Mroki Albionu. Brytyjskie legendy, potwory i zbrodnie - Marta Dziok-Kaczyńska


Reflow text when sidebars are open.
Wstęp. Jakie macie tu potwory?
1 Jeffrey Andrew Weinstock, Invisible Monsters. Vision, Horror, and Contemporary Culture, w: The Ashgate Research Companion to Monsters and the Monstrous, red. Asa Simon Mittman, Peter Dendle, Farnham: Ashgate Publishing Ltd., 2012, s. 175.
2 Owen Davies, Ceri Houlbrook, Folklore. A Journey Through the Past and Present, Manchester: Manchester University Press, 2025, s. 71.
3 Hannah Al-Othman, A third of people in England believe in ghosts, survey finds, 30.10.2025, theguardian.com/uk-news/2025/oct/30/a-third-of-people-in-england-believe-in-ghosts-survey-finds (dostęp: 24.07.2026).
4 E. Jay Gilbert, Haunted. The Ghost Stories and Folklore of the British Isles, London: Manilla Press, 2025, s. 13.
5 Lorna J. Philip, Selling the nation. The commodi?cation of monstrous, mythical and fantastical creatures, "Scottish Geographical Journal" 2024, t. 140, s. 477.
Rozdział 1. Stwory wodne
1 Owen Davies, Ceri Houlbrook, Folklore. A Journey Through the Past and Present, Manchester: Manchester University Press, 2025. s. 156.
2 Tamże, s. 149.
3 Jason Marc Harris, Perilous Shores. The Unfathomable Supernaturalism of Water in 19th-Century Scottish Folklore, "Mythlore. A Journal of J.R.R. Tolkien, C.S. Lewis, Charles Williams, and Mythopoeic Literature", t. 28: 2009, nr 1, s. 13.
4 James M. Mackinlay, Folklore of Scottish Lochs and Springs, Glasgow: William Hodge & Co., 1893, s. 4.
5 Superstitions of the Highlands & Islands of Scotland, oprac. John Gregorson Campbell, Glasgow: James MacLehose and Sons Publishers to the University, 1900, s. 203-215, gutenberg.org/files/61730/61730-h/61730-h.htm (dostęp: 29.07.2026).
6 J.M. Mackinlay, Folklore of Scottish Lochs..., dz. cyt., s. 161.
7 Dee Dee Chainey, Willow Winsham, The Treasury of Folklore - Waterlands, Wooded Worlds and Starry Skies, London: Batsford Books, 2024, s. 30.
8 D.G. Gowler, The Loch Ness Monster, "The Commonwealth Forestry Review", t. 50: 1971, nr 1 (143), s. 64.
9 D.D. Chainey, W. Winsham, The Treasury of Folklore, dz. cyt., s. 33.
10 Graham of Morphie and the Kelpie, tracscotland.org/resources/graham-of-morphie-and-the-kelpie/ (dostęp: 29.07.2026).
11 James M. Mackinlay, Folklore of Scottish Lochs..., dz. cyt., s. 175.
12 Walter Traill Dennison, Orkney Folklore, Sea Myths, "The Scottish Antiquary, or, Northern Notes and Queries", t. 5: 1891, nr 19, s. 130-133.
13 D.D. Chainey, W. Winsham, The Treasury of Folklore, dz. cyt., s. 85.
14 Jeannie Banks Thomas, One The Usefulness of Ghost Stories, w: Diane E. Goldstein, Sylvia Ann Grider, Jeannie Banks Thomas, Haunting Experiences. Ghosts in Contemporary Folklore, Logan: Utah State University Press, 2007, s. 27.
15 J.M. Harris, Perilous Shores, dz. cyt., s. 10.
16 Graeme, Scotland's Glaistig Stories - Traditional Scottish Folklore, 5.09.2022, scotlands-stories.com/scottish-glaistig-stories/ (dostęp: 29.07.2026).
17 Gordon Seton, Highways and Byways in the Central Highlands, London: MacMillan & Co., 1948, s. 173.
Jakie macie tu potwory?
"Jakie macie tu potwory?" To jedno z pytań, dzięki którym najłatwiej poznać meandry danej kultury. To, co uznajemy za straszne i monstrualne, jest przecież projekcją naszych lęków, fantazji, nadziei i żądz. Mówi więc o nas najwięcej. Nic w świecie nie jest straszne czy potworne z natury - staje się takim dopiero w kontakcie z nami, z człowiekiem, który poczuje i nazwie swój strach1.
Mitologie i opowieści z minionych wieków fascynowały mnie od dziecka. Przeszłam przez zachwyt mitami Grecji i Rzymu, pochłaniałam książki o Egipcie, a w podstawówce wyszukiwałam gdzie się tylko dało informacji o królu Arturze i rycerzach Okrągłego Stołu. To zainteresowanie popchnęło mnie w stronę szeroko pojętej fantastyki. Tolkien, Sapkowski, Pratchett i dziesiątki innych pisarzy zaszczepili we mnie miłość do wymyślonych światów, a szczególnie do elfów. Pokochałam je do tego stopnia, że napisałam o nich powieść.
Mimo fascynacji niesamowitościami odpowiedź na pytanie, od którego zaczęłam tę książkę, poznałam w Wielkiej Brytanii dopiero po pewnym czasie. Gdy przyjechałam tu jako dziewiętnastoletnia dziewczyna, nie wiedziałam jeszcze, czego się bać. Poznawanie tutejszych strachów pozwoliło mi odkrywać kolejne elementy związane z kulturą, usposobieniem, wierzeniami czy obyczajami Brytyjczyków. Niepokoju na widok srok nauczyły mnie koleżanki ze studiów. Nie rozumiałam, co ten ptak zawinił, poza zamiłowaniem do błyskotek. Nagle okazało się jednak, że pozornie niewinna sroka to symbol nieszczęścia. Wiedzą o brytyjskich strachach dzielili się też ze mną współpracownicy. Podczas jednej z delegacji w mojej pierwszej pracy w Londynie nocowałam ze współpracownikami w przeuroczym Ironbridge w hrabstwie Shropshire. Jakież było moje zdziwienie, gdy dowiedziałam się, że hotel, który zarezerwował nam asystent działu, jest nawiedzony. Dzięki niezawodnemu internetowi szybko znalazłam resztę informacji. Pokój numer 5 nawiedzać miał uciekający przed policją morderca, którego powieszono po aresztowaniu go w tym właśnie hotelu. Po korytarzach miały przechadzać się nocą duchy dzieci, czasami śpiewając. Kiedy wybierałam się w delegację, nie wiedziałam, że spędzę całą noc z włączonym telewizorem, żeby tylko nie słyszeć tych śpiewów.
Teraz to ja chciałabym cię wprowadzić do świata brytyjskich legend, wierzeń i niezwykłości. Na kartach tej książki pokażę ci strachy, z którymi Brytyjczycy żyją każdego dnia - obcując z nimi w tworach popkultury, słuchając podcastów true crime, opowiadając dzieciom mroczne baśnie czy wypatrując potworów skrytych pod taflą wody. Z przyjemnością pokażę ci nie tylko współczesną Anglię, ale i Albion*, o którym chętnie pisali dawni poeci, osnuwając go w swoich poematach i opowieściach mgłą skrywającą niesamowite stwory.
Brytyjczycy mają bogatą tradycję strachu. Mary Shelley dała nam Frankensteina. Bram Stoker nadał opowieści o Draculi formę, która zawładnęła światową wyobraźnią i zrodziła wampirzy przemysł popkulturalny. Dr Jekyll i Mr Hyde Roberta Louisa Stevensona czy nawet Opowieść wigilijna Charlesa Dickensa to także klasyki niesamowitości wywodzące się z Wysp. Jednak wpływ brytyjskich opowieści o niesamowitych postaciach i ponadnaturalnych wydarzeniach sięga o wiele głębiej. Każdy zna przecież legendy z cyklu arturiańskiego. A za najzagorzalszego propagatora i jednocześnie kolekcjonera ludowych opowieści o rzeczach niezwykłych uważa się... Williama Szekspira. Wiedźmy w Makbecie, magia, wróżki i duchy w Burzy czy Śnie nocy letniej, a nawet królowa Mab, o której opowiada Merkucjo w Romeo i Julii, to motywy i archetypy zaczerpnięte z ludowych wierzeń i opowieści. A także sprytny chwyt marketingowy najsłynniejszego barda wszech czasów2 - od wieków lubimy w opowieściach nawiązania do tego, co znamy, widownia Szekspira zaś cieszyła się jego wariacjami na temat ulubionych motywów tak jak my dziś coverami znanych utworów.
Mrok i potworności kojarzą się często z mgłą, latarniami płonącymi żywym ogniem i dorożkami na brukowanych uliczkach miasteczek. A jednak - jeśli myślisz, że wiarę w niesamowitości Brytyjczycy zostawili gdzieś w czasach wiktoriańskich, to bardzo się mylisz. Badanie przeprowadzone w 2025 roku przez National Folklore Survey3 wskazuje, że około trzydziestu procent mieszkańców Anglii wierzy w duchy. Najbardziej podatne na wiarę w zjawiska paranormalne są osoby w wieku 25-34 lat - social media stały się w związku z tym znakomitym nośnikiem treści oscylujących wokół folkloru i nadnaturalności. Badanie wykazało też rozbieżność w podejściu do niesamowitości wśród kobiet i mężczyzn. Kobiety znacznie częściej uznają potencjalne istnienie duchów oraz interakcje z nimi za kojące i miłe, mężczyźni - za straszne. Nie odbiega to tak bardzo od tradycyjnego pojmowania zjawisk paranormalnych w czasach nie tylko sprzed istnienia internetu, ale w naszej zamierzchłej przeszłości... Kobiety przez całe wieki uważano za bardziej otwarte na magię lub bardziej nią zagrożone. Czasami przybierało to formę gloryfikującą młode dziewice, które były jednymi osobami mogącymi obłaskawić jednorożca, innym jednak razem prowadziło do skazania w procesie czarownic.
Co więcej, Brytyjczykom do dziś zdarza się przypisywać drobne niedogodności dnia codziennego zjawiskom nadprzyrodzonym. W latach 2008-2012 osiemdziesiąt osób zadzwoniło na policję, żeby zgłosić zakłócenie spokoju przez niesamowite istoty, na przykład czarownice czy duchy. W 2009 roku policjanci z Northumberland otrzymali telefoniczną skargę od mężczyzny uważającego, że widzi osiem czarownic na dachu swojego domu i władze zdecydowanie powinny coś z tym zrobić! W innych regionach kraju zdarzają się wezwania policji do nawiedzeń w domu4. Rozwiązanie tego problemu wiele osób uważa za obowiązek służb porządkowych, a nie na przykład medium, egzorcysty czy księdza... Wiara w namacalność niesamowitej rzeczywistości nie odeszła w zapomnienie.
Długo zastanawiałam się, jak w kilku słowach określić to, o czym ma być ta książka. Przyszło mi do głowy określenie "zjawiska nadnaturalne", ale zapoznając się z bibliografią tego zagadnienia, natrafiłam na pogląd, że przodkowie dzisiejszych Brytyjczyków wcale nie uważali, żeby którakolwiek z tych spraw wykraczała poza naturę. Przecież diabła czy wróżki stworzył Bóg. Stąd bardziej na miejscu wydaje mi się określenie "zjawiska i sprawy niesamowite". Niesamowite, czyli niezwykłe, wywołujące podziw lub zadziwienie. Niesamowity może być zatem duch czy diabeł, podobnie jak niesamowite wydają nam się procesy czarownic, ale też moralna panika związana z praktykami satanistycznymi znana z XX wieku. Wszystkie te niesamowitości łączy wspólny mianownik - sprawiają, że skóra cierpnie nam ze strachu.
Nasze strachy ewoluują, a jednak dziedziczone od wieków potwory takie jak wilkołaki czy wampiry sprawnie wplatamy w naszą współczesną kulturę popularną i nadajemy im nowe cechy. Dostają kolejne życie, uosabiają problemy, które dotyczą nas tu i teraz. Wraz z rozwojem cywilizacji kreujemy też nowe monstra, które oddają nasze współczesne bolączki. Człowiek powołuje do życia fantastyczne istoty i mityczne bestie, niemniej wpływ, jaki wyobrażenia o nich wywierają na społeczeństwo, na jego zachowania i codzienne życie, jest całkowicie prawdziwy5. Jak strach dziecka, które boi się zasnąć lub trzyma się z daleka od miejsc zasiedlonych w jego wyobraźni potworami. Jak cierpienia ofiar polowań na czarownice. Albo problemy ze sprzedażą domu, który został powszechnie uznany za nawiedzony. A to tylko kilka z przykładów - znacznie więcej z nich pokażę ci w kolejnych rozdziałach książki.
Pozwól, że zabiorę cię w podróż po mrocznym Albionie. Zobaczymy tu mnóstwo rzeczy niesamowitych i przerażających. Co wcale nie znaczy, że zawsze nadnaturalnych...
* Nazwa "Albion", pochodząca z greki, jest określeniem Wysp sięgającym I wieku naszej ery, dopiero później zastąpiła ją "Brytania". Lubili po nią sięgać dziewiętnastowieczni poeci, tacy jak William Blake, podobnie jak po inne stare historie i legendy.
Stwory wodne
Nasze spotkania z mrocznymi niesamowitościami rozpocznijmy od tego, co czyha na nas w głębinach. Wielka Brytania pokryta jest dwustu tysiącami kilometrów szlaków wodnych. Można w niej znaleźć niemal czterdzieści tysięcy jezior, a dwanaście procent jej terenów stanowią mokradła1. Na dodatek jako wyspa ze wszystkich stron otoczona jest morzem - tutaj nigdy nie jest się dalej niż około stu trzynastu kilometrów od wybrzeża.
Nic więc dziwnego, że wiele wierzeń i rytuałów związanych było właśnie z wodą. Okolice zbiorników wodnych uważane były za obszary liminalne, przestrzenie przejścia pomiędzy światami. To tu można było napotkać stworzenia z innej rzeczywistości2. Interakcje z nimi zawsze jednak obarczone były ryzykiem. Być może właśnie dlatego to żeglarze oraz rybacy mają więcej przesądów związanych ze swoją pracą niż jakakolwiek inna grupa zawodowa3. Jednym ze zwyczajów mających na celu obłaskawienie potworów było podarowywanie kufla piwa morskiemu bogowi Shony'emu4. Protestanckim kapłanom udało się zwalczyć ten przesąd dopiero w XVII wieku!
Znany przesąd związany był także z ratowaniem tonących. Człowiek porwany przez wodnego ducha nie był postrzegany jako przypadkowa ofiara wypadku, lecz jako ktoś, kogo istota zamieszkująca jezioro lub rzekę wybrała świadomie. Opowieści ludowe często podkreślały nieuchronność jej losu. John Gregorson Campbell zanotował, że "każda kobieta, na którą wodny koń zwrócił uwagę, prędzej czy później stawała się jego ofiarą". Podobne historie wzmacniały przekonanie, że gdy nadprzyrodzona istota upatrzy sobie człowieka, próby przeciwstawienia się jej woli mogą się okazać daremne, a nawet sprowadzić na ratownika zemstę podwodnego monstrum. W szerszym kontekście szkockiego folkloru współgrało to z rozpowszechnioną ideą, że jeziora, rzeki i morze okresowo domagają się swoich ofiar, a śmierć w wodzie bywała interpretowana jako zwrot długu wobec sił zamieszkujących głębiny5.
W praktyce zdarzało się jednak, że to nie wodny potwór, lecz sam człowiek był winny przepadnięcia w wodnej otchłani. Ofiary gubiła zbytnia pewność siebie w niebezpiecznych warunkach pogodowych lub stan wskazujący na spożycie. W takich wypadkach bliskim zaginionej osoby zdarzało się prosić wodne stworzenia o pomoc w odnalezieniu ciała. W opowieści z okolic rzeki Dee w północno-wschodniej Walii duch rzeki zwrócił zwłoki mężczyzny, który poślizgnął się na kamieniu, próbując przejść przez wodę. Wymodliła to żona, która siadła na brzegu rzeki, by poprosić ducha o pomoc, po czym wrzuciła do wody pled swojego męża. Następnego dnia ciało wypłynęło na brzeg zawinięte właśnie w ten pled6.
W podobnych celach puszczano na wodę bochenek chleba, wierząc, że tam, gdzie się zatrzyma, należy szukać topielca. Proszono też wodne istoty, czy to duchy, czy wróżki, o błogosławieństwo w połowach, sypiąc sól do wody i na rybackie sieci. Wodne stworzenia były jednak istotami bardzo zmiennymi, tak jak sama woda, i trudno było jednoznacznie powiedzieć, czego można się po nich spodziewać. Często sól i prośby nie wystarczały.
Wspólnym mianownikiem opowieści o wodnych potworach są ich najczęstsze ofiary. Szczególnie narażone na zakusy tych monstrów były małe, niewinne dzieci, które znalazły się poza zasięgiem wzroku rodziców i zapuszczały się tam, gdzie nie powinny. Bezpieczne nie były również samotnie poruszające się młode kobiety, dlatego też powinny one być uważne, zwłaszcza gdy na ich drodze stawał przystojny nieznajomy. Opowieści te metaforycznie uczyły, jak mają się zachowywać, by uchronić się przed niebezpieczeństwem i nie skończyć marnie.
Ślad niebezpieczeństw czyhających w wodzie odnajdziemy nie tylko w folklorystycznych opowieściach, ale i w sztuce XIX wieku. Samuel Taylor Coleridge, który wraz ze swym przyjacielem Williamem Wordsworthem należał do grupy tak zwanych Poetów Jezior, opiewających piękno natury regionu Lake District i gloryfikujących bliskość człowieka i przyrody, napisał również Rymy o starym marynarzu. Poemat o marynarzu, który podczas rejsu zabija albatrosa, co sprowadza na statek klątwę i nieszczęścia, zawiera elementy nadnaturalne i klimat grozy oraz przestrogę przed grzechem i brakiem szacunku dla przyrody. Okrutne, ale i sprawiedliwe, prawda? Nikczemny czyn skutkuje zasłużoną karą. Przedstawienie to znacznie się różni od sielankowej poezji będącej owocem wyobraźni niektórych innych romantyków i ludzi epoki wiktoriańskiej. Oni bliskość człowieka i przyrody postrzegali zgoła odmiennie: tworzyli wizje łąk pełnych kwiatów, przez które przemykał szepczący strumyk, i opiewali je w swoich poematach lub na obrazach. Przeciwstawiali dobroć natury rozpędzającej się industrializacji, zapomniawszy o surowych realiach życia ludzi mających z nią kontakt na co dzień oraz o pierwotnych lękach przed siłami przyrody7. Coleridge wolał natomiast czerpać z pierwotnego strachu i z folklorystycznych wierzeń, oddając naturze szacunek w mniej idylliczny sposób.
Potwór z Loch Ness
Spotkanie z wodnymi niesamowitościami zacznijmy od absolutnej ikony. Nessie, jak czule nazwano potwora z wód szkockiego jeziora Ness (Loch Ness), to bez wątpienia jeden z najważniejszych symboli brytyjskiej kultury. Nic w tym dziwnego, skoro sam jej dom, słynne Loch Ness, jest niesamowitym miejscem, które zapiera dech w piersiach turystów. Długie na trzydzieści siedem kilometrów i głębokie na ponad dwieście metrów, ze wszystkich stron otoczone lasem. Twierdzi się, że to jezioro nigdy w historii nie zamarzło. Jego wody są ciemne i nieprzejrzyste - z powodu wysokiej zawartości torfu - przez co trudno cokolwiek w nich dojrzeć. Brzegi są malownicze i skaliste, część z nich przybiera nawet formę wysokich, śmiertelnie niebezpiecznych klifów.
Takie jezioro wręcz się prosiło o jakąś tajemnicę.
