1.
Lilian położyła ręce na biodrach i spojrzała w górę. Bolał ją kark, więc wygięła się nieznacznie do momentu, w którym poczuła trzaśnięcie. Ulga pojawiła się natychmiast. Na suficie wisiały warkocze pajęczyn. Najwięcej znalazła nad piecem. Musiała coś z nimi zrobić, ale była za niska, aby dosięgnąć najodleglejszych miejsc. Leto nie widziała od kilku dobrych wschodów, za to Seneh przepadł księżyc wcześniej. Niby nie powinna się martwić. Żaden z nich nie miał w planach partanin, a wypady po surowce oraz wizytowanie w Stolicy. Nie zmieniało to faktu, że gościńce o tej porze nie były najbezpieczniejsze. Po śmierci Baronowej, bandy czyhające na wędrowców i kupców poczuły się niepokojąco pewnie. Atmosfera w państwie się zagęszczała, a Eleonor dwoiła się i troiła, by ją ugładzić. Na domiar tego dziecię, które powiła, było dziewczynką, a to rozjuszyło Baronów. Wiedzieli, że czasy się zmieniają, że Maron, ich król, jest jedynie figurą, a księżniczka prędzej czy później upomni się o tron, udowadniając, że kobiety także potrafią być dobrymi władczyniami.
Oderwała się od obserwowania szarych strzępów i przeszła do stołu, na którym leżała starannie skreślona lista sprawunków. Trochę żałowała, że sama musi się tym zająć. Czekało ją kilka rundek na targ oraz do dzielnicy krasnoludów i ludzi. Przygotowania do przesilenia winna zacząć wcześniej. Powinna, ano właśnie. Nigdy nie potrafiła zabrać się za to, jak należy. Czuła, że w tym okresie utykała w chaotycznej przestrzeni, która zamykała ją w ramionach i przez to miotała się jak mucha uwięziona pod drewnianą pokrywką kubka. Tego sezonu chciała to rozegrać na innych zasadach, nawet jeśli potrzebowałaby pomocy. Pomocy, o którą nigdy nie potrafiła prosić.
Może Liwia? – pomyślała. Czy zgodziłaby się jej towarzyszyć? Targ w dzielnicy krasnoludów to miejsce, którego obawiała się najbardziej. Nie przez głupie zaczepki, a atmosferę niesprzyjającą jej podobnym. Krótkonogie kreatury z pogardą patrzały na ludzi i Jermów, ale nie na złoto, które im dawali. Ot, paradoks. Jednako, jeśli poszłaby z nią, może istniałaby szansa na lepsze traktowanie, lepsze ceny i lepszy towar, przecież i krasnoludka się na to szykowała. To chyba za wiele. Zapyta, tak. Tak, zrobi to. Życie w niewiedzy jest nieznośne, a Lilian lubiła czuć grunt pod nogami.
Złapała za kawałek węgla i sięgnąwszy po nowy welin, ponownie zabrała się za sporządzanie notatki, tym razem rozdzielając wiktuały na poszczególne sekcje: Dzielnica Krasnoludów – miody, solone mięso, piwo z porostów, wino różane oraz ser w popiele. Tam pierwej, bo najgorsze na początek. Potem pójdzie już gładko. Zakupów było dużo i ważyły swoje: barania noga, dojrzewająca przez całe lato, oraz gąsiory z trunkami są niewygodne w noszeniu. Na szczęście jest krzepka. Istniała szansa, że ogarnie to w jedną wizytę.
– A gdzie tam. To, na Odkupicieli, będą minimum trzy rundki. Minimum… – westchnęła i ciężko siadła na najbliższym zydlu. – Leto, gdzie cię znów wiatr poniósł? – jęknęła, zapatrując się w okno. Jeszcze niecałe dwa księżyce do święta, a pojechałeś raptem po zioła. – Pokręciła głową zrezygnowana.
W dzielnicy elfów, a i owszem, rezydowały zielarki, ale ostatnimi czasy ceny sporządzanych przez nie mikstur tak drastycznie podskoczyły, że jedynym rozsądnym posunięciem było udanie się za mury i odnalezienie konowałów, którzy prócz wycinania czyraków w sezonach zbierają rośliny, a potem je wymieniają lub sprzedają. A Lilian marzyły się naręcze rumianku i nagietka, kwiaty mniszka zalane miodem, kosz kwiatów lipy i maść wrotyczowa. Przydałby się zarówno krwawnik, jak i glistnik. Ten ostatni dla Seneha, bo od jakiegoś czasu męczyły go bolesne pęcherze. Radziła na to magią, ale kiedy musiał wyjechać, dobrze by brał słoiczek, za który elfki liczyły sobie jedną krasnoludzką monetę. Co za zdzierstwo!
Ciepłe, jesienne popołudnie miękko wlało się do kuchni. Długie smugi rdzawego słońca pełzały po meblach, podłodze i ścianach. Podrygiwały, kiedy tylko wiatr szarpnął drzewami i tkaniną uwieszoną ramy. Pachniało wilgocią oraz butwiejącą roślinnością. Jeszcze niecały księżyc, a ta forma rdzy nabierze brunatnej barwy i sczeźnie, rozdeptana niepoliczalną ilością elfich stóp. Lilian rozkoszowała się widokiem żółci oraz czerwieni. Tańcem liści, a także ostatnimi owadami, które cisnęły się pod parapet. Będą spały, myślała. Czekały, aż pocałunek wiosny dotknie ich skrzydeł. Wtedy ponownie doświadczą błogości lotu, by na ostatek sczeznąć, wykonawszy odwieczny ceremoniał.
Pukanie do drzwi przywróciło ją do rzeczywistości. Zerwała się nagle i zahaczywszy trzewikiem o wystającą w podłodze deskę, zatoczyła się niebezpiecznie. Przed upadkiem uratowały ją refleks i futryna, która stała dokładnie tam, gdzie powinna.
– Idę. Idę, nie tłucz się tak! – wrzasnęła w przestrzeń, kiedy łomotanie się powtórzyło.
Za drzwiami stał chuderlawy posłaniec z listem w dłoni pokrytej brodawkami.
– Na bramy przynieśli, pani.
– Znasz od kogóż to, Mathiasie? – Zerknęła na fikuśne litery.
– Nie, pani. Ale kazali się spieszyć, więc przybiegłem, dosłownie zawezwany kilka oddechów od dostarczenia.
Wzięła od niego wiadomość.
– Wejdź. Zrobię coś tym cholerstwem, co ci na paluchy wylazło. Czemuś wcześniej nie gadał, że masz utrapienie? – Odsunęła się od drzwi, torując mu przejście.
– Bo to nic takiego. Same odpadną, jak je matula znowu zielem natrze. – Wzruszył ramionami.
– Widzę, że ziela to ona nie ma, skoro brodawki rosną już gromadnie. Wejdźże. Zajmie to raptem oddech.
Chłopak posłuszne wszedł do kuchni i usiadł na odsuniętym do blatu stołku, Lilian zaś cisnęła zwitkiem na stół i poszła umyć ręce.
– Jak matula? – zagadnęła przez ramię, pochylona nad balią.
– A dziękował. Słabuje, ale wiesz, jak jest, pani. Wiek swój na karku dźwiga, jak i ona zmurszały.
– Mam was nawiedzić? Choć teraz mam braki w zapasach, więc dekoktów nie uwarzę. – Wytarła dłonie.
– Konieczności nie ma. Radzimy sobie – odrzekł sucho, ale dziewka wiedziała, że musi w wolnym czasie zajść do Mahiasowej. Dobrzy ludzie za rzadko o cokolwiek proszą.
– Dobrze. Pokaż no mi to.
Goniec wysunął przed siebie zachorzałe ręce. Brodawki rozlały się na wewnętrznych stronach i pięły w kierunku nadgarstków. Było ich zdecydowanie za dużo. Usunie je, ale potrzebowała maści, by chłopak mógł ją wcierać do czasu, aż zaognione miejsca się wyciszą. W pamięci przewertowała spiżarkę oraz szuflady. Powinna mieć jeszcze garść drapacza, dziurawca, korę brzozy oraz kłącza tataraku. Fiołki i lukrecja też chyba jeszcze są. Trochę mało, ale przy wzmocnieniu lisim sadłem wystarczy na pewien czas.
– Nie bój się – zagadnęła, a jej oczy przybrały złowieszczy wyraz.
Chłopak się spiął. Pewnie pomyślał, że to nadal jest panienka Lilian, ta, która życie im na nowo ofiarowała, ta, która matulę z prawie grobu wydobyła, ufać jej musiał, mimo że teraz bardziej przypominała upiora, aniżeli istotę dobrą i łaskawą.
– Nie lękam się, pani – wydukał i na wszelki wypadek opuścił kurtyny powiek.
Mag skupiła się, a na końcówkach czerwonych włosów zatańczyły bladoniebieskie iskry, które oddech później jarzyły się niczym świetliki uwięzione śród traw. Pomiędzy jej skórą a jego zalśniła bruzda. Ocean mocy, który wlewał doń uzdrawiającą siłę.
Czuł zapewne, jak tkanka go pali, lecz ból ten nie był ani przykry, ani obezwładniający, raczej ciepły i przenikający. Nieznaczne swędzenie dosięgło jego nerwów i kiedy się wzdrygnął, upomniała, by się nie ruszał, ale trudno było mu widocznie siedzieć bez ruchu i podglądać zza rzęs, jak uzdrowiciel robi to, co mu Odkupiciele przykazali. Poza tym Lilian była cudną dziewką o kształtach, które pobudzają młodzieńcze chucie. Zacisnął więc zęby i odwrócił głowę.
– No i już. – Wyprostowała się, płonąc na policzkach. – Lada wschód zajdę ze smarowidłem. Racz dać mi czasu. Warzenie trochę potrwa – dokończyła wielce usatysfakcjonowana.
Młodzik rozprostował i zacisnął palce, a czarne punkty oderwały się od ciała i posypały na drewnianą podłogę. Na ich miejscu pozostały czerwone wybroczyny podobne tym, które pozostają po oparzeniu oliwą.
– Zaskakujące to, moja pani. Dziur nie ma i żółtych placków po jaskółczym zielu. Dzięki ci najmocniej, jakę rzec umię.
– Nie frasuj się i zmykaj. Nawiedzę was rychło. Pozdrów matulę i wspomnij, że chętniej wypiję z nią kubek zbożowej przepalanki.
– Tak uczynię. – Skłonił się nisko. – A teraz bywaj, pani, bom już niewąsko spóźniony.
Nim drzwi się za nim zatrzasnęły, mag już krzątała się i przygotowała ingrediencje do smarowidła, zupełnie zapominając o Święcie Przesilenia, zapasach i wizycie u Liwii, a także wiadomości.