Mściwa miłość - Artur Żurek

Kup ebooka

49.90 zł
35.89 zł (38,42 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

A ty wiesz, jaka to stara kurwa jest?!

Pełne obu­rze­nia py­ta­nie wy­szło z ust około dzie­się­cio­let­niej dziew­czynki i było skie­ro­wane do młod­szej o dwa, trzy lata to­wa­rzyszki. Dzieci trzy­mały się za ręce i wpa­try­wały w sy­gna­li­za­tor, ocze­ku­jąc zie­lo­nego świa­tła. Czy­ste, świeżo wy­pra­so­wane, ta­kie same białe bluzki oraz gra­na­towo-zie­lone spód­niczki mo­gły su­ge­ro­wać, że są uczen­ni­cami tej sa­mej szkoły i za­pewne sio­strami. Mo­gły być w dro­dze do domu, po za­koń­cze­niu lek­cji, jak i iść na za­ję­cia do­dat­kowe. Po­ważne, sku­pione twa­rzyczki pod­kre­ślały wagę ich roz­mowy.

"Aniołki rzu­ca­jące mię­sem", po­my­ślała sto­jąca obok nich Bar­bara Re­szel­ska. "Wy­glą­dają jak moja Zo­sia. Cie­kawe, czy ona też tak mówi?". Zmie­niły się świa­tła i dziew­czynki, wciąż trzy­ma­jąc się za ręce, w pod­sko­kach prze­szły na drugą stronę Świę­to­krzy­skiej. Re­szel­ska po­cze­kała. Od­pro­wa­dziła je wzro­kiem, prze­ga­pia­jąc cykl świetlny. Znik­nęły jej z oczu po­mię­dzy sa­mo­cho­dami za­par­ko­wa­nymi wzdłuż Emi­lii Pla­ter. "Co za brak od­po­wie­dzial­no­ści ro­dzi­ców! Cen­trum War­szawy, duży ruch, a one bez opieki", obu­rzyła się i wró­ciła my­ślami do wnuczki. Była pewna, że jej ośmio­let­nia Zo­sia więk­szość czasu spę­dza wśród do­ro­słych. Do szkoły wozi ją mama, a od­biera tata. Cza­sami na od­wrót. Z pew­no­ścią na­wet nie po­trafi prze­kli­nać. "Cie­kawe, czy po­tra­fi­łaby sama przejść przez ulicę", za­sta­na­wiała się. "Jesz­cze się na­uczy, ma czas". Gło­śno stu­ka­jąc ob­ca­sami, prze­szła po pa­sach i skrę­ciła w stronę Mar­szał­kow­skiej. Cie­płe, nie­mal upalne czerw­cowe po­łu­dnie za­chę­cało do spa­ce­rów. Nie­stety, nie miała na to czasu.

Po kil­ku­dzie­się­ciu me­trach we­szła do pry­wat­nej kli­niki. Cze­kało ją dzi­siaj wo­do­rowe oczysz­cze­nie skóry twa­rzy. Bar­bara wy­zna­wała za­sadę, że mło­dość ni­gdy już nie wróci, ale także uwa­żała, że nie ma po co pchać się zbyt szybko w ob­ję­cia sta­ro­ści. Nie była ani ste­reo­ty­pową matką Po­lką, ani tym bar­dziej nie za­mie­rzała być bab­cią, któ­rej ży­cie ogra­ni­cza się do opieki nad wnuczką. Jej fi­lo­zo­fią było czer­pa­nie ra­do­ści peł­nymi gar­ściami każ­dego dnia, ak­tyw­ność in­te­lek­tu­alna i nie­ustanne dba­nie o swoje pra­wie sześć­dzie­się­cio­let­nie ciało. Ele­men­tami pie­lę­gna­cji były za­równo za­biegi ko­sme­tyczne i okre­sowe ba­da­nia le­kar­skie, jak i re­gu­larny seks z młod­szym o trzy­dzie­ści lat in­struk­to­rem fit­ness. Dzięki du­żym pie­nią­dzom, za­równo za­ro­bio­nym, jak i po­zo­sta­wio­nym przez męża, mo­gła żyć tak, jak chciała. Była za­do­wo­lona z tego, co robi, i nie za­mie­rzała ni­czego zmie­niać.

Re­cep­cjo­nistka spraw­dziła w sys­te­mie re­zer­wa­cję wi­zyty i wska­zała fo­tel w po­cze­kalni. Re­szel­ska me­cha­nicz­nie się­gnęła po plot­kar­skie pi­smo le­żące na ni­skim sto­liku. Prze­rzu­ciła kilka kar­tek i odło­żyła ma­ga­zyn. Przy­po­mniała so­bie dziew­czynki z przej­ścia dla pie­szych. Po­ża­ło­wała, że nie po­szła za nimi i nie do­wie­działa się, co kryło się za usły­sza­nym py­ta­niem. Czy zdzi­wie­nie, a za­ra­zem py­ta­nie star­szej dziew­czynki do­ty­czyło wieku, czy też pro­fe­sji, a może było nic nie­zna­czą­cym okre­śle­niem nie­lu­bia­nej osoby? Na­uczy­cielki, są­siadki, a może mamy lub babki? "Nie, Zo­sia ni­gdy by mnie tak nie na­zwała. Ni­gdy", szybko od­rzu­ciła tę myśl.

