MŚCICIEL. Ostatni snajper - Kevin Lacz

Reflow text when sidebars are open.
Przedmowa
Po raz pierwszy spotkałem Kevina "Daubera" Lacza, gdy w 2009 roku wraz z Chrisem Kyle'em pracowałem nad książką Snajper. Historia najniebezpieczniejszego snajpera w dziejach amerykańskiej armii. Chris powiedział mi wtedy, że Kevin znał szczegóły jego działań w Iraku i że można mu zaufać. Stał się również jego bliskim przyjacielem. W rezultacie Kevin jest jednym z nielicznych ludzi, z którymi podczas pisania książki Snajper przeprowadzono wywiad Wielu, jak ja, znało część historii Chrisa; niewielu, jak Kevin, znało ją całą.
Kilka lat później, gdy zdecydowano, że Snajper zostanie zekranizowany, Kevin podzielił się swoją wiedzą z filmowcami. Udzielał porad gwiazdorowi filmowemu Bradleyowi Cooperowi oraz reżyserowi Clintowi Eastwoodowi. Był nie tylko jedynym członkiem SEALs na planie zdjęciowym, ale także jedyną osobą, która w jakimkolwiek stopniu znała Chrisa. Bez Kevina Lacza film nigdy nie byłby tak realistyczny, Kevin pozostał wierny swemu przyjacielowi i bratu Chrisowi Kyle'owi niezależnie od okoliczności - czy to wojna, sława, szczęście czy śmierć.
Gdy sięgałem po Mściciela, przyszło mi do głowy, że może być dla mnie źródłem nowych informacji o Chrisie. Przecież Kevin przesłużył z nim dwie tury i z pewnością miał o nim wiele do opowiedzenia. Gdy zagłębiałem się w książkę, uderzyła mnie jej złożoność - to znacznie więcej niż zbiór wojennych opowieści, z których niektóre ukazują Chrisa Kyle'a. Ale to nie tylko książka o Chrisie. To przede wszystkim wspomnienia Kevina - człowieka, który nie bał się uciekać do przemocy, gdy sytuacja tego wymagała.
Autor wnika głęboko w psychikę operatora kierującego się niepowstrzymanym pragnieniem eliminowania wrogów swego kraju. Już od pierwszego rozdziału, w którym dowiadujemy się, co skłoniło Kevina do wstąpienia do wojska, aż do ostatniego, w którym widzimy dojrzałość członka SEALs szlifującego swoje umiejętności podczas jednego z najkrwawszych okresów wojny w Iraku, widzimy prawdziwego żołnierza. Wydaje się surowy i do bólu uczciwy, przez co jest unikatowy na tle współczesnej literatury wojennej. Mściciel to ważna książka - nie tylko ze względu na temat, lecz także dzięki zupełnie nowemu ujęciu wojennych wspomnień, które stają się zajmujące i niezapomniane.
Kevin zdobył wykształcenie medyczne i znaczną część swojego czasu poświęca pomaganiu innym. Jego książka daje nam pewną istotną lekcję: że można w pełni brać udział w walce, jednocześnie wciąż uczestnicząc w życiu społeczeństwa. Kevin dopuszcza też do głosu liczną grupę weteranów, których się w większości ignoruje - tych, którzy służyli, którzy przetrwali i którym teraz dobrze się żyje. Jego doświadczenia, choć dla niektórych makabryczne i szokujące, nie przeszkodziły mu w bezproblemowej reintegracji ze światem cywilnym i w osiągnięciu sukcesu. Autorowi należą się brawa za zwrócenie uwagi na te kobiety i tych mężczyzn, którzy służyli honorowo, nawet jeśli uciekali się do stosowania przemocy lub byli jej świadkami, a po wojnie powrócili do swych domów i rodzin, aby robić rzeczy wielkie.
Ta książka pokazuje nam prawdziwy charakter niezwykłego plutonu Charlie SEAL Team Three podczas najcięższych bojów w historii amerykańskich jednostek SEALs i Stanów Zjednoczonych w ogóle. Oczywiście poznałem wcześniej historię Chrisa Kyle'a i wiedziałem co nieco o losach Kevina, jednak dopiero Mściciel pozwolił mi dostrzec, że każdy z nich jest niesamowicie specyficzny i każdy ma własną opowieść o poświęceniu i odwadze. To nie jest pean autora na swoją cześć; to hołd, który Kevin składa całej drużynie. Motto "fok", aby nigdy się nie poddawać, płynie w żyłach Kevina, co widać na każdej stronie tej książki.
Wielu ludzi zmienia spojrzenie na świat w świetle ramp Hollywoodu i blasków sławy. Ale nie Kevin - on pozostał wierny sobie, przyjaciołom, rodzinie, członkom teamu i zasadom, według których żyje. Ogromnie go za to szanuję i jestem dumny, że mogę go nazywać swoim przyjacielem.
Scott McEwen
Współautor bestsellera "New York Timesa" Snajper. Historia najniebezpieczniejszego snajpera w dziejach amerykańskiej armii oraz niewydanej po polsku bestsellerowej serii powieści Sniper Elite
9 maja 2016
Wstęp
Ten pamiętnik jest zapisem moich doświadczeń jako nowego żołnierza Task Unit Bruiser w SEAL Team Three plutonu Charlie z bitwy o Ramadi. W 2006 roku zachodni Irak był pogrążony w konflikcie na tle religijnym, morale było niskie, a misji koalicji zagrażała śmiertelnie niebezpieczna rebelia. W efekcie, w celu wsparcia wysiłków zmierzających do opanowania stolicy prowincji Anbar, do walki w kluczowej batalii o Ramadi skierowano SEAL Team Three. Wiele powiedziano i napisano o naszych działaniach owego lata, jednak trzeba podkreślić, że bitwa ta nie została wygrana wyłącznie przez członków SEALs i jednostki specjalne. Nie było jednego dowódcy, który powaliłby wroga na kolana. Zwycięstwo zapewnił wspólny wysiłek armii, piechoty morskiej (marines), marynarki i lotnictwa. Niniejsza historia jest odzwierciedleniem tej współpracy.
Działania, które prowadziliśmy w Ramadi wiosną, latem i jesienią 2006 roku, są zaledwie fragmentem historii. Pokój, który wywalczyliśmy dom po domu, ulica po ulicy, pomieszczenie po pomieszczeniu, dzisiaj już nie istnieje. Ci z nas, którzy walczyli, krwawili i stracili tam braci, mogą tylko mieć nadzieję, że lekcje wyniesione z tej bitwy któregoś dnia posłużą za wskazówki, jak siły konwencjonalne i jednostki specjalne powinny współpracować na przyszłych polach walki. Niech ten fragment historii będzie swego rodzaju elementarnym źródłem wiedzy dla tych, którzy, patrząc w nieodległą przeszłość, zastanawiają się, jak wyglądała walka w szczytowym momencie operacji "Iracka Wolność". Pokoju w Ramadi już nie ma. Jednak nasza historia istnieje.
Moja decyzja o wstąpieniu do SEALs była szybka i ostateczna, zaś droga do uzyskania insygniów z trójzębem - długa i mozolna. Podczas przygotowań pochłonąłem tyle relacji z pierwszej ręki o podstawowym kursie niszczenia podwodnego, teamach SEALs i operacjach bojowych, ile się dało. Kiedy podejmowałem się tego przedsięwzięcia, miałem nadzieję, że moja historia zainspiruje kolejne generacje wojowników. Wiem, że gdzieś tam są wyjątkowi młodzi ludzie zainteresowani siłami specjalnymi i że niektórzy z nich będą z dumą nosić naszywkę z trójzębem, służyć teamom, bractwu i naszemu krajowi. Ta historia jest także dla nich.
Jedna z podstawowych zasad jednostek SEALs brzmi: "Każdego dnia musisz zasłużyć na swój trójząb". Jako żołnierze SEALs, członkowie sił specjalnych, bezustannie staramy się zasłużyć na swoją reputację. Szczycimy się zadziornością w działaniu i umiejętnością neutralizowania agresywnego przeciwnika. Nie działamy jak roboty, ale i nie jesteśmy lemingami. Każdy żołnierz sił specjalnych jest maszyną bojową, zdolną do objęcia przywództwa na dowolnym szczeblu, dążącą do zapewnienia sukcesu misji. Jesteśmy nieustępliwi. Na stronach tej książki starałem się oddać dynamiczną osobowość ludzi, których poznałem. Wspólnie tworzyliśmy jeden zabójczy zespół zadaniowy, a mimo to każdy pozostał sobą: wciąż byliśmy braćmi, mężami, ojcami i synami.
Mam ogromny szacunek dla ludzkiego życia. W młodym wieku postanowiłem poświęcić się karierze medycznej i pełnię funkcję asystenta lekarza. Gdy w odpowiedzi na ataki terrorystyczne zdecydowałem się wstąpić do marynarki wojennej, wiedziałem, że spotkam nieprzyjaciela na polu walki. Jako członek SEALs miałem za zadanie zetrzeć się z wrogiem i użyć takich sił, aby go zneutralizować. Wielu ludzi nigdy nie zrozumie prostoty tej koncepcji ani gwałtowności boju. Większość nie jest żołnierzami Navy SEALs. Uważam, że "foką" trzeba się urodzić, a nie zostać, i że miałem dużo szczęścia, by przyjść na świat z umiejętnością poruszania się po polu walki i wykonania roboty. Wielu moich współtowarzyszy to rozumie. Z tych względów, niezależnie od tego, jak długo będę żyć, nigdy już nie poczuję tej energii, którą dawało nam życie w plutonie, z braćmi jak wśród rodziny.
Podczas mojej kariery w teamach byłem świadkiem aktów odwagi i heroizmu moich towarzyszy, z których wielu już nie żyje. Ta książka to hołd ich pamięci oraz całej formacji SEALs. Mam nadzieję, że spełni ona oczekiwania braci, których podziwiam i szanuję - to oni pomogli mi stać się tym, kim dziś jestem.
Decyzja o napisaniu książki była trudna. Kilku członków SEALs pytało, dlaczego się na to zdecydowałem. Niektórzy by tego nie zrobili. Szanuję milczenie żołnierzy sił specjalnych. Uważam jednak, że patrzę z innej perspektywy niż zawodowy żołnierz SEALs po dwudziestu latach stażu w teamach. W porównaniu z tym moje osiem lat w marynarce wojennej wydaje się stosunkowo krótkim okresem. Wstąpiłem do wojska w odpowiedzi na zamachy z jedenastego września 2001 roku, poświęciłem służbie swój czas i doświadczenie, a potem ruszyłem dalej. To jedna z rzeczy, których dokonałem w życiu, ale nie jedyna. Wielu chłopaków, z którymi byłem w teamie, zaciągnęło się jeszcze przed wojną. Ja dołączyłem z powodu wojny. Tak wygląda moja historia.
Będąc w Ramadi, zapisywałem swoje doświadczenia w dzienniku. Liczyłem, że notatki się zachowają, aby pozostało mi coś namacalnego, coś, do czego można się odwołać, gdy w pewnym wieku pamięć zacznie mnie zawodzić. Kiedy w 2006 roku, jako młody płetwonurek, spisywałem wszystko w skąpym świetle, nie doceniałem wartości tych notatek. Okazały się niezwykle użyteczne przy pisaniu wspomnień. W kwestii dialogów, gdy pamięć zawodziła, starałem się jak najlepiej oddać ducha wypowiedzi. Niestety prawie dziesięć lat później po prostu nie byłem w stanie dokładnie pamiętać słów, jakie między sobą wymienialiśmy. Wydarzenia przedstawiłem dokładnie tak, jak je zapamiętałem, i zgodnie ze wspomnieniami innych, którzy byli tam ze mną i z którymi konsultowałem się w czasie pisania.
Co istotne, przy przygotowywaniu tych wspomnień nie użyłem żadnych tajnych informacji. Na różnych etapach korzystałem z pomocy kilku moich najbliższych przyjaciół, do których zwracałem się z pytaniami o szczegóły i prośbami o wyjaśnienie. Dziękuję im za pomoc. Rękopis został przedłożony i zaakceptowany przez Pentagon, w porozumieniu z Departamentem Obrony i Dowództwem Operacji Specjalnych Marynarki Wojennej, pod kątem bezpieczeństwa. Ponadto skontaktowano się z członkami plutonu, jak również z pozostałym personelem marynarki, który pojawia się w pamiętniku. Znakomita większość była pomocna i chciała zostać wymieniona w książce - z imienia lub przezwiska. Dziękuję im bardzo za ich nieustające wsparcie. W celu ochrony tożsamości niektórych członków służb niekiedy używam pseudonimów.
Czas spędzony w teamach ukształtował mnie takim, jaki jestem dzisiaj. Nie zamieniłbym moich przeżyć na służbie (pozytywnych ani negatywnych) na żadne inne. Wierzę, że w życiu nie da się uciec od przełomowych doświadczeń, ale trzeba zawsze iść do przodu. Oddziały SEALs pomogły mi w odkryciu swego potencjału, i to w momentach, w których najmniej się tego spodziewałem. Po zakończeniu służby wyniesioną wiedzę wykorzystałem do uzyskania licencjatu z nauk politycznych na Uniwersytecie Connecticut, a następnie ukończyłem studia medyczne na Uniwersytecie Wake Forest, gdzie uzyskałem dyplom asystenta lekarza. Obecnie jestem partnerem w firmie Lifestyle & Performance Medicine Powered by Regenesis, w której pomagam ludziom zadbać o zdrowie oraz pod kontrolą lekarza wydobyć ich potencjał.
Zdobyte doświadczenia wojskowe umożliwiły mi danie czegoś w zamian tym, z którymi służyłem. Zainspirowany przez moją żonę Lindsey, wspólnie z nią uruchomiłem program Hunting for Healing, którego celem jest praca z niepełnosprawnymi weteranami i ich małżonkami: wspólna aktywność na świeżym powietrzu, wyjazdy na ryby i polowania. Wierzę, że silniejsze osobowości tworzą mocniejsze kolektywy. Wiem, że nie zawdzięczam wszystkiego wyłącznie sobie. Ukształtowali mnie przede wszystkim ludzie, wśród których miałem szczęście się znaleźć. Nie zatrzymuję się na Ramadi, teamach SEALs czy też moich odczuciach - staram się, by to, co przeżyłem, pomagało w pewnym stopniu kształtować moje otoczenie, i za wszystkie doświadczenia jestem dozgonnie wdzięczny.
Prolog
- Zbierać dupska! Cała ekipa na dach Shark House! - Zasapany okrzyk Marca Lee wyrwał mnie ze snu.
Nie zdążyłem pomyśleć, gdy poderwałem się z łóżka polowego, wcisnąłem bose stopy w taktyczne buciory Oakley, chwyciłem oporządzenie, karabinek automatyczny, hełm i okulary noktowizyjne (NVG) i pobiegłem, depcząc Marcowi po piętach. Miałem na sobie tylko szorty treningowe i trochę oporządzenia szturmowego, gdy tak gnaliśmy te sto jardów na dach niczym rekiny, które wyczuły krew w wodzie.
Stęchłą bryzę Eufratu przepełniała woń nieuchronnie zbliżającej się przemocy.
- Mudże próbują atakować z wody Blue Diamond! - zawołał przez ramię Marc, kiedy wpadliśmy przez drzwi na parterze domu.
Obóz wojskowy Blue Diamond był bazą marines za rzeką na wschód od nas. Schody pokonywaliśmy susami, a niezawiązane sznurówki chlastały nas po łydkach. Na dachu dołączyliśmy do około dwudziestu innych chłopaków z oddziału, z których większość była w szortach, goła do pasa, ubrana w nieoficjalny uniform środka nocy, chwilę temu zerwana z posłania na polowanie na mudżahedinów. Gdzieniegdzie widziałem jakiś T-shirt, musiałem więc powstrzymać chichot, gdy zobaczyłem Guya, jednego z naszych oficerów, w perfekcyjnym mundurze. Przemieszała się z nami pstrokacizna chłopaków ze wsparcia. Kiedy Marc powiedział: "Wszyscy", miał rzeczywiście na myśli wszystkich, co do jednego. Każdy chciał ruszyć na swoją wojnę.
Mudże do ataku na bazę marines wysłali żałosny oddzialik morskich bojowników. Blue Diamond powiadomił nasze Centrum Operacji Taktycznych (TOC), które skoordynowało idealną zasadzkę w kształcie litery L. Staliśmy przygotowani, czekając na zielone światło z centrum działań obronnych bazy w Camp Ramadi. Niekompletne mundury i pstrokaty wygląd grupy dawały mylne wyobrażenie o naszym śmiercionośnym potencjale. Staliśmy tak w ciszy, czając się jak węże w oczekiwaniu na atak.
Ktoś będzie miał kiepską noc.
Guy był po mojej lewej. Marc Lee i Ryan Job ustawili się obok niego. Po prawej JP. Byliśmy nowi na tej wojnie, ale nasze braterstwo rozciągało się na wiele pokoleń, wykute przez dumną tradycję wojowników. Byliśmy gotowi.
Gość ze wsparcia o imieniu Neal, stojący niedaleko, był uzbrojony po zęby. Znowu zdusiłem śmiech. Jego ekwipunek był arsenałem granatów, magazynków do M4 i gadżetów. Nie miał gogli noktowizyjnych.
Ponownie skierowałem wzrok za cichą rzekę. Mój noktowizor penetrował ciemność, mogłem więc dostrzec ruch. Przesunąłem bezpiecznik na broni i włączyłem laserowy wskaźnik celu.
I wtedy padł rozkaz.
"Trzy, dwa, jeden. Ognia!"
Razem rozpętaliśmy piekło na rzece pomiędzy niczego niepodejrzewającymi bojownikami czającymi się w jej wodach. Byłem w euforii. Dokładnymi seriami po pięć-dziesięć nabojów metodycznie wystrzelałem ich sto pięćdziesiąt. Pociski smugowe huczały ponad wodą. Niektóre trafiały i utykały, inne rykoszetowały i gasły w mroku nocy. Potężna energia amerykańskiego arsenału i rozśpiewany wokoło grzmot broni automatycznej nie pozostawiał w mojej głowie miejsca na wątpliwości: byłem do tego stworzony.
Rozejrzałem się na wszystkie strony, na ludzi robiących dokładnie to samo, i dotarło do mnie, że zawsze tak było. Od czasu gdy pierwszy człowiek cisnął kamień, kiedy rzucił oszczepem, do chwili gdy ktoś inny wymierzył z karabinu, wszystko sprowadzało się do człowieka, jego oręża i towarzyszy walczących razem z nim. W takiej chwili wszyscy, którzy coś dla mnie znaczyli, znajdowali się na tamtym dachu. Nie istniało nic poza Ramadi. Ci ludzie na pewno wyciągną mnie stąd żywego, a ja zrobiłbym to samo dla nich. Nie miałem nic poza moją bronią i moimi braćmi. Mam nadzieję, że zawsze tak będzie.
Nie zauważyłem parzącej łuski wyrzuconej z mojej broni w kierunku odsłoniętej nogi JP stojącego po mojej prawej stronie. Nie dbałem o to. Kiedy wreszcie zabrzmiał gwałtowny okrzyk, aby wstrzymać ogień, dzwoniło mi w uszach, czułem mrowienie w rękach, a wróg był martwy albo umierał. Czułem, że żyję.
Ktoś wydzierał się na Neala za wystrzelanie sześciu magazynków bez okularów noktowizyjnych. Przez resztę tury przezywaliśmy go Nocnym Stalkerem.
- Hej, kolego, a dostanę baretkę za akcję w polu? - zapytał z zakłopotaniem technik uzbrojenia.
- Jasne - odpowiedziałem. Niech nacieszy się przez chwilę swoją chwałą.
Sprawdziłem swoją lewą flankę. Guy, Marc i Ryan mieli na twarzach znajomą satysfakcję płynącą z zabawy z potężną bronią. JP klął z powodu oparzeń na lewej łydce po moich łuskach. Wzruszyłem ramionami i wziąłem głęboki oddech. Zapach kordytu z setek wystrzelonych nabojów mieszał się z bryzą od strony pradawnych wód Eufratu. Zabezpieczyłem broń i klepnąłem podkładkę uciskową lasera. Chwyciłem swoje oporządzenie i rozpocząłem wędrówkę powrotną do namiotu, zastanawiając się, ile podobnych okazji będę jeszcze mieć przez następne siedem miesięcy. Nie chciałem, aby zmieniły mnie ani żadnego z nas. Nie wybiegałem myślą w daleką przyszłość, w której za dziesięć lat będę mężem lub ojcem. Wtedy nie miało to znaczenia. Musiałem tylko wyczyścić swój karabinek. Byłem w Ramadi. Znowu zalegnę na swojej pryczy, zanim muchy znajdą mięcho, które zostawiliśmy dla nich w trzcinach.
Nie spałem tylko moment. Szybko zapadłem w zasłużony sen, przekonany, że wykonałem - wykonaliśmy - dobra robotę.
Mam nadzieję, że tak będzie zawsze.
2 Lutego 2013
Bar miał typowo studencki, nieco hippisowski charakter. W dawnym życiu takiego miejsca próbowałbym unikać. Było wcześnie i noc w Winston-Salem w Karolinie Północnej dopiero się rozkręcała. Zaczynałem tak bardzo mi potrzebny wieczór wolny od studiowania i rutyny uczelnianego życia, kiedy stukot rozgrywającej bili przerwał mi rozmowę z żoną, Lindsey. Pociągnąłem z butelki łyk piwa coors light. Są rzeczy, które nigdy się nie zmieniają.
Telefon zawibrował mi w kieszeni. Przez chwilę rozważałem, czy go nie zignorować. Cieszyłem się jednym z niewielu wolnych wieczorów, byłem na przyjęciu urodzinowym przyjaciela i naprawdę nie chciałem, aby coś go zakłóciło. Z drugiej strony jednak nie byłem jedynie studentem szkolącym się na asystenta lekarza. W domu zostawiłem dzieciaka z niańką, a poza szkołą miałem jeszcze pracę. Sprawdziłem telefon. Ostatnie, czego potrzebowałem, to przegapienie istotnej rozmowy.
Ekran wyświetlił:
Steven Young - dyrektor naczelny Craft
Pomyślałem, że to dziwne, że szef dzwoni o dwudziestej w weekend. Odebrałem, pewny, że to ważne.
- Czołem, Steven. - Przycisnąłem telefon do prawego ucha, palcami zatykając lewe, aby odgrodzić się od zgiełku baru. - Co tam słychać?
Po tonie jego głosu natychmiast poznałem, że coś jest bardzo nie w porządku. Wyrzucał z siebie potok słów, a ja próbowałem cokolwiek z tego uchwycić.
- Dauber... Wydarzyło się coś złego... Chrisa nie ma... Zastrzelony wcześniej w ciągu dnia, razem z Chadem... Morderstwo... Tak mi przykro...
Telefon wciąż miałem przylepiony do ucha, ale nie słyszałem całej reszty. Czułem, jakbym nagle dostał pięścią w twarz. Szok. Przebiegłem wzrokiem po ludziach w barze, aż napotkałem oczy Lindsey, która wpatrywała się we mnie. Wiedziała, że coś jest nie tak.
Wymamrotałem Stevenowi podziękowania i prośbę, aby mnie informował, po czym się rozłączyłem.
Podszedłem do Lindsey. Nie chciałem jej o tym mówić. Odkąd poznaliśmy się siedem lat temu, przyzwyczailiśmy się do przekazywania sobie tego rodzaju wieści. Częściej to ja informowałem ją, o śmierci kogoś, z kim służyłem, czasami telefonicznie, czasami SMS-em, a niekiedy twarzą w twarz.
Teraz jednak nie chciałem jej mówić.
Była szczęśliwa, korzystała z wolnego wieczoru. Niechętnie chwyciłem ją za rękę i odciągnąłem od baru. W świetle ulicznych latarń spojrzałem jej w oczy. Pomyślałem o tych wszystkich wieściach, jakie przynosiłem jej przez lata, i o tym, jak przeżywała je wraz ze mną, chociaż to ja kogoś traciłem. Za każdym razem nosiła żałobę razem ze mną, z szacunkiem składając hołd ludziom, których nazywałem braćmi. Tym razem miało być inaczej. Im dłużej byłem poza teamem, tym bardziej kurczyła się najważniejsza grupka moich przyjaciół. Chris był w niej zawsze. Wiedziałem, że będzie boleć.
Kiedy jeszcze chodziliśmy ze sobą i mieszkaliśmy w Imperial Beach w Kalifornii, pewnego razu zabrałem ją na strzelnicę snajperską na wschód od San Diego. Przyszli wszyscy snajperzy z grupy zadaniowej, kilku przyprowadziło swoje sympatie. Chris był tego dnia sam. Spędziliśmy popołudnie na celowaniu i uczeniu dziewczyn strzelania. Lindsey nigdy wcześniej nie strzelała, ale mogę powiedzieć, że jej się podobało, szczególnie gdy trafiała z pięciuset metrów w głowę tarczy sylwetkowej. Chris docenił ją jako pierwszy słowami: "Niech to szlag!". Z taką pochwałą od Legendy mogła być nadzwyczaj dumna ze swojego strzelania.
Pomyślałem o całej tej radości, której wspólnie doświadczyliśmy przez lata. Tym razem to także ona poniosła stratę.
Powiedziałem jej i widziałem, jak się rozpada na moich oczach. Zanim się rozpłakała, na jej twarzy pojawiło się zakłopotanie i niedowierzanie. W ciszy objęła mnie na chwilę; zapewne była w takim samym szoku jak ja. Kiedy szliśmy do samochodu zaparkowanego przy sąsiednim budynku, nagle zatrzymała się, zgięła wpół i zwymiotowała. Później bez słowa się wyprostowała i wsiedliśmy do wozu. Za kółkiem byłem kompletnie rozkojarzony. Jeszcze przedwczoraj rozmawiałem z Chrisem o pewnym projekcie. Na kilka godzin przed zabójstwem przysyłał mi SMS-y. Cała ta nagłość odjęła mi mowę.
Bycie członkiem teamu nieodłącznie wiąże się z zagrożeniem. Zanim złożyłem przysięgę w marynarce wojennej, dotarło do mnie, że w pracy może mi się coś przytrafić. Rozumiałem, że ja lub ktoś, kogo znam, może zostać zabity. Tak po prostu jest, tak wygląda nasza robota. Sądzę, że ta świadomość pomogła mi nastawić się czy też przygotować na złe wieści, które miały przecież pojawiać się nieprzerwanie. Byłem na plaży w Jacksonville na Florydzie, kiedy usłyszałem o Extortion 17 (misji helikopterowej w Afganistanie w 2011 roku) i losie Jona Tumilsona i Darrika "D-Rocka" Bensona, z którymi pracowałem w SEAL Team Three. Był to szok, ale też w pewnym sensie pozostałem spokojny, wiedząc, że odeszli, wykonując pracę, którą kochali. Walczyli u boku braci. Chris był inny.
Jadąc cichymi ulicami Winston-Salem, zadzwoniłem do Guya, naszego starego porucznika. Poczta głosowa. "LT, tu Dauber, oddzwoń, jak to odbierzesz".
Zaczęły napływać wiadomości tekstowe od innych członków teamu, ale naprawdę nie chciałem ich czytać.
Słyszałeś o Chrisie...? Co do cholery...?
Kiedy dotarłem do domu, chwyciłem butelkę burbona i otępiały gapiłem się w ekran komputera. Morderstwo. Czując ukłucie tego słowa w duszy, pozwoliłem palącemu płynowi rozlać się po organizmie. Nie mogłem oswoić się z jego brutalnością. Zamordowani. Chris i Chad. Nalałem sobie kolejną szklaneczkę i przymknąłem oczy.
Parę miesięcy wcześniej przy okazji podróży służbowej odwiedziłem Dallas i siedziałem naprzeciwko Chrisa w jego salonie w Midlothian. Od śmiechu z dowcipów i bezustannych żarcików, którymi się przerzucaliśmy, aż rozbolał mnie brzuch. Chris był zabandażowany od kolan w dół z powodu oparzeń słonecznych, których nabawił się w Zatoce Meksykańskiej. Przez całe lata, które spędziłem z Chrisem w teamie, rzadko widywałem go w szortach. Jego ostatni wypad na ryby w płaskodennej łodzi skończył się oparzeniami i nadwyrężonym ego. Siedzieliśmy, żartowaliśmy, popijaliśmy i jedliśmy, a w tle leciał mecz Rangersów.
Byliśmy razem w Iraku, miejscu, do którego jadą twardziele i z którego wracają jeszcze twardsi. Zakończenie służby i powrót do normalnego życia przeszliśmy całkiem bezboleśnie; pracowaliśmy wtedy obaj w jego firmie. Pomimo całego wspólnego doświadczenia nie rozmawialiśmy o wojnie. Wciąż mam w pamięci jego uśmiech, z którym opuścił nas w Iraku w 2006 roku, kiedy to wrócił do domu, do dzieciaków. Wymieniliśmy historyjki o naszych dzieciach - nie mógł się doczekać rozpoczęcia sezonu futbolowego. Obiecałem mu, że zadzwonię, kiedy wygrają Patrioci, a Kowboje przegrają. Powiedział mi, że w takim razie nieprędko się odezwę... Wszystko to się teraz zmieni.
Rozchyliłem powieki, kiedy Lindsey z trzaskiem otworzyła drzwi do pokoju. Nie mam pojęcia, ile tak dumałem. Podniosłem na nią wzrok, a potem zerknąłem na swój telefon. Zrozumiała, że nie mam ochoty rozmawiać. Lindsey jest moją opoką, ale z niektórymi rzeczami po prostu muszę zmierzyć się sam - i ona o tym wie. Zamknęła drzwi, a mój telefon znowu się rozdzwonił.
Przekazałem Guyowi wszystkie informacje, jakimi dysponowałem. Był zdumiony, niedowierzał. W 2008 roku Guy służył jako nasz oficer i pod odejściu z teamu nasza trójka przez lata utrzymywała bliski kontakt. Minuty ciszy na linii wlokły się niczym patrol dalekiego rozpoznania na irackiej pustyni.
- Cholera, tak mi przykro, Daubs. Daj mi znać, jak dowiesz się jeszcze czegoś. Jestem z tobą.
Zapewniłem go o tym samym i nalałem sobie następnego drinka.
Siedziałem w pokoju sam i wspominałem dobre czasy. Moje odejście z armii zmieniło związki z teamami. Od kiedy byłem poza, stałem się byłym kolesiem z akcji, facetem, który robił fajne rzeczy, ale zaczął nowy rozdział w swoim życiu. To nie jest może najbardziej chwalebna forma samorealizacji, ale tak już jest. Po odejściu z teamu zmieniły się moje życiowe cele. Studiowałem, aby zostać asystentem lekarza, zrobiłem licencjat z nauk politycznych, miałem żonę i syna, i dom, i całe życie, które oddzielało mnie od tego, kim byłem jako koleś z teamu. A mimo to w pewien sposób czułem, że ciągnie mnie tam z powrotem. Szczególnie w chwilach takich jak te, w momencie śmierci brata, docierało do mnie, że człowiek z teamu nigdy nie jest tak naprawdę poza nim. Braterstwo zespala nas na dłużej niż tura, dłużej niż pluton, dłużej niż szkolenie.
Przypomniałem sobie telefon od Chrisa w 2009 roku, który zadzwonił, aby mi powiedzieć, że zmarł Ryan "Biggles" Job. To było moje wprowadzenie do śmierci poza teamem - i było bolesne. Mogłem dopatrzeć się sensu w śmierci na polu walki, ale Ryanowi zagoiły się rany i przez kilka lat żył pełnią życia, dopóki po chirurgii plastycznej nie wystąpiły komplikacje. Kiedy Chris zadzwonił i przekazał mi te informacje, poczułem złość, jakbym został oszukany. Nie pożegnałem się. Zaledwie parę dni przed śmiercią Ryan telefonował, aby powiedzieć mi, że jego żona jest w ciąży. Był taki szczęśliwy. A potem odszedł. Żałowałem, że nie powiedziałem mu więcej. Nie powiedziałem mu, jak bardzo byłem z niego dumny. Nie powiedziałem mu, jak wielką inspiracją był dla innych wokół siebie, w tym towarzyszy broni. Nie było powrotu. Zostały tylko wspomnienia, tylko nimi teraz można żyć.
Ryan rozpoczął ten łańcuch. Później było więcej telefonów i złych wieści. Więcej złości i wspomnień, i poczucie, że jestem na zawsze związany z bractwem, bez względu na to, jak wiele czasu minęło, odkąd ostatnio nosiłem mundur. Pat Feeks. Nick Checque. Matt Leathers. Tim Martin. Lista się wydłuża. Każda kolejna strata ciągnie mnie z powrotem.
A teraz Chris opuścił nas równie nagle jak Biggles i inni, nie zostawiając nic poza wspomnieniami.
Za każdym razem takie wieści wzbudzają tę samą wściekłość. To nie jest złość skierowana ku konkretnej osobie, ale gniew, że świat stracił ukochanego syna. Wspomnienia, które noszę o tych osobach, utwierdzają mnie w tym przekonaniu. Byli gigantami wśród ludzi, ale nie ma już ich wśród nas. Kiedy myślałem o Chrisie, czułem kipiącą we mnie wściekłość.
Wlałem w siebie resztkę burbona. Jest tylko jeden adres, pod jaki można się udać, kiedy straciło się bliskiego przyjaciela: towarzysz broni. Brat. Musiałem do tego wracać. Mój czas w teamie bezustannie przecina się ze ścieżkami teraźniejszości. To nieuniknione. Za każdym razem, gdy kogoś tracę, powracam do lepszych czasów, w których znałem go za życia. Wracam do początku moich dni jako "człowieka żaby"1. Ta podróż niesie pociechę. Zabiera mnie z powrotem do bractwa, do krwi, potu i łez wylanych, aby zasłużyć na upragniony trud. Pomaga mi nie opłakiwać odejścia towarzysza, ale raczej rozkoszować się luksusem, który był mi dany - że żyłem z nim i walczyłem u jego boku.
Chris i ja na ceremonii wręczenia odznaczeń po naszej turze w Ramadi
Wielu ludzi przez całe życie poszukuje jego sensu albo tropi godne pamięci doznania. Mój czas w teamie ze snajperami, z Chrisem był moim Świętym Graalem.
Odsunąłem szklaneczkę na bok i otworzyłem plik w komputerze. Gapiłem się na wspólne zdjęcie moje i Chrisa z ceremonii wręczenia odznaczeń w 2007 roku. W tym dniu w żyłach buzowała mi krew, rozpierała mnie energia. Potem wszyscy poszliśmy do knajpy Danny's Island Bar, aby świętować. Był tam mój ojciec, razem z Lindsey, Mamuśką Lee i jakąś setką płetwonurków z SEAL Team Three. Uśmiechnąłem się na wspomnienie porozumiewawczego spojrzenia ojca, który stał przy barze. Wyłapaliśmy paru niczego niepodejrzewających uczestników kursów płetwonurków bojowych i zaaplikowaliśmy im kilka ćwiczeń w ramach "budowania drużyny". Pozwoliłem, aby moje myśli odpłynęły do późniejszej popijawy i poprawin w barze Far East Rock Ty Woodsa. Wspomnienia były jak żywe. Zawsze takie będą. Uśmiechnąłem się, kiedy pomyślałem o moich postępach w roli "żaby".
Otworzyłem pudełko z płytą kompaktową i włączyłem filmik z 2006 roku z moim plutonem w roli głównej. Oglądałem go nabożnie po odejściu z teamu, ale wraz z upływem lat częstotliwość seansów spadała. Tej nocy była odpowiednia pora, aby do niego wrócić. Gdy zbudził się dźwięk i ukazały się obrazy, były one tak żywe jak moja pamięć.
Wróciłem do źródła. Czułem, jak wciągają mnie dawne przeżycia, ludzie, z którymi walczyłem, i nasze wspólne wspomnienia. Wiedziałem, że żyłem pełnią życia. Choć tego lutowego dnia ktoś odebrał Chrisowi życie, to nikt nie może mi odebrać wspomnień o nim. To samo dotyczy Bigglesa, Marca Lee, D-Rocka, JT i innych, którzy w pewnym stopniu mnie ukształtowali. Byłem znowu tam, gdzie zaczynałem. Znowu w teamie.
