MŚCICIEL. Ostatni snajper - Kevin Lacz

-
Proszę czekać

Przed­mowa

Przed­mowa

Po raz pierw­szy spo­tka­łem Kevina "Dau­bera" Lacza, gdy w 2009 roku wraz z Chri­sem Kyle'em pra­co­wa­łem nad książką Snaj­per. Histo­ria naj­nie­bez­piecz­niej­szego snaj­pera w dzie­jach ame­ry­kań­skiej armii. Chris powie­dział mi wtedy, że Kevin znał szcze­góły jego dzia­łań w Iraku i że można mu zaufać. Stał się rów­nież jego bli­skim przy­ja­cie­lem. W rezul­ta­cie Kevin jest jed­nym z nie­licz­nych ludzi, z któ­rymi pod­czas pisa­nia książki Snaj­per prze­pro­wa­dzono wywiad Wielu, jak ja, znało część histo­rii Chrisa; nie­wielu, jak Kevin, znało ją całą.

Kilka lat póź­niej, gdy zde­cy­do­wano, że Snaj­per zosta­nie zekra­ni­zo­wany, Kevin podzie­lił się swoją wie­dzą z fil­mow­cami. Udzie­lał porad gwiaz­do­rowi fil­mo­wemu Bra­dley­owi Coope­rowi oraz reży­se­rowi Clin­towi Eastwo­odowi. Był nie tylko jedy­nym człon­kiem SEALs na pla­nie zdję­cio­wym, ale także jedyną osobą, która w jakim­kol­wiek stop­niu znała Chrisa. Bez Kevina Lacza film ni­gdy nie byłby tak reali­styczny, Kevin pozo­stał wierny swemu przy­ja­cie­lowi i bratu Chri­sowi Kyle'owi nie­za­leż­nie od oko­licz­no­ści - czy to wojna, sława, szczę­ście czy śmierć.

Gdy się­ga­łem po Mści­ciela, przy­szło mi do głowy, że może być dla mnie źró­dłem nowych infor­ma­cji o Chri­sie. Prze­cież Kevin prze­słu­żył z nim dwie tury i z pew­no­ścią miał o nim wiele do opo­wie­dze­nia. Gdy zagłę­bia­łem się w książkę, ude­rzyła mnie jej zło­żo­ność - to znacz­nie wię­cej niż zbiór wojen­nych opo­wie­ści, z któ­rych nie­które uka­zują Chrisa Kyle'a. Ale to nie tylko książka o Chri­sie. To przede wszyst­kim wspo­mnie­nia Kevina - czło­wieka, który nie bał się ucie­kać do prze­mocy, gdy sytu­acja tego wyma­gała.

Autor wnika głę­boko w psy­chikę ope­ra­tora kie­ru­ją­cego się nie­po­wstrzy­ma­nym pra­gnie­niem eli­mi­no­wa­nia wro­gów swego kraju. Już od pierw­szego roz­działu, w któ­rym dowia­du­jemy się, co skło­niło Kevina do wstą­pie­nia do woj­ska, aż do ostat­niego, w któ­rym widzimy doj­rza­łość członka SEALs szli­fu­ją­cego swoje umie­jęt­no­ści pod­czas jed­nego z naj­krwaw­szych okre­sów wojny w Iraku, widzimy praw­dzi­wego żoł­nie­rza. Wydaje się surowy i do bólu uczciwy, przez co jest uni­ka­towy na tle współ­cze­snej lite­ra­tury wojen­nej. Mści­ciel to ważna książka - nie tylko ze względu na temat, lecz także dzięki zupeł­nie nowemu uję­ciu wojen­nych wspo­mnień, które stają się zaj­mu­jące i nie­za­po­mniane.

Kevin zdo­był wykształ­ce­nie medyczne i znaczną część swo­jego czasu poświęca poma­ga­niu innym. Jego książka daje nam pewną istotną lek­cję: że można w pełni brać udział w walce, jed­no­cze­śnie wciąż uczest­ni­cząc w życiu spo­łe­czeń­stwa. Kevin dopusz­cza też do głosu liczną grupę wete­ra­nów, któ­rych się w więk­szo­ści igno­ruje - tych, któ­rzy słu­żyli, któ­rzy prze­trwali i któ­rym teraz dobrze się żyje. Jego doświad­cze­nia, choć dla niektó­rych maka­bryczne i szo­ku­jące, nie prze­szko­dziły mu w bez­pro­ble­mo­wej rein­te­gra­cji ze świa­tem cywil­nym i w osią­gnię­ciu suk­cesu. Auto­rowi należą się brawa za zwró­ce­nie uwagi na te kobiety i tych męż­czyzn, któ­rzy słu­żyli hono­rowo, nawet jeśli ucie­kali się do sto­so­wa­nia prze­mocy lub byli jej świad­kami, a po woj­nie powró­cili do swych domów i rodzin, aby robić rze­czy wiel­kie.

Ta książka poka­zuje nam praw­dziwy cha­rak­ter nie­zwy­kłego plu­tonu Char­lie SEAL Team Three pod­czas naj­cięż­szych bojów w histo­rii ame­ry­kań­skich jed­no­stek SEALs i Sta­nów Zjed­no­czo­nych w ogóle. Oczy­wi­ście pozna­łem wcze­śniej histo­rię Chrisa Kyle'a i wie­dzia­łem co nieco o losach Kevina, jed­nak dopiero Mści­ciel pozwo­lił mi dostrzec, że każdy z nich jest nie­sa­mo­wi­cie spe­cy­ficzny i każdy ma wła­sną opo­wieść o poświę­ce­niu i odwa­dze. To nie jest pean autora na swoją cześć; to hołd, który Kevin składa całej dru­ży­nie. Motto "fok", aby ni­gdy się nie pod­da­wać, pły­nie w żyłach Kevina, co widać na każ­dej stro­nie tej książki.

Wielu ludzi zmie­nia spoj­rze­nie na świat w świe­tle ramp Hol­ly­wo­odu i bla­sków sławy. Ale nie Kevin - on pozo­stał wierny sobie, przy­ja­cio­łom, rodzi­nie, człon­kom teamu i zasa­dom, według któ­rych żyje. Ogrom­nie go za to sza­nuję i jestem dumny, że mogę go nazy­wać swoim przy­ja­cie­lem.

Scott McE­wen

Współ­au­tor best­sel­lera "New York Timesa" Snaj­per. Histo­ria naj­nie­bez­piecz­niej­szego snaj­pera w dzie­jach ame­ry­kań­skiej armii oraz nie­wy­da­nej po pol­sku best­sel­le­ro­wej serii powie­ści Sni­per Elite

9 maja 2016

Wstęp

Wstęp

Ten pamięt­nik jest zapi­sem moich doświad­czeń jako nowego żoł­nie­rza Task Unit Bru­iser w SEAL Team Three plu­tonu Char­lie z bitwy o Ramadi. W 2006 roku zachodni Irak był pogrą­żony w kon­flik­cie na tle reli­gij­nym, morale było niskie, a misji koali­cji zagra­żała śmier­tel­nie nie­bez­pieczna rebe­lia. W efek­cie, w celu wspar­cia wysił­ków zmie­rza­ją­cych do opa­no­wa­nia sto­licy pro­win­cji Anbar, do walki w klu­czo­wej bata­lii o Ramadi skie­ro­wano SEAL Team Three. Wiele powie­dziano i napi­sano o naszych dzia­ła­niach owego lata, jed­nak trzeba pod­kre­ślić, że bitwa ta nie została wygrana wyłącz­nie przez człon­ków SEALs i jed­nostki spe­cjalne. Nie było jed­nego dowódcy, który powa­liłby wroga na kolana. Zwy­cię­stwo zapew­nił wspólny wysi­łek armii, pie­choty mor­skiej (mari­nes), mary­narki i lot­nic­twa. Niniej­sza histo­ria jest odzwier­cie­dle­niem tej współ­pracy.

Dzia­ła­nia, które pro­wa­dzi­li­śmy w Ramadi wio­sną, latem i jesie­nią 2006 roku, są zale­d­wie frag­men­tem histo­rii. Pokój, który wywal­czy­li­śmy dom po domu, ulica po ulicy, pomiesz­cze­nie po pomiesz­cze­niu, dzi­siaj już nie ist­nieje. Ci z nas, któ­rzy wal­czyli, krwa­wili i stra­cili tam braci, mogą tylko mieć nadzieję, że lek­cje wynie­sione z tej bitwy któ­re­goś dnia posłużą za wska­zówki, jak siły kon­wen­cjo­nalne i jed­nostki spe­cjalne powinny współ­pra­co­wać na przy­szłych polach walki. Niech ten frag­ment histo­rii będzie swego rodzaju ele­men­tar­nym źró­dłem wie­dzy dla tych, któ­rzy, patrząc w nie­od­le­głą prze­szłość, zasta­na­wiają się, jak wyglą­dała walka w szczy­to­wym momen­cie ope­ra­cji "Iracka Wol­ność". Pokoju w Ramadi już nie ma. Jed­nak nasza histo­ria ist­nieje.

Moja decy­zja o wstą­pie­niu do SEALs była szybka i osta­teczna, zaś droga do uzy­ska­nia insy­gniów z trój­zę­bem - długa i mozolna. Pod­czas przy­go­to­wań pochło­ną­łem tyle rela­cji z pierw­szej ręki o pod­sta­wo­wym kur­sie nisz­cze­nia pod­wod­nego, teamach SEALs i ope­ra­cjach bojo­wych, ile się dało. Kiedy podej­mo­wa­łem się tego przed­się­wzię­cia, mia­łem nadzieję, że moja histo­ria zain­spi­ruje kolejne gene­ra­cje wojow­ni­ków. Wiem, że gdzieś tam są wyjąt­kowi mło­dzi ludzie zain­te­re­so­wani siłami spe­cjal­nymi i że nie­któ­rzy z nich będą z dumą nosić naszywkę z trój­zę­bem, słu­żyć teamom, brac­twu i naszemu kra­jowi. Ta histo­ria jest także dla nich.

Jedna z pod­sta­wo­wych zasad jed­no­stek SEALs brzmi: "Każ­dego dnia musisz zasłu­żyć na swój trój­ząb". Jako żoł­nie­rze SEALs, człon­ko­wie sił spe­cjal­nych, bez­u­stan­nie sta­ramy się zasłu­żyć na swoją repu­ta­cję. Szczy­cimy się zadzior­no­ścią w dzia­ła­niu i umie­jęt­no­ścią neu­tra­li­zo­wa­nia agre­syw­nego prze­ciw­nika. Nie dzia­łamy jak roboty, ale i nie jeste­śmy lemin­gami. Każdy żoł­nierz sił spe­cjal­nych jest maszyną bojową, zdolną do obję­cia przy­wódz­twa na dowol­nym szcze­blu, dążącą do zapew­nie­nia suk­cesu misji. Jeste­śmy nie­ustę­pliwi. Na stro­nach tej książki sta­ra­łem się oddać dyna­miczną oso­bo­wość ludzi, któ­rych pozna­łem. Wspól­nie two­rzy­li­śmy jeden zabój­czy zespół zada­niowy, a mimo to każdy pozo­stał sobą: wciąż byli­śmy braćmi, mężami, ojcami i synami.