- Za­pra­szam do ga­bi­netu - usły­szała cie­pły głos re­cep­cjo­nistki.

W tym sa­mym mo­men­cie za­dźwię­czała ko­mórka. Zer­k­nęła na ekran. Wia­do­mość tek­stowa z nie­zna­nego nu­meru. Wzru­szyła ra­mio­nami.

- Prze­pra­szam. Już wy­ci­szam - po­wie­działa i skie­ro­wała się do drzwi wska­za­nych przez re­cep­cjo­nistkę.

Mi­kro­sko­pijne czą­steczki ak­tyw­nego wo­doru wnik­nęły do ko­mó­rek skóry, roz­pa­dły się i zwią­zały za­nie­czysz­cze­nia. Bar­bara my­ślała już tylko o od­świe­żo­nych, ni­czym nie­ska­la­nych gru­czo­łach ło­jo­wych, złusz­czo­nym mar­twym na­skórku i zni­ka­ją­cych wol­nych rod­ni­kach. Za­do­wo­lona z za­biegu z uśmie­chem na twa­rzy po­now­nie za­jęła miej­sce w fo­telu. Wy­jęła ko­mórkę, żeby po­przez apli­ka­cję za­mó­wić tak­sówkę. Nie miała ani sa­mo­chodu, ani na­wet prawa jazdy. Na ekra­nie zo­ba­czyła dwie nie­ode­brane wia­do­mo­ści. Oby­dwie z nie­zna­nego nu­meru. Przy­po­mniała so­bie, że pierw­sza przy­szła, gdy po­pro­szono ją do ga­bi­netu. Naj­pierw za­mó­wiła tak­sówkę, a do­piero po­tem otwo­rzyła SMS-y.

Pierw­sza wia­do­mość była pu­sta, nie za­wie­rała żad­nej tre­ści. "Pew­nie po­myłka. Moi zna­jomi ko­rzy­stają tylko z ko­mu­ni­ka­to­rów", prze­szło jej przez głowę, więc otwo­rzyła ko­lejną. "Wiem wszystko. Co zro­bi­łaś, co ro­bisz i co bę­dziesz ro­bić" - prze­czy­tała ze zdzi­wie­niem. "Z pew­no­ścią po­myłka", wzru­szyła ra­mio­nami i wy­ka­so­wała wia­do­mo­ści. "Ale dzień. Prze­kli­na­jące dzieci, idio­tyczne SMS-y..." Apli­ka­cja po­in­for­mo­wała, że pod­je­chała tak­sówka. Ure­gu­lo­wała płat­ność za za­bieg, po­ma­chała re­cep­cjo­ni­stce i wsia­dła do cze­ka­ją­cej przed wej­ściem to­yoty prius. Kie­rowca tylko ski­nął głową i ru­szył. Z ulgą przy­jęła, że nie za­szczy­cił jej ta­siem­co­wym na­rze­ka­niem na rze­czy­wi­stość. "Ze wschodu jest, jesz­cze się nie na­uczył do­brze pol­skiego", wy­ja­śniła so­bie. "Na szczę­ście nie włą­czył żad­nej mu­zyki". Roz­luź­niona wy­obra­ziła so­bie, co ją czeka za kil­ka­na­ście mi­nut.

Da­miana po­znała, kiedy jesz­cze miała za­pał, żeby cho­dzić na fit­ness. Chło­pak miał wiele za­let. Tuż przed trzy­dziestką, ide­al­nie zbu­do­wany. Szybko uczył się jej ciała i ocho­czo speł­niał każdą za­chciankę. Nie miał am­bi­cji, żeby uda­wać wielką mi­łość. Nie chciał cho­dzić do re­stau­ra­cji czy do kina. Dwa razy w ty­go­dniu spę­dzali ze sobą dwie go­dziny w jego ka­wa­lerce w Mia­steczku Wi­la­nów. Po­dobno miał na­rze­czoną, co było pewną gwa­ran­cją dys­kre­cji z jego strony. Cza­sami za­sta­na­wiała się, ile ta­kich babć jak ona ko­rzy­sta z usług przy­stoj­nego in­struk­tora i czy on w ten spo­sób za­ra­bia on na do­stat­nie ży­cie z przy­szłą żoną. Jed­nak nie miała żad­nej pew­no­ści, czy rze­czy­wi­ście są ja­kieś inne. Nie tylko by jej to nie prze­szka­dzało, ale wręcz by ją to uspo­ko­iło.

