ROZDZIAŁ II
Nastała noc. Wiatr świszczał w konarach drzew, zrzucając ostatnie liście tej jesieni. Było zimno i wilgotno, a w powietrzu unosił się zapach leśnego poszycia. Dawno nikt nie postawił nogi trakcie, toteż trawa zarosła go gęstymi kępami, teraz już pożółkłymi i sterczącymi, jakby je ktoś grzebieniem wyczesał. Szeleściła pod stopami i nie pozwalała poruszać się niezauważonym. To irytowało. Kobieta próbowała omijać przeklętą roślinność, ale im bardziej się starała, tym nieznośniej hałasowała. Odgarnęła kosmyk z czoła. Zmęczenie oraz głód dawały się we znaki. Wypadałoby znaleźć miejsce do spania, bo jeszcze jedna taka noc i nie będzie w stanie podróżować dalej. Jedyną podporę stanowiła niezwyklej urody laska, którą pozyskała niezbyt zgodnie z zasadami panującymi w królestwie. Ukradła ją z jednej z piwnicznych komórek, które wiły się pod budynkami gmachów Szkoły Magów. Nie żałowała. Kostur odwdzięczył się z nawiązką. Teraz jako przedłużenie ręki. Zwieńczono go rozszczepiającymi się ku górze konarami, ułożonymi w kształt płomienia. Wewnątrz wieńca uwięziono nieregularny, biały kryształ. Sprawiał wrażenie, jakby wtopiono go w drewno. Starała się, aby magia nie za często budziła się z uśpienia, toteż niestrudzenie walczyła z porywczym usposobieniem. Starała się nie nadużywać mocy w chwilach, kiedy zupełnie jej nie potrzebowała. Przychodziło to z trudem, bo jak każda młódka lubiła chwalić się umiejętnościami, przy okazji strasząc wieśniaków i przejezdnych. Od dawna wiedziała, że potrafi o wiele więcej od koleżanek nowicjuszek, ale nie zważała na to. Teraz nie miało to znaczenia.
W Szkole opiekowali się nią najlepsi magistrowie. Kierowano talent ku uzdrawianiu, bowiem z takim została odkryta. Jednakże na przekór uważała, że jest to wciąż niedostateczne. Wieczny niedosyt pchał ją ku wiedzy, której jej zakazali. Wieczorami po zajęciach, kiedy większość adeptów znikała za drzwiami dormitoriów, ona się wymykała. Stosowała bariery, które pozwalały jej zostać niewidzialną. Kroki kierowała do biblioteki, gdzie do późna ślęczała z nosem przyklejonym do ksiąg opiewających sztuki bojowe czy magię ognia. Nikt się niczego nie doszukał, a niedomyślność rówieśników i Magistrów okazała się cichym sprzymierzeńcem. Podczas pewnego zdarzenia poirytowana dała zaskakujący popis umiejętności, co skończyło się pogadanką z Arcymagiem, który nie dawał wiary w to, że krnąbrna adeptka znajomość zaklęć bierze: "z powietrza". Lilian postawiona pod ścianą w końcu przyznała do eskapad i buszowania po zakazanych księgozbiorach. Efektem czego zamki książnicy pieczętowano na noc tak, że pomimo usilnych prób nie potrafiła ich złamać.
Na trakcie nikt nie zwracał na nią uwagi. Stała się kolejnym podróżnikiem których często widywano w tych rejonach. Kobieta odziana w stare, potargane łachmany. Snuła się z wolna, nie wadząć nikomu. Wyróżniał ją jedynie kij i czerwone kosmyki uwalniane spod szerokiego kaptura zacieniającego blade, piegowate oblicze. Ludzie w tamtych okolicach, o ile jakichś spotykała, nie grzeszyli mądrością. Jedyne zainteresowanie chłopów to gospodarstwa, płody rolne i opasłe żony, rodzące kolejne dziatki. Jednakże czasem pozwalali jej zostawać w stodołach, ale nie za darmo, lecz za drobne przysługi - pomoc przy obejściu lub w trakcie zbiorów. Toteż raz za razem czyściła obory i doglądała trzody.
W mieście, z którego wywodziły się jej korzenie, uchodziła za zagrożenie, dziwaczkę lub według wszelakich plotek - wiedźmę. Urodzona jako córka chłopki, tak przynajmniej myślała. Rodzicielka nigdy nie opowiadała o przeszłości. Czasem odnosiła wrażenie, że coś ukrywa. I bezsprzecznie tak było. Kiedyś szukała sukienki, a natknęła się na tobołek ukryty na dnie kufra. Zanim zdążyła go rozsupłać i poznać, co ukrywa pod warstwą szarego płótna, matka wyrwała go z jej rąk i przegoniła z chałupy. Po czasie próbowała odszukać tajemnicze zawiniątko, niestety w skrzyni bieliźnianej już go nie było. Rodzicielka nie wracała do zdarzenia. Ojca nigdy nie poznała. Podobnie stanowił enigmę, o której nie mogła porozmawiać. Próby zagadnięcia kończyły się wymijającymi odpowiedziami i przeniesieniem rozmowy na inne tory, co dla żądnej wiedzy dziewczynki okazywało się niezmiernie frustrujące. Zazdrościła innym pachołom. Posiadali rodziny, dziadków i ciotki, kilkoro rodzeństwa, z którym mogli się bawić i psocić i tylko ona, chyba jako jedyna mieszkająca w Podmieście, chowała się samiuteńka z wysuszoną kobieciną. Mateńka chorowała, więc jadło pojawiało się w domu nieregularnie, zmuszając kobiety do głodowania. Poletko, które wąskim pasmem rozciągało tuż przy chacie, może i zadbane, z czasem się wyjałowiło. Wychowana w biedzie nauczyła się korzystać z okazji, więc w oczach innych jawiła jako pospolita złodziejka. Jako dziecko podkradała kotom na wpół żywe gryzonie, leczyła, a potem puszczała wolno. Wtedy wydawało jej się to zabawne. Przez pewien okres uważała się za wyjątkową, ale wiedziała, że w świecie, w którym żyła, magia nie jest czymś, co wyniesie ją na piedestał. Magów się bano, gardzono nimi, zamykano w miejscach, które z czasem obrosły mitami. Zachowała dar dla siebie. Nic nie uległoby zmianie, gdyby nie jeden z synów sąsiadki, który zauważył jej podekscytowanie. Kiedy podszedł bliżej, wydało się, że Lilian, mająca wtedy osiem lat, bawi się z gryzoniem, który żyje pomimo rozerwanego przez kota brzucha. Podniósł wtedy raban, który pomimo uciszania ściągnął tłum gapiów. Pech chciał, że młoda mag od maleńkości wyróżniała się na tyle, iż pospólstwo prześcigało się w wymyślaniu domysłów na temat jej pochodzenia. Przez to niełatwo się jej bytowało świecie zdominowanym pogłoskami. Co gorsza teraz zmaterializowanych w ludzkie lęki.
Po czasie w progu upadającej chatynki pojawiła się Gwardia Królewska z nakazem zabrania jej do Domów Magów w celu sprawdzenia, czy rzeczywiście para się czarami, czy to jedynie pomówienia. Z nakazu Baronowej Alveny każdego, kogo posądzano o talent, należało poddać odpowiednim testom. Dla dziecka zdarzenie to okazało się niesprawiedliwością tak ogromną, że zranione serce zachowało uraz na zawsze. Wszak to, co robiła, stanowiło jedynie niewinną zabawę. Chciała czynić dobrze. Nie znosiła krzywdy, która bolała równie mocno co razy, które dostawała przez plecy, gdy właściciel okradzionego straganu jakimś cudem zdołał pochwycić i wymierzyć jej należytą sprawiedliwość.