Mam ogromny sza­cu­nek dla ludz­kiego życia. W mło­dym wieku posta­no­wi­łem poświę­cić się karie­rze medycz­nej i peł­nię funk­cję asy­stenta leka­rza. Gdy w odpo­wie­dzi na ataki ter­ro­ry­styczne zde­cy­do­wa­łem się wstą­pić do mary­narki wojen­nej, wie­dzia­łem, że spo­tkam nie­przy­ja­ciela na polu walki. Jako czło­nek SEALs mia­łem za zada­nie zetrzeć się z wro­giem i użyć takich sił, aby go zneu­tra­li­zo­wać. Wielu ludzi ni­gdy nie zro­zu­mie pro­stoty tej kon­cep­cji ani gwał­tow­no­ści boju. Więk­szość nie jest żoł­nie­rzami Navy SEALs. Uwa­żam, że "foką" trzeba się uro­dzić, a nie zostać, i że mia­łem dużo szczę­ścia, by przyjść na świat z umie­jęt­no­ścią poru­sza­nia się po polu walki i wyko­na­nia roboty. Wielu moich współ­to­wa­rzy­szy to rozu­mie. Z tych wzglę­dów, nie­za­leż­nie od tego, jak długo będę żyć, ni­gdy już nie poczuję tej ener­gii, którą dawało nam życie w plu­to­nie, z braćmi jak wśród rodziny.

Pod­czas mojej kariery w teamach byłem świad­kiem aktów odwagi i hero­izmu moich towa­rzy­szy, z któ­rych wielu już nie żyje. Ta książka to hołd ich pamięci oraz całej for­ma­cji SEALs. Mam nadzieję, że spełni ona ocze­ki­wa­nia braci, któ­rych podzi­wiam i sza­nuję - to oni pomo­gli mi stać się tym, kim dziś jestem.

Decy­zja o napi­sa­niu książki była trudna. Kilku człon­ków SEALs pytało, dla­czego się na to zde­cy­do­wa­łem. Nie­któ­rzy by tego nie zro­bili. Sza­nuję mil­cze­nie żoł­nie­rzy sił spe­cjal­nych. Uwa­żam jed­nak, że patrzę z innej per­spek­tywy niż zawo­dowy żoł­nierz SEALs po dwu­dzie­stu latach stażu w teamach. W porów­na­niu z tym moje osiem lat w mary­narce wojen­nej wydaje się sto­sun­kowo krót­kim okre­sem. Wstą­pi­łem do woj­ska w odpo­wie­dzi na zama­chy z jede­na­stego wrze­śnia 2001 roku, poświę­ci­łem służ­bie swój czas i doświad­cze­nie, a potem ruszy­łem dalej. To jedna z rze­czy, któ­rych doko­na­łem w życiu, ale nie jedyna. Wielu chło­pa­ków, z któ­rymi byłem w teamie, zacią­gnęło się jesz­cze przed wojną. Ja dołą­czy­łem z powodu wojny. Tak wygląda moja histo­ria.

Będąc w Ramadi, zapi­sy­wa­łem swoje doświad­cze­nia w dzien­niku. Liczy­łem, że notatki się zacho­wają, aby pozo­stało mi coś nama­cal­nego, coś, do czego można się odwo­łać, gdy w pew­nym wieku pamięć zacznie mnie zawo­dzić. Kiedy w 2006 roku, jako młody płe­two­nu­rek, spi­sy­wa­łem wszystko w ską­pym świe­tle, nie doce­nia­łem war­to­ści tych nota­tek. Oka­zały się nie­zwy­kle uży­teczne przy pisa­niu wspo­mnień. W kwe­stii dia­lo­gów, gdy pamięć zawo­dziła, sta­ra­łem się jak naj­le­piej oddać ducha wypo­wie­dzi. Nie­stety pra­wie dzie­sięć lat póź­niej po pro­stu nie byłem w sta­nie dokład­nie pamię­tać słów, jakie mię­dzy sobą wymie­nia­li­śmy. Wyda­rze­nia przed­sta­wi­łem dokład­nie tak, jak je zapa­mię­ta­łem, i zgod­nie ze wspo­mnie­niami innych, któ­rzy byli tam ze mną i z któ­rymi kon­sul­to­wa­łem się w cza­sie pisa­nia.

Co istotne, przy przy­go­to­wy­wa­niu tych wspo­mnień nie uży­łem żad­nych taj­nych infor­ma­cji. Na róż­nych eta­pach korzy­sta­łem z pomocy kilku moich naj­bliż­szych przy­ja­ciół, do któ­rych zwra­ca­łem się z pyta­niami o szcze­góły i proś­bami o wyja­śnie­nie. Dzię­kuję im za pomoc. Ręko­pis został przed­ło­żony i zaak­cep­to­wany przez Pen­ta­gon, w poro­zu­mie­niu z Depar­ta­men­tem Obrony i Dowódz­twem Ope­ra­cji Spe­cjal­nych Mary­narki Wojen­nej, pod kątem bez­pie­czeń­stwa. Ponadto skon­tak­to­wano się z człon­kami plu­tonu, jak rów­nież z pozo­sta­łym per­so­ne­lem mary­narki, który poja­wia się w pamięt­niku. Zna­ko­mita więk­szość była pomocna i chciała zostać wymie­niona w książce - z imie­nia lub prze­zwi­ska. Dzię­kuję im bar­dzo za ich nie­usta­jące wspar­cie. W celu ochrony toż­sa­mo­ści niektó­rych człon­ków służb nie­kiedy uży­wam pseu­do­ni­mów.

Czas spę­dzony w teamach ukształ­to­wał mnie takim, jaki jestem dzi­siaj. Nie zamie­nił­bym moich prze­żyć na służ­bie (pozy­tyw­nych ani nega­tyw­nych) na żadne inne. Wie­rzę, że w życiu nie da się uciec od prze­ło­mo­wych doświad­czeń, ale trzeba zawsze iść do przodu. Oddziały SEALs pomo­gły mi w odkry­ciu swego poten­cjału, i to w momen­tach, w któ­rych naj­mniej się tego spo­dzie­wa­łem. Po zakoń­cze­niu służby wynie­sioną wie­dzę wyko­rzy­sta­łem do uzy­ska­nia licen­cjatu z nauk poli­tycz­nych na Uni­wer­sy­te­cie Con­nec­ti­cut, a następ­nie ukoń­czy­łem stu­dia medyczne na Uni­wer­sy­te­cie Wake Forest, gdzie uzy­ska­łem dyplom asy­stenta leka­rza. Obec­nie jestem part­ne­rem w fir­mie Life­style & Per­for­mance Medi­cine Powe­red by Rege­ne­sis, w któ­rej poma­gam ludziom zadbać o zdro­wie oraz pod kon­trolą leka­rza wydo­być ich poten­cjał.

Zdo­byte doświad­cze­nia woj­skowe umoż­li­wiły mi danie cze­goś w zamian tym, z któ­rymi słu­ży­łem. Zain­spi­ro­wany przez moją żonę Lind­sey, wspól­nie z nią uru­cho­mi­łem pro­gram Hun­ting for Healing, któ­rego celem jest praca z nie­peł­no­spraw­nymi wete­ra­nami i ich mał­żon­kami: wspólna aktyw­ność na świe­żym powie­trzu, wyjazdy na ryby i polo­wa­nia. Wie­rzę, że sil­niej­sze oso­bo­wo­ści two­rzą moc­niej­sze kolek­tywy. Wiem, że nie zawdzię­czam wszyst­kiego wyłącz­nie sobie. Ukształ­to­wali mnie przede wszyst­kim ludzie, wśród któ­rych mia­łem szczę­ście się zna­leźć. Nie zatrzy­muję się na Ramadi, teamach SEALs czy też moich odczu­ciach - sta­ram się, by to, co prze­ży­łem, poma­gało w pew­nym stop­niu kształ­to­wać moje oto­cze­nie, i za wszyst­kie doświad­cze­nia jestem dozgon­nie wdzięczny.

Pro­log

Pro­log

- Zbie­rać dup­ska! Cała ekipa na dach Shark House! - Zasa­pany okrzyk Marca Lee wyrwał mnie ze snu.

Nie zdą­ży­łem pomy­śleć, gdy pode­rwa­łem się z łóżka polo­wego, wci­sną­łem bose stopy w tak­tyczne buciory Oakley, chwy­ci­łem opo­rzą­dze­nie, kara­bi­nek auto­ma­tyczny, hełm i oku­lary nok­to­wi­zyjne (NVG) i pobie­głem, dep­cząc Mar­cowi po pię­tach. Mia­łem na sobie tylko szorty tre­nin­gowe i tro­chę opo­rzą­dze­nia sztur­mo­wego, gdy tak gna­li­śmy te sto jar­dów na dach niczym rekiny, które wyczuły krew w wodzie.

Stę­chłą bryzę Eufratu prze­peł­niała woń nie­uchron­nie zbli­ża­ją­cej się prze­mocy.

- Mudże pró­bują ata­ko­wać z wody Blue Dia­mond! - zawo­łał przez ramię Marc, kiedy wpa­dli­śmy przez drzwi na par­te­rze domu.

Obóz woj­skowy Blue Dia­mond był bazą mari­nes za rzeką na wschód od nas. Schody poko­ny­wa­li­śmy susami, a nie­za­wią­zane sznu­rówki chla­stały nas po łyd­kach. Na dachu dołą­czy­li­śmy do około dwu­dzie­stu innych chło­pa­ków z oddziału, z któ­rych więk­szość była w szor­tach, goła do pasa, ubrana w nie­ofi­cjalny uni­form środka nocy, chwilę temu zerwana z posła­nia na polo­wa­nie na mudża­he­di­nów. Gdzie­nie­gdzie widzia­łem jakiś T-shirt, musia­łem więc powstrzy­mać chi­chot, gdy zoba­czy­łem Guya, jed­nego z naszych ofi­ce­rów, w per­fek­cyj­nym mun­du­rze. Prze­mie­szała się z nami pstro­ka­ci­zna chło­pa­ków ze wspar­cia. Kiedy Marc powie­dział: "Wszy­scy", miał rze­czy­wi­ście na myśli wszyst­kich, co do jed­nego. Każdy chciał ruszyć na swoją wojnę.

Mudże do ataku na bazę mari­nes wysłali żało­sny oddzia­lik mor­skich bojow­ni­ków. Blue Dia­mond powia­do­mił nasze Cen­trum Ope­ra­cji Tak­tycz­nych (TOC), które sko­or­dy­no­wało ide­alną zasadzkę w kształ­cie litery L. Sta­li­śmy przy­go­to­wani, cze­ka­jąc na zie­lone świa­tło z cen­trum dzia­łań obron­nych bazy w Camp Ramadi. Nie­kom­pletne mun­dury i pstro­katy wygląd grupy dawały mylne wyobra­że­nie o naszym śmier­cio­no­śnym poten­cjale. Sta­li­śmy tak w ciszy, cza­jąc się jak węże w ocze­ki­wa­niu na atak.

Ktoś będzie miał kiep­ską noc.

Guy był po mojej lewej. Marc Lee i Ryan Job usta­wili się obok niego. Po pra­wej JP. Byli­śmy nowi na tej woj­nie, ale nasze bra­ter­stwo roz­cią­gało się na wiele poko­leń, wykute przez dumną tra­dy­cję wojow­ni­ków. Byli­śmy gotowi.

Gość ze wspar­cia o imie­niu Neal, sto­jący nie­da­leko, był uzbro­jony po zęby. Znowu zdu­si­łem śmiech. Jego ekwi­pu­nek był arse­na­łem gra­na­tów, maga­zyn­ków do M4 i gadże­tów. Nie miał gogli nok­to­wi­zyj­nych.

Ponow­nie skie­ro­wa­łem wzrok za cichą rzekę. Mój nok­to­wi­zor pene­tro­wał ciem­ność, mogłem więc dostrzec ruch. Prze­su­ną­łem bez­piecz­nik na broni i włą­czy­łem lase­rowy wskaź­nik celu.

I wtedy padł roz­kaz.

"Trzy, dwa, jeden. Ognia!"

