlatego tańczy po całym ringu. Ci ludzie nie wiedzieli, o czym mówią. Zapytaj dowolnego zawodnika, to ci powie, że obrywasz nie dlatego, że to takie fajne. Dostajesz, bo czasami nie udaje ci się uniknąć ciosu, ale jeśli twoje uniki są skuteczne, to masz przewagę. Inni mówili: "Cassius ma tylko jedną broń - dobry prosty". Cóż, miał o wiele więcej, ale pamiętaj, że prosty to przeważnie uderzenie w twarz. Prosty Alego oszałamiał przeciwnika lub ranił go do krwi. Jego proste były celne - był strzelcem wyborowym. Przed każdą walką powtarzałem mu: "Okładaj przeciwnika prostymi w twarz i przyłóż mu tak mocno, żeby twoja ręka przeszła mu przez mózg".
Po zwycięstwie nad Sabedongiem pojedynki Alego zaczęto pokazywać w telewizji ogólnokrajowej. Był pierwszym w historii młodym, świeżo upieczonym bokserem zawodowym, którego spotkało takie wyróżnienie. Teddy Brenner zajmował się wtedy organizacją pojedynków w Madison Square Garden Boxing.
TEDDY BRENNER: Poznałem Alego latem 1960 roku, tuż przed jego wyjazdem do Rzymu. Siedziałem u siebie w biurze w Garden. Ali wszedł i zapytał:
- Ty jesteś Teddy Brenner?
- Tak - odpowiedziałem.
- Nazywam się Cassius Clay, jadę na olimpiadę i zamierzam zdobyć złoty medal. Zostanę następnym mistrzem świata wagi ciężkiej i chcę pożyczyć dziesięć dolarów - przedstawił się.
Jechał do Harlemu i chciał się trochę rozerwać. Pożyczyłem mu te pieniądze. Nie spodziewałem się zwrotu, ale po olimpiadzie przyszedł do mnie do biura i mi je oddał.
W tym czasie hala sportowo-widowiskowa Madison Square Garden organizowała pięćdziesiąt walk telewizyjnych rocznie dla programu Gillette Cavalcade of Sports. Oczywiście wiele pojedynków odbywało się w Garden, ale jeśli nie była dostępna, korzystaliśmy z różnych hal sportowych w całym kraju. Robiliśmy to tak: proponowaliśmy sponsorom zorganizowanie gali, sami płaciliśmy gażę głównym zawodnikom biorącym udział w imprezie, zachowywaliśmy prawa telewizyjne, a sponsor brał swoją działkę za bilety. Po olimpiadzie bacznie obserwowałem Claya, bo wiedziałem, że Garden kiedyś się nim zainteresuje.
Pierwsza walka, którą zrobiliśmy razem dla telewizji, odbyła się w Louisville, Clay przeciwko Alonzowi Johnsonowi [22 lipca 1961]. Johnson, zaprawiony w bojach zawodnik, może nie słynął ze wspaniałych ciosów, ale był doświadczony i bystry. Clay wygrał na punkty w dziesięciu rundach. Potem wystawiliśmy go do walki z Alexem Miteffem. Również w Louisville. Parę godzin przed walką uświadomiliśmy sobie, że nie wzięliśmy rękawic. Sklepy były już zamknięte i nie zdążylibyśmy ściągnąć rękawic z innego miejsca. Wreszcie znaleźliśmy jakieś dwie pary. Były zrobione pół na pół z końskiego włosia i spienionej gumy. Większość rękawic robi się z końskiego włosia, a te były pół na pół. Walały się w jakiejś sali treningowej przez dłuższy czas i zrobiły się twarde jak skała. Myśleliśmy, że to pomoże Miteffowi. Był dobrym bokserem, a Clay ponoć nie umiał zadawać ciosów. Do piątej rundy walka była wyrównana. Miteff wymyślił sobie, że zaatakuje w późniejszych rundach, bo rozkręcał się powoli i był dobry w zadawaniu ciosów na tułów. W szóstej rundzie Clay trafił go w podbródek i znokautował jednym ciosem. Miteff nigdy wcześniej nie został znokautowany. Potem w szatni dopytywał się, co się stało. Nie mógł uwierzyć, że Cassius Clay go znokautował.
