Pan Nikodem Dumps czyli, jak
mówili znajomi, "długi Dumps" był kawalerem, miał sześć stóp
wysokości i pięćdziesiąt lat: dziwak, cmentarnik, złośnik i
odludek. Był zadowolony tylko wtedy, kiedy miał na co się uskarżać,
i stale narzekał, ilekroć było się z czego cieszyć. Jedyną radością
jego egzystencji było unieszczęśliwianie innych - ilekroć mu się to
udawało, miał minę człowieka, dla którego życie jest piękne. Z
pośród szeregu przykrości, jakich doznawał chronicznie, należy
wymienić pozycję w banku, która mu przynosiła pięćset funtów
rocznie, oraz umeblowane mieszkanko na pierwszem piętrze w
Pentonville, które wynajął dlatego tylko, że z okien roztaczał się
widok na posępną równię cmentarza. Znał na pamięć kształt i barwę
każdego grobu, każdej tabliczki; ceremonja pogrzebowa budziła w nim
entuzjazm.
Przyjaciele mówili, że jest ponury i zgryźliwy - on
twierdził że to nerwy; uważali go za szczęśliwego cynika, który nie
ma żadnych potrzeb, on jednakże utrzymywał uparcie, że jest
"najnędzniejszym człowiekiem pod słońcem". A że był chłodny z
usposobienia i uważał siebie za pasierba losu, przeto niewiele miał
specjalnych upodobań i antypatyj. Czcił pamięć Hoyle'a, ponieważ
sam znakomicie grał w wista, nie dając się nikomu wyprowadzić z
równowagi; to też parskał radosnym śmiechem ilekroć udało mu się
znaleźć niecierpliwego i porywczego partnera. Wielbił króla Heroda
za rzeź niewiniątek, rzeczą zaś, której nienawidził najbardziej,
było chyba dziecko.
W rejestrze znienawidzonych przez niego przedmiotów trudnoby
się dopatrywać jakiegoś systemu; zdaje się, że czuł specjalną
antypatję do dorożek, starych kobiet, drzwi, które nie chcą się
zamykać, muzyków - amatorów i konduktorów w omnibusach. Składał
ofiary na rzecz towarzystwa, działającego pod hasłem "Precz z
rozpustą!" ponieważ pozbawianie ludzi najnieszkodliwszych w świecie
rozrywek sprawiało mu radość; łożył takie na utrzymanie dwóch
wędrownych mnichów-metodystów, ciesząc się, że jeżeli nawet
okoliczności pozwolą jakiemuś człowiekowi zaznać na tym świecie
szczęścia, to przecież zatruje mu życie strach przed tamtym
światem.
Pan Dumps miał siostrzeńca, który przed rokiem rzucił stan
kawalerski. Obdarzał go wielką sympatją, ponieważ widział w nim
potulną ofiarę swych unieszczęśliwiających zapędów. Pan Karol
Kitterbell był to mały, szczupły, kańciasty człowieczek o
nieproporcjonalnie wielkiej głowie i szerokiej, wesołej twarzy.
Wyglądał, jak wysuszony do karlich rozmiarów olbrzym, któremu
przywrócono w części dawną twarz i dawną głowę. Miał osobliwego
zeza, dzięki któremu trudno było określić, w którą stronę spogląda.
Zdawało się, że oczy ma utkwione w ścianę, a on tymczasem oglądał
dokumentnie swego rozmówcę. Dla uzupełnienia charakterystyki należy
dodać, że pan Karol Kitterbell był jedną z najbardziej
łatwowiernych osób pod słońcem: brał wszystko na serjo, wziął także
żonę i wynajął dom na Great Russel-street, Bedford-square.
(Wujaszek Dumps stale przez nieuwagę pomijał nazwę "Bedford-square"
i na jej miejsce kładł straszliwe słowa "Tottenhamcourt-road").
- Nie, mój kochany wuju - ty mi nie odmówisz - obiecaj, że
będziesz ojcem chrzestnym, - rzekł pewnego ranka pan Kitterbell w
czasie rozmowy ze swym szanownym krewnym.