Razem roz­pę­ta­li­śmy pie­kło na rzece pomię­dzy niczego nie­podej­rze­wa­ją­cymi bojow­ni­kami cza­ją­cymi się w jej wodach. Byłem w eufo­rii. Dokład­nymi seriami po pięć-dzie­sięć nabo­jów meto­dycz­nie wystrze­la­łem ich sto pięć­dzie­siąt. Poci­ski smu­gowe huczały ponad wodą. Nie­które tra­fiały i uty­kały, inne ryko­sze­to­wały i gasły w mroku nocy. Potężna ener­gia ame­ry­kań­skiego arse­nału i roz­śpie­wany wokoło grzmot broni auto­ma­tycz­nej nie pozo­sta­wiał w mojej gło­wie miej­sca na wąt­pli­wo­ści: byłem do tego stwo­rzony.

Rozej­rza­łem się na wszyst­kie strony, na ludzi robią­cych dokład­nie to samo, i dotarło do mnie, że zawsze tak było. Od czasu gdy pierw­szy czło­wiek cisnął kamień, kiedy rzu­cił oszcze­pem, do chwili gdy ktoś inny wymie­rzył z kara­binu, wszystko spro­wa­dzało się do czło­wieka, jego oręża i towa­rzy­szy wal­czą­cych razem z nim. W takiej chwili wszy­scy, któ­rzy coś dla mnie zna­czyli, znaj­do­wali się na tam­tym dachu. Nie ist­niało nic poza Ramadi. Ci ludzie na pewno wycią­gną mnie stąd żywego, a ja zro­bił­bym to samo dla nich. Nie mia­łem nic poza moją bro­nią i moimi braćmi. Mam nadzieję, że zawsze tak będzie.

Nie zauwa­ży­łem parzą­cej łuski wyrzu­co­nej z mojej broni w kie­runku odsło­nię­tej nogi JP sto­ją­cego po mojej pra­wej stro­nie. Nie dba­łem o to. Kiedy wresz­cie zabrzmiał gwał­towny okrzyk, aby wstrzy­mać ogień, dzwo­niło mi w uszach, czu­łem mro­wie­nie w rękach, a wróg był mar­twy albo umie­rał. Czu­łem, że żyję.

Ktoś wydzie­rał się na Neala za wystrze­la­nie sze­ściu maga­zyn­ków bez oku­la­rów nok­to­wi­zyj­nych. Przez resztę tury prze­zy­wa­li­śmy go Noc­nym Stal­ke­rem.

- Hej, kolego, a dostanę baretkę za akcję w polu? - zapy­tał z zakło­po­ta­niem tech­nik uzbro­je­nia.

- Jasne - odpo­wie­dzia­łem. Niech nacie­szy się przez chwilę swoją chwałą.

Spraw­dzi­łem swoją lewą flankę. Guy, Marc i Ryan mieli na twa­rzach zna­jomą satys­fak­cję pły­nącą z zabawy z potężną bro­nią. JP klął z powodu opa­rzeń na lewej łydce po moich łuskach. Wzru­szy­łem ramio­nami i wzią­łem głę­boki oddech. Zapach kor­dytu z setek wystrze­lo­nych nabo­jów mie­szał się z bryzą od strony pra­daw­nych wód Eufratu. Zabez­pie­czy­łem broń i klep­ną­łem pod­kładkę uci­skową lasera. Chwy­ci­łem swoje opo­rzą­dze­nie i roz­po­czą­łem wędrówkę powrotną do namiotu, zasta­na­wia­jąc się, ile podob­nych oka­zji będę jesz­cze mieć przez następne sie­dem mie­sięcy. Nie chcia­łem, aby zmie­niły mnie ani żad­nego z nas. Nie wybie­ga­łem myślą w daleką przy­szłość, w któ­rej za dzie­sięć lat będę mężem lub ojcem. Wtedy nie miało to zna­cze­nia. Musia­łem tylko wyczy­ścić swój kara­bi­nek. Byłem w Ramadi. Znowu zale­gnę na swo­jej pry­czy, zanim muchy znajdą mię­cho, które zosta­wi­li­śmy dla nich w trzci­nach.

Nie spa­łem tylko moment. Szybko zapa­dłem w zasłu­żony sen, prze­ko­nany, że wyko­na­łem - wyko­na­li­śmy - dobra robotę.

Mam nadzieję, że tak będzie zawsze.

2 Lutego 2013

Bar miał typowo stu­dencki, nieco hip­pi­sow­ski cha­rak­ter. W daw­nym życiu takiego miej­sca pró­bo­wał­bym uni­kać. Było wcze­śnie i noc w Win­ston-Salem w Karo­li­nie Pół­noc­nej dopiero się roz­krę­cała. Zaczy­na­łem tak bar­dzo mi potrzebny wie­czór wolny od stu­dio­wa­nia i rutyny uczel­nia­nego życia, kiedy stu­kot roz­gry­wa­ją­cej bili prze­rwał mi roz­mowę z żoną, Lind­sey. Pocią­gną­łem z butelki łyk piwa coors light. Są rze­czy, które ni­gdy się nie zmie­niają.

Tele­fon zawi­bro­wał mi w kie­szeni. Przez chwilę roz­wa­ża­łem, czy go nie zigno­ro­wać. Cie­szy­łem się jed­nym z nie­wielu wol­nych wie­czo­rów, byłem na przy­ję­ciu uro­dzi­no­wym przy­ja­ciela i naprawdę nie chcia­łem, aby coś go zakłó­ciło. Z dru­giej strony jed­nak nie byłem jedy­nie stu­den­tem szko­lą­cym się na asy­stenta leka­rza. W domu zosta­wi­łem dzie­ciaka z niańką, a poza szkołą mia­łem jesz­cze pracę. Spraw­dzi­łem tele­fon. Ostat­nie, czego potrze­bo­wa­łem, to prze­ga­pie­nie istot­nej roz­mowy.

Ekran wyświe­tlił:

Ste­ven Young - dyrek­tor naczelny Craft

Pomy­śla­łem, że to dziwne, że szef dzwoni o dwu­dzie­stej w week­end. Ode­bra­łem, pewny, że to ważne.

- Czo­łem, Ste­ven. - Przy­ci­sną­łem tele­fon do pra­wego ucha, pal­cami zaty­ka­jąc lewe, aby odgro­dzić się od zgiełku baru. - Co tam sły­chać?

Po tonie jego głosu natych­miast pozna­łem, że coś jest bar­dzo nie w porządku. Wyrzu­cał z sie­bie potok słów, a ja pró­bo­wa­łem cokol­wiek z tego uchwy­cić.

- Dau­ber... Wyda­rzyło się coś złego... Chrisa nie ma... Zastrze­lony wcze­śniej w ciągu dnia, razem z Cha­dem... Mor­der­stwo... Tak mi przy­kro...

Tele­fon wciąż mia­łem przy­le­piony do ucha, ale nie sły­sza­łem całej reszty. Czu­łem, jak­bym nagle dostał pię­ścią w twarz. Szok. Prze­bie­głem wzro­kiem po ludziach w barze, aż napo­tka­łem oczy Lind­sey, która wpa­try­wała się we mnie. Wie­działa, że coś jest nie tak.

Wymam­ro­ta­łem Ste­ve­nowi podzię­ko­wa­nia i prośbę, aby mnie infor­mo­wał, po czym się roz­łą­czy­łem.

Pod­sze­dłem do Lind­sey. Nie chcia­łem jej o tym mówić. Odkąd pozna­li­śmy się sie­dem lat temu, przy­zwy­cza­ili­śmy się do prze­ka­zy­wa­nia sobie tego rodzaju wie­ści. Czę­ściej to ja infor­mo­wa­łem ją, o śmierci kogoś, z kim słu­ży­łem, cza­sami tele­fo­nicz­nie, cza­sami SMS-em, a nie­kiedy twa­rzą w twarz.

Teraz jed­nak nie chcia­łem jej mówić.

Była szczę­śliwa, korzy­stała z wol­nego wie­czoru. Nie­chęt­nie chwy­ci­łem ją za rękę i odcią­gną­łem od baru. W świe­tle ulicz­nych latarń spoj­rza­łem jej w oczy. Pomy­śla­łem o tych wszyst­kich wie­ściach, jakie przy­no­si­łem jej przez lata, i o tym, jak prze­ży­wała je wraz ze mną, cho­ciaż to ja kogoś tra­ci­łem. Za każ­dym razem nosiła żałobę razem ze mną, z sza­cun­kiem skła­da­jąc hołd ludziom, któ­rych nazy­wa­łem braćmi. Tym razem miało być ina­czej. Im dłu­żej byłem poza teamem, tym bar­dziej kur­czyła się naj­waż­niej­sza grupka moich przy­ja­ciół. Chris był w niej zawsze. Wie­dzia­łem, że będzie boleć.

Kiedy jesz­cze cho­dzi­li­śmy ze sobą i miesz­ka­li­śmy w Impe­rial Beach w Kali­for­nii, pew­nego razu zabra­łem ją na strzel­nicę snaj­per­ską na wschód od San Diego. Przy­szli wszy­scy snaj­pe­rzy z grupy zada­nio­wej, kilku przy­pro­wa­dziło swoje sym­pa­tie. Chris był tego dnia sam. Spę­dzi­li­śmy popo­łu­dnie na celo­wa­niu i ucze­niu dziew­czyn strze­la­nia. Lind­sey ni­gdy wcze­śniej nie strze­lała, ale mogę powie­dzieć, że jej się podo­bało, szcze­gól­nie gdy tra­fiała z pię­ciu­set metrów w głowę tar­czy syl­wet­ko­wej. Chris doce­nił ją jako pierw­szy sło­wami: "Niech to szlag!". Z taką pochwałą od Legendy mogła być nad­zwy­czaj dumna ze swo­jego strze­la­nia.

Pomy­śla­łem o całej tej rado­ści, któ­rej wspól­nie doświad­czy­li­śmy przez lata. Tym razem to także ona ponio­sła stratę.

Powie­dzia­łem jej i widzia­łem, jak się roz­pada na moich oczach. Zanim się roz­pła­kała, na jej twa­rzy poja­wiło się zakło­po­ta­nie i nie­do­wie­rza­nie. W ciszy objęła mnie na chwilę; zapewne była w takim samym szoku jak ja. Kiedy szli­śmy do samo­chodu zapar­ko­wa­nego przy sąsied­nim budynku, nagle zatrzy­mała się, zgięła wpół i zwy­mio­to­wała. Póź­niej bez słowa się wypro­sto­wała i wsie­dli­śmy do wozu. Za kół­kiem byłem kom­plet­nie roz­ko­ja­rzony. Jesz­cze przed­wczo­raj roz­ma­wia­łem z Chri­sem o pew­nym pro­jek­cie. Na kilka godzin przed zabój­stwem przy­sy­łał mi SMS-y. Cała ta nagłość odjęła mi mowę.

Bycie człon­kiem teamu nie­od­łącz­nie wiąże się z zagro­że­niem. Zanim zło­ży­łem przy­sięgę w mary­narce wojen­nej, dotarło do mnie, że w pracy może mi się coś przy­tra­fić. Rozu­mia­łem, że ja lub ktoś, kogo znam, może zostać zabity. Tak po pro­stu jest, tak wygląda nasza robota. Sądzę, że ta świa­do­mość pomo­gła mi nasta­wić się czy też przy­go­to­wać na złe wie­ści, które miały prze­cież poja­wiać się nie­prze­rwa­nie. Byłem na plaży w Jack­so­nville na Flo­ry­dzie, kiedy usły­sza­łem o Extor­tion 17 (misji heli­kop­te­ro­wej w Afga­ni­sta­nie w 2011 roku) i losie Jona Tumil­sona i Dar­rika "D-Rocka" Ben­sona, z któ­rymi pra­co­wa­łem w SEAL Team Three. Był to szok, ale też w pew­nym sen­sie pozo­sta­łem spo­kojny, wie­dząc, że ode­szli, wyko­nu­jąc pracę, którą kochali. Wal­czyli u boku braci. Chris był inny.

Jadąc cichymi uli­cami Win­ston-Salem, zadzwo­ni­łem do Guya, naszego sta­rego porucz­nika. Poczta gło­sowa. "LT, tu Dau­ber, oddzwoń, jak to odbie­rzesz".

