Mszary - Danuta Marć

Kup ebooka

19.99 zł
15.99 zł (4,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Jeden z ostatnich tej wiosny przymrozków zwarzył pierwsze liście. Ich delikatne blaszki zwiotczały i smętnie zwisały na gałązkach. Zdawały się być przezroczyste pomimo zakrzepłego w nich żywego odcienia zieleni. Te zaś, które otulone były jeszcze brunatnymi łuskami ochronnych pąków, trwały w stanie uśpienia tuż przed przebudzeniem, poddane westchnieniom chłodnego wiatru. Z pobliskiego lasu ciągnęło cieplejsze powietrze, mające przegnać ten chłód, jak gorące tchnienie z wnętrza płuc przepędza pierwszy szron ze źdźbeł traw, kiedy się na nie chuchnie. Zewsząd słychać było nasycone zadowoleniem mlaskanie błot, odtajałych po zimie oraz głośne ich bulgotanie, spowodowane wyziewami trujących gazów, które wyrywały się na świat z wnętrza trzęsawiska, chwilę wisiały nad nim, a potem wałęsały się wraz z mgłą, mieszały się z nią i osiadały szadzią na, w większości jeszcze nagich, konarach drzew i gałęziach krzewów. Było pięknie, choć widok napawał grozą i niejasnym lękiem. Jakby było się w samym środku baśni, ściszonym i tajemniczym głosem bajanej wieczorem przez wprawnego gawędziarza przy ognisku albo przy domowym palenisku.

Brzask odsłonił ludzkie zwłoki, oswobodzone z wolnego od lodu mokradła, wyplute z trzewi bagna. Nie zaburzały one widoku, a nawet wtapiały się w mroczny klimat. Dryfowały swobodnie, poddając się leniwym prądom, które w tym miejscu z rzadka pluskały gazowymi bąblami. Nad rozdętym truchłem wolno i dostojnie szybował błotniak. Ptak nie interesował się zbyt łatwą w zdobyciu padliną i mocno już nieświeżą, a wypatrywał pierwszych żab, które niezrażone przelotnym zimnem, zaczęły przybywać na gody i rechotały zawzięcie.

Wszędzie czuć było wiosnę i gdyby nie wyzierające z bagna przykurczone, zesztywniałe palce, gdyby nie przypominająca odwróconą dnem do góry czarę potylica oblepiona mokrymi, przywartymi do skóry włosami, gdyby nie przesiąknięta wodą kapota przylegająca do pleców topielca, Lestko przeszedłby obok po znanej mu, pozbawionej zdradliwego ruchu ścieżynie trzęsawiska i poleciał do chałupy, w której czekał ojciec na wiklinę. Chłopak dźwigał ją z mokradeł, bo czas był ostatni na zbiory wierzbowych witek, a te zerwane o świcie i w tamtym miejscu, były najlepsze. Z każdym dniem gałązki coraz mniej nadawały się do plecenia koszy, a Lestko chorował ostatnio i dopiero teraz zabrał się za robotę.

Co innego ojciec, ten nie marnował czasu. Kobiałki z gałęzi wierzbowych, przydźwiganych zeszłego roku wczesną wiosną i późną jesienią, jeszcze przed niedomaganiem Lestka, gotowe były do sprzedaży lub wymiany na inny towar. W końcu brakło nowych pędów, które dałyby ojcu zajęcie, a im wszystkim parę grzywien na dość skromne życie. Lestko chciał nadrobić zaległości i od tygodnia codziennie zrywał się przed wstaniem słońca, wychodził z chałupy z pierwszymi jego promieniami, przedzierał się przez bagienną brzezinę i zarośla kruszyny aż do skupisk łozinowych pędów, by wyciąć najbardziej giętkie i długie, zanim w roślinach ruszą wiosenne soki. Choć chłopiec obawiał się bagien, głównie ze względu na respekt przed zamieszkującymi je demonami, robił co do niego należało bez marudzenia. Znał dość dobrze trzęsawisko i nawet lubił uczucie obawy przed nim, ale też wiedział, że bez potrzeby nie zapuszczałby się w nie nigdy. Potem niósł ścięte witki do chałupy, z siostrą Mirą gotował je i obrabiał, by kora wierzbowa odeszła. Ojciec z gołych witek robił kosze, a Lestko, jako że miał młode i zwinne palce, skręcał powrozy z kory. To zajęcie lubił bardziej niż inne, bo mógł w jego czasie do woli rozmyślać nad usłyszanymi od wędrownych kupców powiastkami, legendami prawionymi przez żebrzących lub szukających po wioskach zarobku gawędziarzy i mógł dorabiać do nich własne historie.

Wojciech, ojciec Lestka, sam nie mógł zadbać o materiał na plecionki. Od z górą dwóch lat łaził o lasce koło domowego obejścia, po utracie znacznego fragmentu nogi w potyczce z wojownikiem obcego plemienia, które zapragnęło zawładnąć osadą. Do tamtej pory żyło się Wojciechowi szczęśliwie, chociaż wcześniej bogowie zabrali mu ukochaną żonę. Ale przyzwyczaił się do straty, przebolał ją, bo miał jeszcze dzieci i zdrowie, które utracił niedługo potem. Szczęśliwy traf chciał, że najeźdźca nie poturbował go mieczem bardziej niż mógł. Wojciech nie wykrwawił się też całkiem po tym okaleczeniu. Jednak faktem było, że ledwo uszedł z życiem. Od tej pory mężczyzna nie nadawał się do cięższej pracy i dobrze się złożyło, że za dziecka nauczył się wyplatania wikliny i dobrze pamiętał to jeszcze. Nie stał się wraz z utratą kulasa bezużytecznym dla rodziny, co ważne było w ciężkim życiu w osadzie położonej z dala od innych, wśród bagien i lasów. Nie był trutniem i mógł zarabiać na niezbędne wydatki. Mógł z pomocą bogów utrzymać rodzinę. Nie było im źle.

Lestko zatrzymał się na wąskiej ścieżynie. Giętkie witki trzymane do tej pory przez chłopaka, a teraz uwolnione z uścisku osłabłego nagle ramienia i z obwiązanej wierzbowym sznurem wiązki, rozsypały się wokół stóp Lestka. Chłopiec zadrżał na całym ciele. Był to zwykły odruch przestrachu malca na widok pływającego ludzkiego truchła. Chłopak stał długą chwilę jak osłupiały, nie mogąc się ruszyć, wciąż telepiąc się z bojaźni, ze wzrokiem wpatrzonym w dryfującego nieboszczyka. Zastanawiał się, co lepsze: zmusić swe ciało do obronnej reakcji i wziąć nogi za pas, czy też, pokonując paraliżującą go wciąż obawę sprawdzić, kto padł ofiarą utopca. W obu przypadkach nie było to łatwe. Tak czy owak, musiał przezwyciężyć niemoc, jaka nadal go krępowała i trzymała w miejscu, a w tej drugiej okoliczności mieć jeszcze pewność, że i jemu samemu nie stanie się nic złego.

Chłopiec wziął głęboki oddech, jak uczył go ojciec, który zawsze powtarzał, że jeśli Lestko znajdzie się w niepewnej sytuacji i nie będzie wiedział, co uczynić, niech zacznie od oddychania. Oddychanie daje życie, sprawia, że nie może ono łatwo ujść z człeka, który o tym oddychaniu pamięta. Kiedy trzeba, rozjaśni mu umysł i da odpowiedź, jak poradzić sobie z niespodziewaną zawadą. Oddychanie pozwoliło uzmysłowić sobie malcowi, że strach mu nie pomaga i kazało mu nieco ochłonąć. Lestko mógł się poruszyć. Rozejrzał się, wciąż jednak lękliwie. Był sam. Wiatr ustał i wszystko trwało w bezruchu. Żaby przestały rechotać, nie wiadomo, czy z powodu krążącego bezszelestnie błotniaka, czy wiszącej nad trzęsawiskiem tajemnicy. Prócz zwłok, nie było nigdzie śladu po wodnych demonach oraz ich osławionych okropnością igraszkach i harcach.

Chłopiec odważył się i podniósł z ziemi najgrubszą łozinę z porzuconych przez siebie patyków. Podszedł bliżej rozlewiska, ale bez ryzyka wpadnięcia w nie i wchłonięcia Lestka w głąb błota. Na bagnach mogło się to przydarzyć każdemu nieuważnemu piechurowi. Ostrożnie sięgnął trzymanym patykiem ku topielcowi. Chwilę macał nim plecy nieboszczyka, po czym dźgnął mocniej, kij zaczepił o materię odzienia i można było przyciągnąć zwłoki. Nie było to łatwe. Lestko był raczej lichej postury, mimo że dość wysoki, można byłoby nawet powiedzieć, że długi i wiotki jak ta łozina, której zbieraniem się zajmował. A ciało topielca było ciężkie, choć rozdęte trupimi gazami i dzięki temu pływające po wodzie niczym łódka. Roślinność bagienna, rozrastająca się w błocku we wsze strony i pogmatwana jak wełniana nić, która oswobodziła się z kłębka i wiła bez nadzoru, też nie ułatwiała zadania. Trup zaczepiał ręką, nogą albo głową o rozgałęzioną i wiszącą nad wodą brzozę niską lub obficie rozrośniętą kępę torfowca.

Lestko ponawiał próby przyciągnięcia zwłok. W końcu topielec, wiedziony ku lądowi tyczką i ostatkiem cierpliwości dziecka, dobił do skraju ścieżki, na której stał Lestko. Chłopak zatknął patyk w grząskim dnie, jak umiał najgłębiej, zmyślnie - przy boku topielca graniczącym z wodą - by trup nie odpłynął. Lestko długą chwilę odpoczywał, dysząc ciężko i próbując wyrównać oddech, po czym nachylił się nad zwłokami, wysilił się jeszcze raz i z wielkim trudem przewrócił je twarzą do nieba.

- Do Peruna! - wrzasnął chłopiec i odskoczył od ciała.

Na Lestka patrzyły ciemne, puste oczodoły. Mężczyzna miał wyłupione przez kogoś albo wyżarte przez coś oczy. Być może to bagienne gadziny pożywiły się nimi, a może demoniczna, zimowa wiła lub równie rozochocona do harców topielica wyssała je, czerpiąc z tego szczególną przyjemność w swojej złośliwości. Lestko słyszał o najdziwniejszych zabawach demonów. A może jakiś utopiec zwiódł swą ofiarę, zabrał jej oddech, patrzenie na świat i wrzucił do Nawii, by połączyła się z przodkami? Nie, musiało być inaczej. Raczej ta dusza sama stała się nawią, wszak uwolniła się z ciała pochłoniętego przez mszary, pieszczonego przez wody mokradeł. Tak czy owak, mężczyzna nie miał oczu, a z zagłębień po nich wyzierała rozmiękła warstwa mułu, zmieszanego z roślinnymi resztkami.

Ostry, przeszywający powietrze krzyk błotniaka wyrwał Lestka z zamyślenia nad ciałem. Ptak szybował nisko, ze skrzydłami ułożonymi pod kątem ostrym i wyraźnie kierował lot ku Lestkowi. Niewiele brakowało, a trąciłby go i wrzucił do trzęsawiska.

A więc nie mylę się, jesteś nawią, która wróciła do świata pod postacią ptaka! - pomyślał Lestko i nie zbierając witek, i nie oglądając się, jak najszybciej uciekł ku osadzie. A błotniak krążył nad rozlewiskiem.

2

- Nie, nikt z naszych nie zaginął od zeszłego lata. Słyszałbym przecież o tym, a i wy wiedzielibyście o takim nieszczęściu. We wsi o wszystkim się gada. Wprawdzie stary Jaromir przepadł zimą w czasie, kiedy z podchodu polował na zwierzynę, ale jego bliscy znaleźli nadjedzone nogi, obute w chodaki ze skórzanymi cholewami. Pewnie to sprawa wilków, które za nic mają, że w lesie pełno zajęcy i saren. Żylastego mięsiwa im się zachciało na odmianę. Starego Jaromira... Takiego poczciwiny. On sam nie skrzywdziłby żywej duszy, oczywiście z wyjątkiem polowania, dla mięsa i skór. A to tylko dlatego, żeby dzieciaki i żona nie głodowali i mieli się czym przyodziać. Niebywała rzecz, taka napaść i takie zeżarcie człowieka. Nieprawdopodobna. Aż nie chce się wierzyć. Wilki stronią przecież od ludzisków. A może to sprawka czegoś innego? Biesy włóczą się po lasach. Czym Jaromir rozsierdził tak bestię? Czym zagniewał demony lasu? A może umarł wcześniej, a zwierzęta pożywiły się już padliną? Taka sprawa, dawno nie widziana. Niedobrze to wróży, że dziki zwierz próbuje ludzkich kiszek, bardziej ceniąc je nad kiszki dzika, zająca czy sarny. Wszak dowodzi to rychłego nadejścia nieszczęścia. Coś złego wisi nad nami. Trzeba szykować się na gorsze czasy.