Ang. frogman ("człowiek żaba") - zwyczajowe określenie komandosa SEAL. W teamach SEALs odziedziczono je po członkach Podwodnych Zespołów Wyburzeniowych Marynarki Wojennej z drugiej wojny światowej (przyp. red.). [wróć]
I
Kijanka
"Opłaca się być zwycięzcą." Nieoficjalne motto teamów SEALs1
Kiedy byłem dzieckiem, niekiedy określano mnie jako nieustępliwego, co tak naprawdę jest po prostu eufemizmem uparciucha. Jakkolwiek by było, zawsze należałem do tych, którzy podążali własną ścieżką, nawet jeśli oznaczało to podejmowanie decyzji, które dla innych wokół mnie nie miały sensu. Niekiedy odmawiałem rezygnacji z rzeczy, w których nikt nie dopatrywał się wielkich wartości. W innych sytuacjach raptownie zmieniałem kierunek, kiedy wydawało się, że pozostanie na kursie ma sens.
Moja nieustępliwość naznaczyła moje dzieciństwo w środkowym Connecticut dziwaczną złożonością osiągnięć i rzeczy nieukończonych. Byłem miotaczem w drużynie baseballowej, która niemalże wygrała zawody w Nowej Anglii, by rok później odejść i skoncentrować się na piłce nożnej - dyscyplinie, w której wcale nie byłem świetny. Przez dziesięć lat byłem skautem, a potem rzuciłem to przed zdobyciem odznaki Orła Harcerza, bowiem wydawało mi się to zbyt nużące. W podobny sposób rozstałem się z drużyną golfową na uczelni, kiedy znudził mnie ten sport, mimo że byłem w tym świetny. Wziąłem się wtedy do pływania i na zakończenie ostatniego roku rywalizowałem z innymi na poziomie stanowym.
Miałem najgorszą rzecz, jaką może mieć nastolatek pozbawiony prawdziwej motywacji: talent od Boga. Nie chodzi o to, że nie chciałem być dobry. Chciałem i robiłem, co należy: chodziłem na zajęcia i utrzymywałem się na listach najlepszych, ale nic nie było dla mnie na tyle dużym wyzwaniem, abym czuł, że chcę wiązać z tym przyszłość. Regularnie dostawałem dobre oceny i otrzymywałem pochwały, nie odczuwając jednocześnie, abym został prawdziwie wymaglowany. W moim katolickim liceum dla chłopców gra nie toczyła się o stawkę na tyle dużą, abym poświęcił działaniom sto procent wysiłków w celu zabezpieczenia swej przyszłości.
W wieku osiemnastu lat postrzegałem szkołę wyższą jako okazję do popróbowania samodzielności. Przebrnąłem przez dwa semestry na Uniwersytecie Jamesa Madisona w Wirginii, kończąc rok spektakularną porażką ze średnią arytmetyczną ocen 0,7. Na jesieni 2001 roku byłem dziewiętnastoletnim studentem pierwszego stopnia z irokezem na głowie, podbitym okiem i wieloma siniakami zarobionymi w rozróbach i bójkach na pięści, z ogólną niechęcią do niemal wszystkiego, co nie wiązało się z panienkami, gorzałą i rugby.
Chociaż spóźniałem się na zajęcia i nie oddawałem prac, moje pierwsze podejście do szkoły wyższej nie było całkowitą katastrofą. Na początku pierwszego semestru natknąłem się na Rugby House na Harrison Street i miejsce to szybko stało się moim drugim domem. Ekipa rugbistów wzięła mnie pod swoje skrzydła. To byli młodzi ludzie z przezwiskami w rodzaju Blumpkin (niech spoczywa w pokoju), Strapper, Spidey, Beardo, Reeper, Snorty, Metal Head Nick, Dirty Dustin, AY czy Weird Jason. W środowe popijawy przed Świętem Dziękczynienia opróżnialiśmy beczułkę, słuchając metalu, grając w piwny ping-pong i podnosząc ciężary. Panienki nie miały odwagi wchodzić. Organizowaliśmy tematyczne imprezki. Tłukliśmy się z bracią studencką. Na boisku dawaliśmy sobie radę z większością przeciwników.
Niektórzy mogliby powiedzieć, że ciut za bardzo pokochałem życie. Moi rodzice nie byli zachwyceni, kiedy pojawili się na rodzinnym weekendzie na uczelni, a ja miałem podbite oko - efekt ostatniego meczu. Nie podobał im się mój irokez. A jednak znalazłem swoje miejsce w grupie i dobrze sobie radziłem. Jeśli mój czas na uczelni czegokolwiek mnie nauczył, to tego, że jestem zwierzęciem stadnym.
Jedenastego września 2001 roku obudziłem się w Rugby House i zalogowałem do komunikatora America Online. Przewijający się pasek informacyjny wyświetlał te same straszne wiadomości, które widziała reszta świata. Początkowo nie dostrzegłem doniosłości sytuacji. Wydawała się surrealistyczna. Umyłem zęby, ubrałem się i beztrosko odebrałem telefon od matki. Kiedy przekazywała mi szczegóły o dwóch samolotach, które uderzyły w World Trade Center, odległe raptem o dwie godziny od miejsca, w którym dorastałem, dotarła do mnie powaga tego wydarzenia.
Poszedłem do sąsiedniego domu, gdzie na ekranie telewizora zobaczyłem ciemne, kłębiące się chmury dymu, ludzi skaczących z okien, aby uniknąć płomieni, gigantyczną mgłę pyłu i sterty gruzu. Przepełniała mnie złość - uczucie, które w tych dniach zawładnęło amerykańską świadomością.
W ciągu dnia dowiedziałem się o Brusie Eaglesonie, bliskim przyjacielu rodziny, moim mentorze w czasach dorastania w Middlefield w Connecticut. Bruce pracował dla Westfield Corporation i tego ranka zadzwonił do swojego syna z jednej z wież.
- Mam na górze pracowników - powiedział mu. - Muszę wrócić i sprawdzić, co z nimi.
Nigdy nie znaleźli jego ciała.
Na pogrzebie Bruce'a poczułem, że znalazłem się na rozdrożu. Nie robiłem ze swoim życiem tego, co trzeba. Źli ludzie zamordowali mojego przyjaciela i co mogłem z tym zrobić? Granie w rugby i piwny ping-pong aż do porzygu raptem straciły cały swój urok. Chciałem pozabijać ludzi, którzy zaplanowali eksterminację prawie trzech tysięcy Amerykanów. To było Pearl Harbor mojego pokolenia. Przypomniały mi się związki mojej rodziny z marynarką wojenną w czasie drugiej wojny światowej. Mój dziadek był maszynistą na okręcie na południowym Pacyfiku, zaś mój wujeczny dziadek latał dwupłatowcem, polując na Japończyków na Pacyfiku, gdzie został zestrzelony i spędził cztery dni, dryfując na otwartym oceanie, zanim uratowały go nasze siły.
W biurze werbunkowym marynarki wojennej moją uwagę przyciągnął stary plakat z "fokami". Pięciu uzbrojonych płetwonurków, w oporządzeniu, z sumiastymi wąsami i pomalowanymi twarzami, wyłaziło z wody. Wyglądali na gotowych do poprawienia komuś humoru. Na plakacie było po prostu napisane "SEALs", a ja tylko mgliście kojarzyłem tę nazwę. Zainteresowali mnie jednak i po małym rozeznaniu szybko postanowiłem, że chcę stać się jednym z nich. Miałem dosyć mierności życia. To było pierwsze ryzyko, jakie kiedykolwiek podjąłem - chwila, w której zdecydowałem się zrobić krok naprzód i zostać mężczyzną.
Kiedy powiedziałem o tym rodzicom, totalnie zniszczyłem atmosferę. Jestem najstarszym z trzech synów w dumnej rodzinie robotniczej z Connecticut. Moi pradziadkowie ze strony matki i moi dziadkowie ze strony ojca wyemigrowali z Polski na początku dwudziestego wieku. Dziadek ze strony ojca był robotnikiem w fabryce i farmerem. Ojciec mojej matki, zanim uruchomił interes z formami i matrycami, pracował w fabryce. Moi rodzice spędzili całe życie w środkowym Connecticut, w małej, silnie powiązanej wewnętrznie społeczności, i uważali, że wstępując do marynarki, tylko odkładam decyzję o swojej przyszłości. Uzyskałem dobrą notę w teście wstępnym Armii USA i rekruter usiłował mnie przekonać, abym zgłosił się do programu operacji nuklearnych marynarki. Wyniki testów kwalifikacyjnych podobne do moich rzekomo trafiają się rzadko, zachwalał więc szkolenie techniczne, dodatki finansowe i pieniądze na studia. Nie chciałem mieć z tym nic wspólnego. Moim celem było dołączenie do walki i zabijanie terrorystów.
W marcu 2002 roku udałem się do należącego do marynarki wojennej Centrum Szkolenia Rekrutów w Great Lakes (lub "Great Mistakes"2). W kwestii stawianych wyzwań obóz dla rekrutów okazał się gigantycznym rozczarowaniem. Marynarka zwykła powiadać: "Nasze statki są zrobione z drewna, a nasi ludzie - ze stali". Patrząc na moje doświadczenia z obozu unitarnego, można było odnieść wrażenie, że okręty współczesnej marynarki zrobione są ze stali, jej marynarze zaś - z parówek. Zdecydowana większość marynarzy, których spotkałem, nie przygotowywała się do szkolenia SEALs.
Po "Wielkich Błędach" odbyłem szesnastotygodniowy kurs w szkole sanitariuszy. Ćwiczenia, nauka i myślenie o czekających mnie wyzwaniach - nic innego nie robiłem. Pracowałem ciężko, choć znajdowałem też nieco czasu, aby wyszaleć się z przyjaciółmi, i zakończyłem naukę w czołówce mojego rocznika.
W styczniu 2003 roku kumpel odebrał mnie z lotniska i przewiózł przez most z San Diego do Kolorado, abym zameldował się na podstawowym kursie niszczenia podwodnego SEALs, czyli BUD/S, na wyspie Coronado. Jadąc mostem w moim niebieskim mundurze, czułem się, jakbym wreszcie dotarł na miejsce.
Niektórzy kolesie powiedzą ci, że "foką" się zostaje. Opiszą ci szkolenie płetwonurków bojowych, opowiedzą, że odpada osiemdziesiąt procent kandydatów, i będą usiłowali przywołać wszystkie sposoby, jakie ludzie z Morskich Operacji Specjalnych mają na największych twardzieli.
Ja twierdzę, że to bzdura.
Członkiem SEALs nie można zostać. Trzeba się nim urodzić. W chwili gdy kandydat wychodzi na plażę Coronado, albo ma to "coś", albo nie. Pomimo najszczerszych wysiłków marynarki nie ma tak naprawdę sposobu, aby określić ów "czynnik x". Do szeregów trafiają ludzie z różnych warstw społecznych, ze wszystkich rejonów kraju, o różnym wzroście i budowie. Nie ma gwarancji, że najszybsi, najsilniejsi i najszczuplejsi przebrną przez szkolenie. To, co gwarantuje sukces, nie daje się zmierzyć w minutach czy kilogramach. Wszyscy ci ludzie, którzy kończą kurs płetwonurków bojowych oraz kurs kwalifikacyjny SEALs i następnie przechodzą do służby w teamach, mają determinację i odporność warte więcej niż tysiące godzin przygotowań na bieżni czy w basenie.
Członkowie SEALs nie "powstają" w teamach - teamy wyostrzają te zdolności, które ludzie już mają. Odrywają warstwy zasłaniające instynkt zabójcy, leżący gdzieś głęboko w uśpieniu, i pokazują żołnierzom, jak może być spożytkowany.
Nazywamy to bractwem, ponieważ wykuwamy więzi przez nasze doświadczenia, ale również dlatego, że jesteśmy rodziną ludzi oderwanych od wszystkich innych. Jednoczy nas wrodzony duch wojownika. Na najbardziej podstawowym, pierwotnym poziomie jesteśmy ulepieni z tej samej gliny.
Miałem dwadzieścia jeden lat, kiedy na początku 2003 roku w ramach grupy 245. rozpocząłem podstawowy kurs niszczenia podwodnego SEALs. Zaliczyłem pięć tygodni indoktrynacji i kursu wstępnego, zanim rozpocząłem pierwszy i najbardziej wymagający etap szkolenia płetwonurka bojowego. Pierwszy dzień rozpoczął się na Młynku - dużym asfaltowym dziedzińcu, gdzie kursanci zbierają się o poranku. Rozejrzałem się po twarzach ponad dwustu ludzi, którzy razem ze mną rozpoczęli sześciomiesięczne szkolenie. Większości z nich przed końcem szóstego tygodnia już tu nie będzie. Grupa była pełna kolesi o posturach bestii, w różnym stopniu emanujących wyglądem typu: "Ja jestem stąd". Przy stu dziewięćdziesięciu centymetrach wzrostu i dziewięćdziesięciu kilogramach wagi dobrze się wpasowałem. Wiedziałem, że mój wyraz twarzy, niezachęcający do wkurzania mnie, jest autentyczny, i jednocześnie zdawałem sobie sprawę, że w przypadku znacznej większości obecnych to jedynie poza.
Pierwszy rezygnujący odpadł na własną prośbę pierwszego dnia, zanim jeszcze rozpoczęła się zaprawa fizyczna. Aby zrezygnować, trzeba trzykrotnie użyć dzwonka w celu zaanonsowania współuczestnikom kursu, że nie jesteś materiałem na kumpla z teamu. Rezygnacja wiąże się z dodatkowym poniżeniem, kiedy taki koleś musi przeparadować przed formacją stu pięćdziesięciu facetów, cisnących trzysta któreś tam z kolei nożyce. Dzwonek wędruje wszędzie tam, gdzie idzie grupa, czy to na tor przeszkód, czy na plażę, czy gdziekolwiek indziej. Uderzenie w dzwonek niesie obietnicę gorącej kawy, pączków i życia wypełnionego żalem.
Załoga łodzi numer 1 z grupy 245. podczas Piekielnego Tygodnia (fot. dzięki uprzejmości Marynarki Wojennej USA)
Szybko znalazłem braci. Mięsożercy wzajemnie się wyczuwają. Załogi łodzi dobiera się według wzrostu, a moja składała się z sześciu najwyższych chłopaków z grupy 245. Z tym wzrostem prawdopodobnie powinniśmy być najwolniejsi, ale Tim Martin ponaglał nas, abyśmy trzymali tempo. Tim był wybrykiem natury z Wisconsin o niesamowitej szybkości i niezmiennie pozytywnym nastawieniu. Żeby nie wiadomo jak gówniane były postępy, błyskał swoim szerokim, głupkowatym uśmiechem i mamrotał jakieś zachęty. Jego bezustanne "Dasz radę!" przepchnęło mnie przez niejeden z najzimniejszych momentów Piekielnego Tygodnia (hell week).
Kiedy byliśmy zmęczeni i wyziębieni, zwracaliśmy się do Matza. Był cichym mieszkańcem Nowej Anglii - New Hampshire - o czarnych włosach i jeszcze czarniejszym poczuciu humoru. W najcięższych chwilach wyrzucał z siebie jakiś pseudofilozoficzny bełkot, aby odwrócić naszą uwagę od trudnej sytuacji. Śmialiśmy się, kiedy normalni ludzie pewnie by płakali. To nas napędzało. Szkolenie płetwonurków bojowych dało początek więzi wykutej przez przeciwności losu i umocnionej przez poświęcenie.
Pierwsze osiem tygodni kursu BUD/S to niekończący się trening - jest to z pewnością najcięższa z faz. To pompki i nożyce ciągnące się w nieskończoność niczym piasek na plaży Coronado, i tak nieprzerwane jak zimno i wilgoć, którym chłoszczą fale, przesączające się do szpiku kości i pogrążające twego ducha w nieszczęściu i sromocie. To brak snu i dźwiganie belek, i sadystyczni instruktorzy, zdeterminowani, aby pozbyć się tych, którzy nie pasują. To biegi po plaży i łydki palące żywym ogniem, i instruktorzy popędzający cię coraz bardziej, sprawdzając, kiedy się poddasz. To pływanie w morzu na pięć kilometrów i limity czasowe, i bezlitosne prądy, i chwile niepewności w rodzaju "czy to, kurwa, był rekin?". To tory przeszkód na czas i symulatory artylerii, i troszczenie się o braci, i ich troska o ciebie. To taszczenie nad głową, wraz z pięcioma chłopakami, pięćdziesięciokilogramowego pontonu, aż ramiona zaczną płonąć i drżeć, i uginać się, a potem kolejny wysiłek i podnoszenie go na nowo. To ciskanie łodzi do oceanu i radowanie się ulotną chwilą ulgi, zanim wskoczysz do środka i będziesz wiosłować obok grzywaczy i z powrotem z wiszącym nad tobą nierealnym limitem czasowym. To twój instruktor, mówiący, że nie przypłynąłeś na czas i że z tego powodu dodatkowo załadujesz swoją łódź piaskiem. To bezustanne przypominanie, że "opłaca się być zwycięzcą". To słońce zachodzące na koniec dnia, który rozpoczął się przed świtem, to pełznący chłód i bolesna świadomość, że to dopiero początek.
Szkolenie płetwonurków bojowych to nie trening rezerwowego składu drużyny piłkarskiej na uczelni czy klubu rugby. Poprzeczka była zawieszona znacznie wyżej niż do tej pory, bezustannie więc zmuszałem się, by przekraczać własne granice. Po raz pierwszy w życiu pragnąłem czegoś tak bardzo, że byłem gotów zrezygnować ze wszystkiego, co miałem, i nie tylko. Kiedy biegaliśmy na czas, byłem stałym członkiem "Drużyny Matołów", co było zaszczytem zarezerwowanym dla chłopaków, którzy nie zmieścili się w limicie czasowym. Za każdym razem, kiedy zostawałem "matołem" za zbyt wolny bieg, przyjmowałem karę i wracałem po więcej. Mordowałem się z nadliczbowymi nożycami, mękami przyboju i wiecznymi otarciami od mokrego piasku lepiącego się do każdego centymetra ciała. Spuszczałem głowę i brnąłem dalej, nakręcany świadomością, że każdy, kto uderzył w dzwonek i zrezygnował, był słabszy ode mnie.
Kiedy minęło kilka tygodni treningu, Stany Zjednoczone uderzyły na Irak. Fakt, że toczyliśmy wojnę na dwa fronty, wywoływał we mnie wielki niepokój.
- Właśnie toczy się wojna, a ja tu tkwię, ucząc was, sukinsyny! - ryknął instruktor Torsen na załogę mojej łodzi podczas Piekielnego Tygodnia. - Nie potraficie nawet utrzymać pontonu!
To wszystko sprawiało, że starałem się bardziej. Za każdym razem, kiedy jakiś koleś uderzał w dzwonek i rezygnował, zwiększała się moja determinacja. Mentalnie zawsze odgradzałem się od tych, którzy nie dali rady. Oni martwili się tym, żeby przebrnąć przez szkolenie BUD/S. Ja martwiłem się tym, aby dostać się do plutonu i uczestniczyć w walce.
Piekielny Tydzień to czwarty tydzień pierwszego etapu, który pomyślany jest jako długi okres stresu - dosłownie. Od chwili gdy sobotnią nocą rozpoczyna się przełomowa próba, aż do momentu, kiedy w piątkowe popołudnie grupa ma to za sobą, kursanci są poddawani nieustannym testom fizycznym i psychicznym oraz działają pod presją emocjonalną, a wszystko to przy łącznie trzech godzinach snu przewidzianych na cały tydzień.
Przełamanie to chaos. Kiedy zapada ciemność, instruktorzy zapalają ogień w koszach na śmieci, strzelają nad głową i zaczyna się tydzień wrzasków, który ciągnie się niemiłosiernie, a kursanci rozpaczliwie walczą, aby ukończyć zadania w limitach czasowych specjalnie pomyślanych tak, by były niewykonalne.
Mój Piekielny Tydzień wypadł w kwietniu. Po paru dniach, zziębnięci i mokrzy, wyglądaliśmy żałośnie. Załoga mojej łodzi ustawiła na plaży ponton, który miał osłonić nas przed deszczem i gradem, kiedy jedliśmy nasze racje polowe. Dale, jeden z naszych instruktorów, stanął nade mną i obserwował, jak usiłowałem wydobyć swoją zimną jambalayę z prostokątnego pakietu, który próbowałem otworzyć rękami sinymi od hipotermii. Całe moje ciało skakało w dzikich dreszczach niczym wiertarka udarowa. Bolał mnie każdy żałośnie poobcierany jego centymetr. W takiej chwili zjedzenie jambalai oznaczało pełnię szczęścia i Dale o tym wiedział. W jednej chwili chwycił wiosło, zagarnął niewielką górkę piasku i wsypał ją do mojego jedzenia. Wyobraźcie sobie najbardziej brutalny kopniak w jaja. Tak właśnie odebrałem piasek od Dale'a. Przełykanie upiaszczonej jambalai było okropne, ale z pełnym przekonaniem mogę powiedzieć, że zyskałem nową perspektywę - każdy pierwszy kęs pizzy w piątkowy ranek będzie lepszy od jambalai z piachem.
Zrozumiałem, dlaczego koledzy z teamu uwielbiają powiedzonko: "Skoro się tym nie przejmujesz, to znaczy, że nie było to ważne". BUD/S to w większości wyzwanie mentalne. Rzecz nie w tym, że jest ci mokro i zimno. Tu chodzi o to, że jest ci mokro i zimno, i przygotowujesz się psychicznie, że tak będzie w kółko i bez końca. A jednocześnie będziesz musiał konkurować z grupą innych kolesi, podczas gdy jeszcze inni, którzy już mają te zadania za sobą, szydzą i krytykują. To przerażające. Patrzyłem, jak mój sąsiad z pokoju uderzył w dzwonek przed pływaniem pod wodą na dystansie pięćdziesięciu metrów tylko dlatego, że siadła mu psychika. Nie sądzę, że z powodu samego pływania, z którym każdy z nas fizycznie by sobie poradził. Tu chodziło o całą otoczkę. Musisz zaatakować BUD/S albo BUD/S cię pożre.
Na drugim etapie doznałem urazu pleców i po krótkim okresie zdrowienia zostałem przesunięty do grupy 246. Trafiłem tam na braci: Tannera, B-Duba, Mikeya, Maro, Bito, Gilbiego, Biggsa, KPM i Clarka, znanego także jako Billy, i innych. Przez siedemnaście tygodni z mozołem przerabialiśmy ewolucję za ewolucją na torze przeszkód, na basenie i w piaskach Coronado. Nasza Trefna Ekipa (The Shady Squad), jak siebie nazywaliśmy, była co najmniej pstrokata. Pochodziliśmy z każdego zakątka Stanów Zjednoczonych, mierzyliśmy od metra sześćdziesięciu pięciu centymetrów do metra dziewięćdziesięciu (ja), mieliśmy fizjonomie od młodzieńczego dziewiętnastolatka do dojrzałego gościa po trzydziestce. Stanowiliśmy idealne odzwierciedlenie podstawowej prawdy o teamach: nie istnieje cecha fizyczna czy wykładnik sukcesu przy treningu na bojowego płetwonurka czy członka SEALs. Z ponad dwustu ludzi, którzy wystartowali z grupą 246., przez wszystkie trzy etapy przebrnęło czterdziestu czterech. Na papierze różnice między nami było ogromne, ale naszymi najistotniejszymi wspólnymi cechami były wrodzona odporność i nieustępliwy duch, z którymi wojownik się rodzi i które musi pielęgnować. Nauczyliśmy się rozpoznawać je w nas samych i u innych. Nazywaliśmy się braćmi i wspólnie przetrwaliśmy.
Druga faza szkolenia BUD/S (fot. Richard Schoenberg)
W dniu zakończenia kursu zebraliśmy się wcześnie na plaży na ostatni bieg z dowódcą. Nasz oficer dowodzący był wysokim i żylastym facetem o ciemnych włosach i wąsach. Był płetwonurkiem starej szkoły, twardym jak stal. Gdyby zechciał, mógłby nas wszystkich zamęczyć bieganiem na śmierć. Zamiast tego poprowadził nas na spokojną pięciokilometrową przebieżkę pod wschodzącym słońcem plaży Coronado, zatrzymując się od czasu do czasu w celu opowiedzenia nam - całkiem inspirująco - o historii i dziedzictwie Morskich Operacji Specjalnych. Powiedział, że jesteśmy teraz częścią dumnej tradycji elity wojowników i bractwa sięgającego korzeniami drugiej wojny światowej, od starych płetwonurków marynarki, przez jednostki płetwonurków bojowych, aż do SEALsów. Wraz z pozostałymi czterdziestoma trzema kolegami każdym calem ciała czułem, na co zasłużyłem.
Później, ubrany w niebieski uniform, stanąłem w szeregu na Młynku, gdzie ponad sześć miesięcy temu zaczynałem kurs. Moja mama, tata i dwóch młodszych braci obserwowali ceremonię z dumą i zaskoczeniem. Jedyną rzeczą, do której przywiązywałem tyle wagi i dawałem z siebie wszystko, były właśnie teamy. Wydaje mi się, że rodzice nie zdawali sobie sprawy, że się na to zanosi. Ostatni dzień szkolenia BUD/S pozostaje jednym z najbardziej satysfakcjonujących dni mojego życia.
Ukończenie programu selekcyjnego w ramach podstawowego kursu niszczenia podwodnego jest wielkim osiągnięciem, ale nie jest nawet półmetkiem na drodze do zostania członkiem SEALs. Odhaczenie tego na liście jest głównie kwestią mentalną, ponieważ największe tortury fizyczne ma się już za sobą.
W styczniu 2004 roku z kursu płetwonurków ruszyłem do szkoły spadochronowej w Fort Benning w Geor-gii. Z pewnością nie jest to elitarny kurs szkoleniowy, szkoła spadochronowa nie jest też do końca frajdą. Niektórzy ludzie uwielbiają wyskakiwać z samolotów. Ja do nich nie należę. Niemniej jednak zdobyłem podstawowe kwalifikacje spadochroniarza i pośpieszyłem na trening kwalifikacyjny SEALs (SQT).
SQT to czteromiesięczny kurs, na którym członkowie SEALs zdobywają niezliczone umiejętności i uczą się sposobów działania, które czynią z nich elitę operatorów specjalnych. Podczas szkolenia nauczyłem się planowania misji i gromadzenia danych wywiadowczych, obsługi środków łączności, rozpoznania, nawigacji na lądzie i morzu i miliona innych rzeczy. Wykonywałem dzienne i nocne skoki spadochronowe z użyciem linki statycznej, z tylnej rampy C-130 fruwałem do oceanu za pontonem Zodiaca, zjeżdżałem na szybkiej linie z wiszącego helikoptera i niczym psie jajka dyndałem pod śmigłowcem "na winogrono" na linach do szybkiego desantu i ewakuacji. Szkoliłem się w stosowaniu najlepszych światowych broni i nabywałem kwalifikacje do ich użycia, od M4 do Mk 48 i granatnika bezodrzutowego Carl Gustav kalibru 84 mm. Ćwiczyłem patrolowanie, śledzenie i wysadzanie obiektów oraz uczyłem się zakładania pułapek saperskich. Zaliczyłem też sporą dawkę przygotowania bojowego w czasie intensywnych strzelań ostrą amunicją, mających na celu symulowanie warunków bojowych i mgły wojny. Po zakończeniu kursu SQT oficjalnie stałem się żołnierzem SEALs i wreszcie czułem się gotów, by dołączyć do plutonu.
Większość ludzi uważa, że ukończenie szkolenia płetwonurka bojowego jest największym osiągnięciem w życiu "foki", ale nie jest ono tym, na co czekamy z największą niecierpliwością. Nie dostaje się po nim nawet trójzęba. Rozkoszowałem się zakończeniem kursu jak każdy inny jego uczestnik, ponieważ oznaczało to koniec z torturami przyboju, dźwiganiem kłód, wilgocią i piaskiem. To, czego wyczekiwałem bardziej niż czegokolwiek innego, to chwili ukończenia treningu kwalifikacyjnego SQT, kiedy zostawało się certyfikowanym członkiem SEALs z trójzębem na piersi.
W owych czasach ceremonia zakończenia szkolenia była nieformalną uroczystością odbywającą się w hangarze, na której obecni byli tylko koledzy z kursu. Mieliśmy też oficjalną ceremonię z rozdaniem certyfikatów i odznak, które kierujący kursem oraz Bro, starszy podoficer dowodzący, uroczyście każdemu przypięli, witając nas w bractwie, do którego tak zawzięcie próbowaliśmy się dostać. Oficer dowodzący, podobnie jak uczynił to w przemowie ostatniego dnia szkolenia, wygłosił kilka złotych myśli. Powiedział nam, że możemy nosić trójząb, bo na tyle zasłużyliśmy. Ale nie byliśmy jeszcze prawdziwymi płetwonurkami bojowymi. Nie byliśmy członkami teamu, przynajmniej dopóki się nie sprawdzimy i nie zrobimy tego, do czego nas szkolono.
- Są "foki" i są "ludzie żaby". Dzisiaj jesteście "fokami", ale "ludzie żaby" to wojownicy. Kiedy sprawdzicie się w boju i zrobicie to, co powinniście, dopiero wtedy naprawdę się nimi staniecie.
Później, przy wypitce, było już dużo bardziej swawolnie: rozebrano nas do pasa i nasze nowo zdobyte trójzęby przybito nam na gołym ciele, tuż powyżej serca.
Starsi członkowie teamu, którzy dekorowali nas przy tej drugiej okazji, dla każdego coś znaczyli. Mojego przyjaciela Mikeya oznaczył jego starszy brat. Gdy nadeszła moja kolej, podszedł do mnie Ty Woods. Ty był moim instruktorem na kursie BUD/S i pomógł mi wygrzebać się z pewnego kłopotu po barowej bijatyce, w którą się wdałem, będąc pod jego kuratelą. Był niższy ode mnie, z piersią jak dzwon prawdziwego "człowieka żaby". To taki typ człowieka, co dowali karę z nawiązką, a zaraz potem zakręci się i poklepie cię po plecach. Utrzymywaliśmy kontakt przez cały okres mojej kariery. To, co spotkało go z rąk terrorystów na dachu w Benghazi w Libii jedenastego września 2012 roku, zupełnie mnie zdruzgotało.
Ty, zanim przybił mi trójząb, spojrzał mi w oczy i wiedziałem, że jest ze mnie dumny. I to się liczyło. Chciałem, by moi bracia byli ze mnie dumni. Przez resztę nocy nosiliśmy trójzęby, barbarzyńsko sterczące z naszych krwawiących piersi.
Nad sercem mam wciąż małą bliznę po tym zdarzeniu. Z wiekiem włosy mi na piersi gęstnieją, a blizna płowieje. Ale ciągle tam jest.
W końcu staliśmy się członkami SEALs, ale trening się nie skończył. Tak naprawdę operator nigdy nie przestaje się uczyć. Zanim rozsiejemy się po odpowiednich plutonach i rozpoczniemy karierę w teamach, naszej grupie pozostał jeszcze jeden etap wspólnego szkolenia.
Spędziliśmy trzy tygodnie w Kodiak na Alasce, ucząc się zasad walki w warunkach zimowych. Wiele słyszeliśmy o tych ćwiczeniach, które polegały na zanurzeniu się w parach na dwadzieścia cztery godziny w lodowatych wodach zatoki. Kazano nam chwycić torby ratunkowe, zawierające artykuły pierwszej potrzeby, po czym skoczyć do wody i całkowicie się zanurzyć, a następnie spędzić w niej dwadzieścia cztery godziny. Jak to się mówi: to największa frajda, której nie chcesz nigdy doświadczyć ponownie.
Którejś z ostatnich nocy obozowałem w Kodiak z moją drużyną, w składzie około dziesięciu ludzi. Wartę trzymał Matz. Nagle obudził mnie, potrząsając za ramię.
- Lacz - syknął. - Niedźwiedź!
- Gówno prawda - odpowiedziałem, wciąż w półśnie.
- To żadne jaja - wyszeptał. - Niedźwiedź!
Otworzyłem oczy i spojrzałem w stronę, którą wskazywał. Rzeczywiście, do naszego obozu zmierzała duża samica grizzly. Usiadłem ostrożnie i zacząłem alarmować innych. Bito wspiął się już na drzewo jakieś cztery metry nad ziemię i rzucał niedźwiedzicy nasze liofilizowane racje Mountain House.
- Co, do cholery... - wymamrotałem.
Chwyciłem gałąź i zacząłem wspinać się na inne drzewo w pobliżu. Myślałem już, że wszyscy jesteśmy bezpieczni wysoko nad ziemią, kiedy błysnął flesz. KPM, filadelfijski bokser z turnieju Golden Gloves, stał jakieś trzy metry od niedźwiedzicy z jednorazówką Kodaka w ręku. Gorączkowo pstrykał jej fotki, każdorazowo robiąc przerwę, aby przewinąć film. Nawet na moim drzewie dobrze było słychać klikanie pokrętła pod jego kciukiem. Samica stanęła na tylnych nogach i zanim uciekła, KPM strzelił jej ostatnie zdjęcie. Potem znalazł sobie drzewo i wszyscy czekaliśmy w milczeniu, podczas gdy niedźwiedzica przez parę minut buszowała po naszym obozowisku, po czym powędrowała dalej.
- Masz nasrane w głowie - powiedziałem do KMP.
- Jasne, Kev, ale wyjdą z tego zajebiste foty - odpowiedział.
Ponieważ moją początkową specjalnością wojskową był sanitariusz, wysłano mnie do szkoły dla medyków sił specjalnych w Fort Bragg w Karolinie Północnej. W lipcu 2004 roku dołączyłem do kolegów z kursu, szkoląc się razem z innymi członkami społeczności wojsk specjalnych: Zielonymi Beretami, sanitariuszami piechoty morskiej przydzielonymi do jednostek rozpoznawczych czy medykami rangersów. Przez sześć miesięcy w ramach medycyny taktycznej uczyliśmy się udzielania pomocy rannym na polu walki.
Nauczyłem się także wiele z zakresu medycyny cywilnej, gdyż spędziłem miesiąc w szpitalu chirurgii urazowej pierwszego stopnia Shands Jacksonville na Florydzie. Kiedy pomagałem w leczeniu ofiar wypadków samochodowych, postrzałów i przedawkowania narkotyków, zacząłem wyobrażać sobie siebie w walce, wykorzystującego w praktyce to, czego się nauczyłem. Z rękami po łokcie wetkniętymi w jamę ciała czułem, jak moje postanowienie twardnieje niczym skała.
Ukończyłem szkolenie medyka sił specjalnych w styczniu 2005 roku i wreszcie nadszedł czas, aby dołączyć do plutonu. Mieliśmy wybrać miejsce stacjonowania, i wszystkie "foki" z ukończonym kursem kłóciły się o dostępne lokalizacje. Zdałem z najlepszym wynikiem i mogłem wybierać jako pierwszy, ale niektórzy z kolegów mieli powiązania rodzinne i ważne powody, aby udać się na jedno lub drugie wybrzeże. Chciałem dołączyć do zespołu na Zachodnim Wybrzeżu, ale nie tak bardzo, by pozbawiać kogoś bliskości z rodziną. Pozwoliłem, aby trzech kolegów wybierało przede mną, a potem zostało nas dwóch - ja i kumpel z pokoju, Sean. Było po jednym miejscu na każdym wybrzeżu i obaj mieliśmy ochotę na San Diego.
Jeśli nie zaznaczono inaczej, motta w przekładzie tłumacza. [wróć]
Nieprzetłumaczalna na język polski gra słów: Great Lakes - Wielkie Jeziora; Great Mistakes - Wielkie Błędy (przyp. tłum.). [wróć]
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki