Rozdział I
Spośród czterech mężczyzn Hal Sinclair był duszą i siłą witalną. W prawdziwej pracy górniczej niestrudzone bary i potężne ramiona Quade'a okazały się prawdziwym skarbem. Lowrie był cennym źródłem wiedzy o obozowaniu, polowaniu, gotowaniu i wszystkich innych sprawach związanych ze szlakiem; Sandersen był marzycielem i zdecydowanym duchem, który miał taką nadzieję w znalezienie złota, że w końcu w nią uwierzył. Zebrał trzech zuchów, by mu pomogli w osiągnięciu celu, gdyby dłużej żył, doprowadziłby wielu innych do porażki.
W tym wysokim, chudym człowieku o bladoniebieskich oczach, koloru horyzontu zasnutego pierwszą poranną mgłą, żyła nieśmiertelna nadzieja. Był duchem przegranych spraw, przeczucia, przesądów. Przeczucie mogło skłonić go do przebycia pięciuset mil1, a parsknięcie konia mogło sprawić, że porzucał szlak i zawracał z drogi.
Hal Sinclair był przeciwstawieniem Sandersena. W wieku trzydziestu lat był jeszcze chłopcem - dużym, przystojnym, bezmyślnym, o sercu czystym jak świeży śnieg. Jego gardło było tak wysuszone po tym dniu jazdy, że nie miał odwagi otworzyć ust, by zaśpiewać, jak to zwykle robił. Nucił więc tylko stare i nowe piosenki, a gdy towarzysze przeklinali go za to, gadał po cichu do swego konia i cieszył się gdy zmęczony kuc strzygł uszami na dźwięk znajomego głosu.
Strach i niepowodzenie były skazą na duszach innych. Nie znaleźli złota wartego spojrzenia na nie drugi raz, a zbyt długo prowadząc poszukiwania, pochopnie zdecydowali się nagle skrócić drogę powrotną i jechać przez pustynię. Dwa dni temu spadł na nich cios. Znaleźli źródełko Sawyera prawie wyschnięte, tylko pośrodku małą kałużę, a wokół niej zbite wysuszone błoto. Wypili tę wodę do ostatniej kropli i pojechali dalej. Od tego czasu dopadł ich głód wody; w następnym zbiorniku nie było nawet ani kropli. Obecnie jedynym ich celem była błękitna ułuda zarysowujących się w oddali gór, a oni modlili się, by kuce dotrwały do ich podnóża.
Mimo to Hal Sinclair potrafił jeszcze nucić sobie oraz koniowi i choć towarzysze przeklinali jego śpiew, błogosławili go za to w głębi swoich serc. W przeciwnym razie załamaliby się na tej białej, cichej pustyni, oszaleliby pod wpływem magnetycznego mirażu gór i popędzaliby konie dopóty, dopóki nie padłyby o pięć mil od celu; bez tego śpiewu ból w ich powoli puchnących gardłach odebrałby im rozum. Pragnienie na pustyni łączy w sobie kilka gatunków śmiertelnych mąk: spalenie, uduszenie i obłęd.
Nic więc dziwnego, że cała trójka spojrzała spod oka na Hala Sinclaira, kiedy ten wyciągnął rewolwer.
- Mój koń boi się strzałów - powiedział - ale założę się z wami wszystkimi, że odstrzelę róg tej czaszki.
Oczywiście było to głupie. Najlepszym strzelcem z nich wszystkich był Lowrie. Faktycznie doszedł do niebezpiecznej doskonałości w obchodzeniu się z bronią palną, kiedy człowiek jest skłonny sięgnąć po broń, chcąc rozstrzygnąć spór. Wzrok Lowrie'go podążył w kierunku gestu Sinclaira. Leżała tam czaszka wołu z ogromnymi, rozgałęzionymi rogami. Reszta szkieletu ugrzęzła w piasku.
- Nie gadaj głupot - odparł Lowrie. - Oszczędzaj siły i amunicję. Możesz potrzebować ich dla siebie, synu!
Sandersen i Quade wzdrygnęli się pod wpływem ponurej aluzji. Cierpki uśmiech wykrzywił szeroką, brzydką twarz Lowrie'go, a Sinclair jedynie wzruszył ramionami.