Wyrwano ją z ramion matki chłodnym i dżdżystym rankiem. Nie zapomniała ołowianego nieba, kropli deszczu na policzkach i chrzęstu broni umocowanej przy pasach zbrojnych. Pielęgnowała w sobie uczucie nienawiści oraz przekonanie, że nikogo nie powinno się tak traktować. Szkoły okazały się nie tak złe, jak o nich bajdurzono. Dały jej to, czego nie dałaby matka. Schronienie, wyżywienie, ciepłe posłanie i czyste ubrania. W zamian musiała wraz z innymi uczestniczyć w zajęciach, edukować się i ćwiczyć pod czujnym okiem wyszkolonych i surowych mentorów. Wiedziała, co robią z tymi, którzy nie poddają się kontroli. Sądzono ich oraz zabijano. Niektórych zamykano w lochach Szkół, poddając torturom, najczęściej tym psychicznym. Osamotnieni i wyniszczeni w końcu popełniali samobójstwa. Dysponowali także innymi sposobami na neutralizację nieposłusznych, ale o tym raczej nie mówiło się na zajęciach dla nowicjuszy. Spędziła w Szkołach dobre piętnaście wiosen. Przez to stała się kimś zupełnie innym. Po czasie wyrosła, przeobraziła się w młodą kobietę o intrygującej twarzy i charakterem nie do pozazdroszczenia. Szkoła wymazała buńczuczność i ignorancję, zamieniła w opanowanie oraz dokładność, ale nie zniszczyła ducha. Choć gdzieś tam, na dnie serca, nadal żyła z zadrami, które nie pozwalały spokojnie spać. To tajemnice oraz niesprawiedliwość niczym pieczęci naznaczyły się na tyle mocno, że dojrzewała, układając plan na przyszłość i nie była to przyszłość związana ze Szkołą. Musiała poznać prawdę. Czuła, że ma obowiązek dociec skąd pochodzi, by zrozumieć, kim jest.
Cel pozostał od wiosen ten sam - dom rodzinny. Potem niech zamykają na wieczność w zimnych i wilgotnych murach cel. Wtedy będzie jej już wszystko jedno.
Udało się uciec niecały sezon temu. Czaiła się w cieniu, często zmieniała miejsce pobytu. Snuła nieprzejezdnymi, zarośniętymi traktami tylko po to, aby dotrzeć w miejsce przeznaczenia. Bezustannie żywiła świadomość, że prędzej czy później ktoś, kto przeczyta listy gończe, które gwardia zostawiała w oberżach, zwróci uwagę na kobietę tak niepodobną do innych. Włosy chowała pod chustą albo kapturem. Zależało to od tego, co niosła na grzbiecie i jaka panowała pora roku. Gorzej z oczami. Przywykła zatem rozmawiać ze spuszczonymi powiekami. Udawała, że nie znosi światła słonecznego. Zazwyczaj mało dociekliwi nie zadawali pytań. Przyjmowano postać rzeczy taką, jaką przedstawiała. Tak nietypową jak ona sama. Na drobnej twarzyczce z malutkim noskiem i pełnymi, zmysłowymi, ale bladymi ustami widniały wielkie, żółte jak u kota, oprawione w niezmiernie długie krzaczki rzęs oczy. Brwi wygięte finezyjnie przypominały skrzydła mew unoszących się na wietrze, a skórę zdobiły niepoliczalne ilości drobniutkich piegów, które zasypywały twarz, ramiona i piersi. Pośród szarzyzny zakwitła jak róża na stercie kompostu. Odzienie nosiła szare lub brunatne, chodziła także zgarbiona tylko po to, by stać się mniej widoczną. Posturą nie grzeszyła. Bo może i smukła to raczej chuda i dla niektórych mało atrakcyjna. Los może obdarzył Lilian pełnymi piersiami, ale odzienie doskonale maskowało walory. Dzięki temu unikała zaczepek. Żaden z chłopów nie silił się na zakusy. Widzieli przeto bryłę niekształtną i mało urodziwą. Dzięki magii roztaczała wokół aurę niedostępności, a to dostatecznie odstraszało amatorów darmowych uciech.
Zaczęło świtać. Poprzedniego wieczoru sen zmógł ją tak mocno, że prawie zasnęła na stojąco. Oczami, zapiaszczonymi zmęczeniem, rozejrzała po okolicy. Nie ulegało wątpliwości - musiała zrobić sobie przerwę. Właśnie teraz. O jedzeniu pomyśli później. Sforsowane mięśnie nieubłaganie przypominały o trasie, jaką musiały ostatnio pokonać. Rysowały się wąskimi pasmami pod zsiniałą skórą, wiecznie napięte i niedożywione. Jakoś zbytnio się nie przejmowała, że żołądek od jakiegoś czasu nie otrzymywał dostatecznej ilości jadła. Liczył się cel, nie jakość. Zawsze znajdywała coś w lesie. Obfitował on w owoce, runa lub ptasie jaja. Niewiele, jednakże wystarczało, by nie paść w przydrożnym rowie. Myślała o matce. Wspomnienie przygarbionej sylwetki, skubiącej chwasty tuż pod oknami chatynki, spędzało jej sen z powiek. Ileż musiała nosić żalu, ileż smutku gnieździło pod strzechą wiecznie potarganych, szarych włosów? Nigdy się nie zastanawiała, jak wyglądała, będąc młodą. Dla Lilian bezustannie taka sama. Cicha, pomarszczona i schorowana. Na wskroś przesiąknięta samotnością. Od tylu wiosen nie otrzymała od niej wiadomości. Tak łaknęła ciepła popękanych od pracy dłoni. Szorstkiego dotyku, które gładziło rozwiane wiatrem czerwone kosmyki, pocałunku matczynych ust na piegowatym czole... Powrót do gniazda. Tak długi i mozolny. Równie ryzykowny, co nierozważne używanie magii. Teraz nie widziała odwrotu, nawet nie brała go pod uwagę. Chciała dotknąć zwyczajności na nowo. Zadać masę pytań. Im bliżej upragnionego celu, tym dni wydłużały się w niekończące godziny bolesnego marszu. Już niedaleko - powtarzała. Przemknę osłonięta nocą. Zakradnę się. Nikt nie zauważy. To dobry plan. Jedyny, jaki miała.
Trawa okazała się przyjemnie miękka i słodko pachniała wilgocią. Położyła głowę ufnie, sen przyklejał się do rzęs natarczywie. Tu odpocznie, osłonięta gęstymi gałęziami rosochatego krzewu. Niedaleko wiła się wąska ścieżyna, odnoga od traktu, po którym niestrudzenie stąpała. Pewnie wydeptały zwierzęta albo inni wędrowcy. Teraz to już nieistotne. Teraz czas dać sobie chwilę wytchnienia.
Z ołowianych chmur poczęła sączyć się nieznośna mżawka, która drobną mgiełką uparcie osiadała na odzieniu. Otuliła się ramionami i przyciągnęła kolana do klatki piersiowej. Zasnęła natychmiast, ukojona szumem kropel. Przez noc ubranie przesiąknęło na wskroś, ciężko oblepiało i przytłaczało umęczoną trasą dziewczynę. Obudziło ją słońce i ciepłota, która poblaskami poczęła błądzić po policzku. Nie wiedziała, czy jest wypoczęta, czy może nadal nieprzytomna z wyczerpania. Domyślała się jedynie, że niebo rozciąga błękitną wstęgą pozbawioną szarych chmur.
Czas nie grał roli. Do końca otrzeźwił ją trzask gałązek gdzieś w lesie. Spłoszona niespodziewanym dźwiękiem pozbierała to, co miała ze sobą, i ukryła się w gęściejszych zaroślach. Och, dzięki Stwórcom, że odzienie zlewa się z otoczeniem - westchnęła w duchu i nerwowym ruchem wepchnęła potargane kosmyki pod chustę. Wytężyła zaspany wzrok. Doszukiwała się w zieloności majaczących kształtów i po chwili dostrzegła dwie postaci.
Osobnicy poruszali się szybko, bezustannie gestykulowali i pokrzykiwali. Zmrużyła powieki. Obraz wyostrzył się na tyle, że bez problemu zidentyfikowała płeć. Mężczyźni. Na dodatek na grzbietach nosili charakterystyczne dla bractwa opończe. Magowie! Ale co oni by tu robili? - zastanawiała się.
- Zwariowałeś! Jak mogłeś zrobić coś takiego?! - wykrzykiwał jeden, najwyraźniej poważniejszego wieku od towarzysza.
- A co miałem zrobić? Mieli nas powyrzynać? - Skulił się mniejszy.
- Głupcze, po coś użył magii? Trza to było inaczej załatwić. Teraz to się na pewno Baronowa dowie. Żołnierzy się tak nie traktuje! Na Stwórców! Co ja z tobą mam?
- Się nie dowie.
- Dowie, ma od tego świetnych Gwardzistów. Znają się na magicznych obrażeniach. Oj! - Wściekał się jeszcze bardziej starszy, przy czym młodszy przewracał oczami, jakby tamten go denerwował.
- No to będą kłopoty, ale chyba jakoś się wykręcimy? Na Odkupicieli, musimy! Chodź, bo jeszcze ktoś nas zobaczy - ponaglił. - Musimy dostać się na przesmyk, zanim zima go zamknie. Tam będą na nas czekać. Nie zatrzymuj się.
Magowie... hmm... - westchnęła. - Więc miasto jest blisko, a jak są ciała, są i łupy. Trzeba się przyjrzeć, choć może to ryzykowne - bąknęła. Nerwowo potoczyła oczami wokół, jakby spodziewała się nagłego ataku. Jednakże tylko ona siedziała ukryta za gałązkami kolczastej byliny.
Szybkim, kocim ruchem przesunęła się w przeciwną stronę niż ta, w którą udali się mężczyźni. Nie uszła daleko, gdy zobaczyła dwa spłoszone konie przywiązane do drzewa postronkami i dopalające się ognisko. Czemu tego nie widziałam w nocy? - rozmyślała. Ponownie się zaczaiła oraz omiotła wzrokiem pobojowisko. Kiedy nie zarejestrowała niczego podejrzanego, podeszła bliżej, nadal uważnie bacząc na otoczenie. Dwa trupy. Żołdacy rozłożeni na trawie. Twarze martwych uległy częściowemu zwęgleniu.
Magowie ognia - powiedziała do siebie. Tak, zbroje osmalone, a palce u rąk powykręcane w charakterystyczny sposób, pewnie użyli klątw, spryciule. Chyba wariuję, mówię do siebie - pokręciła z dezaprobatą głową.
Wytężyła słuch. Kiedy upewniła, że już raczej nikt nie przyjdzie, wyprostowała się i wsparła o laskę, po czym spokojnie zabrała się za oględziny bałaganu. W kieszeniach końskich siodeł znalazła pochowane drobne monety, a przy jednym z zabitych jedynie zwitek nieistotnych listów miłosnych od rozochoconej dziewki, pewnie jakiejś szlachcianki.
Pfu, bezwstydne! - prychnęła po przeczytaniu zapisków skreślonych ozdobnym pismem.
Ku wielkiemu rozczarowaniu przy trupach ani przy ogniu nie dostrzegła żadnego jadła. Brzuch zaburczał znacząco, kiedy przez myśl przebiegła informacja o strawie. Odwiązała konie i solidnym klapsami w zady pogoniła z miejsca. Znajdą drogę, nie są głupie. Nie chciała wlec ze sobą zwierzęcia. Za bardzo rzucałaby się w oczy. Poza tym wierzchowce należały do gwardzistów, od razu by ją pochwycono i skazano. Miasto nie ucieknie. Skoro nogi przywiodły ją tak daleko, to prędzej czy później w oddali ujrzy jego wysokie mury.
Zniknęła z miejsca zdarzenia. Rozpłynęła niczym zjawa w porannych mgłach. Kroki wymierzyła ku jednemu z największych osiedli w królestwie. Podzielone na kilka mniejszych dzielnic osadzonych we wnętrzu molocha - Archal. W centrum znajdowała się Szkoła zrzeszająca magów, oddzielona kilkoma ulicami od placu prowadzącego do siedziby burmistrza. Pod murami zaś mieszkali chłopi oraz elfy i typowa miejska biedota. Najbogatszą część twierdzy stanowiła dzielnica krasnoludzka - o dziwo zawsze otwarta dla przybyszy. Krasnoludy niosły we krwi gościnność oraz ograniczone zaufanie. Potrafiły przygarnąć strudzonego podróżą i napoić przednim piwem z porostów. Jednakże przez sezony wyzysku i niesprawiedliwości, które spadło na ten lud, stali się hardzi i nieprzystępni. Rzadko ktokolwiek silił się na odwagę, by zadzierać z ich kupcami lub szlachtą, bo kończyło się to przeważnie obiciem, ewentualnie "zniknięciem" zbyt "sprytnego" delikwenta.
Nie znała dzielnic poukrywanych za grubymi szarymi murami. Wiedzę czerpała z opowieści matki i tych, którzy dzieli psi los, przebywając w Podmieściu, a mieszkała tam grupa składająca się z elfów i ludzi, więc nierzadko zawiązywano małżeństwa mieszane obu ras. Dzieci z tych związków nazywano Jermami, dlatego iż dziedziczyli cechy po obu rodzicach. Tak mocno, że kto nie znałby pochodzenia owej istoty, stwierdziłby, że jest idealnie piękna, lecz nie każde dziecko z ludzko-elfiego związku rodziło się Jermem. Często mieszanki te charakteryzowały szpiczasto zakończone małżowiny i nietypowa barwa oczu. Jak powszechnie wiadomo, tej krwi był jeden z czterech Odkupicieli. Najbardziej uduchowiony i pobożny. Według wierzeń to on stłumił niepohamowany gniew każdego stworzenia. Podania głoszą, że dzięki jego pieśni agresja została spętana w okowach lodu i skryta na dnie serca tak głęboko, że nawet najczarniejsza magia nie jest w stanie go stamtąd wydobyć. Oczywiście dla Lilian ta opowieść stanowiła doskonały dodatek do bajdurzeń, które tak lubiła. W życiu nie widziała tyle zła i przemocy, co tam. Młodzi Jermowie, łagodni i oddani naturze, nie znosili przemocy, przez co nagminnie padali ofiarami upokorzeń ze strony dzieci pospólstwa. Pomimo to wyrastali na silnych magów natury lub drobnych łotrzyków. Ci, którzy nie parali się żadną z tych profesji, zostawali rolnikami. Nigdy nie przelewali krwi, przeważnie spory kończyły się ostrą wymianą zdań. Uznawano ich zatem za nieszkodliwych, dręcząc tym samym i zrzucając na nich problemy i winy. Naiwni członkowie społeczności często płacili za przewinienia innych. Nierzadko najwyższą cenę.
Po niedługim marszu zorientowała się, że las bujnie rosnący po obu stronach drogi zaczął z lekka rzednąć. Do uszu kobiety docierały tłumione przez szelest listowia, pokrzykiwania i zgiełk typowy dla budzącej się osady. Wiedziała, że jest "u siebie". Zapach powietrza przepełnionego krowim nawozem przywiał wspomnienia z wczesnego dzieciństwa. Chciała przyspieszyć kroku, jednak obolałe nogi zdecydowanie przypomniały, w jakim są stanie. Zwolniła więc niechętnie i wlokąc się, upajała coraz to wyraźniejszym widokiem celu.
Przeszła jeszcze dobrych kilka stąpnięć. Oczom ukazało się piękne szare miasto, osadzone na białych skałach. Otoczone wysokim kamienistym murem, u którego stóp przycupnęły małe, kamienne domki. Oto Archal - dom. Serce Lilian przepełnił strach. W głowie kłębiła się masa myśli, które krążyły jak kruki nad cuchnącym ochłapem. Bała się ponownego rozpoznania, schwytania i powtórzenia historii. Z drugiej zaś strony zachłannie wciągała w nozdrza powietrze, pozwalała w marzeniach na powrót do źródła. Jeszcze kilka kroków i dopnie swego. Kojące poczucie bezpieczeństwa napełniło pierś. Oddech potem przed oczami stanął jej obraz matki wybiegającej na drogę, kiedy to wleczono ją do domu magów. Pamiętała jej krzyk. Pamiętała ziąb wdzierający się za kołnierz oraz słowa Gwardzistów, by pożegnała się z przeszłością. Nigdy! Teraz wynagrodzi rodzicielce stracone lata. Nieobecność i pustkę. Będzie najlepszą córką pod sklepieniem nieba, już nigdy nikomu nie pozwoli się skrzywdzić!
Droga się poszerzała, tu i owdzie dostrzegała odnogi, które kierowały się w stronę domostw, małych gospodarstw czy poletek. Chaty wybudowano w równych rzędach tak, by mieszkańcy nie przeszkadzali sobie nawzajem. Każdy domek miał kamienny, niski płot niczym granicę oddzielającą go od innych i drewnianą, skrzypiącą furtkę, z której sterczały pordzewiałe gwoździe. Tak przynajmniej wyglądało kiedyś.
Powoli, z sercem trzepoczącym w piersi, zbliżała do dawnego miejsca zamieszkania. Ludzie krzątali po swoich mini dobytkach, doglądali drobnej zwierzyny hodowlanej. Ignorowali obszarpańca czającego się niczym złodziej. Wczesne powietrze pachniało i wibrowało od dźwięków, za którymi tak tęskniła.
Wzrok utkwiła w wyznaczonym celu. Chałupę usadowiono tuż przy murach miasta. Schowano między kępą dziko rozrośniętych jabłoni. Latem panował tam przyjemny chłód. Z daleka dom wydawał się zadbany. Czyste okna, a i bramka nowa. Troszkę zaskoczona tym widokiem przysunęła się bliżej. Coś jednak było nie tak. Matka nie mogłaby kupić nowej furtki, no bo za co? Nie potrafiłaby również tak pieczołowicie dbać o obejście. Zdana na łaskę córki lub sąsiadów. Tak to już jest w biedocie - wesprzesz mnie, ja pomogę tobie.
Drżącą ręką popchnęła wejście i cicho podeszła bliżej. Przycupnęła koło okna. W środku dostrzegła sylwetkę, lecz nie wiedziała czy to mężczyzna, czy kobieta. Ukrywała się w półmroku, mimo że wytężała wzrok najmocniej jak potrafiła, tajemnicza postać nie zdradzała tożsamości.
Usłyszała za sobą szuranie stóp. Lekko spięła mięśnie w gotowości.
- Witaj - odezwał się przybysz.
- Witam - zwróciła się do niego, nie zmieniając pozycji, którą zajęła.
- Jak masz zamiar nas okraść, to lepiej zrób to w nocy.
- Ha, bardzo śmieszne - burknęła.
- Kim jesteś i po co patrzysz mi w okna?
Wyprostowała się, poprawiła fałdy ubrania i zerknęła na obcego.
- Twoje okna? Myślałam, że moje. - Ugryzła się w język.
- Twoje? - Zaśmiał się głośno. - W tej chacie nie mieszkał nikt od około dziesięciu wiosen. - Śmiał się dalej.
- Jak to? - zatrwożyła się.
Poczuła, jak krew odpływa jej z twarzy. Fakt, matka długo się nie odzywała. Ale... przecież? Nie, nie...
- No tak. Poprzednia właścicielka odeszła i parcela stała wolna, a zresztą po co ci to wiedzieć?
Powoli odsunęła zacieniająca twarz chustę, oparła się na lasce i wlepiła kocie oczy w młodego mężczyznę.
- Na odkupicieli! Wiedźma!
Zanim się zorientowała, człowiek jednym susem przemknął koło niej i wskoczył do chaty.
- Ojcze! Lilian wróciła!
On mnie zna - zastanowiła się, po czym spokojnie weszła przez otwarte drzwi.
Przy stole, plecami do wejścia i okna, siedział stary człowiek i obracał drewnianą łyżkę w palcach.
- Tak - wyszeptał matowym głosem. - Wiedziałem, że wrócisz. Szkoły Magów nie są dla ciebie.
Podeszła. Spojrzała mu w twarz.
- Orian! - krzyknęła radośnie.
- No, tego się nie spodziewałem.
Stary sąsiad zawsze im pomagał. Tylko zaraz, co on tu...?
- Dlaczego mieszkasz z Adamem tutaj? A tak na marginesie. - Odwróciła twarz w kierunku młodzika: - Aleś wyrósł. Wiedziałam, że masz coś znajomego w twarzy.
- Nie patrz na mnie, wiedźmo! - Adam machnął przed nią ręką, jakby odganiał muchę.
- Nadal jesteś zabawny - zaśmiała się.
Zdenerwowany chłopak wyszedł z izby. Burczał przy tym pod nosem litanię, jakby zaklęcia, które miały odstraszyć złe duchy.
- Chyba mu zostało po waszym ostatnim starciu. - Orian skinął w stronę, w którą udał się syn.
- No co? - Wzruszyła ramionami. - Miałam z osiem wiosen.
- Ano miałaś, a on dziewięć i był tobą zafascynowany, a ty - zaśmiał się. - Na jego oczach wskrzesiłaś martwą mysz.
- A, o to chodziło. Nie wiedziałam, że to go tak... skrzywi. Pamiętam, jak uciekał z płaczem, wrzeszcząc: "Wiedźma! Wiedźma!"
- O tak, też to pamiętam. Pewnie jesteś ciekawa, co tu robimy? No, usiądźże. - Spoczęła obok: - Nasz dom się zawalił. Twoja matka zmarła, więc chałupa stała pusta. Napisałem do burmistrza i po długim czasie otrzymaliśmy list. Zgodził się, abyśmy przenieśli się ze starej siedziby do tego miejsca.
- A co z matką? Gdzie grób?
- Nie wiem. Pamiętam tylko, że grabarze wynosili jej ciało. Pewnie pochowali ją w zbiorowej mogile po drugiej stronie miasta lub spalili, jak zresztą każdego biedaka. Teraz coraz częściej tak robią, mniej roboty. No i ta przeklęta plaga, pomór zasrany, połowę luda wymiotło.
Zezowała na niego zaszklonymi od łez oczyma.
- Nie patrz tak na mnie.
- Wybacz. - Otrząsnęła się. - Jakoś mi tak... Przykro.
- Wiem, co masz na myśli, ale nie sądzę, byś dobrze ją pamiętała.
- Pamiętam same dobre rzeczy i biedę. Wiesz, na co umarła?
- Pewnie na krwawy kaszel, tu co drugi na to zdycha. Przeklęta zaraza. Marwę to też pociągnęło w stronę dobrych Odkupicieli. Mam nadzieję, że znalazła tam spokój i ukojenie obolałego ciała.
- Przykro mi - jęknęła.
Starzec skłonił czoło w jej kierunku. Wspomnienie niezbyt dobrej żony zamajaczyło w zmęczonym starością umyśle. Zbladło po chwili. Jakby tak właśnie musiało się dziać. Jakby retrospekcje musiały odejść w niebyt, ustępując pola tym dobrym, kojącym i bezpiecznym.
Lili targały wyrzuty sumienia. Napięcie stawało się nie do zniesienia do tego stopnia, że włosy zaczęły iskrzyć na końcach.
Orian łypnął niewzruszony:
- Nie spal chaty.
Pogładziła dłońmi niepokorne kosmyki.
- Nie martw się. - Zjawisko zniknęło. - Już mi lepiej.
- Chcesz chleba? Jest w piecu, jeszcze ciepły, weź sobie.
Nikt nie musiał jej zachęcać do poczęstowania się jedzeniem. Odszukała nóż i przekroiła bochenek.
- Tam jest mleko i ser. - Skinieniem głowy wymierzył w stronę spiżarni.
Dobrze wiedziała, gdzie się znajduje. Uprzejmość Oriana jej schlebiała.
W spiżarce siedział Adam i pogryzał twaróg.
- Zajadamy strach? - Zbliżyła swoją twarz do jego.
- Odejdź, zostaw mnie!
- A nie, lubię cię drażnić i teraz mam ku temu okazję - zachichotała.
Blask żółtych oczu mignął w półmroku.
- Co za człowiek - westchnęła rozbawiona. - Jeszcze sobie z tobą pogram, obiecuję.
Położyła rzeczy na stole i zjadła trochę. Starzec przyglądał się jej w milczeniu. Odezwał się w końcu:
- Masz zamiar tu zostać?
- Nie wiem, może ruszę dalej. Nic mnie tu nie trzyma. Nawet pytania, które dręczyły przez tyle lat, a które tak układałam podczas drogi, nagle odeszły w niebyt. Jakby ich w ogóle nigdy nie było. - Ugryzła kawałek sera. - Nie mam domu i matki. Mam jedynie trochę ubrań, kilka monet oraz nogi.
Zmarszczył czoło.
- Uciekłaś, prawda?
Przestała nagle żuć.
- Tak.
- Będą cię szukać.
- Wiem.
- Warto uciekać? Jak cię złapią to zabiją.
- Wszystko mi jedno. - Wzruszyła ramionami. - Nie mam już rodziny.
- Masz wspomnienia - odrzekł.
- A co mi po nich? - Pociągnęła nosem.
- Może to, że czasem warto dowiedzieć się więcej, aniżeli umartwiać i płakać?
- Co masz na myśli? - Ugryzła kawałek.
- Skoro uciekłaś, to może choć odnajdziesz grób matki? Mogę poprosić skrybę, by napisał list do grabarza. Może uchowały się zapiski, choć w sumie... - Oparł brodę na dłoni. - W sumie nie wiem. To kawał czasu.
- Ponad dziesięć wiosen - przerwała mu. - Dziesięć długich wiosen. - Przełknęła jedzenie.
- Miałabyś cel, zakończyłabyś podróż, a może nawet ucieczkę?
Spojrzała na niego. Był bardziej życzliwy niż mogła się spodziewać. Nie myślała w ten sposób. Tok rozumowania został wyprzedzony przez starca, który pewnie zapomniał, co jadł wczoraj na wieczerzę.
Cały dzień spędziła w jednym miejscu. Nawet sprawy tak ważne jak fizjologia zeszły na dalszy plan. Najgorszym u maga jest to, że kiedy popadnie w melancholię, może stracić kontrolę nad mocą, która uwolniona spod okowów umysłu może wyrządzić szkodę nie tylko samemu noszącemu dar, ale otoczeniu, które nie udźwignie eskalacji. Doskonale zdawała sobie z tego sprawę, ale natłok myśli tak bardzo ją przepełniał, że rzeczywistość zwyczajnie się rozpłynęła. Tkwiła w zawieszeniu pomiędzy przeszłością a teraźniejszością, która nijak miała się z tym, co sobie zaplanowała.
***
Moriena obudziła magiczna łuna, która ciężko osiadła na klatce piersiowej. Uderzenie mocy odebrało mu na chwilę oddech. Złapał kilka zachłannych łyków, odrzucił pled i usiadł na łóżku. Poczuł, jak wielkie krople potu sperliły się na bladym ze strachu czole. Starł je trzęsącą się dłonią. Ponownie zaczerpnął powietrza. Tym razem głęboko, tak mocno, że poczuł siłę rozszerzających się płuc ukrytych w klatce żeber. To nie mogło się dziać? Nikt nie był w stanie tak mocno emanować siłą magii, by zaburzyć bariery otaczające Szkołę. Podniósł się na miękkich nogach i podszedł do okna. Uchylił je nieco. Poranne powietrze wdarło się do pomieszczenia. Drobne włoski porastające ciało uniosły się wraz z lekkim dreszczem. Dziwne wrażenie nadal go nie opuszczało. Wzmocnił siłę woli. Przeczesał najmniejszy fragment okalających go murów. Nie znalazł niczego prócz drobin lekko unoszących się ponad zasięgiem myśli. Skoncentrował się mocniej. Krew w żyłach zawrzała. To musiał być ktoś wyjątkowy. O wiele mocniejszy od magistrów zamieszkujących to miejsce. Jednakże coś nie dawało spokoju. Jakby zachwiania, które burzyły idealny obraz tego, co się przed nim rysowało. Jakby ta osoba nadal nie potrafiła do końca zapanować nad darem. Bił się z myślami jeszcze dłuższą chwilę. Białe, długie włosy targały lekkie podmuchy wdzierające się przez otwarty lufcik. Niemalże dławił się siłą magii... nie swojej. Czy to ona? Ta, o której wspominał Evans? Nie! To niemożliwe!
Niemożliwe... - westchnął głęboko.
Zaprzestał walki z czymś, co nawet jego przerastało. Dzień w Szkole Magii właśnie się zaczął. Mimo że spodziewał się innej pobudki, wierzył, że przyniesie mu ona więcej rozwiązań.
***
- Jak jest w Stolicy? - Usłyszała za sobą głos Adama, który nieśmiało ją zagadnął. Młodzik zaczynał się przyzwyczajać do obecności Lilian, choć wewnątrz targał nim trudny do okiełznania irracjonalny lęk.
- Duża, brudna - westchnęła. - Nie ma się czym zachwycać.
- Ale jak tam jest? No, wiesz.
- No, nie wiem. - Odwróciła głowę w jego stronę.
- No, wiesz, elfy... krasnoludy... ludzie... ciekawe życie.
Przeszyła go półprzytomnymi źrenicami. Chyba się przesłyszała, a jednak nie. Słowa młokosa odbiły od wnętrza uszu.
- Ciekawe życie? Chyba żartujesz? Powiedz, że żartujesz.
- Nie. - Pokręcił stanowczo głową.
- To ja ci powiem, jak jest. - Zwróciła się do niego całym ciałem i skrzyżowała ręce na piersi. - Wszędzie biedota, dzielnice bogatych są oddzielone od reszty szerokim murem. Prowadzą do nich jedynie furty, przy których dzień i noc stoją strażnicy. Kontynuować?
- Tak.
- No dobrze. Nad miastem góruje zamek. Z daleka jawi się jako strzelista konstrukcja wykuta z białego kamienia. Jeśli jednak dostatecznie się przybliżysz, to dostrzeżesz, że mury są szare i omszałe. Prowadzi do niego tylko jedna droga, reszta oddzielona jest ścianą. To na wypadek, jakby wróg odważył się zaatakować. Zanim dotrze do centrum, część żołdaków padnie od strzał. Jak okiem sięgniesz, dostrzeżesz wieżyczki obsadzone przez wytrawnych łuczników. Pod murem siedziby króla jest dzielnica bogaczy oraz Szkoła Magów, która również jest otoczona i ma jedno wejście, a przynajmniej tyle mogę powiedzieć. Miejsce to ma kilka większych i mniejszych domów oraz gmachów, w których odbywają się zajęcia. Tam rządzą Magistrowie i Arcymagistrowie. Mawiają, że wszystko zostało zbudowane siłą woli, że żaden robotnik nie położył tam kamienia. Zresztą uczelnie te są jak wewnętrzne państwa. Posiadają przełożonych i głównego Arcymaga, który podlega królowi. Pomyślmy dalej. Poniżej tego bogatego tałatajstwa są dwie dzielnice. Krasnoludzka, oj tam to dopiero jest zabawnie - zaśmiała się. - Krasnoludy to cwaniaczki, ale mają żyłkę do interesów. Trzeba umieć się z nimi targować, inaczej oskubią cię do ostatniego miedziaka. Za to pędzą wyborną gorzałkę, a ich piwa słyną na całe królestwo. W cieplejsze dni w powietrzu można wyczuć delikatną nutkę słodu, którą lekką chmurką osiada na zmęczonych życiem mieszkańcach. I dzielnica bogatszej i biedniejszej szlachty, ale na tyle majętnej, aby mieć sługi. Przeważnie kark zginają chłopki, które dzięki rekomendacji otrzymały posadę, lub elfie kobiety. A, jako że elfów nikt nie ma w poważaniu, to musisz sobie wyobrazić sytuację w tych rezydencjach. Pracują ciężko. Płacą, owszem, ale nie zawsze godnie. A teraz najlepsze. Dzielnica gminu i biedoty roztacza się szerokim pasem wokół całej idealnej konstrukcji miasta. Pełno tam brudu, dziwek, tanich knajp i podejrzanych typów. Tam też znajdują się koszary, do których nikt nie ma wstępu, chyba że cudem zdobędzie polecenie. Wciśnięte w skałę jak w bezpieczny schron. Straż gustuje w tanich rozrywkach. - Znów się zaśmiała. - Regularnie podczas przepustek odwiedzają domu uciech, trwonią żołd jak i zdrowie. Potem uzdrowiciele muszą babrać się w syfie, bo jakiś idiota zarzucił kotwicę w podejrzanym porcie. Myślę, że wiesz, co mam na myśli. - Puściła Adamowi oczko. - O dziwo, w Raghion nie ma dzielnicy elfiej, takiej typowej, mimo że elfów jest pełno. Nie zapuściły korzeni, jakby się czegoś lękały. Zaś za murami, tak jak u nas, mieszkają rolnicy. Parają się orką, hodują zwierzęta, doglądają sadów i winnic. Są niczym machina napędzająca molocha. Gdyby nie oni, ludzie by głodowali, a jest co obrabiać. Po horyzont ciągną się pola. - Nabrała w płuca powietrza zmęczona monologiem, lecz ciągnęła wywód do wyczerpania myśli. - Z jednej strony dostrzeżesz rozsiane maleńkie winnice. Klimat nadmorski sprzyja uprawie winorośli, jednak do tych plantacji jest naprawdę kawał drogi, co nie zmienia faktu, że także stanowią część aglomeracji. A, i kwitnie handel. Na trakcie zawsze można spotkać karawany z materiałami i przyprawami.
- To musi być wspaniałe. - Rozmarzył się.
- Głupiec - żachnęła się. - Nie przeżyłbyś tam nawet księżyca. Uwaliliby ci łeb za garść drobnych.
- Przestań - przerwał jej. - Jaka tu przyszłość? Zobacz tylko: bieda i nic więcej, chciałbym się stąd wyrwać.
- Głupiś - powtórzyła z większym naciskiem, prawie sycząc. - Miałam okazję bywać tu i tam. Uzdrowiciele ciągali mnie po domach bogaczy, arystokracji i kupców. Mogłam zobaczyć, jak rozpustnie żyje szlachta. Leczyliśmy wstydliwe choroby, urazy poniesione w bójkach. Roztrzaskane czaszki i kości, bo się paniczykom chciało zażywać przygód i zapuszczali nocami do Podmieścia. Usuwaliśmy ciąże z nieprawego łoża. Nie wiesz, jakie jest życie w miejscach tak wielkich jak Raghion. Tam tylko czyhają, by cię wykorzystać. Ciesz się, że tu jesteś. To siedlisko może nie daje wielkich możliwości, ale jest spokojne. Poza tym pewnie Baronowa trzyma tutejszą Szkołę Magów pod pantoflem.
- Nie wiem, ojciec pewnie bardziej jest w temacie. - Spojrzał na nią jakoś cieplej.
Lili aż zemdliło od tego wzroku.
- Co tak patrzysz?
- A nic, właśnie do mnie dotarło, że nie jesteśmy już dziećmi i choć zawsze dzieliło nas tak wiele, teraz ten mur jest jeszcze większy. Ty zażywałaś światowego życia, nie głodowałaś, my tu walczyliśmy o każdy kęs chleba.
Zaśmiała się dźwięcznie.
- Mój biedny Adamie, Szkoła Magów to nie poranna owsianka. - Pogładziła go po szorstkim policzku. - To miejsce, gdzie znikanie ludzi i śmierć za byle przewinienie to norma. Przeżywa mniej niż połowa adeptów. Większość zabija się własną magią, ponieważ nie umie jej kontrolować. Owszem, może i jest miska ciepłej strawy i miły kąt do spania, ale to klatka, z której wypuszczają cię po wielu wiosnach, ale tylko wtedy gdy jest pewność, iż się nie zabijesz. Przepustki są raz na jakiś czas, na dwanaście uderzeń zegara, czasem na dwadzieścia cztery, a tak nie widzisz niczego poza omszałym murem wokół. Myślisz, że jest tam tak cudownie, że siedzimy i uczymy się zaklęć? Bzdura, mój Adamie, tam walczymy o każdy dzień...
Słowa uwięzły mu w gardle ze złości. Zaciśnięta krtań nie pozwoliła wydobyć ani jednego dźwięku. Złość i rozgoryczenie zawrzały pod skórą, ale nie zmieniło to faktu, że zamarzył o wielkiej Stolicy, choć mag nakreśliła ją w tak niekorzystny sposób. Dobrze, że nikt nie potrafił czytać w jego myślach. Bo przeklinał rudowłosą na wszystkich Odkupicieli. Chciał, aby ją pojmano i na powrót zamknięto w tych cholernych więzieniach dla magów.
Kobieta obróciła się plecami i zaczęła wpatrywać w ogień.
Znudzony zostawił dziewczynę w spokoju i zniknął w głębi domu.
Na dworze szarzało i tylko trzask palonego drewna zakłócał ciszę. Domownicy po czasie udali się na spoczynek. Lilian została w izbie, powoli pochłaniana przez gęstniejącą ciemność. Bezustannie rozmyślała o swoim położeniu. Mętlik nie pozwalał jej na konstruktywną ocenę sytuacji. Dręczyła się i obwiniała. Za późno, niedostateczne szybko, beznadziejnie wolno - karciła się. Osiągnęła cel. I co dalej? Gdzie się udać? Po czasie zaczęła rozważać, czy ucieczka była aż tak ważna. Została dzikim, na dodatek uciekinierką, apostatą ściganym przez straż. Tyle sezonów o tym fantazjowała. Dlaczego nikt nie wysłał listu, powiadomienia o śmierci matki, czegokolwiek? Owszem, podmiejskie chłopstwo raczej do piśmiennego nie należało, ale przecież ktoś mógł udać się do skryby i poprosić o skreślenie kilku słów. Nie pojmowała.
Samotność ciężko przysiadła na wątłych ramionach Lilian. Zaszlochała cichutko, ukradkiem wycierając łzy w brudny rękaw sukni. Kochała matkę. Obraz rodzicielki istniał jako jedyne pocieszenie w trudnych chwilach. Kiedy odchodziła, wykrzyczała, by się nie martwiła, że wróci, zanim się obejrzy. Szkoda tylko, że życie maga wcale nie jest takie jak przed przyjęciem do Szkoły. Przeważnie tych, którzy ukończyli Uniwersytety, wcielano do wojska, straży lub umieszczano w Domach Uzdrowicieli, gdzie pomagali medykom. Rzadko wracali w rodzinne strony. Prawda oczy kłuła, pospólstwo bało się magów. Plotka z czasem przybierała przerażającą formę. Może i strach miał uzasadnione źródło, wszak nieznane jest najbardziej makabryczną formą lęku. To i tak wyobraźnia oraz wieści przekazywane z ust do ust sprawiły, że adepci Szkół jawili się niczym demony wywleczone z gardzieli pierwotnego zła. Ona, ze względu na wielotorowy talent, należała do najgorszego typu maga. Niby uzdrowiciel, a jednak coś więcej, ukryte pod płaszczykiem niedostępnych talentów. Mag bojowy, który opanował przerażającą sztukę piromancji. Bezustannie walczyła z porywczą naturą, która zwolniona z okowów siała niewyobrażalne zniszczenie. Chowając się w piwnicach, potrafiła wskrzeszać zmarłych, silą woli zabijać niedźwiedzie, nie wspominając o ludziach. Przydało się to na szlaku. Gra warta świeczki, teraz nie warta funta kłaków.
Postanowiła zniknąć. Ulotnić się niepostrzeżenie. Nie chciała tkwić w miejscu, które przywoływało fale wspomnień. Czuła, jak ściany zacieśniają się wokół. Żywiła wrażenie, że się dusi, jakby niewidzialne ręce oplatały ją żelaznym uściskiem. Jedynym ratunkiem stało się wyjście i zatrzaśnięcie za sobą drzwi, oraz pozwolenie chłodnemu wiatrowi przysiąść na płonących z żalu policzkach.
Cichutko niczym mysz zabrała rzeczy. Do tobołka upchnęła trochę jedzenia, a w zamian za poczęstunek na stole zostawiła garść drobnych, po czym wymknęła się w ciemną, chłodną noc.
Wiatr wraz z pierwszym mrozem szczypał w twarz, toteż otuliła się szczelniej i powoli zagłębiła w odmęty wieczornego życia miasta. Jak ryzykować, to na całego - pomyślała, przekroczywszy miejską bramę. Dwóch strażników łypnęło spode łba. Chrzęst zbroi poruszonej niecierpliwymi ruchami zmarzniętych ludzi metaliczną nutą wdarł się w uszy kobiety. Z ich ust unosiły się jedynie obłoczki pary. Przemknęła szybko. Naciągnęła chustę mocniej na twarz. Czuła, że musi zniknąć, wtopić się w tłum. Zacząć robić coś zwyczajnego, co nie wzbudza podejrzeń. Zima deptała po piętach. To ten zły omen, który gna w stronę miejsc, które pozwolą przetrwać, nawet jeśli miałoby to oznaczać wegetację. Byleby nic nie kapało na głowę i ognień buzował w zasięgu skostniałych palców.
Miasto miało specyficzną woń. To już nie rześkie powietrze, w którym dostrzec można pajęczyny niesione podmuchami. To cuchnąca breja, zanieczyszczona tym, czego już nikt nie potrzebuje. Smród pomyj, rzygowin i fekaliów, łączący się z ludzkim potem i przetrawionym alkoholem, wydychanym z bezzębnych ust. Wszechogarniająca szarość, zlewająca każdy element w burą bryłę rzeczywistości, ożywianej jedynie przez kolorowe stroje i dzieci, które niewinnością przynosiły blade iskierki nadziei, że i w tym przygnębiającym świecie jest miejsce na szczęście. Nie czuła się bezbronna.
Na oślep snuła się zaułkami. Wydawały się jakby mniejsze, skarlałe pod wpływem czasu, który przeminął. Szare budynki z błękitnymi oknami i drzwiami straszyły obłażącą farbą. Kikuty uschniętych roślin smętnie zwisały z ceramicznych donic poukładanych na parapetach. Chciała je obudzić, dotknąć, by poczuć szorstką strukturę uschniętych listków. W mig pojęła, że popełniłaby głupstwo. Nie wiadomo, ile par oczu teraz się w nią wpatrywało.
Lilian minęło kilka pijanych elfów. Za kolejnym zakrętem czekały, pomimo chłodu, roznegliżowane dziwki, dumnie eksponując krągłe piersi. Niedaleko krasnoludy, śpiewając tubalnymi głosami, niosły opowieść o podziemnym, pradawnym królestwie.
- Ej, ty. - Usłyszała za plecami skrzypiący, męski głos. - Rzuć no na kufel stygu, paniusiu.
Obróciła się niespiesznie, żółte oczy zapłonęły w mroku.
- A czy wyglądam na taką, co ci da na styg?
- Ano wyglądasz.
Przyjrzała mu się bliżej. Moczymorda, siedzący na progu, nosił zniszczoną przez pijaństwo twarz. Coś zatrzeszczało im nad głową. Nad nią, trącany wiatrem, kołysał się obdrapany szyld. Przez chwilę wpatrywała w kawałek drewna, jakby analizując jego bezustannie zmieniające się położenie.
- Tak, tu się dziś napiję i przenocuję - westchnęła.
- Co tam szepczesz, paniusiu? Dasz na kufel?
Nachyliła się nisko:
- Już powiedziałam, że nie - wychrypiała.
Poczuła ostry zapach wymiocin, moczu i taniego piwa. Odsunęła się gwałtownie i wyhamowała obrzydzenie.
- Wykąp się, starcze - rzekła i położyła dłoń na zimnej klamce, lecz zanim na nią nacisnęła, usłyszała:
- Jesteś magiem - wysyczał. - Tylko temu plugastwu się tak oczy błyszczą.
Zareagowała. Złapała go za kołnierz i szarpnęła. Otrzeźwienie przyszło oddech później, kiedy poczuła ogień podrażniający tkanki palców.
- Jeszcze jedno słowo! Słyszysz? Skrócę ci ten parszywy żywot, jak będziesz tak kłapał jęzorem.
Zrezygnowany odetchnął.
- A wiesz, gdzie mam ten mój parszywy żywot?
Puściła. Oparł się z powrotem łokciem o schodek i przymknął powieki. Wiedziała, że dla niego nie ma już ratunku. Pewnie jeszcze tej zimy grabarze zajmą się jego ciałem.
Knajpka nosiła nazwę "Pod Baranim Łbem". Po otwarciu drzwi uderzyła w nią typowa duszność i smród taniego szynku. Za to wewnątrz panowała całkiem przyjazna, lekko za głośna atmosfera. Człowiek stojący za kontuarem leniwie polerował obtłuczone kubki i szklanki. Na dźwięk otwieranych i zamykanych wrót oczy rezydentów, jak na rozkaz, zawiesiły się na nowym gościu. Szybko jednak powrócili do rozmów i jak gdyby nigdy nic oddawali się przerwanym czynnościom.
Na lekko uginających się nogach podeszła do szynkwasu. Usadowiła się wygodnie na jednym z wolnych krzeseł i skinieniem przywołała karczmarza. Ten łypnął kilka razy spod popuchniętych powiek. Musiała poczekać, zanim łaskawie skończy robotę i weźmie się za obsługę. Poprosiła o wino. Ten bez słowa zniknął w cieniu zaplecza, by po chwili wrócić z butelczyną. Nalał jej słodkiego napoju i wskazał ręką wolny stolik.
Dziewczyna przełknęła kilka łyków i rozgrzana procentami spłonęła zdrowym rumieńcem. Mężczyzna wyraźnie zauważył zaróżowione policzki. Odsunęła chustę z czoła tak, by za bardzo nie odsłaniać twarzy. Nie chciała zgrzać się jeszcze mocniej, wszak dyskrecja przede wszystkim.
- Macie wolne pokoje? - wypaliła, znowuż sącząc alkohol.
- A stać cię? - zapytał.
- A jak powiem, że stać? - Odłożyła szklanicę na kontuar.
- To na górze jest jeden... Ale zajęty - burknął i uniósł kącik ust, jakby próbował się uśmiechnąć, jednakże ten krzywy grymas wywołał w dziewczynie jedynie rozdrażnienie.
- Ha, bardzo śmieszne. - Wywróciła oczami.
- Możesz spać w kuchni, jeśli zapłacisz podwójnie - odchrząknął. - Koło pieca podobno jest całkiem miło.
Napój rozkosznie rozpieszczał ciało. Po chwili zdenerwowanie, jakby za dotknięciem mocy, ulotniło się lekko i niemalże niezauważalnie. Poczuła się pewniej. Może to dlatego, że karczmarz wydał się całkiem sympatycznym człowiekiem, a może jej się tylko wydawało? Pewnie to wina trunku, którego nie znała. Zdjęła powoli okrywę chroniącą ją przed wścibskimi oczami. Wiedziała, że mężczyzna, który na powrót wrócił do polerowania kubków, wpatruję się weń, lecz wzrok nie zdradzał niczego podejrzanego, a jedynie niepohamowaną ciekawość.
- Ile za tę kuchnię?
- Sztuka srebra, pani.
- Może być. - Dopiła resztę.
- Nalej mi jeszcze, potem idę spać.
Wykrzywił usta w grymasie, który pewnie oznaczał: niech ci będzie, i dopełnił szklanicy.
