Msza Belzebuba - Karol Dickens

Kup ebooka

6.49 zł
5.32 zł (3,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

MSZA BELZEBUBA

Pan Nikodem Dumps czyli, jak mówili znajomi, "długi Dumps" był kawalerem, miał sześć stóp wysokości i pięćdziesiąt lat: dziwak, cmentarnik, złośnik i odludek. Był zadowolony tylko wtedy, kiedy miał na co się uskarżać, i stale narzekał, ilekroć było się z czego cieszyć. Jedyną radością jego egzystencji było unieszczęśliwianie innych - ilekroć mu się to udawało, miał minę człowieka, dla którego życie jest piękne. Z pośród szeregu przykrości, jakich doznawał chronicznie, należy wymienić pozycję w banku, która mu przynosiła pięćset funtów rocznie, oraz umeblowane mieszkanko na pierwszem piętrze w Pentonville, które wynajął dlatego tylko, że z okien roztaczał się widok na posępną równię cmentarza. Znał na pamięć kształt i barwę każdego grobu, każdej tabliczki; ceremonja pogrzebowa budziła w nim entuzjazm. Przyjaciele mówili, że jest ponury i zgryźliwy - on twierdził że to nerwy; uważali go za szczęśliwego cynika, który nie ma żadnych potrzeb, on jednakże utrzymywał uparcie, że jest "najnędzniejszym człowiekiem pod słońcem". A że był chłodny z usposobienia i uważał siebie za pasierba losu, przeto niewiele miał specjalnych upodobań i antypatyj. Czcił pamięć Hoyle'a, ponieważ sam znakomicie grał w wista, nie dając się nikomu wyprowadzić z równowagi; to też parskał radosnym śmiechem ilekroć udało mu się znaleźć niecierpliwego i porywczego partnera. Wielbił króla Heroda za rzeź niewiniątek, rzeczą zaś, której nienawidził najbardziej, było chyba dziecko. W rejestrze znienawidzonych przez niego przedmiotów trudnoby się dopatrywać jakiegoś systemu; zdaje się, że czuł specjalną antypatję do dorożek, starych kobiet, drzwi, które nie chcą się zamykać, muzyków - amatorów i konduktorów w omnibusach. Składał ofiary na rzecz towarzystwa, działającego pod hasłem "Precz z rozpustą!" ponieważ pozbawianie ludzi najnieszkodliwszych w świecie rozrywek sprawiało mu radość; łożył takie na utrzymanie dwóch wędrownych mnichów-metodystów, ciesząc się, że jeżeli nawet okoliczności pozwolą jakiemuś człowiekowi zaznać na tym świecie szczęścia, to przecież zatruje mu życie strach przed tamtym światem. Pan Dumps miał siostrzeńca, który przed rokiem rzucił stan kawalerski. Obdarzał go wielką sympatją, ponieważ widział w nim potulną ofiarę swych unieszczęśliwiających zapędów. Pan Karol Kitterbell był to mały, szczupły, kańciasty człowieczek o nieproporcjonalnie wielkiej głowie i szerokiej, wesołej twarzy. Wyglądał, jak wysuszony do karlich rozmiarów olbrzym, któremu przywrócono w części dawną twarz i dawną głowę. Miał osobliwego zeza, dzięki któremu trudno było określić, w którą stronę spogląda. Zdawało się, że oczy ma utkwione w ścianę, a on tymczasem oglądał dokumentnie swego rozmówcę. Dla uzupełnienia charakterystyki należy dodać, że pan Karol Kitterbell był jedną z najbardziej łatwowiernych osób pod słońcem: brał wszystko na serjo, wziął także żonę i wynajął dom na Great Russel-street, Bedford-square. (Wujaszek Dumps stale przez nieuwagę pomijał nazwę "Bedford-square" i na jej miejsce kładł straszliwe słowa "Tottenhamcourt-road"). - Nie, mój kochany wuju - ty mi nie odmówisz - obiecaj, że będziesz ojcem chrzestnym, - rzekł pewnego ranka pan Kitterbell w czasie rozmowy ze swym szanownym krewnym. - Nie mogę, naprawdę nie mogę, - bronił się Dumps. - Ależ dlaczego? Janina się obrazi: przecież to dla ciebie drobnostka. - Że to sprawi trochę kłopotu, - odparł najnieszczęśliwszy pod niebem Albjonu człowiek - o to nie dbam; ale moje nerwy są w takim stanie - zresztą wiesz, że nie znoszę obrzędów. Prócz tego, nie lubię się pokazywać ludziom. Na Boga, Karolu, nie wywijaj młynka tym stołkiem; doprowadzisz mnie do szaleństwa! - Pan Kitterbell, zapomniawszy zupełnie o nerwach swego wujaszka przez dziesięć minut bez przerwy zabawiał się stołkiem, na którym siedział, jedną nogą opisując koło na podłodze, a pozostałym trzem pozwalając bujać w powietrzu. Przytem trzymał stołek oburącz za blat, nie odrywając go od swego ciała. - Przepraszam cię, wuju - rzekł zawstydzony, puszczając nagle blat i odstawiając trzy wędrujące nogi na podłogę z taką siłą, że biedny stołek o mały włos nie spadł na głowę lokatorowi z parteru. - Ale kochany wuju, nie gniewaj się, nie odmawiaj. Jeżeli to chłopiec, wiesz, że musimy mieć dwóch ojców chrzestnych. - Jeżeli to chłopiec! - powtórzył Dumps. - Dlaczego nie mówisz wyraźnie, czy to jest chłopiec, czy nie? - Byłbym szczęśliwy, gdybym mógł tę kwestję rozstrzygnąć, ale narazie to niemożliwe: nie mogę określić, czy dziecko jest chłopcem czy dziewczynką, bo jeszcze się nie urodziło. - Jeszcze się nie urodziło! - jak echo powtórzył Dumps, - a promień nadziei rozjaśnił jego cmentarne oblicze. - A więc to jeszcze może być dziewczynka! Oby tak się stało - wtedy nie będę ci potrzebny. A jeżeli nawet dziecko okaże się chłopcem to przecież może jeszcze umrzeć przed czasem chrztu. - Mam nadzieję, że nie, - rzekł przyszły ojciec, robiąc poważny wyraz twarzy. - Mam nadzieję, że nie, - odrzekł Dumps pojednawczo, zadowolony, że trafił na ulubiony temat. Zaczynał się nim nawet upajać. - Ja mam nadzieję, że nie, ale nieszczęśliwe wypadki wciągu pierwszych dwóch, trzech dni życia zdarzają się nader często. Podobno napady konwulsyj są zjawiskiem, konstatowanem prawie stale. - Wuju, co też ty mówisz! - zawołał malutki siostrzeniec, - nie mogąc złapać tchu. - Mówię prawdę. Moja gospodyni urodziła - kiedy? zaraz, zaraz - o już wiem! - w ubiegły wtorek: cuuudowny chłopak. W czwartek wieczorem niańka siedziała przy kominku, trzymając dziecko na kolanach - wszystko zapowiadało się jak najlepiej. Aż tu nagle chłopak robi się czarny na twarzy - bóle - spazmy! Posłano bezzwłocznie po doktora, zastosowano wszelkie możliwe zabiegi, ale... - Okropne! - szepnął Kitterbell przerażony. - Dziecko umarło, rzecz jasna. Jednakże twoje dziecko może nie umrze; a jeżeli zajdzie ta ewentualność i będziesz miał chłopaka, który dożyje do chrztu, to cóż? trudno - będę musiał być jednym z chrzestnych. - Dumps miał dostatecznie miękkie serce, aby nie wierzyć we własne proroctwa. - Dziękuję, wuju, - rzekł siostrzeniec, wciąż jeszcze pod wrażeniem, i uścisnął mu rękę tak gorąco, jakgdyby rzeczywiście doznał od niego jakiegoś dobrodziejstwa. - Nie wiem, może będzie lepiej, jeżeli nie powtórzę żonie twojego opowiadania? - Jeżeli czuje się nienadzwyczajnie, to może rzeczywiście lepiej nie wspominać jej o tym smutnym wypadku - odparł Dumps, który, oczywiście wyssał tę historję z palca. - Chociaż - twoim mężowskim obowiązkiem jest przygotować ją na wszystko. Dzień czy dwa później, siedząc w garkuchni, w której stale się stołował, i przeglądając gazetę, Dumps natrafił na następującą notatkę: "KRONIKA URODZEŃ. - Sobota, 18-go b. m., Great Russel-street, pani Karolowa Kitterbell, Esq. wydała na świat syna." - Chłopiec! - zawołał z wściekłością, rzucając gazetę na stół ku wielkiemu zdumieniu kelnerów. - Chłopiec! Ale po chwili odzyskał spokój, gdyż oczy jego padły na szpaltę, zawierającą kronikę młodocianych zgonów. Minęło sześć tygodni, Kitterbellowie nie dawali znaku życia, Dumps poczynał się łudzić nadzieją, że dziecko umarło, kiedy nagle list następującej treści boleśnie rozwiązał wszelkie wątpliwości: -

Great Russel-street

Poniedziałek rano.

"Kochany Wuju! Ucieszy Cię niewątpliwie wiadomość, że Janina czuje się już doskonale, a Twój przyszły chrzestny syn zapowiada geniusza. Początkowo był strasznie chudy, ale teraz jest już znacznie grubszy i niańka powiada, że tyje z dnia na dzień. Krzyczy bez przerwy i ma bardzo dziwny kolor ciała - fakt który, mnie i Janinę poważnie zaniepokoił: ale niańka powiada, że to zupełnie naturalne, a my jeszcze się na tych rzeczach nie znamy, więc musimy jej wierzyć. Oboje przypuszczamy, że będzie z niego mądry chłopaczek, a niania nas upewnia, że wyrośnie na filozofa, bo nie chce w żaden sposób zasnąć. Jesteśmy bardzo szczęśliwi, tylko że czujemy się trochę wyczerpani, ponieważ dzidzi nie daje nam spać przez całą noc. Ale niania powiada, że musimy się uzbroić w cierpliwość, bo to będzie trwało przez sześć - osiem miesięcy. Szczepiono mu ospę, a że operacji tej dokonano niezręcznie, przeto drobne kawałeczki szkła dostały mu się do rączki. Być może, że to pozostaje w związku z jego zaczepnem usposobieniem; tak przynajmniej mówi niania. Chcielibyśmy go ochrzcić w piątek o dwunastej w kościele, Św. Jerzego na Hart-street. Będzie się nazywał Fryderyk Karol William. Prosimy Cię, wuju, abyś przybył nie później, niż trzy kwadranse na dwunastą. Będziemy mieli wieczorem kilku - bardzo niewielu - przyjaciół, i sądzimy, że i Ty nas zaszczycisz Swą obecnością. Zawiadamiam Cię ze smutkiem, że chłopiec jest dzisiaj wyjątkowo niespokojny: coś mu widocznie dokucza: obawiam się, że ma gorączkę.

Pozostaję Twym szczerze oddanym siostrzeńcem

Karol Kitterbell.

P. S. - Odkleiłem kopertę, bo muszę Ci napisać, że wiem już, jaka jest przyczyna niepokoju Fryderyka. To nie gorączka, jak przypuszczałem, ale szpilka którą niania wczoraj wieczorem wetknęła mu przypadkiem w nogę. Wyjęliśmy szpilkę i chłopiec trochę przyszedł do siebie, chociaż wciąż jeszcze płacze, i to bardzo głośno".

Nie trzeba chyba zaznaczać, że po przeczytaniu powyższego zawiadomienia biedny śledziennik Dumps czuł się, jak ryba wyciągnięta na piasek. Aby cofnąć się, było już za późno, a więc należało się zdecydować, co zrobić z tym fantem. Dumps kupił dla dziecka zgrabny dzbanuszek i kazał na nim wyryć inicjały "F. K. W. K.", ozdobione niezbyt artystycznemi figlasami w stylu dzikiego wina z olbrzymią, okrągłą kropką. Poniedziałek był piękny, wtorek cudowny, środa nieporównana, a czwartek bezkonkurencyjny: cztery pogodne dni z rzędu w Londynie! Właściciele, krytych powozów zaczęli się buntować, a zamiatacze ulic wątpić w miłosierdzie boskie. "Goniec Poranny" dzielił się z czytelnikami orzeczeniem pewnej stuletniej kobiety z Camden-Town, która miała oświadczyć, że tak pogodnego lata nie pamiętają najstarsi obywatele wyspy, a urzędnicy z Islingtonu, ludzie, posiadający wielkie rodziny i małe pensje, zrzucili czarne getry, wzgardzili swemi niegdyś zielonemi parasolami z bawełnianej tkaniny, i wkraczali triumfalnie do stolicy, olśniewając białością pończoch i czystością słomkowych kapeluszy. Dumps spoglądał na to wszystko z wyniosłą pogardą - zbliżały się dni jego triumfu! Wiedział, że choćby nawet pogoda trwała nie cztery dni, lecz cztery tygodnie, to dnia, w którym on wyjdzie na ulicę - spadnie deszcz. Złowrogą radością napełniała go pewność, że w piątek będzie ulewa - i nie pomylił się. Wiedziałem, że tak będzie, - mówił do siebie, owego fatalnego dnia przechodząc obok Mansionhouse'u o godzinie pół do dwunastej. - Wiedziałem, że tak będzie. Gdzie ja jestem zamieszany tam musi zdarzyć się nieszczęście! Rzeczywiście, pogoda była taka, że nawet najbardziej zawadjacki obywatel nadbrzeża nie zdołałby się oprzeć melancholijnym nastrojom. Deszcz lał bez przerwy od ósmej rano. Przechodnie marzli, tonęli w błocie. Wszelkie gatunki zapomnianych i wycofanych z obiegu parasolek znalazły zastosowanie. Dorożki człapały posępnie, a pasażerowie kryli się poza perkalowemi zasłonami, jak tajemnicze obrazy w starożytnym zamku, nawiedzanym przez duchy. Konie, ciągnące omnibusy, buchały parą jak lokomotywy; nikomu nie przyszło do głowy "przeczekać słotę" w bramie; wszyscy byli boleśnie przekonani o beznadziejności pogody; a więc biegło się, pchało, potrącało, klęło; jedni maszerowali, inni ślizgali się, jak łyżwiarze - amatorzy, na Serpentynie w mroźną niedzielę, wykonywujący swe ewolucje przed rzędem pustych drewnianych krzeseł, przeznaczonych dla nieobecnej publiczności. Dumps przystanął; mając na sobie świąteczne ubranie, nie mógł się odważyć na pieszy spacer. Gdyby wziął dorożkę, uległby niewątpliwie jakiejś niemiłej katastrofie, zostałby wyrzucony na bruk, naprzykład, a zamknięty powóz kosztował za wiele. Na przeciwległym rogu czekał omnibus - Dumps przezwyciężył skrupuły, bo sytuacja była nagląca; zresztą nigdy jeszcze nie słyszał, aby omnibus się wywrócił a gdyby nawet konduktor ośmielił się go zabić, to w nagrodę za to czekała go przecież szubienica. To się opłacało. - Hej panie, do mnie! - zawołał woźnica który sprawował obowiązki konduktora na "Strzale", tak bowiem brzmiała nazwa owego wehikułu. Dumps przeszedł na drugą stronę. - Hej, panie, do mnie! - zawołał woźnica "Atlantyku" zasłaniając swym omnibusem dostęp do konkurenta. - Do mnie panie! U niego pełno. Dumps się zawahał, wobec czego "Strzała" poczęła wyrzucać z siebie potoki przekleństw na "Atlantyk". Ale konduktor "Admirała Napiera" położył kres kłótni, chwytając Dumps'a wpół i pakując go do swego wehikułu, który właśnie nadjechał i czekał tylko na szesnastego pasażera. - Wszystko w porządku, - rzekł "Admirał" i maszyna odjechała galopem, jak jaka lokomotywa, unosząc ze sobą porwanego pasażera, który stał w pozycji zbliżonej do obciążonego paltami wieszaka i kołysał się wprawo i wlewo, jak hamak. - Na miłość boską, gdzie ja mam siedzieć? - zwrócił się nieszczęsny do pewnego starego jegomościa, w którego brzuch trafiał już po raz czwarty z rzędu. - Gdzie pan chcesz, byle nie na mnie, - odparł ten tonem rozdrażnionym. - Możeby szanownemu panu bardziej odpowiadała ławka? - zaproponował urzędnik adwokatury, którego różowa koszula ociekała potem, a różowa fizjognomja jaśniała uśmiechem. Po długich i ciężkich cierpieniach Dumps zdołał wreszcie przecisnąć się do ławki. Obok tej niewygody, że siedział pomiędzy oknem, które nie chciało się zamknąć, a drzwiami, które uparcie stały otworem, musiał także z zaciśniętemi zębami znieść bliskie sąsiedztwo pasażera, który widocznie chodził całe rano bez parasolki i wyglądał, jakgdyby spędził cały dzień w kadzi z wodą - tylko że jeszcze żałośniej. - Nie trzaskaj pan tak drzwiami! - rzekł Dumps do konduktora, kiedy, ten, wypuściwszy czterech pasażerów, zamknął drzwi z całym rozmachem. - Jestem nerwowy - to mnie drażni. - Czy któryś z panów życzył sobie czegoś? - zapytał konduktor, wysuwając głowę i udając że nie rozumie. - Mówiłem panu, żeby nie trzaskać tak drzwiami! - powtórzył Dumps, a na jego twarzy pojawił się wyraz boleści, czyniąc ją podobną do oblicza waleta treflowego. - Och, szanowny panie, to są wyjątkowe drzwi i zamykają się tylko z trzaskiem, - objaśnił zapytany; następnie otworzył drzwi, jak mógł najszerzej, i zamknął je, jak mógł najgłośniej, ażeby dowieść prawdy swych słów. - Przepraszam pana, - odezwał się sztywny, podstarzały zasapany jegomość, siedzący naprzeciw Dumps'a, - przepraszam pana, czy pan nie zauważył, jadąc omnibusem w czasie niepogody, że czterech pasażerów na pięciu ma szerokie bawełniane parasolki bez rączki względnie bez mosiężnego szpica? - Wprawdzie, - odparł Dumps, słysząc, że zegar bije dwunastą, - wprawdzie dotychczas nie zwróciłem na to uwagi, ale teraz, kiedy pan dokonał tego spostrzeżenia... Hej! Hola! - zawołał nagle widząc, że omnibus mija Drury-lane, na którą kazał się zawieźć. - Gdzie jest konduktor? - Przypuszczam, że na górze, - rzekł młody spocony jegomość w różowej koszuli, która wyglądała, jakgdyby ktoś jej biel niepokalaną polinjował czerwonym atramentem. - Chcę natychmiast wysiąść! - zawołał Dumps, ale głos jego brzmiał słabo. - Hej, Hola! - Hola! - wtórzyli pasażerowie. Omnibus minął kościół świętego Giles'a. - Stać! - krzyknął konduktor. - Niech mnie wszyscy djabli! Zapomniałem o pewnym panu, który chciał wysiąść na Doory-lane. - Proszę pana, pręciutko, - zwrócił się do Dumps'a, otwierając drzwi i pomagając mu wysiąść z takim spokojem, jakgdyby wszystko było w porządku. Oburzenie Dumpsa wzięło górę nad jego cyniczną równowagą. - Drury-lane! - syknął głosem chłopca, którego po raz pierwszy kąpią w zimnej wodzie. - Doory-lane? Czy tak? Trzecia ulica na prawo, proszę pana. Dumps się pienił. Ścisnął w garści parasol i odszedł, postanawiając nie płacić za jazdę. Dziwnym trafem konduktor był wprost przeciwnego zdania i niewiadomo, czemby się to wszystko skończyło, gdyby woźnica nie umorzył kłótni w sposób zupełnie zadowalający. - Hallo! - rzekła ta znakomita osobistość, stając na kozłach i opierając się ręką o dach omnibusu. - Hallo, Tom! Powiedz panu, że jeżeli czuje się obrażony, to możemy go zawieźć za darmo na Edgware-Road, a potem wysadzić na Doory-lane, kiedy będziemy wracali. Co szanowny pan na to? Trudno było dłużej się opierać. Dumps zapłacił żądane sześć pensów i po upływie kwadransu maszerował po schodach domu przy Great Russel-street Nr. 14. Wszystko mówiło o przygotowaniach podjętych celem przyjęcia "kilku - bardzo niewielu" przyjaciół. Dwa tuziny nadliczbowych kieliszków i cztery tuziny szklanek do wina, nie grzeszących zbytnią przejrzystością i ozdobionych kłębkami słomy, przybyły przed chwilą i stały na tacy w korytarzu. W powietrzu unosiły się wonie muszkatołowej gałki, wina i migdałów. Z chodnika zdjęto pokrywę, a posążek Wenery na pierwszem pietrze wyglądał tak, jakgdyby bogini miłości wstydziła się olbrzymiego kandelabru, który jej wetknięto w rękę i który tworzył malowniczy kontrast z jej powłóczystą, okopconą szatą. Rozgorączkowana służąca wprowadziła Dumps'a do frontowego salonu umeblowanego ze smakiem i zastawionego od góry do dołu filigranowemi koszyczkami, bibułkowemi serwetami, rycerzami z porcelany, czerwonemi albumami o złoconych grzbietach; na stołach leżało kilka malutkich książeczek w tęczowych okładkach. - Wuju kochany! - zawołał pan Kitterbell, - jak się masz! Pozwól - Janina - mój wuj. Widziałeś chyba Janinę już przedtem, wuju? - Miałem tę przyjemność, - odparł "długi Dumps" takim tonem i z takiem spojrzeniem, że należało wątpić, czy kiedykolwiek w życiu doznał jakiejś przyjemności. - Drogi panie, - rzekła pani Kitterbell, pomagając sobie lekkiem chrząknięciem i rozjaśniając usta leniwym uśmiechem. - Ktokolwiek jest przyjacielem Karola, co dopiero krewny, znajdzie w naszym domu... - Wiedziałem, że tak powiesz, najdroższa - przerwał jej Kitterbell, który, zdawało się, patrzał przez okno na drugą stronę ulicy, ale w rzeczywistości spoglądał okiem pełnem tkliwości na małżonkę. - Jestem ci niewypowiedzianie wdzięczny. Ostatnim słowom towarzyszył uśmiech i uścisk ręki. W wujaszku Dumps'ie zakipiała żółć. - Janko, powiedz niani, żeby przyszła tu z dzieckiem, - zwróciła się pani Kitterbell do służącej. Żona małego siostrzeńca była to wysoka, chuda kobieta o bardzo jasnych włosach i wyjątkowo białej twarzy - jedna z tych młodych niewiast, które, niewiadomo dlaczego, przywodzą na myśl zimną cielęcinę. Służąca wyszła i po chwili pojawiła się niania, trzymając na ręku malutkie zawiniątko, okryte błękitnym płaszczem z białem futrzanem bramowaniem. Było to dziecko. - Patrz, wuju, - rzekł pan Kitterbell, podnosząc tę część płaszcza, która zakrywała twarz małego potworka. - Do kogo on jest podobny? - zapytał z triumfem. - Niech pan rozsądzi, do kogo? - rzekła tonem wyzywającym pani Kitterbell, biorąc męża pod rękę i spoglądając w twarz Dumps'a z takiem zaciekawieniem, na jakie tylko było ją stać. - Mój Boże, jaki on jest mały! - zawołał uprzejmy wujaszek, cofając się o kilka kroków z dobrze udanem zdziwieniem. - Potwornie mały chłopak! - Myślisz tak, wuju? - zapytał nieszczęśliwy siostrzeniec, niepokojąc się zlekka. - Jest teraz olbrzymem w porównaniu z tem, czem był dawniej - prawda, nianiu? - Kochane dziecko, - rzekła niania, tuląc do siebie wychowanka i omijając w ten sposób pytanie - nie żeby jakieś skrupuły nie pozwalały jej stwierdzić faktu, ale poprostu, nie mogła się wyrzec datku w wysokości połowy korony, jaki miała otrzymać od każdego z gości. - No, tak, ale do kogo chłopiec jest podobny? - nalegał Kitterbell. Dumps przyglądał się różowej masie mięsa, kombinując tymczasem, jakby tu dokuczyć młodocianym rodzicom. - Doprawdy, porównając go z wami, nie widzę szczególnego podobieństwa, - odparł, dobrze wiedząc, jakiej odpowiedzi od niego oczekiwano. - Nie sądzisz, że jest podobny do mnie? - zaryzykował siostrzeniec, przybierając minę znawcy. - O, napewno nie! - odpowiedział Dumps z niedwuznacznym naciskiem. - Napewno nie! Ależ! Skąd! - A do Janiny? - zapytał Kitterbell niemal szeptem. - Nie, mój kochany, bynajmniej. Nie jestem oczywiście znawcą w tej materji; ale wydaje mi się, że chłopak raczej przypomina jedno z grających na trąbie czupiradeł jakie niekiedy można ujrzeć na płaskorzeźbie grobu! - Niańka nachyliła się nad dzieckiem, z trudem tamując wybuch śmiechu. Papa i mama mieli tak nieszczęśliwe miny jak ich przemiły wujaszek. - Nie szkodzi! - pocieszał się ojciec, skrywając rozczarowanie. - Jak go poznasz lepiej, zmienisz zdanie. Zobaczysz go dzisiaj wieczór bez tego płaszcza. - Dziękuję, - rzekł Dumps, czując się niezmiernie zaszczyconym. - A teraz, moja droga, - zwrócił się Kitterbell do żony, - komu w drogę, temu czas. Wuju, w kościele będzie na nas czekać drugi ojciec chrzestny z chrzestną matką - państwo Wilson z przeciwka - przemili ludzie. Kochanie czyś ubrała się ciepło. - Tak, kochanie. - A możebyś włożyła jeszcze jeden szal? - nalegał czuły małżonek. - Nie, słoneczko, - odparła czarująca mamusia, przyjmując ramię Dumps'a; towarzystwo wsiadło do karety, która miała je odwieźć do kościoła. Podczas jazdy Dumps bawił panią Kitterbell, rozwodząc się szeroko na temat niebezpieczeństwa wysypki, anginy, ospy, wyrzynania się zębów i całego szeregu innych nieszczęść, zagrażających dzieciom.

RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.