Mrok kroczy przez las - Mons Kallentoft, Karolina Kallentoft


Reflow text when sidebars are open.
- Ktoś rozdzielił go na pół, jak Mojżesz rozdzielił Morze Czerwone - stwierdza Ruud Boere, lekarz sądowy i technik kryminalistyki, który właśnie przyjechał na miejsce z Jönköping. - Wcale nie trzeba wielu uderzeń, by odsłonić kręgosłup.
- Morderca celowo zostawił tu siekierę - ocenia Alexander, walcząc z irytacją wywołaną biblijnymi odniesieniami kolegi.
Lekarz sądowy stoi na wydeptanej trawie niedaleko plamy krwi, przy roztrzaskanej czaszce. Jego wysoką, kościstą sylwetkę ochrania długi do ziemi biały kitel. Ruud patrzy na Alexandra szarymi, wodnistymi oczami.
Przenosi wzrok na denata. Robi krok w tył, odwraca się do Alexandra, a następnie kiwa głową i wyjmuje szczotkę, którą ostrożnie oczyszcza tułowie chłopaka. Alexander przygląda się głębokiej ranie na ciele. Kręgosłup jest nieuszkodzony, jakby morderca skrzętnie go omijał. Chwilę wcześniej wydobyli spod ziemi nogi denata, dzięki czemu mają teraz do nich dostęp. Alexander przeszukał kieszenie jego dżinsów i skórzanej kurtki, ale nie znalazł ani telefonu, ani dokumentów.
Teraz stoi nad nim w milczeniu.
Chłopak wciąż leży twarzą do ziemi. Jest elegancko ubrany, przez co wygląda na starszego niż w rzeczywistości. Nie ma markowych rzeczy ani biżuterii, która sygnalizowałaby wysoki status, a jednak jego strój się wyróżnia. "Przypomina mi mnie sprzed piętnastu lat", myśli Alexander. "Chciałem od życia czegoś więcej, poszedłem więc do szkoły policyjnej. A zeszłej wiosny nieoczekiwanie zostałem zastępcą kierownika wydziału dochodzeniowo-śledczego, choć w tym celu musiałem przeprowadzić się do lasu. Może ten chłopak też miał większe aspiracje od swoich kolegów?"
Jego ubrania rzucają się w oczy jeszcze z jednego powodu. Zarówno kurtka i koszula, jak i spodnie zostały wywrócone na lewą stronę. Czy to też działanie mordercy?
Patrol wciąż jeszcze nie dotarł na miejsce. Na pewno chcą zająć się najpierw sprawą tamtej kradzieży w Vetlandzie, uparci jak wszyscy tutaj. "Ma być sprawiedliwie" i tak dalej. Policjanci nie rozumieją, że muszą wypełniać rozkazy i wyznaczać priorytety, zwłaszcza z uwagi na duże odległości między poszczególnymi miastami.
Naemi siedzi na kłodzie niedaleko szopy i obserwuje ze spokojem pracę technika.
Ruud Boere odkłada szczotkę, po czym sięga po opartą o ścianę siekierę i chowa ją do foliowego worka. Następnie wyjmuje aparat fotograficzny, by zrobić zdjęcia ciała i miejsca zbrodni.
- Chodź do mnie. - Odkłada aparat. - Musimy go przewrócić. - Ma lekki holenderski akcent. Mówi pod nosem, jakby nie chciał, by słowa wydostawały się na zewnątrz.
"Przewrócić. Jak monetę", myśli Alexander, walcząc z impulsem, by zaprotestować. Ruud powinien zostawić ciało w spokoju. Chłopak dość już przeszedł.
- No chodź - powtarza lekarz, a jego okrągłe, wyłupiaste oczy zdają się niemal wypadać z oczodołów.
Alexander podkasuje rękawy swojej dżinsowej kurtki, wkłada rękawiczki, które dostał od Ruuda, i klęka nad denatem. Kolega ustawia się po przeciwnej stronie. Gdy wsuwają dłonie pod sztywne, zimne zwłoki, Alexander oczami wyobraźni widzi inne ciała: poskręcane i zastygłe, młodych mężczyzn w samochodach i piwnicach, na chodnikach i klatkach schodowych, poparzone na stołach sekcyjnych czy młodych kobiet i wreszcie ciało chłopaka na asfalcie. Stara się odepchnąć te obrazy.
Ruud trzyma lewą dłoń pod głową denata i prosi, by Alexander złapał chłopaka za nogi.
- Na trzy obracamy go w moją stronę - zarządza, a on przytakuje skinieniem, niech już będzie.
- Raz, dwa, trzy.
- Hop.
"Co zaraz zobaczymy?", myśli Alexander i przesuwa ciało do Ruuda, a ten przyciąga je i przechyla tak, by mógł je obrócić. W tym momencie odsłonięte kości miednicy i kręgosłupa zalewają pokryte ziemią jelita. Alexander odwraca wzrok i przejmuje ciało, powstrzymując mdłości. Chce, by głowa chłopaka opadła łagodnie, ale to się nie udaje. Rana denata i to okropne uczucie na dłoniach sprawiają, że instynktownie cofa ręce, zwłoki lądują w wykrzywionej pozycji.
Zaczyna myśleć o dziecku, którego tak wyczekują z Sofią. Oby urodziło się zdrowe.
Nie planowali tej ciąży, ale też się nie zabezpieczali. Ani on, ani Sofia. Może chciała jej bardziej niż on, choć nie wiadomo. Teraz jest pewien, że też pragnie tego dziecka. Czuje, że w jego życiu wreszcie pojawił się wyższy sens. Zostać ojcem, założyć rodzinę, opiekować się nią i chronić w tym okrutnym świecie, w którym niczego nie można brać za pewnik. Nagle ma mnóstwo do stracenia: nie chodzi już tylko o niego ani o niego i Sofię, lecz o nich i ich dziecko. W chwili gdy zostanie ojcem, jego obowiązkiem będzie otoczyć ich maleństwo miłością i troską.
Ruud sprawia wrażenie niewzruszonego widokiem zmasakrowanych zwłok.
- Okej - mówi. - Tak będzie dobrze.
W miejscu oczu denata zieją ciemne otwory, gałki oczne zostały zjedzone lub wydłubane. Twarz jest tak zakrwawiona, że nie widać rysów.