Zaczęły napły­wać wia­do­mo­ści tek­stowe od innych człon­ków teamu, ale naprawdę nie chcia­łem ich czy­tać.

Sły­sza­łeś o Chri­sie...? Co do cho­lery...?

Kiedy dotar­łem do domu, chwy­ci­łem butelkę bur­bona i otę­piały gapi­łem się w ekran kom­pu­tera. Mor­der­stwo. Czu­jąc ukłu­cie tego słowa w duszy, pozwo­li­łem palą­cemu pły­nowi roz­lać się po orga­ni­zmie. Nie mogłem oswoić się z jego bru­tal­no­ścią. Zamor­do­wani. Chris i Chad. Nala­łem sobie kolejną szkla­neczkę i przy­mkną­łem oczy.

Parę mie­sięcy wcze­śniej przy oka­zji podróży służ­bo­wej odwie­dzi­łem Dal­las i sie­dzia­łem naprze­ciwko Chrisa w jego salo­nie w Midlo­thian. Od śmie­chu z dow­ci­pów i bez­u­stan­nych żar­ci­ków, któ­rymi się prze­rzu­ca­li­śmy, aż roz­bo­lał mnie brzuch. Chris był zaban­da­żo­wany od kolan w dół z powodu opa­rzeń sło­necz­nych, któ­rych naba­wił się w Zatoce Mek­sy­kań­skiej. Przez całe lata, które spę­dzi­łem z Chri­sem w teamie, rzadko widy­wa­łem go w szor­tach. Jego ostatni wypad na ryby w pła­sko­den­nej łodzi skoń­czył się opa­rze­niami i nad­wy­rę­żo­nym ego. Sie­dzie­li­śmy, żar­to­wa­li­śmy, popi­ja­li­śmy i jedli­śmy, a w tle leciał mecz Ran­ger­sów.

Byli­śmy razem w Iraku, miej­scu, do któ­rego jadą twar­dziele i z któ­rego wra­cają jesz­cze twardsi. Zakoń­cze­nie służby i powrót do nor­mal­nego życia prze­szli­śmy cał­kiem bez­bo­le­śnie; pra­co­wa­li­śmy wtedy obaj w jego fir­mie. Pomimo całego wspól­nego doświad­cze­nia nie roz­ma­wia­li­śmy o woj­nie. Wciąż mam w pamięci jego uśmiech, z któ­rym opu­ścił nas w Iraku w 2006 roku, kiedy to wró­cił do domu, do dzie­cia­ków. Wymie­ni­li­śmy histo­ryjki o naszych dzie­ciach - nie mógł się docze­kać roz­po­czę­cia sezonu fut­bo­lo­wego. Obie­ca­łem mu, że zadzwo­nię, kiedy wygrają Patrioci, a Kow­boje prze­grają. Powie­dział mi, że w takim razie nie­prędko się ode­zwę... Wszystko to się teraz zmieni.

Roz­chy­li­łem powieki, kiedy Lind­sey z trza­skiem otwo­rzyła drzwi do pokoju. Nie mam poję­cia, ile tak duma­łem. Pod­nio­słem na nią wzrok, a potem zer­k­ną­łem na swój tele­fon. Zro­zu­miała, że nie mam ochoty roz­ma­wiać. Lind­sey jest moją opoką, ale z nie­któ­rymi rze­czami po pro­stu muszę zmie­rzyć się sam - i ona o tym wie. Zamknęła drzwi, a mój tele­fon znowu się roz­dzwo­nił.

Prze­ka­za­łem Guy­owi wszyst­kie infor­ma­cje, jakimi dys­po­no­wa­łem. Był zdu­miony, nie­do­wie­rzał. W 2008 roku Guy słu­żył jako nasz ofi­cer i pod odej­ściu z teamu nasza trójka przez lata utrzy­my­wała bli­ski kon­takt. Minuty ciszy na linii wlo­kły się niczym patrol dale­kiego roz­po­zna­nia na irac­kiej pustyni.

- Cho­lera, tak mi przy­kro, Daubs. Daj mi znać, jak dowiesz się jesz­cze cze­goś. Jestem z tobą.

Zapew­ni­łem go o tym samym i nala­łem sobie następ­nego drinka.

Sie­dzia­łem w pokoju sam i wspo­mi­na­łem dobre czasy. Moje odej­ście z armii zmie­niło związki z teamami. Od kiedy byłem poza, sta­łem się byłym kole­siem z akcji, face­tem, który robił fajne rze­czy, ale zaczął nowy roz­dział w swoim życiu. To nie jest może naj­bar­dziej chwa­lebna forma samo­re­ali­za­cji, ale tak już jest. Po odej­ściu z teamu zmie­niły się moje życiowe cele. Stu­dio­wa­łem, aby zostać asy­sten­tem leka­rza, zro­bi­łem licen­cjat z nauk poli­tycz­nych, mia­łem żonę i syna, i dom, i całe życie, które oddzie­lało mnie od tego, kim byłem jako koleś z teamu. A mimo to w pewien spo­sób czu­łem, że cią­gnie mnie tam z powro­tem. Szcze­gól­nie w chwi­lach takich jak te, w momen­cie śmierci brata, docie­rało do mnie, że czło­wiek z teamu ni­gdy nie jest tak naprawdę poza nim. Bra­ter­stwo zespala nas na dłu­żej niż tura, dłu­żej niż plu­ton, dłu­żej niż szko­le­nie.

Przy­po­mnia­łem sobie tele­fon od Chrisa w 2009 roku, który zadzwo­nił, aby mi powie­dzieć, że zmarł Ryan "Big­gles" Job. To było moje wpro­wa­dze­nie do śmierci poza teamem - i było bole­sne. Mogłem dopa­trzeć się sensu w śmierci na polu walki, ale Ryanowi zago­iły się rany i przez kilka lat żył peł­nią życia, dopóki po chi­rur­gii pla­stycz­nej nie wystą­piły kom­pli­ka­cje. Kiedy Chris zadzwo­nił i prze­ka­zał mi te infor­ma­cje, poczu­łem złość, jak­bym został oszu­kany. Nie poże­gna­łem się. Zale­d­wie parę dni przed śmier­cią Ryan tele­fonował, aby powie­dzieć mi, że jego żona jest w ciąży. Był taki szczę­śliwy. A potem odszedł. Żało­wa­łem, że nie powie­dzia­łem mu wię­cej. Nie powie­dzia­łem mu, jak bar­dzo byłem z niego dumny. Nie powie­dzia­łem mu, jak wielką inspi­ra­cją był dla innych wokół sie­bie, w tym towa­rzy­szy broni. Nie było powrotu. Zostały tylko wspo­mnie­nia, tylko nimi teraz można żyć.

Ryan roz­po­czął ten łań­cuch. Póź­niej było wię­cej tele­fo­nów i złych wie­ści. Wię­cej zło­ści i wspo­mnień, i poczu­cie, że jestem na zawsze zwią­zany z brac­twem, bez względu na to, jak wiele czasu minęło, odkąd ostat­nio nosi­łem mun­dur. Pat Feeks. Nick Che­cque. Matt Leathers. Tim Mar­tin. Lista się wydłuża. Każda kolejna strata cią­gnie mnie z powro­tem.

A teraz Chris opu­ścił nas rów­nie nagle jak Big­gles i inni, nie zosta­wia­jąc nic poza wspo­mnie­niami.

Za każ­dym razem takie wie­ści wzbu­dzają tę samą wście­kłość. To nie jest złość skie­ro­wana ku kon­kret­nej oso­bie, ale gniew, że świat stra­cił uko­cha­nego syna. Wspo­mnie­nia, które noszę o tych oso­bach, utwier­dzają mnie w tym prze­ko­na­niu. Byli gigan­tami wśród ludzi, ale nie ma już ich wśród nas. Kiedy myśla­łem o Chri­sie, czu­łem kipiącą we mnie wście­kłość.

Wla­łem w sie­bie resztkę bur­bona. Jest tylko jeden adres, pod jaki można się udać, kiedy stra­ciło się bli­skiego przy­ja­ciela: towa­rzysz broni. Brat. Musia­łem do tego wra­cać. Mój czas w teamie bez­u­stan­nie prze­cina się ze ścież­kami teraź­niej­szo­ści. To nie­unik­nione. Za każ­dym razem, gdy kogoś tracę, powra­cam do lep­szych cza­sów, w któ­rych zna­łem go za życia. Wra­cam do początku moich dni jako "czło­wieka żaby"1. Ta podróż nie­sie pocie­chę. Zabiera mnie z powro­tem do brac­twa, do krwi, potu i łez wyla­nych, aby zasłu­żyć na upra­gniony trud. Pomaga mi nie opła­ki­wać odej­ścia towa­rzy­sza, ale raczej roz­ko­szo­wać się luk­su­sem, który był mi dany - że żyłem z nim i wal­czy­łem u jego boku.

Chris i ja na cere­mo­nii wrę­cze­nia odzna­czeń po naszej turze w Ramadi

Wielu ludzi przez całe życie poszu­kuje jego sensu albo tropi godne pamięci dozna­nia. Mój czas w teamie ze snaj­pe­rami, z Chri­sem był moim Świę­tym Gra­alem.

Odsu­ną­łem szkla­neczkę na bok i otwo­rzy­łem plik w kom­pu­te­rze. Gapi­łem się na wspólne zdję­cie moje i Chrisa z cere­mo­nii wrę­cze­nia odzna­czeń w 2007 roku. W tym dniu w żyłach buzo­wała mi krew, roz­pie­rała mnie ener­gia. Potem wszy­scy poszli­śmy do knajpy Danny's Island Bar, aby świę­to­wać. Był tam mój ojciec, razem z Lind­sey, Mamuśką Lee i jakąś setką płe­two­nur­ków z SEAL Team Three. Uśmiech­ną­łem się na wspo­mnie­nie poro­zu­mie­waw­czego spoj­rze­nia ojca, który stał przy barze. Wyła­pa­li­śmy paru niczego nie­podej­rze­wa­ją­cych uczest­ni­ków kur­sów płe­two­nur­ków bojo­wych i zaapli­ko­wa­li­śmy im kilka ćwi­czeń w ramach "budo­wa­nia dru­żyny". Pozwo­li­łem, aby moje myśli odpły­nęły do póź­niej­szej popi­jawy i popra­win w barze Far East Rock Ty Woodsa. Wspo­mnie­nia były jak żywe. Zawsze takie będą. Uśmiech­ną­łem się, kiedy pomy­śla­łem o moich postę­pach w roli "żaby".

Otwo­rzy­łem pudełko z płytą kom­pak­tową i włą­czy­łem fil­mik z 2006 roku z moim plu­to­nem w roli głów­nej. Oglą­da­łem go naboż­nie po odej­ściu z teamu, ale wraz z upły­wem lat czę­sto­tli­wość sean­sów spa­dała. Tej nocy była odpo­wied­nia pora, aby do niego wró­cić. Gdy zbu­dził się dźwięk i uka­zały się obrazy, były one tak żywe jak moja pamięć.

Wró­ci­łem do źró­dła. Czu­łem, jak wcią­gają mnie dawne prze­ży­cia, ludzie, z któ­rymi wal­czy­łem, i nasze wspólne wspo­mnie­nia. Wie­dzia­łem, że żyłem peł­nią życia. Choć tego luto­wego dnia ktoś ode­brał Chri­sowi życie, to nikt nie może mi ode­brać wspo­mnień o nim. To samo doty­czy Big­glesa, Marca Lee, D-Rocka, JT i innych, któ­rzy w pew­nym stop­niu mnie ukształ­to­wali. Byłem znowu tam, gdzie zaczy­na­łem. Znowu w teamie.

