- Otwórz!...
- Daremnie dobijasz się do bram naszych - odparł żołnierz
stojący z lukiem i kopią na straży, przy murach Gozdawskiego zamku,
młodemu rycerzowi, który, całkowitą zbroją okryty, stał na wałach,
zamek okrążających.
Promienie jesiennego słońca odbijały się w jaskrawym blasku
od hełmu osłaniającego głowę rycerza. Stalowa przyłbica nie kryła
pięknej twarzy smutkiem zawcześnie ocienionej, a oczy całym ogniem
młodości iskrzące się rzucały spojrzenia, któreby wyobraźnia poety
mogła przyrównać do promieni, przez połysk słońca pancerzowi
wydartych. Usłyszawszy słowa strażnika, zmarszczył brwi młodzieniec
i zaczerwienił się na licach. Sięgnął nawet ręką po długi pałasz,
lecz niepodobieństwo skarcenia żołnierza o kilkadziesiąt łokci nad
nim wyżej stojącego, wstrzymało zapał i gniewnym tylko zapytał się
głosem:
- I czemużto nie wolno wchodzić w podwoje Joanny z Gozdawy?
- Bo się spodziewamy przybycia potężnego Masława - odrzekł
żołnierz - i te bramy dla niego tylko dzisiaj się otworzą!
- Bogdajby przepadł Masław i w proch rozleciały się te mury
- krzyknął młodzieniec, powolnym odchodząc krokiem - i już siadł na
konia, do drzewa w pobliskości przywiązanego, kiedy z za krzaków
ukazał się człowiek dziwnej i odrażającej postaci. - Na pierwszy
rzut oka można było rozpoznać w nim karła; twarz poorana
zmarszczkami nie zgadzała się z dziecinnym wzrostem; nos
spłaszczony nachylał się nad szerokiemi jego ustami, dzikim
uśmiechem ożywionemi, a oczy wyrodka ludzkości wyrażały
nikczemność, czarnym tylko duszom właściwą. Znać było, że go gniew
jakiś dojmował, bo żyły na nizkiem ciągnące się czole wzdęły się
niezwyczajnie a lica nabrzmiały. Ubiór dziwaczniejszym był jeszcze
od postaci: miał na sobie lisie futro, czarnym aksamitem w czerwone
paski powleczone; przy boku błyskał sztylet, który porównywując z
wzrostem karła, za dość wielką szablę wziąćby można było. Nad głową
wznosiła się żółta czapka, dzwonkami srebrnemi opatrzona, które
donosiły wcześnie o jego przybyciu brzmieniem podobnem do dźwięku
grzechotnika, w dzikich Afryki pustyniach zamieszkałego. Zjawienie
się karła wstrzymało kroki rycerza i powitał go natychmiast, bo się
oddawna już znali.
- Otóż znalazłem mściciela - krzyknął mały człowiek, ale
zaraz przybrawszy poważną postawę, zapytał cichszym głosem: A cóż
tu porabiasz, Jordanie z Bordan?
- Nie mam ci odpowiedzi, mój Gondo, na to zapytanie - rzekł
rycerz. - Wiesz przecież, że w tych murach mieszka luba sercu
mojemu Zbisława z Czernic.
- Ho! ho! ho! luba sercu twojemu nie wiem, gdzie dziś
nocować już będzie, mój waleczny rycerzu!
- Co mówisz? przeklęta poczwaro! - zawołał Jordan, ściskając
silną prawicą gardło Gondy; - ale wnet uczuł zatapiające się w
ramionach ostre karła paznogcie i zdziwiony nadzwyczajną mocą tak
malej istoty, puścił go natychmiast.
- Bądźmy raczej przyjaciółmi - rzekł Gonda - wczoraj możebym
cię zabił tym sztyletem, dziś posłużysz do moich celów.
- Do twoich celów - przerwał Jordan ze wzgardą - za kogóżto
mnie bierzesz? jestem wolnym Polakiem i rycerzem tarczy
nieskalanej, niczyim celom służyć nie będę, a cóż dopiero twoim,
nikczemniku!
- A jednak tak się stanie, jakem powiedział, - załóżmy się o
ten złoty łańcuch, wiszący na twoich piersiach.
- Najchętniej - odparł rycerz z uśmiechem - ale jeżeli
przegrasz, porwę cię z ziemi i cisnę na Gozdawskie mury.
- Bardzo dobrze - rzekł karzeł - bardzo dobrze, jestem pewny
wygranej. Zbisława dzisiaj zginie, jeżeli nie dopełnisz woli mojej.
Rycerz natychmiast zdjął złoty łańcuch z szyi i rzucił go
pod nogi karła, a potem porywając za rękojeść miecza, groźnym
zapytał głosem, coby jego słowa znaczyły i coby zamyślał wykonać.
- Skoro się zmroczy - odparł karzeł, - oczekuj mnie na tem
wzgórzu pod sosną, a wtenczas wszystko ci wytłómaczę. Teraz
poprzestań na tej wiadomości, żem przysiągł zemstę przeciw pani
mojej Joannie z Gozdawy, i że zginąć musi. Ach! na to wspomnienie
krew się we mnie burzy, ona dziś mi wyrzec ośmieliła się, że
wyrodek ludzkości, że mnie podobna potwora niepotrzebna na jej
dworze. Gdy świat mię cały opuścił, ziemia brzydziła się Gondą,
znalazłem schronienie zakupione występkami i zbrodnią, dali mi dach
do okrycia głowy i łoże do wypocznienia za to, żem nie odmówił
mojej pomocy niegodziwościom, żem się nie bał obarczyć sumienia,
dogadzając jej namiętnościom, a teraz mię z domu swojego wygnała. O
Joanno z Gozdawy! szerokie masz dobra, liczne włości, wielkie
dostatki i bogactwa w skarbcach i skrzyniach, i niemałą potęgę w
ręku; mury otaczają twój zamek, zbrojni go strzegą żołnierze, a
przecież musisz zginąć, bo ani dostatki, ani żołnierze, ani te mury
nie potrafią cię zakryć przed zemstą Gondy, tego karła, tej
poczwary, tego wyrodka ludzkości. Wyzwałaś mię do walki, będziesz
ją miała, Gonda dotrzyma ci placu!..
To mówiąc, jak błyskawica znikł między drzewami i tylko głos
jego dał się słyszeć: Rycerzu, pamiętaj na moje wezwanie! -
Przerażony Jordan chciał go ścigać, wtem nowy zatrzymał go widok.
Na drodze ku zamkowi wiodącej, ukazał się orszak zbrojnych
rycerzy, na których czele jechał mąż poważnej postaci, ale surowego
lica. Stalowy szyszak błyszczał na jego głowie, a nad nim migała
się złota książęca korona; płaszcz purpurowy, białem futrem w
czarne cętki podszyty, spływał około pancerza i siodła; a ciężki,
obosieczny pałasz aż do stóp dochodził. Rzucając obojętne
spojrzenie na okolicę i towarzyszów swoich, jechał powoli; ale
łatwo w tych spojrzeniach można było rozpoznać okrucieństwa, które
odznaczały Masława, niegdyś podczaszego na królewskim dworze, a
teraz książęcia płockiego i srogiego łupieżcy ucieczką Rysy
zaburzonej Polski. Zuchwałość, połączona z chęcią panowania,
strasznym go czyniła nawet odległym sąsiadom i może nie było
wówczas w całem Mazowszu człowieka, któryby się poważył
wszechwładnej woli jego oprzeć.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.