Chłopak ma karnację ciemniejszą niż Alexandra. Zdecydowanie nie wywodzi się z okolic Chile.
To może być Syryjczyk, Kurd, Irakijczyk lub Afgańczyk. Wygląda na piętnaście, góra dwadzieścia lat.
Alexander podnosi się z miejsca i odchodzi na bok. Zrobił wszystko, co do niego należało, teraz ciałem zajmie się Ruud. Gdy tylko przyjedzie patrol, Alexander będzie mógł wracać na komendę.
Tylko gdzie jest Naemi?
Kątem oka widzi, jak coś oddziela się od szopy. Z początku wydaje mu się, że to deski nagle przeobraziły się w ptaka lub lisa, lub tych "ich", o których mówiła staruszka.
Po chwili jednak dostrzega błysk czerwonych kaloszy.
To Naemi idzie zgarbiona w swoim szarym swetrze. Znika za świerkiem, po czym wyłania się i znika za sosną. Zlewa się z cieniem, jakby las powoli ją pochłaniał, a ona stawała się jego częścią.
Martwe gałązki świerku łamią się pod podeszwami kaloszy.
- Ale sucho, strasznie sucho.
Naemi nie znajdzie dziś grzybów ani tym bardziej jagód. Wie, gdzie ich szukać, ale po lecie bez deszczu wszystko wyschło. W bagnie i wzdłuż potoku rosną tylko paprocie, skrzyp i wątłe jaskrowce, nic, co można by zjeść. W tym roku nie było nawet moroszek, pewnie połknęły je sarny.
Zwierzęta spacerują czasem wczesnym rankiem za jej domem. Naemi niemal czuje wtedy bicie serc ich młodych. Patrząc na nie, pragnie stać się czujnym stworzeniem, które jesienią chroniłoby je przed myśliwymi.
Za sarnami ciągną drapieżniki.
Raz Naemi widziała rysia. Stał bez ruchu, patrząc na nią spomiędzy sosen, jakby to był jego las, nie jej. Zaraz potem bezszelestnie zniknął za drzewami. Wilków nie spotkała tu od ponad ćwierćwiecza. Ale w swoim czasie wrócą. Wyłonią się z przeszłości, kiedy podobno nosiły w pyskach niemowlęta, by później bestialsko rozszarpywać je na kawałki.
Naemi zna ten las jak własną kieszeń.
Wie, gdzie jest nora starego lisa. I nora borsuka, te wielkie dziury są nie do pomylenia. Dziki zwykle można zobaczyć o świcie. Z kolei łosie i jelenie wyciągają głowy do wiatru w porannej mgle, gdy nad bagnem zgasną już błędne ogniki.
Coś szeleści przed nią w zaroślach, to ptak, kwiczoł lub sójka. Podrywa się do lotu i znika w koronach drzew.
Naemi się zatrzymuje, a wokół niej zapada cisza.
Wysokie sosny są coraz rzadsze, zastępują je smukłe brzozy i olchy. Poranna rosa już dawno opadła, a przez listowie przedzierają się silne promienie słońca. Patrząc pod światło, Naemi widzi tańczące w powietrzu meszki i pyłki roślin.
Zgaduje, że zbliża się dziesiąta. Gdy podciąga rękaw swetra, okazuje się, że miała rację. Nie potrzebuje już zegarka.
Rusza z miejsca. Pod nogami łamią się kolejne gałązki. Kilka z nich zaplątuje się w podartym rąbku sukienki.
Ścieżka, którą idzie, należała kiedyś do krów. Po każdej wielkiej burzy rolnik wywoził stąd traktorem połamane drzewa. Teraz Naemi drepcze raz jednym, raz drugim śladem, by żaden z nich nie zarósł.
Tu i ówdzie są już mniej widoczne, ale dziś wyglądają inaczej niż zwykle. Coś po nich przejechało. Nie traktor, tylko coś węższego. Samochód.
Naemi maszeruje przed siebie, ciekawa, jak daleko dotarł. I czy jeszcze tu jest.
Między pniami majaczy bura drewniana szopa z obłażącą farbą i dziurawym dachem z papy. Dawniej służyła jako schronienie przed deszczem dla zbieraczy jagód i myśliwych, ale teraz korzysta z niej głównie Naemi. Teren od wielu lat jest w rękach tego samego - obecnie już wiekowego - właściciela, więc postanowiła objąć nad nim pieczę.
Powoli podchodzi do szopy.
Nie ma tam żadnego samochodu.
Naemi zatrzymuje się, wypatrując wszelkich ruchów. Stara się wychwycić obce dźwięki, ale słyszy tylko trzask lasu, który przypomina jej bicie własnego serca. Nieregularne, jak u wystraszonej sarny.
- Wiem, że jestem sama - szepce.
Nikogo nie powinno tu być. Podchodzi do szopy. Chwilę się waha, ale ostatecznie zagląda za róg.
Widzi go.
Przed walącą się szopą jest na wpół pogrzebany chłopak. Leży na brzuchu, w brudnych, zakrwawionych ubraniach. Tułów został wycięty lub wygryziony, zmienił się w jedną wielką ranę.
Sofia podąża wzrokiem za dźwiękami, najpierw wiatr kiwa wysokimi brzozami na granicy działki, później pędzi do zagajnika, gdzie kończy się ścieżka, a następnie czesze zarośla za metrowymi trybulami i wierzbówkami w kolorach różu i fioletu. Wtedy szum przeobraża się w huk, podczas gdy czarne kawki z krzykiem zrywają się z drzew, poruszając gałęziami. Po chwili wiatr gna do domów przy Solavägen.
Niewielki podmuch dosięga też jabłoni. Z początku porusza suchymi liśćmi nad jej głową, a zaraz potem całe listowie poddaje się niewidzialnej sile i na wszystkich drzewkach kołyszą się dojrzałe jabłka.
Sofia obejmuje dłońmi brzuch.
"Słyszysz ten wiatr?", pyta w myślach swoje dziecko. Ale ono jest w środku niej i oczywiście niczego nie słyszy.
Sofia odchyla się na oparcie krzesła ogrodowego, które nieco się pod nią ugina.
