2
Cywil żołnierzem
Około piątej od strony Śródmieścia doszedł odgłos odległej strzelaniny, a po paru minutach było ją słychać zewsząd. Tylko Powiśle wydawało się względnie ciche.
Powstanie zaczęło się, a ja byłem w domu, część mojego działonu na Mokotowie, a dowództwo na Woli.
Gdy wypełniałem czas czytaniem na leżąco, sam w przytulnym mieszkanku na zacisznym Czerniakowie, dowódca SS i policji Obersturmbannführer[11] Geibel nie zaznał tego dnia spokoju. Niezwykły ruch w mieście postawił niemiecką policję na nogi. Od rana położenie w Warszawie według napływających meldunków było tak napięte, że Geibel osobiście o godzinie jedenastej udał się do gubernatora dystryktu warszawskiego SA Obergruppenführera[12] Fischera, aby nakłonić go do przyjechania do dzielnicy policyjnej, gdzie miałby odpowiedniejsze warunki bezpieczeństwa. Gdy Fischer odmówił, bo nie wierzył w powstanie Polaków, Geibel posłał mu do ochrony kompanię policji.
Przed godziną drugą w północnej części miasta wybuchła strzelanina z patrolem, który usiłował zatrzymać powstańczy transport broni przewożonej pośpiesznie w ostatniej chwili. Policja wsparta czołgami zorganizowała obławę i przypadkiem zaskoczyła inny oddział w czasie pobierania broni. Walka rozszerzyła się na kilka ulic i postawiła Niemców na Żoliborzu w stan zaostrzonego pogotowia. Tu i ówdzie dochodziło do starć z Niemcami, którzy zaczepiali podejrzanie wyglądających powstańców, śpieszących na łeb na szyję na miejsca zbiórek.
Obersturmbannführer Geibel pisze: "O godzinie szesnastej mój urząd w alei Róż otrzymał telefoniczną wiadomość od jakiegoś porucznika lotnictwa, że dowiedział się uprzedniej nocy od pewnej Polki o zarządzeniu ogólnego powstania na pierwszego sierpnia, godzinę siedemnastą. Kobieta błagała go, aby opuścił Warszawę. Chociaż oficer przemilczał swoje nazwisko, dałem wiarę wiadomości, rozkazałem dowódcy policji porządkowej, aby obsadził wszystkie przygotowane stanowiska, zawiadomiłem dr. Hahna z Sicherheitspolizei i zameldowałem telefonicznie gen. Stachelowi".
Główny sprawca tego zamieszania, generał dywizji Tadeusz Bór-Komorowski, u schyłku uprzedniego dnia wydał rozkaz rozpoczęcia Powstania, jakoby ponaglony plotką przyniesioną przez pułkownika Montera o wkraczaniu Rosjan na Pragę. W obawie, że armia sowiecka ubiegnie go w zajęciu Warszawy, Bór skrócił czas mobilizacji własnych oddziałów z dwóch dni do praktycznie dwunastu godzin, co było niewykonalne.
Bór sam dostał się w tarapaty już przed szesnastą, tuż po dotarciu do swego punktu dowodzenia. Przez parę godzin życie jego wisiało na włosku i nie wiedział, co się dzieje na mieście. Opisał te wydarzenia kilka lat później na bardziej optymistyczną nutę, co pozwolę sobie opatrzyć własnym komentarzem w nawiasach.
A oto jego słowa: "30 minut przed godziną "W", to znaczy o 16.30, wszyscy stali na stanowiskach (wszyscy, których zdążono w czas powiadomić - to znaczy połowa). Żołnierze odkryli broń (dostał co dziesiąty) i nałożyli biało-czerwone opaski (wystarczyło dla wszystkich). Dokładnie (!) o godzinie 5-tej aż błysnęły (!!) ulice, kiedy naraz (!!!) otwarły się tysiące okien. Ze wszystkich stron grad kul posypał się na głowy przechodzących Niemców, na ich budynki, na maszerujące kolumny (jak w kinie)".
Wobec takiej rozbieżności wspomnień obu przeciwników nie pozostaje nic innego, jak zacytować opinię polskiego historyka generała Kirchmayera, który w oparciu o dokumenty stwierdził, że Niemcy obsadzili stanowiska ogniowe i dowódcze jeszcze przed godziną siedemnastą i zaskoczenie nie udało się.
Z balkonu patrzyłem na zachód ponad Ogrodami Frascati. Tu i ówdzie wznosił się dym. Co robić? Czekać w domu na wkroczenie Rosjan? Przepuścić taką okazję, a potem żałować do końca życia?
Nastawiłem wodę na ogień i zagniotłem kluski, bo od rana nic nie jadłem. Napoleon mawiał, że armia maszeruje na brzuchu. Na ubranie naciągnąłem szary roboczy drelich, wzułem buty z krótkimi cholewkami na gołe stopy. Dlaczego bez skarpetek? Może mi się wydawało, że to bardziej po żołniersku, po męsku. Kluski nie udały się, nie do jedzenia, zrobiłem je za duże i w środku zostało surowe ciasto. Minęła godzina, ucho już przyzwyczaiło się do strzelaniny.
Do kwatery mojego działonu było około czterech kilometrów spaceru przez Śródmieście, skąd dochodziły odgłosy największej walki. Mogłem czekać, aż się ściemni, i nocą przedostawać się na Wolę. A co będzie, jeśli Niemcy wycofają się pod osłoną ciemności i nie zdążę wziąć udziału w boju? Będę pluł sobie w brodę przez całe życie. Kogo się tu poradzić? Może Wojtka? Czy mogę jednak niewtajemniczonemu przyznać się, że należę do AK? Wprawdzie znałem go od paru lat, a poprzedniej nocy razem słuchaliśmy radia. Byliśmy więc wspólnikami zbrodni. Zanim przyszedł czas odcedzać kluski, doszedłem do wniosku, że konspiracja się skończyła. Skoczyłem więc na czwarte piętro, ale Wojtka już nie było.
Przez lornetkę teatralną, ze strychu, po raz ostatni przeglądałem okolice. Biało-czerwonych flag nie było widać. Tu i ówdzie dym wznoszący się kolumnami, jakby osiągając niewidoczny pułap, już nie szedł wyżej, ale rozpłaszczał się, ciągnął pasmami równolegle do ziemi i mieszał się z chmurami.
Do kieszeni na piersi włożyłem skarb rodzinny: kilka złotych dziesięciorublówek z podobizną cara Mikołaja, złoty zegarek, pierścień z brylantem i garść złotych zębów. I tak wyruszyłem w bój o pustym brzuchu, bez skarpet, ze złotem i bez broni.
Powiśle Czerniakowskie zewsząd otaczały niemieckie pozycje. Od zachodu, wzdłuż ulicy Rozbrat, było ich kilka. W szkole dziennikarskiej kwaterowała Schutzpolizei; na rogu Górnośląskiej w jednym gimnazjum ulokowało się SA, w drugim Soldatenheim[13], a nieopodal, u Akademiczek, ukraińska Hilfspolizei; dalej, w Gimnazjum Batorego, urządzono dom wypoczynkowy dla ozdrowieńców z Wehrmachtu; hotel sejmowy i budynki w Ogrodach Frascati też obsadzały jakieś policje. Od południa zagradzał drogę Stadion Wojska Polskiego - nur für Deutsche[14] - i stacja pomp; od północy - saperzy na wiadukcie mostu Poniatowskiego. Od wschodu - Wisła. Jedyny wolny przesmyk stanowiła ulica Książęca, ale i ją u góry przegradzał obsadzony przez Niemców bunkier przy Szpitalu św. Łazarza, a przy placu Trzech Krzyży na jednym rogu Radiohaus[15], na drugim Obst und Gemüse[16], dwa sklepy nur für Deutsche. Nie wiem, jak teraz wygląda ulica Książęca, ale wtedy przypominała wijący się ku górze jar. Po prawej zgliszcza z 1939 roku, po lewej domy.
Z bramy skręciłem ulicą Śniegockiej do Czerniakowskiej. Chłopak, który zameldował się rano, mieszkał przy ZUS-ie, chciałem go wziąć ze sobą na Wolę, ale w ostatniej chwili postanowiłem nie tracić czasu na szukanie. Kto wie? Może mnie zawdzięcza, że przeżył Powstanie, i nawet o tym nie wie. Czerniakowska była prawie pusta, obok ZUS-u chodnik pokryty szkłem. U zbiegu czterech ulic stał porzucony tramwaj linii P.
Ludność tłoczyła się w bramach, schroniłem się i ja. Strzały padały z nieokreślonej odległości. Jak wynikało z gorączkowych rozmów, można było oczekiwać przybycia powstańców albo Niemców lada chwila. Minęło kilka dobrych minut, nim wypuściłem się samotnie w drogę. Człowiek, zwłaszcza nieobyty z wojną, czuje się bezpieczniej w gromadzie.
W miarę jak wspinałem się wymarłym wąwozem ulicy Książęcej ku Śródmieściu, strzelanina rozlegała się coraz głośniej. Przy Szpitalu Łazarza nie było wartownika. Ku memu zdziwieniu przez plac Trzech Krzyży od strony Szucha przejechał wolno odkryty samochód z kilkoma lotnikami, którzy rozglądali się dokoła, nawet nie trzymając broni gotowej do strzału. Grupki cywilów przekraczały plac. Na Żurawiej przechodnie kręcili się bezradnie jak mrówki, gdy ich ścieżkę zagrodzisz patykiem. Między Kruczą a Marszałkowską jakiś mężczyzna zawrócił mnie. Podobno Niemcy strzelali z gmachu poczty na Nowogrodzkiej. Tuż obok mieszkał Lolek marksista, mogłem u niego zatrzymać się aż do nocy, ale czas naglił. Znowu znalazłem się w kotle. Aleje Jerozolimskie i Nowy Świat kontrolowali Niemcy ogniem z Banku Gospodarstwa Krajowego. Na zachód stała poczta i Dworzec Główny, również w ich rękach. Jedynym możliwym przejściem na północ była ulica Bracka, przy założeniu, że nie strzelą z banku odległego o sto metrów. Pojedynczy cywile przekraczali aleje. Podniosłem ręce do góry i nie śpiesząc się, przeszedłem na drugą stronę i dalej Bracką, Zgodą do Złotej.
Z pewną przesadą można by powiedzieć, że znajdowałem się w oku cyklonu. Detonacje dochodziły zewsząd, głównie broń maszynowa, zlewając się w nieustający terkot. Nieraz zdawało mi się, że walka toczy się na następnej ulicy, a gdy wolno podchodziłem, wybuchy cichły, oddalały się. Za to z większą mocą zrywały się gdzieś z tyłu, skąd szedłem. Przypominało to opowiadania o błędnych ognikach na bagnach. Blady płomyk migocze, idzie się ku niemu, aby raz w życiu zobaczyć, co to naprawdę jest, ale w miarę zbliżania się on się oddala i zwodzi dalej.
Nie miałem pojęcia, czy jestem jeszcze pod okupacją, czy już na wolności, i właściwie to nie wiedziałem, co bym wolał. Klucząc, przeszedłem już trzy kilometry, a poza lotnikami w łaziku żadnej z walczących stron nie widziałem.
Na skrzyżowaniu Złotej z Marszałkowską nowa przeszkoda. Stoję z grupą ludzi przy wejściu do kina Palladium. Podobno na prawo, zaraz za rogiem, na Marszałkowskiej, lotnicy zabarykadowali się i strzelają do cywilów. Wtem ukazuje się pierwszy powstaniec z karabinem i biało-czerwoną opaską i wielce podniecony, jakby nic lepszego nie miał do roboty, rozdaje wczorajszy "Biuletyn Informacyjny". Nie tylko, że wszystkie wiadomości są bez znaczenia wobec faktu wybuchu Powstania, ale i komu by się chciało teraz czytać. Pierwszy raz od 1939 roku ludzie stoją na warszawskiej ulicy z polską prasą w rękach i nikt ich nie aresztuje. Pojawia się kilku powstańców z opaskami na lewym ramieniu, z rewolwerami lub bez broni. Opowiadamy o lotnikach, jakiś chłopak podejmuje się wyprowadzić powstańców na tyły Niemców. Oddziałek znika. Po drugiej stronie Marszałkowskiej, na Złotej, gromada ludzi także kryje się za rogiem przed lotnikami. Parę kobiet przechodzi ulicę i nikt do nich nie strzela, wtedy inni nabierają odwagi. Trzech młodych mężczyzn biegnie w naszym kierunku jeden za drugim. Nieopodal słychać przytłumioną serię strzałów - nie wyróżnia się zbytnio na tle ogólnej kanonady. Powietrze na skrzyżowaniu odrobinę rozjaśniło się czy zalśniło. Pierwszy z biegnących zmienił nieco krok na środku jezdni, zrobił jeszcze parę metrów, zwalił się, uderzając głową o krawężnik chodnika, i znieruchomiał. Dwaj pozostali, którzy, jak to mówią, "uciekli grabarzowi spod łopaty", dołączyli do nas. Oczywiście nikt więcej nie ryzykuje biegu przez Marszałkowską. Przyglądamy się trupowi i tym po drugiej stronie ulicy, co chcą przejść do nas, a oni robią to samo. Wtem zabity poruszył się. Zrazu zdawało mi się, że to złudzenie, ale nie, uniósł się nieco na rękach, jakby chciał wstać, i opadł, po chwili dźwignął się znowu i jeszcze raz. Widząc to, ludzie zaczęli wołać, że trzeba mu pomóc. Aby go dosięgnąć, należało wyjść ze trzy metry na Marszałkowską. Podszedłem do samego rogu i z bliska przyjrzałem się leżącemu. Wierzch czaszki odskoczył jak pokrywa od garnka, a część mózgu wypadła na chodnik. Wyprężył ramiona jeszcze raz i uniósł się odrobinę. Wróciwszy do Palladium, podzieliłem się spostrzeżeniami.
Długo czekaliśmy w bramie kina na likwidację lotników. Ludzie zaczęli się niecierpliwić. Najpierw kobiety spróbowały przejść Marszałkowską i tym razem lotnicy nie strzelili. Następnie odważyło się paru mężczyzn, więc poszedłem i ja powoli, z rękoma podniesionymi. Tak przebiłem się przez Śródmieście.
Strzelanina oddalała się, na ulicach pojawiło się więcej przechodniów i choć nie widziałem powstańców, miałem przeświadczenie, że jestem po polskiej stronie. Wielu kończy wojaczkę z podniesionymi rękoma, mnie przypadło w ten sposób ją rozpocząć.
Nim się zaczęło ściemniać, doszedłem na Łucką, na miejsce zbiórki. Tam żona kolegi tapicera, tleniona blondynka, poinformowała mnie, że koncentracja jest obok, u Haberbusza, na Grzybowskiej. Dziś nie pamiętam dobrze, co robiłem tej nocy w browarze Haberbusza. Panował tam niesamowity mętlik, powstańcy nie znali się poza kilku najbliższymi współkonspiratorami. Pierwszy raz dowiedziałem się, że należę do batalionu "Chrobry" i kompanii Lisa. Nazwisk nie używano, pseudonimy nadal obowiązywały. Niektóre powtarzały się tak często (Rysie, Żbiki, Jastrzębie, Sokoły, Orły, Jury, Lechy, Nałęcze, Ostoje), że prędzej można było kogoś odróżnić po głosie niż pseudonimie. Nieustannie nawoływano się w ciemności. Stawano w dwuszeregu, liczono się, gubiono, szukano.
Moje najgorsze przeczucia zdawały się sprawdzać: spóźniłem się na Powstanie. Obecna kwatera, browar Haberbusza, została oczyszczona z Niemców, w czasie gdy ja przebijałem się przez Śródmieście. Choć strzelanina nadal trwała, krążyły wieści, że opór niemiecki załamuje się. Przyprowadzono trzech jeńców - żandarmów, jeden z nich odgrażał się i ucichł, dopiero gdy dostał po mordzie. Zaczął padać deszcz, jedyny deszcz w czasie dwóch miesięcy Powstania. Broń miała przybyć lada chwila, tymczasem rozdawano biało-czerwone opaski. Poniżej kompanii nie było żadnej organizacji. Dowódca baterii, podporucznik Lew, nie stawił się. Z mojego działonu odnalazł się nieoczekiwanie Hutnicki z Mokotowa, kapral Jur z Pragi i Sław z Chałubińskiego. Zostali powiadomieni w czas. Oczywiście stawili się tapicer z Łuckiej, jego kuzyn Zychler i szwagier Orzeł, którzy mieszkali nieopodal. Poznałem się z dwiema młodymi sanitariuszkami przydzielonymi do naszego plutonu - Sylwią, blondynką, i Zosią, brunetką z blizną na szyi. Dowiedziawszy się, że kompania Lisa jest jednostką piechoty, nie mogłem pojąć, dlaczego to ma być mój oddział, zwłaszcza że w konspiracji nigdy o poruczniku Lisie nie słyszałem. W miarę jak mijał czas, coraz mniej rozumiałem. Raz po raz roznosiła się wieść o nadejściu broni. Natychmiast ustawialiśmy się w dwuszeregu, licząc się przy błękitnym świetle latarek i spisując pseudonimy. Maszerowaliśmy albo przepychaliśmy się tam, gdzie miano ją rozdawać, kluczyliśmy po piwnicach i korytarzach browaru, mokliśmy na deszczu. Woda ściekała mi do butów. Ciemne niebo rozjaśniały łuny pożarów. Bałem się zgubić, by nie być ostatnim po broń - i tak przechodziła godzina za godziną, aż zaczęło świtać. W wirze setek nieznanych twarzy zaczynałem już odróżniać niektóre... Strzelec Groźny, wielki, kudłaty łeb, czerwona, bezczelna gęba, odszczekuje się dowódcom. Tamten znowu z naganem na powrozie zarzuconym wokół szyi. Piegowaty podporucznik w granatowej cyklistówce, Konar czy coś takiego. Podporucznik Tytus - chudy, drobny, o kościstej twarzy i wpadniętych oczach a la Goebbels. Rysował się już podział na powstańców pierwszej i ostatniej kategorii, uzbrojonych i bezbronnych.
Co jakiś czas wpadał na podwórze browaru oficer po ochotników na wypad. Tak zobaczyłem po raz pierwszy wysokiego, postawnego, łysiejącego blondyna w randze kapitana. Potrzebował kilku "chłopów z jajami". Wyrażał się oględniej od młodszych oficerów. Zgłosiłem się i ja. Rzucił na mnie okiem, ale wybrał innych. Na wypad brano głównie uzbrojonych, a innych tylko wtedy, gdy wykazywali wyjątkowego żołnierskiego ducha. Sądzę, że może bagnet, długi fiński nóż, a na pewno i średniowieczny łuk by wystarczył. Wkrótce dowiedziałem się, że był to dowódca batalionu, kapitan Sosna. Oficerowie poprzyczepiali sobie gwiazdki, ale reszta nie miała żadnych odznak. Dowódca mojej kompanii, śniady brunet o krzywym nosie, porucznik Lis, jest kawalerem krzyża Virtuti Militari. Otrzymał go w 1939 roku.
Dostaliśmy się w łapy tego podporucznika w granatowej cyklistówce, o tłustej, piegowatej twarzy, niewyparzonej mordzie i ohydnym głosie. Wciąż musztrował, poganiał, przeganiał, wyzywał i spoglądał na nas z obrzydzeniem.
- To nie harcerstwo - wydzierał się - to jest wojsko!
Usłyszawszy to po raz pięćdziesiąty czy setny, odczułem mdłości. Co by się zrobiło czy powiedziało, wyzywał od harcerzy. Na widok swojego plutonu, jak ktoś później trafnie zauważył, dostawał wzwodu języka. Pojawiali się też inni nieznani podporucznicy, podchorążowie, podoficerowie. Ustawiali nas, odliczali, musztrowali, zapisywali, rugali.
Kanonada zaczęła się nasilać. Podobno czołgi przebijały się Towarową do Wolskiej i wycofywały na zachód. To znowu jakoby wracały z zachodu i z Wolskiej skręcały w Towarową. Pojawili się ranni. Wyobrażałem sobie Powstanie jako wielką przygodę - "na oklep na koniu, kochanka w jednej ręce, rewolwer w drugiej", jak podkpiwał ze mnie mój przyjaciel Lolek marksista.
A tu siedzę w browarze, staję na baczność, robię zwroty, przysłuchuję się opowieściom o tych, co walczą, i czekam na przydział broni. Boję się nawet robić coś na własną rękę, bo skreślą z listy powstańców jako dezertera i broni już nigdy nie powącham. I tak ciągnie się ten okropny dzień. Ci, co walczą, wracają z linii już częściowo przystrojeni w niemieckie uniformy. Jeśli mundur nie pasuje, wymieniają między sobą, rzadziej przehandlowują. Podaż mała, popyt ogromny. Niemiecka czapka, kurtka, pas, nie mówiąc już o hełmie, jest przedmiotem dumy i podziwu. Oficerowie, zwłaszcza starsi wiekiem, na ogół ubrani są po cywilnemu albo noszą części polskich przedwojennych mundurów. Tłum powstańczy jest w zasadzie odziany po cywilnemu, z pewnym odchyleniem w stronę żołniersko-sportowo-robotniczą. Tu i ówdzie nakrapiany wojskowymi czapkami, kurtkami, spodniami - jasnozielonymi przedwojennej armii polskiej, szarozielonymi Wehrmachtu i trawiastymi niemieckiej policji. Wiatrówki, drelichy, bryczesy, buty narciarskie, granatowe uniformy, czapki tramwajarskie, kolejarskie, furażerki, cyklistówki, berety. Wyróżniają się pasy: fryzjerskie do ostrzenia brzytew, niemieckie z napisem "Gott mit uns"[17] i ozdobne oficerskie, jasnobrązowe, inkrustowane mosiądzem. Aby zapobiec rozstrzelaniu w razie dostania się do niewoli, każdy ma biało-czerwoną opaskę na lewym ramieniu.
Po paru dniach przyszedł rozkaz - przełożyć opaski z lewego na prawe. Powodem tego było, iż coraz więcej powstańców nosiło niemieckie mundury i zachodziła obawa, że jeden Polak może zabić drugiego. Przy strzelaniu, zwłaszcza z rewolweru, prawe ramię jest lepiej widoczne od lewego, więc opaski miały zapobiegać omyłkom.
Najoczywiściej rozkaz ten nie miał sensu. Niemcy zapewne doświadczali podobnych trudności w rozpoznawaniu własnych żołnierzy, a biorąc pod uwagę, że posiadali oni olbrzymią przewagę ognia, zamieszanie i trudności we wzajemnej identyfikacji mogły tylko powstańcom wyjść na korzyść. Poza tym Polak do bałaganu przyzwyczajony, a Niemiec traci głowę.
W przerwach między zbiórkami pętam się po podwórzu browaru, a dookoła wre bój. W Warszawie Powstanie, bitwa na wschodnim przedpolu stolicy, front od Bałtyku do Morza Czarnego, Włochy, Normandia. A tu, u Haberbusza, nie wiadomo, co się gdzie indziej dzieje, i to nie z braku wiadomości, ale z nadmiaru. Czego się tu nie słyszy: Rosjanie przerwali front i obchodzą Warszawę od zachodu, Grodzisk już zajęty, Wehrmacht buntuje się i tylko SS walczy, Mokotów i Żoliborz są oczyszczone z wroga, Niemcy walczą tylko z Rosjanami, w Normandii poddają się Amerykanom. Na ogół obowiązuje zasada, że im dalszy teatr wojenny, tym pomyślniejsze wiadomości. Wydaje się, że najtwardszy opór stawiają Niemcy w naszej dzielnicy.
Środkiem mego świata jest browar Haberbusza, a zwłaszcza jego podwórze. Sanitariuszki, jak zgłodniałe wilczyce, przepychają się do nielicznych rannych, aby pierwszy raz w życiu założyć opatrunek na prawdziwą ranę. Trzeba stać na nogach cały czas i niczego nie spuszczać z oka, by pierwszemu dopaść, gdzie należy, nim zaczną rozdzielać broń. Teraz już nie mówią o broni z tajnych magazynów, ale tylko o tej zdobytej na Niemcach.
Z browaru wyruszają grupy wypadowe na linię. Linia to coś nieokreślonego, zbieranina nazw: Towarowa, Twarda, Waliców, Chłodna, Krochmalna, Grzybowska, Wronia, Ogrodowa, Nordwache[18]. A wieści zmieniają kierunek jak fale w oku cyklonu. To Towarową uciekają płonące czołgi obrzucane butelkami z benzyną, politurą, pokostem, spirytusem, eterem. To znów na odmianę Towarową toczą się zwycięskie czołgi, domy stają w ogniu, ulica zasłana trupami. I tak powoli dla nas, zgromadzonych w browarze, ulica Towarowa staje się najważniejszym frontem drugiej wojny światowej.
Po południu nastrój się pogarsza, w każdym razie mój nastrój. Nieuzbrojeni będą odesłani do domu. Tak się kończy sen o szpadzie. Czołgi znowu kręcą się w pobliżu. Gdzie spojrzeć - dymy pożarów.
Przystanąłem obok wartownika w bramie browaru. Uzbrojeni, choćby tylko w byle pukawkę, zaczynają odnosić się do nas jak do bandy dekowników i tchórzów. Ale ten powstaniec nie zadziera nosa, choć ma i karabin, i niemiecki hełm. Kulomiot strzela wzdłuż ulicy. Pierwszy raz słyszę zgrzyt kul ślizgających się po murze. Dostaję mdłości, brakuje mi powietrza. Robię jednak wysiłek, by nie przerwać rozmowy. Wartownik wyjął lusterko z kieszeni, przetarł, ostrożnie wysunął je poza załom ściany i patrzy w odbiciu w stronę, skąd strzelają. Nagle uderza mnie coś niezwykle oczywistego, że strzelić to nie znaczy trafić, że kula, która przelatuje o krok od mego brzucha, jest równie niegroźna jak ta, która leci o kilometr, i nawet mniej groźna od niewystrzelonej. Odczuwam wielką ulgę.
Już nie pamiętam pseudonimu wartownika, widywałem go od czasu do czasu, ostatni raz koło Pasażu Simonsa. Drasnęło go po głowie... nie mógł zdjąć hełmu, bo stalowa blacha wgniotła się do środka i wczepiła w skórę.
Wciąż wałęsam się po podwórzu, przy każdym kroku bolą mnie stopy, bo obtarłem skórę do żywego w mokrych butach na gołe nogi. Mógłbym równie dobrze usiąść pod murem i wypoczywać, ale trzeba nasłuchiwać, co w trawie piszczy, a najważniejszy pisk i najcichszy - to rozdział broni. Kleję się do tych, co uzbrojeni wpadają na podwórze, opowiadając o niewidzialnym froncie. Złe wiadomości są złe, za dobre - też złe. Na wieść, że Niemcy skapitulowały i zawieszenie broni rozpoczyna się za parę godzin, gryzę się, że przepadła ostatnia nadzieja wzięcia udziału w walce.
Strzelca Groźnego zna cały batalion nie tylko dlatego, że jest wciąż na gazie. Pośrodku podwórza, otoczony potrójnym kręgiem słuchaczy, opowiada, jak to ze strachu wytrzeźwiał w okamgnieniu pomimo wypicia półlitrówki przed akcją. We dwóch, on z granatem, a drugi powstaniec z rozpylaczem, zaczaili się w rozwalonym składzie przy Towarowej. Nadjechał czołg. Groźny rzucił wielki granat. Czołg zakręcił, stanął i jął strzelać dokoła. Groźny wczołgał się pod kawałek zerwanej blachy i przeleżał pod gradem kul. Po dłuższej chwili wyszli z czołgu żołnierze. Myślał, że po niego. Z kilkunastu kroków, spod blachy, przyglądał się, jak naprawili gąsienicę i odjechali. W tym czasie ten z rozpylaczem, uciekłszy wcześniej, zdążył rozpowszechnić wieść o śmierci kolegi. I tak Groźny przez godzinę był pierwszym poległym kompanii Lisa.
Pewien powstaniec z wielkim naganem u pasa, gdy się użalałem na bezczynność, poradził mi:
- Tu, u Haberbusza, będziesz czekać na broń aż do usranej śmierci, przyczep się do grupy bojowej i jak coś zdobędą na Niemcach, może dostaniesz.
Tymczasem, gdy w pobliżu nie ma czołgów, razem z ludnością cywilną wznosimy barykady. W ostateczności będę się chwalił w przyszłości, jak to je budowałem pod niemieckim ostrzałem. Lecą na ulice krzesła, stoły, łóżka, fotele, blacha, obrazy, portrety Hitlera i nawet pierzyny. W języku wojskowym to się nazywa przesłona. Starsi, zwłaszcza ci, którzy służyli w carskiej armii, twierdzą, że taka kula, która nawet grube drzewo przebije, zaplącze się w pierze i nie przeleci na wylot. Rosną też prawdziwe barykady z płyt chodnikowych, kocich łbów i worów z piaskiem. Na ogół niebezpieczeństwa nie ma. Raz słychać strzały z lewa i chowamy się po prawej stronie barykady, a po kwadransie na odwrót.
I tak się wlecze i wlecze ten dzień, aż druga noc Powstania zapadła. Deszcz ustał, ale gwiazd nie widać i szaroczerwone chmury wiszą nad browarem. Zszedłem do podziemi Haberbusza i, jak większość, zwaliłem się na podłogę. W półmroku leżymy, siedzimy, drzemiemy, milczymy, rozmawiamy, słuchamy, nasłuchujemy, wstajemy, stajemy na baczność, odliczamy, sprawdzamy pseudonimy, a noc się ciągnie i ciągnie. Ktoś głośno oznajmia, że podchorąży Gołąb został postrzelony w szyję. Nigdy przedtem ani potem o nim nie słyszałem. Ale wiadomość o jego ranie musiała wywrzeć na mnie duże wrażenie, skoro do dziś ją pamiętam. Obok dwóch powstańców półgłosem rozmawiało o kimś, komu w walce z czołgami odłamek oderwał koniec kutasa. Zdjąłem mokre buty z obolałych nóg. Zosia z blizną na szyi założyła mi na otartą skórę opatrunek, pierwszy w jej powstańczej karierze sanitariuszki. Postarała się także o grube wełniane skarpety. Duża blizna na szyi pochodziła od odłamka bomby z września 1939 roku. Dziwnie się czułem, gdy mi obmywała stopy. Wiedziałem, że uważała mnie za prawdziwego żołnierza, a otartą skórę za prawdziwą ranę.
Potężny wybuch wstrząsnął browarem, tynk posypał się z sufitu. Ktoś wyjaśnił, że to "tygrys" strzelił. Jeśli pocisk ma taką moc, pomyślałem, że zakołysał piwnicami wielkiego gmachu, to co będzie, jeśli rzuci się na nas dwadzieścia "tygrysów". Nie mogę sobie przypomnieć, co się działo potem tej nocy. Pamiętam tylko tyle, że gdy wyszedłem z podziemi i stanąłem na ulicy z granatem w ręku, chmury już ustąpiły gwiazdom i niebo zaczęło szarzeć po wschodniej stronie. Nie wiem, czy ktoś mi dał ten niemiecki granat o długim trzonku, przypominający tłuczek do mięsa, czy też go sam znalazłem.
Jedenastoletni chłopak w wielkim hełmie ze swastyką przykleił się do mnie.
- Panie! Panie! Ja panu pokażę, gdzie są Niemcy, chcą się poddać, chodź pan ze mną.
Prawdopodobnie szukał kogoś uzbrojonego, zauważył mnie. Wątpię, czy kogokolwiek innego tak łatwo by namówił. Znał okolicę, prowadził mnie głównie podwórkami i tyłami kamienic, aż znaleźliśmy się koło kina Faun. Po drodze, ku wielkiemu zadowoleniu i rozczarowaniu, znalazłem niemiecki hełm. Za mały, ale i tak go włożyłem, a raczej nasadziłem na czubek głowy. Uszy wystawały mi spod stalowej blachy, a hełm kiwał się i ześlizgiwał w biegu. Ręką musiałem go podtrzymywać. Z kina, leżąc na brzuchu, przez małe okienko na piętrze rozglądaliśmy się po okolicy. Przed nami, po drugiej stronie Żelaznej, na skrzyżowaniu z Chłodną, stał nowoczesny budynek - obok bramy, bunkier i filary. A więc to jest ta sławna Nordwache, o której tyle słyszałem od dwóch dni. Widniało, cisza... ani śladu człowieka, żywego czy trupa. Cała ulica zarzucona kawałkami cegieł, dachówek, tynkiem, szkłem, żelastwem, a wszystko pokryte szarym pyłem, który w mdłym świetle poranka nadawał przedmiotom miękkie, zaokrąglone zarysy bez kontrastów, bez cieni. Było w tym coś z krajobrazu innej planety.
Pośrodku Żelaznej, kilkanaście kroków od bunkra, stała platforma do przewożenia mebli, załadowana workami z cukrem. Nieopodal jeszcze jedna. Cztery konie spokojnie żuły obrok. Po drugiej stronie skrzyżowania znajdowała się kamienica Zommera, skąd do niedawna Niemcy strzelali, przebijając się z Nordwache.
Sytuacja najwidoczniej zmieniła się od czasu, gdy chłopak był tu ostatni raz w nocy. Kamienica wydawała się wymarła - jak wszystko dokoła. Oczywiście Niemcy, jeśli jeszcze tam się kryli, nie mieli powodu strzelać w pustą ulicę. Lustrując okolicę, myślą nieustannie wracałem do hełmów, małego na mojej i dużego na jego głowie. Zaproponowałem zamianę. Chłopak najpierw nie zgodził się, choć hełm spadał mu na oczy i kolebał się przy każdym kroku. W jego rozumowaniu wielki hełm miał taką przewagę nad małym jak parabellum nad damskim rewolwerem. Musiałem groźbą doprowadzić transakcję do końca. Po wymianie pasowały nam jak ulał.
Sprintem przebiegliśmy przed domem Zommera i wzdłuż ściany czynszowej kamienicy, słysząc tylko słabe echo własnych kroków i zgrzyt szkła. Wpadliśmy do bramy. To tu! Ściskałem granat w garści. Na końcu trzonka znajdowała się metalowa zakrętka. Zdawało mi się, że aby odbezpieczyć granat, wystarczyło ją odkręcić. Nie wiedziałem, że pod zakrętką jest szklana perełka na sznurku, którą wpierw należało pociągnąć, a potem dopiero rzucać. Ostrożnie posuwaliśmy się w głąb bramy.
W przeciwległym kącie podwórza stało dziesięciu Niemców z bronią u nogi, paru bez czapek. Wzajemnie przyglądaliśmy się sobie. Rozwidniło się już do tego stopnia, że nawet na dnie studni warszawskiego podwórka widać było szarą zieleń mundurów i ogolone twarze. Nie wiedziałem, co dalej robić. Zawołać "Hände hoch!"[19] - nie miało sensu, a niewiele więcej po niemiecku umiałem. Zresztą nie okazywali wrogich zamiarów.
Scena jak z krainy baśni: Niemcy to okrutni rycerze, na których ktoś rzucił klątwę, i tak jak stali, zamarli bez ruchu na wieki. Jeśli krzyknę "Hände hoch!", czar pryśnie, ockną się ze snu, wybuchną śmiechem i strzelą do mnie. I tak patrzyliśmy na siebie bez drgnienia, bez słowa. Ugiąłem nieco kolano, gotów skoczyć w tył. Wtem żołnierz ruszył ku mnie wolnym krokiem, niosąc na ramieniu coś w rodzaju karabinu maszynowego, a w ręce metalowe pudło. Zatrzymał się obok, wręczył mi karabin maszynowy z wielkim płaskim bębnem, wyjaśniając słowem i ruchem ręki. Otworzył pudło - w środku znajdowały się taśmy amunicyjne. Lekko potakiwałem głową i kilka razy powiedziałem:
- Ja, ja...[20]
Niemiec mówił wolno, wyraźnie, że mógłbym powtórzyć słowa, ale i tak nie zrozumiałem. W końcu odszedł w przeciwny kąt podwórza, my zaś podnieceni wypadliśmy na ulicę.
Wieść, że Niemcy kapitulują, musiała już dosięgnąć piwnic. Nie dowierzając głuchej ciszy, co odważniejsi cywile zaczęli gromadzić się w bramach, ale jeszcze nie wysuwali się na chodnik. Myśmy zaś szli środkiem jezdni, obaj w hełmach, opasani taśmami z amunicją, ja z olbrzymim karabinem maszynowym na ramieniu. Widząc nas tak pewnych siebie, cywile zaczęli wysuwać się na ulicę. Wkrótce cała gromada nas otoczyła. Ludzie, radośni i podnieceni, częstowali nas papierosami, które wsadziliśmy do kieszeni. Ja raz tylko w życiu zaciągnąłem się i zasłabłem. Mojemu kompanowi też chyba zabrakło odwagi, żeby zapalić papierosa, zwłaszcza w obecności tylu dorosłych. Ktoś przybiegł z aparatem fotograficznym, pożyczyłem chłopakowi granat do zdjęcia.
Cywile wzięli nas za tych, co w trzydniowym boju rozgromili Niemców. Fakt, że mało co się odzywaliśmy, mówił sam za siebie. Stojąc obok mnie, po raz pierwszy od początku okupacji czuli się zupełnie bezpieczni na warszawskiej ulicy, nie mając pojęcia, że ja nie umiem strzelać i nawet nie wiem, jak odbezpieczyć granat. Prawdziwych powstańców, tych, co walczyli, nigdzie nie było widać. Mijając cywilów, którzy w coraz większej liczbie wylegli na ulice, kierowaliśmy się do browaru, oczekując równie entuzjastycznego przyjęcia.
Nasz karabin maszynowy był najbardziej okazałą bronią, jaką dotąd widziałem w polskich rękach. Kule, olbrzymie, znacznie grubsze od zwykłych karabinowych i pistoletowych, miały kaliber 11,4. Żartowano, że jak się taką dostanie w głowę, to mózg uszami wychodzi.
Na oczach tłumu nieuzbrojonych powstańców przemaszerowaliśmy przez podwórze browaru do magazynu, gdzie znajdowało się dowództwo kompanii. Lis z zadowoleniem obejrzał broń i pochwalił z umiarem. Nie było to typowe wyposażenie ani armii niemieckiej, ani armii polskiej, wzięli więc karabin maszynowy do rusznikarza. Wtedy dowiedziałem się, że był to amerykański thompson. Usiadłem i czekam. Różni podporucznicy, podchorążowie, podoficerowie, łączniczki wpadali, pogadali i wypadali. Pojawił się także podporucznik Konar, ten w granatowej cyklistówce, o bladej, tłustawej, popryskanej piegami twarzy. Z miejsca mnie obsztorcował i kazał się wynosić. Po raz pierwszy postawiłem się, powiedziałem mu o thompsonie i że czekam na porucznika Lisa, który w tym czasie wyszedł.
- Dostaniecie inną broń - obiecał Konar i kazał mi iść do mojego plutonu, jako że komenda dowódcy kompanii nie jest miejscem dla łazików.
Nie usłuchałem. Inni podporucznicy, podchorążowie, sierżanci, plutonowi, kaprale także mnie się czepiali, ale zbywałem ich opowieścią o thompsonie i stwierdzeniem, że czekam na Lisa. Tak przeszła godzina lub dwie, zanim Lis wrócił. Musiał mnie widzieć, wchodząc, ale potraktował jak powietrze. Odczekałem trochę, podchodzę, stukam obcasami, prężę się na baczność. Ledwie zacząłem:
- Panie poruczniku, starszy strzelec Krok melduje się...
A Lis do mnie:
- A wy co się tu kręcicie? - mówi. - Odmaszerować do waszego plutonu.
Na to ja na wpół zdławionym głosem:
- Panie poruczniku, a gdzie jest mój karabin maszynowy?
- Karabin maszynowy jest już na linii i nie jest wasz. Jest własnością Armii Krajowej. Nie zawracajcie mi głowy duperelami.
Odwrócił się i rozmawiając z innym oficerem, wyszedł. Inaczej wyobrażałem sobie kawalera krzyża Virtuti Militari. Tak zostałem obrabowany i rozbrojony po raz pierwszy.
Szwendam się po podwórzu browaru, znowu jeden z kilkuset nieuzbrojonych, przygnębiony, z poczuciem osobistej klęski. Jakby dla kontrastu wokół mnie nastrój odświętny, dzień zwycięstwa. Pojedynczo i po kilku przyprowadzają jeńców: żołnierzy, policjantów, folksdojczów. Zosia z blizną na szyi poznała przebranego po cywilnemu SA-mana, dyrektora jej fabryki. Zaraz go schwytano i razem z kilkudziesięcioma innymi zamknięto w garażach Haberbusza. Na podwórze wjeżdżają zdobyczne ciężarówki, budy policyjne, do których łapano ludzi, ciągniki na gąsienicach, samochody osobowe, łaziki, motocykle. Przyjeżdżają też dwie platformy z cukrem. Coraz więcej powstańców nosi teraz niemieckie mundury, hełmy i wojskowe buty. Wygląda, że i broni trochę przybyło. Ludność wyległa na ulice. Zdobyczne wozy jadą wolno, oblepione cywilami i powstańcami. Rozpoznaję wiele twarzy pośród tych "zwycięzców" - przez dwa dni razem wałęsaliśmy się po podwórzu Haberbusza.
Granat za pasem to jedyne, co mi daje status uzbrojonego żołnierza, więc pilnuję go jak oka w głowie. Tak długo, jak go mam, przedstawiam pewną wartość bojową i siłę ognia. Jeśli go rzucę w Niemców, znowu stanę się kibicem.
Od czasu do czasu obiega wieść, że "gołębiarz" strzela ze strychu, i w okamgnieniu ulica pustoszeje na parę minut.
Mały oddział uzbrojonych powstańców przekracza szybko jezdnię. Wśród nich widzę Edka, z którym chodziłem do tej samej klasy gimnazjum przez trzy lata. Ledwo go poznałem w niemieckim hełmie. Twarz mu zmężniała, wyrósł, prawie mnie dogonił. Przed wojną przezywali go "pajdkiem", a nawet "kucyk" na niego wołali. Choć taki mały, zadziorny był. W pierwszej klasie tylko my dwaj na trzydziestu chłopców nie wstąpiliśmy do harcerstwa z powodu wstrętu do zbiórek i salutowania. Ucieszyliśmy się ze spotkania.
- Co robisz? - zawołał Edek.
- Właściwie to nic! - odkrzyknąłem.
- No to chodź z nami!
I tak dołączyłem do plutonu Kobuza w kompanii Wiernego, którą właśnie przerzucono na stanowiska wzdłuż ulicy Wroniej. Z rozmów dowiedziałem się, a o niczym innym nie mówili, o oblężeniu Nordwache. Na wniosek Edka, ku mojej ogromnej, choć ukrytej radości, przyjęto mnie do drużyny podchorążego Kuby, która obsadziła skrzyżowanie Wroniej z Grzybowską. Było to ubezpieczenie browaru Haberbusza od strony Towarowej, gdzie nadal toczyły się walki, głównie z czołgami.
Zajęliśmy stanowiska na pierwszym piętrze. Ulicę przegradzała mizerna barykada, którą duży czołg rozjechałby, nie zwalniając zbytnio biegu. Wzdłuż ściany, pod oknami, ustawiliśmy rząd butelek z benzyną. Wokół butelek był przyklejony papier, który w zetknięciu z benzyną automatycznie zapalał się.
Wiele lat później, gdy zacząłem czytać po angielsku, dowiedziałem się, że zwykła butelka z benzyną miała wyszukaną nazwę Molotov Cocktail. Zapewne był to wymysł sowieckiej propagandy, rozpowszechniony przez zachodnie piśmidła. A oto inny podobny przykład. My, w Polsce pod niemiecką okupacją, słyszeliśmy o straszliwej sile zniszczenia i grozie, jaką budziła wśród Niemców rosyjska wyrzutnia rakietowa, zwana przez żołnierzy pieszczotliwie "katiuszą". W książkach o wojnie w języku angielskim nazywano ją wyłącznie "organami Stalina". Tak to prasa liberalnego Zachodu zamiast rosyjskiego żołnierza czy konstruktora sławiła dyktatora mordercę i jego pomagiera.
Z magazynu obok przyniosłem zapas politury i pokostu, rozlałem do pustych butelek, wytarłem je do sucha, aby się z ręki nie wyślizgnęły przy rzucaniu, i ustawiłem równo pod parapetem jak na paradzie, łebek w łebek. Potem obliczyłem, gdzie kule mogą rykoszetować, i przestawiłem. Pedanteria, z jaką wypełniłem to zadanie, nie uszła uwagi obecnych. W razie ataku czołgów najpierw rzucimy butelki z benzyną, a gdy już się zapali, przyjdzie kolej na pokost i politurę.
Gadamy, jemy, moi nowi towarzysze słabną w oczach. Wkrótce zdejmują buty i walą się na łóżka, aby odespać dwie noce i czterdziestoośmiogodzinne napięcie nieustającej walki. Siedzę w oknie z przydziałowym karabinem i gapię się na ulicę. Pierwszy raz w życiu jestem na stanowisku bojowym i już mi ufają, że w razie niebezpieczeństwa nie ucieknę. Ludność razem z tyłowymi formacjami wzmacnia barykady. Ja, żołnierz frontowy, przyglądam się, jak łomami podważają płyty chodnikowe, kocie łby, sypią piasek do worków. Młody powstaniec wyciągnął gipsowe popiersie Hitlera i popisuje się, rzucając je o barykadę, a w końcu rozbijając łomem na kawałki.
Nieopodal jakiś oficerek przyczepia się do cywilów, że źle układają płyty i worki z piaskiem, a czyni to z takim wigorem, iż brakuje tylko, by wyzwał ich od sabotażystów.
Nagle ulica pustoszeje, przyszedł meldunek, że czołgi wjechały z Towarowej w Krochmalną. Oczywiście nikt nie śpi. Odebrano mi przydziałowy karabin, bronią moją jest benzyna, pokost i politura. Czołgi mogą nadjechać z prawej. W ciszy nadsłuchuję warkotu motorów, wszyscy stoją gotowi. Wolę, żeby tym razem nie dotarły do naszej pozycji. Zastanawiam się, jak szybko czołg będzie jechał, czy będzie strzelał i co robić, jeśli nie zwolni na wprost okna, ale zatrzyma się, powiedzmy, dziesięć, dwadzieścia, trzydzieści metrów przed barykadą. Wychylić się i rzucić butelkę lewą ręką czy czekać? Jeśli nie trafię, to tylko zdradzę nasze stanowisko. Czy mam wyskoczyć na ulicę i podbiec do czołgu? Ciągną się minuty, nikt nie wygląda na przelęknionego. Nieoczekiwanie czołg ukazuje się u wylotu Grzybowskiej na Towarową w odległości co najmniej stu metrów. Wolno przejeżdża skrzyżowanie i znika. Znowu coś pojawia się na Towarowej. Kuba natychmiast strzela z karabinu. Odczuwam ulgę, że on nie stracił głowy, i przypomina mi się, co opowiadano o nadzwyczajnej zawziętości i duchu bojowym podchorążaków.
Przez dłuższy czas nic się nie dzieje w polu widzenia. Cywile wysuwają się na ulice, barykada znów zaczyna rosnąć i ktokolwiek dotąd się nie wyspał, wraca na materac, a ja z powrotem dostaję karabin. Potem przychodzi kolej na moją drzemkę. Słońce zniża się, jemy, rozmawiamy, gwar głosów dochodzi z ulicy, ciepło. Wszystko to przypomina bardziej piknik czy odpust niż wojnę.
Przysłuchuję się opowieściom z pierwszych dwóch dni Powstania i zaczynam po trochu rozumieć, co się naprawdę działo. Mój wyczyn z thompsonem też znajduje uznanie, choć nic nie dodałem i nie ująłem.
Cały pluton Kobuza pochodził z Sadyby Czerniakowskiej. Dostali przydział na Wolę, na drugi koniec Warszawy, zgodnie z obowiązującą zasadą w konspiracji, aby nikt z miejscowej ludności, to znaczy na Woli, nie mógł ich zidentyfikować. Zawiadomienie o Powstaniu przyszło późno lub wcale i wielu nie dotarło na miejsce zbiórki. Straty też pomniejszyły oddział Wiernego i w czasie, gdy ja dołączyłem, jego liczebność spadła do około dwudziestu. Co szumnie zwało się kompanią, było w rzeczywistości drużyną. Kompania Wiernego, dobrze uzbrojona jak na Powstanie, głównie rewolwery, trochę karabinów i dwa pistolety maszynowe, skoncentrowała się w domu przyległym do Nordwache. Nieprzyjaciel nie dał się zaskoczyć. Gdy tylko padły pierwsze strzały, Niemcy spuścili od wewnątrz na okna druciane siatki, zapewne zawczasu przygotowane, by zabezpieczyć się przed granatami. Nasi, pod obstrzałem, nie mogli nawet przebiec podwórza domu, który obsadzili. Wkrótce nie pozostała ani jedna cała szyba, gdyż co pół minuty spadał granat z górnego piętra Nordwache. Po godzinie takiego bombardowania powstańcy przygłuchli, oczy im zapyliło i nie wiedzieli, co dalej robić. Z uznaniem opowiadali o Mongole z Nordwache, który ogniem karabinu maszynowego jak nożem wyciął okrągłą futrynę okienną na klatce schodowej. Nocą dopiero przegrupowali się do kina Faun. Wtedy pojawił się kapitan Kamień, szef sztabu batalionu, i rozkazał atakować wprost na bramę, obok iskrzącego się bunkra. Brak dyscypliny uratował ich, odmówili wykonania rozkazu. Mając mało amunicji, strzelali tylko na pewniaka, gdy ktoś pokazał się lub tam, skąd błyskało. Po każdym strzale odskakiwali od okien, gdyż natychmiast sypał się na nich grad kul. Noc nie przyniosła powodzenia. Nordwache, zewsząd osaczona, odparła szturm.
Następnego dnia czołgi usiłowały przyjść z odsieczą Chłodną od strony Towarowej, ale zostały odparte. Ogień z Nordwache zelżał nieco. Trudno strzelać bez przerwy we wszystkich kierunkach, a z otaczających kamienic wyzierało na Niemców kilkaset okien i powstańcom łatwiej było zmieniać pozycje. Jeden z domów, obsadzony przez naszych, przylegał bezpośrednio do wachy, inny oddzielony był małym podwórzem. Po południu samochody pancerne z czołgiem przebiły się Chłodną i próbowały ewakuować załogę, ale obrzucone granatami i benzyną cofnęły się.
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.