Rzuciła na blat kilka miedziaków, jednego srebrnika i osuszyła naczynie.
Gospodarz wskazał dłonią to samo miejsce, w które się udał, kiedy poprosiła o napitek.
Okazało się, że za rogiem baru jest wąski korytarzyk, w którego głębi poukrywane są pomieszczenia, w tym, prawdopodobnie jedno, usytuowane na pięterku. To, o którym szynkarz jeszcze przed chwilą wspominał. Do niego bowiem prowadziły wąskie schodki. Szybko się zorientowała, gdzie znajduje kuchnia. Wiódł ją zapach ziół i gotowanego mięsiwa. Poza tym spod drzwi wąską szczeliną przebijało mdłe światełko, jakby ktoś zostawił w środku lampkę, którą miała oświetlać pomieszczenie. Nacisnęła na klamkę. Drzwi ustąpiły zapraszająco, a zawiasy gładko pozwoliły rozewrzeć skrzydło. Wewnątrz panował przyjemny półmrok. Rzeczywiście, na stole postawiono świecę. W piecu żarzyły się polana. Wyglądało tak, jakby miejsce to prowadziła zaradna niewiasta. Na drewnianych półkach w słojach tkwiły pewnie mieszanki przypraw. Koło pieca przycupnął sporej wielkości cebrzyk, do połowy wypełniony płynem. W rogu zaś balia napakowana naczyniami. Nie wiadomo czy brudnymi, czy nie. Faktem było, że i ona miała tam konkretne miejsce. Pod oknem, blisko pieca ustawiono niewielką pryczę. Nie potrafiła określić, czymże jest to archaiczne legowisko, bo na pewno królewskim łożem nie mogło się mniemać. Na szczęście ktoś pozostawił na nim kilka grubych skór, poduchę wypełnioną gałganami, a obok przezornie przy krzywej nodze przycupnął wiekowy nocnik niewiadomego koloru. Czysty na szczęście. Rozebrała się pospiesznie. Lękając się niespodziewanego gościa, który zaraz z hukiem wpadnie po coś konkretnego. Na szczęście intymność nie została odkryta. Zagrzebała się więc w bezpiecznej przystani tymczasowego posłania i pod sam nos przykryła skórami. Alkohol przyjemnie igrał pod skórą. Nie wiedziała, kiedy sen przykleił się do powiek. To musiał być moment.
Noc minęła zdecydowanie za szybko. Obudziły ją promienie słońca, wdzierające się przez małe okienko. Ziewnęła przeciągle i położyła dłonie na twarzy. Jasność poranka zdecydowanie za mocno próbowała wedrzeć się pod powieki. Na szczęście nie wypiła wiele, więc nie odczuwała paskudnego kociokwiku, a jedynie gorzkawy posmak w ustach, który natarczywie przylepił się do języka. Do pomieszczenia weszła starsza kobieta. Jednak nocne przemyślenia okazały się prawdziwe. Wiedziała, że żaden mężczyzna, nawet ten najbardziej poukładany, nigdy nie poprowadzi kuchni tak dobrze jak wprawna ręka niewiasty.
Nadobna dama zatrzymała się wpół kroku, zauważywszy zerkającą nań ukrytą w pieleszach. Zaklęła pod nosem i położyła szerokie dłonie na pulchnych biodrach:
- Szlag, Marek znów się nad kimś ulitował.
Lilian ziewnęła i przeczesała pacami zmierzwione włosy.
- Ano. - Uniosła się na łokciach i łypnęła na przybyłą wzrokiem raczej przestraszonym niż zaspanym.
- No. Mam nadzieje, że zapłaciłaś, bo ja tam nigdy nic nie wiem.
- Zapłaciłam - powtórzyła za nią.
- No to dobrze. - Kiwnęła kobieta i nie czekała na dalszy ciąg rozmowy.
Poczęła energicznie krzątać się po pomieszczeniu, robiła przy tym niewyobrażalny tumult. Zatrzymała się po chwili i wgapiła w balię pełną naczyń, parsknęła:
- Szelmy, nigdy nie posprzątają po sobie, stara Eryka musi wszystko robić.
Tłukłaby się dalej, gdyby nie to, że goszcząca usiadła na łóżku i cichutko spytała:
- Może pomogę? I tak na razie nie mam nic ciekawszego do roboty.
Kobieta wytarła ręce w szarą szmatę i podeszła bliżej po to tylko, by się jej przyjrzeć dokładniej. Wyciągnęła dłoń i ujęła brodę Lilian.
- Ładna jesteś. Mogłabyś zapytać tego tłumoka, Marka, czy by cię najął. Pewnie bywalcom spodobałaby się nowa dziewka od noszenia piwa.
Lilian odsunęła jej rękę.
- Owszem, mogłabym spytać.
- To z nim pogadaj jak przylezie. A teraz, jak już tak się rwiesz do roboty, to rozpal ogień, bo ten pacan znów zapomniał dołożyć drew. Piec zgasł i na czym mam ten cholerny gulasz gotować? - Zarzuciła szmatę na ramię, udając w stronę ukrytych w rogu drzwiczek, których Lilian nie zauważyła wieczorem.
Otwarła je szeroko i zniknęła w półmroku. Po chwili wróciła z miską, w której znajdował się mięsny ochłap. Rzuciła nim na stół i sięgnąwszy po sporej wielkości nóż, zabrała się za krojenie. Do dziewczyny dotarło, że pewnie jest to chłodna spiżarnia pełna dobroci. Zaburczało jej w brzuchu.
Ogarnęła się. Spokojnie pościeliła rozgrzebane bety, wyprostowała ubranie na sobie i podeszła do paleniska. Znajdował się w nim tylko popiół i resztki niemalże doszczętnie zwęglonych szczap. Wygarnęła starannie i nałożyła weń świeżego opału. Rozejrzała się uważnie. Szukała czegoś, od czego mogłaby odpalić. Niestety, świeca na stole dawno już zgasła, a Eryka, pochłonięta czynnością krojenia, nie zwracała nań uwagi. Podśpiewywała w najlepsze skoczną, zupełnie obcą Lilian melodię. Domyśliła się, że kucharce, która i tak stoi do niej tyłem, nie zrobi różnicy, w jaki sposób ogień pojawi się w piecu. Na koniuszkach bladych palców zatańczyły niebieskie płomyczki, które przeniosła na drewno. Zawilgocone syknęło porozumiewawczo, ale nie zajęło się, igrając ze zniecierpliwioną mag. Ponowiła próbę, tym razem skoncentrowała się mocniej. Barwa wywołanego zaklęciem zjawiska przybrało kolor krwistej czerwieni, która w mig zachłannie objęła palenisko. Uśmiech zadowolenia naznaczył piegowatą twarz. Dziewczyna strzepnęła resztki iskierek i obróciła się.
- Zrobione. Coś jeszcze? - zagadnęła.
Eryka, zerknąwszy na nią, a później na buzujący od żaru piec, niemalże zachłysnęła się ze szczęścia powietrzem.
- Już? Świetnie. Mnie to zajmuje kupę czasu, szczególnie teraz, gdy drewno przechodzi wilgocią. Ładnie. A teraz idź no tylko do głównej sali i zobacz, czy już przyszedł. Nie wiadomo czy wczoraj zapił, czy zmądrzał, choć to drugie to raczej mało prawdopodobne. - Wskazała ręką drzwi.
- No dobrze.
Chwilę później przemierzała korytarzyk, który pomimo dnia nadal spowijały chłodne ciemności.
Główna izba karczmy, która teraz była opustoszała i cicha, wydała się dziewczynie zupełnie innym lokalem. Gdyby nie to, że w drzwiach stanął ten sam mężczyzna, który podawał jej wino, zdołałaby przypuszczać, że cudem przeniosła się do zupełnie innego punktu.
- Witam - przywitał się oschle i rzucił na kontuar wełniany płaszcz. - Co tu jeszcze robisz? Nie powinno cie tu już być!
- Powinno.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.