Muchy w butelce - Grażyna Bąkiewicz

Reflow text when sidebars are open.
Z nadzieją, że nie zbudzę dziadka ani ciotki, otworzyłam cicho drzwi frontowe i wślizgnęłam się do środka.
Zdjęłam buty, sweter powiesiłam na haku. Przez kuchenne okno widać było księżyc. Jego blask oświetlał wnętrze domu na tyle, że nie musiałam zapalać światła. Znam rozkład pomieszczeń na pamięć. Nawet gdyby księżyc nie świecił, i tak bez trudu trafiłabym do lodówki. Trzy kroki prosto, jeden w lewo na skos. Wystarczy wyciągnąć rękę i jest. Otworzyłam. Drzwi pstryknęły, kuchnię na moment zalała jasność. Wyjęłam plasterek sera i zamknęłam lodówkę. Na górze powinien być chleb. Stanęłam na palcach i uchyliłam wieko chlebaka. Starając się nie szeleścić folią, wydobyłam kromkę. Kupowaliśmy krojony, żeby mieć mniej roboty. Z serem w jednej ręce i pajdą suchego chleba w drugiej usiadłam przy stole. Nie chciało mi się smarować masłem ani robić herbaty. Popiję wodą z kranu i pójdę spać.
Z pokoju ciotki dobiegała przyciszona rozmowa. Pomyślałam, że to z telewizora.
Zbliżyłam się do drzwi, nie po to, by podsłuchiwać, po prostu przyszło mi do głowy, że ciotka zasnęła przy włączonym odbiorniku. Rozpoznałam jednak głos Jakuba, jej faceta.
Stałam przez chwilę, niejasno uświadamiając sobie, że raczej nie oglądali filmu, tylko robili rzeczy, które zwykle dzieją się w filmach. Niezmiennie wprawia mnie w zakłopotanie świadomość, że ja sama w taki właśnie sposób zostałam poczęta. Nie było mnie, i trzask, już jestem, komórka z kompletem chromosomów, wzorem, w którym wszystko jest zaplanowane. Czy to nie zdumiewające? Chociaż niewykluczone, że moi rodzice stworzyli mnie w inny sposób. Niczyi rodzice nie są bardziej stuknięci niż moi. Dowodem jest fakt, że mogę wracać do domu w środku nocy, stać pod drzwiami ciotki, a ich nie ma, by mi powiedzieć, że tak nie wolno.
Skrzypnięcie podłogi sprawiło, że czmychnęłam z powrotem do kuchni.
Teraz siedział w niej dziadek.
Nawet nie zauważyłam, kiedy wszedł. Zawsze zdumiewa mnie jego umiejętność pojawiania się tam, gdzie się go nie spodziewam. Ma już siedemdziesiąt lat, a porusza się bezszelestnie.
Chciałam się wycofać i iść do siebie na górę, by nie zmuszać go do pytań, których i tak nie chciało mu się zadawać. Dziadek to tata mojej mamy. Był kiedyś pilotem myśliwca. Aż trudno mi w to uwierzyć, bo odkąd pamiętam, jest tak samo stary. Stary, ale trzyma się nieźle. Pomaga ciotce pilnować sklepu, ma w nim własny kąt, w którym naprawia starym ludziom stare zegarki. A popołudniami gra w parku z takimi jak on w brydża albo pokera. Od lat jest niekwestionowanym mistrzem okolicy.
Przywarłam do ściany. Dziadek ma wciąż dobry słuch i gdybym spróbowała się teraz ruszyć, zauważyłby mnie i zorientowałby się, że byłam świadkiem intymnych odgłosów z pokoju ciotki.
Stałam więc i przyglądałam się, jak po omacku skręca papierosa. Używa do tego specjalnej maszynki. Kiedy maszynka stuknie, zrobię krok w kierunku schodów. Kilka stuknięć i będę u siebie.
Stuk.
Oderwałam się od ściany.
- Chodź no tutaj. Wiem, że tam stoisz. Zastanawiałem się, jak długo wytrzymasz, ale jesteś niecierpliwa, więc chodź i powiedz, co o tym sądzisz.
- A niech to!
Byłam zła. Wziąwszy pod uwagę wysiłek, jaki włożyłam w starania, by pozostać niezauważoną, okazałam się marnym przeciwnikiem dziadka. Zacisnęłam zęby i podeszłam.
- O czym? - spytałam.
Kiwnął głową w kierunku pokoju ciotki. On nigdy nie owija niczego w bawełnę. Zawsze mówi dokładnie to, co myśli. Czasami bywa to denerwujące albo - tak jak teraz - krępujące.
Nie było sensu udawać, że nie wiem, o co chodzi.
- Ciotka jest dorosła, więc robi, co chce. Nic na to nie poradzimy.
Najwyraźniej się odprężył. Chyba go uspokoiło, że nie traktuję miłości dorosłych jak zbrodni.
- Jest głupia i tyle. To nie jest chłop dla niej. Ani dla nas - dodał po namyśle.
W sumie oboje myśleliśmy o tym samym - obecność Jakuba nie jest dla nas dobrą wróżbą. To obcy i w związku z tym stanowi zagrożenie dla ładu, jaki udało nam się stworzyć.
- Nie martw się, dziadku, wszystko się jakoś ułoży. Oni wyjadą, a my zostaniemy sami i będziemy żyć jak królowie. Obiecuję, że nie będę sprawiała kłopotów.
Dziadek zachichotał. Pewnie spodobała mu się taka wizja, ale po chwili zamilkł. Tak samo jak ja wiedział, że bez ciotki nie damy sobie rady.
- Wtedy mi przyrzekniesz, że nie będziesz wracała do domu później niż o ósmej.
- Ósma piętnaście.
- Niech będzie, ale nie później, bo będę się martwił.
Wezbrała we mnie nagła miłość do dziadka. Nie mogłam jej w sobie pomieścić i musiałam przytulić się do niego.
Poklepał mnie po plecach. Przyzwyczaiłam się do tych poklepywań i wiedziałam, że to oznaka czułości, ale wolałabym, żeby mnie ktoś porządnie przytulił. Czasami brakowało mi rodziców, zwłaszcza mamy.
Potrząsnęłam głową, by odpędzić przykre myśli.
- Tęsknisz za nimi? - spytał.
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć.
Zdecydowanie powinnam tęsknić. A nie tęsknię. Poważnie. Najwyżej czasami jestem zła, że nie wracają i nie wracają, ale nie cierpię z tego powodu. Dzięki swoim sztuczkom w każdej chwili mogę się znaleźć blisko nich. Jeśli odetchnę wystarczająco głęboko i uda mi się skoncentrować, idę korytarzami instytutu, zaglądam przez oszklone drzwi do sal pełnych komputerów, teleskopów, laserów i generatorów światła. Widzę ich i mogę w każdej chwili podejść, popatrzeć im przez ramię, posłuchać, co mówią. Oni mnie nie zauważają, ale ja tam jestem. Jak to się dzieje? Nie wiem. Gdy byłam mniejsza, dopatrywałam się w tym czarów. Teraz już nie. Wierzę, że istnieje jakieś wyjaśnienie tego zjawiska, ale na razie go nie szukam, tylko z niego korzystam.
Czy tęsknię?
Nie.
Dziadek wpatrywał się we mnie, oczekując potwierdzenia. W takich chwilach mam wrażenie, że sprawiam mu zawód. Jakbym była bez serca. Żeby dać mu to, czego oczekiwał, musiałam przypominać sobie pieska, którego rozjechał samochód. Wystarczyło krótkie mgnienie tamtej chwili, by łzy same pojawiały się w oczach. Biedny piesek.
Pociągnęłam nosem.
Jeszcze się ruszał, gdy wbiegłam na jezdnię, by go ściągnąć na pobocze. I tylko dlatego, że ktoś złapał mnie za rękaw, nie wpadłam pod nadjeżdżający autobus. Jeszcze moment i leżałabym na ulicy razem z psem. Na myśl o tym przytuliłam się mocniej do dziadka. Chyba przesadziłam z czułościami, bo poklepał mnie jeszcze raz i pocieszył, jak umiał.
- Nie płacz, oni tam są dla twojego dobra.
No nie. Czyli to moja wina? Przeze mnie wyjechali?
Do licha! To ostatnia rzecz, jaką chciałabym usłyszeć.
Dla mojego dobra. A niech to!
Przez takie gadanie rodzi się we mnie złość.
Z naszego miasta wyjechało wielu ludzi. Ale wracają. Kupują samochody albo budują większe domy. U Zielińskich na trawniku przed domem stoi nowy citroën, zarobili na niego w Irlandii. Parkują go tak, żeby wszyscy sąsiedzi widzieli. Nie wierzę, by rodzice zostawili mnie na tak długo dla głupiego auta. Niemożliwe. Dziadek się myli.
Im nie chodzi o pieniądze ani nawet o mnie. Chodzi o cały świat.
Moi rodzice są naukowcami. Prowadzą badania nad kwantową naturą światła. Kilka lat temu wyliczyli zakres fal promieniowania światła niewidzialnego i włoski Instytut Optyki Kwantowej zaproponował im stypendium. Nie wszystkim młodym naukowcom dano taką szansę. A im owszem. Mają ważne rzeczy do zrobienia. Świat czeka, by swoimi odkryciami zmienili go na lepsze. Dzięki temu ja też czuję się kimś wyjątkowym. I mimo że wystawiają moją cierpliwość na ciężką próbę, jestem z nich niezmącenie dumna. Niezmącenie. Co za piękne słowo.
- Chciałabym być taka jak oni - powiedziałam, odklejając się od dziadka.
- No to idź spać, bo jutro musisz wcześnie wstać. Żeby być taka jak oni, powinnaś się uczyć.
Przed snem, jak zawsze, zamknęłam oczy, by znaleźć się przy mamie. Krótkie szszszsz... i już. Chociaż chwilka.
Wróciłam i gapiłam się na gwiazdy. Były ich tysiące, niektóre mrugały. Jak się dobrze przyjrzeć, to większość. A wszystkie wysyłały do nas wieści, bo przecież ich blask to światło, a światło to fala składająca się z fotonów, a każdy foton to kuleczka z zakodowaną informacją, którą tylko trzeba umieć odczytać. Gwiazda nawet po zgaśnięciu śle jeszcze do nas opowieść o swoim losie.
Skąd to wiem? Zdziwilibyście się, ile razy musiałam wysłuchiwać podobnych historii. Rodzice opowiadali mi je do snu zamiast bajek. Może dlatego jestem taka, jaka jestem; śnię o gwiazdach i wnętrzach atomów. I o falach, które kiedyś przeniosą nas tam, gdzie chcemy, w dowolny punkt wszechświata.
Słuchałam jeszcze, jak dziadek, ciężko posapując, szykuje się do snu.
Szurał stopami po podłodze.
Ostatnio zaczęłam rozumieć, że on, zupełnie tak samo jak gwiazdy, starzeje się. Zgaśnie i zostanie po nim czarna dziura. Co wtedy będzie ze mną?
Spomiędzy traw wystawił nos zając. Jednocześnie chlupnął kamyk rzucony do wody.
Zając uciekł.
Chwilę potem pojawił się Filip. Zauważyłam go, zanim się odezwał.
- Trening czyni mistrza. - Wskazał na książkę.
Wzruszyłam ramionami i wetknęłam ją do kieszeni.
- Wcześnie wstałeś - powiedziałam zamiast "cześć".
- Nie mogłem spać. Przesuń się, żebym się zmieścił.
Miejsca w szałasie było mało, bo kiedy go budowaliśmy, byliśmy o połowę mniejsi. Gdy Filip się wepchnął, siedzieliśmy ciasno jedno przy drugim. Dotykaliśmy się ciałami. Dawniej mi to nie przeszkadzało, ale niedawno zaczęło. Tak znienacka. Siedzieliśmy i czytaliśmy coś z jednej książki. Gdy Filip przewracał kartkę, musnął lekko moją rękę i wtedy poczułam, że włoski stają mi dęba. Właśnie tak jak teraz. Wolałabym, by usiadł dalej, bo kłuło mnie w brzuchu od jego bliskości. On jednak oparł się plecami o ścianę i zamknął oczy. Długie rzęsy rzucały cień na policzki i to sprawiało, że byłam jeszcze bardziej skrępowana.
Czułam rozlewające się w piersiach ciepło.
Było mi dziwnie słabo.
I przyjemnie.
Ale przez tę słabość i przyjemność komplikowało się to, co wcześniej wydawało się proste.
Obecność Filipa w moim życiu przez ostatnie lata stała się oczywista i niepodważalna, niczym następowanie nocy po dniu. Ale - jak każda oczywistość - i ta okazała się ulotna. Opuszczał mnie. Szkoda, bo z nim świat wydawał się całkiem zabawny. Nawet wyjazd rodziców mniej bolał, gdyż Filip stał obok i trzymał mnie za rękę. Gdy byliśmy razem, zaraz zaczynaliśmy się śmiać. Rżeliśmy ze wszystkiego. Nie mieliśmy przed sobą żadnych tajemnic, a resztę świata traktowaliśmy z chłodną wzgardą. Było fajnie.
Było.
Jego oddech łaskotał mnie w ucho.
Nie wytrzymam tego.
Wygramoliłam się z szałasu i usiadłam na kamieniu. Spojrzałam w niebo. Powoli robiło się coraz bardziej błękitne. Znów będzie ładny dzień.
Filip wyszedł za mną i usiadł na drugim kamieniu. Ucieszyłam się, że dzieli nas odległość.
- Czemu uciekasz? - spytał.
"Bo już tęsknię za tobą" - chciałam powiedzieć, ale zamiast tego schyliłam się i nabrałam w dłonie wody. Uchylił się, bo myślał, że go ochlapię, ale tylko przelałam wodę z jednej dłoni w drugą.
Przyglądał mi się nieufnie.
Po chwili ciszy spytałam od niechcenia:
- Filip, czy umysł może wędrować tak samo jak światło?
Wargi mu drgnęły w uśmiechu, ale zaraz je zacisnął i wzruszył ramionami.
- A skąd mam wiedzieć?
Minę miał taką, jakby doskonale wiedział, tylko nie chciał o tym mówić. Bez łaski. I tak to z niego wydobędę.
Filip jest skarbnicą wiedzy o świecie. Większość pożytecznych rzeczy wiem od niego.
Może nie potrafi objaśnić istoty neutrina i nie zna wzoru Maksa Plancka na energię kwantu, ale i tak wie dużo więcej niż ja.
- Ale jak myślisz?
Zaśmiał się.
Kiedy Filip się śmieje, widać, jakie ma ładne, równe zęby. I oczy mu błyszczą. Jego oczy są brązowe ze złotymi cętkami. Śliczne. Mogłabym w nie patrzeć i patrzeć, bez końca.
Nagle zaczęło mi się spieszyć. Wstałam i otrzepałam spodnie.
- Muszę już iść.
- Czemu? Jeszcze wcześnie. Złościsz się na mnie?
- Oczywiście, że nie! - fuknęłam ze złością.
Odetchnął z ulgą.
Ciąg dalszy w wersji pełnej
Po obu stronach brukowanej uliczki stoją rzędy niewielkich domów. W głębi, za krzakami głogu, jest ten, w którym się urodziłam.
Było późno. Zdecydowanie za późno na powrót.
Zerknęłam na zegarek, by przekonać się, jak bardzo jestem po czasie. Za bardzo. Ostatnią godzinę spędziłam w krzakach za domem Filipa, przysłuchując się dobiegającym stamtąd dźwiękom. Fortepianowi towarzyszył czysty, delikatny ton skrzypiec. Rodzice Filipa grali nokturn F-dur Chopina. W takich chwilach uciekam do ogrodu, bo wstydzę się łez, tak bardzo wzrusza mnie muzyka. W promieniu kilometra okna były pootwierane, a wszystkie radia i telewizory wyłączone. Nie tylko ja delektowałam się wieczornym koncertem.
Chciałam zapamiętać te dźwięki, wbić je do głowy na zawsze. Niedługo to się skończy. Jeszcze tylko miesiąc. Szkoda. Będę tęskniła za muzyką.
Rodzice Filipa zamieszkali tu, gdy byłam w pierwszej klasie. Teraz kończę piątą.
Filip początkowo wstydził się tego grania. Chodził wtedy do trzeciej klasy i uważał, że to strasznie głupie, kiedy dorośli zabawiają się w taki sposób. Gdy go pierwszy raz spotkałam, nosił krótkie spodnie, a kolana miał całe w strupach. Stałam na ulicy pod jego domem, on zaś - żeby mnie stamtąd odciągnąć - wyjął z kieszeni garść gum do żucia i skłamał, że ukradł je w sklepie. Nie chciało mi się wierzyć, by mógł naprawdę to zrobić. Powiedziałam, że kraść każdy głupi potrafi, i by to udowodnić, poszliśmy do innego sklepu, gdzie ukradłam dwa razy więcej gum. Tak naprawdę był to sklep mojej ciotki i mogłam stamtąd brać, co mi się tylko podobało, ale Filip o tym nie wiedział. Zaimponowałam mu. Jednak chciał być lepszy. Oznajmił, że ma w domu całą kolekcję kartek z pozytywkami, które ukradł, gdy mieszkał w innym mieście. Poszłam, żeby się przekonać. Wtedy po raz pierwszy w życiu zobaczyłam fortepian. Prawdziwy czarny fortepian z otwieraną klapą. Nie znałam innego domu z fortepianem. W domach, które odwiedzałam, pokoje zapełnione były szafami, stołami, kanapami, fotelami, telewizorami. A do grania służyły radia, magnetofony, odtwarzacze.
- Umiesz grać? - spytałam.
Zawstydzony kiwnął głową.
Już nie chciałam oglądać kartek.
Zaimponował mi tym, że potrafił usiąść przy pięknym instrumencie i dotykając palcami czarno-białych klawiszy, wyczarowywać dźwięki, od których wibrowało w brzuchu.
Muzyka sprawiła, że Filip stał się kimś ważnym w moim życiu.
Mogłam siedzieć godzinami i słuchać jego wprawek. Pokazywał mi, który klawisz odpowiada któremu dźwiękowi, a ja przekładałam pojedyncze tony na liczby, bo w mojej głowie wszystko sprowadza się do liczb. Melodie zapamiętywałam jako ciągi liczbowe.
Odtąd umiałam grać w myślach.
Żwir zachrzęścił pod stopami, kiedy skręciłam z ulicy i pchnęłam furtkę prowadzącą na podwórze.
Zatrzymałam się i podniosłam głowę, by popatrzeć na rozgwieżdżone niebo. Pośpiech nie miał w tej chwili znaczenia.
Gołym okiem widać było sztucznego satelitę. To Ikonos, na którego pokładzie są urządzenia rejestrujące obrazy o dużej rozdzielczości. Towarzyszyłam mu przez chwilę. Za siedem minut i... dwadzieścia dwie sekundy będzie przelatywał nad domem moich rodziców. Skupiłam się, napięłam umysł i szszszszszsz... wyprzedziłam go. Na moment zanurzyłam się w całkowitej czerni. Czułam przyspieszenie w żołądku, zupełnie jakbym jechała windą. Jedna chwila i byłam na miejscu. Mama siedziała przy stole, nabierała na widelec kawałek pomidora. Otwierała usta i coś mówiła. Znajdowałam się tak blisko, że mogłam jej dotknąć.
Mamo, to ja.
Odwróciła się, a przez jej twarz przemknął uśmiech przeznaczony dla taty.
Uciekłam.
Są rzeczy, o których nie mówię nikomu. Choćby odklejanie się od rzeczywistości. Wystarczy, że zamknę oczy i głęboko odetchnę, a wysyłam umysł w dowolne miejsce, o którym pomyślę. Krótki szum - i już jestem, gdzie zechcę. Przez ułamek sekundy potrafię patrzeć na świat oczami kogoś innego. Nie wiem, czy jest na to jakieś określenie, ale po mojemu potrafię po prostu przebywać poza własnym ciałem. Nikt o tym nie wie. O niektórych sprawach nie ma potrzeby mówić, bo po co. Zwłaszcza że potrafię nad tymi jazdami panować. To łatwe, wystarczy przełknąć ślinę, by stanąć na twardym gruncie. Gdzieś czytałam, że takie zjawiska nie są wcale rzadkie i jako przypadłość wieku dziecięcego mijają z początkiem okresu dojrzewania.
Pewnie mi też to minie, gdy dojrzeję.
- Hej, Marcelina... ty podfruwajko...
"Podfruwajko", co za celne określenie. Jeszcze nie fruwam, tylko podfruwam. Na sekundę, najwyżej dwie. Kiedyś nauczę się latać. Jeszcze trochę poczekajcie.
Przełknęłam ślinę i wróciłam na ziemię, na ścieżkę koło furtki prowadzącej do mojego domu. Wrażenie nierzeczywistości zniknęło.
Minęło mnie kilku chłopaków z gimnazjum. Ich słownictwo opierało się głównie na określeniach z zakresu życia płciowego i trawienia. Wyrażenia te, stosowane dość elastycznie, zastępowały im czasowniki, rzeczowniki i przymiotniki; eliminowały z użycia większość normalnych słów.
- Gońcie się, palanty! - krzyknęłam.
Coś tam jeszcze bleblali, ale nie słuchałam.
Uśmiechnęłam się na wspomnienie mamy jedzącej pomidora. Zanuciłam kilka taktów nokturnu F-dur i ruszyłam w stronę domu, w którym i tak nikt na mnie nie czekał.
Usłyszałam warkot.
Było jeszcze za wcześnie, by otwierać oczy. Świt dopiero rozjaśniał niebo, ale obudził mnie cichy trzask zamykanych drzwi, a potem warkot samochodu. Facet ciotki zamierzał pewnie wyjść po cichu, miał jednak zepsuty rozrusznik i silnik zaskoczył dopiero za trzecim razem. Jego kłopot sprawił mi drobną satysfakcję, ale zasnąć już nie mogłam.
Wstałam, oparłam się łokciami o parapet, brodę wtuliłam w dłonie. Patrzyłam, jak wstaje dzień. Panował jeszcze mrok i można się było raczej domyślać istnienia drzew za oknem, niż je zobaczyć. Czekając, aż niebo zacznie różowieć, spoglądałam na zdjęcia przyczepione do tapety. Rogi powyginały im się ze starości. Już dwa lata tu wiszą. Upływ czasu sprawiał, że widoczne na fotografiach twarze powoli zlewały mi się w całość, w jedną istotę o nazwie: rodzice. Przesunęłam po nich palcem. To jest mama, a to tata. Brakowało mi dotyku mamy.
Aż ścisnęło mnie w gardle z tęsknoty. Zupełnie jakbym dopiero w tej chwili zauważyła, że jej nie ma.
Nie zamierzam biadolić, ale przypomniało mi się, że miała mi przysłać z Włoch kawałek lawy, a tata kiedyś obiecał, że wyjaśni mi sposób obliczania długości fal promieniowania elektromagnetycznego. Dziwne, za czym można zatęsknić. Tym bardziej że tak naprawdę nie wiem, czy były to prawdziwe obietnice, czy tylko je sobie wymyśliłam. Równie dobrze mogły pochodzić z reklam proszku do prania.
Odwróciłam się do ściany, by nikt nie zauważył łez. Nie znaczy to, że ktoś na mnie patrzył, chyba że mój anioł stróż. Ale nawet on nie powinien tego widzieć.
Słońce wzeszło, a ja nie odnalazłam w sobie radości, jaką zwykle odczuwałam na ten widok.
Na szczęście chwila smutku nie trwała długo.
Pociągnęłam nosem i przeszło.
To nieprawda, że jestem nieszczęśliwa, że mam złe dzieciństwo, że żyję w stresie, bo bez rodziców. W rzeczywistości nie jest tak źle. Poważnie. Nie przywiązuję do swojej sytuacji specjalnego znaczenia. Można nawet powiedzieć, że traktuję tę kwestię dość beztrosko. Wirtualni rodzice są wygodniejsi niż prawdziwi. Codziennie rozmawiamy przez telefon albo internet. Wypytują mnie o stopnie i o koleżanki, a ja plotę, co mi ślina na język przyniesie. Dziadek i ciotka patrzą na to trochę krzywo, ale rzadko prostują moje zmyślenia. Bo w sumie po co ich tam, we Włoszech, martwić naszymi kłopotami. Mam co jeść, w co się ubrać, gdzie spać, czyli wszystko gra. W dodatku wierzę, że i oni znają sztuczkę z wędrówką umysłu i są zawsze przy mnie, gdy dzieją się różne ważne sprawy, jak złamana ręka, bolący ząb, awantura w szkole o potłuczoną szybę, zapalenie płuc, wyróżnienie w konkursie plastycznym, konflikt z matematyczką o całki, których nie powinnam jeszcze umieć, a umiem.
Dzisiejsza chwila żalu to wyjątek. Może sprawiła ją wiadomość o wyjeździe Filipa, a może wiązała się ze zbliżającymi wakacjami. Chyba nie byłoby wielkim poświęceniem ze strony rodziców, gdyby zabrali mnie na te marne dwa miesiące do siebie.
Już od jakiegoś czasu czekam na zaproszenie. Dzień po dniu obiecuję sobie, że powiem im to wprost, ale jakoś nigdy się nie składa. Nasze rozmowy pełne są opowieści o maleńkich fotonach albo odległych kwazarach. Ja - podobnie jak oni - jestem tymi sprawami zafascynowana, tyle że czekam jeszcze na coś, na co w głowach moich rodziców brakuje już chyba miejsca. Nie żebym miała pretensje, ale czasami pojawia się myśl, że zamiast mnie mogli sobie sprawić pieska. Byłoby prościej.
Wiem, że niektórych rzeczy lepiej nie nazywać po imieniu. Jednak przedłużające się oczekiwanie zaczynam odczuwać jak zdradę.
Czekanie jest gorsze niż tęsknota.
Żeby zagłuszyć żal, z uporem nałogowca uczę się włoskiego.
Na wszelki wypadek.
Staliśmy na wiadukcie i - oparci o metalową balustradę - patrzyliśmy na pociągi. Filip mruknął coś pod nosem. W dole przejeżdżał pospieszny do Krakowa i nie usłyszałam, co powiedział. Rzuciłam więc jakieś: "uhm", bo myślałam, że chodzi mu o to samo co poprzednio. Wcześniej, gdy mijaliśmy budkę z lodami, mówił o upale. Zwróciłam wtedy uwagę, że od tego przecież jest maj. Przez myśl mi nie przeszło, że rozmowa o pogodzie będzie miała ciąg dalszy. Upał albo zimno, w końcu co za różnica.
Fakt, że ten dzień był wyjątkowo upalny.
Już z godzinę kręciliśmy się po mieście. Chodziliśmy nad rzeką. Wszędzie pełno ludzi. Pachniało lodami, goframi i cukrową watą. Mogłabym jeszcze tak łazić, bo w taką pogodę wszyscy wydają się życzliwsi niż zwykle, ale Filip wlókł się z ponurą miną.
- Chodźmy na wiadukt - zaproponował.
A więc poszliśmy. Tu rzeczywiście było luźniej, ale jeżdżące w dole pociągi hałasowały bardziej niż tłumy ludzi.
Filip znowu coś powiedział, a ja po raz trzeci mruknęłam: "mhm". Nawet na niego nie spojrzałam.
W dole pociągi jechały wprost na siebie.
- Marcelinka. - Dotknął mojego ramienia.
- No?
- Nie słuchasz mnie.
Mylił się. Mam doskonały słuch. I świetnie wiedziałam, co chce mi powiedzieć, ale nie zamierzałam przyjmować tego do wiadomości. Jeszcze nie.
- Patrz, zderzą się czy wyminą?
- Wyminą.
Nawet nie spojrzał w dół.
Rzeczywiście, wyminęły się. W ostatniej chwili wjechały na osobne tory. Wiedziałam, że tak będzie. Zawsze tak było, ale za każdym razem bałam się, że coś nie zadziała i lokomotywy się zderzą.
Wspięłam się na barierkę. Zaraz będzie jechał pospieszny do Łodzi. Wychyliłam się, wyliczając, w którym momencie musiałabym rzucić kamień, żeby trafić w dach trzeciego wagonu od końca, przy założeniu, że pociąg rozwija w tym miejscu setkę, ma jak zwykle dziewięć wagonów, a wysokość wiaduktu to jakieś piętnaście metrów. Ułożyłam w myślach równanie. Przeliczałam trajektorię lotu kamienia rzuconego z siłą dwunastolatki. Liczby przelatywały w myślach z szybkością karabinu maszynowego. Wyszło, że powinnam zrzucić kamień za dwie minuty i trzydzieści trzy sekundy.
Zeskoczyłam i stanęłam obok Filipa. Byliśmy równi wzrostem.
- No, teraz mów. Już słucham.
Nie mogłam dłużej tego odwlekać. Robiłam, co się da, żeby go zniechęcić, ale w końcu musiałam skupić się i wysłuchać jego rewelacji.
- Za miesiąc - rzekł, kończąc to, o czym wcześniej mówił. Jego zwykle roześmiana twarz teraz była poważna.
Skinęłam głową, że usłyszałam i przyjęłam do wiadomości.
- I co ty na to?
Zawiesił głos, wlepiając we mnie nieruchome spojrzenie. Bez cienia uśmiechu na twarzach patrzyliśmy sobie w oczy. Zwykle za tą powagą czaił się w nas obojgu śmiech, wielki śmiech, jedno wspólne, bezgłośne, potajemne śmianie. To nasza ulubiona zabawa, wiercenie sobie w duszach - kto pierwszy kogo zmusi do głośnego rechotu. Lubię, gdy Filip się śmieje.
Ale tym razem to nie zabawa. Niektóre rzeczy zdarzają się na serio. Choćby to, że Filip zostawia mnie i wyjeżdża na zawsze. Jego tata dostał dobrą posadę w Warszawie. Lepszą niż tutaj. Od firmy, której był przedstawicielem, dostał mieszkanie i przenosi się z całą rodziną. Filip już tam pójdzie do gimnazjum.
Westchnęłam i pierwsza odwróciłam wzrok.
Minęła minuta.
Podniosłam kamień i bawiłam się nim. Dobrze pasował do dłoni. Ugniatałam go, by wbić w niego całą swoją złość. Nie chciałam rozmawiać. Nie potrafiłabym znaleźć odpowiednich słów do wyrażenia uczuć. Lepiej było milczeć. O czym tu mówić, skoro i tak nie można zaradzić czemuś, co już zostało postanowione.
Filip w niezwykłym napięciu czekał, co powiem. Drgała mu malutka tętnica na skroni. Miałam ochotę dotknąć tego pulsującego miejsca. Zamiast tego spytałam:
- A co ja mogę na to?
Mogłabym mówić w tym momencie różne rzeczy: "Ach, jak mi przykro... Czemu mi to robisz...? Och, umrę z żalu, już ścisnęło mnie w gardle ze smutku, ale będziesz czasem przyjeżdżał i pisał długie listy...? Nigdy cię nie zapomnę... Wpisz mi się do pamiętnika..." i inne tego typu głupstwa, jakie zwykle gadają dzieci w takich sytuacjach. Nie byłam już dzieckiem, przynajmniej jeśli chodzi o rozstania. Nic nie jest nam dane na zawsze. Kiedyś sądziłam, że jest, ale już tak nie myślę. Wszystko się zmienia. Ktoś, kto wyjeżdża, nie wraca tak szybko. Wiedziałam o tym aż za dobrze.
Tak naprawdę chciałam krzyknąć: "Mam to w nosie, krzyżyk na drogę, nie będę się nad tobą rozczulać, sam sobie z tym musisz poradzić!". Ale nigdy się z Filipem nie okłamywaliśmy i dlatego powiedzenie czegoś takiego było niemożliwe. Wcale nie miałam tego w nosie. Chciało mi się płakać. Z żalem pomyślałam, że coś zostanie bezpowrotnie zmarnowane.
Jednak złość wydawała się śmieszna i zbędna.
Odwróciłam się.
Nie miałam serca mu przypominać, że to nie jego decyzja, o losie syna zdecydowali rodzice. Chociaż, gdyby zdał sobie z tego sprawę, może byłoby mu lżej.
- No. - Szturchnął mnie w ramię.
Z nadzieją czekał na moją deklarację. A co ja mogłam? Próbowałam wykręcić się od odpowiedzi, jednak sam mnie zmusił.
- No i wielkie rzeczy - powiedziałam.
Jedno wiedziałam na pewno. Ja nigdy się stąd nie ruszę. Kiedykolwiek zechce, zawsze mnie tu znajdzie.
- Świat jest mały. Jak będziesz chciał, to mnie znajdziesz - dodałam już głośno.
Nie o to mu chodziło. Wolałby te głupoty o rozpaczy i wpisywaniu się do pamiętników. Potrafiłam czytać w jego myślach, nawet gdy milczał. Ostatnio się od siebie oddalaliśmy, co było sygnałem, że jakiś etap życia już się dla nas kończył. Teraz w ogóle wszystko miało się skończyć. Uświadomiłam sobie ze złością, że właściwie od dawna na to czekałam.
Dwie minuty, trzydzieści trzy.
Cisnęłam kamieniem w przejeżdżający pociąg. Wcelowałam w trzeci wagon od końca.
Zawsze celowałam tam, gdzie chciałam.
- Ja zostanę tu na zawsze - stwierdziłam, chociaż w duchu podejrzewałam, że to się nie uda.
- Nie ma takiego miejsca, w którym można by zostać na zawsze.
To dopiero mnie rozzłościło.
- Głupi jesteś!
Odwróciłam się i odeszłam. Filip został.
I dobrze.
Wstałam, ubrałam się i wyszłam z domu.
Potrzebowałam przestrzeni.
Poranny chłód przebiegł mi po plecach. Wszystko jeszcze pogrążone było we śnie. Biegłam ścieżką wzdłuż torów i wdychałam zimny, czysty zapach trawy. W szarym świetle drzewa i domy wyłaniały się niczym widma.
Rozgrzewałam się powoli. Ręce i nogi pracowały jak tłoki. Lubię biegać i jestem w niezłej kondycji. Na długich dystansach prześcigam większość dzieciaków.
Po kwadransie dotarłam na wzgórze, skąd w ciągu dnia rozciąga się widok na miasto. Teraz jeszcze było za wcześnie i wszystko przesłaniała mgła. Pobiegłam dalej i zatrzymałam się dopiero koło starego drewnianego spichlerza. Ostrożnie przeszłam po walącym się mostku na drugi brzeg rzeki i ruszyłam do swojej kryjówki. W sitowiu porastającym brzeg rzeki przebiliśmy z Filipem tunel. Między drzewami mamy szałas.
Wsunęłam się do środka, usiadłam na starym fotelu ściągniętym z wysypiska i wyciągnęłam małą książeczkę Naucz się włoskiego. Pochodziła, podobnie jak fotel, ze stert śmieci, które zwożą ciężarówkami z odległego miasta i zrzucają do starego wyrobiska. Gdy znalazłam ją dwa lata temu, nie znałam ani jednego włoskiego słowa. Teraz całą umiem na pamięć. Tę i dziesiątki innych; wszystkie, jakie zdołałam znaleźć w bibliotece, w księgarniach i u znajomych.
Otworzyłam na chybił trafił:
- Mi fa accendere? (Czy mogę prosić o ogień?).
Powtórzyłam, sprawdziłam. Zgadzało się. To jeszcze jedno:
- Tutto il piacere ? mio. (Cała przyjemność po mojej stronie).
Nie było się już czego uczyć, wszystko umiałam. Problem w tym, że nie wiadomo, czy do czegoś mi się to przyda.
Odłożyłam samouczek i ze skrytki ostrożnie wydobyłam swój skarb - angielskie wydanie książki naukowej sprzed roku albo dwóch. Ktoś kiedyś nie docenił tego, co było w środku, i wyrzucił książkę na śmieci. Ale dzięki temu trafiła w moje ręce. Musiała jednak dość długo leżeć w gnijącym szlamie, bo gdy Filip ją znalazł, była już w stanie daleko posuniętego rozkładu. Wyciągnął ją jednak, zobaczywszy, że wypełniona jest liczbami.
Cuchnęła, jakby wszyscy diabli podcierali nią sobie tyłki.
- Mam coś dla ciebie! - wołał, niosąc biedaczkę na patyku, z dala od siebie. - Wiem, że takie rzeczy cię kręcą.
Miał rację.
Znajdował się tam artykuł jakiegoś fizyka, który prowadził badania nad fotonami. W strzępku, który przyniósł Filip, brakowało okładek, więc nie wiedziałam, kim jest autor. Nie było też połowy stron - właściwie całej drugiej części. Ale w tej, którą miałam, znajdowały się wyjaśnienia dotyczące najnowszych badań nad wiązkami światła, a poza tym także obliczenia, przynajmniej ich urywek, który udowadniał, że autor wyprzedził innych fizyków i wykonał je jako pierwszy. We wstępie ostrzegał, iż czytelnik, który chce się zagłębić w treść i zrozumieć ją przynajmniej powierzchownie, powinien mieć wiadomości z zakresu matematyki, optyki, mechaniki kwantowej, z niewielkim dodatkiem fizyki atomowej. Nie znam mechaniki ani fizyki atomowej, ale przy rodzicach liznęłam trochę optyki i matematyki, więc uznałam, że dam radę prześledzić tok jego rozumowania.
Przez miesiąc wietrzyłam i suszyłam kartki, przez dwa następne zaś linijka po linijce śledziłam obliczenia. Każdego dnia z rosnącą niecierpliwością czekałam na fragment, który będzie trudniejszy. A najlepiej - za trudny. Im bardziej skomplikowany i zagmatwany, tym lepiej.
Mam talent do liczb.
Jak na dwunastolatkę wiem o nich dużo. Ale ciągle za mało. Chciałabym więcej. Mój umysł w tej kwestii nie zna umiaru, przyjmuje wszelkie dostępne informacje, wchłania je jak gąbka. Chwilami martwię się, że umiem już wszystko.
Nie chwalę się. Taka po prostu jestem. Trochę dziwna.
Papier zajeżdżał zgnilizną, strony rozpadały się w trakcie czytania, ale to, co wynikało z liczb, było naprawdę fascynujące. Prawdziwa bajka.
Lubię, gdy rzeczy zwykłe i zrozumiałe tracą jasność i znienacka przechodzą w niewiedzę. Jestem wtedy zmuszona włączyć mózg, tę jego część, której jeszcze nie uaktywniłam, i zażądać, by szukał rozwiązań. Wiem, że kiedyś nadejdzie chwila, gdy nagle i niespodziewanie otworzy się przede mną nieznany świat, tak niesamowity, że stracę dech.
Na dwudziestej siódmej stronie druk był rozmazany i brakowało dolnego rogu kartki. Brakowało też pozostałych stron.
Nie mam pojęcia ilu.
Dotarłam do tego miejsca jakiś tydzień temu i od tamtej pory ciągle myślę o tym, co powinno być dalej.