Po Miteffie Clay walczył ponownie w Louisville, tym razem przeciwko Williemu Besmanoffowi. Przed poprzednią walką miejscowy bohater zapowiedział reporterom: "Planuję pokonać Alexa Miteffa dwoma szybkimi lewymi prostymi, potem błyskawiczny prawy i lewy sierpowy. Jeśli się utrzyma na nogach i sędzia nie będzie go podtrzymywał, to zacznę biegać". Przygotowując się do spotkania z Besmanoffem, Clay oświadczył: "To wstyd, że muszę wyjść na ring z tym nieklasyfikowanym dziwadłem. Jestem gotów walczyć z najlepszymi pretendentami do tytułu, jak Patterson i Sonny Liston. Besmanoff padnie w siódmej"7. I dokładnie tak się stało. Besmanoff nie dorastał Clayowi do pięt i Ali mógł go znokautować na samym początku. Pomny swojej przepowiedni, zignorował jednak prośby Dundeego, żeby "przestał się bawić". Przedłużył pojedynek do siódmej rundy. Kolejny temat dla mediów. Po raz pierwszy w historii boksu zawodnik przepowiedział, w której rundzie wyeliminuje przeciwnika, i dotrzymał słowa. Ze względu na szybko rosnące zainteresowanie mediów Madison Square Garden postanowiła zaprezentować Claya w Nowym Jorku.
TEDDY BRENNER: Wystawiliśmy go przeciwko Sonny'emu Banksowi i myśleliśmy, że to będzie ciężka walka. Banks, mańkut przestawiony na postawę praworęczną, był młodym zawodnikiem i umiał boksować. Chciałem zobaczyć, czy Clay zdoła z nim powalczyć. Byłem ciekaw, czy zdoła przyciągnąć fanów w innym miejscu niż Louisville i Miami. John Condon był wówczas naszym dyrektorem do spraw reklamy, więc do niego należało wypełnienie widowni. John i Clay z miejsca przypadli sobie do gustu.
JOHN CONDON: To było jeszcze w starym Garden, przy Ósmej Alei między 49. a 50. Ulicą. Cassius Clay był spełnieniem marzeń faceta od reklamy. Dzisiejsi bokserzy uważają, że należy im się forsa za to, że wejdą po schodkach, staną w ringu, powalczą i koniec. Limuzyna podjeżdża pod hotel, żeby ich zabrać na program Live at FiveVIII, a oni jeszcze wybrzydzają, że Live at Five nie przyjdzie do nich do hotelu. Próbujesz tłumaczyć: "Hej, ten program nazywa się Live at Five, to nie leci z taśmy". Wypruwasz sobie flaki, żeby załatwić im wywiad, a oni jojczą, że muszą udać się limuzyną do studia po drugiej stronie ulicy. Przyjedzie taki na konferencję prasową do Nowego Jorku, ty mu zaklepiesz czas na antenie radiowej i udział w dwóch programach telewizyjnych, a on odmawia współpracy. Mówi: "Czy ci ludzie nie mogą przyjść na konferencję prasową, przecież po to ją urządzam". A Cassius już w chwili, kiedy się poznaliśmy, zapytał: "Cześć, John. Co mogę dla ciebie zrobić?"
W tym czasie zawsze nosił muszkę. Wszystkiego był ciekaw. Zawsze pełen życia. Patrzeć na niego, rozmawiać z nim czy po prostu być z nim, to była czysta przyjemność. Mawiał: "Chodźmy popatrzeć na lisiczki, John". Tak mówił o dziewczynach. Wystawaliśmy przed restauracją Jacka Dempseya na rogu 49. Ulicy i Siódmej Alei, patrząc na przechodzące dziewczyny. Nic nie mówił. Nie podrywał ich i nie zaczepiał. Tylko patrzył. Czasem rzucił do mnie: "Popatrz, jaka ślicznotka" czy coś w tym stylu. Nigdy nie było to nic przykrego, obraźliwego czy napastliwego wobec kobiet.
Jak wielu innych ludzi, nie wiedziałem, jak go rozgryźć. Był taki świeży i sympatyczny, na innych działał ożywczo. Jestem nowojorczykiem, więc wziąłem to za grę. Byłem przekonany, że to poza i w pewnym sensie tak było. Cassius nabierał wszystkich pod wieloma względami, bo kiedy byłeś z nim sam na sam, stawał się zupełnie inną osobą. W rozmowach twarzą w twarz robił się poważny. Ale kiedy, że tak powiem, nakręcał się, podbijał serca i wszyscy go kochali.
Podchodził do ludzi na ulicy i zagadywał:
- Nazywam się Cassius Clay. Będę mistrzem świata wagi ciężkiej.
Wsiadał do metra i także oznajmiał:
- Nazywam się Cassius Clay i zostanę mistrzem świata wagi ciężkiej. Będę walczył w Madison Square Garden takiego a takiego dnia.
Zawsze się martwił, że na jego walkę przyjdzie za mało ludzi, ale wszyscy ulegali jego urokowi. Trudno było się na niego oburzać. Wiele osób pewnie by się zżymało, gdyby chodziło o inną osobę, ale sposób, w jaki zachowywał się Ali, wiesz, po prostu miał w sobie to coś, co od razu zjednywało mu sympatię. W każdym razie ja na pewno ją czułem. Może dlatego, że robię w reklamie i od razu pojąłem, jakie możliwości daje taki - że tak powiem - produkt. Oczami wyobraźni widziałem milion rzeczy, jakie mogę zrobić na rzecz jego promocji, żeby powiedzieć światu o jego istnieniu. Akceptował wszystko, co robiłem, i wszystko, co zaproponowałem. Pewnego wieczoru siedzieliśmy w Midtown Motor Inn i obmyślaliśmy plan. Raz on coś rzucił, raz ja, a on to rozwijał. Wielu zawodników, kiedy im coś sugerujesz, od razu mówi: "Nieee, nie ma mowy". Potem wkracza menedżer i robi się paskudnie. Z Cassiusem nigdy nie było takich problemów. Do promocji jego walk nie potrzeba było nawet dwojga, jak do tanga, bo robił wszystko sam. Nikt nie potrafił tak dbać o rozgłos. Oczarowywał wszystkich. Przepowiadanie, w której rundzie wygra, już samo w sobie było warte biletu wstępu. Działał na wszystkie sposoby, tylko nie łapał za mikrofon podczas prezentacji przed walką. A jestem pewien, że chodziło mu to po głowie, bo przecież robił tak wcześniej.
Działania promocyjne przed pojedynkiem w Madison Square Garden dobiegły końca i pozostała jeszcze jedna drobna formalność do załatwienia - pokonanie Sonny'ego Banksa. Clay przepowiedział nokaut w czwartej rundzie. Podczas tej walki w jego narożniku był Gil Clancy.
GIL CLANCY: Angelo i ja współpracowaliśmy w 1951 roku, zanim przeniósł się na Florydę. Po przyjeździe do Nowego Jorku szukał kogoś do narożnika na walkę z Banksem. Przyjąłem jego propozycję.
W szatni przed starciem, kiedy wokół kręciło się parę osób, Clay udawał, że jest bardzo pewny siebie. Przechwalał się, mówiąc wszystkim, czego to nie zrobi i w ogóle. To przypominało autohipnozę: "Nie mogę przegrać". Tuż przed wyjściem na ring zostałem z nim sam i jego nastrój uległ zmianie. Na kilka sekund, bez względu na to, co wygadywał wcześniej, przestał być chwalipiętą. Spojrzał na mnie i zapytał:
- Gil, myślisz, że uda mi się pokonać tego typka?
To była dobra walka. Banks miał mocny cios. I tyle. Nie pokazał nic poza tym, ale potrafił przyłożyć. W połowie pierwszej rundy walnął Cassiusa w brodę lewym sierpowym, a ten padł jak kłoda. Angelo zbladł. Przemknęło mi przez myśl, że to jego trzeba będzie cucić, a nie boksera. Teraz ludzie mnie pytają, co pomyślałem, kiedy upadł. Ale ja widziałem mnóstwo upadków w boksie. Chciałem zobaczyć, czy da radę wstać. I dał. Myślę, że był bardziej zawstydzony niż obolały. Podniósł się, pozorując ciosy, biegał po ringu wokół Banksa i znokautował go w czwartej rundzie, tak jak przepowiedział.
ANGELO DUNDEE: Każda walka uświadamiała mi coś nowego i zacząłem sobie zdawać sprawę, że mam w rękach prawdziwy diament. Banks trafił Muhammada prosto w szczękę. Ali padał z zamkniętymi oczami, nieprzytomny, ale ledwie rąbnął tyłkiem o matę, ocknął się. Wtedy pojąłem, że ma niezwykłą zdolność regeneracji sił.
Potem [28 lutego 1962] walczył z Donem Warnerem. Warner pochodził z Filadelfii i był twardą sztuką. Kolejny mocny lewy sierpowy, ale Cassius wyprowadzał rywala z równowagi. Facet zamierzał się sierpowym, a Cassius markował różne rzeczy, żeby wprowadzić go w błąd, wchodził w zwarcie i unikał ciosu. Znokautował go w czwartej rundzie. Wszyscy reporterzy dopytywali, co z jego przepowiednią, bo obiecał nokaut w piątej. Cassius wyjaśnił, że Warner nie chciał mu uścisnąć ręki przed walką, co go rozwścieczyło, więc mu odjął jedną rundę za niesportową postawę.
Po znokautowaniu George'a Logana w Los Angeles 23 kwietnia 1962 roku Clay miał na koncie trzynaście zwycięstw i żadnej porażki. Walka nie jest warta upamiętnienia, ale ten wyjazd okazał się ważny, bo Clay poznał w Los Angeles Howarda Binghama.
MUHAMMAD ALI: Wszyscy mówią, że kocham ludzi, więc to sprawiedliwe, że mam najlepszego przyjaciela na świecie. Jest nim Howard Bingham. Nigdy o nic nie prosi, jest zawsze tam, gdzie ktoś go potrzebuje. Nie ma drugiej takiej osoby. Jest najlepszy. Jeśli to napiszesz, to dodaj, że on też ma szczęście, mając takiego przyjaciela jak ja, bo nie chcę, żeby Howard pomyślał, że robię się ckliwy. I jeszcze dodaj, że powiedziałem, iż jestem jedyną osobą na świecie, która go lubi.
Przez dwadzieścia dziewięć lat Howard Bingham był pod wieloma względami najbliżej najsłynniejszego człowieka na kuli ziemskiej. Ten niezależny fotograf, pracujący dla "Life'a", "Sports Illustrated" i wielu innych czasopism, zrobił Alemu ponad pół miliona zdjęć. Jest całkowitym zaprzeczeniem naciągaczy i wyzyskiwaczy, którzy później obsiedli Alego. Jeśli Ali był Don Kichotem, to Bingham był jego Sancho Pansą.
HOWARD BINGHAM: Pracowałem w Los Angeles w gazecie "The Sentinel" adresowanej do czarnych czytelników. Tego dnia posłano mnie na konferencję prasową Alego, podczas której miał podać komunikat o pojedynku z George'em Loganem w Los Angeles Sports Arena. Nigdy wcześniej nie słyszałem o Cassiusie Clayu, ale poszedłem na tę konferencję prasową, przedstawiłem się, zrobiłem kilka zdjęć i wyszedłem. Po południu jechałem do centrum i zobaczyłem tych dwóch facetów na rogu Piątej i Broadwayu. To był Cassius Clay i jego brat Rudolph. Zapytałem, czy ich gdzieś podwieźć - myślałem, że czekają na autobus - ale podziękowali. Oni sobie po prostu patrzyli na przechodzące dziewczyny. Zaproponowałem im przejażdżkę po mieście. Wsiedli do samochodu, miałem jeszcze parę spraw do załatwienia, a potem zabrałem ich do kręgielni, do mojej matki i w kilka innych miejsc. Szybko się zaprzyjaźniliśmy.
To było wiosną. Ali wrócił do Los Angeles kilka miesięcy później, na walkę z Alejandrem Lavorantem, a potem pod koniec roku na pojedynek z Archiem Moore'em. Za każdym razem łaziliśmy po mieście. Zaproponowali mi z Angelem zatrudnienie w charakterze sekretarza prasowego lub przewodnika. Robiłem wszystkie te rzeczy, ale nigdy nie wziąłem pieniędzy. Nie chciałem na nim zarabiać. Jeśli o mnie chodzi, byliśmy przyjaciółmi.
Ali zadzwonił do mnie 1 stycznia 1963 roku i zapytał, czy nie chciałbym przyjechać do Miami i spędzić z nim trochę czasu. Jasne, chętnie się zgodziłem. Nigdy wcześniej nie podróżowałem samolotem. Przyleciałem do Miami w niedzielę w nocy. Ali wyszedł po mnie na lotnisko, a następnego dnia rano pojechaliśmy do Louisville, do jego rodziców. Potem udaliśmy się do Pittsburga, gdzie walczył z Charliem Powellem. Nigdy dotąd nie zetknąłem się z zimową aurą, więc kupił mi nauszniki, płaszcz i kalesony. Trzymaliśmy się razem aż do marca, kiedy zostałem wezwany przez komisję poborową. Musiałem im poświęcić trochę czasu, ale w końcu udało się i Wuj Sam przestał mi zagrażać. Nie zamierzałem się zaciągać do wojska, a ktoś mi powiedział, że jak wypiję dużo 7-Upa, to skoczy mi cukier. Mam też wadę wymowy [Bingham się jąka] i komisja wyraźnie to usłyszała. W dniu badania uczyniłem z niej prawdziwą ułomność. Ali ciągle dzwonił. Pytał, co słychać, jak się czuje moja mama. Kiedy wreszcie uporałem się z wojskiem, znów byliśmy razem.
ANGELO DUNDEE: Po Loganie walczył z Billym Danielsem w St. Nicholas Arena w Nowym Jorku. Daniels nie został dotąd pokonany. To był naprawdę sprytny skurczybyk. Walka był ciężka, ale w końcu Muhammad go pokonał. Potem pojechaliśmy z powrotem do Los Angeles, gdzie wypadł wspaniale jako przeciwnik Alejandra Lavorantego. Z Lavorantem poszło mu tak, jak później z Clevelandem Williamsem. Teraz był już na ustach wszystkich w branży, więc uznaliśmy, że jest gotowy do walki z Archiem Moore'em.
Taka walka jak starcie Claya z Moore'em dość często zdarza się w boksie zawodowym. Młody, pnący się na szczyt zawodnik kontra przeciwnik u schyłku kariery, za to z "dużym" nazwiskiem. Stary zawodnik ma przeważnie niewielkie szanse na wygraną. Płaci mu się za nazwisko. Niektóre aspekty tego starcia były jednak ciekawe. Clay rozegrał piętnaście zawodowych walk. Moore był weteranem, który zaliczył ponad dwieście pojedynków. Ponadto krótko trenował Claya. A co ważniejsze z finansowego punktu widzenia, obaj poza ringiem byli największymi showmanami boksu, co potwierdziło budowane przed walką napięcie:
Cassius Clay: W wielu wypowiedziach prasowych, radiowych i telewizyjnych pojawia się opinia, że za dużo mówię, jestem zarozumiały i należy mi się porządne lanie. To prawda, że dużo mówię, ale popieram swoje słowa czynami. Archie Moore powiada, że najwięcej hałasu robi pusty wagon. Cóż, nie znam się na wagonach, ale staruszek wytrzyma nie więcej, niż cztery rundy.
Archie Moore: Mogę upaść w czwartej, ale tylko jeśli potknę się o leżącego na deskach Claya. Ten chłopak naurągał zbyt wielu ludziom. Nawet jego rówieśnicy mają nadzieję, że skopię mu tyłek. Jak już mówiłem, Clay potrafi się poruszać błyskawicznie we wszystkich kierunkach, może więc polecieć i na dół, jak porządnie oberwie. Mam solidną prawą, która wpasuje się jak ulał w jego gębę8.
Cassius Clay: Ja wiem, że Archie jest wielkim pięściarzem, ale jest też wielkim starym pięściarzem. Archie Moore rozpowiada, jak to szykuje na mnie cios, którym zamknie mi buzię. Zyskałem sławę Dużej Buzi z Louisville, to prawda, więc Archie powiada, że wymyśli cios, który nazwie Zamykaczem Buzi, ale to ja go użyję. Dlaczego po prostu nie załatwicie staruszkowi renty, dlaczego nie poślecie go na emeryturę? Jest za stary, przecież mógłby być moim dziadkiem. Ludzie, zrzućcie się na emeryturę dla niego czy coś w tym stylu, albo sam się nim zajmę raz a dobrze9.
Archie Moore: Patrząc na tego chłopca, mam mieszane uczucia. Czasem jest zabawny, ale równie często przypomina człowieka, który potrafi wprawdzie pięknie pisać, ale nie zna się na interpunkcji10.
Cassius Clay: Dotąd Archie opływał w dostatki, ale szykuję dla niego plan emerytalny. Po wejściu do hali nie blokujcie przejścia i drzwi. Po czwartej rundzie będziecie mogli pójść do domu11.
Arthur Daley napisał w "The New York Timesie": "Ta walka zaczęła w rozmowach urastać do rangi Pojedynku Stulecia"12. Przed spotkaniem Clay był faworytem trzy do jednego, a szesnaście tysięcy dwustu kibiców zapłaciło rekordową w Kalifornii kwotę za bilety wstępu na walkę bokserską - sto osiemdziesiąt dwa tysiące sześćset dolarów.
ARCHIE MOORE: Musiałem z nim walczyć z powodów finansowych. Żaden z nas tego nie chciał, lecz znalazłem się w trudnym położeniu. Miałem swoje lata i pojechałem walczyć do Kanady, ale to nie wypaliło. Po powrocie miałem mnóstwo długów. Pewien sponsor, któremu zależało na pokazaniu Cassiusa, uznał, że będę dla niego odpowiedni, więc wziąłem pieniądze, jakie mi zaproponowano.
Przed walką stoczyliśmy pojedynek na słowa. Cassius przodował w poezji i zuchwałości, ale i mnie na pewno nigdy nie brakowało języka w gębie. Górował nade mną w poezji, w prozie zresztą też - miał dużą łatwość wysławiania się. Potem stanęliśmy w ringu i mnie znokautował. Mój plan walki przewidywał, że trochę się poruszam i zadam mu parę sierpowych w tułów, bo nikt nie bił go mocno na tułów. Spowolnię go, a potem może przyłożę znienacka prawą. Ale był dla mnie za szybki, a ja byłem dla niego idealnym celem, bo w obronie zastosowałem pozycję zwartą, żeby się osłonić. Za to czubek głowy został odsłonięty, a właśnie tego mu było trzeba. Taki miał styl. Uderzał człowieka wiele razy w okolice czubka głowy. A kiedy uderzasz rywala w to miejsce, to zbijasz go z tropu. Zaburzasz jego myśli. Zawodnik musi myśleć, a jeśli ktoś cię grzmoci po głowie, zaczynasz się gubić. To właśnie mnie spotkało. Najpierw mnie oszołomił, a potem znokautował.
Teraz ludzie pytają, czy gdybym walczył z Clayem w młodości, to czy wynik byłby inny. Nie sądzę. Tego się nigdy nie wie na pewno, ale jak mówiłem wcześniej, myślę, że Ali pokonałby Joego Louisa w czterech pojedynkach na pięć. Byłem bardzo dobrym pięściarzem wagi półciężkiej, ale uważam, że przegrałbym z Joem Louisem.
Dwa miesiące po pokonaniu Archiego Moore'a Clay wyszedł na ring w Pittsburgu przeciwko z Charliemu Powellowi i znokautował go, jak przewidywano, w trzeciej rundzie.
- Kiedy po raz pierwszy mnie trafił - powiedział Powell po walce - pomyślałem, że zdołam przyjąć dwa takie ciosy, żeby trafić go jednym swoim, ale szybko się okazało, że po każdym uderzeniu coraz bardziej kręci mi się głowie i czuję ból. Clay zadaje ciosy z taką łatwością, że nie zdajesz sobie sprawy, jak bardzo cię otumaniają, a potem jest już za późno13.
Mort Sharnik, który pisał o Alim przez dwadzieścia lat, oglądał walkę z Powellem w Pittsburgu.
MORT SHARNIK: Byłem z nim wiele razy, ale najlepiej pamiętam czasy jego młodości. Pewnego razu grupa sponsorów wydała obiad na jego cześć w Louisville, podczas którego Cassius był oczywiście gwoździem programu. Przyszło tam kilka bardzo pięknych czarnoskórych dziewcząt. Naturalnie były nim zainteresowane, ale on w ogóle nie zwracał na nie uwagi. Nie wiedziałem, co jest grane. Myślałem: Jest tak żywiołowy i przystojny, dlaczego nie okazuje zainteresowania? Nie pojmuję tego. W jego wieku mogłem sobie powiedzieć: "Spoko, nie trać kontroli", ale musiałem wysyłać jakieś sygnały erotyczne, a on był jak kłoda. Dziewczyny też były tym trochę zaskoczone, bo wprawiał je w zachwyt i byłyby szczęśliwe, gdyby mogły z nim troszkę poflirtować. Nawet się zastanawiałem, czy nie jest gejem, ale w świetle jego późniejszego życia trafiłem jak kulą w płot.
Szykując się do walki z Powellem, Cassius, jak zwykle, gadał co niemiara, wygłaszał przepowiednie i tworzył tę swoją poezję jarmarczną. Wygadywał o Powellu niestworzone rzeczy, bredził jak dziecko: "Czego to ja nie zrobię temu staremu prykowi. To potwór, Frankenstein. Flaki mu wypruję". Możesz gadać, co chcesz, póki nie musisz stawić Frankensteinowi czoła. Do spotkania twarzą w twarz doszło podczas ważenia. Charlie Powell był wcześniej futbolistą. Rosły, bardzo silny, o wiele lepiej umięśniony niż Clay. Cassius go zobaczył i nagle ogarnęły go wątpliwości - w jednej chwili musiał zmierzyć się z rzeczywistością. Zaczęli na siebie pomstować. Z tym że Cassius z pewnym wahaniem. Był tam również Art, brat Powella, też futbolista, i też z niezłą gadką. W końcu Cassius naprawdę się zdenerwował. Zdjął podkoszulek na czas ważenia, a potem założył tyłem do przodu, czego Powell nie omieszkał mu wytknąć. Clay aż kipiał ze złości, poawanturował się i oznajmił, że wychodzi. Po czym otworzył drzwi i wlazł prosto do schowka na szczotki.
Podczas walki przekonałem się jednak, że jest nadzwyczajnym zawodnikiem. W drugiej rundzie Powell przyłożył mu w splot słoneczny, prawą ręką od dołu, a lewą od góry. Cios wszedł po łokieć. Claya musiało zaboleć, ale panował nad sobą. Poza stęknięciem, takim puff, jakie wydaje z siebie człowiek uderzony w brzuch - fizycznie nic na to nie możesz poradzić, bo tak uchodzi z ciebie powietrze - nie dał po sobie niczego poznać. Ugiął się na ułamek sekundy, ale wyraz twarzy nie zmienił mu się ani trochę. Powell kontynuował atak, a Clay niesamowicie kontrował. Przed końcem rundy Powell miał rozciętą brew, a w następnej walka się skończyła.
Pamiętam tę walkę także z innego powodu. W czasie pobytu w Pittsburgu Cassius opowiadał mi różne fascynujące rzeczy o sprawach duchowych. Mówił o swoich przemyśleniach i odczuciach. Później w rozmowie ze mną już nigdy nie poruszył tego tematu. Nie było jeszcze wtedy wiadomo, że jest muzułmaninem. Przynajmniej ja nic o tym nie wiedziałem. Rozmawiał ze mną o swojej religijności i duchowości. Zastanawiał się, dlaczegóż nie mógłby go nawiedzać Bóg. Mówimy o sprawach sprzed blisko trzydziestu lat, więc nie pamiętam wszystkiego dokładnie. Mojżesz rozmawiał z Bogiem i prorocy rozmawiali z Bogiem, więc dlaczegóż by on nie mógł rozmawiać z Bogiem? Uznałem, że uważa się za Jego naczynie, za człowieka powołanego do rzeczy wyjątkowych.
Clay podbił wyobraźnię tłumów. Oczekiwania publiczności poszybowały wysoko. Siedem z ośmiu walk zakończył w przewidzianej rundzie. Jego poezję cytowali wszyscy, a magazyn "Life" opublikował nawet jeden z jego wierszy w całości14. Nadszedł czas, by powrócić do Nowego Jorku. Madison Square Garden podpisała kontrakt z Clayem na walkę z Dougiem Jonesem. Zaraz po zawarciu umowy okazało się, że promocja pojedynku będzie bardzo utrudniona. Nowy Jork przeżywał stutrzynastodniowy strajk pracowników gazet, więc promocja walki spadła na barki samego Claya. Przez dwa tygodnie krążył po mieście, odwiedzając kręgielnie, kluby nocne i studia telewizyjne. Swoje podwoje udostępniła mu kawiarnia w Greenwich Village. Oświadczył tam, że jest beatnikiem, i przepowiedział los Douga Jonesa:
Ten chłopak lubi mieszać.Więc w szóstej musi paść.
Później przepowiednię skorygował o dwie rundy:
Decyzję teraz zmieniam, żeby mecz nie był nudny.Nie sześć, a cztery Doug zdzierży rundy.
- Nie zaprzątam sobie głowy Dougiem Jonesem - ogłosił Clay. - To palant. Jeśli mnie zaskoczy i pokona, rzucam boks.
Odnosząc się do strajku, uroczyście zapewnił swoich fanów:
- Tak, w Nowym Jorku gazety strajkują. Pójdę do prezydenta Kennedy'ego i dowiem się, czy może coś z tym zrobić, bo przecież mnóstwo ludzi chce przeczytać o mojej walce i zobaczyć moje zdjęcia. Co za żenada, przyjeżdżasz do miasta, a tu nie ma gazet15.
Kiedy doszło do walki, okazało się, jak wielka jest jego siła przyciągania.