- Założę się z tobą o dolara.
- Nie.
- Pięć dolarów?
- Nie.
- Boisz się spróbować, Lowrie?
Wyzwanie było rzucone z uśmiechem, ale Lowrie zaczerwienił się. Był dziecinnie dumny ze swojej umiejętności władania bronią.
- W porządku, dzieciaku. Szykuj się!
Szybko wziął colta do ręki i zręcznie wyważał, machając tam i z powrotem między oczami a celem, by przygotować się do strzału.
- Gotowe! - zawołał podekscytowany Sinclair.
Pierwsza przemówiła broń Lowrie'go i był to jedyny strzał, bo koń Sinclaira naprawdę bał się strzałów. W chwili eksplozji mustang zarżał przeraźliwie, wyleciał w górę jak z procy, po czym opadł i zaczął brykać. Widzowie zapomnieli sprawdzić, jaki był rezultat strzału Lowrie'go. Odsunęli z obrzydzeniem konie od szalejącego bronco2. Sinclair był głupcem, zużywając w ten sposób ostatnie siły swojego mustanga. Hal Sinclair zapomniał o czekającej go podróży. Ogarnęła go hulaszcza wesołość, krzykiem zachęcał konia do nowych wybryków. I właśnie w trakcie tego zamieszania spadł wielki cios. Koń wbił prawe przednie kopyto w dziurę.
Patrzącym wydawało się, ze wypadki następują po sobie bardzo powoli. Mustang chciał dać jeszcze jednego susa, starał się wyciągnąć nogę, która zdawała się być przyklejona do ziemi, potem nagle wygiął się i upadł na bok. Usłyszeli okropny, tępy trzask łamanych kości i jęk torturowanego zwierzęcia.
Nie zwrócili jednak na to uwagi, bowiem podczas upadku Hal Sinclair został przygwożdżony pod swoim wierzchowcem. Ogromna siła Quade'a wystarczyła, by ruszyć zwijającego się mustanga. Lowrie i Sandersen wyciągnęli bezwładną prawą nogę Sinclaira i położyli go na piasku.
Lowrie zastrzelił konia.
- Udała ci się sztuka - rzekł Sandersen wściekłym głosem do leżącego Sinclaira. - Czterech ludzi i trzy konie! Wspaniały z ciebie partner, Sinclair!
- Zamknij się! - odezwał się Hal. - Zróbcie coś z moją stopą!
Lowrie zręcznie rozciął but i wysunął stopę. Leżała bezwładnie, boleśnie skręcona w jedną stronę na piasku.
- Zróbcie coś! - powiedział Sinclair, jęcząc.
Trzech mężczyzn patrzyło na niego, na martwego konia, na rozgrzaną do białości pustynię, na odległe, błękitne góry.
- Cóż u diabla możemy zrobić? Zmarnowałeś wszystkie nasze nadzieje, Sinclair.
- Jedźcie więc dalej i zapomnijcie o mnie! Ale zanim odjedziecie zawiążcie mi stopę. Nie mogę tego znieść!
Usłuchali go w milczeniu, obrzucając jednocześnie ponurymi spojrzeniami. Każdy z nich mówił sobie, że głupota Sinclaira zrujnowała ich wszystkie szanse wydostania się żywcem z piasków. Spojrzeli na czaszkę wołu. Była tam nadal, niedaleko. Wydawała się powiększać, nabierając straszliwego znaczenia. Każdy z nich instynktownie umieścił obok niej wyblakłą i białą czaszkę człowieka o ciemnych oczodołach. Quade zabandażował nogę Sinclaira, zaciskając mocno bandaż powyżej kostki, co utrudniało obieg krwi, ale łagodziło ból i teraz Sinclair mógł usiąść.
- Przepraszam - powiedział - bardzo przepraszam, chłopcy!
Nie odpowiedzieli. Widział w ich spuszczonym wzroku, że go nienawidzą. Poczuł to w brutalnym dotknięciu ich rąk, gdy podnosili go i wsadzali na siodło Quade'a. Quade był największym z nich i w milczeniu przyjęto, że on pierwszy będzie szedł, podczas gdy Sinclair jechał. Zgodzili się na to wszyscy, prócz Quade'a. Potężny mężczyzna szedł obok swego konia i od czasu do czasu obrzucał Sinclaira bezlitosnym spojrzeniem.