Może ten huk istnieje tylko w jej głowie?
Patrzy na matkę, która siedzi obok niej na identycznym krześle. A ona to słyszy?
Tak, Helena opiera dłoń o poręcz i lekko się podnosi, by spojrzeć na rysujący się za brzozami i zaroślami gęsty sosnowy las. Wtedy jednak huk nagle cichnie, jakby coś go pochłonęło, a ona sięga po łyżeczkę i długo miesza nią stygnącą kawę.
"Dobrze, to znaczy, że jeszcze nie zwariowałam", myśli Sofia.
Brzdęk łyżeczki jest nie do zniesienia. W ciąży wyostrzył jej się słuch, ale Sofia nic nie mówi, bo nie chce marudzić. Jej matka nigdy nie narzeka, więc ona też nie zamierza.
Helena nosi czarne okulary przeciwsłoneczne, które doskonale pasują do jej kostiumu w białe prążki. Ma ostry nos i wysokie kości policzkowe, a jej twarz oprawiają ścięte na boba blond włosy. Sofia przesuwa dłońmi po swoich jasnych zniszczonych kosmykach i rozwiązuje luźny kucyk. Stara się odczytać jej spojrzenie, zrozumieć, co matka sądzi o jej upadku.
"Jesteśmy do siebie takie podobne" myśli. "Z grzywką i w okularach mama wygląda na niewiele starszą ode mnie. Poza tym jest wysoka jak dziadek i ma wyraziste rysy babci. Moje są łagodniejsze, pewnie więc odziedziczyłam je po tacie. Kimkolwiek on jest".
Matka patrzy na swojego czarnego SUV-a marki Toyota, który stoi przed bramą obok czerwonej Škody Sofii, jakby się bała, że jeśli spuści go z oczu, samochód zniknie, choć to tutaj, w żółtym murowanym domu przy Nyponstigen w niewielkim Ormaryd, spędziła całe dzieciństwo. Ewidentnie nie zwraca uwagi na włosy Sofii. Ani na jej używaną Škodę, którą córka kupiła, gdy musieli z Alexem sprzedać swoje nowe srebrne Audi, by było ich stać na dwa osobne auta.
Helena unosi brew tak, że brązowa kreska wyłania się znad jej okularów, i wypija łyk kawy.
- Naprawdę zamierzasz zatrzymać meble ogrodowe Holgera?
Holger.
Matka zawsze zwracała się do dziadka po imieniu. Sama też nieraz zaznacza, że Sofia powinna mówić na nią Helena, jakby rodzicielstwo kończyło się w chwili, gdy dzieci stają się samodzielne.
- Lubię je - przyznaje Sofia. - Przypominają mi dzieciństwo, gdy dziadek częstował mnie sokiem. - Znów kładzie dłonie na brzuchu. - Chcę je przemalować na jakiś ładny kolor, może turkusowy? Tylko teraz nie mam na to siły.
Matka zsuwa okulary, odsłaniając ciemnozielone, niemal czarne oczy. Zatrzymuje wzrok na Sofii i lekko przechyla głowę na bok.
- Nie wszystko musi być przemalowane i wysprzątane. Myśl przede wszystkim o dziecku. Żeby było zdrowe i dobrze się czuło - odzywa się miękkim głosem i ponownie zakłada okulary.
Sofię boli w krzyżu. Całe lato było gorące, a upały wciąż nie zelżały. Po karku spływają jej krople potu. Nie udziela jej się entuzjazm, który widziała wiosną u swoich ciężarnych koleżanek ze Sztokholmu.
- Ciągle jestem zmęczona, ale nie mogę usiedzieć na miejscu, gdy nie mam się czym zająć. Dopiero teraz zaczynam rozumieć, dlaczego tak wcześnie wyprowadziłaś się z domu. - Orientuje się, że to już narzekanie, i zawstydzona przygryza wargę.
Czy spojrzenie za czarnymi szkłami się zmieniło? Nie widzi tego, ale jej matka znów przechyla głowę.
- Nie martw się - prosi. - Odpocznij, poczytaj książkę. Wiem, że tęsknisz za Sztokholmem, ale nie jesteś mną. - Ponownie zdejmuje okulary, podnosi je na głowę i się uśmiecha. - Dobrze, że się przeprowadziliście. Zobaczysz, niedługo wszystko nabierze sensu.
Hodowca koni Svante Torsson stoi na pomoście obok Alexandra, usiłując nie patrzeć na koński łeb. Około godziny wcześniej zadzwonił na policję w Nässjö, a Alexander poinformował Lindę Hjärne, swoją jedyną śledczą i komisarkę na komendzie, że osobiście zajmie się sprawą.
Dotarcie do stawu zajęło mu sporo czasu, ale stadnina Torssona leży tuż za Ormaryd, więc po powrocie do domu być może zastanie jeszcze teściową. Gdy jechał na miejsce, Sofia wysłała mu wiadomość, że jej mama złożyła im niezapowiedzianą wizytę.
Ramiona Torssona wiszą pod flanelową koszulą w kratę, a workowate dżinsy podkreślają jego zapadniętą sylwetkę, ale mimo to widać, że jest naprawdę silny.
Alexander mierzy go wzrokiem. "Raczej nie zauważył, że przed chwilą o mało nie wpadłem do stawu, i ewidentnie nie boi się żadnych magicznych stworów", stwierdza w myślach.
- Widzi pan tę ranę? - pyta hodowca, wskazując miejsce nad końskim okiem.
- Tak.
Alexander zerka na wgłębienie w skórze konia i czerwoną zaschniętą krew. Na wodzie obok truchła unosi się gruby koniec liny. Po stawie rozchodzi się niewielka fala, a on śledzi wzrokiem sznur. Zwierzę ma na szyi pętlę.
Koń jest do czegoś przywiązany, coś utrzymuje go częściowo pod wodą. Martwe oko wpatruje się w policjanta.
Alexander waży w dłoni telefon. Powinien wezwać służby? A może weterynarza? Jakimś sposobem należy wydobyć zwierzę na brzeg.
Przysiada w kucki i zanurza palce w wodzie. Wprawdzie jest nieco mętna, ale ma przyjemną temperaturę, z pewnością wyższą niż jezioro Sjunnarydssjön. Alexander patrzy na swoje odbicie: szeroką twarz i czarne falowane włosy. Ma prosty nos, chilijskie rysy ojca i jasną cerę matki.
"Alejandro", słyszy w myślach głos ojca. "Alejandro!"
Nigdy mu nie odpowiadał, dopóki ojciec nie zawołał go imieniem, które on sam sobie wybrał. Alexander.
- Właśnie w takim stanie go znalazłem - podejmuje Torsson. - W nocy zniknął z pastwiska. Boy to koń roboczy, nie jeździecki, jak pozostałe, i na pewno nie dałby rady przeskoczyć przez ogrodzenie.
- Wcześniej też miał na szyi ten sznur?
Hodowca patrzy na niego zirytowany.
- Nie, nigdy nie przywiązuję swoich koni.
Alexander podnosi się z miejsca, zdejmuje dżinsową kurtkę i chowa do niej telefon. Następnie odpina kaburę z Glockiem. Hodowca zerka na pistolet, ale ten nie robi na nim żadnego wrażenia.
Policjant ściąga kolejno sportowe buty, skarpety i dżinsy, po czym odpina koszulę i odkłada ją na bok.
Przez chwilę stoi nieruchomo, w samych bokserkach, wdychając powietrze, w którym unosi się zapach igliwia i gnicia. Tu jest chłodniej niż przy samochodzie, jakby staw i otaczające go sosny tworzyły mikroklimat, który nie rządzi się ziemskimi prawami.
Zaraz potem zeskakuje z pomostu. Dostaje mu się do ust trochę chłodnej wody o ostrym, metalicznym smaku. Alexander podpływa do truchła i nie widząc dobrze, co robi, kładzie na nim ręce.
Zwierzę jest zimniejsze od wody, gąbczaste i szorstkie. Alexander czuje pod palcami jego krótką sierść, wynurza się na powierzchnię i strząsa z włosów wodę. Wtedy widzi je z bliska, a nabiegłe krwią końskie oczy zmieniają się w szeroko otwarte, martwe oczy człowieka i czaszkę roztrzaskaną o błyszczący asfalt, daleko stąd na północnych przedmieściach Sztokholmu, w jego poprzednim życiu.
"Nie myśl o tym teraz", upomina się. "Przyjechałeś do Smalandii, żeby zostawić to za sobą. Weź się w garść, Alexandrze".
Ciągnie za linę, która zaczyna się przy końskiej szyi i ciągnie w dół. Alexander nabiera powietrza do płuc i zanurza się w wodzie, zaciska pięści na grubym sznurze.
Pod wodą wszystko jest czarne od osadów, które blokują światło słoneczne. Mimo to Alexander opada jeszcze niżej i zauważa, że lina owija tylne nogi zwierzęcia, a do jej końca przywiązano jakiś ciężar. Coś okrągłego i twardego, z metalu.
Puszcza sznur i płynie ku powierzchni. Bierze głęboki oddech.
Zaraz potem znów się zanurza i bada przedmioty, które podtrzymują linę na dnie. To dwa talerze do sztangi, co najmniej po dwadzieścia pięć kilo każdy, a węzeł to chyba podwójny półsztyk. Alexander wynurza się, bierze wdech i nie patrząc na martwe oczy zwierzęcia, płynie do Torssona.
Wspina się na pomost.
Hodowca posyła mu pytające spojrzenie.
- Pański koń został utopiony przez jakiegoś łajdaka - stwierdza Alexander.
Sofia kładzie dłonie na oparciu krzesła i z trudem podnosi się z miejsca. "Ważę już chyba dwa razy tyle co kiedyś", myśli z uśmiechem.
Patrzy na matkę, która marszczy brwi, aż nad jej okularami tworzą się dwie zmarszczki.
- Nie wejdziesz do środka? - pyta Sofia.
- Na pewno macie piękne meble i tak dalej, ale wiesz przecież, że nie lubię tego domu.
"Oczywiście chodzi o babcię", myśli Sofia. "Wspomnienia o niej staną się tam zbyt głośne".
- Muszę już jechać, jeśli mam dotrzeć do Göteborga o rozsądnej porze - dodaje matka.
- Proszę, zrób to dla mnie. Gdy urodzi się dziecko, musisz zacząć nas częściej odwiedzać. I zostawać u nas na dłużej, żeby je poznać. Chyba chcesz tego, prawda?
Sofia nie lubi jej o nic prosić. Wie, że gdy Helena mówi: "nie", to znaczy "nie". Zawsze tak było, nieważne, jak długo krzyczała i protestowała.
Żałuje, że nie ma z nimi teraz Alexa. Przy nim matka zachowuje się inaczej, jakimś sposobem zawsze ulega jego spokojnej stanowczości. Alex był taki od zawsze, ale po tym, co wydarzyło się w Sztokholmie, stał się jeszcze cichszy niż zwykle.
Słońce chowa się za chmurą, światło staje się mniej niepokojące i ostre.
- No dobrze, wejdę na chwilę - wzdycha nieoczekiwanie matka i z zaskakującą lekkością wstaje z krzesła. - Jestem ciekawa, jak się urządziliście.
Sofia idzie boso przez kuchnię. Szerokie deski podłogowe są szorstkie, jeszcze ich nie wycyklinowali. Alex obiecał, że się tym zajmie, jeśli tylko uda jej się wypożyczyć szlifierkę.
- Zerwaliśmy linoleum w kuchni i wyburzyliśmy ścianę do jadalni. Teraz jest dużo jaśniej i przestronniej. Jak myślisz, co dziadek by na to powiedział?
- Dobrze wiesz, że on nie ma już zdania na żaden temat.
- A ty co myślisz?
- Oczywiście, że tak jest lepiej.
Sofia stara się odczytać wyraz jej twarzy, ale matka odwraca się do niej plecami. Zostało im jeszcze dużo pracy. Muszą przemalować ściany i naprawić listwy przy nich.
Matka poprawia pasek swojej czarnej torebki, na której błyska platerowane złotem logo Yves Saint Laurent. Sofia nie wie, czy firma konsultingowa, w której pracuje Helena, nadal dobrze prosperuje, ale na to wygląda, w końcu taka torebka musiała kosztować co najmniej trzydzieści tysięcy koron. O ile to oryginał, choć jej matka nigdy nie zadowoliłaby się podróbką. Torebka Sofii jest tańsza i dyskretniejsza, ale córka zdecydowanie odziedziczyła gust po matce. Podobnie jak karierę w branży PR. Czy zdecydowała się na nią, by zaimponować Helenie i zyskać jej aprobatę? Tego nie wie. W ciąży trudniej skupić jej się na niektórych rzeczach, na przykład tym, dlaczego matka zachowuje się w taki sposób. Wie natomiast, że jej własna torebka Martina Margieli leży w kartonie przeprowadzkowym w którejś z szaf i odkąd zamieszkali tu wiosną, nie użyła jej ani razu.
Firma, w której zatrudniono matkę, prawdopodobnie nie osiąga już takich obrotów co kiedyś, bo gdy Sofia straciła pracę i poprosiła ją z Alexem o pożyczkę, Helena natychmiast odmówiła, niejako zmuszając ich do przeprowadzki do Ormaryd.
- Podobają mi się te meble. - Helena rozgląda się po kuchni. - Masz dobry gust. Może trochę zachowawczy, ale pasuje do wiejskiego życia. No i dobrze, że zmieniłaś zasłonki. - Odwraca się do córki, jakby była już gotowa do wyjścia.
- Nie wejdziesz na górę? - pyta Sofia.
Matka zerka na schody.
- Nie, dziękuję - mówi krótko.
Sofia przygryza wargę. Musi spróbować czegoś innego.
- Może pojedziemy do dziadka? Zamierzałam go dziś odwiedzić i na pewno by się ucieszył, gdybyś do mnie dołączyła.
- Wątpię. Nawet by mnie nie rozpoznał.
- Nie wiesz tego. Czasem widzę w jego oczach, że wie, kim jestem.
Matka zamyka powieki, jakby starała się powstrzymać grymas. Po chwili znów je otwiera i mówi z uśmiechem:
- Możemy go odwiedzić, jeśli to dla ciebie ważne. - Robi pauzę, po czym dodaje głosem nieznoszącym sprzeciwu: - Ale tylko pod warunkiem, że pojedziemy moim samochodem. Bo później wracam prosto do Göteborga.
Jadą do stadniny niebieskim Volvem Alexandra i parkują na podwórzu między dwoma budynkami. Przed nimi widać pastwisko dla koni zacienione wysokimi drzewami liściastymi, za którym rosną świerki. Nieco wyżej, na skraju lasu, stoi dom w kolorze czerwieni faluńskiej.
Alexander otwiera w telefonie aplikację z notatkami.
- Ma pan jakichś wrogów? Ktoś chce zrobić panu krzywdę? - pyta, patrząc na Svantego Torssona. - Może w branży jeździeckiej?
Svante unosi ramiona i wbija wzrok w ziemię, jakby próbował się wykręcić od odpowiedzi.
- Ja, wrogów? Nic mi o tym nie wiadomo. Boy był dobrym ogierem. Piekielnie silnym, a przy tym spokojnym. Idealnym dla dzieciaków i początkujących. Ale nie był ważny z hodowlanego punktu widzenia.
Ruszają w stronę pastwiska, gdzie na suchej trawie odpoczywa kilkanaście koni. Ogrodzenie wykonano z poziomych grubych belek, jak w dawnych gospodarstwach. Furtka jest zamknięta i nieuszkodzona.
- Ktoś musiał go ukraść, gdy spałem. A później odjechać na nim do stawu i go utopić.
- Tak, na to wygląda. - Alexander myśli, że powinien był sprawdzić, czy przy stawie nie zostały jakieś ślady. Jednocześnie upomina się, że nie jest to śledztwo w sprawie morderstwa. - Słyszał pan coś w nocy? - pyta.
- Nie. Ale mam twardy sen, jak to na wsi.
- Czyli nie widział pan ostatnio nic podejrzanego? Nikt nie kręcił się po lesie?
- Nie - przekonuje Torsson. - Zwykle w okolicy jest sporo grzybiarzy, ale w tym roku jeszcze nikogo nie spotkałem.
- Jeśli coś pan zobaczy, proszę od razu dzwonić.
Alexander posyła mu długie spojrzenie. Svante Torsson nie sprawia wrażenia zrozpaczonego czy przejętego. Jest powściągliwy, jak większość osób w tych stronach.
- Zadzwonię po wsparcie, żeby wyciągnąć konia - tłumaczy Alexander, a Svante przytakuje mu skinieniem. - Czyli nie wie pan, kto to mógł zrobić? - dodaje.
Hodowca zdecydowanie kręci głową, a Alexander zaczyna przeczuwać, że mężczyzna coś przed nim ukrywa. Pyta, czy w gospodarstwie jest ktoś jeszcze.
- Moja żona Mona. - Svante wskazuje dłonią oborę. - I moi rodzice. Ale końmi zajmujemy się tylko ja i żona. Czasem przychodzą też do nas dziewczyny do pomocy.
Alexander idzie do kuchni budynku mieszkalnego, by zadać kilka pytań Monie Torsson, kobiecie w średnim wieku, z długim blond warkoczem, ale ona - o ile to w ogóle możliwe - jest jeszcze mniej rozmowna niż mąż. Wymienia nazwiska ich klientów, dostawców i stajennych, a Alexander notuje najważniejsze informacje, po czym dziękuje za rozmowę. Po wyjściu na zewnątrz wpatruje się w spokojny świerkowy las, szutrową drogę do pastwiska i szosę, po której z hukiem przejeżdża ciężarówka, i wciąga nozdrzami słodkie, niemal zjełczałe powietrze.
W ogrodzie Torssonów, podobnie jak u niego, rosną stare, sękate jabłonie. Pod jedną z nich stoi wiklinowy kosz wypełniony do połowy czerwono-białymi jabłkami.
Gdy Alexander schodzi na dół po kamiennych schodkach, w kieszeni jego dżinsowej kurtki dzwoni telefon.
Na wyświetlaczu widać numer Lindy Hjärne.
Być może koleżanka przygotowuje się już do przejęcia tej sprawy i tak jak on przypuszcza, że śmierć konia jest próbą wyłudzenia odszkodowania. Tak bowiem patrzy na to Alexander. Hodowca mógł utopić starzejącego się konia, by dostać za niego pieniądze z ubezpieczenia. Alexander zaczyna rozumieć, że mają tu do czynienia głównie z takimi sprawami. Odkąd wiosną objął stanowisko kierownika wydziału dochodzeniowo-śledczego höglandzkiej policji w Nässjö, zajmują się przede wszystkim wyłudzeniami i bójkami pod wpływem alkoholu.
Bo kto inny zadałby sobie taki trud i utopiłby konia?
Alexander odbiera połączenie. Głos Lindy, zazwyczaj flegmatyczny, jest teraz wyraźnie nerwowy, jakby należał do kogoś znacznie młodszego.
- Całe szczęście, że odebrałeś.
Nie sądził, że Linda, która na co dzień pracuje przy komputerze, ma powody, by tak się denerwować czy niepokoić.
- Dzwoniła do mnie jakaś kobieta - ciągnie śledcza. - Twierdzi, że znalazła w lesie ciało młodego chłopaka. Podejrzewa, że mógł zostać zamordowany.
Przez boczną szybę SUV-a wszystko wydaje się małe, nawet domy i samochody. Ze swojego wysokiego fotela pasażera Sofia patrzyłaby z góry nawet na przebiegającego przez drogę łosia. Jedyne, co jej nie przewyższa, to matka, która siedzi obok, z rękami na kierownicy. I wierzchołki drzew niewidoczne nawet, gdy podnosi wzrok. Z każdej strony samochód otacza gęsty las.
- Nie zostanę zbyt długo - zaczyna matka, nie odrywając oczu od drogi.
- Nie szkodzi. Cieszę się, że w ogóle ze mną jedziesz - odpowiada Sofia. - Kiedy ostatnio widziałaś się z dziadkiem?
- Nie pamiętam. Zresztą on też nie.
Matka jedzie szybko, nieco powyżej dozwolonej prędkości. Pas mocno wbija się w pierś i duży brzuch Sofii.
Nagle córka dostrzega kogoś na poboczu.
Wysokiego mężczyznę ze zmierzwionymi blond włosami, który pilnuje kilku drewnianych skrzynek. Jest bosy, nosi workowate spodnie robocze i stojąc w rozkroku w wysokiej trawie, wpatruje się w las po drugiej stronie drogi. Wśród wystających z trawy białych trybuli tkwi tabliczka z odręcznym napisem.
"Owoce i warzywa", czyta Sofia, gdy ją mijają.
- Zatrzymaj się. Kupmy coś dla dziadka.
Matka z początku zdaje się jej nie słyszeć. Po chwili jednak zwalnia i cofa.
- Sprawdzę, co tam ma. A ty poczekaj w samochodzie. - Wysiada, nie zdjąwszy nawet okularów przeciwsłonecznych.
Sofia odpina pas i od razu czuje, jak poprawia się jej krążenie.
W pełnych skrzynkach leżą ziemniaki, pęki marchwi z resztkami ziemi i różne gatunki cebuli, a także ciemnofioletowe borówki i śliwki. Na stojaku obok wisi kilka białych i czerwonych sukienek, przypominających ręcznie szyte koszule nocne. Te czerwone wyglądają, jakby pofarbowano je krwią, która wyblakła na słońcu.
Sofia widzi, że matka rozmawia z mężczyzną, ale nie słyszy, co mówią. Helena nabiera do torebki z brązowego papieru trochę śliwek i płaci za nie dwadzieścia koron.
Mężczyzna łamaną szwedczyzną woła coś, co brzmi jak: "buziaki".
Matka wraca do wozu i podaje jej torebkę.
- Znasz go? - pyta Sofia.
- Skąd ci to przyszło do głowy? Spytałam tylko, czy owoce są ekologiczne, ale się wygłupiłam, bo tutaj najwyraźniej wszystko jest ekologiczne.
Sofia wybucha śmiechem, na jej miejscu spytałaby pewnie o to samo.
Wyjmuje z torebki jedną śliwkę. Owoc jest miękki i nagrzany słońcem, a ona wysysa z niego słodki sok. Myśli o dziadku. Nie pamięta, kiedy ostatnio odwiedzała go z mamą.
Dziadek od kilku lat nie wypowiedział ani słowa. Ale może odezwie się na widok córki i ciężarnej wnuczki?
Matka nieco zbyt mocno wciska gaz, a Sofia patrzy na mężczyznę przez lusterko. Wszystko z nim w porządku?
Tak, stoi pewnie na poboczu i odprowadza je wzrokiem. Powoli podnosi rękę, która nawet z daleka wygląda na dużą. Pozdrawia ją, jakby się znali, choć Sofia nigdy wcześniej go nie widziała.
A może próbuje ją przed czymś ostrzec?
Alexander parkuje Volva na polanie przed czerwonym domem, którego prawie nie widać z drogi. Kobieta przedstawia się samym imieniem. Naemi, imię jak nie z tego świata. Jej zaczesane do tyłu, związane żółtą chustką siwe włosy uwydatniają duży spiczasty nos. Jest ubrana w długą szeroką sukienkę, na której wisi luźno sweter z szarej dzianiny, i choć nie pada, kobieta ma na nogach kalosze. Czy to jej jedyne buty?
Dom jest niewielki. Przy stole o wysłużonym blacie stoją dwa pomalowane na czerwono szczebelkowe krzesła, w piecu trzaska ogień, a na płycie gotuje się coś pachnącego ziołami. W dużym pokoju widać kominek, kanapę i kącik do spania. Naemi pokazuje Alexandrowi telefon, z którego dzwoniła na policję. To aparat z czarnego bakelitu, istna perełka. Podobne widział tylko w second handach na Odenplan, gdy szukali z Sofią dodatków z innej epoki do swojego mieszkania przy Rörstrandsgatan. To było wieki temu, zanim zrozumieli, że jedynym ratunkiem jest dla nich przeprowadzka do smalandzkich lasów.
Zaraz potem rusza z Naemi przez gęstwinę. W przedniej kieszeni dżinsowej kurtki niesie szeroką rolkę taśmy policyjnej.
Staruszka zakreśla ręką łuk.
- Nie mogłam zadzwonić z lasu - tłumaczy skrzeczącym głosem. - Widzi pan te ślady opon? Zwykle nikt tędy nie jeździ.
"Pewnie zwariowała", myśli Alexander. "Czy to możliwe, że w lesie będzie ciało?"
Potyka się o gałąź i przeklina. Cholerny las. Alexander podwija kołnierz kurtki w nadziei, że ochroni go to przed komarami. Przesuwa dłonią po mokrym od potu karku.
Komary nie atakują staruszki. Może jest już tak pogryziona, że przestała je zauważać, albo nagotowała coś, co je odstrasza.
- Widzi pan tę szopę?
Naemi zatrzymuje się znienacka, tak że Alexander mało się o nią nie potyka. Gdy odzyskuje równowagę, dostrzega ukryty w zaroślach niewielki budynek. Ten, kto go postawił, musiał dobrze znać te tereny i wiedzieć, jak się zmieniają w zależności od pory roku.
- Proszę za mną, pokażę panu, gdzie go znalazłam - mówi Naemi.
- Jest pani pewna, że został zamordowany?
Staruszka nie odpowiada, tylko zdecydowanym krokiem idzie naprzód. Ziemia trzaska pod jej czerwonymi kaloszami jak dogasający ogień.
Idą za róg.
- Niech sam pan zobaczy - szepcze. - Jest tutaj.
Alexander dostrzega ciało.
Oddychając głęboko, obejmuje wzrokiem miejsce zbrodni. Młody mężczyzna leży na brzuchu, a jego twarz i klatka są wciśnięte w ziemię. W roztrzaskanej czaszce, między ciemnymi gęstymi włosami zieje rana, w której widać odłamki kości, krew i fragmenty mózgu.
Nogi chłopaka są zakopane. Ma na sobie wywróconą na lewą stronę czarną skórzaną kurtkę i białą zakrwawioną koszulę, też na lewej stronie.
Wokół głowy jest plama zastygłej posoki, a przez środek pleców biegnie duża krwawa rana, jakby ktoś próbował przeciąć go na pół.
Alexander kuca przy ciele.
Klaśnięciem próbuje złapać komara, pod nogami przebiega mu brązowa mysz. Alexander wzdryga się ze strachu i przeklina w myślach las, robactwo i zapach zgnilizny. Prawie tęskni za tymi wielkimi szczurami w Sztokholmie, które biegały po Kronobergsparken przed budynkiem policji i śmietnikami na Jakobsbergu.
Ciało jeszcze nie cuchnie, nie leży tu więc długo.
Naemi stoi za Alexandrem i miarowo oddycha. Emanuje spokojem, jakby była przyzwyczajona do widoku śmierci.
Na karku chłopaka są niewielkie ślady zębów, z pewnością myszy. Ale rany głowy i tułowia nie zadało żadne zwierzę, tylko człowiek. Poza tym ktoś zakopał mu nogi.
Staruszka miała rację: chłopak został zamordowany. Alexander wyjmuje z kieszeni rolkę biało-niebieskiej taśmy. Odmierza pięćdziesiąt metrów od szopy, a następnie obchodzi ją, owijając taśmę wokół drzew.
- To nie zabezpieczy go przed zwierzętami - chrypie Naemi. - Zresztą przed ludźmi też nie.
- Wiem - odpowiada.
Z daleka jej oczy wydają się czarne i nieprzeniknione.
Alexander siada na powalonym drzewie i sprawdza, czy jest zasięg. Jest. Wykonuje trzy połączenia. Najpierw dzwoni do komisariatu w Jönköping.
Holender Ruud Boere, lekarz sądowy i technik kryminalistyki, odbiera od razu.
- Niczego nie ruszaj do mojego przyjazdu - zarządza zdecydowanym, choć piskliwym głosem.
Zaraz potem Alexander kontaktuje się z policjantami z patrolu, którzy właśnie zmierzali do Vetlandy w sprawie drobnej kradzieży, i każe im natychmiast tu przyjechać.
Na koniec telefonuje jeszcze do Erika Dagermana, kierownika policji rejonowej w Jönköping, do którego przynależy komenda w Nässjö.
- Twoje pierwsze morderstwo, Stenborg - rzuca beznamiętnie Dagerman. - To pokaż nam, co potrafisz. Ściągnij wszelką dostępną pomoc.
Dagerman to przełożony Alexandra, który jest dla niego tylko głosem: raz flegmatycznym, innym razem lakonicznym bądź szydzącym. Dziś szef zdecydowanie z niego szydzi, a jego słowa są bezzasadnie kąśliwe. Rozmowę kwalifikacyjną z Alexandrem przeprowadził przez telefon i nie zjawił się na komendzie nawet wtedy, gdy ten zaczynał pracę. Na miejscu czekali tylko Linda Hjärne i poprzedni kierownik, który w trybie pilnym musiał przejść na zwolnienie lekarskie.
Alexander jeszcze nie postanowił, jak odnosić się do Dagermana, wiedział tylko, że musi ograniczyć ten kontakt do absolutnego minimum.
- Już to zrobiłem. - Rozłącza się.
Znów kuca przy ciele i próbuje skupić się na tym, co widzi. Wywrócone na lewą stronę ubrania i głębokie rany. Zamyka oczy i przełyka ślinę, a następnie bierze głęboki oddech i raz jeszcze przygląda się ciału.
- Może oni go zabrali. - Skrzeczący głos Naemi przypomina głos kruka, który nauczył się ludzkiej mowy.
- Jacy "oni"? - pyta Alexander, nie odwracając się do staruszki.
- Tutaj ludzie wierzą, że anioły zabierają dusze do nieba.
- Chce pani powiedzieć, że zabrały go anioły?
- Nie, nie - odpowiada, śmiejąc się oschle. - Gdyby tylko tak było...
Alexander wstaje z miejsca. Naemi stoi teraz tuż obok niego, a on zastanawia się, czy z niego żartuje, czy jest przesądna albo naprawdę coś wie. Nie potrafi jej rozgryźć.
- Wie pani, kto to zrobił? - pyta niepewnie. - Kto go zabrał?
Najwyraźniej jest przesądna. To pewnie częsta cecha osób, które mieszkają same w lesie. Brakuje im przyjaciół, więc zastępują ich wymyślonymi stworzeniami.