Ang. frog­man ("czło­wiek żaba") - zwy­cza­jowe okre­śle­nie koman­dosa SEAL. W teamach SEALs odzie­dzi­czono je po człon­kach Pod­wod­nych Zespo­łów Wybu­rze­nio­wych Mary­narki Wojen­nej z dru­giej wojny świa­to­wej (przyp. red.). [wróć]

I. Kijanka

I

Kijanka

"Opłaca się być zwy­cięzcą." Nie­ofi­cjalne motto teamów SEALs1

Kiedy byłem dziec­kiem, nie­kiedy okre­ślano mnie jako nie­ustę­pli­wego, co tak naprawdę jest po pro­stu eufe­mi­zmem upar­ciu­cha. Jak­kol­wiek by było, zawsze nale­ża­łem do tych, któ­rzy podą­żali wła­sną ścieżką, nawet jeśli ozna­czało to podej­mo­wa­nie decy­zji, które dla innych wokół mnie nie miały sensu. Nie­kiedy odma­wia­łem rezy­gna­cji z rze­czy, w któ­rych nikt nie dopa­try­wał się wiel­kich war­to­ści. W innych sytu­acjach rap­tow­nie zmie­nia­łem kie­ru­nek, kiedy wyda­wało się, że pozo­sta­nie na kur­sie ma sens.

Moja nie­ustę­pli­wość nazna­czyła moje dzie­ciń­stwo w środ­ko­wym Con­nec­ti­cut dzi­waczną zło­żo­no­ścią osią­gnięć i rze­czy nie­ukoń­czo­nych. Byłem mio­ta­czem w dru­ży­nie base­bal­lo­wej, która nie­malże wygrała zawody w Nowej Anglii, by rok póź­niej odejść i skon­cen­tro­wać się na piłce noż­nej - dys­cy­pli­nie, w któ­rej wcale nie byłem świetny. Przez dzie­sięć lat byłem skau­tem, a potem rzu­ci­łem to przed zdo­by­ciem odznaki Orła Har­ce­rza, bowiem wyda­wało mi się to zbyt nużące. W podobny spo­sób roz­sta­łem się z dru­żyną gol­fową na uczelni, kiedy znu­dził mnie ten sport, mimo że byłem w tym świetny. Wzią­łem się wtedy do pły­wa­nia i na zakoń­cze­nie ostat­niego roku rywa­li­zo­wa­łem z innymi na pozio­mie sta­no­wym.

Mia­łem naj­gor­szą rzecz, jaką może mieć nasto­la­tek pozba­wiony praw­dzi­wej moty­wa­cji: talent od Boga. Nie cho­dzi o to, że nie chcia­łem być dobry. Chcia­łem i robi­łem, co należy: cho­dziłem na zaję­cia i utrzy­my­wa­łem się na listach naj­lep­szych, ale nic nie było dla mnie na tyle dużym wyzwa­niem, abym czuł, że chcę wią­zać z tym przy­szłość. Regu­lar­nie dosta­wa­łem dobre oceny i otrzy­my­wa­łem pochwały, nie odczu­wa­jąc jed­no­cze­śnie, abym został praw­dzi­wie wyma­glo­wany. W moim kato­lic­kim liceum dla chłop­ców gra nie toczyła się o stawkę na tyle dużą, abym poświę­cił dzia­ła­niom sto pro­cent wysił­ków w celu zabez­pie­cze­nia swej przy­szło­ści.

W wieku osiem­na­stu lat postrze­ga­łem szkołę wyż­szą jako oka­zję do popró­bo­wa­nia samo­dziel­no­ści. Prze­brną­łem przez dwa seme­stry na Uni­wer­sy­te­cie Jamesa Madi­sona w Wir­gi­nii, koń­cząc rok spek­ta­ku­larną porażką ze śred­nią aryt­me­tyczną ocen 0,7. Na jesieni 2001 roku byłem dzie­więt­na­sto­let­nim stu­den­tem pierw­szego stop­nia z iro­ke­zem na gło­wie, pod­bi­tym okiem i wie­loma sinia­kami zaro­bio­nymi w roz­ró­bach i bój­kach na pię­ści, z ogólną nie­chę­cią do nie­mal wszyst­kiego, co nie wią­zało się z panien­kami, gorzałą i rugby.

Cho­ciaż spóź­nia­łem się na zaję­cia i nie odda­wa­łem prac, moje pierw­sze podej­ście do szkoły wyż­szej nie było cał­ko­witą kata­strofą. Na początku pierw­szego seme­stru natkną­łem się na Rugby House na Har­ri­son Street i miej­sce to szybko stało się moim dru­gim domem. Ekipa rug­bi­stów wzięła mnie pod swoje skrzy­dła. To byli mło­dzi ludzie z prze­zwi­skami w rodzaju Blump­kin (niech spo­czywa w pokoju), Strap­per, Spi­dey, Beardo, Reeper, Snorty, Metal Head Nick, Dirty Dustin, AY czy Weird Jason. W śro­dowe popi­jawy przed Świę­tem Dzięk­czy­nie­nia opróż­nia­li­śmy beczułkę, słu­cha­jąc metalu, gra­jąc w piwny ping-pong i pod­no­sząc cię­żary. Panienki nie miały odwagi wcho­dzić. Orga­ni­zo­wa­li­śmy tema­tyczne imprezki. Tłu­kli­śmy się z bra­cią stu­dencką. Na boisku dawa­li­śmy sobie radę z więk­szo­ścią prze­ciw­ni­ków.

Nie­któ­rzy mogliby powie­dzieć, że ciut za bar­dzo poko­cha­łem życie. Moi rodzice nie byli zachwy­ceni, kiedy poja­wili się na rodzin­nym week­en­dzie na uczelni, a ja mia­łem pod­bite oko - efekt ostat­niego meczu. Nie podo­bał im się mój iro­kez. A jed­nak zna­la­złem swoje miej­sce w gru­pie i dobrze sobie radzi­łem. Jeśli mój czas na uczelni cze­go­kol­wiek mnie nauczył, to tego, że jestem zwie­rzę­ciem stad­nym.

Jede­na­stego wrze­śnia 2001 roku obu­dzi­łem się w Rugby House i zalo­go­wa­łem do komu­ni­ka­tora Ame­rica Online. Prze­wi­ja­jący się pasek infor­ma­cyjny wyświe­tlał te same straszne wia­do­mo­ści, które widziała reszta świata. Począt­kowo nie dostrze­głem donio­sło­ści sytu­acji. Wyda­wała się sur­re­ali­styczna. Umy­łem zęby, ubra­łem się i bez­tro­sko ode­bra­łem tele­fon od matki. Kiedy prze­ka­zy­wała mi szcze­góły o dwóch samo­lo­tach, które ude­rzyły w World Trade Cen­ter, odle­głe rap­tem o dwie godziny od miej­sca, w któ­rym dora­sta­łem, dotarła do mnie powaga tego wyda­rze­nia.

Posze­dłem do sąsied­niego domu, gdzie na ekra­nie tele­wi­zora zoba­czy­łem ciemne, kłę­biące się chmury dymu, ludzi ska­czą­cych z okien, aby unik­nąć pło­mieni, gigan­tyczną mgłę pyłu i sterty gruzu. Prze­peł­niała mnie złość - uczu­cie, które w tych dniach zawład­nęło ame­ry­kań­ską świa­do­mo­ścią.

W ciągu dnia dowie­dzia­łem się o Bru­sie Eagle­so­nie, bli­skim przy­ja­cielu rodziny, moim men­to­rze w cza­sach dora­sta­nia w Mid­dle­field w Con­nec­ti­cut. Bruce pra­co­wał dla West­field Cor­po­ra­tion i tego ranka zadzwo­nił do swo­jego syna z jed­nej z wież.

- Mam na górze pra­cow­ni­ków - powie­dział mu. - Muszę wró­cić i spraw­dzić, co z nimi.

Ni­gdy nie zna­leźli jego ciała.

Na pogrze­bie Bruce'a poczu­łem, że zna­la­złem się na roz­drożu. Nie robi­łem ze swoim życiem tego, co trzeba. Źli ludzie zamor­do­wali mojego przy­ja­ciela i co mogłem z tym zro­bić? Gra­nie w rugby i piwny ping-pong aż do porzygu rap­tem stra­ciły cały swój urok. Chcia­łem poza­bi­jać ludzi, któ­rzy zapla­no­wali eks­ter­mi­na­cję pra­wie trzech tysięcy Ame­ry­ka­nów. To było Pearl Har­bor mojego poko­le­nia. Przy­po­mniały mi się związki mojej rodziny z mary­narką wojenną w cza­sie dru­giej wojny świa­to­wej. Mój dzia­dek był maszy­ni­stą na okrę­cie na połu­dnio­wym Pacy­fiku, zaś mój wujeczny dzia­dek latał dwu­pła­tow­cem, polu­jąc na Japoń­czy­ków na Pacy­fiku, gdzie został zestrze­lony i spę­dził cztery dni, dry­fu­jąc na otwar­tym oce­anie, zanim ura­to­wały go nasze siły.

W biu­rze wer­bun­ko­wym mary­narki wojen­nej moją uwagę przy­cią­gnął stary pla­kat z "fokami". Pię­ciu uzbro­jo­nych płe­two­nur­ków, w opo­rzą­dze­niu, z sumia­stymi wąsami i poma­lo­wa­nymi twa­rzami, wyła­ziło z wody. Wyglą­dali na goto­wych do popra­wie­nia komuś humoru. Na pla­ka­cie było po pro­stu napi­sane "SEALs", a ja tylko mgli­ście koja­rzy­łem tę nazwę. Zain­te­re­so­wali mnie jed­nak i po małym roze­zna­niu szybko posta­no­wi­łem, że chcę stać się jed­nym z nich. Mia­łem dosyć mier­no­ści życia. To było pierw­sze ryzyko, jakie kie­dy­kol­wiek pod­ją­łem - chwila, w któ­rej zde­cy­do­wa­łem się zro­bić krok naprzód i zostać męż­czy­zną.

Kiedy powie­dzia­łem o tym rodzi­com, total­nie znisz­czy­łem atmos­ferę. Jestem naj­star­szym z trzech synów w dum­nej rodzi­nie robot­ni­czej z Con­nec­ti­cut. Moi pra­dziad­ko­wie ze strony matki i moi dziad­ko­wie ze strony ojca wyemi­gro­wali z Pol­ski na początku dwu­dzie­stego wieku. Dzia­dek ze strony ojca był robot­ni­kiem w fabryce i far­me­rem. Ojciec mojej matki, zanim uru­cho­mił inte­res z for­mami i matry­cami, pra­co­wał w fabryce. Moi rodzice spę­dzili całe życie w środ­ko­wym Con­nec­ti­cut, w małej, sil­nie powią­za­nej wewnętrz­nie spo­łecz­no­ści, i uwa­żali, że wstę­pu­jąc do mary­narki, tylko odkła­dam decy­zję o swo­jej przy­szło­ści. Uzy­ska­łem dobrą notę w teście wstęp­nym Armii USA i rekru­ter usi­ło­wał mnie prze­ko­nać, abym zgło­sił się do pro­gramu ope­ra­cji nukle­ar­nych mary­narki. Wyniki testów kwa­li­fi­ka­cyj­nych podobne do moich rze­komo tra­fiają się rzadko, zachwa­lał więc szko­le­nie tech­niczne, dodatki finan­sowe i pie­nią­dze na stu­dia. Nie chcia­łem mieć z tym nic wspól­nego. Moim celem było dołą­cze­nie do walki i zabi­ja­nie ter­ro­ry­stów.

W marcu 2002 roku uda­łem się do nale­żą­cego do mary­narki wojen­nej Cen­trum Szko­le­nia Rekru­tów w Great Lakes (lub "Great Mista­kes"2). W kwe­stii sta­wia­nych wyzwań obóz dla rekru­tów oka­zał się gigan­tycz­nym roz­cza­ro­wa­niem. Mary­narka zwy­kła powia­dać: "Nasze statki są zro­bione z drewna, a nasi ludzie - ze stali". Patrząc na moje doświad­cze­nia z obozu uni­tar­nego, można było odnieść wra­że­nie, że okręty współ­cze­snej mary­narki zro­bione są ze stali, jej mary­na­rze zaś - z paró­wek. Zde­cy­do­wana więk­szość mary­na­rzy, któ­rych spo­tka­łem, nie przy­go­to­wy­wała się do szko­le­nia SEALs.

Po "Wiel­kich Błę­dach" odby­łem szes­na­sto­ty­go­dniowy kurs w szkole sani­ta­riu­szy. Ćwi­cze­nia, nauka i myśle­nie o cze­ka­ją­cych mnie wyzwa­niach - nic innego nie robi­łem. Pra­co­wa­łem ciężko, choć znaj­do­wa­łem też nieco czasu, aby wysza­leć się z przy­ja­ciółmi, i zakoń­czy­łem naukę w czo­łówce mojego rocz­nika.

W stycz­niu 2003 roku kum­pel ode­brał mnie z lot­ni­ska i prze­wiózł przez most z San Diego do Kolo­rado, abym zamel­do­wał się na pod­sta­wo­wym kur­sie nisz­cze­nia pod­wod­nego SEALs, czyli BUD/S, na wyspie Coro­nado. Jadąc mostem w moim nie­bie­skim mun­du­rze, czu­łem się, jak­bym wresz­cie dotarł na miej­sce.

Nie­któ­rzy kole­sie powie­dzą ci, że "foką" się zostaje. Opi­szą ci szko­le­nie płe­two­nur­ków bojo­wych, opowie­dzą, że odpada osiem­dzie­siąt pro­cent kan­dy­da­tów, i będą usi­ło­wali przy­wo­łać wszyst­kie spo­soby, jakie ludzie z Mor­skich Ope­ra­cji Spe­cjal­nych mają na naj­więk­szych twar­dzieli.

Ja twier­dzę, że to bzdura.

Człon­kiem SEALs nie można zostać. Trzeba się nim uro­dzić. W chwili gdy kan­dy­dat wycho­dzi na plażę Coro­nado, albo ma to "coś", albo nie. Pomimo naj­szczer­szych wysił­ków mary­narki nie ma tak naprawdę spo­sobu, aby okre­ślić ów "czyn­nik x". Do sze­re­gów tra­fiają ludzie z róż­nych warstw spo­łecz­nych, ze wszyst­kich rejo­nów kraju, o róż­nym wzro­ście i budo­wie. Nie ma gwa­ran­cji, że naj­szybsi, naj­sil­niejsi i naj­szczu­plejsi prze­brną przez szko­le­nie. To, co gwa­ran­tuje suk­ces, nie daje się zmie­rzyć w minu­tach czy kilo­gra­mach. Wszy­scy ci ludzie, któ­rzy koń­czą kurs płe­two­nur­ków bojo­wych oraz kurs kwa­li­fi­ka­cyjny SEALs i następ­nie prze­cho­dzą do służby w teamach, mają deter­mi­na­cję i odpor­ność warte wię­cej niż tysiące godzin przy­go­to­wań na bieżni czy w base­nie.

Człon­ko­wie SEALs nie "powstają" w teamach - teamy wyostrzają te zdol­no­ści, które ludzie już mają. Odry­wają war­stwy zasła­nia­jące instynkt zabójcy, leżący gdzieś głę­boko w uśpie­niu, i poka­zują żoł­nie­rzom, jak może być spo­żyt­ko­wany.

Nazy­wamy to brac­twem, ponie­waż wyku­wamy więzi przez nasze doświad­cze­nia, ale rów­nież dla­tego, że jeste­śmy rodziną ludzi ode­rwa­nych od wszyst­kich innych. Jed­no­czy nas wro­dzony duch wojow­nika. Na naj­bar­dziej pod­sta­wo­wym, pier­wot­nym pozio­mie jeste­śmy ule­pieni z tej samej gliny.

Mia­łem dwa­dzie­ścia jeden lat, kiedy na początku 2003 roku w ramach grupy 245. roz­po­czą­łem pod­sta­wowy kurs nisz­cze­nia pod­wod­nego SEALs. Zali­czy­łem pięć tygo­dni indok­try­na­cji i kursu wstęp­nego, zanim roz­po­czą­łem pierw­szy i naj­bar­dziej wyma­ga­jący etap szko­le­nia płe­two­nurka bojo­wego. Pierw­szy dzień roz­po­czął się na Młynku - dużym asfal­to­wym dzie­dzińcu, gdzie kur­sanci zbie­rają się o poranku. Rozej­rza­łem się po twa­rzach ponad dwu­stu ludzi, któ­rzy razem ze mną roz­po­częli sze­ścio­mie­sięczne szko­le­nie. Więk­szo­ści z nich przed koń­cem szó­stego tygo­dnia już tu nie będzie. Grupa była pełna kolesi o postu­rach bestii, w róż­nym stop­niu ema­nu­ją­cych wyglą­dem typu: "Ja jestem stąd". Przy stu dzie­więć­dzie­się­ciu cen­ty­me­trach wzro­stu i dzie­więć­dzie­się­ciu kilo­gra­mach wagi dobrze się wpa­so­wa­łem. Wie­dzia­łem, że mój wyraz twa­rzy, nie­za­chę­ca­jący do wku­rza­nia mnie, jest auten­tyczny, i jed­no­cze­śnie zda­wa­łem sobie sprawę, że w przy­padku znacz­nej więk­szo­ści obec­nych to jedy­nie poza.

Pierw­szy rezy­gnu­jący odpadł na wła­sną prośbę pierw­szego dnia, zanim jesz­cze roz­po­częła się zaprawa fizyczna. Aby zre­zy­gno­wać, trzeba trzy­krot­nie użyć dzwonka w celu zaanon­so­wa­nia współ­uczest­ni­kom kursu, że nie jesteś mate­ria­łem na kum­pla z teamu. Rezy­gna­cja wiąże się z dodat­ko­wym poni­że­niem, kiedy taki koleś musi prze­pa­ra­do­wać przed for­ma­cją stu pięć­dzie­się­ciu face­tów, cisną­cych trzy­sta któ­reś tam z kolei nożyce. Dzwo­nek wędruje wszę­dzie tam, gdzie idzie grupa, czy to na tor prze­szkód, czy na plażę, czy gdzie­kol­wiek indziej. Ude­rze­nie w dzwo­nek nie­sie obiet­nicę gorą­cej kawy, pącz­ków i życia wypeł­nio­nego żalem.

Załoga łodzi numer 1 z grupy 245. pod­czas Pie­kiel­nego Tygo­dnia (fot. dzięki uprzej­mo­ści Mary­narki Wojen­nej USA)

Szybko zna­la­złem braci. Mię­so­żercy wza­jem­nie się wyczu­wają. Załogi łodzi dobiera się według wzro­stu, a moja skła­dała się z sze­ściu naj­wyż­szych chło­pa­ków z grupy 245. Z tym wzro­stem praw­do­po­dob­nie powin­ni­śmy być naj­wol­niejsi, ale Tim Mar­tin pona­glał nas, aby­śmy trzy­mali tempo. Tim był wybry­kiem natury z Wiscon­sin o nie­sa­mo­wi­tej szyb­ko­ści i nie­zmien­nie pozy­tyw­nym nasta­wie­niu. Żeby nie wia­domo jak gów­niane były postępy, bły­skał swoim sze­ro­kim, głup­ko­wa­tym uśmie­chem i mam­ro­tał jakieś zachęty. Jego bez­u­stanne "Dasz radę!" prze­pchnęło mnie przez nie­je­den z naj­zim­niej­szych momen­tów Pie­kiel­nego Tygo­dnia (hell week).

Kiedy byli­śmy zmę­czeni i wyzię­bieni, zwra­ca­li­śmy się do Matza. Był cichym miesz­kań­cem Nowej Anglii - New Hamp­shire - o czar­nych wło­sach i jesz­cze czar­niej­szym poczu­ciu humoru. W naj­cięż­szych chwi­lach wyrzu­cał z sie­bie jakiś pseu­do­fi­lo­zo­ficzny beł­kot, aby odwró­cić naszą uwagę od trud­nej sytu­acji. Śmia­li­śmy się, kiedy nor­malni ludzie pew­nie by pła­kali. To nas napę­dzało. Szko­le­nie płe­two­nur­ków bojo­wych dało począ­tek więzi wyku­tej przez prze­ciw­no­ści losu i umoc­nio­nej przez poświę­ce­nie.

Pierw­sze osiem tygo­dni kursu BUD/S to nie­koń­czący się tre­ning - jest to z pew­no­ścią naj­cięż­sza z faz. To pompki i nożyce cią­gnące się w nie­skoń­czo­ność niczym pia­sek na plaży Coro­nado, i tak nie­prze­rwane jak zimno i wil­goć, któ­rym chłosz­czą fale, prze­są­cza­jące się do szpiku kości i pogrą­ża­jące twego ducha w nie­szczę­ściu i sro­mo­cie. To brak snu i dźwi­ga­nie belek, i sady­styczni instruk­to­rzy, zde­ter­mi­no­wani, aby pozbyć się tych, któ­rzy nie pasują. To biegi po plaży i łydki palące żywym ogniem, i instruk­to­rzy popę­dza­jący cię coraz bar­dziej, spraw­dza­jąc, kiedy się pod­dasz. To pły­wa­nie w morzu na pięć kilo­me­trów i limity cza­sowe, i bez­li­to­sne prądy, i chwile nie­pew­no­ści w rodzaju "czy to, kurwa, był rekin?". To tory prze­szkód na czas i symu­la­tory arty­le­rii, i trosz­cze­nie się o braci, i ich tro­ska o cie­bie. To tasz­cze­nie nad głową, wraz z pię­cioma chło­pa­kami, pięć­dzie­się­cio­ki­lo­gra­mo­wego pon­tonu, aż ramiona zaczną pło­nąć i drżeć, i ugi­nać się, a potem kolejny wysi­łek i pod­no­sze­nie go na nowo. To ciska­nie łodzi do oce­anu i rado­wa­nie się ulotną chwilą ulgi, zanim wsko­czysz do środka i będziesz wio­sło­wać obok grzy­wa­czy i z powro­tem z wiszą­cym nad tobą nie­re­al­nym limi­tem cza­so­wym. To twój instruk­tor, mówiący, że nie przy­pły­ną­łeś na czas i że z tego powodu dodat­kowo zała­du­jesz swoją łódź pia­skiem. To bez­u­stanne przy­po­mi­na­nie, że "opłaca się być zwy­cięzcą". To słońce zacho­dzące na koniec dnia, który roz­po­czął się przed świ­tem, to peł­znący chłód i bole­sna świa­do­mość, że to dopiero począ­tek.

Szko­le­nie płe­two­nur­ków bojo­wych to nie tre­ning rezer­wo­wego składu dru­żyny pił­kar­skiej na uczelni czy klubu rugby. Poprzeczka była zawie­szona znacz­nie wyżej niż do tej pory, bez­u­stan­nie więc zmu­sza­łem się, by prze­kra­czać wła­sne gra­nice. Po raz pierw­szy w życiu pra­gną­łem cze­goś tak bar­dzo, że byłem gotów zre­zy­gno­wać ze wszyst­kiego, co mia­łem, i nie tylko. Kiedy bie­ga­li­śmy na czas, byłem sta­łym człon­kiem "Dru­żyny Mato­łów", co było zaszczy­tem zare­zer­wo­wa­nym dla chło­pa­ków, któ­rzy nie zmie­ścili się w limi­cie cza­so­wym. Za każ­dym razem, kiedy zosta­wa­łem "mato­łem" za zbyt wolny bieg, przyj­mo­wa­łem karę i wra­ca­łem po wię­cej. Mor­do­wa­łem się z nad­licz­bo­wymi noży­cami, mękami przy­boju i wiecz­nymi otar­ciami od mokrego pia­sku lepią­cego się do każ­dego cen­ty­me­tra ciała. Spusz­cza­łem głowę i brną­łem dalej, nakrę­cany świa­do­mo­ścią, że każdy, kto ude­rzył w dzwo­nek i zre­zy­gno­wał, był słab­szy ode mnie.