Chodzenie po piasku było ciężką pracą. Pięta zapadała się głęboko, obciążając tylną część uda, a potem śródstopie ześlizgiwało się do tylu w połowie kroku. Wysiłek niezmiernie podnosił temperaturę ciała. Nie było żadnego podmuchu, duszność stawała się nie do zniesienia.
A dzień dopiero się zaczynał!
Zaledwie dwie godziny wcześniej słońce było jedynie czerwoną kulą na skraju pustyni. Teraz stało jeszcze nisko na niebie, a już było nieznośnie gorąco. Ich żałosne spojrzenia zapowiadały grozę, która miała nadejść w południe.
W grupce panowała śmiertelna cisza. Kolejno, podług zegarka, każdy z nich szedł przez pół godziny, po czym zmieniali konie, a gdy każdy z nich maszerował pieszo, rzucał jedno długie, pełne nienawiści spojrzenie na Sinclaira.
Po raz pierwszy zaczął ich poznawać. Byli przypadkowymi znajomymi. Cała ta wyprawa została podjęta przez niego pod wpływem chwili i, na tyle na ile leżało to w jego wesołej, bezmyślnej naturze, zaczął tego żałować. Praca na szlaku przekonała go, że znalazł się w nieodpowiedniej kompanii, a pierwsza poważna próba zdarła maski z ich twarzy. Widział trzy brzydkie natury, trzy małe, okrutne dusze.
Nadeszła kolej Sandersena na spacer.
- Może teraz ja mógłbym trochę pochodzić - zaproponował Sinclair.
Po raz pierwszy w życiu był ciężarem dla kogokolwiek, poza swoim bratem - a to było coś innego. Ach, jakże innego! Zmówił krótką modlitwę za Rileya Sinclaira. Był to człowiek, który szedłby pieszo cały dzień, byle jego brat mógł jechać, a pod koniec takiego dnia, ten człowiek z żelaza byłby tak samo świeży, jak ci, co jechali konno. Nie byłoby żadnych pytań, żadnej złości, nic, prócz dobrowolnej ofiary. Hal w duchu zaprzysiągł sobie, że odtąd będzie osądzał ludzi według surowego i honorowego ducha Rileya.
Wtedy padła ta smutna propozycja:
- Może teraz ja mógłbym trochę pochodzić, Sandersen. Trzymałbym się strzemienia, skakałbym i tak przeszedłbym jakiś kawałek.
Lowrie i Quade zaśmiali się szyderczo, a Sandersen odparł wściekłym głosem:
- Zamknij się. Wiesz, że to niemożliwe, ale powinienem sprawdzić twój blef.
Nie padła żadna odpowiedź, bo nie było to możliwe. Skręcona stopa powodowała nieustanne tortury.
Pół godziny później, kiedy zatrzymali się, bo Sandersen miał wsiąść na konia, a Lowrie z kolei iść, Sinclair poprosił o wodę. Quade podał niechętnie manierkę rannemu, ale Sandersen wyrwał mu ją z ręki.
- Popatrz tu! - rzekł Sandersen. - W tej sprawie musimy się podzielić. Ty sobie siedzisz na koniu, jedziesz i to wystarczy. Ja i reszta cierpimy piekielne męki. Weźmiesz trochę tego piekła na siebie. Ty będziesz jechał, a my będziemy mieli wodę. Niewiele jej już zostało!
Sinclair popatrzył bezradnie na pozostałych. Ich twarze wyrażały surową zgodę.
Słońce wznosiło się powoli ku zenitowi i wydawało się, że utknęło tam na wiele godzin, zalewając ziemię coraz większym żarem. Przedgórze wciąż falowało niebieskimi konturami wyznaczającymi odległość - straszliwy dystans.
Od wschodu nadciągała chmura pyłu. Niespokojny wzrok Sandersena dostrzegł ją pierwszy, a wśród pozostałych rozległ się ochrypły okrzyk radości. Quade szedł pieszo. Podniósł ku chmurze pyłu ramiona, jakby była to wizja miłosierdzia. Halowi Sinclairowi zdawało się, że zimna woda cieknie mu po języku i na zbolałą piekącą nogę. Jednak po tym pierwszym okrzyku radości zapadła cisza, a twarze zachmurzyły się.