Wojciech zachichotał gorzko przy tych słowach i wspomniał sobie, że sam o mały włos nie stał się jadłem niedźwiedzia, który tropił go po zapachu krwi, gdy Wojciech uciekał w las z pola walki, kuśtykając o jednej nodze, rzygając z resztki drugiej juchą i podpierając się trzonkiem toporka, którym wcześniej próbował się bronić od ciosów przeciwnika. Niedźwiedź uwziął się na posmakowanie jego trzewi, a miał mnóstwo innych ciał ludzi poległych w potyczce. Nie musiał gonić za ofiarą, miał je na miejscu. Chociaż i tak pewnie kulas Wojciecha posłużył drapieżnikowi za strawę, bo odcięty, pozostał w trawie polany skotłowanej bitwą. Był świeży, zbroczony juchą i jako żywo, niedźwiedziowi posmakowała ta krew Wojciechowa. Dobrze, że Wojciech ocknął się z nieprzytomności w porę, leżąc po walce na ucichłym placu boju i ujrzawszy w pobliżu drapieżnika, zdołał zbiec. Z powodu bycia w szoku i strachu, nie przeszkodził mu w tym tak poważny ubytek na ciele.

- A dzieciątka? No cóż, z tego co Lestku prawisz, ten topielec to żadne dziecko. A wiadomo wszystkim, że latem przy żniwach przepadł mały Bolek, a wczesną jesienią i Staś od Bogusza. Tak, ale to były małe chłopięta. Ślad po nich zaginął. Biedne dzieciątka. Boguszowa żona do dzisiaj wałęsa się po okolicy i wypatruje syna. Nie siedzi w chałupie, nie dba o resztę dzieciaków. Nie opiera ich i nie warzy jadła. Wszystko to robi teraz Bogusz, a pomagają mu te malizny, które jeszcze zostały w chałupie. Na głowę poszło kobiecinie to strapienie. Pomieszanie zmysłów sprowadziło na nieszczęsną i żadne modły do bogów nie pomagają na to, oj żadne.

- A tak, pamiętam to wszystko. A po Jaromirze rzeczywiście zostały tylko nogi. - Mira, starsza siostra Lestka, przypomniała sobie zdarzenie sprzed jakichś dwóch miesięcy. - Ale skąd wiecie tatku, że to był Jaromir? - dodała niepewnie.

- Miruś, chłopak Jaromira rozpoznał chodaki. Jego ojciec sam je szył ze skór upolowanych zwierząt, to i syn poznał w nich ojcowską robotę. On zresztą nosi takie same. To były na pewno nogi Jaromira. Nie można mieć żadnych wątpliwości.

- Ale żeby tylko nogi? - Lestko nie mógł nadziwić się tym opowieściom, choć znał je od dość dawna.

Takie niewiarygodne zdarzenia stanowią dobry temat do wieczornych rozmów, szczególnie zimową porą. Roztrząsane były one nie raz i nie dwa przez wszystkich w osadzie, a Lestko potem w swych rozmyślaniach albo zmieniał ich zakończenia, jeśli mu się nie podobały, albo dopowiadał jeszcze, co mu przyszło na myśl.

- Różne dziwy na świecie się przydarzają. Przeróżne... Przecież ten twój nieboszczyk też nie całkiem zwyczajny. Też nie jest nienaruszony, prawda? Jak stary Jaromir. Mówisz, brakuje mu oczów? - Wojciech popatrzył na syna w zamyśleniu.

- Ano, brakuje i wygląda na to, że to nie ryby. To nie one wyżarły mu ślepia. Chociaż, może jest inaczej. Sam nie wiem.

- Niewiele synu jeszcześ widział w życiu i pewnikiem się mylisz. Trzeba byłoby samemu obejrzeć to truchło. Samemu ocenić. Samemu zajrzeć w te doły po ukradzionych oczach. Inaczej tego nie rozbierzesz.

Wojciech spojrzał ze smutkiem na swoją nogę odciętą niemal pod kolanem. Brakowało w niej prawie całego podudzia i w związku z tym stopy, na której mógłby się stabilnie wesprzeć. Żałował, że nie może sam pójść na bagna, bo laska grzęzła tam nawet w najsuchszej ścieżynie, trudno ją było wydłubać z powrotem i spowalniało to bardzo łażenie. Wojciech znów wspomniał, że o mało się po pamiętnej walce nie wykrwawił. Stałoby się tak z pewnością, gdyby nie Mira, która dobrym zrządzeniem losu, na czas uszła wrogowi przed złapaniem w niewolę i późniejszym wywiezieniem w nieznane, skryła się z Lestkiem oraz innymi kobietami i dziećmi w lesie, cały czas słysząc zmagania chłopów z zaciekłymi żmijami, które zasadziły się na ich dobytek, ziemię i kobiety. A kiedy najeźdźca został przegnany i wszystko ucichło, nie wróciła od razu do chałupy, tylko poszła głębiej w las, szukając ojca. Naszła go próbującego umknąć zwierzęciu, a kiedy niedźwiedź - mimo wszystko rozsądne bydle - zrezygnował w końcu z pogoni, znalazłszy po drodze truchło jednego z poległych i zająwszy się nim na dobre, Mira - trzeźwo myśląc - ciasno owinęła swoją wierzchnią suknią sterczącego, wciąż rzygającego posoką ojcowego kikuta, skutecznie tamując wypływ juchy z Wojciechowego ciała. Nie byłoby już Wojciecha tutaj, gdyby nie rozsądna i odważna córka. Oj, nie byłoby. Potem jego raną zajęła się wioskowa zielarka, stara Dobrosława. Przyżegając ją ogniem, ocaliła Wojciecha od pewnej śmierci. Od śmierci tak, ale nie od niedołęstwa i czarnych myśli każdego dnia.

- Tyle że ja zmitrężę dużo czasu na dotarcie tam albo i nawet mi się to nie uda. Mira, może poprosisz Nadara i pójdziecie z Lestkiem w bagna? Chłopak przestraszył się znaleziska, nie przyjrzał dokładnie i opowiada niestworzone rzeczy. Ale nie dziwię się mu, młody jeszcze, niedoświadczony w oglądaniu nieboszczyków. A Nadar oglądnie, jak trzeba, nie zlęknie się też wodnych demonów. Chłop z niego jak dąb - dodał Wojciech, wracając świadomością do opowieści Lestka.

Córka ożywiła się na tę propozycję. Zerwała się od szykowania strawy. Rzuciła na stół obierane przez siebie, pomarszczone jak skóra starca jabłko od przechowywania w ziemnej norze przez zimę i podbiegła do cebrzyka z wodą. Rzuciła szybkie spojrzenie w gładką taflę cieczy i pokręciła z dezaprobatą głową. Potem zanurzyła dłoń w wodzie, pogładziła nią i poprawiła pasma wymykające się z kosy splecionej ze złocistych włosów. Jeszcze raz spojrzała w cebrzyk i zadowolona już ze swego wyglądu, wróciwszy do ojca i brata, ochoczo powiedziała:

- Jak chcecie, ojcze. Ja mogę iść z chłopakami na mokradła. Nawet z chęcią się oderwę od zwykłej roboty. Niech Lestko pędzi po Nadara.

Chłopcu nie trzeba było powtarzać polecenia. Rwał się do ponownej wycieczki na trzęsawiska i do towarzystwa Nadara. Zawsze podziwiał tego rosłego, zaprawionego w pracy i boju młodzieńca. W przyszłości chciałby być takim samym jak on mężczyzną. Lestko marzył o tym, skręcając powrozy i zrywając wierzbowe witki. W wyobraźni, prócz ubarwiania cudzych, snuł jeszcze własne przyszłe losy i zawsze w tych marzeniach był podobny do Nadara. Tak samo odważny, tak samo prawy. Tak samo uczciwy.

Wprawdzie Lestko trochę lękał się powrotu na mokradła, ale skoro nie miał tam wracać sam, co mu szkodziło? Chciał zaspokoić ciekawość, a swoje strachy można zapobiegliwie schować za szerokie, barczyste plecy Nadara.

Lestko wrócił nadspodziewanie szybko, z młodym mężczyzną u boku, jakby ten czekał na zaproszenie do pójścia na trzęsawisko. Nadar, zaopatrzony w sierp i tasak, rwał się do spaceru na bagna, tym bardziej, że miał się on odbyć i z Mirą, która podobała mu się od dawna. Co z tego, że pójdą obok siebie w tak nieprzyjemnym celu, jakim było oglądanie topielca? Każdy pretekst do dowiedzenia swego męstwa przed Mirą był dobry. Każda chwila z nią spędzona, każdy dotyk, choćby skrawka sukni dziewczyny, muśnięcie, skradziony pocałunek, były na wagę złota. Nie mówiąc o spojrzeniach zatapianych w jej niebieskich oczach. W nich młodzieniec tonął dobrowolnie, nie jak umrzyk w bagnach, przez złe zrządzenie losu.

- Czy wyłowić trupa? - Nadar zapytał Wojciecha, zerkając przy tym na dziewczynę, zachwyconą jego towarzystwem. Nadara radowała ta uwaga, nieumiejętnie przed ojcem skrywana przez Mirę.

- Czy wyłowić? Utopiec nie będzie temu rad, ale tak, wyłówcie. Zaryzykujemy gniew utopca. Oby nie przyniosło to jakiegoś większego nieszczęścia. Przywleczcie trupa ze sobą. Sam jestem go ciekaw.

Wojciech walczył z niedobrymi myślami, dotyczącymi kolejnego znaku zapowiadającego nieokreśloną jeszcze klęskę. Wydzierając utopcowi ofiarę, wiele ryzykowali. Wojciech nie należał jednak do osób kierujących się tylko regułami związanymi z działaniem bogów i demonów. Czasem trzeba było nagiąć te zasady do ludzkich potrzeb. Liczył w tym względzie na pobłażliwość przynajmniej niektórych z bóstw.

Trójka młodych ludzi pobiegła ku bagnom, a Wojciech pozostał, siedząc nieruchomo na progu domostwa. Wpatrując się w kikuta, próbował przywołać z pamięci obraz swoich dwóch zdrowych nóg i uczucie, jakie było jego udziałem, kiedy mógł pędzić po lesie za zwierzyną. Wtedy o tym nie myślał, brał za rzecz normalną, za coś naturalnego i niezmiennego. Chyba każdy tak ma. Nie docenia się zdrowia i nie przywiązuje wagi do niego, kiedy się go posiada. Nie dba się należycie o ten skarb. Toteż nawet wydobycie z głowy wspomnienia było trudne. Wojciech zastanawiał się, czy kiedykolwiek w przeszłości zdarzyło mu się szanować swoją sprawność, jak na to zasługiwała. Stwierdził, że nie i dlatego ma problem z odtworzeniem wrażeń dotyczących biegu.

Słońce wisiało wysoko, zaczynało przyjemnie grzać, co spowodowało, że szadź szybko znikła z roślinności i nie było po niej śladu. Wilgoć na krzakach pozostała w najbardziej cienistych zakątkach moczarów. Mgły niechętnie wróciły do mokradeł, wsiąkły w nie i powietrze stało się przejrzyste, o tej porze pozbawione upiornego buczenia bąków i pogwizdywania chruścieli w trzcinach. Od czasu do czasu w turzycach słychać było kwiczenie wodnika. Byłoby miło i radośnie, gdyby nie perspektywa taszczenia do osady nabrzmiałych śmiercią zwłok, transportowania ich po zdradliwych przesmykach torfowiska. Ale młodzi jeszcze o tym nie myśleli. Napawali się poczuciem swojej bliskości, a Lestko pozwalał im zostawać w tyle i czynić umizgi do siebie. Sam skupił się na odnalezieniu drogi do pozostawionego w wodzie topielca i tylko czasem odwracał się, by sprawdzić, czy Nadar i Mira podążają za nim.

- O tam! Tam jest! Widzicie?! - krzyknął Lestko, zobaczywszy w dali, przy brzegu moczar, zarys pławiącego się ciała.

Trwało ono nieruchomo, z oczodołami skierowanymi w niebo, jak pozostawił je Lestko. Wkoło nie było żywej duszy. Żaby pochowały się gdzieś, a błotniak skończył polowanie albo rzeczywiście, jak przypuszczał wcześniej chłopiec, jako nawia zniknął gdzieś, ukrył się aż do zmroku, by dopiero wtedy znów dać o sobie znać. By wtedy gnębić swą obecnością nieroztropnych bywalców trzęsawiska. Nawet wiosenny, poranny śpiew dziennych ptaków umilkł i przepadło jedyne radosne brzmienie. Tylko nagły chlupot wody, spowodowany nurkowaniem kaczki czernicy lub wydobywaniem się pęcherzy gazów, straszył jeszcze, prócz dryfującego trupa.

- Zgrabnie go przycumowałeś. - Nadar pochwalił Lestka.

Przyjrzał się ciału, choć z pewnej odległości i niedokładnie.

- Ano, nie ma ślepi. Prawdę mówiłeś - dodał Nadar, puszczając dłoń Miry ze swojej i podchodząc bisko do brzegu.

Nachylił się nad zwłokami, odłożył na suchą ścieżkę broń, która do tej pory tkwiła mu za pasem i utrudniała ruchy, i zmacał materię kurty umrzyka. Chwycił ją w garści. Chwilę zbierał się w sobie, by mocnym szarpnięciem unieść topielca z wody. Brunatne bryzgi osiadły na zielonych liściach wełnianki i sięgnęły białej sukni Miry, plamiąc materię, bo dziewczyna była już przy Nadarze. Zapach torfu i błota stał się bardziej wyrazisty. Mira strzepnęła błotnistą maź z tuniki, ale na materiale pozostały brązowe plamy.

Sam trup jeszcze niewyraźnie woniał, nie odstręczał smrodem, bo dopiero co puściły go odtajałe lody. Za to od środka, od trzewi, był już spuchnięty i zwiększył swą objętość za sprawą gnilnych gazów, które rwały się do ulotnienia z ciała i lada moment, wraz z cieplejszym powietrzem, będzie można je boleśnie wyczuć. Od tej pory stanie się pewne, że odór rozkładającego się truchła nie pozwoli odpocząć od siebie człowiekowi, do którego dotrze. Nadar upuścił ciało na ścieżkę, a ono westchnęło w sobie, zapadło się lekko, zaskrzypiało kośćmi, szykując się do oddania smrodu otaczającemu powietrzu. Ale wstrzymało się jeszcze, całkiem szczęśliwie dla trójki pochylonych nad nim ludzi.

- Nie patrz, Mira. Będzie ci się śnić po nocach. - Nadar zatroszczył się o dziewczynę.

Spojrzał na nią z widoczną miłością. A potem spuścił wzrok, strzepnął z dłoni krople rozmytego błocka, rozprostował kręgosłup, przeciągnął się, by ulżyć mięśniom nadwerężonym dźwiganiem ciężaru. Znów wpatrzył się w oblicze Miry, bo ono przyciągało jego wzrok niezmiennie i w każdej sytuacji.

- Nie będzie. Widziałam już nieboszczyków.

Mira przypomniała sobie zmarłą pięć lat temu matkę. No i stryjenkę, która pomarła, wydając na świat dziecko, pomawiane o bycie odmieńcem. Może coś w tym przypuszczeniu było, bo zamieszanie, powstałe przy konającej położnicy, mogło uśpić czujność domowników, co pewnie pozwoliło sprytnej mamunie podmienić noworodka. A dzieciak, który wyszedł na świat, rzeczywiście był nieładny, o wielkiej głowie, koślawy jakiś. Nie dożył postrzyżyn. No więc i jego śmierć Mira pamięta. Jeszcze te nadjedzone nogi Jaromira, przyniesione przez syna z lasu. Też można je uznać za nieboszczyka, bo reszty nie było. Nie mówiąc już o ojcu i jego urwanym kulasie. Wszak to mogło skończyć się całkiem źle. Mirze wydawało się czasem, że od tej pory ojca jakby nie było z nimi myślami, jakby go było mniej. Często zamykał się w sobie i nie można było się z nim rozmówić. Jeszcze całe mrowie poległych wojowników. Też je miała wciąż przed oczami. Więc o jakich zmorach sennych mówił Nadar?

- Jak chcesz. - Nadar oderwał oczy od burzącego mu krew widoku dziewczyny i wrócił do oglądania znaleziska.

- Ojciec kazał przywlec go do chałupy - przypomniał nieśmiało Lestko.

Nadar nie pomyślał o chłopcu, nie zatroszczył się o jego uczucia. Nie przyszło mu do głowy, że dzieciak też może mieć koszmary, zapamiętawszy twarz topielca. Ale dla Nadara Lestko był prawie mężczyzną i musiał przywyknąć do takich widoków. Sam w jego wieku niejedno przeszedł. A chłopak bez przerwy rozglądał się lękliwie, wypatrując błotniaka albo innej oznaki demonów. Nawie i w dzień mogły narobić zamieszania w życiu igrających z nimi.

- Zaraz się tym zajmiemy, ale wpierw popatrzcie na jego gębę. Czy nie wydaje się wam znajoma? - zapytał młody mężczyzna, pochylając się nad ciałem.

Lestko i Mira podeszli bliżej, zawiśli nad trupem i z napięciem badali wzrokiem nabrzmiałe rysy topielca.

- Nie. Nikogo mi nie przypomina - stwierdził chłopak i odsunął się szybko od rozdętego truchła.

- Ja też go nie znam. Chociaż... Poczekaj. - Mira nachyliła się nad obrzękniętą twarzą. - Gdyby miał oczy i nie był taki spuchnięty, może i byłby podobny do tego wędrowca, który gościł jesienią w naszej osadzie. Tak. Pamiętam go. Tatko kupił mi od niego piękną chustkę. Często ją noszę. Możliwe, że to właśnie on. Tak, całkiem możliwe.

- Właśnie to chciałem usłyszeć. To może być on. Kupiec z zachodniej krainy. Pamiętam, skąd przybył. Utyskiwał przed wymarszem, że długa droga przed nim, nie sprzedał całego towaru, a zima depcze po piętach. To musi być on - powiedział Nadar z nutą triumfu w głosie.

- Co on robił na mszarach? Wszak trakt ku zachodowi wiedzie przez lasy, nie zbacza na bagna. - Głośno zastanawiała się dziewczyna.

- Żaden tutejszy trakt nie zbacza ku mokradłom. Ale kupiec mógł zgubić gościniec, zbłądzić, wpaść w trzęsawisko i utonąć. Mógł ktoś go napaść i ograbić, a potem wrzucić ciało do wody. Mógł chłop popić zanadto trunku w osadzie i zmylić kierunki. Różne mogą być przyczyny - wyjaśnił Nadar.

- Ale tędy kupcy nie chodzą. Trakt jest z drugiej strony, przez las. Żadna droga od niego nie prowadzi tutaj. Nie mógł sam zbłądzić - mówił Lestko, upierając się przy tych słowach i potwierdzając to, co wcześniej wyraziła Mira.

- Dziwna to sprawa. - Nadar zgarnął muł i zgniłe liście z oczodołów kupca. Dotknął palcami białawych, rozmiękłych strupów na powiekach wyłowionego mężczyzny. - Gdyby jego ślepia zżarło jakieś zwierzę, inaczej by to wyglądało, całkiem inaczej. To przypomina oparzenie, tyle że nie żywym ogniem, nie łuczywem, nie rozżarzonym żelazem.

- To czym? - Mira i Lestko zapytali równocześnie.

- Sam nie wiem czym i nie wiem jak. Nie wiem, naprawdę nie wiem, ale ogień zwęgliłby powieki. Nie wypalono mu oczu żarem. Rozpalonym żelazem też nie. Na pewno nie! Wybite albo wyłuszczone też by całkiem inny obraz dały. Nigdy takiego czegoś nie widziałem.

- Pewnie wiły zabawiały się z nim - powiedział autorytatywnie Lestko. - Mówiłem, że demony za tym stoją. Lepiej chodźmy stąd! - Chłopiec rozejrzał się przestraszony i zaczął szeptać modły. Puściły mu całkiem nerwy, ale nie można było go ganić za to. Był jeszcze malcem, czego nie zauważał Nadar.

- Wiły? Cóż, nie byłbym tego taki pewny. Często przypisuje się ludzkie działanie siłom demonów. Ano, zobaczmy co nasz trup ma w swojej szacie. - Nadar zaczął przeszukiwać naruszone czasem przebywania w wodzie odzienie na rozdętym truchle.

Tkanina kurty nie zetlała jeszcze od długiego przebywania w bagnie, ale straciła na barwie i rozpruła się w szwach z powodu spuchnięcia zwłok. Była jednak dobrej jakości, więc trzymała się nadal w sobie i nie przetarła. Nadar przeszperał wszystkie zakamarki odzienia, ale nic nie znalazł. Zrezygnowany, podniósł się znad zwłok.

- Pusto. Pamiętacie? Miał ze sobą sakwy, jak na kupca przystało, ale pewnie połknęło je błoto i nigdy nie odda albo wpierw z nich okradziono mężczyznę, zanim zbratał się na dobre z utopcem.

- Nie ma żadnych ran? Zobaczmy! Może rzeczywiście ktoś go napadł, okradł i zabił, a ograbione ciało wrzucił w rozlewisko? - zapytała Mira, podążając za tokiem myślenia Nadara.

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.