- Nie mogę, naprawdę nie mogę, - bronił się Dumps.
- Ależ dlaczego? Janina się obrazi: przecież to dla ciebie
drobnostka.
- Że to sprawi trochę kłopotu, - odparł najnieszczęśliwszy
pod niebem Albjonu człowiek - o to nie dbam; ale moje nerwy są w
takim stanie - zresztą wiesz, że nie znoszę obrzędów. Prócz tego,
nie lubię się pokazywać ludziom. Na Boga, Karolu, nie wywijaj
młynka tym stołkiem; doprowadzisz mnie do szaleństwa! - Pan
Kitterbell, zapomniawszy zupełnie o nerwach swego wujaszka przez
dziesięć minut bez przerwy zabawiał się stołkiem, na którym
siedział, jedną nogą opisując koło na podłodze, a pozostałym trzem
pozwalając bujać w powietrzu. Przytem trzymał stołek oburącz za
blat, nie odrywając go od swego ciała.
- Przepraszam cię, wuju - rzekł zawstydzony, puszczając
nagle blat i odstawiając trzy wędrujące nogi na podłogę z taką
siłą, że biedny stołek o mały włos nie spadł na głowę lokatorowi z
parteru.
- Ale kochany wuju, nie gniewaj się, nie odmawiaj. Jeżeli to
chłopiec, wiesz, że musimy mieć dwóch ojców chrzestnych.
- Jeżeli to chłopiec! - powtórzył Dumps. - Dlaczego nie
mówisz wyraźnie, czy to jest chłopiec, czy nie?
- Byłbym szczęśliwy, gdybym mógł tę kwestję rozstrzygnąć,
ale narazie to niemożliwe: nie mogę określić, czy dziecko jest
chłopcem czy dziewczynką, bo jeszcze się nie urodziło.
- Jeszcze się nie urodziło! - jak echo powtórzył Dumps, - a
promień nadziei rozjaśnił jego cmentarne oblicze. - A więc to
jeszcze może być dziewczynka! Oby tak się stało - wtedy nie będę ci
potrzebny. A jeżeli nawet dziecko okaże się chłopcem to przecież
może jeszcze umrzeć przed czasem chrztu.
- Mam nadzieję, że nie, - rzekł przyszły ojciec, robiąc
poważny wyraz twarzy.
- Mam nadzieję, że nie, - odrzekł Dumps pojednawczo,
zadowolony, że trafił na ulubiony temat. Zaczynał się nim nawet
upajać. - Ja mam nadzieję, że nie, ale nieszczęśliwe wypadki wciągu
pierwszych dwóch, trzech dni życia zdarzają się nader często.
Podobno napady konwulsyj są zjawiskiem, konstatowanem prawie stale.
- Wuju, co też ty mówisz! - zawołał malutki siostrzeniec, -
nie mogąc złapać tchu.
- Mówię prawdę. Moja gospodyni urodziła - kiedy? zaraz,
zaraz - o już wiem! - w ubiegły wtorek: cuuudowny chłopak. W
czwartek wieczorem niańka siedziała przy kominku, trzymając dziecko
na kolanach - wszystko zapowiadało się jak najlepiej. Aż tu nagle
chłopak robi się czarny na twarzy - bóle - spazmy! Posłano
bezzwłocznie po doktora, zastosowano wszelkie możliwe zabiegi,
ale...
- Okropne! - szepnął Kitterbell przerażony.
- Dziecko umarło, rzecz jasna. Jednakże twoje dziecko może
nie umrze; a jeżeli zajdzie ta ewentualność i będziesz miał
chłopaka, który dożyje do chrztu, to cóż? trudno - będę musiał być
jednym z chrzestnych. - Dumps miał dostatecznie miękkie serce, aby
nie wierzyć we własne proroctwa.
- Dziękuję, wuju, - rzekł siostrzeniec, wciąż jeszcze pod
wrażeniem, i uścisnął mu rękę tak gorąco, jakgdyby rzeczywiście
doznał od niego jakiegoś dobrodziejstwa. - Nie wiem, może będzie
lepiej, jeżeli nie powtórzę żonie twojego opowiadania?
- Jeżeli czuje się nienadzwyczajnie, to może rzeczywiście
lepiej nie wspominać jej o tym smutnym wypadku - odparł Dumps,
który, oczywiście wyssał tę historję z palca. - Chociaż - twoim
mężowskim obowiązkiem jest przygotować ją na wszystko.
Dzień czy dwa później, siedząc w garkuchni, w której stale
się stołował, i przeglądając gazetę, Dumps natrafił na następującą
notatkę:
"KRONIKA URODZEŃ. - Sobota, 18-go b. m., Great
Russel-street, pani Karolowa Kitterbell, Esq. wydała na świat
syna."
- Chłopiec! - zawołał z wściekłością, rzucając gazetę na
stół ku wielkiemu zdumieniu kelnerów. - Chłopiec!
Ale po chwili odzyskał spokój, gdyż oczy jego padły na
szpaltę, zawierającą kronikę młodocianych zgonów.
Minęło sześć tygodni, Kitterbellowie nie dawali znaku życia,
Dumps poczynał się łudzić nadzieją, że dziecko umarło, kiedy nagle
list następującej treści boleśnie rozwiązał wszelkie wątpliwości: -
Great Russel-street
Poniedziałek rano.
"Kochany Wuju! Ucieszy Cię niewątpliwie wiadomość, że Janina
czuje się już doskonale, a Twój przyszły chrzestny syn zapowiada
geniusza. Początkowo był strasznie chudy, ale teraz jest już
znacznie grubszy i niańka powiada, że tyje z dnia na dzień. Krzyczy
bez przerwy i ma bardzo dziwny kolor ciała - fakt który, mnie i
Janinę poważnie zaniepokoił: ale niańka powiada, że to zupełnie
naturalne, a my jeszcze się na tych rzeczach nie znamy, więc musimy
jej wierzyć. Oboje przypuszczamy, że będzie z niego mądry
chłopaczek, a niania nas upewnia, że wyrośnie na filozofa, bo nie
chce w żaden sposób zasnąć. Jesteśmy bardzo szczęśliwi, tylko że
czujemy się trochę wyczerpani, ponieważ dzidzi nie daje nam spać
przez całą noc. Ale niania powiada, że musimy się uzbroić w
cierpliwość, bo to będzie trwało przez sześć - osiem miesięcy.
Szczepiono mu ospę, a że operacji tej dokonano niezręcznie, przeto
drobne kawałeczki szkła dostały mu się do rączki. Być może, że to
pozostaje w związku z jego zaczepnem usposobieniem; tak
przynajmniej mówi niania. Chcielibyśmy go ochrzcić w piątek o
dwunastej w kościele, Św. Jerzego na Hart-street. Będzie się
nazywał Fryderyk Karol William. Prosimy Cię, wuju, abyś przybył nie
później, niż trzy kwadranse na dwunastą. Będziemy mieli wieczorem
kilku - bardzo niewielu - przyjaciół, i sądzimy, że i Ty nas
zaszczycisz Swą obecnością. Zawiadamiam Cię ze smutkiem, że
chłopiec jest dzisiaj wyjątkowo niespokojny: coś mu widocznie
dokucza: obawiam się, że ma gorączkę.
Pozostaję Twym szczerze oddanym siostrzeńcem
Karol Kitterbell.
P. S. - Odkleiłem kopertę, bo muszę Ci napisać, że wiem już,
jaka jest przyczyna niepokoju Fryderyka. To nie gorączka, jak
przypuszczałem, ale szpilka którą niania wczoraj wieczorem wetknęła
mu przypadkiem w nogę. Wyjęliśmy szpilkę i chłopiec trochę
przyszedł do siebie, chociaż wciąż jeszcze płacze, i to bardzo
głośno".
Nie trzeba chyba zaznaczać, że po przeczytaniu powyższego
zawiadomienia biedny śledziennik Dumps czuł się, jak ryba
wyciągnięta na piasek. Aby cofnąć się, było już za późno, a więc
należało się zdecydować, co zrobić z tym fantem. Dumps kupił dla
dziecka zgrabny dzbanuszek i kazał na nim wyryć inicjały "F. K. W.
K.", ozdobione niezbyt artystycznemi figlasami w stylu dzikiego
wina z olbrzymią, okrągłą kropką.
Poniedziałek był piękny, wtorek cudowny, środa nieporównana,
a czwartek bezkonkurencyjny: cztery pogodne dni z rzędu w Londynie!
Właściciele, krytych powozów zaczęli się buntować, a zamiatacze
ulic wątpić w miłosierdzie boskie. "Goniec Poranny" dzielił się z
czytelnikami orzeczeniem pewnej stuletniej kobiety z Camden-Town,
która miała oświadczyć, że tak pogodnego lata nie pamiętają
najstarsi obywatele wyspy, a urzędnicy z Islingtonu, ludzie,
posiadający wielkie rodziny i małe pensje, zrzucili czarne getry,
wzgardzili swemi niegdyś zielonemi parasolami z bawełnianej
tkaniny, i wkraczali triumfalnie do stolicy, olśniewając białością
pończoch i czystością słomkowych kapeluszy. Dumps spoglądał na to
wszystko z wyniosłą pogardą - zbliżały się dni jego triumfu!
Wiedział, że choćby nawet pogoda trwała nie cztery dni, lecz cztery
tygodnie, to dnia, w którym on wyjdzie na ulicę - spadnie deszcz.
Złowrogą radością napełniała go pewność, że w piątek będzie ulewa -
i nie pomylił się.
Wiedziałem, że tak będzie, - mówił do siebie, owego
fatalnego dnia przechodząc obok Mansionhouse'u o godzinie pół do
dwunastej. - Wiedziałem, że tak będzie. Gdzie ja jestem zamieszany
tam musi zdarzyć się nieszczęście!
Rzeczywiście, pogoda była taka, że nawet najbardziej
zawadjacki obywatel nadbrzeża nie zdołałby się oprzeć
melancholijnym nastrojom. Deszcz lał bez przerwy od ósmej rano.
Przechodnie marzli, tonęli w błocie. Wszelkie gatunki zapomnianych
i wycofanych z obiegu parasolek znalazły zastosowanie. Dorożki
człapały posępnie, a pasażerowie kryli się poza perkalowemi
zasłonami, jak tajemnicze obrazy w starożytnym zamku, nawiedzanym
przez duchy. Konie, ciągnące omnibusy, buchały parą jak lokomotywy;
nikomu nie przyszło do głowy "przeczekać słotę" w bramie; wszyscy
byli boleśnie przekonani o beznadziejności pogody; a więc biegło
się, pchało, potrącało, klęło; jedni maszerowali, inni ślizgali
się, jak łyżwiarze - amatorzy, na Serpentynie w mroźną niedzielę,
wykonywujący swe ewolucje przed rzędem pustych drewnianych krzeseł,
przeznaczonych dla nieobecnej publiczności.
Dumps przystanął; mając na sobie świąteczne ubranie, nie
mógł się odważyć na pieszy spacer. Gdyby wziął dorożkę, uległby
niewątpliwie jakiejś niemiłej katastrofie, zostałby wyrzucony na
bruk, naprzykład, a zamknięty powóz kosztował za wiele. Na
przeciwległym rogu czekał omnibus - Dumps przezwyciężył skrupuły,
bo sytuacja była nagląca; zresztą nigdy jeszcze nie słyszał, aby
omnibus się wywrócił a gdyby nawet konduktor ośmielił się go zabić,
to w nagrodę za to czekała go przecież szubienica. To się opłacało.
- Hej panie, do mnie! - zawołał woźnica który sprawował
obowiązki konduktora na "Strzale", tak bowiem brzmiała nazwa owego
wehikułu. Dumps przeszedł na drugą stronę.
- Hej, panie, do mnie! - zawołał woźnica "Atlantyku"
zasłaniając swym omnibusem dostęp do konkurenta. - Do mnie panie! U
niego pełno.
Dumps się zawahał, wobec czego "Strzała" poczęła wyrzucać z
siebie potoki przekleństw na "Atlantyk". Ale konduktor "Admirała
Napiera" położył kres kłótni, chwytając Dumps'a wpół i pakując go
do swego wehikułu, który właśnie nadjechał i czekał tylko na
szesnastego pasażera.
- Wszystko w porządku, - rzekł "Admirał" i maszyna odjechała
galopem, jak jaka lokomotywa, unosząc ze sobą porwanego pasażera,
który stał w pozycji zbliżonej do obciążonego paltami wieszaka i
kołysał się wprawo i wlewo, jak hamak.
- Na miłość boską, gdzie ja mam siedzieć? - zwrócił się
nieszczęsny do pewnego starego jegomościa, w którego brzuch trafiał
już po raz czwarty z rzędu.
- Gdzie pan chcesz, byle nie na mnie, - odparł ten tonem
rozdrażnionym.
- Możeby szanownemu panu bardziej odpowiadała ławka? -
zaproponował urzędnik adwokatury, którego różowa koszula ociekała
potem, a różowa fizjognomja jaśniała uśmiechem.
Po długich i ciężkich cierpieniach Dumps zdołał wreszcie
przecisnąć się do ławki. Obok tej niewygody, że siedział pomiędzy
oknem, które nie chciało się zamknąć, a drzwiami, które uparcie
stały otworem, musiał także z zaciśniętemi zębami znieść bliskie
sąsiedztwo pasażera, który widocznie chodził całe rano bez
parasolki i wyglądał, jakgdyby spędził cały dzień w kadzi z wodą -
tylko że jeszcze żałośniej.
- Nie trzaskaj pan tak drzwiami! - rzekł Dumps do
konduktora, kiedy, ten, wypuściwszy czterech pasażerów, zamknął
drzwi z całym rozmachem. - Jestem nerwowy - to mnie drażni.
- Czy któryś z panów życzył sobie czegoś? - zapytał
konduktor, wysuwając głowę i udając że nie rozumie.
- Mówiłem panu, żeby nie trzaskać tak drzwiami! - powtórzył
Dumps, a na jego twarzy pojawił się wyraz boleści, czyniąc ją
podobną do oblicza waleta treflowego.
- Och, szanowny panie, to są wyjątkowe drzwi i zamykają się
tylko z trzaskiem, - objaśnił zapytany; następnie otworzył drzwi,
jak mógł najszerzej, i zamknął je, jak mógł najgłośniej, ażeby
dowieść prawdy swych słów.
- Przepraszam pana, - odezwał się sztywny, podstarzały
zasapany jegomość, siedzący naprzeciw Dumps'a, - przepraszam pana,
czy pan nie zauważył, jadąc omnibusem w czasie niepogody, że
czterech pasażerów na pięciu ma szerokie bawełniane parasolki bez
rączki względnie bez mosiężnego szpica?
- Wprawdzie, - odparł Dumps, słysząc, że zegar bije
dwunastą, - wprawdzie dotychczas nie zwróciłem na to uwagi, ale
teraz, kiedy pan dokonał tego spostrzeżenia... Hej! Hola! - zawołał
nagle widząc, że omnibus mija Drury-lane, na którą kazał się
zawieźć. - Gdzie jest konduktor?
- Przypuszczam, że na górze, - rzekł młody spocony jegomość
w różowej koszuli, która wyglądała, jakgdyby ktoś jej biel
niepokalaną polinjował czerwonym atramentem.
- Chcę natychmiast wysiąść! - zawołał Dumps, ale głos jego
brzmiał słabo. - Hej, Hola!
- Hola! - wtórzyli pasażerowie. Omnibus minął kościół
świętego Giles'a.
- Stać! - krzyknął konduktor. - Niech mnie wszyscy djabli!
Zapomniałem o pewnym panu, który chciał wysiąść na Doory-lane. -
Proszę pana, pręciutko, - zwrócił się do Dumps'a, otwierając drzwi
i pomagając mu wysiąść z takim spokojem, jakgdyby wszystko było w
porządku. Oburzenie Dumpsa wzięło górę nad jego cyniczną równowagą.
- Drury-lane! - syknął głosem chłopca, którego po raz pierwszy
kąpią w zimnej wodzie.
- Doory-lane? Czy tak? Trzecia ulica na prawo, proszę pana.
Dumps się pienił. Ścisnął w garści parasol i odszedł,
postanawiając nie płacić za jazdę. Dziwnym trafem konduktor był
wprost przeciwnego zdania i niewiadomo, czemby się to wszystko
skończyło, gdyby woźnica nie umorzył kłótni w sposób zupełnie
zadowalający.
- Hallo! - rzekła ta znakomita osobistość, stając na kozłach
i opierając się ręką o dach omnibusu. - Hallo, Tom! Powiedz panu,
że jeżeli czuje się obrażony, to możemy go zawieźć za darmo na
Edgware-Road, a potem wysadzić na Doory-lane, kiedy będziemy
wracali. Co szanowny pan na to?
Trudno było dłużej się opierać. Dumps zapłacił żądane sześć
pensów i po upływie kwadransu maszerował po schodach domu przy
Great Russel-street Nr. 14.
Wszystko mówiło o przygotowaniach podjętych celem przyjęcia
"kilku - bardzo niewielu" przyjaciół. Dwa tuziny nadliczbowych
kieliszków i cztery tuziny szklanek do wina, nie grzeszących
zbytnią przejrzystością i ozdobionych kłębkami słomy, przybyły
przed chwilą i stały na tacy w korytarzu. W powietrzu unosiły się
wonie muszkatołowej gałki, wina i migdałów. Z chodnika zdjęto
pokrywę, a posążek Wenery na pierwszem pietrze wyglądał tak,
jakgdyby bogini miłości wstydziła się olbrzymiego kandelabru, który
jej wetknięto w rękę i który tworzył malowniczy kontrast z jej
powłóczystą, okopconą szatą. Rozgorączkowana służąca wprowadziła
Dumps'a do frontowego salonu umeblowanego ze smakiem i zastawionego
od góry do dołu filigranowemi koszyczkami, bibułkowemi serwetami,
rycerzami z porcelany, czerwonemi albumami o złoconych grzbietach;
na stołach leżało kilka malutkich książeczek w tęczowych okładkach.
- Wuju kochany! - zawołał pan Kitterbell, - jak się masz!
Pozwól - Janina - mój wuj. Widziałeś chyba Janinę już przedtem,
wuju?
- Miałem tę przyjemność, - odparł "długi Dumps" takim tonem
i z takiem spojrzeniem, że należało wątpić, czy kiedykolwiek w
życiu doznał jakiejś przyjemności.
- Drogi panie, - rzekła pani Kitterbell, pomagając sobie
lekkiem chrząknięciem i rozjaśniając usta leniwym uśmiechem. -
Ktokolwiek jest przyjacielem Karola, co dopiero krewny, znajdzie w
naszym domu...
- Wiedziałem, że tak powiesz, najdroższa - przerwał jej
Kitterbell, który, zdawało się, patrzał przez okno na drugą stronę
ulicy, ale w rzeczywistości spoglądał okiem pełnem tkliwości na
małżonkę. - Jestem ci niewypowiedzianie wdzięczny.
Ostatnim słowom towarzyszył uśmiech i uścisk ręki. W
wujaszku Dumps'ie zakipiała żółć.
- Janko, powiedz niani, żeby przyszła tu z dzieckiem, -
zwróciła się pani Kitterbell do służącej. Żona małego siostrzeńca
była to wysoka, chuda kobieta o bardzo jasnych włosach i wyjątkowo
białej twarzy - jedna z tych młodych niewiast, które, niewiadomo
dlaczego, przywodzą na myśl zimną cielęcinę. Służąca wyszła i po
chwili pojawiła się niania, trzymając na ręku malutkie zawiniątko,
okryte błękitnym płaszczem z białem futrzanem bramowaniem. Było to
dziecko.
- Patrz, wuju, - rzekł pan Kitterbell, podnosząc tę część
płaszcza, która zakrywała twarz małego potworka. - Do kogo on jest
podobny? - zapytał z triumfem.
- Niech pan rozsądzi, do kogo? - rzekła tonem wyzywającym
pani Kitterbell, biorąc męża pod rękę i spoglądając w twarz Dumps'a
z takiem zaciekawieniem, na jakie tylko było ją stać.
- Mój Boże, jaki on jest mały! - zawołał uprzejmy wujaszek,
cofając się o kilka kroków z dobrze udanem zdziwieniem. - Potwornie
mały chłopak!
- Myślisz tak, wuju? - zapytał nieszczęśliwy siostrzeniec,
niepokojąc się zlekka. - Jest teraz olbrzymem w porównaniu z tem,
czem był dawniej - prawda, nianiu?
- Kochane dziecko, - rzekła niania, tuląc do siebie
wychowanka i omijając w ten sposób pytanie - nie żeby jakieś
skrupuły nie pozwalały jej stwierdzić faktu, ale poprostu, nie
mogła się wyrzec datku w wysokości połowy korony, jaki miała
otrzymać od każdego z gości.
- No, tak, ale do kogo chłopiec jest podobny? - nalegał
Kitterbell.
Dumps przyglądał się różowej masie mięsa, kombinując
tymczasem, jakby tu dokuczyć młodocianym rodzicom.
- Doprawdy, porównając go z wami, nie widzę szczególnego
podobieństwa, - odparł, dobrze wiedząc, jakiej odpowiedzi od niego
oczekiwano.
- Nie sądzisz, że jest podobny do mnie? - zaryzykował
siostrzeniec, przybierając minę znawcy.
- O, napewno nie! - odpowiedział Dumps z niedwuznacznym
naciskiem. - Napewno nie! Ależ! Skąd!
- A do Janiny? - zapytał Kitterbell niemal szeptem.
- Nie, mój kochany, bynajmniej. Nie jestem oczywiście znawcą
w tej materji; ale wydaje mi się, że chłopak raczej przypomina
jedno z grających na trąbie czupiradeł jakie niekiedy można ujrzeć
na płaskorzeźbie grobu! - Niańka nachyliła się nad dzieckiem, z
trudem tamując wybuch śmiechu. Papa i mama mieli tak nieszczęśliwe
miny jak ich przemiły wujaszek.
- Nie szkodzi! - pocieszał się ojciec, skrywając
rozczarowanie. - Jak go poznasz lepiej, zmienisz zdanie. Zobaczysz
go dzisiaj wieczór bez tego płaszcza.
- Dziękuję, - rzekł Dumps, czując się niezmiernie
zaszczyconym.
- A teraz, moja droga, - zwrócił się Kitterbell do żony, -
komu w drogę, temu czas. Wuju, w kościele będzie na nas czekać
drugi ojciec chrzestny z chrzestną matką - państwo Wilson z
przeciwka - przemili ludzie. Kochanie czyś ubrała się ciepło.
- Tak, kochanie.
- A możebyś włożyła jeszcze jeden szal? - nalegał czuły
małżonek.
- Nie, słoneczko, - odparła czarująca mamusia, przyjmując
ramię Dumps'a; towarzystwo wsiadło do karety, która miała je
odwieźć do kościoła. Podczas jazdy Dumps bawił panią Kitterbell,
rozwodząc się szeroko na temat niebezpieczeństwa wysypki, anginy,
ospy, wyrzynania się zębów i całego szeregu innych nieszczęść,
zagrażających dzieciom.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.