- To nie wozy - odezwał się w końcu gorzko Lowrie - i nie jeźdźcy; za szybko to pędzi. To też nie jest wiatr, gdyż za wolno się zbliża. Ale to też nie ludzie. Możecie być tego pewni!
Wciąż mieli nadzieję, aż do momentu, gdy rosnąca chmura rozstąpiła się i uniosła na tyle, że zobaczyli stado dzikich koni, pędzących w równym tempie. Zauważyły ludzi i szybko skręciły w lewo. Chwilę później przed czwórką pozostała już tylko cienka smuga unoszącego się kurzu. Trzy pary oczu zwróciły się na Sinclaira i cicho przeklinały go, jakby to była jego wina.
- Te konie dążą do wody - rzekł Hal. - Czy nie możemy pojechać za nimi?
- Pędzą do wody oddalonej może o pięćdziesiąt mil. Nie, nie możemy jechać za nimi!
Ruszyli znów w drogę, a teraz, po tym okrutnym rozczarowaniu, trud zdawał się zdwojony. Quade za każdym kolejnym krokiem straszliwie klął. Gdy nadeszła jego pora na jazdę, odciągnął na bok Lowrie'go, i długo ze sobą rozmawiali, zerkając z ukosa w kierunku Sinclaira.
Hal niejasno domyślał się treści tej rozmowy i podejrzewał ich o zdradę i podłość. Nawet gdyby miłość własna mu na to pozwoliła, nie śmiałby się odezwać.
Ta sama scena powtórzyła się, gdy Lowrie szedł pieszo. Quade odjechał na bok z Sandersenem i znowu, rozmawiając, obrzucali rannego wilczymi spojrzeniami. Na następnym postoju stanęli przed nim. Sandersen zabrał głos.
- Już prawie zdecydowaliśmy, Halu - rzekł z rozmysłem - że na jakiś czas zostawimy tu ciebie. My pojedziemy poszukać wody. Kiedy ją znajdziemy, wrócimy po ciebie. Rozumiesz?
Sinclair zwilżył wargi językiem, ale nic nie odpowiedział.
Wtedy głos Sandersena stał się piskliwy od nagłej pasji.
- Powiedz, czy chcesz, aby trzech ludzi zginęło za jednego? Poza tym, co dobrego możemy tu zrobić?
- Żartujesz, Sandersen - odparł Sinclair. - Nie mówisz tego poważnie! Nie zostanę sam! Nie możecie mnie zostawić na pastwę losu! Równie dobrze możecie mnie zastrzelić!
Wszyscy zamilkli. Sandersen patrzył na Lowrie'go, a Lowrie wbił wzrok w piasek. Dopiero Quade zaczął działać.
Podszedł z boku do Sinclaira, wziął go w potężne ramiona, zsadził z siodła i położył na piasku.
- Trzymaj nerwy na wodzy - poradził mu. - Wrócimy.
Wymawiając te słowa, jąkał się.
- Albo zginiemy wszyscy, albo wrócimy. Dalej, chłopcy. Ja mam czyste sumienie!
Pospiesznie zwrócili konie w stronę gór, a kiedy za nimi rozległ się głos Sinclaira, żaden nie odważył się odwrócić głowy.
- Koledzy, przez wzgląd na naszą wspólną robotę, nie róbcie tego!
Przeraźliwie zgodnie wbili ostrogi w boki koni i zmusili nieszczęsne zwierzęta do galopu; głos za ich plecami zamienił się w lament, ale oni nie spojrzeli za siebie.
Nie śmieli też patrzeć nawzajem na siebie, gnali ze wzrokiem wbitym pasmo wzgórz. Raz Lowrie obrócił głowę, chcąc sprawdzić pozycję słońca. Raz Sandersen, wstrząśnięty jakimś spazmem wyrzutów sumienia, czy strachem przed śmiercią, z dziwnym jękiem spuścił głowę. Poza tym nie zamienili ani jednego słowa, ani jednego gestu aż do chwili, gdy półtorej godziny po opuszczeniu Sinclaira znaleźli wodę.
Z początku myśleli, że to miraż3. Za obopólną zgodą odwrócili się od niego. jednak konie zwietrzyły wodę i stały się nie do opanowania. Pięć minut później zwierzęta stały po kolana w błotnistej wodzie, a mężczyźni, zanurzywszy się w niej po piersi pili, pili, pili...
Potem usiedli na brzegu, wpatrując się w siebie w osłupieniu. Z jakiegoś powodu nie było w tym radości.
- Myślę, że Sinclair będzie wielce szczęśliwy, gdy zobaczy, że wracamy - rzekł Sandersen, uśmiechając się blado.
Przez chwilę nikt mu nie odpowiadał. Potem zaczęli się gorączkowo usprawiedliwiać.
- Quade, to był twój pomysł.
- Na twoją przeklętą duszę, czy nie cieszyłeś się, że wpadłeś na ten pomysł? Chcesz zwalić całą winę na mnie?
- Jaką winę? - odezwał się Lowrie. - Czyż nie przywieziemy mu wody?
- A jeśli kiedyś opowie, że go zostawiliśmy? Musielibyśmy się prędko wynosić z tych stron.
- Nigdy nie opowie. Każemy mu przysiąc.
- Jeśli zacznie gadać, zatkam mu gębę - rzekł Lowrie, bębniąc znacząco po pochwie rewolweru.
- Zrobisz to? A co, jeśli naśle na ciebie swego brata?
Lowrie przełknął ślinę.
- Cóż... - zaczął, ale nic więcej nie powiedział.
Wsiedli w milczeniu na konie i pojechali z powrotem. Dopiero gdy zaczął zapadać zmierzch, przyspieszyli jazdę, bojąc się, że w ciemności nie odnajdą miejsca, gdzie zostawili swego towarzysza. Gdy byli już całkiem blisko, zapadł zmrok i Quade zaczął wołać swym potężnym głosem. Nadsłuchiwali... Czasem wydawało im się, że słyszą echo lub, w wielkim oddaleniu, czyjś głos podobny do echa.
- Może zaczął się czołgać i poszedł w złą stronę - rzekł Lowrie. - Powinien siedzieć na miejscu, ponieważ...
- Och, Boże! - krzyknął Sandersen. - Wiedziałem! Wiedziałem to przez całą drogę!
Wskazał na postać leżącą na wznak na piasku ze skrzyżowanymi ramionami. Zsiedli i znaleźli Hala Sinclaira martwego i zimnego. Może wskutek pragnienia popadł w obłęd, może obmyślił sobie na zimno, że lepiej skończyć z życiem, nim ogarnie go szaleństwo. Surowy spokój malujący się na twarzy przemawiał raczej za tym drugim przypuszczeniem. Wyglądał na wiele starszego niż był. Jakakolwiek była tego przyczyna - Hal Sinclair strzelił sobie w głowę.
- Widzisz tę twarz? - zapytał Lowrie spokojnym głosem. - Przypatrz się dobrze. Zobaczysz ją na każdym kroku.
Sandersena ogarnął zabobonny strach.
- Co ty mówisz, Lowrie? Co masz na myśli?
- Mam na myśli to, że teraz jest podobny do Rileya Sinclaira. Zapamiętajcie sobie wszyscy: przed śmiercią staniemy twarzą w twarz z Rileyem Sinclairem.
- On nigdy się nie dowie - twierdził uparcie Quade. - Któż o tym wie, oprócz nas? A czy któryś z nas się wygada? - zaśmiał się na tę myśl.
- Nie wiem... - szepnął Sandersen. - Nie wiem..., panowie, ale zrobiliśmy straszną rzecz i zapłacimy za nią... zapłacimy!
1 Mila - tu: angielska mila lądowa, równa 1609 m.
2 Bronco (łac.) - surowy, nieoswojony, łamliwy, w języku kowbojów Ameryki Północnej dziki lub półdziki, także nieujeżdżony jeszcze i mocno brykający koń występujący podczas rodeo.
3 Miraż (fatamorgana) - zjawisko optyczne obserwowane w atmosferze ziemskiej; polega na powstawaniu obrazów przedmiotów oddalonych od obserwatora i zwykle normalnie niewidocznych wskutek załamywania się promieni świetlnych w nierównomiernie nagrzanej warstwie powietrza.