Pierwsza wzmianka o potworze pojawia się w Żywocie Świętego Kolumby spisanym w VII wieku, dotyczącym wydarzeń o sto lat wcześniejszych. Święty mnich odwiedzał piktyjskiego króla w mieście Inverness i natknął się w owym czasie na pogrzeb jednego z okolicznych mieszkańców, zabitego przez potwora. Wysłał więc swojego towarzysza po łódź zacumowaną na przeciwległym brzegu. Nie minęła dłuższa chwila, gdy na wodzie zaczął być widoczny ślad bestii sunącej w stronę płynącego mężczyzny. Święty Kolumba nie pozwolił na rzeź, zaczął się szeptem modlić i nakazał potworowi odwrót. Ten nie ośmielił się sprzeciwić świętemu i zniknął w głębinach. Widywany jest jednak do dzisiaj.
Częstotliwość jego obserwacji wzrosła drastycznie od 1933 roku, kiedy to poszerzono i zmodernizowano drogę krajową A82, która pozwoliła dotrzeć do jeziora znacznie większej liczbie osób. Choć mówi się też, że roboty zmąciły spokój potwora - czymkolwiek on był, od tego czasu zrobił się o wiele bardziej niespokojny i częściej wypływa na powierzchnię. Od kilku dekad notuje się około trzydziestu obserwacji Nessie rocznie, a do obserwatorów należą między innymi duchowni, leśniczy, parlamentarzyści, policjanci i urzędnicy państwowi.
Jak wygląda Nessie? Według doniesień ma około dziesięciu metrów długości i przypomina węża morskiego, z rogami jak u żyrafy lub ślimaka. Ma przynajmniej jeden garb, choć czasami nawet osiem, z dodatkowymi wypustkami. Widuje się również płetwy. Co ciekawe, współczesne obserwacje nie rozkładają się równomiernie w ciągu roku. Najwięcej zgłoszeń pojawia się od późnej wiosny do początku jesieni, kiedy nad Loch Ness przybywają tysiące turystów.
Wielu świadków twierdzi, że spotkanie z Nessie poprzedza dziwna cisza. Jezioro, zazwyczaj smagane wiatrem, na chwilę wydaje się nieruchomieć. Najpierw na spokojnej wodzie pojawia się długi ciemny garb lub nietypowa fala poruszająca się niezgodnie z kierunkiem wiatru, po chwili z wody wyłania się smukła szyja albo fragment grzbietu, by po kilku sekundach zniknąć w głębinach.
Niezależnie od tego, czy jest to złudzenie optyczne, niezwykłe zwierzę czy coś jeszcze innego, trudno oprzeć się wrażeniu, że Loch Ness skrywa tajemnicę. W miejscu, gdzie wzrok sięga zaledwie kilka centymetrów pod powierzchnię, wyobraźnia od zawsze miała ogromne pole do popisu.
Racjonaliści próbują tłumaczyć, że potwór to tak naprawdę konar lub wydra, ewentualnie pływający w jeziorze jeleń. Inni sugerują raczej wyjątkowo duży okaz jesiotra lub przerośniętego węgorza albo nieznany gatunek olbrzymiego mięczaka. Najsłynniejszą sugestią jest oczywiście plezjozaur, który jakimś cudem ocalał w przepastnych wodach jeziora8.
O Nessie słyszałam już jako kilkulatka i do dziś pamiętam, jak robiłam rysunki przy stole u babci, po powrocie z przedszkola. Opis potwora miałam już wtedy mocno utrwalony w głowie dzięki opowieściom zasłyszanym w dużo słabiej rozwiniętych przecież mediach.
Lata później miałam w końcu okazję odwiedzić Loch Ness, we wrześniu 2018 roku. Wsiadłam na pokład promu obiecującego możliwość monitorowania dna pod nim przy użyciu sonaru. Niestety niczego niesamowitego nie udało mi się dostrzec. Może poza ceną biletów na prom, które oscylują w okolicy trzydziestu funtów od osoby...
Kelpie i inne konie
Szkockie rzeki to miejsce zamieszkania kelpie - stworzeń słynnych dzięki gatunkowi fantasy. Pojawiają się one chociażby w twórczości Andrzeja Sapkowskiego (Ciri nazywa tak swojego wierzchowca) czy u Holly Black. Kelpie to zmiennokształtne duchy, porywające ludzi do wody, niestety najczęściej po to, by ich pożreć. Nieszczęśnik przykleja się do demonicznego konia i nie może się uwolnić. Jedynym śladem, jaki po nim zostanie, są jego wnętrzności9.
Czasem jednak kelpie dają się ujarzmić, dobrowolnie pomagają w ciężkiej pracy, a nawet zakochują się w swoich ofiarach. Legenda z wyspy Barra opowiada o kelpie, który w ludzkiej formie zabiegał o rękę pięknej dziewczyny. Ta jednak przejrzała go i gdy spał, zabrała mu srebrny naszyjnik, przez co przemienił się w konia. Dziewczyna ujarzmiła zwierzę i zabrała je na farmę ojca, aby tam przepracowało cały rok. Po upływie roku kelpie dostał wybór między formą ludzką a końską. Gdy otrzymał od swej wybranki obietnicę poślubienia go, jeśli pozostanie człowiekiem, bez wahania się na to zdecydował i żyli długo i szczęśliwie.
Zaprzężenie wodnego konia do pracy to częsty motyw szkockich opowieści, szczęśliwe zakończenie jest w nich jednak rzadkością. Szlachcic Graham z Morphie chciał wybudować zamek. Był z niego jednak straszny skąpiec i próbował wymyślić sposób, jak ograniczyć wydatki do minimum. Postanowił w końcu zaprząc do darmowej pracy kelpie z pobliskiego jeziora, którego ujarzmił, kradnąc mu uzdę. Koń pracował dla niego siedem długich lat, ciągnąc kamienie na budowę. Gdy zamek ukończono, Graham rzucił z pogardą skradzioną uzdę i uwolnił kelpie. Ten nie zamierzał jednak podarować szlachcicowi długotrwałego zniewolenia.
Wygłosił rymem:
Sair back an' sair banes,
Carryin' the Laird o' Morphie's stanes;
The Laird o' Morphie canna thrive
As lang's the kelpy is alive *.
W ciągu roku zmarł syn Grahama, rok później on sam, a opłakująca obu żona szlachcica odeszła, gdy serce pękło jej z żalu. Tam gdzie stał zamek, od dawna są tylko ruiny10.
Istnieje atrybut konia wodnego, który wbrew demoniczności stworzenia może się kojarzyć pozytywnie. Według wierzeń znalezienie jego uzdy zapewniało znalazcy wielkie powodzenie. Zrobiona ze skóry jadowitego potwora wodnego i z magicznego srebra, przekazywana była z pokolenia na pokolenie, gwarantując pomyślność i bogactwo. Był to artefakt tak pożądany, że MacGrigor z okolic Inverness zaryzykował życiem i wyzwał kelpie na pojedynek, by zdobyć uzdę. Udało mu się odciąć ją mieczem i uciec z nią do domu, którego próg zabezpieczył odstraszającą magię jarzębiną. Kelpie gonił mężczyznę, ostatecznie jednak stracił moc i odszedł, rzucając złowieszcze przekleństwa11.
Wodne konie występują w folklorze niemal wszystkich Wysp Brytyjskich, jednak w zależności od regionu przybierają różne imiona, wygląd i charakter. Łączy je związek z jeziorami, rzekami i wodospadami oraz zdolność zmieniania postaci, ale na tym podobieństwa często się kończą. Jedne są bezwzględnymi drapieżnikami, inne złośliwymi psotnikami, a w niektórych opowieściach potrafią nawet odwdzięczyć się człowiekowi za okazaną życzliwość.
Walijski Ceffyl D?r to wodny koń najczęściej spotykany przy jeziorach i wodospadach. Zwabia nieostrożnych jeźdźców, pozwala się dosiąść, po czym w szalonym pędzie wzbija się wysoko w powietrze i nagle rozpływa niczym mgła. Człowiek spada wtedy z ogromnej wysokości, nie mając żadnych szans na przeżycie.
Na wyspie Man jego odpowiednikiem jest glashtyn, zwany również cabbyl-ushtey. Według miejscowych podań porywał on i topił napotkane samotnie młode kobiety. Często uwodził je, przybierając postać przystojnego mężczyzny. Jedyną wskazówką zdradzającą jego prawdziwą naturę były końskie uszy, których nie potrafił ukryć. Zdarzało mu się jednak występować także w innych postaciach - bywał przedstawiany jako złośliwa istota dająca się okiełznać, a nawet stwór gotowy pomóc podróżnemu w potrzebie.
Nie wszystkie opowieści przedstawiają jednak wodne konie jako istoty jednoznacznie złe. Nuggle i tangie z Szetlandów to raczej po prostu dokuczliwe stworzenia, płatające figle i psoty. Choć w konkretnych przypadkach mogły być nieprzyjemne dla otoczenia lub przyczynić się do czyjejś śmierci, zwykle pozostawały niegroźne.
W niektórych regionach szkockiego i walijskiego folkloru pojawiają się historie o stworzeniach, które można było okiełznać lub zaskarbić sobie ich przychylność. Taki wodny koń mógł pomóc w przeprawie przez rzekę, odnalezieniu drogi czy wykonaniu ciężkiej pracy, choć niemal zawsze podkreślano, że zaufanie istocie z innego świata jest ryzykowne i może się skończyć tragicznie.
Najpaskudniejszym i najstraszniejszym z mitycznych wodnych stworzeń jest prawdopodobnie nuckelavee pochodzące z wysuniętych daleko na północ Orkadów. Jest ono przedziwną chimerą. To korpus człowieka na grzbiecie konia. Nie posiada nóg, ale długimi rękoma może dosięgnąć ziemi. W zależności od przekazu posiada jedną lub dwie głowy z olbrzymią paszczą, ziejącą trującymi wyziewami. Najczęściej pośrodku ogromnej głowy znajduje się jedno czerwone oko. Potwór nie posiada skóry, widać zatem płynącą w jego żyłach czarną krew i pulsującą masę mięśni12. Przyznaj - brzmi to dosyć makabrycznie! Nuckelavee samym swoim oddechem był w stanie zniszczyć uprawy na polach, truć zwierzęta, wywoływać epidemie i susze. Głównym źródłem jego wściekłego i opłakanego w skutkach gniewu było palenie wysuszonych glonów, podczas którego uzyskiwało się węglan sodu potrzebny w rolnictwie i w produkcji mydła i szkła. Potwór mścił się na osobach, które pracowały przy paleniu, i na całym ich otoczeniu.
Przed wieloma z tych stworów, w tym przed nuckelavee, można się ochronić. Należy przeskoczyć przed strumień lub oblać je wodą z jeziora czy rzeki, ponieważ nie są w stanie znieść słodkiej wody. Niestety trzeba uważać, bo ten sposób nie zadziała na słodkowodne kelpie. Taka kąpiel nie robi na nich najmniejszego wrażenia.
Co ciekawe, potwory przyjmujące postać konia gęsto zasiedlają rzeki i jeziora Szkocji, Walii oraz wyspę Man, ale omijają Anglię. Gdybym miała intuicyjnie odpowiedzieć, dlaczego tak się dzieje, skojarzyłabym to z Celtami, którzy zamieszkiwali te krainy. W ich kulturze konie miały wyjątkowy status, łączono je z magią, bogami, a nawet z zaświatami. Przodkowie dzisiejszych Anglików nie podzielali tych poglądów.
Co w wodzie piszczy
Niemal każdy zbiornik wodny wydaje się zasiedlony przez jakieś niesamowite istoty. Można mieć wrażenie, że trudno się na nie nie natknąć, omijając cokolwiek większego niż kałuża. Katalog lubujących się w wilgotnym środowisku stworzeń jest rzeczywiście imponujący. Na szczęście inne stwory szkockich wód nie mają tak krwiożerczych zamiarów jak choćby kelpie, wyróżnia je za to wyjątkowo złośliwe poczucie humoru. Shellycoats (jak sama nazwa wskazuje: noszące okrycia z muszli) istnieją po to, by straszyć wędrowców dziwacznymi dźwiękami swoich płaszczy i stroić sobie w z nich żarty. W jednej z opowieści dwóch mężczyzn usłyszało niepokojące odgłosy na brzegu rzeki Ettrick. Podążali za nimi w górę rzeki, obawiając się, że jakiś nieszczęśnik wpadł do wody i potrzebuje pomocy. Całą noc wspinali się na górę, jednak nikogo nie znaleźli. Po wielu godzinach wędrówki usłyszeli tylko śmiech po drugiej stronie góry. Shellycoat uznał, że udał mu się żart13.
Istnieją jednak również wodne stworzenia będące po prostu magicznymi zwierzętami, nieparającymi się złośliwością i żartami. Jednym z nich jest wodny byk. W przeciwieństwie do wodnych koni byk nie przybiera ludzkiej postaci (a przynajmniej nie często) i nie uwodzi ludzi ani ich nie porywa. Zadowala się relacjami z bydłem, nie czyniąc szkody. Według podań cielęta z takich związków, wyróżniające się wyjątkowo małymi uszami, należy zabić, aby nie sprowadziły nieszczęścia na stado. Nie da się ich jednak utopić, więc niezbędne jest znalezienie innego sposobu. Niemniej istnieją również kompletnie odmienne twierdzenia - według nich takie potomstwo to bydło najwyższej jakości.
Obok potężnych byków znajdziemy byty o wiele bardziej nieuchwytne... Styrany drogą podróżny dostrzega z oddali migoczące w ciemności światła. Podąża za nimi, mając nadzieję, że znajdzie tam miejsce, w którym będzie mógł się zatrzymać w towarzystwie życzliwych ludzi. Może to ognisko? A może gospodarze przyjmą go pod swój dach? Światła jednak nie przybliżają się. Wydają się uciekać, tańczyć, żartować sobie z niego. W końcu okazuje się, że zboczył daleko od swojej trasy i znalazł się po kolana w bagnie. I to tylko jeśli ma szczęście. Takie historie miewają też bardziej dramatyczne zakończenie.
Wiodące na manowce światła określa się mianem will-o'-the-wisp, po polsku to "błędne ogniki". Współcześnie wiemy już, że stanowią one wynik utleniania się fosforowodoru i metanu w procesach gnilnych, zachodzących na bagnach i mokradłach. Mogą być także bioluminescencją świetlików. W szkockich wierzeniach uznaje się jednak, że to dusze nieochrzczonych dzieci. Według Szekspira podróżnych na manowce wiodły wróżki, między innymi Puk ze Snu nocy letniej14. Z kolei w innej opowieści ognikiem jest mężczyzna skazany za swoje grzechy na tułanie się po bagnach z żarzącym się węgielkiem do ogrzania.
Glaistig
Jedna z najbardziej tajemniczych szkockich istot nadprzyrodzonych to glaistig. Opowieści przedstawiają ją zarówno jako rodzaj upiora, jak i pomocnego, choć czasami psotnego ducha15. Zawsze przybiera formę żeńską: może się ukazać jako kobieta (młoda lub stara), koza lub kobieta z kozimi nogami. Jak to wróżka - ubiera się na zielono. Jest niezwykle lojalna, jeśli przywiąże się emocjonalnie do konkretnego terenu. Dba wtedy z wielką pieczołowitością o dobrobyt jego mieszkańców, zwłaszcza dzieci i bydła16. Szczególnie upodobała sobie zachodnią część Szkocji. Miała zamieszkiwać zarówno szlacheckie posiadłości, takie jak Dunollie Castle na Oban, jak i skromne farmy.
Podanie o jeziorze Linnhe opowiada o glaistig, która pod postacią starej kobiety pomogła rolnikowi. Przewoził on towary ze swego gospodarstwa na drugą stronę zbiornika. Zrywała się burza, a mężczyzna był ostatnią osobą na łodzi spośród wszystkich pływających tego dnia. Zanim zdążył odbić od brzegu, podeszła do niego starowinka, prosząc o przeprawę. Zaprosił ją do łodzi bez chwili wahania, ostrzegając, że będzie mocno bujać. Kobieta uśmiechnęła się tylko tajemniczo. Z każdą chwilą coraz trudniej było mu wiosłować na przekór wzbijającym falom. Kobiecina oferowała swoją pomoc, jednak rolnik nie miał ani serca obarczać jej wysiłkiem, ani wiary, że byłaby jakkolwiek pomocna. W końcu jednak zgodził się oddać jej jedno wiosło. Po chwili musiał zebrać wszystkie siły, by dorównać tempem i siłą niepozornej staruszce. Gdy znaleźli się bezpieczni na drugim brzegu, zaprosił ją na posiłek z rodziną do swego domu. Ta znów uśmiechnęła się tajemniczo, grzecznie odmówiła, po czym wskoczyła w wody jeziora i zniknęła w nich. Dopiero wtedy mężczyzna zdał sobie sprawę, z kim miał do czynienia i ile miał szczęścia, że wyszedł z przygody bez szwanku.
Inna glaistig strzegła stada krów rodziny Lamontów na wyspie Mull. Lamontowie żyli skromnie, ale dzięki opiece magicznej istoty nie brakowało im niczego w codziennej egzystencji. Do czasu, gdy łodziami przybyli porywacze bydła. Glaistig nie zamierzała oddać im ani jednej z krów będących pod jej opieką, dlatego zebrała zwierzęta i zagoniła je w bezpieczne miejsce. Złodzieje byli jednak nieustępliwi. Gdy nie miała już gdzie uciec, zamieniła krowy w głazy, uznawszy, że lepiej, żeby nie miał ich nikt, niż gdyby miała je stracić i zhańbić swoją pozycję opiekunki. Rozgniewani porywacze rozpłatali jeden z głazów na pół, łamiąc tym samym serce glaistig. Zasmucona wróżka wróciła do Lamontów, gdzie zmarła z żalu, a rodzina, którą się opiekowała, wyprawiła jej godny pogrzeb.
Niech nie zwiedzie cię jednak opowieść o dobrym sercu glaistig. Jak na niesamowite istoty przystało, miewają one także drugie oblicze. Biada temu, kto zawiedzie zaufanie glaistig i złamie złożoną jej obietnicę! Przekonał się o tym kowal Kennedy. Gdy dowiedział się, że wodna wróżka terroryzuje podróżnych przeprawiających się przez most na jednej z rzek w okolicy szczytu Ben Nevis, wybrał się tam, by ją schwytać. Gdy tylko zbliżył się do mostu, pojawiła się przed nim drobna staruszka z prośbą o przewiezienie jej na koniu. Kowal zgodził się, pod warunkiem że będzie jechać przed nim, nie za nim. Gdy dosiadła konia, podstępem uwięził ją, oplatając pasem. Aby się oswobodzić, glaistig obiecywała mu cuda; w końcu zgodził się, że jeśli do wschodu słońca postawi mu najpiękniejszy dom w okolicy i podaruje najlepszej jakości stado bydła, zwróci jej wolność i uścisną sobie ręce. Glaistig zwołała inne wróżki i w pocie czoła uwijały się z robotą. Przed wschodem słońca wszystko było gotowe. Zamiast jednak okazać wdzięczność, Kennedy ukuł szybko w swojej nowej kuźni sztabkę żelaza i ukrył ją w dłoni, którą podał glaistig. Ta krzyknęła z bólu i rozpływając się w powietrzu, rzuciła klątwę na jego i jego potomków17. Mężczyzna już nigdy nie odzyskał spokoju. Mimo że nazwisko bohatera może ci się wydawać znajome, nie była to ta sama klątwa, która dosięga podobno po dziś dzień ród Kennedych. Amerykańscy Kennedy pochodzą z Irlandii, nie ze Szkocji, i mogliby dzielić z kowalem jedynie wspólnego przodka. Oraz spotykające ich niefortunne wydarzenia, oczywiście.
Dalsza część w wersji pełnej
* "Zbolałe plecy i zbolałe kości,
Od dźwigania kamieni pana z Morphie;
Pan z Morphie nie zazna pomyślności,
Dopóki kelpie żyje" (tłum. własne - M.D.K.).