W Da­mia­nie nie­po­ko­iło ją to, że ni­czego od niej nie chciał. Nie był jej utrzy­man­kiem. Ni­gdy nie wziął pie­nię­dzy ani nie przy­jął żad­nego dro­giego pre­zentu. Raz spró­bo­wała mu po­da­ro­wać do­bry ze­ga­rek, ale gdy zo­ba­czył markę, zde­cy­do­wa­nie od­mó­wił. Wię­cej nie pró­bo­wała. Przy­cho­dziła, upra­wiali seks, wy­czer­pana brała prysz­nic i wy­cho­dziła. Ich roz­mowy, je­żeli w ogóle się od­zy­wali, nic nie zna­czyły. Cała re­la­cja bar­dziej przy­po­mi­nała za­ję­cia fit­ness niż ro­man­tyczne schadzki ko­chan­ków. Od­po­wia­dało jej to. Ale wo­la­łaby pła­cić, bo wtedy ro­zu­mia­łaby mo­ty­wa­cję Da­miana. Była zbyt roz­sądna, żeby uwie­rzyć, że tak bar­dzo od­po­wiada mu za­spo­ka­ja­nie ko­biety, która mo­głaby być jego matką. "Może wła­śnie o to cho­dzi? Może on tak speł­nia ja­kieś swoje sek­su­alne fan­ta­zje? Czyżby coś z nim było nie tak?", czę­sto przy­cho­dziło jej do głowy. Jed­nak bar­dziej oba­wiała się, że Da­mian ma ja­kiś bar­dzo ra­cjo­nalny plan. "Czyżby na­gry­wał na­sze spo­tka­nia? Bę­dzie mnie szan­ta­żo­wał?" Pod­czas spo­tkań obawy szybko prze­sta­wały mieć dla Re­szel­skiej ja­kie­kol­wiek zna­cze­nie. Przez całe ży­cie z ni­kim nie było jej tak do­brze w łóżku jak z Da­mia­nem. Z mę­żem było po pro­stu do­brze, z pa­roma in­nymi fa­ce­tami róż­nie, ale z ni­kim nie było tak, jak z mil­czą­cym in­struk­to­rem fit­ness. Była go­towa na wszel­kie ry­zyko. Nie chciała tra­cić wiel­kiej przy­jem­no­ści. Na­wet gdyby ko­cha­nek za­mie­rzał umie­ścić fil­miki w in­ter­ne­cie.

Tak­sów­karz za­trzy­mał się nie­mal pod sa­mym wej­ściem na klatkę scho­dową kil­ku­pię­tro­wego bloku przy Hlonda. Nie­opo­dal było wej­ście do pry­wat­nej przy­chodni sto­ma­to­lo­gicz­nej. Kilka razy ją od­wie­dziła. Zęby miała za­ska­ku­jąco zdrowe, jak na swój wiek, ale na wszelki wy­pa­dek, gdyby spo­tkała zna­jo­mych i po­trze­bo­wała uza­sad­nie­nia re­gu­lar­nych wi­zyt w Mia­steczku Wi­la­nów, zo­stała pa­cjentką kli­niki. Po­wie­działa o tym Da­mia­nowi, żeby nie uznał, że ona go szpie­guje, gdyby przy­pad­kiem wpa­dli na sie­bie. Ga­niła sie­bie w my­ślach, że za każ­dym ra­zem, cze­ka­jąc w po­cze­kalni na sto­ma­to­loga, wy­glą­dała przez okna. Miała wtedy na­dzieję, że zo­ba­czy Da­miana z na­rze­czoną. Była cie­kawa, jak ona wy­gląda. Czy ko­cha­nek wy­brał dziew­czynę wy­spor­to­waną, czy też pulchną? Pełną ży­cia czy cie­płą klu­chę? Bez re­zul­tatu. Ni­gdy nic ta­kiego nie miało miej­sca. Nie spo­tkała go ani z ko­bietą, ani sa­mego.

Wstu­kała kod do­mo­fonu. Za­mek ustą­pił. Wolno we­szła na pierw­sze pię­tro. Nie chciała być zdy­szana. Jed­nak naj­chęt­niej wbie­głaby od razu, po­ko­nu­jąc dwa stop­nie na­raz. Już nie mo­gła się do­cze­kać, kiedy Da­mian zsu­nie z niej su­kienkę. "Jak do­brze, że jest taki cie­pły czer­wiec", z tą my­ślą sta­nęła przed drzwiami. Otwar­cie wej­ścia na klatkę po wpi­sa­niu kodu jest sy­gna­li­zo­wane dźwię­kiem w miesz­ka­niu. Da­mian za­wsze cze­kał na nią w otwar­tych drzwiach. Tym ra­zem były za­mknięte. Za­sko­czona wci­snęła przy­cisk dzwonka. Nie usły­szała żad­nego ru­chu za drzwiami. Od strony ko­ry­ta­rza była tylko gałka, więc nie mo­gła na­ci­snąć na klamkę. Trzy­krot­nie na­ci­snęła dzwo­nek. Po­now­nie od­po­wie­działa jej ci­sza. Wy­jęła ko­mórkę i wy­brała po­łą­cze­nie z Da­mia­nem. Nikt nie ode­brał. "Skur­wy­syn. Wy­sta­wił mnie", uznała i bar­dzo wol­nym kro­kiem, nie­mal z wy­sił­kiem wy­szła na ze­wnątrz bu­dynku. Ro­zej­rzała się z na­dzieją. Jesz­cze raz spró­bo­wała się po­łą­czyć. Bez­sku­tecz­nie.