Kiedy minęło kilka tygo­dni tre­ningu, Stany Zjed­no­czone ude­rzyły na Irak. Fakt, że toczy­li­śmy wojnę na dwa fronty, wywo­ły­wał we mnie wielki nie­po­kój.

- Wła­śnie toczy się wojna, a ja tu tkwię, ucząc was, sukin­syny! - ryk­nął instruk­tor Tor­sen na załogę mojej łodzi pod­czas Pie­kiel­nego Tygo­dnia. - Nie potra­fi­cie nawet utrzy­mać pon­tonu!

To wszystko spra­wiało, że sta­ra­łem się bar­dziej. Za każ­dym razem, kiedy jakiś koleś ude­rzał w dzwo­nek i rezy­gno­wał, zwięk­szała się moja deter­mi­na­cja. Men­tal­nie zawsze odgra­dza­łem się od tych, któ­rzy nie dali rady. Oni mar­twili się tym, żeby prze­brnąć przez szko­le­nie BUD/S. Ja mar­twi­łem się tym, aby dostać się do plu­tonu i uczest­ni­czyć w walce.

Pie­kielny Tydzień to czwarty tydzień pierw­szego etapu, który pomy­ślany jest jako długi okres stresu - dosłow­nie. Od chwili gdy sobot­nią nocą roz­po­czyna się prze­ło­mowa próba, aż do momentu, kiedy w piąt­kowe popo­łu­dnie grupa ma to za sobą, kur­sanci są pod­da­wani nie­ustan­nym testom fizycz­nym i psy­chicz­nym oraz dzia­łają pod pre­sją emo­cjo­nalną, a wszystko to przy łącz­nie trzech godzi­nach snu prze­wi­dzia­nych na cały tydzień.

Prze­ła­ma­nie to chaos. Kiedy zapada ciem­ność, instruk­to­rzy zapa­lają ogień w koszach na śmieci, strze­lają nad głową i zaczyna się tydzień wrza­sków, który cią­gnie się nie­mi­ło­sier­nie, a kur­sanci roz­pacz­li­wie wal­czą, aby ukoń­czyć zada­nia w limi­tach cza­so­wych spe­cjal­nie pomy­śla­nych tak, by były nie­wy­ko­nalne.

Mój Pie­kielny Tydzień wypadł w kwiet­niu. Po paru dniach, zzięb­nięci i mokrzy, wyglą­da­li­śmy żało­śnie. Załoga mojej łodzi usta­wiła na plaży pon­ton, który miał osło­nić nas przed desz­czem i gra­dem, kiedy jedli­śmy nasze racje polowe. Dale, jeden z naszych instruk­to­rów, sta­nął nade mną i obser­wo­wał, jak usi­ło­wa­łem wydo­być swoją zimną jam­ba­layę z pro­sto­kąt­nego pakietu, który pró­bo­wa­łem otwo­rzyć rękami sinymi od hipo­ter­mii. Całe moje ciało ska­kało w dzi­kich dresz­czach niczym wier­tarka uda­rowa. Bolał mnie każdy żało­śnie poob­cie­rany jego cen­ty­metr. W takiej chwili zje­dze­nie jam­ba­lai ozna­czało peł­nię szczę­ścia i Dale o tym wie­dział. W jed­nej chwili chwy­cił wio­sło, zagar­nął nie­wielką górkę pia­sku i wsy­pał ją do mojego jedze­nia. Wyobraź­cie sobie naj­bar­dziej bru­talny kop­niak w jaja. Tak wła­śnie ode­bra­łem pia­sek od Dale'a. Prze­ły­ka­nie upiasz­czo­nej jam­ba­lai było okropne, ale z peł­nym prze­ko­na­niem mogę powie­dzieć, że zyska­łem nową per­spek­tywę - każdy pierw­szy kęs pizzy w piąt­kowy ranek będzie lep­szy od jam­ba­lai z pia­chem.

Zro­zu­mia­łem, dla­czego kole­dzy z teamu uwiel­biają powie­dzonko: "Skoro się tym nie przej­mu­jesz, to zna­czy, że nie było to ważne". BUD/S to w więk­szo­ści wyzwa­nie men­talne. Rzecz nie w tym, że jest ci mokro i zimno. Tu cho­dzi o to, że jest ci mokro i zimno, i przy­go­to­wu­jesz się psy­chicz­nie, że tak będzie w kółko i bez końca. A jed­no­cze­śnie będziesz musiał kon­ku­ro­wać z grupą innych kolesi, pod­czas gdy jesz­cze inni, któ­rzy już mają te zada­nia za sobą, szy­dzą i kry­ty­kują. To prze­ra­ża­jące. Patrzy­łem, jak mój sąsiad z pokoju ude­rzył w dzwo­nek przed pły­wa­niem pod wodą na dystan­sie pięć­dzie­się­ciu metrów tylko dla­tego, że sia­dła mu psy­chika. Nie sądzę, że z powodu samego pły­wa­nia, z któ­rym każdy z nas fizycz­nie by sobie pora­dził. Tu cho­dziło o całą otoczkę. Musisz zaata­ko­wać BUD/S albo BUD/S cię pożre.

Na dru­gim eta­pie dozna­łem urazu ple­ców i po krót­kim okre­sie zdro­wie­nia zosta­łem prze­su­nięty do grupy 246. Tra­fi­łem tam na braci: Tan­nera, B-Duba, Mikeya, Maro, Bito, Gil­biego, Big­gsa, KPM i Clarka, zna­nego także jako Billy, i innych. Przez sie­dem­na­ście tygo­dni z mozo­łem prze­ra­bia­li­śmy ewo­lu­cję za ewo­lu­cją na torze prze­szkód, na base­nie i w pia­skach Coro­nado. Nasza Trefna Ekipa (The Shady Squad), jak sie­bie nazy­wa­li­śmy, była co naj­mniej pstro­kata. Pocho­dzi­li­śmy z każ­dego zakątka Sta­nów Zjed­no­czo­nych, mie­rzy­li­śmy od metra sześć­dzie­się­ciu pię­ciu cen­ty­me­trów do metra dzie­więć­dzie­się­ciu (ja), mie­li­śmy fizjo­no­mie od mło­dzień­czego dzie­więt­na­sto­latka do doj­rza­łego gościa po trzy­dzie­stce. Sta­no­wi­li­śmy ide­alne odzwier­cie­dle­nie pod­sta­wo­wej prawdy o teamach: nie ist­nieje cecha fizyczna czy wykład­nik suk­cesu przy tre­ningu na bojo­wego płe­two­nurka czy członka SEALs. Z ponad dwu­stu ludzi, któ­rzy wystar­to­wali z grupą 246., przez wszyst­kie trzy etapy prze­brnęło czter­dzie­stu czte­rech. Na papie­rze róż­nice mię­dzy nami było ogromne, ale naszymi naj­istot­niej­szymi wspól­nymi cechami były wro­dzona odpor­ność i nie­ustę­pliwy duch, z któ­rymi wojow­nik się rodzi i które musi pie­lę­gno­wać. Nauczy­li­śmy się roz­po­zna­wać je w nas samych i u innych. Nazy­wa­li­śmy się braćmi i wspól­nie prze­trwa­li­śmy.

Druga faza szko­le­nia BUD/S (fot. Richard Scho­en­berg)

W dniu zakoń­cze­nia kursu zebra­li­śmy się wcze­śnie na plaży na ostatni bieg z dowódcą. Nasz ofi­cer dowo­dzący był wyso­kim i żyla­stym face­tem o ciem­nych wło­sach i wąsach. Był płe­two­nur­kiem sta­rej szkoły, twar­dym jak stal. Gdyby zechciał, mógłby nas wszyst­kich zamę­czyć bie­ga­niem na śmierć. Zamiast tego popro­wa­dził nas na spo­kojną pię­cio­ki­lo­me­trową prze­bieżkę pod wscho­dzą­cym słoń­cem plaży Coro­nado, zatrzy­mu­jąc się od czasu do czasu w celu opo­wie­dze­nia nam - cał­kiem inspi­ru­jąco - o histo­rii i dzie­dzic­twie Mor­skich Ope­ra­cji Spe­cjal­nych. Powie­dział, że jeste­śmy teraz czę­ścią dum­nej tra­dy­cji elity wojow­ni­ków i brac­twa się­ga­ją­cego korze­niami dru­giej wojny świa­to­wej, od sta­rych płe­two­nur­ków mary­narki, przez jed­nostki płe­two­nur­ków bojo­wych, aż do SEAL­sów. Wraz z pozo­sta­łymi czter­dzie­stoma trzema kole­gami każ­dym calem ciała czu­łem, na co zasłu­ży­łem.

Póź­niej, ubrany w nie­bie­ski uni­form, sta­ną­łem w sze­regu na Młynku, gdzie ponad sześć mie­sięcy temu zaczy­na­łem kurs. Moja mama, tata i dwóch młod­szych braci obser­wo­wali cere­mo­nię z dumą i zasko­cze­niem. Jedyną rze­czą, do któ­rej przy­wią­zy­wa­łem tyle wagi i dawa­łem z sie­bie wszystko, były wła­śnie teamy. Wydaje mi się, że rodzice nie zda­wali sobie sprawy, że się na to zanosi. Ostatni dzień szko­le­nia BUD/S pozo­staje jed­nym z naj­bar­dziej satys­fak­cjo­nu­ją­cych dni mojego życia.

Ukoń­cze­nie pro­gramu selek­cyj­nego w ramach pod­sta­wo­wego kursu nisz­cze­nia pod­wod­nego jest wiel­kim osią­gnię­ciem, ale nie jest nawet pół­met­kiem na dro­dze do zosta­nia człon­kiem SEALs. Odha­cze­nie tego na liście jest głów­nie kwe­stią men­talną, ponie­waż naj­więk­sze tor­tury fizyczne ma się już za sobą.

W stycz­niu 2004 roku z kursu płe­two­nur­ków ruszy­łem do szkoły spa­do­chro­no­wej w Fort Ben­ning w Geor-gii. Z pew­no­ścią nie jest to eli­tarny kurs szko­le­niowy, szkoła spa­do­chro­nowa nie jest też do końca frajdą. Nie­któ­rzy ludzie uwiel­biają wyska­ki­wać z samo­lo­tów. Ja do nich nie należę. Nie­mniej jed­nak zdo­by­łem pod­sta­wowe kwa­li­fi­ka­cje spa­do­chro­nia­rza i pośpie­szy­łem na tre­ning kwa­li­fi­ka­cyjny SEALs (SQT).

SQT to czte­ro­mie­sięczny kurs, na któ­rym człon­ko­wie SEALs zdo­by­wają nie­zli­czone umie­jęt­no­ści i uczą się spo­so­bów dzia­ła­nia, które czy­nią z nich elitę ope­ra­to­rów spe­cjal­nych. Pod­czas szko­le­nia nauczy­łem się pla­no­wa­nia misji i gro­ma­dze­nia danych wywia­dow­czych, obsługi środ­ków łącz­no­ści, roz­po­zna­nia, nawi­ga­cji na lądzie i morzu i miliona innych rze­czy. Wyko­ny­wa­łem dzienne i nocne skoki spa­do­chro­nowe z uży­ciem linki sta­tycz­nej, z tyl­nej rampy C-130 fru­wa­łem do oce­anu za pon­to­nem Zodiaca, zjeż­dża­łem na szyb­kiej linie z wiszą­cego heli­kop­tera i niczym psie jajka dyn­da­łem pod śmi­głow­cem "na wino­grono" na linach do szyb­kiego desantu i ewa­ku­acji. Szko­li­łem się w sto­so­wa­niu naj­lep­szych świa­to­wych broni i naby­wa­łem kwa­li­fi­ka­cje do ich uży­cia, od M4 do Mk 48 i gra­nat­nika bez­odrzu­to­wego Carl Gustav kali­bru 84 mm. Ćwi­czy­łem patro­lo­wa­nie, śle­dze­nie i wysa­dza­nie obiek­tów oraz uczy­łem się zakła­da­nia puła­pek saper­skich. Zali­czy­łem też sporą dawkę przy­go­to­wa­nia bojo­wego w cza­sie inten­syw­nych strze­lań ostrą amu­ni­cją, mają­cych na celu symu­lo­wa­nie warun­ków bojo­wych i mgły wojny. Po zakoń­cze­niu kursu SQT ofi­cjal­nie sta­łem się żoł­nie­rzem SEALs i wresz­cie czu­łem się gotów, by dołą­czyć do plu­tonu.

Więk­szość ludzi uważa, że ukoń­cze­nie szko­le­nia płe­two­nurka bojo­wego jest naj­więk­szym osią­gnię­ciem w życiu "foki", ale nie jest ono tym, na co cze­kamy z naj­więk­szą nie­cier­pli­wo­ścią. Nie dostaje się po nim nawet trój­zęba. Roz­ko­szo­wa­łem się zakoń­cze­niem kursu jak każdy inny jego uczest­nik, ponie­waż ozna­czało to koniec z tor­tu­rami przy­boju, dźwi­ga­niem kłód, wil­go­cią i pia­skiem. To, czego wycze­ki­wa­łem bar­dziej niż cze­go­kol­wiek innego, to chwili ukoń­cze­nia tre­ningu kwa­li­fi­ka­cyj­nego SQT, kiedy zosta­wało się cer­ty­fi­ko­wa­nym człon­kiem SEALs z trój­zę­bem na piersi.

W owych cza­sach cere­mo­nia zakoń­cze­nia szko­le­nia była nie­for­malną uro­czy­sto­ścią odby­wa­jącą się w han­ga­rze, na któ­rej obecni byli tylko kole­dzy z kursu. Mie­li­śmy też ofi­cjalną cere­mo­nię z roz­da­niem cer­ty­fi­ka­tów i odznak, które kie­ru­jący kur­sem oraz Bro, star­szy pod­ofi­cer dowo­dzący, uro­czy­ście każ­demu przy­pięli, wita­jąc nas w brac­twie, do któ­rego tak zawzię­cie pró­bo­wa­li­śmy się dostać. Ofi­cer dowo­dzący, podob­nie jak uczy­nił to w prze­mo­wie ostat­niego dnia szko­le­nia, wygło­sił kilka zło­tych myśli. Powie­dział nam, że możemy nosić trój­ząb, bo na tyle zasłu­ży­li­śmy. Ale nie byli­śmy jesz­cze praw­dzi­wymi płe­two­nur­kami bojo­wymi. Nie byli­śmy człon­kami teamu, przy­naj­mniej dopóki się nie spraw­dzimy i nie zro­bimy tego, do czego nas szko­lono.

- Są "foki" i są "ludzie żaby". Dzi­siaj jeste­ście "fokami", ale "ludzie żaby" to wojow­nicy. Kiedy spraw­dzi­cie się w boju i zro­bi­cie to, co powin­ni­ście, dopiero wtedy naprawdę się nimi sta­nie­cie.

Póź­niej, przy wypitce, było już dużo bar­dziej swa­wol­nie: roze­brano nas do pasa i nasze nowo zdo­byte trój­zęby przy­bito nam na gołym ciele, tuż powy­żej serca.

Starsi człon­ko­wie teamu, któ­rzy deko­ro­wali nas przy tej dru­giej oka­zji, dla każ­dego coś zna­czyli. Mojego przy­ja­ciela Mikeya ozna­czył jego star­szy brat. Gdy nade­szła moja kolej, pod­szedł do mnie Ty Woods. Ty był moim instruk­to­rem na kur­sie BUD/S i pomógł mi wygrze­bać się z pew­nego kło­potu po baro­wej bija­tyce, w którą się wda­łem, będąc pod jego kura­telą. Był niż­szy ode mnie, z pier­sią jak dzwon praw­dzi­wego "czło­wieka żaby". To taki typ czło­wieka, co dowali karę z nawiązką, a zaraz potem zakręci się i pokle­pie cię po ple­cach. Utrzy­my­wa­li­śmy kon­takt przez cały okres mojej kariery. To, co spo­tkało go z rąk ter­ro­ry­stów na dachu w Ben­ghazi w Libii jede­na­stego wrze­śnia 2012 roku, zupeł­nie mnie zdru­zgo­tało.

Ty, zanim przy­bił mi trój­ząb, spoj­rzał mi w oczy i wie­dzia­łem, że jest ze mnie dumny. I to się liczyło. Chcia­łem, by moi bra­cia byli ze mnie dumni. Przez resztę nocy nosi­li­śmy trój­zęby, bar­ba­rzyń­sko ster­czące z naszych krwa­wią­cych piersi.

Nad ser­cem mam wciąż małą bli­znę po tym zda­rze­niu. Z wie­kiem włosy mi na piersi gęst­nieją, a bli­zna pło­wieje. Ale cią­gle tam jest.

W końcu sta­li­śmy się człon­kami SEALs, ale tre­ning się nie skoń­czył. Tak naprawdę ope­ra­tor ni­gdy nie prze­staje się uczyć. Zanim roz­sie­jemy się po odpo­wied­nich plu­to­nach i roz­pocz­niemy karierę w teamach, naszej gru­pie pozo­stał jesz­cze jeden etap wspól­nego szko­le­nia.

Spę­dzi­li­śmy trzy tygo­dnie w Kodiak na Ala­sce, ucząc się zasad walki w warun­kach zimo­wych. Wiele sły­sze­li­śmy o tych ćwi­cze­niach, które pole­gały na zanu­rze­niu się w parach na dwa­dzie­ścia cztery godziny w lodo­wa­tych wodach zatoki. Kazano nam chwy­cić torby ratun­kowe, zawie­ra­jące arty­kuły pierw­szej potrzeby, po czym sko­czyć do wody i cał­ko­wi­cie się zanu­rzyć, a następ­nie spę­dzić w niej dwa­dzie­ścia cztery godziny. Jak to się mówi: to naj­więk­sza frajda, któ­rej nie chcesz ni­gdy doświad­czyć ponow­nie.

Któ­rejś z ostat­nich nocy obo­zo­wa­łem w Kodiak z moją dru­żyną, w skła­dzie około dzie­się­ciu ludzi. Wartę trzy­mał Matz. Nagle obu­dził mnie, potrzą­sa­jąc za ramię.

- Lacz - syk­nął. - Niedź­wiedź!

- Gówno prawda - odpo­wie­dzia­łem, wciąż w pół­śnie.

- To żadne jaja - wyszep­tał. - Niedź­wiedź!

Otwo­rzy­łem oczy i spoj­rza­łem w stronę, którą wska­zy­wał. Rze­czy­wi­ście, do naszego obozu zmie­rzała duża samica griz­zly. Usia­dłem ostroż­nie i zaczą­łem alar­mo­wać innych. Bito wspiął się już na drzewo jakieś cztery metry nad zie­mię i rzu­cał niedź­wie­dzicy nasze lio­fi­li­zo­wane racje Moun­tain House.

- Co, do cho­lery... - wymam­ro­ta­łem.

Chwy­ci­łem gałąź i zaczą­łem wspi­nać się na inne drzewo w pobliżu. Myśla­łem już, że wszy­scy jeste­śmy bez­pieczni wysoko nad zie­mią, kiedy bły­snął flesz. KPM, fila­del­fij­ski bok­ser z tur­nieju Gol­den Glo­ves, stał jakieś trzy metry od niedź­wie­dzicy z jed­no­ra­zówką Kodaka w ręku. Gorącz­kowo pstry­kał jej fotki, każ­do­ra­zowo robiąc prze­rwę, aby prze­wi­nąć film. Nawet na moim drze­wie dobrze było sły­chać kli­ka­nie pokrę­tła pod jego kciu­kiem. Samica sta­nęła na tyl­nych nogach i zanim ucie­kła, KPM strze­lił jej ostat­nie zdję­cie. Potem zna­lazł sobie drzewo i wszy­scy cze­ka­li­śmy w mil­cze­niu, pod­czas gdy niedź­wie­dzica przez parę minut buszo­wała po naszym obo­zo­wi­sku, po czym powę­dro­wała dalej.

- Masz nasrane w gło­wie - powie­dzia­łem do KMP.

- Jasne, Kev, ale wyjdą z tego zaje­bi­ste foty - odpo­wie­dział.

Ponie­waż moją począt­kową spe­cjal­no­ścią woj­skową był sani­ta­riusz, wysłano mnie do szkoły dla medy­ków sił spe­cjal­nych w Fort Bragg w Karo­li­nie Pół­noc­nej. W lipcu 2004 roku dołą­czy­łem do kole­gów z kursu, szko­ląc się razem z innymi człon­kami spo­łecz­no­ści wojsk spe­cjal­nych: Zie­lo­nymi Bere­tami, sani­ta­riuszami pie­choty mor­skiej przy­dzie­lo­nymi do jed­no­stek roz­po­znaw­czych czy medy­kami ran­ger­sów. Przez sześć mie­sięcy w ramach medy­cyny tak­tycz­nej uczy­li­śmy się udzie­la­nia pomocy ran­nym na polu walki.

Nauczy­łem się także wiele z zakresu medy­cyny cywil­nej, gdyż spę­dzi­łem mie­siąc w szpi­talu chi­rur­gii ura­zo­wej pierw­szego stop­nia Shands Jack­so­nville na Flo­ry­dzie. Kiedy poma­ga­łem w lecze­niu ofiar wypad­ków samo­cho­do­wych, postrza­łów i przedaw­ko­wa­nia nar­ko­ty­ków, zaczą­łem wyobra­żać sobie sie­bie w walce, wyko­rzy­stu­ją­cego w prak­tyce to, czego się nauczy­łem. Z rękami po łok­cie wetknię­tymi w jamę ciała czu­łem, jak moje posta­no­wie­nie tward­nieje niczym skała.

Ukoń­czy­łem szko­le­nie medyka sił spe­cjal­nych w stycz­niu 2005 roku i wresz­cie nad­szedł czas, aby dołą­czyć do plu­tonu. Mie­li­śmy wybrać miej­sce sta­cjo­no­wa­nia, i wszyst­kie "foki" z ukoń­czo­nym kur­sem kłó­ciły się o dostępne loka­li­za­cje. Zda­łem z naj­lep­szym wyni­kiem i mogłem wybie­rać jako pierw­szy, ale nie­któ­rzy z kole­gów mieli powią­za­nia rodzinne i ważne powody, aby udać się na jedno lub dru­gie wybrzeże. Chcia­łem dołą­czyć do zespołu na Zachod­nim Wybrzeżu, ale nie tak bar­dzo, by pozba­wiać kogoś bli­sko­ści z rodziną. Pozwo­li­łem, aby trzech kole­gów wybie­rało przede mną, a potem zostało nas dwóch - ja i kum­pel z pokoju, Sean. Było po jed­nym miej­scu na każ­dym wybrzeżu i obaj mie­li­śmy ochotę na San Diego.

Jeśli nie zazna­czono ina­czej, motta w prze­kła­dzie tłu­ma­cza. [wróć]

Nie­prze­tłu­ma­czalna na język pol­ski gra słów: Great Lakes - Wiel­kie Jeziora; Great Mista­kes - Wiel­kie Błędy (przyp. tłum.). [wróć]

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki