Mucha - Dorota Jankowska
20.19 zł
16.76 zł
(17,16 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
Żyjemy w świecie gdzie konsumpcja jest najważniejszym, podstawowym i nieodłącznym elementem naszego bytu. Zaślepieni nagłą masową dezintegracją mózgu populacji, stajemy się szarymi pracoholikami lub popychadłami społeczeństwa. Tam, gdzie byt w mass mediach urósł do rangi cenniejszej niż jakikolwiek kruszec, tam najniższa z klas społecznych, świadomie lub nie, decyduje się żyć w odseparowaniu. Ci, którzy zrozumieli ową wadę systemu i postępu współczesnego świata na oślep biegnącego po laury samo destrukcji - w pewien sposób zwyciężyli. Tylko czy człowiek tak dumnie wychwalany swym rozumem i inteligencją jest w stanie pojąć, że ludzie ci, tak zwane - wyrzutki społeczne - też są istotą ludzką?
Świat osiągnął poziom zadufania i ignorancji wobec innej jednostki, zwłaszcza tej biednej, która jest w pewien sposób poszkodowana. To właśnie my jesteśmy sprawcami ich losu. To my poniekąd odpowiadamy za ich destrukcję i śmierć z głodu czy przepicia. Nikt w codziennym życiu przechadzając się po ulicy na wieczornym spacerze, nie zastanawia się jak ci ludzie potrafią przetrwać na ulicy. Nikt nie zwróci uwagi, gdy spotykana codziennie przez nas osoba nagle zniknie. Może przeleci nam przez myśl, że to dzisiaj się coś zmieniło, ale czy zapytamy siebie: co się tak właściwie stało?
Zauważymy czyjeś zniknięcie?
Zastanawialiście się ile rocznie zgłaszanych jest zaginięć? Ile w ciągu roku, miesiąca, tygodnia czy dnia odnotowuje się zaginięć? I jak wiele z tych zgłoszeń jest fałszywa, a ile z tych osób udaje się odnaleźć? Ilu z całej tej liczby to osoby bezdomne? Ile z tych zgłoszeń traktuje się poważnie i podejmuje się procedury, jakie uruchamiane są podczas zgłaszania zaginięcia "normalnej" osoby, człowieka. Kto decyduje, które z tych zgłoszeń ma większą wagę, kto dał mu prawo oceniać i kategoryzować z góry człowieka, żywą istotę.
Przecież, każdy z nas obdarty z ubrania jest taki sam.
Zmierzamy tylko w jednym kierunku - wewnętrznej destrukcji.
Rozpacz wlewa się na przepitą i pomarszczoną od alkoholu twarz. Nigdy przedtem nie była tak wystraszona jak teraz. Życie przysporzyło jej problemów i dało solidnego kopniaka w tyłek, ale strach o życie nigdy nie był większy. Zawsze była sama, samotna pośród miliarda istnień. Odrzucona przez rodzinę i znienawidzona przez rodziców. Wybrała swoją drogę i w tym była sumienna, reszta była niczym. Budząc się o poranku z przepełnionym pęcherzem, przesuwa rękę w lewo, palce dotykają pustego legowiska jej mężczyzny. Nie jest to pierwszy raz, więc nie wywołuje to u niej zaniepokojenia. Czeka cierpliwie zajadając się ostatnimi kęsami przeterminowanej mielonki w puszce. Kilka godzin później zaczyna obgryzać brudne paznokcie i drapać się ze zdenerwowania po obklejonych brudem włosach. Głód zaciska pusty żołądek, sięga po ukryty czerstwy bochenek chleba, pochłania kęsy z prędkością światła, popijając ostatnimi kroplami zwietrzałego i ciepłego piwa.
Dzień mija a jego nadal nie było. Przeczuwa, że coś musiało się stać. Nigdy nie igrali z prawem i trzymali się z dala od miejsc publicznych w przeciwieństwie do reszty. Śmietniki były ich jadłodajnią a las domostwem. Wypełza ślamazarnie spod zadaszenia składającego się ze znalezionych na śmietniku płyt meblowych. Rozmyty wzrok i zachwiany chód przez źle zrośnięte złamanie kostki, utrudniał kobiecie poruszanie się. Zawsze wlokła jedną stopą i delikatnie stąpała nią o podłoże. Chodziła kiedyś o kuli, ale nie długo, pewnej nocy ktoś zwędził jej podporę i zmuszona była nauczyć się chodzić bez niej. Wspierała się gałęziami wyłamanymi z drzewa, ale drzazgi zostające w dłoniach drażniły ją do tego stopnia, że wolała ból nogi niż igły jątrzące się pod skórą. Ostatnim czasy ból nasilił się i dźgał mocno, jakby kość usiłowała przebić się przez skórę. Pojawiły się skurcze mięśni i drętwienie promieniujące aż do biodra. Upadała często. Nie oczekiwała pomocy innych, doskonale rozumiała ich podejście. Na ich miejscu postąpiłaby zapewne tak samo. Tutaj nie istnieje moralność i dobro, póki umysł sprawny jest się skazanym na siebie.
Nigdy sama nie ruszała się z miejsca, zawsze w obecności jej mężczyzny i tylko wczesnym rankiem, gdy miasto jeszcze spało. Byli wyrzutkami społecznymi, ale odstawali znacznie od reszty bezdomnych.
Co kilka metrów przystaje odsapnąć, by stopa mogła odpocząć. Słońce zmienia powoli kolor na soczysty pomarańcz i schodzi niżej. W ustach czuje suchość, a w głowie wiruje cały świat. Kilka głębokich wdechów, zbiera resztę sił, jakie pozostały w nogach i rusza dalej, rozglądając się czy jej mężczyzna nie leży gdzieś martwy. Codziennie obawia się śmierci, obawia ich losu, chociaż miała świadomość, że czas goni jej cień i niebawem któryś z narządów odmówi posłuszeństwa.
Rozszerza szeroko oczy, dostrzegając na skrzyżowaniu radiowóz policyjny i dwóch policjantów w środku, spisujących kierowcę motocykla. Kuśtykając nieporadnie, dociera do radiowozu i pukała o szybkę od strony pasażera.
Policjant obraca głowę i patrzy zniesmaczony na kobietę. Wyraz jego twarzy zniechęca, a spojrzenie oskarża z góry biedną kobietę. Opuszcza wolno od niechcenia szybę i warczy, by odeszła. Ta jednak nie poddaje się.
- Panie władzo, nie chcę przeszkadzać, ale mój mężczyzna zaginął - stęka.
- Mamy tutaj co robić, niech pani zgłosi na komendzie.
- Panie... - jęczy. - Z taką noga nie dojdę na komendę, a jego nie ma.
- Dobrze. - Wywraca oczyma. - Od kiedy go nie ma?
- Od rana. Ostatnio spał obok mnie, ale rano już go nie było.
- Może wróci wieczorem.
- On nigdy nie chodzi sam. Nigdy mnie nie zostawił samej.
- Za wcześnie, by cokolwiek stwierdzić. Niech pani wróci tam gdzie był ostatnio, na pewno przyjdzie.
- A jak nie? - bełkocze zasmuconym, lekko chrapliwym głosem.
- To proszę zgłosić na komendzie. Imię i nazwisko pani i pani konkubenta?
- Janina Zamojska i Stefan Sondomierski.
- Gdzie państwo przebywają?
- W lasku obok Nacyny. Jesteśmy grzeczni, nie to, co inni.
- Czuć od pani alkohol.
- Takie życie, jakoś trzeba sobie radzić - wzrusza nieporadnie ramionami.
- Dobrze, niech tam pani wraca. Jak pan Stefan nie pokaże się do jutra, to proszę to zgłosić.
- Dobrze, dziękuję.
Uśmiecha się niezdarnie, ukazując znaczne ubytki w uzębieniu i odrywa palce od drzwi radiowozu. Policjant spisujący notatkę, uspokaja kobietę, ale nie na tyle, by mogła wrócić od razu do swojego legowiska.
Kuśtykając obchodzi pobliskie miejsca, w jakich ukrywali się koledzy i wypytuje czy widzieli jej Stefana. Żaden z nich nie widział go od wczorajszego wieczora. Kilkoro z nich przeszukało z nią teren. Żadnego śladu. Plotka niesie się w dal pośród takich jak ona. Zasmucona wraca do swojego schronienia. Czeka, czeka długo a zmęczenie daje się jej we znaki.
Nie potrafi zmrużyć oczu, zjada ostatnie okruchy chleba i dopija wodę z butelki, jaką nabrała z rzeki. Brzuch nie za dobrze przyjmuje płyn, ale nie ma wyjścia. Chciała zmienić swoje życie, żałuje wielu błędów popełnionych w przeszłości. Rzuconej szkoły, używek i złego towarzystwa. Smutek na stałe zagościł na twarzy pani Janiny wydrążając głębokie bruzdy na pożółkłej skórze świadczącej o chorobie wątroby. Każdej zmarszczce przypisywała zdarzenie w jej życiu, jakie zbliżało ją ku upadkowi na samo dno. Okrutny ojczym wyżywający się na niej, śmiechy kolegów z klasy za jej biedne ubranie i nieznajomość tabliczki mnożenia. Do tego doszły kradzieże, jakich się dopuszczała chodząc codziennie głodną. Wszystkie krzywdy odbiły się na jej twarzy, stały się jej albumem zdjęć, przebłysków przeszłości, ludzie zachowują wspomnienia na kliszach i potem na papierowych zdjęciach ona zaś na wgłębieniach i bliznach na całym ciele.
Sen przyszedł niespodziewanie, zmęczenie daje górę nad chęcią bycia przytomną. Co noc śni się jej inne życie, lepsze, mniej brutalne od tego, w jakim się obraca. Śni jej się niewielki skromny domek na obrzeżach miasta, kilka psów przygarniętych ze schroniska i mały warsztacik, w którym robi swoje rzeźby z metalowych rurek. Najbardziej kochała lampy i małe wiatraczki dzwoniące na wietrze. Przynajmniej we śnie jest szczęśliwa, jedna połowa jej życia mogła zaznać innego świata, lepszego świata. Czasem tłumaczy sobie, że to jej biedna wersja jest właściwym snem. Po odurzeniu alkoholem bełkocze do siebie, bijąc się w pierś pięścią, aby się zbudzić, bo musi nakarmić psy.
Kolejny poranek nie zalicza się do tych przyjemny, budzi ją ostry ból żołądka i wymioty. Puste miejsce obok niej nie wróży niczego dobrego. Ma świadomość, że Stefan nie wróci, chce tylko wiedzieć, co się stało i pożegnać go należycie. Kocha go, mogła śmiało to stwierdzić, że czuje do niego miłość. Był dla niej wsparciem i towarzyszem podróży. To właśnie tak opisywali swoje życie, jako podróż, która kiedyś zmieni bieg na lepszy.
- Może śmierć jest tym lepszym życiem? - myśli.
Ponad godzinę włóczy powoli nogami, nim dociera na komendę policji. Tam jednak odbija się tylko od pierwszego policjanta, który zbiera od niej informacje i pogania kobietę z komendy. Zasmucona wraca na swoje miejsce, najkrótszą z możliwych dróg, przez centrum miasta. Zbiera po drodze, co tylko znajduje, aby się pożywić. Mija mały park, to jedno z nielicznych miejsc, jakie dobrze wspomina, zimowe wypady ze szkoły na sanki wtedy jeszcze żył ojciec a jej matka była szczęśliwa. Teraz park świeci pustką, jedynie bezpański kot szwenda się koło starej popękanej ławki i przysiada pod nią w cieniu. Kładzie głowę na łapki i zamyka oczy, w oddali dwoje nastolatków tuli się w krzakach dają sobie soczyste cmoki w usta. Uśmiecha się na ten widok i rusza dalej
Ostatnie grosze, przeznacza na gazowany pomarańczowy napój, który kocha od dziecięcych lat, a który zawsze pomaga na ból żołądka i niestrawność. Tak jak poprzedniego dnia, obchodzi znajomych pytając o Stefana. Nikt go nie widział, nikt nic nie słyszał. Zapadł się pod ziemię.
Wstręt ogarnął jego umysł, potęgował się od dłuższego czasu. Znał doskonale smak ubóstwa, ale w przeciwieństwie do innych walczył o swoje życie. Istnienie i życie w dzisiejszych czasach było trudne, miał świadomość, że nic samo nie przychodzi, praca nie znajdzie się od tak na zawołanie, tylko pies przybiega z wesołą mordą, gdy zagwiżdże dwa razy. Wieczorowe kursy dla dorosłych z obsługi komputera otwarły mu możliwość zarobku a znajomy wprowadził go w mroczny świat Internetu, gdzie szarzy ludzie nawet nie pomyślą o wykorzystaniu go w inny niż właściwy sposób.
Czuł się innym, mówił wielokrotnie, że umysł ma otwarty a wszelkie stereotypy odrzuca. Miał świadomość, że nie istnieje człowiek idealny, każdy ma jakieś wady, ale wadę można zamienić w zaletę. Tak też robił, wady innych zmieniał w coś, co mogło zaowocować zmianą, nie małą, nie interesowała go błahostka. Spektrum miało przybrać spory obszar.
Zapuścił swoje macki po raz kolejny i złapał za kark. Oczy ofiary rozszerzyły się. Zaciskał mocniej i czekał aż świadomość zniknie, a skażona dusza uleci. Nie nazwał się nigdy szaleńcem ani bestią, miał w tym cel. Szlachetny w jego mniemaniu i poświęcał się mu w całości. Plan nie przyszedł od razu, nie wpadł do mózgu jak olśnienie. Wstręt obłudnego światka, w jakim żył, podjudzał szeptając nocami. Rozkazywał mu, ale ostatnimi czasy był bardziej zaborczy, natarczywy i stawiający żądania.
- Zrób to - wciskał się i rozkazywał. - Zrób, pokaż swoją siłę, niech inni widzą, niech wiedzą. Zrób! - krzyczał do ucha, nie pozwalając zmrużyć oka.
Zrobił. Kolejny raz, zrobił to i pragnął więcej.
- Gdy śpisz przychodzę po ciebie, gdy tylko zaśniesz, zmrużysz oko, przepadłeś.
Nie pamiętam, kiedy ostatnio spałem ciurkiem chociaż dwie godziny, a już na pewno nie pamiętam, kiedy przespałem całą noc. W głowie kotłuje się milion spraw i jeszcze więcej obrazów. Szelest liści za oknem łagodzi stres i napięte mięśnie. Samo leżenie na łóżku odpręża, ale chciałbym walnąć zwłokami, obudzić się wypoczęty i w dobrym nastroju. Zmyłem z siebie smród i zgniliznę tamtego miejsca w lesie. Wydrapałem wszystko spod paznokci, linie papilarne są czyste jak łza, następnie zagoiłem umysł procentami, by pomogły zamknąć oczy. Nie mam pojęcia ile moje górne powieki stykały się z dolnymi, może dziesięć albo dwadzieścia minut. W tym czasie zdążyła mi się przyśnić oblepiająca mnie czarna gęsta maź, która chwytała łapczywie za skórę i wnikała do wnętrza wypełniając po brzegi. Czy to było zło, jakie mnie otacza? Może znak, lub ostrzeżenie?
Leżę w bezruchu na łóżku, głowa zatapia się w puchowej poduszce. Upał doskwiera nawet nocami, wentylatory chodzą na najwyższych obrotach jęcząc mi do ucha jakby ta praca sprawiała im cierpienie. Oddech mam płytki, sen nie przychodzi, nawet durny sposób liczenia baranów nie pomaga, zmodyfikowałem go na strzelanie do ruchomego celu, jak w grze. Nic, nasłuchuję świszczenia łopatek wentylatora, może jakbym go odłączył dałbym radę usnąć? Nagle w brzuchu zaczyna mi burczeć i zaciskać żołądek. Zjadłbym smażonego kotleta, albo grillowanego szaszłyka. Gdzieś w oddali śpiewa kos, znam typa odwala mu czasem w środku nocy i gwiżdże. Gdy kończy swoją arię, zwlekam się z łóżka i ciągnę nogami do łazienki po cichu, by nie zbudzić Emilii. Szybki prysznic, zmiana ubrania i wrzut czegoś lekko strawnego na pusty żołądek.
Idę do kuchni i otwieram lodówkę, został niedojedzony obiad z wczoraj. Kawałek mięsa w ciemnym sosie i trochę ziemniaków. Wciskam talerz do mikrofalówki i podgrzewam, zapach mięsa unosi się w powietrzu i wpycha natychmiast do nosa. Przełykam ślinę i zabieram talerz do stołu. Nastawiam kawiarkę na małą podwójną kawę i zajadam się bardzo zdrowym jak na moje realia kawałkiem pieczonego schabowego mięsa z poprzedniego dnia. Kończąc prawie posiłek słyszę krzątaninę w sypialni i ciche człapanie bosych stóp na podłodze.
Staje w progu, patrzy uważnie na moje ruchy, a ja kątem oka widzę jej kwaśną minę i mam świadomość nadchodzącej burzy.
- Porozmawiaj ze mną - zaczyna. - Przychodzisz, zasypiasz, wstajesz i znikasz. Odwołujesz spotkanie, a ja widzę cię tylko jak leżysz na tym cholernym łóżku z zamkniętymi powiekami.
- Co mam ci powiedzieć? - Wciskam ostatni kawałek mięsa do ust i przeżuwam wolno.
- Zależy ci chociaż?
- Emilio, przecież wiesz. - Odkładam widelec i wywracam oczyma.
Wstawiam talerz do zmywarki i zabieram kubek z kawiarki, siadam z powrotem na krześle przy kuchennym stole, w tym samym momencie co upijam gorącej kawy moje usta wykrzywiają się a brwi załamują do przerwy między nimi. Zaczynając przygodę z piciem kawy na studiach przyzwyczaiłem się do osłodzonej, a ta ma gorzkawy posmak. Łapię za cukierniczkę, na twarzy czuję złość Emilii, jaką wylewa na mnie nawet, gdy nic nie mówi. Czuję to i już, nie muszę jej widzieć i chociaż stoi za moimi plecami, jej negatywna energia osacza moje ciało.
Wsypuję dwie łyżeczki cukru i mieszam leniwie w kubku, wlepiając wzrok we wzburzoną ciecz.
- Ostatnio wiele się działo - zaczynam wolno, zawieszony nad kubkiem.
Jej małe stopy przesuwają się za moimi plecami, nagle jest obok, po czym staje naprzeciw po drugiej stronie stołu. Zaplata ręce na piersi w geście obronnym, zawsze tak robi i wciska mi do ust bzdurne wymówki, jakich nawet nie byłbym w stanie wymyślić.
Czekam. Czekam aż wybuchnie. Wyładuje swój gniew na mnie, aby sobie ulżyć, a ja będę główkował cały dzień jak zaradzić naszym problemom.
- Zawsze wiele się dzieje i tutaj tkwi problem.
- Mówisz o mojej pracy czy o tym, że nie mamy czasu na ten cholerny ślub?
- Problemem jesteś ty. - Ciska groźne spojrzenie, jej twarz anioła zmienia się w sekundę w diabelskie oblicze.
Zdaję sobie sprawę, że ani ona, ani ja nie mamy ochoty na kolejną kłótnię. Kocha mnie a ja ją, ale ta miłość z czasem ulatnia się, a pomiędzy nami zaczął budować się betonowy mur. Wiele razy powtarzała mi i powtarza nadal, że tylko ona wyciąga dłoń na drugą stronę, pragnąc uchronić nas od separacji.
- Każdy ma problemy - podnoszę na nią wzrok - to nie komedia mydlana tylko prawdziwe życie Emilio. Mam wymagającą pracę, kocham swój zawód, kocham ciebie i chcę wziąć ten cholerny ślub.
Kiwa lekko głową, a na twarzy pojawia się delikatny zawiedzony półuśmiech. Wzdycha głęboko.
- Nie chcesz ślubu, bo ożeniłeś się z pracą.
Jej słowa dźgają mocno w serce, ale mam świadomość racji, jaką wypowiada. Zawsze potrafi uderzyć ostrą częścią szpikulca i wciskać głęboko, by długo bolało.
Wibracje telefonu na stole zwracają naszą uwagę, spoglądam na wyświetlacz, a kątem oka dostrzegam jak Emilia robi to samo z kolejną kwaśną miną. Nie odbieram, czekam na kolejną lawę z jej ust, która obleje moje ciało a potem zastygnie na twardą skorupę, jakiej nie zdołam przebić. Nie mam więcej na to siły.
Malewicz dobija się trzy razy z rzędu, aż w końcu przestaje i przesyła wiadomość tekstową.
Na Ryfamie, za pół godziny.
Nurkuję ustami ponownie do kubka i za jednym razem wypijam połowę. Umysł trzeźwieje po wczorajszym resecie przy meczu i piwie.
Dostrzegam zmęczenie na twarzy Emilii. Jej niema twarz chce krzyczeć, na czole pojawia się zmarszczona bruzda. Czuję, że tym razem coś się zmieniło. Przechodzi mnie dziwne wrażenie jakby miała ochotę to zamknąć teraz. Nas zamknąć.
Rozwieram usta wiedząc, że słowa zranią nie tylko ją, ale i mnie. Zamykam je, gdy Emilia zaczyna mówić, a to, co wypowiada boli bardzo.
- To była piękna Idylla Dawidzie. Musiała się skończyć. Doskonale o tym wiesz. Nie jestem typem kobiety nieustannie czekającej na uwagę, chcę uwagi.
- Wiem. Zasługujesz na to, ale nie jestem w stanie ci tego dać. Wiedziałaś gdzie pracuję - urywam i po dłuższej chwili wydającej się wiecznością, podejmuję - chcę żebyś była szczęśliwa.
- To rzuć to w cholerę!
Uśmiecham się tylko lekko, odstawiam kubek na stół, zabieram kluczyki z wozu i wychodzę. Nie patrzę na nią, nie mam ochoty ranić swojego serca jeszcze bardziej. Gdybym został dłużej, słowa zamieniłyby się w krzyki nieprowadzące do niczego między nami, a mój umysł zaprzątałaby dzisiejsza scena. Wychodząc zaoszczędzam sobie i jej bólu.
Wiadomość od Malewicza wróży kolejną scenkę zbrodni, potrzebuję miejsca w swoim umyśle, przestrzeni. Nie mam pojęcia jak zaradzić naszym problemom, każdy je ma, ale Emilia sądzi, że problemy mają nieudane związki. Jest młodsza ode mnie i czasem zastanawiam się czy długo wierzyła w świętego Mikołaja, czy to wina rodziców dających jej zły przykład? Życie to nie bajka, dorosłość to kolejny rozdział życia, ale z dzieciństwa trzeba wyrosnąć i nie łudzić się happy endami z hollywoodzkich filmów.
Siedząc w swoim biurze, obdzwaniam wszystkich specjalistów Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej. Nasłuchuję się przy tym jak wielu jest bezdomnych i potrzebujących pomocy, zwłaszcza zimą, gdy nadchodzą srogie mrozy. Wszyscy specjaliści są zgodni co do jednego, kilka tygodni temu przyjęto do jednej z noclegowni buńczucznego mężczyznę, który posmakował gorzkiej strony egzystencji. Jedna z fabryk w pobliskim mieście upadła, a razem z nią zwolniono ponad stu pracowników. Mężczyzna z alimentami na głowie ciężko miał ze znalezieniem nowej pracy. Pracodawcy krzywo patrzą na kogoś grubo po trzydziestce mającego w swoim życiorysie tylko jeden zakład pracy. Wolą świeże mięso podatne na sugestie, plastyczne i uległe szefostwu. Pieniądze się skończyły, zadłużenie rosło, właściciel mieszkania kazał się wynieść i tym sposobem trafił na bruk. Niezadowolony, zrozpaczony. Nigdy nie sięgał po alkohol, wstręt do niego przysporzył mu ojciec i jeszcze większy wstręt do bezdomnych osób. MOPS przydzielił mężczyźnie pryczę w ośrodku i starał się pomóc jak tylko mógł. Chętny do pracy robił co mu kazano, ale widok zachlanych mord wałęsających się po ośrodku, gdy inni trzeźwi śpią w zieleńcach, wstrząsał nim co noc. Wdawał się w liczne sprzeczki i bójki. Wyzywał od nieudaczników, nie raz lądując na komendzie za podbite oko czy wybity ząb.
Odkładając słuchawkę telefonu pomyślałem, że to jakiś trop i trzeba go sprawdzić dokładniej. Ośrodek nie jest daleko, tylko pięć minut samochodem. Wchodząc do placówki czuję się nieswojo, każdy może nagle zostać w sytuacji bez wyboru. Spokojne i ustatkowane życie runie i znajdziemy się na identycznym zakręcie, bez pracy, finansów a przyjaciele tylko z nazwy będą przyjaciółmi i okaże się, że tak naprawdę ich nie mamy. W jednym momencie jesteś bezpieczny w innym, poznajesz gorzki smak egzystencji.
Kobieta opiekująca się ośrodkiem kieruje mnie do stołówki. Podchodzę do mężczyzny w koszuli w zieloną kratę, schludnie ubranego i uczesanego. Gdyby nie wskazała mi mężczyzny, pomyślałbym, że to jeden z pracowników placówki.
- Dariusza Wawoczny? - pytam, stając tuż przed nim. Dzieli nas jedynie stół.
Siedzi z głowa opuszczoną nad gazetą. Zaciekawia mnie nagłówek artykułu, jaki czyta: "Mózg, pamięć i podświadomość". Nie spodziewałem się intelektualisty, niestety ludzie rzadko mnie zaskakują. Podnosi na mnie spojrzenie, nie jest zdziwiony ani wystraszony. Jego oczy mają w sobie ból i błękitne morze pustki.
- Tak.
- Aspirant Dawid Aleksandrowicz, mam kilka pytań do pana.
Prostuje zgarbione plecy i opiera je powoli o oparcie drewnianej ławki zaplatając ramiona na klatce piersiowej.
- W związku z czym? - pyta zdziwionym i ciekawskim wzrokiem.
- Pańskim przypadkiem i tym, co się dzieje w ośrodku oraz na zewnątrz.
- Niech pan pyta. Nie mam nic do ukrycia i nikogo kryć nie mam zamiaru.
- Miewał pan zatargi z mężczyznami z ośrodka?
- Owszem, nie zaprzeczę.
- Dlaczego?
- Nie znoszę pijanych imbecyli, przychodzą narąbani, robią chlew, a miasto musi za nich płacić, ludzie płacą za ich wybryki i wyjazdy na wytrzeźwieniówkę. Pan również płaci, nie wkurza to pana?
Puszczam mimo uszu podżeganie i drążę dalej:
- Pracuje pan?
- Tak, ośrodek mi pomógł, pracuję na produkcji, składamy części samochodowe. Jestem zadowolony z pracy, część wypłaty oddaję. Ja płacę za pobyt nie to, co te darmozjady. Gdy wstanę na nogi wynajmę mieszkanie.
- Słyszał pan o zaginięciach wśród bezdomnych?
- Wszyscy chyba słyszeli, cały ośrodek aż huczy od plotek. Na początku to mnie oskarżali.
- Doprawdy? - podchwytuję jego słowa. - Dlaczego?
- Bo ich nie znoszę, śmierdzą, są niekulturalni i kombinują jak orżnąć prawego człowieka, by kupić setkę.
- Czy miewał pan kontakt z bezdomnymi z ulicy?
- Chwila... - podnosi głos. - Czy dobrze rozumiem... chcecie połączyć mnie z tym gównem?
- To rutynowe przesłuchanie, szukamy świadków, informacji, wszystkiego, co może nam pomóc.
- Brednie! - uderza pięścią w stół, wściekłość oblewa purpurą bladą twarz. - Dwa razy mnie przymknęli za bójkę, której nie wszcząłem. Przez tych popaprańców mam plamę w kartotece, ale nigdy bym nie skrzywdził człowieka.
- Słyszeliśmy co innego. Podobno groził pan komuś z ośrodka.
- Ośrodek to wytwórnia bajek. Wierzcie, w co chcecie. Powiem wam jedno, lepiej trafić do pierdla niż do ośrodka z takimi ludźmi.
- Jeśli chodzi o plotki krążące w ośrodku, co mówią ludzie?
- Bredzą o postaci ukrywającej się w mroku. Wysokiej, smukłej z długimi rękoma. Przychodzi, gdy śpisz, syczy do ucha i zabiera po cichu.
- Wierzy w to pan?
- Znam jeszcze jedną plotkę.
- Jaką? - pytam, wiercąc wzrokiem w jego oczach.
- Taką, że to policja usuwa niewygodnych ludzi - szczerzy złośliwie zęby w moją stronę.
Moją uwagę odwraca zgrzyt drzwi, poruszonych przeciągiem za plecami.
- Interesujące.
- Też tak sądzę, ale jeśli to prawda, to gratuluję inicjatywy. Brudy trzeba wyrzucać.
- Słucham? - Wracam spojrzeniem na mężczyznę.
- Powiedziałem, że gratuluję.
- Nie, nie, to ostatnie.
Mężczyzna przełyka ślinę i powtarza niepewnie:
- Brudy trzeba usuwać?
- Podjąłby się pan usunięcia tego... brudu?
- Tak tylko powiedziałem. - Wzrusza ramionami.
- Dziwnym trafem w ostatnim miejscu znaleźliśmy odrąbaną dłoń, a na legowisku karteczkę z takim powiedzeniem. Może to jednak pan się mści?
Mężczyzna zaczyna się lekko śmiać, lecz w jego głosie da się wyczuć panikę. Zalążek niepewności i strachu mogę sprytnie wykorzystać przeciw niemu.
- Jeśli ma pan wstręt do takich ludzi to, co stoi panu na przeszkodzie w ich usunięciu?
Milczy jak zaklęty, wlepiając spojrzenie w drzwi za moimi plecami.
- Brudy trzeba usuwać nim się zakorzenią. Mówi to coś panu?
- Już mnie osądziliście. Nie będę wam ułatwiał dalszej pracy. Przepytajcie innych z ośrodka, mamy tak zwaną godzinę policyjną i co noc spałem w pokoju. Tutaj trzeba się dostosować do panujących zasad, w przeciwnym wypadku wyleci się z programu.
Tym razem patrzę prosto w oczy mężczyźnie, czekam na zawahanie, ale czy ktoś dopuszczający się zbrodni pokaże słaby punkt i ujawni swój lęk?
- A pan nie w pracy dzisiaj?
- Mam nockę.
- Rozumiem. Będziemy z panem w kontakcie, najlepiej, aby pan nie wyjeżdżał z miasta.
- Nigdzie się nie wybieram. To moje miasto, i dobrze mi tutaj.
Zmarnowałem tylko czas, błędne koło się powiększa. Wysłuchując bredni ludzi w ośrodku zastanawiam się, jaki jest sens przesłuchiwania ich. Faktycznie tworzą bajki, niestworzone historie. Każdy zwala na innego winę chcąc podkopać czyiś autorytet.
- Bartosz? Słuchaj - mamroczę do telefonu - klapa. Mam jednego, ale wątpię by to on robił. Ośrodek pilnuje swoich podopiecznych. A co u ciebie?
- Nużą mnie już te bajeczki i brednie tych ludzi. Nasza mara już jest słynna w jadłodajni i aż huczy o niej, nawet robią zakłady, kto teraz zniknie.
- Cudownie, ludzie znikają a ci sobie jaja robią. Może zostawimy ich w cholerę? Niech sobie radzą sami.
- Chciałbyś.
Uniósł wysoko wydartą gałkę oczną i pokazał mu przed oczyma. Zawsze wmawiał sobie, że inspiracja podobnymi uczynkami jest błędem. Chciał stworzyć coś nowego, być pierwowzorem do naśladowania. Wstręt był tak silny i zakorzeniony w jego umyśle, że popchał go do stworzenia czegoś pięknego w jego mniemaniu. Zakasując rękawy, wyobrażał sobie, jaki piękny będzie świat bez owego brudu. Dzieci radosne i uśmiechnięte bez lęku i obaw chadzające po lesie, a starszym nie przejdzie przez myśl wulgarne słowo, bo znikną oblane alkoholem ławki i zaśmiecone dróżki. Smród i rzygowiny znikną, śmieci z zakamarków trafią do kosza, a słońce zajrzy wesołym promieniem i zdziwi się na ten widok.
Przepity umysł menela pracował w spowolnionym tempie. Nieostry wzrok dostrzegł czarną postać i coś dziwacznego w jego dłoni. Nie wystraszył się od razu, myślał, że to mara, kolejny z dziwacznych snów po alkoholu. Przetarł oczy i skupił spojrzenie na przedmiocie dyndającym w powietrzu. Okrągły przedmiot wydawał się mu bardzo znajomy, zbliżył twarz i zdębiał. W sekundę zrobił się sztywny jak kołek, a w gardle zaschło na wiór. Przerażony kręcił energicznie głową, noc otulała okolicę. Był sam. Zawsze sam nocował w domku zbitym z wygrzebanych płyt, jakie wyrzucają mieszkańcy podczas remontów na śmietnik. Uzbierał pokaźną kolekcję, z której był w stanie postawić skromną kostkę ze sztywnymi ściankami, a na górę narzucić sporej wielkości tropik starego namiotu, by zabezpieczyć płyty przed deszczem.
Syk wpadł do ucha, a mokra mgiełka otuliła jego śmierdzącą twarz. Chciał uciec, ale jedyną drogę ucieczki zablokowała czarna postać, rozszerzająca swoją skórę na boki. Potwór przypominał mu nietoperza, niewyobrażalnie wielkiego, jego błony między kończynami falowały, wydając dźwięk przypominający stłumiony odgłos grzmotów, będący następstwem pioruna. Kolejny syk wpadał do ucha, był tuż obok ramienia. Głowa upadła na zmięty pled służący za poduszkę. Ciało leżało bezwładnie, ostre zęby wbiły się mocno, głęboko i zostawiły krwawy ślad.
Poczuł ulgę zadając ból, czyszcząc brud. Szelest zwrócił jego uwagę, wyszedł z namiotu szukając wzrokiem źródła odgłosu. Wiedział doskonale, że ma przewagę. Jego wyższość napędzała do zbrodni. Poszedł za głosem przemieszczającym się pomiędzy drzewami. Słyszał sapanie za jednym z grubych pni. Blask księżyca zdradził miejsca kryjówki intruza. Cień skulonego człowieka padał ukosem i poruszał się, gdy głową rozglądał się na boki. Podszedł cicho, bezszelestnie. Rozpylił gaz na twarz podglądacza i przytknął kawałek materiału do ust, by nie narobił hałasu. Nie chciał widowni, miał zadanie do wykonania, krwawa żądza przepełniła umysł.
Wrócił do swojej zdobyczy. Miał jeszcze dużo do zrobienia.
Tylko jedno może poratować nasze zmęczone umysły. Piwo z kumplami, jedno bo na dwa nie mam ochoty, rozleniwi mnie bardziej i stworzy powód do kolejnej sprzeczki z Emilią. Ale przed piwem muszę napić się czegoś mocniejszego.
- Podwójną czystą z lodem i trzy piwa długo dojrzewające - mówię do barmanki, opierając się o kontuar, bębnię palcami o lakierowane ciemne drewno. Wyjmuję portfel z kieszeni i podaję kobiecie banknot pięćdziesięciozłotowy. Czystą nie pogardzę, przynajmniej pomoże w strawieniu dzisiejszego fastfooda z lokalnej hamburgerowej budki.
- Mucha, będziemy z tyłu - mówi Malewicz, pokazując kumplowi najlepsze miejsce w całym lokalu.
- Spoko.
- Czysta - barmanka stawia na ladzie kieliszek. - A piwa zaraz przyniosę - wydaje resztę. Dwie młode pary usadawiają się za mną na drewnianych ławkach. Chcąc czy nie chcąc podsłuchuję ich rozmowy, bredzą coś o przedstawieniu w teatrze. Jak dla mnie mało romantyczne miejsce na randkę, wolę coś bardziej oryginalnego jak park rozrywki czy klasycznie kinowe nowości z pudełkiem popcornu. Wypijam połowę czystej i parskam śmiechem. Czy ja właśnie usłyszałem imię jednej z kobiet? Brzmiało jak ulubiony napój z dzieciństwa.
- Dziękuję - mówię do barmanki, łapię szkło w palce i przytykam do ust, wypijam resztę zawartości z zamkniętymi oczyma. Lubię ten dreszcz, jaki daje jeden niewinny szot, przechodzi przez gardło i rozprzestrzenia się w brzuchu a następnie łaskocze kończyny jakby mi zdrętwiały. Rozluźnia natychmiast. Mlaskam jęzorem i odstawiam kieliszek.
Dzień był długi, a noc zapowiadała się jeszcze dłuższa. Świadomość rozwścieczonej Emilii zniechęca do powrotu. Nie zawsze tak było, kiedyś cieszyła się z moich powrotów po pracy, rzucała do karku obsypując milionem pocałunków. Teraz jednak wyrzucam negatywne myśli, i wspinam się po kilku stopniach na tył lokalu. Uwielbiam to miejsce, szczególnie zimową porą, gdy na dworze jest minusowa temperatura i śniegu po kolana. Z głośników płynie muzyka, kumple są weseli i można posiedzieć przy żywym ogniu, rozpalanym wieczorami w kominku w drugiej sali dla palących.
Rozsiadam się na drewnianej ławce i wsłuchuję w paplaninę kolegów.
- Jak mi dzisiaj nikt nie zadzwoni, to jutro mnie nie ma - oznajmia komisarz Barker, opierając plecy o oparcie drewnianej ławki.
- Bierzesz wolne? - podchwyca Malewicz.
- Zabieram dzieciaki nad morze. Jak skończycie sprawę to musicie się zresetować. Oczywiście ty, masz przerąbane - wskazuje paluchem na moją twarz. - Może musisz ćwiczyć jakąś mantrę, aby odeprzeć od siebie negatywne emocje, to pewnie one przyciągają natłok spraw.
- Co ty pieprzysz? - unoszę brwi. - Żona ci bzdety do głowy wbija. Lubię swoją robotę.
- Nie słuchaj go, Emilia się z nim ścięła - wyjaśnia Malewicz, obserwując barmankę i tacę z ich butelkami.
- Od dawna marzyłem o zimnym browcu, a ten aż ocieka chłodem na szyjce butelki - puszcza wodzę fantazji komisarz.
- Zboczeniec - śmieję się, zabierając swoje piwo. Robię dwa łyki i odstawiam na stół. Chłód orzeźwia rozgrzane ciało i luzuje napięcie kumulujące się nad łopatkami.
Knajpa utrzymana w żeglarskim stylu od lat cieszy się dobrą renomą, największym jej plusem jest klimat i muzyka płynąca z głośników. Brak miejsca do tańczenia odpycha nastolatków i młodych, za to przyciąga grono ludzi lubiących wypić i spokojnie pójść spać. Sam właściciel nie stroni od pogawędek, a obsługa jest rewelacyjna. Przed północą serwują chleb ze smalcem i solą, ulubioną przekąskę po tej stronie Polski.
- Jak daleko jesteście? - pyta Barker.
Nie wiem czy ma świadomość tego, co mówi i że Malewicz razem ze mną zmyje mu głowę za to durne pytanie.
- Milion lat świetlnych od celu - sapie Bartosz, wpatrzony w butelkę piwa.
- To widmo - wypalam bez zastanowienia.
- Widmo? - Barker spogląda na Malewicza, po czym skupia się na mojej osobie.
Wiem, że wszyscy w moim otoczeniu z niecierpliwością zawsze czekają aż zwęszę trop i pokażę oprychom gdzie rośnie pieprz. Nie tym razem.
- Każdy ma swój słaby punkt, znajdę go. Tacy ludzie jak nasz sprawca to złożone osobowości. Seryjny zabójca w większości przypadków chce być złapany, oblany sławą, by napawać się tym aż do śmierci. Łapiąc takiego gnojka żywcem, ja czuję się spełniony, a on zawiedziony, bo wolał kulę w łeb niż pierdel.
Chwytam za butelkę, chłód szkła osacza skórę wewnętrznej części dłoni i koi rozgrzane węgielki, wyrywające się z żył.
- Bez ciał, jesteśmy nadal w lesie - kręci głową Malewicz.
- Kiepska sprawa.
- Dłoń, cierń i dziwaczne liściki. On chce być złapany i obawiam się, że ma chrapkę na sławę. Na początku wyglądało to na zemstę, potem na zabawę a teraz na przedstawienie.
- Zmienia się? - podejmuje Barker.
- Zmienia, albo robi nas w konia.
- Dlaczego myślisz, że pierwsza ofiara to zemsta? - podejmuje komisarz.
- To proste, nasz sprawca musiał być w przeszłości jednym z nich, to skupiło jego zainteresowanie na tej grupie. Zraniony za dziecka, albo wylądował na krawędzi życia przez zbieg okoliczności i odbił się od dna. Pewnie go to wkurza, że reszta robi z miasta syf. Pierwsza ofiara była rozeznaniem. Drugą ofiarą się zabawił, bo chciał sprawdzić na ile może sobie pozwolić, ale trzecia to przedstawienie. Znalazł cel i sposób wykonania, teraz chce zwrócić na siebie uwagę, chce byśmy go znaleźli i to on zdecyduje, kiedy to nastąpi. Takie potwory chcą być schwytane, ale na własnych warunkach. Ja się na to nie zgadzam. Tak czy siak, w jakimś momencie popełni błąd, a wtedy dorwę drania.
- Masz jeszcze sporo zapału Mucha, mój wygasa, jest na granicy wyczerpania - komentuje komisarz dłubiący słonecznik nad popielniczką.
Przystawiam butelkę do ust i wypijam połowę alkoholu. Malewicz zawiesza się nad kolorową aztecką podkładką pod butelkę, a Barker wyjmuje paczkę fajek i zapala jednego, zadymiając przestrzeń między naszymi twarzami.
- Chcecie? - pyta, wypuszczając dymek z ust.
- Nie dzięki - kręci głową Malewicz.
A ja uśmiecham się lekko i dopijam swoje piwo.
- Jak możecie nie palić? W takim zawodzie nerwy pożerają od środka, a to mi pomaga je utrzymać na wodzy.
Malewicz zaczyna się śmiać i rzuca spojrzenie w moją stronę.
- Wolę sex - wyjaśnia Malewicz.
- A ja sport, a to gówno niszczy wydolność płuc.
- Co zamierzacie? - pyta komisarz.
Malewicz wie, że jak zwykle wpadnę na pomysł i wyskoczę z nim właśnie w tej sytuacji. Pewnie dlatego milczy i uśmiecha się półgębkiem, spoglądając w moją twarz.
Prawy kącik ust zaczyna mi lekko drgać. Mam pomysł, ale nikomu jeszcze nie mówiłem o planie, a teraz jest doskonała okazja. Rozluźnieni kumple będą łatwiejsi do przekonania. Krzyżuję dłonie na piersi i zaczynam:
- Chcę się rozejrzeć nocą w miejscach gdzie śpią bezdomni.
- W lesie? - pyta Malewicz.
- A masz inny pomysł?
- Mucha ma rację - przytakuje Barker.
- Niby jak chcesz to zrobić? - drąży zszokowany Malewicz.
- Sam. Bez gapiów, bo go spłoszymy. Niech myśli, że ma wolną rękę. Jeśli ci ludzie nie kłamali to sprawca zabiera zdobycz mniej więcej, co drugi dzień.
- Cudownie, Mucha, jako lump! Jak to się wyda, to wydział będzie pod lupą.
- Nie paplaj gębą to się nie wyda - warczę.
- Nie wiem czy to dobry pomysł, ale jest to jakiś pomysł i punkt zaczepienia - oznajmia Barker. - Tylko nie daj się złapać, nie daj poznać, kim jesteś. To bystra bestia i obawiam się, że może wywęszyć podstęp.
- Muszę być o krok przed nim - mówię i wypijam dwa łyki piwa.
- Jak chcesz być o krok przed nim jak nie znamy jeszcze schematu jego działania.
- Nim go poznamy, zabije więcej ludzi.
- Nie jestem przekonany do tego.
- Nie musisz udzielać mi błogosławieństwa.
Barker śmieje się w głos na nasze przekomarzanie i wypuszcza ostatnie obłoki papierosowego dymu, gasząc peta w popielniczce celuje paluchem w nas oboje.
- Jesteście siebie warci.