Za­mó­wiła tak­sówkę. "Czas ocze­ki­wa­nia: sie­dem mi­nut", po­ja­wiło się na ekra­nie. Trzy­dzie­ści me­trów w prawo. Po­wrót. Trzy­dzie­ści me­trów w lewo. Po­wrót. Cho­dziła wzdłuż bloku, cze­ka­jąc na sa­mo­chód. Czuła się upo­ko­rzona i stara, a przede wszyst­kim nie­za­spo­ko­jona. Do cha­ry­ta­tyw­nej gali miała jesz­cze dużo czasu. Wy­star­cza­jąco na ero­tyczną se­sję z Da­mia­nem, po­wrót do domu, ką­piel, prze­bra­nie się w wie­czo­rową suk­nię i do­jazd do Alei Ujaz­dow­skich. Pod­je­chała tak­sówka. Ta sama to­yota prius. Ten sam kie­rowca po­now­nie nie ode­zwał się sło­wem. Jesz­cze kilka razy wy­brała po­łą­cze­nie z Da­mia­nem. Na darmo. "Może coś mu się stało? Może ma coś z te­le­fo­nem i to on wy­słał wcze­śniej te idio­tyczne wia­do­mo­ści z nie­zna­nego nu­meru", po­my­ślała. Nie­stety, już je usu­nęła i nie mo­gła na nie od­po­wie­dzieć. Z wście­kło­ścią pa­trzyła na sa­mo­chody su­nące wolno jak zwy­kle za­kor­ko­waną ulicą Łu­ka­sza Drewny. Po­sta­no­wiła, że Da­mian, a ra­czej jego nie­obec­ność, nie ze­psuje jej dnia. Weź­mie sprawy w swoje ręce. Do­słow­nie.

W wan­nie spę­dziła dwie go­dziny. Na galę wy­szła w ta­kim na­stroju, jak pla­no­wała. Od­prę­żona i za­do­wo­lona. W tak­sówce po­now­nie, ale już bez emo­cji, wy­brała nu­mer Da­miana. Jak wcze­śniej, nikt nie ode­brał i nie włą­czyła się poczta gło­sowa. Kil­koma szyb­kimi ru­chami palca wska­zu­ją­cego usu­nęła nu­mer przy­stoj­nego in­struk­tora z kon­tak­tów, a jego sa­mego ze swo­jego ży­cia i pa­mięci. Przy­naj­mniej taką miała na­dzieję. "Zwy­kle każdy na­stępny jest lep­szy. Tym ra­zem też tak bę­dzie", stwier­dziła w my­ślach z sa­tys­fak­cją.

* * *

Se­kre­tarz fun­da­cji cze­kał przy wjeź­dzie do Pa­łacu So­bań­skich. Otwo­rzył drzwi sa­mo­chodu, gdy tylko tak­sówka za­trzy­mała się przed unie­sio­nym szla­ba­nem. Po­dał rękę Re­szel­skiej i po­mógł wy­siąść.

- Pani pre­zes jak zwy­kle piękna - po­wie­dział, tro­chę zbyt długo za­trzy­mu­jąc wzrok na jej de­kol­cie.

Mo­gło to wy­glą­dać zbyt po­ufale, a na­wet bez­czel­nie, ale to­le­ro­wała jego spoj­rze­nia. Wie­działa, że trzy­dzie­sto­letni se­kre­tarz i jej prawa ręka jest ge­jem.

- Dzię­kuję. Ty też pre­zen­tu­jesz się ide­al­nie. Twój kra­wiec po­trafi do­pa­so­wać gar­ni­tur.

Ro­zej­rzała się i ru­szyła w stronę wej­ścia do neo­re­ne­san­so­wego pa­ła­cyku miesz­czą­cego Klub Pol­skiej Rady Biz­nesu oraz re­stau­ra­cję słynną ze zna­ko­mi­tego je­dze­nia, jak i udziału przed laty w afe­rze pod­słu­cho­wej. For­ti­tudo, fun­da­cja, którą kie­ro­wała Re­szel­ska, wy­na­jęła cały bu­dy­nek na dzi­siej­szy bal cha­ry­ta­tywny.

- Jak fre­kwen­cja?

- Jak zwy­kle do­pi­suje. Któż od­mó­wiłby so­bie wy­słu­cha­nia prze­mó­wie­nia pani pre­zes. - Męż­czy­zna uśmiech­nął się sze­roko, po­ka­zu­jąc nie­ska­zi­tel­nie białe zęby.

- Star­czy kom­ple­men­tów. Oboje wiemy, że przy­cho­dzą tylko po to, żeby się po­ka­zać. Wy­pada być. Dla­tego płacą.

- Ja­sne. Wiem. Naj­waż­niej­sze, że wy­ku­pują za­pro­sze­nia, a i dzi­siej­sza zbiórka też po­winna być udana - sko­men­to­wał już bez uśmie­chu.

- Oby. - Przy­po­mniała so­bie, że pod­czas ze­szło­rocz­nego balu średni da­tek był niż­szy niż jej dzi­siej­szy ra­chu­nek za prze­jazd tak­sówką. Z pew­no­ścią więk­szość go­ści zo­sta­wia hoj­niej­sze na­piwki w re­stau­ra­cjach. - Wy­ko­rzy­stam czas i jesz­cze przej­rzę no­tatki do wy­stą­pie­nia.

- Oczy­wi­ście. Ga­bi­net przy­go­to­wany. Jak za­wsze ten na pię­trze.

- Przyjdź po mnie, gdy za­czną się nie­cier­pli­wić. Nie póź­niej niż za trzy kwa­dranse i nie wcze­śniej niż za pół go­dziny. Przy­wi­tam go­ści i prze­mó­wię. - Po­ło­żyła mu rękę na ra­mie­niu. - A po­tem chcę się do­brze ba­wić. Nu­dzia­rze są na two­jej gło­wie.