Ale niewidzialne stworzenia nikogo by tak nie skatowały.
- Widział pan już siekierę? - pyta Naemi.
Alexander odwraca się do niej, a ona wskazuje szopę. Przy pomalowanej na szaro ścianie stoi częściowo zakryta deskami mała siekiera do rąbania drewna.
- Pewnie jej użyli. Część z nich posługuje się narzędziami.
Teraz stoi nieco dalej, odsunęła się niezauważona, jak wiatr, który przesuwa po ziemi liść.
- Jacy "oni"? - powtarza Alexander, ale ona nie odpowiada, tylko się na niego gapi.
Jej oczy zmieniają się w dwie kreski, a on jest pewien, że staruszka z niego drwi.
Oni?
Nie zrobili tego żadni oni.
Na ostrzu widać zaschniętą krew. Alexander podchodzi bliżej, ale jej nie dotyka. Musi poczekać na przyjazd Ruuda Boerego.
Te cholerne lasy i ludzie z tych przeklętych wiosek. Alexander jest tu z Sofią dopiero od pół roku, a już zdążył przyjąć dawkę uderzeniową.
- Wie pani, kto to jest? - woła do Naemi.
Kobieta unosi głowę i - jeśli to możliwe - jeszcze bardziej mruży oczy.
- Ktoś, kto nie jest stąd - mówi i w tym samym czasie na jej twarz pada promień słońca. - Tak jak pan.
Pastor Samuel Mattsson stoi obok swojego srebrnoszarego Volva, odprowadzając wzrokiem ciągnik, który powoli wtacza się pod górę po żwirowej drodze, tak że przyczepa niepokojąco podskakuje na korzeniach.
Znajduje się niedaleko jakiegoś jeziora w Smalandii. Krajobraz jest wyjątkowo sielski, ale w oczach pastora wszystkie miejsca wyglądają tak samo, jakby zapominał, jaką wieś odwiedza, jeszcze zanim ją opuści.
Wczoraj wygłosił kazanie w namiocie ewangelizacyjnym, który teraz oddala się na przyczepie, choć jeszcze niedawno wypełniały go setki błyszczących oczu śledzących każdy ruch pastora na scenie.
Samuel jest już do tego przyzwyczajony. Na nabożeństwa w namiocie przychodzą głównie kobiety, zarówno te młodsze, jak i starsze, a on bardzo je wszystkie lubi. Gdy gromadzą się wokół niego po nabożeństwie, wybiera spośród nich tę najbardziej oddaną. Przed chwilą na przykład odwiózł na przystanek kolejowy Krösat?get rumianą rozwódkę z dwojgiem dzieci. Wciąż czuje na palcach jej słodki zapach.
Na kazania przychodzą również stare małżeństwa, jego rówieśnicy w średnim wieku czy rodziny z dziećmi. To ważne, bo przykazania powinny dotrzeć do wszystkich. "Żyjemy w mrocznych czasach", głosi często zebranym. "Ale światło Zbawiciela jest silne i dosięga do każdego kąta, do każdego domu i gęstych lasów Smalandii". Dociera wszędzie, nawet za świerki i omszałe kamienie, wypleniając herezje o krasnalach i trollach, czy w co tam wierzą teraz mieszkańcy wiosek. Ale jeśli wędrowni pastorzy, tacy jak on, nie spełnią swojej posługi, ludzie wciąż będą przekazywać fałszywą wiarę z pokolenia na pokolenie.
Pierwsze przykazanie brzmi: "Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną" i dotyczy w równym stopniu Mahometa, co każdego innego. W Boskiej komedii Dantego fałszywy prorok trafił do ósmego kręgu piekła, razem z oszustami i hipokrytami.
Teraz namiot został starannie zwinięty i jedzie do następnej wsi. Gdy ciągnik z przyczepą znika za dużym świerkiem, na żwirze jeszcze przez chwilę widać czerwony poblask tylnych świateł.
"Kościół wciąż ma wielką moc", myśli pastor Samuel. "Przez tysiące lat walczy z fałszywymi naukami, szerząc orędzie Pana. Nie ma powodu, by teraz miał tego zaniechać. Herezje przyjmują różne formy, a my możemy robić więcej, niż przepędzać je mieczem i włócznią. Stać nas na więcej".
Samuel przypomina sobie zamordowaną kobietę, którą znalazł na skraju lasu między Nässjö a Svenstorp upalnego lata dziewięćdziesiątego czwartego roku, gdy był świeżo po ordynacji. Pod długimi kręconymi włosami kobiety kryły się ślady świadczące o tym, że została uduszona, jak baranek ofiarny. Jej palce poobgryzało jakieś zwierzę. To wyglądało jak ostrzeżenie, złowieszczy znak od Boga.
Wtedy modlił się za nią, a wczoraj modlił się z wiernymi za zagubione dusze. Oby wróciły na właściwą drogę. W przeciwnym razie pochłonie je ogień ósmego kręgu.
Samuel przeczesuje dłonią rzadką siwiejącą grzywkę i poprawia okulary w pozłacanych oprawkach. Następnie otwiera drzwi swojego Volva. Czas ruszać w drogę. Ale zanim usiądzie na miękkim fotelu kierowcy, odwraca się jeszcze w stronę lasu.
Czy coś jest między drzewami?
Na ciemnym tle migocze jasny punkt. Może to jakieś zwierzę, jakiś ptak?
Widział ten jasny refleks już wcześniej, on zdaje się go prześladować. Nie było go też wczoraj pośród błyszczących oczu w namiocie?
Punkt znika w zaroślach, ale po chwili znów się pojawia. Tym razem jest bliżej. Idzie do niego?
Niepokój ściska mu żołądek. Samuel boi się tego widoku i ostrzeżenia, które niesie. Czy to nie sam diabeł w przebraniu próbuje go teraz zwieść i odebrać mu wiarę?
Wsiada do samochodu, pośpiesznie zamyka drzwi i dodatkowo je blokuje. Na wszelki wypadek.
Przekręca kluczyk i wciska gaz do dechy, aż spod kół pryska żwir. Nie patrząc w tył, zostawia za sobą jezioro i las z migoczącym jasnym punktem.