Zo­sta­wiła se­kre­ta­rza. Wie­działa, że bę­dzie ją kry­tycz­nie ob­ser­wo­wał. Kil­ka­na­ście me­trów, które dzie­liły ją od scho­dów, prze­szła, jakby była na wy­biegu dla mo­de­lek. Tak się czuła. Ski­nęła ho­stes­som. Jed­nej z dziew­czyn od­ru­chowo po­pra­wiła za­wi­nięty koł­nie­rzyk bluzki.

- Pil­nuj­cie się na­wza­jem. Ma­cie wy­glą­dać per­fek­cyj­nie i nie za­po­mi­naj­cie o uśmie­chu - po­wie­działa su­rowo i prze­szła do ga­bi­netu, żeby nie tylko się sku­pić przed pój­ściem do go­ści, ale rów­nież, żeby skon­tro­lo­wać swoją wie­czo­rową to­a­letę.

Gdy tylko za­mknęła za sobą drzwi, za­dźwię­czał jej te­le­fon. Się­gnęła po apa­rat do czar­nej ko­per­tówki Lo­uisa Vu­it­ton. "Jo­anna", ze zdzi­wie­niem od­czy­tała imię córki na ekra­nie iPhone'a. Ode­brała.

- Je­stem za­jęta. Za­raz otwie­ram bal cha­ry­ta­tywny. - Da­ro­wała so­bie przy­wi­ta­nie.

- Po­rwali Zo­się, mamo, po­rwali Zo­się!

Jo­anna mó­wiła szybko, z tru­dem po­ko­nu­jąc szloch.

- Nie wy­głu­piaj się. Kto by ją po­ry­wał? - Re­szel­ska wie­działa, że jej córka ła­two daje się na­brać lu­dziom. - Ktoś ci zro­bił ka­wał. Pew­nie twój głup­ko­waty mąż. Znowu się po­kłó­ci­li­ście?

- Mamo! To nie jest ka­wał! Nie wiem, gdzie jest Zo­sia. Ja­cek jest we Frank­fur­cie do końca ty­go­dnia. - Nie mo­gła po­wstrzy­mać szlo­chu, ale uspo­ko­iła się po kil­ku­na­stu se­kun­dach i do­koń­czyła. - Nie wolno mi z nim roz­ma­wiać. Z ni­kim. Tylko z tobą.

Mąż Jo­anny pra­co­wał w banku i czę­sto wy­jeż­dżał do sie­dziby wła­ści­ciela, czyli banku matki we Frank­fur­cie. Bar­bara ni­gdy nie uwa­żała zię­cia za zbyt in­te­li­gent­nego. Wi­działa w nim tylko cho­ro­bli­wie am­bit­nego, za­du­fa­nego w so­bie ma­min­synka, aro­ganc­kiego wo­bec żony. Jego awans na dy­rek­tora de­par­ta­mentu ry­zyka kre­dy­to­wego tylko utwier­dził ją w ne­ga­tyw­nej opi­nii na te­mat ban­kow­ców. Była prze­ko­nana, że jej córka za­słu­żyła na bar­dziej mę­skiego męża, a Zo­sia na bar­dziej in­te­re­su­ją­cego ojca.

- Jo­asiu, skup się. - Re­szel­ską ob­lała fala go­rąca. Za wszelką cenę sta­rała się za­cho­wać spo­kój, któ­rego z pew­no­ścią po­trze­bo­wała córka. - Po­wiedz mi wolno i wy­raź­nie, co się stało. Za­cznij od tego, gdzie te­raz po­winna być Zo­sia. Miała dzi­siaj ja­kieś po­po­łu­dniowe za­ję­cia?

- An­giel­ski. Do­dat­kowe lek­cje. Za­pro­wa­dzi­łam ją i wró­ci­łam do miesz­ka­nia. Chcia­łam zro­bić ko­la­cję, za­nim wróci, ale... - Wy­buch­nęła pła­czem. - Gdy już mia­łam po nią iść, za­dzwo­nił ja­kiś męż­czy­zna, to zna­czy naj­pierw wy­słał MMS-em zdję­cie Zosi.

- Co po­wie­dział? Do­kład­nie, słowo w słowo, pro­szę.

- Nie pa­mię­tam do­kład­nie. - Za­łkała. - Sens był taki, że ma Zo­się i mam z ni­kim nie roz­ma­wiać, ani z Jac­kiem, ani z po­li­cją, bo już ni­gdy nie zo­ba­czę swo­jej córki.

- Co jesz­cze po­wie­dział? - za­py­tała po chwili Re­szel­ska, sta­ra­jąc się wstrze­lić po­mię­dzy jed­nym na­pa­dem gło­śnego pła­czu córki a dru­gim.

- Że Zo­sia może być szybko w domu, je­żeli ty zro­bisz, co on każe. Ka­zał mi do cie­bie za­dzwo­nić.

- Co mam zro­bić? - Bar­bara sta­rała się za­pa­no­wać nad drże­niem głosu.

- Nie wiem, mia­łam cię tylko uprze­dzić. On za­dzwoni do cie­bie. On ci wszystko po­wie... - Za­dła­wiła się łzami. - Pro­szę, zrób wszystko. Bła­gam cię.

- Zro­bię, ale po­wiedz mi, jak on o mnie mó­wił?

- Nie ro­zu­miem.

Jo­anna, za­sko­czona py­ta­niem, lekko się uspo­ko­iła.

- Mó­wił o mnie mama, pani mama, je­żeli zwra­cał się do cie­bie przez pani, czy też po na­zwi­sku? Jak?

- Chyba po­wie­dział "pani mama, pre­zes Bar­bara Re­szel­ska - wy­du­kała nie­zbyt pew­nie - musi zro­bić wszystko, co jej każę". Tak, tak to brzmiało.

- On ma do mnie za­dzwo­nić?

- Tak.

- Da­łaś mu mój nu­mer?

- Nie, tylko po­twier­dzi­łam. Po­dyk­to­wał i za­py­tał, czy to ten, ale nie znam na pa­mięć, mu­sia­łam spraw­dzić w kon­tak­tach, ba­łam się, że ze­rwę po­łą­cze­nie...

- Nu­mer się zga­dzał?

- Tak, po­dał mi do­bry nu­mer.

- A on z ja­kiego dzwo­nił?

- Nie ro­zu­miem?

Jo­anna nie na­dą­żała za mamą.

- Jak za­dzwo­nił, to co się wy­świe­tliło? Sprawdź w ostat­nich po­łą­cze­niach i mi po­dyk­tuj.

- Ja­kiś obcy nu­mer. Już dyk­tuję, po­cze­kaj.

Bar­bara przy­po­mniała so­bie o dziw­nych SMS-ach, które otrzy­mała wcze­śniej. Prze­ło­żyła te­le­fon do le­wej ręki, a do pra­wej wzięła ołó­wek le­żący na stole obok no­tat­nika. Za­pi­sała nu­mer.

- Mam. Te­raz się roz­łą­czę, za­dzwo­nię do niego, wy­ślij mi tylko wcze­śniej zdję­cie Zosi.

- Zdję­cie? Które?

- Jak to które? To od po­ry­wa­cza?

Bar­ba­rze przy­szło na myśl, że jej córka na­biera cech męża. "Oby Zo­sia nie odzie­dzi­czyła jego in­te­lektu".

- Aha, oczy­wi­ście.

- To te­raz się roz­łą­czamy. Ty wy­sy­łasz zdję­cie. Ode­zwę się, jak z nim po­roz­ma­wiam. Cze­kaj i nic nie rób.

Spoj­rzała na ze­ga­rek. Jesz­cze jest tro­chę czasu. Ostat­nie, czego te­raz chciała, to sy­gnał od se­kre­ta­rza, że trzeba zejść i po­wi­tać go­ści. Bal wy­dał jej się już zu­peł­nie nie­istotny. Krótki dźwięk po­wia­do­mił o no­wej wia­do­mo­ści. Do­kład­nie obej­rzała zdję­cie Zosi. Nie było na nim wi­dać ni­kogo wię­cej. Nie­stety, nie było to zdję­cie zro­bione na ulicy przed wej­ściem do szkoły ję­zy­ko­wej. Na to li­czyła, że ktoś zna­jomy zro­bił zdję­cie dziecku i te­raz żar­tuje w głupi spo­sób. Zo­sia sie­działa w ja­kimś sa­mo­cho­dzie. Wy­raź­nie było wi­dać za­głó­wek i słu­pek drzwiowy. Nie mo­gła roz­po­znać marki, ale wy­da­wało się, że to duże auto. "Za­raz, za­raz...", po­my­ślała i szybko wy­brała po­łą­cze­nie z Jo­anną.

- Roz­ma­wia­łaś z nim? - za­py­tała córka od razu.

- Nie. Nie dzwo­nił. Za­raz ja spró­buję za­dzwo­nić, ale naj­pierw po­wiedz mi, skąd wiesz, że Zo­sia nie jest po pro­stu na an­giel­skim?

- Jak to skąd? Wiem, bo już się skoń­czył.

- Nie za­dzwo­ni­łaś do Zosi?

Re­szel­skiej do­piero te­raz przy­szło do głowy naj­bar­dziej oczy­wi­ste py­ta­nie.

- Tak, dzwo­ni­łam, oczy­wi­ście. Jest tylko ko­mu­ni­kat, że abo­nent jest poza za­się­giem.

- A do szkoły też dzwo­ni­łaś? Nie za­py­ta­łaś, czy była na an­giel­skim, czy ktoś ją ode­brał? Dla­czego w ogóle ją wy­pu­ścili?

- Da­li­śmy z Jac­kiem in­for­ma­cję w szkole, że Zo­sia sama może wra­cać do domu. Prze­cież to tylko dwie prze­cznice!

- Te wa­sze de­cy­zje. Za­dzwoń do tej szkoły ję­zy­ko­wej.

- Mamo! Mu­simy ro­bić tylko to, co on nam każe. - Znowu wy­buch­nęła pła­czem. - Bła­gam, nie rób nic wię­cej, tylko to, co on ci po­wie. Nie dzwoń do szkoły ani do ni­kogo in­nego, z ni­kim nie roz­ma­wiaj.

- Do­brze. Roz­łą­czam się.

Re­szel­ska z całą mocą uświa­do­miła so­bie, że to nie jest za­bawa ani gra. Dreszcz prze­biegł jej po ple­cach. Wbiła nu­mer, który po­dyk­to­wała jej wcze­śniej Jo­anna.

- Abo­nent jest poza za­się­giem - usły­szała me­cha­niczny ko­mu­ni­kat.

Wes­tchnęła. Ciężko opa­dła na ta­pi­ce­ro­wany fo­te­lik w stylu Księ­stwa War­szaw­skiego. "Kurwa, kurwa, kurwa", bez­gło­śnie za­klęła po trzy­kroć. Za­dźwię­czał te­le­fon. Nu­mer nic jej nie mó­wił. Ode­brała.

- Słu­cham - po­wie­działa nie­pew­nie.

- Bab­cia?

- Zo­siu, to ty? - za­py­tała z ulgą, którą szybko za­stą­piły obawy. - Nic ci nie jest? Gdzie je­steś?

- Ja, bab­ciu. Nie po­zna­jesz? Świetna ta za­bawa, przyj­dziesz do nas?

Dzie­cięcy szcze­biot nie zdra­dzał nie­po­koju. Zo­sia nie zwra­cała uwagi na py­ta­nia babci.

- Gdzie je­steś? Zo­siu, gdzie je­steś?

Re­szel­ska po­now­nie na­bie­rała prze­ko­na­nia, że to wszystko to tylko ja­kieś wy­głupy Jacka albo jego rów­nie bez­ro­zum­nych ko­le­gów.

- Te­raz zro­bisz do­kład­nie to, co mó­wię - usły­szała po chwili mę­ski, lekko za­chryp­nięty głos. - Wyj­dziesz tak, żeby się nie rzu­cać w oczy. Se­kre­tarz już wszedł do środka, więc nie bę­dziesz mu­siała go mi­jać i ni­czego tłu­ma­czyć. Mam cię na oku. Ro­zu­miesz?

- Tak - wy­krztu­siła. - Kim je­steś?

- Kimś, kto jest te­raz z Zo­sią - za­chry­piał. - Skrę­cisz w prawo, po­tem w Ko­szy­kową. Do ni­kogo nie dzwoń i z ni­kim nie roz­ma­wiaj. Zro­bisz ina­czej, to już ni­gdy się nie ode­zwę. Wiesz, co to zna­czy?

- Wiem. Zro­bię, co mó­wisz. Idę.

Ze­szła na par­ter. Ho­stessa na jej wi­dok na­tych­miast wy­krzy­wiła usta, co za­pewne miało być uśmie­chem. Re­szel­ska zi­gno­ro­wała prze­stra­szoną dziew­czynę i bez słowa otwo­rzyła drzwi. Ze­szła po kilku schod­kach i wy­szła na chod­nik. Było ciemno. Po­czuła chłód. Miała na so­bie tylko su­kienkę. Na­rzutkę zo­sta­wiła w po­koju, ale nie za­mie­rzała już po nią wra­cać. Za­czerp­nęła po­wie­trza. Na par­kingu, przy wjeź­dzie, nie było se­kre­ta­rza. "Ten po­jeb, który jest z Zo­sią, musi ob­ser­wo­wać pa­ła­cyk. Musi być bli­sko. Może na­wet jest w środku". Prze­ra­ziła się, ale po­czuła też na­dzieję, że szybko do­łą­czy do wnuczki. Prze­szła obok budki ochro­nia­rza, który lekko ski­nął jej głową. "To on? Nie, to nie­moż­liwe", od­po­wie­działa wy­mu­szo­nym uśmie­chem. Skrę­ciła w Aleje Ujaz­dow­skie. Prze­szła około stu, stu pięć­dzie­się­ciu me­trów wzdłuż Mi­ni­ster­stwa Spra­wie­dli­wo­ści. Zbli­żyła się do Ko­szy­ko­wej. Zgod­nie z in­struk­cją skrę­ciła w prawo. Ro­zej­rzała się nie­pew­nie. Plac na Roz­drożu był nie­mal pu­sty. Ocze­ki­wała dal­szych po­le­ceń. Zwol­niła kroku i prze­szła ko­lej­nych kil­ka­na­ście me­trów. Mi­jali ją prze­chod­nie spie­szący do miesz­kań lub po­bli­skich re­stau­ra­cji. Prze­mknął ja­kiś bie­gacz. Po­czła­pała star­sza pani z ma­łym psem. Na Re­szel­ską nikt nie zwra­cał uwagi. "Słońce już za­szło, ale świecą la­tar­nie, do­okoła lu­dzie, pew­nie wszę­dzie ka­mery mo­ni­to­ringu", po­czuła się bez­piecz­nie. "Tylko co z Zo­sią?". Wzdry­gnęła się, gdy za­dzwo­nił te­le­fon. Cały czas trzy­mała go kur­czowo w pra­wej ręce. W le­wej ści­skała ko­per­tówkę.

- Zmiana pla­nów. Za­wróć. Przejdź przez skrzy­żo­wa­nie, po­tem Agry­kolą w dół. Trzy­maj się swo­jej le­wej strony - na­ka­zał nie­zna­jomy głos.

Sy­gnał prze­rwa­nego po­łą­cze­nia spo­wo­do­wał, że znowu po­czuła się za­gu­biona, zdana na ła­skę ob­cego czło­wieka. Nie miała pew­no­ści, czy ktoś się po pro­stu z nią nie bawi. Jed­nak nie za­mie­rzała ry­zy­ko­wać lo­sem Zosi. Zre­zy­gno­wana wy­ko­nała po­le­ce­nie. Po chwili zna­la­zła się po prze­kąt­nej placu na Roz­drożu. Przed sobą miała park Ła­zien­kow­ski, a po dru­giej stro­nie gmach kan­ce­la­rii pre­miera. Po le­wej stro­nie, nie da­lej niż kil­ka­na­ście me­trów w głąb, słynną ka­wiar­nię Roz­droże. Od po­łowy lat sie­dem­dzie­sią­tych ubie­głego wieku war­sza­wiacy i tu­ry­ści przy­cho­dzili tu­taj na sy­paną kawę i wu­zetkę. Re­szel­ska przy­po­mniała so­bie randki, które czę­sto za­czy­nały się przy ciastku, a po­tem koń­czyły na za­ple­czu ka­wiarni, na ław­kach lub traw­ni­kach osło­nię­tych drze­wami. "Idiotka je­stem", skar­ciła się za wspo­minki z mło­do­ści za­miast sku­pić się na po­mocy Zosi. Zresztą z ża­lem prze­ko­nała się nie­dawno, że z at­mos­fery daw­nego Roz­droża już nic nie zo­stało. Kul­towa ka­wiar­nia stała się ko­lej­nym miej­scem na przy­ję­cia ko­mu­nijne czy z oka­zji chrzcin.

Kiedy skrę­ciła w Agry­kolę, po­now­nie za­dzwo­nił te­le­fon. Miała wra­że­nie, że jest to inny nu­mer niż wszyst­kie po­przed­nie.

- Te­raz w lewo i wzdłuż sa­mo­cho­dów, idź wolno w stronę par­kingu przy CSW. - Za­chryp­nięty głos oznaj­mił krótko.

Nie zdą­żyła po­twier­dzić. Po­ry­wacz roz­łą­czył się. Te­raz już była pewna, że on jest bli­sko, i że ją ob­ser­wuje.

"Tu­taj też mi nic nie zrobi. Tyle sa­mo­cho­dów, lu­dzie, re­stau­ra­cje", do­da­wała so­bie od­wagi. "By­leby od­dał Zo­się. Po­tem roz­szar­pię skur­wiela. Zwłasz­cza je­żeli to ja­kiś zi­dio­ciały ka­wa­larz".

Przy­glą­dała się za­par­ko­wa­nym sa­mo­cho­dom. Nie wi­działa, żeby w któ­rymś sie­dzieli lu­dzie. Mi­nęła re­stau­ra­cję Klonn. Dwóch pod­pi­tych męż­czyzn ki­wa­ją­cych się ryt­micz­nie zmie­rzyło ją wzro­kiem.

- Ty, patrz! Księż­niczka! Księż­niczka, kurwa - wy­beł­ko­tał star­szy i z więk­szym brzu­chem. - Nie księż­niczka. Star­sza już... Kró­lowa to jest!

- Pani wy­ba­czy, ale on na piękno wraż­liwy jest - za­wtó­ro­wał mu niż­szy, szczu­plej­szy i chyba bar­dziej trzeźwy.

"Jesz­cze pi­ja­ków mi bra­kuje", po­my­ślała i przy­spie­szyła. "Gdzie on jest? Co mam da­lej ro­bić? Nie mogę być taka bez­wolna. Nie, już star­czy tego do­brego".

Dźwięk te­le­fonu.

- Po­słu­chaj! - krzyk­nęła. - Je­żeli na­tych­miast nie...

Sy­gnał. Po­łą­cze­nie prze­rwane.

"Co ja zro­bi­łam? Ależ ze mnie idiotka", za­trzy­mała się i roz­glą­dała z na­dzieją, że za­raz zo­ba­czy Zo­się. Po chwili po­szła da­lej, w stronę par­kingu. Ogar­nęło ją po­czu­cie winy. "To przeze mnie. Je­żeli coś się sta­nie Zosi, to przeze mnie".

Usły­szała za ple­cami cha­rak­te­ry­styczny szum od­su­wa­nych bocz­nych drzwi sa­mo­chodu. Od­wró­ciła się. Z wnę­trza bia­łej fur­go­netki do­biegł do niej głos Zosi:

- Bab­ciu, chodź do nas.

W trzech kro­kach zna­la­zła się przy od­su­nię­tych drzwiach. Zaj­rzała do wnę­trza. Pa­no­wał pół­mrok, fur­gon był za­bu­do­wany, w czę­ści ba­ga­żo­wej nie miał szyb. Wsu­nęła tu­łów głę­biej. Zo­ba­czyła Zo­się le­żącą na ma­te­racu. Dziew­czynka miała za­mknięte oczy. "Jak mnie za­wo­łała?" Nie zdą­żyła już jed­nak krzyk­nąć, bo ktoś jedną ręką za­tkał jej usta, drugą przy­trzy­mał głowę. Ostry, nie­znany za­pach po­draż­nił noz­drza. Za­pa­da­jąc w sen, po­czuła, że zo­stała wcią­gnięta do sa­mo­chodu. Usły­szała jesz­cze trzask za­su­wa­nych drzwi. "Zo­sia, co z Zo­sią?", py­ta­nie o los wnuczki było jej ostat­nią my­ślą.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki