Mroczny zaułek - Louise Doughty

-
Proszę czekać

Prolog

Napięcie wzrasta. Moment, w którym uświadomię sobie, że przegraliśmy, jest coraz bliżej. Przede mną stoi młoda adwokatka nazwiskiem Bonnard - drobna kobieta, jak zapewne pamiętasz, z kasztanowymi włosami skrytymi pod tradycyjną peruką. Jej spojrzenie jest chłodne, głos delikatny. Emanuje spokojem, wiarygodnością. Czarna toga wygląda raczej szykownie niż złowieszczo. Zajmuję miejsce dla świadka już od dwóch dni i jestem zmęczona, naprawdę zmęczona. Dopiero później zrozumiem, że pani Bonnard celowo wybrała właśnie tę porę dnia. Wczesnym popołudniem zmarnowała sporo czasu, wypytując o moje wykształcenie, małżeństwo, zainteresowania. Kluczyła tak bardzo, że nie od razu dotarło do mnie, iż ta nowa linia przesłuchania ma znaczenie. Napięcie wzrasta, ale powoli; aż do punktu kulminacyjnego.

Zegar na tyłach sali sądowej wskazuje piętnastą pięćdziesiąt. Powietrze jest gęste. Wszyscy czują się zmęczeni, włącznie z sędzią. Lubię go. Skrupulatnie robi notatki, grzecznie unosi dłoń, gdy chce, żeby świadek mówił wolniej. Często wydmuchuje nos, a wtedy sprawia wrażenie bezbronnego. Jest surowy wobec adwokatów, ale pełen życzliwości dla członków ławy przysięgłych. Gdy jedna z kobiet zająknęła się w trakcie składania przysięgi, uśmiechnął się, pokiwał głową i powiedział: "Proszę się nie śpieszyć, madame". Ławę przysięgłych też lubię. Wydaje mi się, że to zadowalający przekrój społeczeństwa; z lekką przewagą kobiet, trzema osobami czarnoskórymi i sześciorgiem Azjatów, w wieku od jakichś dwudziestu do sześćdziesięciu kilku lat. Aż trudno uwierzyć, że taka niewinna grupa ludzi może mnie posłać do więzienia. Jeszcze trudniej uwierzyć w to właśnie teraz, gdy wszyscy oklapli, rezygnując z dziarskiej, wyprostowanej postawy, którą przybierali, gdy proces się rozpoczynał. Siedzieli wtedy z rozpromienionymi twarzami, przepełnieni adrenaliną płynącą ze świadomości własnego znaczenia. Zapewne tak jak ja byli początkowo zaskoczeni, że godziny urzędowania sądu są tak krótkie. Rozprawy zaczynały się najwcześniej o dziesiątej rano i trwały aż do lunchu, a dzień pracy kończono nie później niż o szesnastej. Ale teraz to rozumiemy. Powolność tego wszystkiego - właśnie to nas tak wyczerpuje. Proces jest już w dość zaawansowanym stadium i przytłacza szczegółami. Sędziowie przysięgli też są zmęczeni. Tak samo jak ja nie mają pojęcia, do czego zmierza ta młoda kobieta.

A na ławie oskarżonych, ozdobionej boazerią, za grubymi taflami pancernego szkła siedzisz ty - mój współoskarżony. Zanim zajęłam miejsce dla świadka, siedziałam tam razem z tobą, chociaż rozdzielało nas dwóch strażników. Doradzono mi, żebym nie zerkała na ciebie w trakcie zeznań składanych przez innych. Powiedziano, że wyglądalibyśmy wtedy na spiskowców. Teraz, gdy sama zajęłam miejsce świadka, patrzysz na mnie spokojnie i bez emocji. Twoje niemal puste spojrzenie dodaje mi otuchy, bo wiem, że próbujesz mnie wesprzeć, abym pozostała silna. Wiem, że mój widok tutaj, siedzącej na podwyższeniu, odizolowanej, obserwowanej i osądzanej, wzbudza w tobie opiekuńcze uczucia. Ktoś, kto cię nie zna, nie nazwałby twego wzroku zdeterminowanym, ale ja nieraz się przekonałam, że to spojrzenie jest niedbałe tylko z pozoru.

Wiem, o czym myślisz.

W sali rozpraw numer osiem brakuje naturalnego światła i to mi przeszkadza. Sufit pokrywa kratownica świetlówek w kwadratowych oprawach. Na ścianach wiszą podłużne białe lampy. Wszystko jest takie stonowane, nowoczesne i surowe. Drewniana boazeria, fotele ze składanymi siedziskami obite zielonym materiałem, nic nie pasuje do sytuacji... Dramat, będący przyczyną naszej obecności tutaj, kłóci się z otępiającą prozaicznością procedur.

Rozglądam się po sali. Pisarz sądowy, siedzący rząd niżej, przed sędzią, ma opadające ramiona. Widzę Susannah na galerii dla publiczności, tuż obok grupy studentów, którzy weszli jakąś godzinę temu, oraz emerytowanej pary, która siedzi tam od samego początku procesu, ale z tego, co mi wiadomo, nie jest związana z naszą sprawą. To tylko fani teatru, których nie stać na przedstawienie na West Endzie. Nawet Susannah, która obserwuje mnie ze zwyczajową troską, nawet ona od czasu do czasu zerka na zegarek, nie mogąc się doczekać zakończenia sesji. Nikt nie spodziewa się żadnego spektakularnego przełomu na tym etapie.

- Chciałabym się nieco cofnąć w czasie. Mam nadzieję, że okaże pani trochę cierpliwości - mówi młoda adwokatka.

W trakcie całego przesłuchania była nienagannie uprzejma. Nie zmienia to jednak faktu, że jej nienaturalne opanowanie mnie przeraża. Sprawia wrażenie, jakby znała jakieś nieskończenie przydatne informacje, o których reszta z nas nic jeszcze nie wie. Zgaduję, że jest niemal dwie dekady młodsza ode mnie. Niewiele starsza od moich dzieci... Ma najwyżej trzydzieści kilka lat i musiała szybko wspiąć się po drabinie kariery.

Jeden ze świadków, ubrany w różową koszulę czarnoskóry mężczyzna w średnim wieku, siedzący po prawej stronie, otwarcie ziewa. Zerkam na sędziego. Wzrok ma skupiony, ale powieki mu ciążą. Tylko mój adwokat Robert najwyraźniej zachowuje czujność. Ma zatroskaną minę, ściąga gęste białe brwi, bacznie obserwując panią Bonnard. Później będę się zastanawiać, czy coś zauważył w tamtym momencie, czy kobieta zdradziła się z czymś mimo pozornie lekkiego tonu.

- Czy mogłaby pani przypomnieć sądowi - kontynuuje Bonnard - kiedy po raz pierwszy uczestniczyła pani w posiedzeniu komisji w pałacu Westminster? Jak dawno temu?

Nie powinnam odczuwać ulgi, ale nie potrafię się powstrzymać. To łatwe pytanie. Moment demaskacji jeszcze nie nadszedł.

- Cztery lata temu - odpowiadam pewnie.

Młoda kobieta odgrywa przedstawienie, udając, że musi zerknąć do notatek.

- To była nadzwyczajna komisja Izby Gmin dotycząca...

- Nie - przerywam jej. - To była komisja stała Izby Lordów. - Poruszam się po pewnym gruncie. - Komisje stałe już nie funkcjonują, ale w tamtym czasie w Izbie Lordów istniały cztery. Każda z nich zajmowała się inną sferą życia publicznego. Ja występowałam przed komisją stałą do spraw nauki. Omawiałam postępy w sekwencjonowaniu mapowanego genomu.

- Ale pracowała pani na pełen etat w Instytucie Beauforta, prawda? - wtrąca kobieta. - To znaczy zanim została pani wolnym strzelcem... W... hmm... Instytucie Badań nad Genomem imienia Beauforta. Tak brzmi pełna nazwa, jeśli się nie mylę...

To stwierdzenie zupełnie bez związku i na moment zbija mnie z tropu.

- Tak, tak, pracowałam tam na pełen etat przez osiem lat, potem ograniczyłam wymiar godzin do dwóch dni w tygodniu i zaczęłam pełnić swego rodzaju funkcję doradczą...

- To jeden z najbardziej prestiżowych instytutów badawczych w kraju, czyż nie?

- Cóż, powiedziałabym, że tak. W tej dziedzinie. Razem z placówkami w Cambridge i Glasgow. Byłam bardzo...

- Czy może pani powiedzieć sądowi, gdzie znajduje się Instytut Beauforta?

- Na ulicy Karola II.

- To ulica równoległa do Pall Mall, jeśli się nie mylę, prowadzi do St James's Square Gardens?

- Tak.

- Jest tam całkiem sporo instytutów, prawda? Instytutów, prywatnych klubów, bibliotek badawczych... - Zerka na ławę przysięgłych i uśmiecha się lekko. - Kuluary władzy, tego typu rzeczy...

- Ja nie... ja...

- Proszę wybaczyć. Czyli jak długo pracowała pani dla Instytutu Beauforta?

Gdy odpowiadam, w moim głosie pobrzmiewa nuta irytacji, której nie potrafię stłumić, chociaż to kolejna rzecz, przed którą mnie ostrzegano:

- Wciąż tam pracuję. Ale na cały etat pracowałam osiem lat.

- Ach tak, przepraszam, już pani mówiła. I w trakcie tych ośmiu lat codziennie dojeżdżała pani do pracy komunikacją miejską, autobusem i metrem?

- Głównie metrem, tak.

- Dochodziła pani pieszo z Piccadilly?

- Od stacji metra Piccadilly, zazwyczaj, tak.

- A w porze lunchu, w przerwach na kawę... Czy jest tam dużo miejsc, w których można coś przekąsić? Dużo pubów, do których można pójść po pracy i tak dalej?

W tym momencie oskarżyciel, pani Price, wzdycha cicho i widać, że zamierza zgłosić sprzeciw. Sędzia spogląda znad okularów na młodą adwokatkę, a ona przepraszająco unosi dłoń.

- Proszę mi wybaczyć, My Lord. Zmierzam do konkluzji...

My Lord. Do tej pory czerpałam wiedzę na temat rozpraw wyłącznie z filmów, dlatego początkowo spodziewałam się sformułowania Your Honour. Ale to jest sąd karny Old Bailey. Sędziego nazywa się tutaj lordem, a sędzinę - lady. Ostrzeżono mnie, że peruki i ceremonialne zwroty mogą wydać mi się dziwne i onieśmielające, ale ja uważam je przede wszystkim za komiczne. Tym, co mnie onieśmiela, jest ta cała biurokracja - stenograf uderzający w klawisze, laptopy, mikrofony, świadomość rosnącej sterty akt na mój temat, coraz większej i większej z każdym słowem - cała żmudność tych procedur. Właśnie to mnie przeraża. Sprawia, że czuję się jak polna mysz w trybach kombajnu. Czuję się tak, mimo że jestem równie dobrze przygotowana jak każdy świadek. Mój mąż tego dopilnował. Wynajął najlepszego adwokata, za czterysta funtów za godzinę, żeby mnie wyszkolił. Przez większość czasu pamiętałam, żeby patrzeć na przysięgłych w trakcie udzielania odpowiedzi, zamiast instynktownie kierować się ku adwokatowi. Poradzono mi, że najłatwiej to osiągnąć, gdy się ustawi stopy palcami w stronę ławy przysięgłych. Trzymałam się prosto, zachowywałam spokój, nawiązywałam kontakt wzrokowy. Cała moja ekipa była zgodna co do tego, że radziłam sobie bardzo dobrze.

Adwokatka uznała autorytet sędziego i z powrotem przenosi wzrok na mnie.

- Zatem w sumie pracowała pani na stałe lub dorywczo na terenie gminy Westminster przez ile... jakieś dwanaście lat? Dłużej?

- Prawdopodobnie dłużej - mówię i napięcie zaczyna narastać.

Właśnie wtedy zrodziło się we mnie to przemożne poczucie niepokoju, które zjawiło się pod postacią lekkiego ucisku w splocie słonecznym. Zdiagnozowałam je w sobie, mimo że jednocześnie wprawiło mnie w zdumienie.

- A więc... - mówi Bonnard coraz wolniej, łagodnym głosem - można powiedzieć... przy tych wszystkich dojazdach i spacerach od stacji metra i wyjściach na lunch, i tak dalej, że jest pani dobrze zaznajomiona z tamtą okolicą?

Napięcie wzrasta. Zaczynam oddychać coraz szybciej. Czuję, jak moja pierś wznosi się i opada, początkowo niezauważalnie, ale im mocniej próbuję się kontrolować, tym bardziej widoczne się to staje. Atmosfera na sali sądowej się zagęszcza, wszyscy to czują. Sędzia wpatruje się we mnie uważnie. Czy tylko to sobie wyobraziłam, czy przysięgły w różowej koszuli, którego widzę kątem oka, odrobinę się wyprostował, pochylił do przodu na swoim siedzeniu? Nagle nie mam już dłużej odwagi patrzeć bezpośrednio na ławę przysięgłych. Nie mam odwagi patrzeć na ciebie, siedzącego na ławie oskarżonych. Kiwam głową, bo nagle odebrało mi mowę. Wiem, że za kilka sekund zacznę hiperwentylować. Wiem to, mimo że nigdy wcześniej mi się to nie przydarzyło.

Adwokatka kontynuuje cichym głosem, nadal klucząc:

- Jest pani zaznajomiona ze sklepami, kawiarniami...

Czuję piekące krople potu na karku. Cierpnie mi skóra głowy. Kobieta przerywa. Zauważyła moje zdenerwowanie i chce dać mi do zrozumienia, że odgadłam poprawnie. Wiem, do czego zmierza, a ona wie, że ja wiem.

- Małymi bocznymi uliczkami... - milknie znowu. - Zaułkami...

I to jest właśnie ten moment. To jest moment, w którym wszystko się wali. Ja to wiem i ty, na ławie oskarżonych, też to wiesz, bo skrywasz twarz w dłoniach. Oboje wiemy, że za chwilę stracimy wszystko. Nasze małżeństwa są skończone, podobnie jak nasze kariery. Ja stracę szacunek syna i córki, a co więcej, na szali leży nasza wolność. Wszystko, na co pracowaliśmy, wszystko, co próbowaliśmy chronić... To wszystko za chwilę legnie w gruzach.

Teraz już otwarcie hiperwentyluję, próbuję łapać powietrze szybkimi haustami. Mój adwokat - biedny Robert - patrzy na mnie zdezorientowany. Oskarżenie przedstawiło swoją strategię przed procesem i ani w trakcie mowy początkowej, ani w pytaniach zadawanych świadkom nie było niczego nieoczekiwanego. Ale mnie przesłuchuje teraz twoja adwokatka, adwokatka obrony. Nasi obrońcy mieli działać w porozumieniu. Co się tutaj dzieje? Widzę, że Robert gorączkowo się zastanawia, czego mu nie powiedziałam. Nie przeczuwa, co się zbliża, wie tylko, że nie ma o tym pojęcia. Brak przygotowania w takiej sytuacji to musi być koszmar każdego adwokata.

Zespół oskarżenia, siedzący za stołami najbliżej mnie, poniżej miejsca dla świadka, też mi się przygląda. Prawnik prokuratury Korony oraz młodszy prokurator obok niej, kobieta z Urzędu Ścigania Publicznego przy stole za nimi, a w następnym rzędzie starszy oficer śledczy z policji stołecznej, policjant prowadzący sprawę i policjant od zabezpieczania dowodów. Dalej przy drzwiach ojciec ofiary, na wózku inwalidzkim, oraz przydzielona do opieki nad nim funkcjonariuszka. Jestem zaznajomiona z obsadą tego dramatu równie dobrze jak z własną rodziną. Teraz wszyscy skupiają się na mnie. Wszyscy, mój ukochany, poza tobą. Ty już na mnie nie patrzysz.

- Zna pani, prawda... - ciągnie adwokatka tym swoim satynowym głosem - mały zaułek zwany Apple Tree Yard.

Zamykam oczy, bardzo powoli, jakbym zaciągała żaluzje nad całym swoim dotychczasowym życiem. Na sali zapada absolutna cisza, którą przerywa dopiero szuranie czyichś stóp. Adwokatka robi efektowną pauzę. Wie, że moje oczy pozostaną przymknięte jeszcze przez chwilę, że będę próbowała ogarnąć to wszystko, spróbować uspokoić oddech, kupić sobie jeszcze kilka sekund. Ale czas wymknął nam się niczym woda przeciekająca przez palce i nie zostało już nic, ani chwili. To koniec.

2

Następnego ranka siedzę przy kuchennym stole i czytam darmową lokalną gazetę, dostarczaną pod nasze drzwi raz w tygodniu, gdy mój mąż wchodzi do środka ociężałym krokiem. On też nie lubi poranków i oboje unikamy wtedy rozmów. Właśnie takie podobieństwa spajają długoletnie związki. W ostatecznym rozrachunku nie liczy się to, czy jesteście bratnimi duszami i dorównujecie sobie intelektualnie, lecz czy oboje czujecie się szczęśliwi, gdy przy śniadaniu wymienicie nie więcej niż kilka mruknięć.

On już jest ubrany. Zaczyna dziś wcześniej i jestem za to wdzięczna, bo wciąż przebywam myślami w kaplicy i po nieprzespanej nocy mam ochotę zostać sama, żeby się trochę zastanowić, przekonać samą siebie, że wciąż jestem normalną osobą. Mój mąż podchodzi do czajnika i robi sobie kubek herbaty, mamrocząc:

- Chcesz dolewkę?

Kręcę głową. Zabiera swoją herbatę na górę. Deski podłogowe na piętrze skrzypią, więc wiem, że przechadza się po swoim gabinecie, leżącym bezpośrednio nad kuchnią. Potem słyszę, jak używa elektrycznej szczoteczki do zębów w łazience przylegającej do gabinetu. Mam pewność, że gdy później pójdę na piętro, znajdę tę herbatę na jego biurku albo na zlewie przy mydelniczce, wystygłą i nietkniętą. Dziesięć minut później mój mąż wraca do kuchni. Podchodzi i pochyla się nade mną, na co ja unoszę twarz, a on z roztargnieniem całuje mnie na do widzenia suchymi ustami. Idzie do przedpokoju, po czym znowu wchodzi do kuchni, pytając:

- Czy ja ci dawałem kluczyki od samochodu?

Patrzę na niego i mówię:

- W brązowym płaszczu.

- Ach - odpowiada, przypominając sobie, w co był ubrany, gdy wrócił do domu poprzedniego wieczoru.

Mój mąż nie jest aż tak roztargniony, jakby się mogło wydawać. Wbrew powszechnym przekonaniom naukowcy rzadko są rozkojarzonymi indywiduami o dzikim wzroku i sterczących włosach. Wraca do kuchni wolnym krokiem i pyta o kluczyki nie dlatego, że nie zdołałby ich zlokalizować sam, lecz po to, aby mi przypomnieć, że po tylu latach małżeństwa wciąż mnie kocha. A ja mówię mu, gdzie są, aby zapewnić go, że wciąż odwzajemniam to uczucie.

Jedną z najmilszych rzeczy w samozatrudnieniu jest cisza, jaka zapada w domu po tym, gdy wybrzmi echo zatrzaskiwanych drzwi frontowych.

***

Wzdycham niepotrzebnie i wyjmuję telefon z kieszeni szlafroka - ubranie się potraktuję wyłącznie jako opcję tego ranka. Wpisuję w Google "klinika zdrowia seksualnego prywatna". Nie zamierzam się udać do mojej lokalnej przychodni, gdziekolwiek ona się znajduje, i siedzieć w poczekalni przez dwie godziny wraz z tuzinem szlochających nastolatek. Umawiam się na wizytę. W myślach przeglądam listę wszystkich badań, które powinnam zrobić, począwszy od kandydozy, przez syfilis i rzeżączkę, a na HIV skończywszy - chociaż test na obecność wirusa HIV powie mi tylko, czy wcześniej byłam nosicielką. Żeby mieć pewność, iż nie zaraziłam się wczoraj, musiałabym powtórzyć badanie za dwanaście tygodni. Wiem, że tego nie zrobię. Za dwanaście tygodni cała ta sprawa zostanie już zapomniana. Możliwe, że nawet ta jedna wizyta nie jest mi potrzebna. Chcę się przebadać wyłącznie po to, żeby móc sobie pogratulować racjonalnego postępowania. Przynajmniej nie muszę się martwić ciążą. Trzy lata temu weszłam w okres menopauzy. Żadnych uderzeń gorąca, żadnych dramatów, po prostu miesiączki stawały się coraz bardziej skąpe, aż w końcu ustały. Zdrowiem seksualnym mojego męża też nie muszę się przejmować. Nie kochaliśmy się niemal od trzech lat. Umówiłam się na wizytę za dziesięć dni, żeby się przekonać, czy do tego czasu pojawią się jakiekolwiek symptomy. Bardzo prawdopodobne, że ostatecznie ją odwołam.

Wylewam resztki herbaty do zlewu i wstawiam kubek do zmywarki. Wyjmuję z szafki filiżankę oraz małą kawiarkę i idę do lodówki po kawę. Podczas gdy kawiarka perkocze, opieram się o kuchenny blat i wysyłam mężowi esemes z przypomnieniem, żeby sprawdził winietę podatkową na swoim samochodzie, jako że i tak zamierzam dziś kupić nową dla siebie. Od kiedy nasze dzieci opuściły rodzinne gniazdo, troszczymy się nawzajem o swoje auta. Przynajmniej nie uciekliśmy się do kupna kotów.

Dopiero po trzech dniach zaczynam się czuć wykorzystana. Nieźle, myślę sobie. Całkiem nieźle. Odrobina melancholii dopada mnie tylko dlatego, że w piątek muszę się wybrać do dzielnicy Westminster, nie do pałacu, ale na umówione śniadanie z Markiem, współpracownikiem z Instytutu Beauforta. Normalnie spędzam w biurze tylko poniedziałki i wtorki. Pełnię funkcję honorowego członka rady naukowej, co zdaniem władz instytutu - aż dziw o tym myśleć - podnosi status placówki. Poprosiłam Marca, żeby spotkał się ze mną poza terenem instytutu. Jeśli pójdę do biura, nie opuszczę go do końca dnia.

Powrót w okolice pałacu Westminster przypomina mi, że nie zostałam tutaj ponownie zaproszona - przez ciebie oczywiście. Nie pragnąłeś tego spotkania, nie zabiegałeś o nie. Nawet o to nie spytałeś.

Marc jest menedżerem do spraw zasobów ludzkich, co oznacza, że jego poczucie humoru zostało usunięte chirurgicznie. Chce ze mną omówić możliwość pracy na zastępstwo, za koleżankę, która bierze urlop macierzyński. Zrezygnowałam z etatu w Instytucie Beauforta, bo nie mogłam już znieść codziennych dojazdów. Myśl o tym, że musiałabym znowu to robić przez sześć miesięcy, sprawia, że mam ochotę zacząć walić głową o krawędź restauracyjnego stolika, podczas gdy Marc przedstawia mi zasady i warunki.

Gdy spotkanie dobiega końca, myślę sobie, że powinnam wrócić prosto do domu i uporać się ze stertą faktur piętrzących się na brzegu mojego biurka. Zamiast tego dochodzę do wniosku, że skoro jest piątek i świeci słabe późnozimowe słońce, równie dobrze mogę przejść się do pałacu Westminster. Gdy tam docieram, okrążam Parliament Square i przechodzę spacerowym krokiem przez most, po czym zatrzymuję się i opieram o kamienną balustradę, obserwując turystów unoszących iPady, żeby zrobić zdjęcie Big Benowi. Mężczyzna na drugim krańcu mostu gra na dudach. Mewy skrzeczą w akompaniamencie. Gdy w końcu nudzi mi się obserwowanie turystów, odwracam się do nich plecami i spoglądam na rzekę. Myślę o tym, jak klęczałeś u moich stóp, wkładając mi but. Przypominam sobie, jak położyłam ci dłoń na policzku, a czułość tego gestu wywołała twój uśmiech. Chcę, żeby to wydarzyło się znowu, chociaż wciąż nie jestem pewna, co takiego się stało. Uświadamiam sobie, że moje racjonalne zachowanie, umawianie wizyty w klinice, dojrzałość w obliczu całej tej sytuacji to tylko pozory. Nie mogę przestać o tobie myśleć, nie mogę przestać myśleć o tym, jak napierałeś na mnie swoim ciałem, jak powoli wyciskałeś ze mnie dech, gdy całowaliśmy się oparci o tamte drzwi. Przez cały tydzień kręciło mi się od tego w głowie.

Głupia, strofuję siebie. Już nigdy więcej go nie zobaczysz, przyzwyczaj się do tej myśli. Przetraw ją. Gdybyś dała mu kosza w tej kaplicy, zażądałby twojego imienia i numeru telefonu i uganiałby się za tobą przez cały tydzień niczym pocisk sterowany za pomocą termolokacji. Ale nie zrobiłaś tego, prawda? Uległaś mu. Od tamtej pory pewnie nawet o tobie nie pomyślał.

Oczywiście tylko zgaduję. Nie wiem nic o seksie bez zobowiązań. Seks zawsze oznaczał dla mnie początek czegoś. Zwierzęta nie uprawiają przypadkowego seksu, bo kierują się wyłącznie biologicznym imperatywem - chociaż możliwe, że właśnie to czyni wszelkie ich kontakty przypadkowymi, gdyby spojrzeć na to z antropomorficznego punktu widzenia. Ludzkie pragnienie przypadkowego seksu to interesujący eksperyment, zderzenie między natychmiastową gratyfikacją a postępowaniem w interesie przedłużenia gatunku. "Za dużo myślisz - lubił mawiać mój pierwszy chłopak - na tym polega twój problem". Był seksistowskim draniem. I pewnie wciąż nim jest.

Obserwuję szare wody Tamizy przesuwające się pod mostem Westminsterskim, płynące bezgłośnie i bez końca, aż do morza. Zwierzęta nie rozważają powodów, dla których chcą się parzyć, podobnie jak woda nie myśli o tym, że pragnie płynąć z nurtem. Grupa mijających mnie turystów pokrzykuje radośnie po hiszpańsku. Kretynka, odzywa się cichy, rozbawiony głos w mojej głowie. Zostałaś wykorzystana. Czego się spodziewałaś? Bukietu kwiatów? Przynajmniej zdobyłaś nowe doświadczenie.

Zachowuję się tak dorośle, tak dobrze sobie z tym wszystkim radzę, tak racjonalnie, że pozostawiam rzekę turystom, przechodzę przez Bridge Street i zbliżam się do wejścia do Portcullis House, mimo że nie mam tu dziś do załatwienia żadnej sprawy. Przechodzę przez pierwsze obrotowe szklane drzwi i przystaję z wahaniem, dopóki nie zauważę znajomej strażniczki - dużej kobiety, która obszukiwała mnie we wtorek. Mam na sobie te same botki. Uśmiecha się do mnie, a ja kręcę głową.

- Nie mam dziś spotkania. Zastanawiałam się tylko, czy we wtorek nikt nie znalazł szalika.

Kobieta opiera się o urządzenie rentgenowskie. Nie ma kolejki, więc jest wyraźnie znudzona i z radością wdaje się w rozmowę:

- A jak wyglądał?

Myślę o moim nowym wełnianym szaliku, tym, który leży schludnie złożony na górnej półce w naszej garderobie.

- Jest szary z białym wzorem - mówiąc to, zerkam przez szklane przepierzenie w stronę kawiarni w atrium, w stronę łukowatch schodów prowadzących do pokojów obrad, jakby istniała jakakolwiek szansa, że akurat w tym momencie będziesz tamtędy przechodził.

Kobieta drapie się w ucho i marszczy nos.

- Nawet gdyby zostawiła go pani tutaj i tak powędrowałby do biura, ale nie przypominam go sobie. Może pani wysłać mail z zapytaniem. Sporządziłabym notatkę, ale i tak przechodziłaby przez wewnętrzny system z dziesięć dni.

- W porządku, dziękuję.

Wychodzę z powrotem na dwór. Blask słońca kłóci się z lodowatym wiatrem wiejącym od rzeki, ale przez kilka minut stoję na stopniach i rozglądam się, jakbym na kogoś czekała. Boże, jesteś żałosna, myślę sobie.

Jest piątek. Żaden wolny strzelec nie pracuje w piątki, chociaż lubimy udawać, że owszem. Postanawiam się przejść do Piccadilly. Może zajdę do księgarni albo do Królewskiej Akademii Sztuki. A może po prostu wrócę na przedmieścia, tam gdzie moje miejsce.

Skręcam z Bridge Street na Parliament Square i przechodzę pod frontową ścianą pałacu Westminster, gdzie turyści pozują po kolei u boku poważnego uzbrojonego policjanta przy wejściu dla parlamentarzystów, a protestujący przeciwko wojnie stoją przed swoimi namiotami po drugiej stronie ulicy. Kilka kroków stąd znajduje się wyjście, którym opuściłam budynek we wtorek, wciąż na drżących nogach, żeby pokręcić się przez kilka minut po okolicy, wdychając zimne powietrze, zanim wrócę przez Portcullis House na popołudniową sesję. Na nowo przeżywam to wszystko. Mijam brzydki blok, w którym mieści się Centrum Konferencyjne Królowej Elżbiety i zbliżam się do Storey's Gate. Postanawiam przekroczyć Birdcage Walk i pójść skrajem parku Świętego Jakuba. Jest to park, który wydaje mi się inny za każdym razem, gdy przez niego przechodzę. Tym razem zauważam łabędzie, chatkę rodem z bajki o Jasiu i Małgosi oraz fontannę wypełnioną wodą - Boże, jakież to oczywiste. Próbuję stłumić melancholię, ostatecznie nie zasługuję na to. Staram się cieszyć udawaniem turystki we własnym mieście. Myślę o tym, jak rzadko chadzam na spacery - normalnie moje życie to kakofonia ostatecznych terminów. Przekraczam The Mall, wspinam się po schodach przylegających do Carlton House Terrace i skręcam w lewo w Pall Mall, żeby skrócić sobie drogę przez plac Świętego Jakuba. Mogłabym tu trochę posiedzieć, ale jest zimno, zresztą leży on za blisko mojego biura. Zmierzam w górę Duke of York Street, szukając kawiarni. Jestem już dość blisko Piccadilly, z dala od okolic pałacu. Mogę się zatrzymać na kawę bez poczucia, że cię śledzę, że kręcę się w pobliżu miejsc, w których mógłbyś być. Usiądę gdzieś i będę udawać, że sprawdzam pocztę na telefonie, jednocześnie obserwując innych ludzi i oceniając, jak celowe są ich działania w porównaniu z moimi. Będę to robić dopóty, dopóki nie zdołam już dłużej się oszukiwać, a wtedy wrócę do domu.

W połowie ulicy, po lewej, widzę włoską kawiarenkę z kelnerami i okrągłym stolikiem w wykuszowym oknie, idealną do moich celów. Gdy otwieram drzwi, rozlega się brzęk staromodnego dzwonka. Wewnątrz jest ciepło. Nie gra muzyka. Ktoś nawet zostawił dla mnie na stole zwiniętą gazetę.

Siadam i zastanawiam się, co bym zrobiła, gdybym zobaczyła, że przechodzisz ulicą. Nie mogłabym wybiec z kawiarni i cię zawołać. Nie znam twojego imienia.

Dlaczego ja? Właśnie to naprawdę chciałabym wiedzieć. Dlaczego ja?

Gdy tak siedzę pogrążona w wewnętrznym, przyjemnie bezcelowym dialogu - muszę zaznaczyć, że nie jest on przygnębiający, wciąż podchodzę do całej sprawy bardzo racjonalnie - widzę, jak idąca chodnikiem kobieta zatrzymuje się i wdaje w kłótnię z kierowcą zielonej furgonetki zaparkowanej przy krawężniku. Mówi coś ostro, a mężczyzna tylko wygodniej rozpiera się na siedzeniu, pali i patrzy prosto przed siebie. Jego duże ciężkie ramię zwisa z okna. Z ruchu jego warg można wywnioskować, że zajadle przeklina kobietę.

On musi ciągle to robić, myślę, i oczywiście chodzi mi o ciebie, nie o kierowcę. Przypominam sobie twoją spokojną pewność siebie, powolne, skradające się ruchy, brak jakiegokolwiek niepokoju czy pośpiechu. Wiedziałeś dokładnie, co zamierzasz. Zastanawiam się teraz, jak często to robisz. Zastanawiam się, czy to dla ciebie jakaś gra. Może próbujesz zaliczyć jedną tygodniowo? Myślę o tych wszystkich gabinetach parlamentarzystów, o niekończących się korytarzach, szatniach, toaletach i pakamerach. Być może - i to jedno sprawia, że się wzdragam, chociaż próbuję się zachowywać jak dorosła kobieta - należysz do jakiegoś internetowego klubu, którego członkowie chcą wygrać ranking na najbardziej absurdalny lub mało prawdopodobny numerek. Środek dnia w sercu najstarszej demokracji na świecie... Za to musi być chyba sporo punktów. Sęk w tym, i jest to tylko oznaka próżności - albo optymizmu - z mojej strony, że wykazujesz się pewnym poziomem dobrego gustu. Nie sądzę, byś uprawiał dogging na parkingach supermarketów w Essex. Powolny wdzięk, uprzejmość, z jaką postanowiłeś podniecić kobietę, której nigdy wcześniej nie spotkałeś. W tym, co robiłeś, nie było niczego szorstkiego ani wstrętnego. Patrzyłeś mi w oczy, po fakcie mnie pocałowałeś, przykląkłeś u moich stóp, pomagając włożyć but... Prowadzisz niewątpliwie bogate życie seksualne i lubisz ryzykowny seks z obcymi kobietami w nietypowych miejscach - ale jesteś też bardzo dobrze wychowany. Nie sugeruję jednak, że z moralnego punktu widzenia istnieje jakakolwiek różnica między tym, co zrobiliśmy my, a tym, co robią osoby uprawiające dogging na parkingach supermarketów w Essex. To jedno i to samo. Kamienne elementy elewacji, mozaiki i marmur - po prostu mieliśmy bardziej luksusowe tło dla naszych poczynań niż skarłowaciały żywopłot i rząd kontenerów do segregacji odpadów, i tyle.

Rozmyślając o tym wszystkim, stwierdzam, że kłótliwa kobieta gdzieś zniknęła, a kierowca zielonej furgonetki, wciąż rzucając przekleństwami, odjeżdża. Gdy auto się oddala, widzę, że po drugiej stronie ulicy, na chodniku stoi mężczyzna w granatowym garniturze w prążki i patrzy na mnie, siedzącą w oknie kawiarni. Tym mężczyzną jesteś ty.

***

Sześć miesięcy później, już po wypadku samochodowym i naszym rozstaniu, które po nim nastąpiło, opowiedziałeś mi o tym dniu, gdy zeszliśmy się na krótko i leżeliśmy w łóżku w pustym mieszkaniu w Vauxhall. Opowiedziałeś mi, że zobaczyłeś mnie na obrazie z kamer monitorujących wejście do Portcullis House, wyszedłeś z budynku, podczas gdy ja stałam na zewnątrz, i postanowiłeś pójść za mną. Zauważyłeś, gdy tylko zeszłam ze schodów, że zamierzam włóczyć się bez celu. Byłeś zaledwie kilka metrów za mną, gdy przecinałam Parliament Square. W którymś momencie, gdy spacerowałam przez park Świętego Jakuba, odwróciłam się i rozejrzałam. Pomyślałeś, że może cię zauważyłam, więc zostałeś trochę z tyłu. Ale gdy tylko stało się jasne, że nie jestem świadoma twojej obecności, znowu się do mnie zbliżyłeś i zaryzykowałeś, idąc tuż za mną po Duke of York Street. Nie odwróciłam się ponownie. Obserwowałeś, jak wchodzę do kawiarni i siadam przy stoliku. Postanowiłeś trochę poczekać i przekonać się, czy nie jestem z kimś umówiona. Stałeś po drugiej stronie ulicy, w drzwiach sklepu, i chociaż wyglądałam przez okno - a właściwie spoglądałam w dal - przez większość czasu, gdy tam siedziałam, nie zauważyłam cię. "Ludzie widzą to, co spodziewają się zobaczyć", powiedziałeś. Wyjaśniłeś, że obserwowałeś mnie z przyjemnością, że podniecało cię, iż na mnie patrzysz, podczas gdy ja nie wiem, że tam jesteś. A ja powiedziałam ci, że nie zauważyłam cię głównie dlatego, że byłam pogrążona w myślach o tobie. To sprawiło ci ogromną satysfakcję. Tyle udało ci się odgadnąć. Po sposobie, w jaki wyglądałam przez okno, po zamyślonym ułożeniu moich warg zdołałeś stwierdzić, że myślę o tym, co zrobiliśmy w kaplicy. Twoja arogancja mnie zirytowała. Odwróciłam się na plecy, odsuwając od ciebie, i próbowałam wykręcić kota ogonem, twierdząc, że tamtego dnia w kawiarni nie myślałam o tobie wcale, że zastanawiałam się nad wprowadzeniem, które musiałam napisać do nowego podręcznika akademickiego - zbioru esejów szeroko traktujących temat biologii molekularnej. Wiedziałeś, że kłamię. Przeturlałeś się na mnie, jedną ręką unieruchomiłeś mi dłonie nad głową, a palcami drugiej zacząłeś dźgać mnie w bok, aż w końcu przyznałam, że myślałam o tobie, o tobie, o tobie... Gdy w końcu dałam za wygraną, piszcząc i błagając o litość, leżeliśmy przytuleni przez długą chwilę, aż wreszcie uniosłam palec, powiodłam nim po krzywiźnie twojego ramienia i zapytałam:

- Ale skąd wiedziałeś, że będę w pałacu Westminster tamtego dnia?

- Po prostu miałem przeczucie, to wszystko - powiedziałeś, lekko wzruszając ramionami. - Czułem, że warto się tam pojawić. A może... - dodałeś, gdy popatrzyłam na ciebie, i podparłeś głowę na ręce zgiętej w łokciu, wpatrując się we mnie z wystudiowaną swobodą - a może obserwowałem transmisję z kamer bezpieczeństwa przy wejściu każdego ranka od wtorku, mając nadzieję, że cię zobaczę...

Dalej patrzyłam na ciebie i twoja twarz nagle stężała.

- A może poprosiłem kilku znajomych, żeby mnie zaalarmowali, gdy pojawisz się przy stanowisku kontroli bezpieczeństwa.

Patrzyłeś mi w oczy twardo, nieustępliwie, dopóki nie zauważyłeś, że przez moją twarz przemyka cień prawdziwego zwątpienia, a wtedy uśmiechnąłeś się i powiedziałeś:

- Tylko żartuję! To był zbieg okoliczności...

Leżeliśmy półnadzy. Od spotkania, które omawialiśmy, minęło sześć miesięcy i cały świat wydarzeń. Teraz widzę cię, jak stoisz po drugiej stronie ulicy, i nagle czuję, że uśmiecham się szczerze. Mój uśmiech jest odzwierciedleniem twojego, mimo że między nami wte i wewte przejeżdżają samochody. Uśmiech opuszcza twoją twarz tylko na moment, gdy rozglądasz się, przechodząc przez jezdnię. A potem jesteś tam ze mną, w kawiarni, zrelaksowany w swoim granatowym prążkowanym garniturze (przemyka mi przez myśl, że nie wygląda równie elegancko jak ten szary). Właściwie to wypełniasz sobą tę kawiarenkę. Sam twój uśmiech mógłby to zrobić; zęby i oczy, właśnie to dziś w tobie zauważam.

- Proszę, proszę - mówisz, odsuwając krzesło i siadając naprzeciwko mnie przy małym okrągłym stoliku. - A więc jednak zamierzasz postawić mi tę kawę.

Odwracam się, żeby wezwać kelnerkę. To w trakcie tego spotkania zapytam po raz pierwszy z wielu:

1

Gdybym miała zacząć od początku, tak naprawdę musiałabym zacząć dwukrotnie. Wszystko zaczęło się tamtego zimnego marcowego dnia w kaplicy Świętej Marii w pałacu Westminster, pod wizerunkami świętych torturowanych na wszelkie możliwe sposoby. Wszystko zaczęło się tamtej nocy, gdy wstałam z łóżka o czwartej nad ranem. Nie cierpię na bezsenność. Nigdy nie zdarzało mi się, żebym wierciła się w łóżku noc po nocy, nie mogąc zasnąć. Nigdy nie spędzałam tygodni pogrążona w posępnym wyczerpaniu, z poszarzałą twarzą, zachowując przy tym wyjątkową ostrożność. Ale raz na jakiś czas budzę się nagle z niewiadomych przyczyn - i tak właśnie stało się tamtej nocy. Moje powieki uniosły się, a umysł natychmiast odzyskał przytomność. Mój Boże, pomyślałam, stało się... Zaczęłam analizować to, co się wydarzyło, i z każdą chwilą wydawało mi się to jeszcze bardziej niedorzeczne. Przekręciłam się z wysiłkiem pod kołdrą i zamknęłam oczy, ale natychmiast otworzyłam je z powrotem. Wiedziałam, że sen nie powróci co najmniej przez godzinę. Samoświadomość to jedna z głównych zalet starzenia się. To nasza nagroda pocieszenia.

O takiej godzinie człowiek nie może liczyć na przenikliwość czy jasność umysłu. Jest tylko niekończąca się kotłowanina myśli, z których każda wydaje się bardziej bezładna i zawiła od poprzedniej. Więc wstałam. Mąż spał twardo, słyszałam jego ciężki, chrapliwy oddech. "W trakcie nocy mężczyźni potrafią osiągnąć stan wegetatywny - zażartowała kiedyś Susannah. - To dobrze znana przypadłość".

Wyślizgnęłam się z łóżka, a ponieważ chłód panujący w pokoju zmroził mi skórę, zdjęłam polarowy szlafrok z haczyka na drzwiach i - pamiętając, że kapcie zostawiłam w łazience - zamknęłam je za sobą delikatnie, bo nie chciałam obudzić męża. Mężczyzny, którego kocham.

I chociaż o takiej godzinie człowiek nie może liczyć na przenikliwość i jasność umysłu, pozostaje mu jeszcze komputer. Mój stoi na poddaszu, w pokoju ze skośnym sufitem z jednej strony i szklanymi drzwiami prowadzącymi na mały, wychodzący na ogród balkonik z ozdobną balustradą z drugiej. Mamy z mężem oddzielne gabinety. Jesteśmy jedną z tych par. Na ścianie mojego wisi plakat przedstawiający podwójną spiralę. Są tu również marokański dywan i gliniana miseczka na spinacze, którą nasz syn zrobił dla mnie, gdy miał sześć lat. W kącie leży sterta magazynów "Science", dorównująca wysokością mojemu biurku. Trzymam ją w rogu pokoju, żeby się nie zawaliła. W gabinecie mojego męża stoi biurko ze szklanym blatem. Są tu białe półki wpuszczone w ścianę i jedna czarno-biała fotografia przedstawiająca trolejbus z San Francisco, mniej więcej z 1936 roku, oprawiona w bukową ramę i powieszona nad komputerem. Jego zawód nie ma nic wspólnego z trolejbusami - specjalizuje się w anomaliach genetycznych u myszy. Ale chciałby mieć zdjęcie myszy na ścianie mniej więcej tak bardzo jak pluszową mysz w swoim głębokim fotelu. Jego komputer to ascetyczny prostokąt pozbawiony kabli. Długopisy i materiały biurowe przechowuje w małym szarym bloku szuflad pod biurkiem. Materiały źródłowe ustawił w kolejności alfabetycznej.

Jest coś ekscytującego we włączaniu komputera w środku nocy. Cichy szum, niebieskie światełko jarzące się w ciemnościach, wrażenie, że robi się coś, czego inni teraz nie robią, i czego samemu też nie powinno się teraz robić.

Po włączeniu komputera podeszłam do grzejnika olejowego stojącego pod ścianą - zazwyczaj tylko ja przebywam w domu w trakcie normalnych godzin pracy, więc mam tutaj własny grzejnik. Kliknęłam przełącznik i urządzenie zatrzeszczało, gdy olej w środku zaczął się nagrzewać. Wróciłam do biurka, usiadłam w czarnym skórzanym fotelu i otworzyłam nowy dokument.

Drogi X,

jest trzecia nad ranem, mój mąż śpi na dole, a ja siedzę w pokoju na poddaszu i piszę ten list do Ciebie - mężczyzny, którego spotkałam tylko raz i niemal z pewnością nigdy już nie spotkam. Zdaję sobie sprawę, że to odrobinę dziwne pisać list, który nigdy nie zostanie przeczytany, ale jedyną osobą, z którą kiedykolwiek będę mogła o Tobie porozmawiać, jesteś Ty sam.

X. Fakt, że jest to genetyczne odwrócenie, sprawia mi przyjemność - chromosom X, jak zapewne wiesz, dotyczy kobiet. To chromosom Y sprawia, że z wiekiem wyrastają Ci włosy z uszu i możesz cierpieć na ślepotę barw jak wielu mężczyzn. W tym też jest coś satysfakcjonującego, zwłaszcza gdy pomyślę o tym, gdzie byliśmy wczoraj... Dzisiejszej nocy, teraz, synergia jest wszędzie. Wszystko sprawia mi przyjemność.

Specjalizuję się w sekwencjonowaniu białek. To nawyk, którego trudno się pozbyć. Rozprzestrzenia się na resztę życia i pod tym względem nauka jest bliska religii. Gdy zaczęłam swój staż podoktorski, wszędzie widziałam chromosomy: w strużkach deszczu spływającego po szybie, w rozpraszających się smugach kondensacyjnych pozostawianych przez samolot.

X ma tak wiele zastosowań, Mój Drogi X - od potrójnego XXX, oznaczającego filmy dla dorosłych, do najniewinniejszych pocałunków czy znaku, jakim podpisuje się dziecko na kartce urodzinowej. Gdy mój syn miał sześć lat, pokrywał dla mnie iksami całe kartki. Robiły się mniejsze i mniejsze, w miarę jak zbliżały się do krawędzi. Starał się zmieścić ich jak najwięcej, jakby chciał pokazać, że na kartce nie da się odzwierciedlić wielości iksów istniejących na świecie.

Nie znasz mojego imienia, a ja nie zamierzam Ci go zdradzić, ale zaczyna się na literę Y - to kolejny powód, dla którego lubię nazywać Ciebie mianem X. Trudno mi się oprzeć myśli, że odkrycie Twojego imienia byłoby dla mnie rozczarowaniem. Może Graham? Kevin? Jim? X jest lepsze. W ten sposób możemy robić cokolwiek.

W tym momencie uznałam, że muszę pójść do toalety, więc przerwałam pisanie i wróciłam do komputera po dwóch minutach.

Musiałam przerwać pisanie. Wydawało mi się, że słyszałam jakieś dźwięki na dole. Mój mąż często wstaje nocą do toalety - któryż mężczyzna po pięćdziesiątce tego nie robi? Ale ostrożność była niepotrzebna. Nawet gdyby się obudził i zobaczył, że mnie nie ma, gdyby odkrył, że siedzę tutaj na górze przy komputerze, nie byłoby to dla niego zaskoczeniem. Zawsze miewałam problemy ze snem. To dzięki temu udało mi się tyle osiągnąć. Niektóre z najlepszych artykułów napisałam o trzeciej nad ranem.

On jest życzliwym człowiekiem, mój mąż, dużym, łysiejącym. Nasze dzieci mają po dwadzieścia kilka lat. Córka mieszka w Leeds i też jest naukowcem, chociaż nie w mojej dziedzinie. Jej specjalnością jest hematologia. Syn mieszka obecnie w Manchesterze. Ze względu na scenę muzyczną, jak mówi. Pisze piosenki. Myślę, że jest całkiem utalentowany - oczywiście, jestem jego matką - ale chyba jeszcze nie znalazł swojego powołania. Może trudno mu pogodzić się z tym, że jego siostra robi karierę akademicką - jest przecież młodsza od niego, chociaż niewiele. Zdołałam ją począć, gdy miał zaledwie sześć miesięcy.

Ale podejrzewam, że nie interesuje Cię moje życie rodzinne, podobnie jak mnie nie interesuje Twoje. Oczywiście widziałam grubą złotą obrączkę na Twoim palcu, a Ty spostrzegłeś, że ją zauważyłam. Spojrzenie, jakie w tym momencie wymieniliśmy, oznaczało zgodę na niepisane zasady dotyczące tego, co mieliśmy zamiar zrobić. Wyobrażam sobie Ciebie w wygodnym podmiejskim domu, podobnym do mojego. Twoja żona jest zapewne jedną z tych smukłych, atrakcyjnych kobiet, które nie wyglądają na swój wiek, schludna i kompetentna, pewnie blondynka. Na oko macie troje dzieci, dwóch chłopców i dziewczynkę, Twoje oczko w głowie? To wszystko spekulacje, ale jak już wspomniałam, jestem naukowcem. Spekulowanie to moja praca. Jeśli chodzi o dane empiryczne na Twój temat, wiem jedno: uprawiając seks z Tobą, czułam się tak, jakbym była pożerana przez wilka.

Chociaż grzejnik działał na najniższej mocy, pokój nagrzał się szybko i zaczęłam odczuwać senność. Pisałam niemal godzinę, siedząc w wyściełanym skórzanym fotelu, i zmęczyły mnie prostowanie pleców oraz mój sarkastyczny ton. Przejrzałam list, tu i tam doszlifowując sformułowania, i zauważyłam, że w dwóch miejscach okazałam się mniej niż szczera. Pierwszy fałsz był zaledwie małą nieprawdą, jednym z tych drobnych aktów automitologizacji, gdy umniejszasz lub wyolbrzymiasz jakiś szczegół w ramach skrótu, chcąc opowiedzieć komuś o sobie - w takiej sytuacji celem jest raczej zwięzłość niż oszustwo. Chodziło o ten fragment, w którym twierdziłam, że najlepsze artykuły piszę o trzeciej nad ranem. Wcale tak nie jest. To prawda, że czasami wstaję i pracuję w nocy, ale nigdy nie tworzę wtedy nic dobrego. Moje najlepsze teksty powstają około dziesiątej rano, tuż po śniadaniu składającym się z tosta z gorzką marmoladą i bardzo dużej czarnej kawy. Drugie miejsce, w którym porzuciłam prawdomówność, wiązało się z większym kłamstwem. To był ten fragment, w którym mówiłam o synu.

Zamknęłam list, tytułując plik VATquery3. Potem ukryłam go w folderze o nazwie LettAcc. Przez chwilę przyglądałam się sobie samej podczas wykonywania tej sztuczki - jak wtedy, gdy w kaplicy ponownie nakładałam szminkę. Osunęłam się w fotelu i zamknęłam oczy. Chociaż na zewnątrz wciąż było ciemno, słyszałam ciche ćwierkanie - optymistyczną uwerturę ptaków przeciągających się i trzepoczących skrzydłami o świcie. To był jeden z powodów, dla których przeprowadziliśmy się na przedmieścia - ten świergoczący mały chór. Chociaż po kilku tygodniach stał się równie irytujący, jak niegdyś był przyjemny.

Jednorazowa akcja, to wszystko. Nic się nie stało. Epizod. W nauce akceptujemy aberracje. Dopiero gdy zaczynają się powtarzać, zatrzymujemy się i próbujemy odszukać wzorzec. Ale cała nauka polega na niepewności, na akceptowaniu anomalii. Anomalie są tym, co nas stworzyło. "Wyjątek potwierdza regułę" to aksjomat. Gdyby nie było reguły, wyjątek nie mógłby istnieć. Właśnie to próbowałam wyjaśnić komisji kilkanaście godzin wcześniej.

***

Śnieg wisiał w powietrzu - to pamiętam z tamtego dnia. Czuć było ten gęsty i szczególny chłód. Obietnica śniegu, myślałam sobie, idąc w kierunku pałacu Westminster. To była przyjemna myśl, bo miałam na nogach nowe botki z krótką cholewką, z lakierowanej skóry, ale na niskim obcasie; tego rodzaju, jakie kobieta w średnim wieku wkłada, żeby poczuć się młodziej. Co jeszcze? Co przyciągnęło twój wzrok? Szara dzianinowa sukienka w bladym odcieniu, miękka i z kołnierzem? Na wierzch włożyłam dopasowany wełniany żakiet, czarny z dużymi srebrnymi guzikami. Włosy miałam świeżo umyte - może to pomogło. Niedawno je wycieniowałam i rozjaśniłam pasemkami w odcieniu prażonych migdałów. Chyba byłam z siebie zadowolona, w zwyczajny sposób.

Jeśli mój opis samej siebie brzmi odrobinę próżnie, to dlatego że jestem, to znaczy byłam, zadowolona z siebie, dopóki cię nie spotkałam i nie wydarzyło się to wszystko. Kilka tygodni wcześniej podrywał mnie chłopak młodszy ode mnie o połowę - o tym później - i to znacznie zwiększyło moją pewność siebie. Odmówiłam mu, ale fantazje, które snułam na jego temat przez jakiś czas, wciąż sprawiały mi radość.

Już po raz trzeci miałam występować przed komisją rządową i dokładnie znałam całą procedurę - właściwie to poprzednią prezentację przeprowadziłam zaledwie wczoraj. Przepchnęłam się przez obrotowe drzwi Portcullis House i rzuciłam torbę na taśmę urządzenia rentgenowskiego. Skinęłam głową ochroniarzowi, uśmiechając się, i oznajmiłam, że specjalnie włożyłam tę samą masywną srebrną bransoletkę co wczoraj, żeby znowu załapać się na darmowy masaż. Odwróciłam się, żeby zrobiono mi zdjęcie do dziennej przepustki. Tak jak poprzedniego dnia bramka zapiszczała, gdy przechodziłam, więc uniosłam ręce, żeby duża strażniczka mogła mnie zrewidować. Ponieważ jestem kobietą patologicznie wręcz praworządną, zawsze czuję ekscytację na myśl, że muszę zostać przeszukana - czy tutaj, czy na lotnisku. Przeżywam rozczarowanie, jeśli nie uruchomię alarmu. Strażniczka szorstko przesunęła dłońmi wzdłuż moich ramion, potem odwróciła dłonie i złożyła je jak do modlitwy, żeby przejechać ich krawędziami między moimi piersiami. Strażnicy płci męskiej stali i przyglądali się nam, co sprawiło, że rewizja wydała mi się bardziej dwuznaczna, niż gdyby sami ją przeprowadzali.

- Ładne botki - powiedziała strażniczka, ściskając je lekko obiema dłońmi. - Założę się, że okażą się przydatne.

Wstała, odwróciła się i wręczyła mi przepustkę na smyczy. Powiesiłam ją na szyi, po czym nachyliłam się, by przycisnąć do czytnika, dzięki któremu otworzyły się przede mną drugie szklane drzwi.

Miałam stanąć przed komisją dopiero za pół godziny - przybyłam wystarczająco wcześnie, żeby kupić duże cappuccino i zasiąść przy małym okrągłym stoliku pod drzewami figowymi w atrium. Wysypałam warstewkę brązowego cukru na wierzch kawy, a potem polizałam palec wskazujący i zaczęłam wyjadać resztę kryształków z papierowej saszetki, jednocześnie przeglądając notatki, które sporządziłam poprzedniego dnia. Przy stolikach wokół mnie siedzieli parlamentarzyści wraz z gośćmi, urzędnicy, pracownicy gastronomii mający akurat przerwę, dziennikarze, pracownicy naukowi, pracownicy sekretariatów i obsługi technicznej... Tak toczyło się zwykłe, codzienne życie rządu, rutyna, szczegóły, klej, który spaja to wszystko. Wezwano mnie tutaj, żebym pomogła komisji wypowiedzieć się na temat zalecanych ograniczeń w technologii klonowania. Większość ludzi wciąż uważa, że właśnie tym zajmują się genetycy, jakby przeprowadzali wyłącznie eksperymenty hodowlane, by ustalić, ile identycznych owiec, myszy albo roślin możemy stworzyć. Nieskończenie wielkie plony pszenicy, kwadratowe pomidory, świnie, które nigdy nie zachorują ani nie sprawią, że my się pochorujemy - od lat te same mało subtelne debaty. Moja pierwsza prezentacja odbyła się trzy lata temu, ale gdy teraz ponownie mnie wezwano, wiedziałam, że będę przywoływać dokładnie te same argumenty.

Chcę przez to wszystko powiedzieć, że tamtego dnia byłam w dobrym humorze, ale poza tym był on zupełnie zwyczajny. A jednak nie był, prawda? Siedziałam tam, popijając kawę i zakładając włosy za ucho, ze wzrokiem utkwionym w notatkach, i przez cały czas nie byłam świadoma tego, że mnie obserwujesz.

***

Później opisałeś ten moment z własnego punktu widzenia, ze wszystkimi szczegółami. W którymś momencie podniosłam wzrok i rozejrzałam się, jakby ktoś wymówił moje imię, po czym wróciłam do notatek. Zastanawiałeś się, dlaczego to zrobiłam. Kilka minut później podrapałam się w prawą nogę. Potem potarłam spód nosa grzbietem palców, aż w końcu wzięłam z blatu papierową serwetkę leżącą obok kubka z kawą i wydmuchałam nos. Wszystko to obserwowałeś, siedząc przy stoliku stojącym zaledwie dwa metry dalej, pewny tego, że nie rozpoznałabym cię, nawet gdybym spojrzała w twoją stronę, bo przecież cię nie znałam.

O dziesiątej czterdzieści osiem zamknęłam teczkę, ale nie zawracałam sobie głowy chowaniem jej z powrotem do torby, więc wiedziałeś, że mam spotkanie gdzieś w sali obrad lub pokoju konferencyjnym w pobliżu. Zwinęłam papierową serwetkę i włożyłam ją wraz z łyżeczką do kubka po kawie. Pomyślałeś, że jestem schludną osobą. Wstałam i wygładziłam sukienkę, z tyłu i z przodu, szybkimi ruchami dłoni. Przeczesałam palcami włosy. Przewiesiłam torbę przez ramię i podniosłam teczkę. Odchodząc od stolika, zerknęłam przez ramię, aby się upewnić, że niczego nie zostawiłam. Później powiesz mi, że to po tym odgadłeś, iż mam dzieci. Dzieci zawsze coś zostawiają i kiedy już wyrobisz sobie nawyk sprawdzania, trudno się go pozbyć, nawet gdy twoje pociechy dorosną i opuszczą rodzinne gniazdo. Nie odgadłeś jednak, w jakim wieku są moje dzieci, w tym przypadku źle trafiłeś. Założyłeś, że urodziłam je późno, po tym jak zrobiłam karierę, a nie jeszcze zanim się ona rozpoczęła.

Odeszłam od kawiarnianego stolika śmiałym, sprężystym - według ciebie - krokiem, wyglądałam na kobietę, która dokądś zmierza. Miałeś okazję obserwować mnie, gdy przechodziłam przez sam środek szerokiego, przestronnego i widnego atrium i wspinałam się po otwartych schodach do pokoju obrad komisji. Szłam prosto przed siebie, nie rozglądałam się wokół. Najwyraźniej nie miałam pojęcia, że mogę być obserwowana, i uznałeś to za pociągającą cechę. Powiedziałeś, że dzięki temu sprawiałam wrażenie jednocześnie pewnej siebie i odrobinę naiwnej.

Czy podejrzewałam cokolwiek tamtego dnia, gdy popijałam kawę? Później chciałeś się tego dowiedzieć, podpuszczałeś mnie, żebym przyznała, że wyczułam twoją obecność. Chciałeś, żebym była jej świadoma. Ale nie, nie w kawiarni, powiedziałam, wtedy nie miałam bladego pojęcia. Rozmyślałam o tym, jak wytłumaczyć komisji złożonej z laików, dlaczego tak wiele z naszych genów jest wyciszonych w przeciwieństwie do tych kodujących białka. Zastanawiałam się, jak najlepiej wyjaśnić, że tak niewiele wiemy.

Nie miałam bladego pojęcia? Niczego nie podejrzewałam, w ogóle? Odrobinę cię to zraniło albo udawałeś, że tak jest. Jak mogłam nie wyczuć twojej obecności? Nie, nie tam, upierałam się, ale może, chyba - nie byłam tego pewna - wyczułam coś w pokoju obrad.

Moja prezentacja poszła zgodnie z planem. Kończyłam odpowiadać na pytanie dotyczące postępów w rozwoju technik klonowania - członkowie komisji publicznych są zobowiązani do składania sprawozdań z ich działania, muszą więc zadawać pytania reprezentujące troski i niepokoje społeczeństwa. W czasie krótkiej przerwy przewodnicząca komisji poprosiła o sprawdzenie dokumentów, aby się upewnić, że porządek pytań jest właściwy. Jeden z posłów po jej prawej stronie - stojąca przed nim plastikowa tabliczka oznajmiała, że nazywa się Christopher Jakiśtam - gestykulował sfrustrowany. Ja czekałam cierpliwie. Nalałam sobie trochę więcej wody do szklanki ze stojącego przede mną dzbanka i upiłam łyk. Gdy to robiłam, ogarnęło mnie osobliwe wrażenie. Poczułam lekkie napięcie w barkach i szyi. Jakby za moimi plecami ktoś stanął. Nagle powietrze stało się gęste. Zobaczyłam, że przewodnicząca zerka nad moim ramieniem gdzieś na rzędy krzeseł za mną. Powróciła do swoich papierów, po chwili znowu podniosła wzrok i powiedziała:

- Najmocniej przepraszam, pani profesor, zaraz będę gotowa.

Pochyliła się do sekretarza siedzącego po jej lewej.

Nigdy nie byłam nauczycielem akademickim na brytyjskim uniwersytecie. Posługiwałam się tytułem profesora tylko raz, gdy przez rok nauczałam w Stanach Zjednoczonych, podczas gdy mój mąż był na wymianie naukowej w Bostonie z ramienia USCR Research Exchange Plan. Powinna tytułować mnie mianem "doktora".

Odwróciłam się. Za mną w dwóch rzędach siedzieli asystenci parlamentarni z notesami i podkładkami do pisania z klipsem - pomocnicy, którzy byli tu po to, aby się uczyć. Kątem oka dostrzegłam, że drzwi wejściowe umieszczone w rogu sali zamykają się cicho, bezszelestnie. Ktoś właśnie opuścił pomieszczenie.

- Dziękuję wszystkim za cierpliwość - powiedziała przewodnicząca, a ja odwróciłam się z powrotem w stronę członków komisji. - Christopherze, przepraszam cię, byłeś wpisany na listę z numerem szóstym, ale mam opatrzoną ręcznymi notatkami wczesną wersję i błędnie odczytałam własne pismo.

Christopher Jakiśtam prychnął, pochylił się do przodu i zaczął zadawać pytanie głosem wystarczająco podniesionym, by zdradzał jego ignorancję w dziedzinie podstaw genetyki.

***

Jakieś dwadzieścia minut później komisja zarządziła przerwę na lunch. Chociaż omówiliśmy już większość tematów, w których się specjalizuję, poproszono mnie, abym wróciła na salę po wznowieniu posiedzenia. To była asekuracja z ich strony. Nie chcieli ryzykować, że będą musieli wezwać mnie ponownie w ciągu tygodnia i pokryć moje wydatki za kolejny dzień.

Sekretarze i asystenci zaczęli opuszczać pomieszczenie, podczas gdy ja stałam i zbierałam swoje papiery. Kilku parlamentarzystów ruszyło do wyjścia dla członków komisji, a pozostali naradzali się między sobą cichymi głosami. Jedyna reporterka na sali wciąż robiła notatki.

W korytarzu aż roiło się od ludzi - najwyraźniej wszystkie komisje postanowiły się rozejść wcześniej na lunch - więc przystanęłam, zastanawiając się, czy wrócić do kawiarni w atrium, czy może w ogóle opuścić budynek. Pomyślałam, że świeże powietrze dobrze by mi zrobiło. Jadanie w tej samej kawiarni, co parlamentarzyści i ich goście, już dawno straciło dla mnie walor nowości. Podczas gdy tak stałam, wahając się, korytarz opustoszał i na jednej z ławek naprzeciwko zobaczyłam mężczyznę. Siedział i rozmawiał cicho przez komórkę, ale patrzył na mnie. Gdy zorientował się, że go zauważyłam, powiedział coś krótko do telefonu, po czym zakończył rozmowę i wsunął go do kieszeni. Wstał, nie spuszczając ze mnie wzroku. Gdybyśmy spotkali się wcześniej, jego spojrzenie mogłoby mówić: "Ach, to ty". Ale nie znaliśmy się, więc mówiło coś zupełnie innego. Wciąż jednak sprawiał wrażenie, jakby mnie rozpoznawał. Odwzajemniłam to spojrzenie i właśnie w tamtej chwili wszystko zostało przesądzone, chociaż nie rozumiałam tego przez bardzo długi czas.

Obdarzyłam go półuśmiechem i odwróciłam się, żeby ruszyć korytarzem, ale mężczyzna podążył za mną, mówiąc:

- Bardzo jasno się tam wysławiałaś. Doskonale sobie radzisz z objaśnianiem skomplikowanych zagadnień. Wielu naukowców tego nie potrafi.

- Wykładałam - odpowiedziałam - i w ciągu ostatnich lat odbyłam wiele prezentacji w instytucjach finansujących badania. Nie można ryzykować, by słuchacze poczuli się przy tobie głupio.

- Nie, przypuszczam, że to nie byłby dobry pomysł.

Jeszcze tego nie wiem, ale mężczyzna, z którym rozmawiam, to ty.

Szliśmy ramię w ramię, jakbyśmy byli przyjaciółmi albo współpracownikami, a rozmowa między nami toczyła się tak gładko, tak naturalnie - jej przypadkowy świadek uznałby, że znamy się od lat. Jednocześnie trochę brakowało mi tchu i miałam wrażenie, jakbym zrzuciła warstwę skóry, jakby coś, może po prostu wiek albo zwyczajowa rezerwa, zniknęło. Dobry Boże, pomyślałam, to nie przytrafiło mi się od lat.

- Denerwujesz się podczas prezentacji? - Rozmawiałeś ze mną całkiem normalnie, a ja szłam, pozwalając ci się prowadzić.

Zeszliśmy po schodach na parter i chociaż żadne z nas nie wskazywało drogi, a w każdym razie tak mi się wtedy wydawało, przeszliśmy przez atrium i dotarliśmy do szczytu ruchomych schodów prowadzących do tunelu, który łączy Portcullis House z głównym budynkiem pałacu Westminster. Schody były wąskie, zbyt wąskie, żebyśmy mogli stać obok siebie, a ty wskazałeś dłonią, żebym weszła na nie pierwsza. Miałam okazję ci się przyjrzeć, zobaczyć te twoje duże brązowe oczy, okulary w metalowych oprawkach w stylu retro, a może po prostu staromodne, nie potrafiłam zdecydować. Patrzyłam na twoje szorstkie brązowe włosy, nieco falujące, trochę szpakowate. Zgadywałam, że jesteś kilka lat młodszy ode mnie, ale niewiele. Byłeś o głowę wyższy, ale na ruchomych schodach zdecydowanie nade mną górowałeś. Uśmiechnąłeś się do mnie, jakbyś zdawał sobie sprawę z absurdalności tej myśli. Gdy dotarliśmy na dół, zrównałeś się ze mną krokiem. Nie byłeś uderzająco przystojny, ale coś w sposobie twojego poruszania się - jakaś elegancja i pewność siebie - zwróciło moją uwagę. Miałeś na sobie ciemny garnitur, który wyglądał na drogi, chociaż nie miałam wprawy w ocenianiu takich rzeczy. Tak, to w twoim sposobie bycia było coś atrakcyjnego, jakiś męski wdzięk. Twoje ruchy były swobodne, jakbyś dobrze czuł się w swojej skórze. Wiedziałam, że dałbyś sobie radę na korcie tenisowym. I że raczej nie jesteś parlamentarzystą.

- A więc denerwujesz się?

Dopiero gdy powtórzyłeś pytanie, zdałam sobie sprawę, że całą drogę w dół pokonaliśmy w milczeniu.

- Nie - powiedziałam. - Nie przy tych ludziach. Wiem znacznie więcej niż oni.

- Tak, niewątpliwie. - Uznanie dla moich kompetencji wyraziłeś lekkim skinieniem głowy.

W milczeniu ruszyliśmy tunelem strzeżonym przez kamienne figury lwa i jednorożca, po czym dotarliśmy do kolumnady. To było przedziwne doznanie. Szliśmy, mijając innych ludzi, odnosząc się do siebie dość poufale, mimo to wciąż się sobie nie przedstawiliśmy. Żadnych nazwisk, żadnej normalności - to dzięki temu wiedziałeś, że się zgodzę... Teraz to rozumiem. Pomijaliśmy etapy, jakby normalne zasady nas nie dotyczyły. Choć oczywiście z tego wszystkiego zdałam sobie sprawę dopiero później.

Gdy dotarliśmy do części kolumnady wychodzącej na New Palace Yard, zadrżałam i skrzyżowałam ramiona na piersi. Wydało mi się naturalne, że skręcimy w lewo i przejdziemy przez północne wrota prowadzące do Great Hall. W porze lunchu kłębił się tutaj tłum - wycieczki szkolne, studenci, turyści. Po lewej zobaczyłam kolejkę zwiedzających oddzieloną sznurem; czekali na wejście do pałacowych galerii: grupa starszych kobiet, dwóch mężczyzn w plastikowych płaszczach przeciwdeszczowych, dwoje młodych wtulonych w siebie ludzi, którzy trzymali dłonie w tylnych kieszeniach dżinsów tego drugiego.

Zatrzymaliśmy się na drugim krańcu holu. Spojrzałam za siebie, na wrota prowadzące na zewnątrz, na białe powietrze oprawione we framugi jak obrazek. Ile razy w życiu człowiek może poczuć natychmiastowy pociąg do kogoś, kogo widzi po raz pierwszy? Gdy spojrzenia spotykają się i nagle ogarnia nas przemożna świadomość, że to jest osoba, z którą zetknęło nas przeznaczenie? Trzy, może cztery razy? Wielu ludziom przytrafia się to, gdy jadą w górę ruchomymi schodami metra lub domu towarowego, podczas gdy ta druga osoba zjeżdża. A niektórzy nigdy tego nie doświadczą.

Odwróciłam się do ciebie, a ty znowu na mnie popatrzyłeś. To wszystko. Milczałeś przez chwilę, po czym zapytałeś lekkim tonem:

- Widziałaś już kaplicę Świętej Marii?

Nieznacznie pokręciłam głową.

- A chciałabyś ją zobaczyć?

Stałam wtedy na skraju urwiska. Teraz to wiem.

- Pewnie - powiedziałam, naśladując twój swobodny ton.

To się nazywa odzwierciedlanie. Ludzie robią to cały czas.

- Chodź ze mną - szepnąłeś, lekko pochylając głowę w moją stronę.

Gdy się odwracałeś, położyłeś dłoń na moim łokciu, żeby wskazać mi kierunek. Był to najdelikatniejszy z dotyków, ledwie wyczuwalny przez materiał żakietu, ale nawet gdy już zabrałeś rękę, czułam ślad twoich palców w tamtym miejscu. Razem weszliśmy po szerokich kamiennych stopniach, u których szczytu, pod ogromnym pamiątkowym witrażem stała strażniczka, tęga kobieta w okularach, z kręconymi włosami. Trzymałam się na uboczu, podczas gdy do niej podszedłeś. Przystanąłeś, żeby z nią porozmawiać. Nie słyszałam, co mówisz, ale było jasne, że żartujecie, że znasz ją dość dobrze. Gdy do mnie wróciłeś, pokazałeś mi klucz z czarnym plastikowym breloczkiem w kształcie prostokąta.

- Przypomnij mi, żebym zwrócił go Marcie, albo narobię sobie kłopotów - powiedziałeś.

Skręciliśmy. Podążyłam za tobą w dół, po mniejszych kamiennych schodkach, aż do ciężkich drewnianych drzwi. Otworzyłeś je kluczem. Weszliśmy do środka. Wrota zamknęły się za nami z hukiem. Stanęliśmy u szczytu kolejnych kamiennych schodów, tym razem dość wąskich, które prowadziły w dół krętą klatką schodową. Ty poszedłeś przodem. Na samym dole czekały na nas kolejne ciężkie drzwi.

***

Kaplica Świętej Marii jest mała i bogato zdobiona, jej łuki przypominają zwisające nisko gałęzie drzew, sufit pokrywają złote ornamenty. Główną część nawy od wejścia oddziela balustrada z żelaza kutego w misterne wzory, jest tu również ozdobne baptysterium z chrzcielnicą - parlamentarzyści mogą tutaj ochrzcić dzieci albo zawrzeć małżeństwo, mówisz mi. Nie jesteś pewien co do pogrzebów. Ściany i podłogę pokrywają płytki, kolumny są z marmuru. To bogato zdobione miejsce sprawia wrażenie sekretnego, może dlatego że znajduje się w podziemiach kościoła, w ukrytym miejscu kultu.

Idę nawą, ale panująca tu pustka pozbawia kaplicę atmosfery świętości. Nie ma tu kościelnych ław, tylko rzędy sztaplowanych krzeseł. Świątynia wygląda na nieużywaną. Moje kroki odbijają się echem od ścian. Cały sens kościoła polega na tym, że każdy może przekroczyć jego próg w dowolnej chwili - ale ta kaplica jest dostępna wyłącznie dla parlamentarzystów.

Idziesz za mną powoli, zachowując odstęp. Podeszwy twoich butów stąpają cicho po posadzce w odróżnieniu od moich botków. Chociaż jestem odwrócona do ciebie plecami, dalej opowiadasz mi o kaplicy. Przez wiele stuleci jej ściany były pokryte tynkiem, który odpadł dopiero w pożarze z 1834 roku, odsłaniając bogactwo dekoracji, zwłaszcza rzeźbione zworniki ukazujące sceny męczeństwa. Zachęcasz mnie, abym spojrzała do góry. Zauważam wizerunki torturowanych świętych... Święty Szczepan, święta Małgorzata, mówisz. Wskazujesz na pogańskie gargulce. Barbarzyństwo, myślę, średniowieczne barbarzyństwo. Pamiętam wakacje, które spędziliśmy z mężem na północy Hiszpanii, gdzie każde małe miasteczko zdawało się pamiętać o inkwizycji i szczyciło własnymi, często aż zbyt dosadnymi muzeami tortur. Marmur, kamienne elementy elewacji, misterne płytki, łacińskie inskrypcje, cały ten rytuał Wysokiego Kościoła... Nie, nie odczuwam żadnego pragnienia kontemplacji, wyłącznie umiarkowaną ciekawość. Co my tu robimy? - zastanawiam się, odwracając się powoli na jednym obcasie...

Zdaję sobie sprawę, że robię to, bo zapadła cisza. Ucichły twoje kroki na posadzce. Nie słyszę nawet twojego oddechu. Ale nie rozpłynąłeś się w powietrzu. Nie zniknąłeś ani nie ukryłeś się za filarem baptysterium. Stoisz nieruchomo i patrzysz na mnie. Odwzajemniam twoje spojrzenie i chociaż żadne z nas nic nie mówi, wiem, że to jest ten moment, w którym wkraczam na równię pochyłą.

Dźwięk twoich kroków odbija się echem, gdy do mnie podchodzisz. Unosisz lekko dłoń, a ja w zupełnie naturalny sposób unoszę swoją. Ściskasz ją, władczym gestem, który mnie pochłania. Prowadzisz mnie z powrotem nawą, na tyły kaplicy.

- Jest tutaj coś, co chcę ci pokazać - mówisz.

Wchodzimy za przepierzenie, za którym znajdują się następne ciężkie drewniane drzwi, tym razem wąskie i bardzo wysokie.

- Wejdź pierwsza, jest tam trochę ciasno - zachęcasz mnie.

Z pewnym trudem otwieram drzwi; są bardzo ciężkie. Prowadzą do malutkiego pomieszczenia z wysokim sufitem. Tuż przede mną znajduje się jasnoniebieska metalowa szafka, przypominająca szafę na dokumenty, ale z mnóstwem elektrycznych przycisków i światełek. Obok niej o ścianę opierają się brudny mop i metalowa niska drabinka. Po lewej widać plątaninę grubych kabli zasilających, pokrytych gumową izolacją, które znikają gdzieś w górze pod sufitem.

- Kiedyś to był schowek na miotły - tłumaczysz, wchodząc za mną do środka.

Pomieszczenie jest tak małe, że musisz do mnie przylgnąć, żebyśmy mogli zamknąć za sobą drzwi.

- Proszę - mówisz.

Na wewnętrznej stronie drzwi widnieje mała czarno-biała fotografia kobiety, a pod nią - mosiężna tabliczka. Emily Wilding Davison. Spoglądam na tabliczkę, zwrócona plecami do ciebie. Stoisz tuż za mną, tak blisko, że wyczuwam cię, mimo że mnie nie dotykasz - chociaż wiem, że mógłbyś to zrobić w każdej chwili. Podnosisz rękę nad moim ramieniem i wskazujesz na tabliczkę. Czuję twój oddech na włosach, gdy mówisz:

- Ukryła się tutaj w noc spisu powszechnego w tysiąc dziewięćset jedenastym roku...

- Tak, znam tę historię - wtrącam szybko, nie odwracając się, chociaż nie pamiętam szczegółów.

To historia sufrażystek. Należy do mnie, nie do ciebie. Emily Wilding Davison rzuciła się pod kopyta królewskiego konia w trakcie wyścigów konnych w Epsom. Zginęła, żeby kobiety takie jak ja mogły brać tyle rzeczy za pewnik: prawo do głosowania, do pracy, do oczekiwania, że mąż wyjmie naczynia ze zmywarki. Nie musimy oddawać naszym mężom wszystkiego, co posiadamy, gdy za nich wychodzimy. Nie musimy nawet za nich wychodzić, jeśli nie mamy na to ochoty. Możemy spać, z kim zechcemy - oczywiście zgodnie z naszym prywatnym poczuciem moralności - zupełnie jak mężczyźni. Już nikt nie ukamienuje nas na wiejskim placu ani nie umieści metalowych narzędzi tortur w naszych ustach, ani nie utopi nas w stawie, bo mężczyzna, którego zaloty odrzuciłyśmy, oskarżył nas o bycie czarownicą. Jesteśmy bezpieczne. Teraz, w tym kraju, z pewnością jesteśmy bezpieczne.

Gdy odwracam się ku tobie, wsuwasz palce w moje włosy, podczas gdy ja lekko kładę dłonie na twoich ramionach. Delikatnie odchylasz moją głowę do tyłu, zmuszając mnie, bym zamknęła oczy.

Zaczynamy się całować - twoje usta są miękkie, pełne, dokładnie takie, jakie być powinny - i uświadamiam sobie, że wiedziałam, iż to się stanie, od momentu gdy zobaczyłam cię w korytarzu przed pokojem obrad komisji. To była tylko kwestia czasu. Robisz krok do przodu i napierasz na mnie, przyciskając moje ciało do drzwi. Wyciskasz ze mnie dech i po raz pierwszy, od kiedy skończyłam dwadzieścia lat, odczuwam ten dziki, oszałamiający zawrót głowy wywołany przez pocałunek, który jest czuły, a jednocześnie nieubłagany, tak że ledwie można oddychać. Nie mogę uwierzyć w to, że całuję się z kimś zupełnie nieznajomym, i wiem, że właśnie to nieprawdopodobieństwo odpowiada za połowę ekscytacji. To nie ja przerwę pocałunek. Zamierzam kontynuować, dopóki ty nie przestaniesz, bo ta chwila całkowicie mnie pochłania.

Milczenie, zamknięte oczy, wszystkie zmysły wyostrzone i skupione na splataniu się naszych języków. Cała jestem ustami.

Potem, po dłuższej chwili robisz coś, co wyda mi się ujmujące, gdy później o tym pomyślę. Powstrzymujesz się. Przestajesz mnie całować, odchylasz głowę, a gdy unoszę powieki, patrzysz mi w oczy. Wciąż trzymasz jedną dłoń w moich włosach, podczas gdy drugą kładziesz na mojej talii. Uśmiechasz się. Nie mówimy ani słowa, ale wiem, co robisz. Sprawdzasz, czy możesz. Odwzajemniam twój uśmiech.

Wciąż nie wiem, kto był odpowiedzialny za to, co wydarzyło się potem. Czy to ty, czy ja, czy my oboje jednocześnie? Moje dłonie zsuwają się do sprzączki twojego grubego skórzanego paska - a może ty je tam spychasz? Próbuję go rozpiąć, ale drżą mi palce. Skóra jest sztywna i nieustępliwa, ani drgnie, aż w końcu musisz mi pomóc. Do kolejnego niezdarnego momentu dochodzi, gdy ciągniesz mnie za dekolt sukienki. Wciąż mam na sobie żakiet, a tobie się wydawało, że pod spodem jest bluzka. Przerywasz, zdejmujesz okulary i chowasz je do kieszeni marynarki. Podczas gdy to robisz, ja pochylam się, rozpinam jeden botek i go ściągam. Potem, niezgrabnie, bo wciąż stoję w drugim bucie, ściągam rajstopy i majtki z jednej nogi. Gdy we mnie wchodzisz, zetknięcie twojej skóry z moją wydaje się elektryzujące, przypomina elektryczność statyczną świeżo upranych ubrań. Twoja naga skóra pozostaje w kontakcie z moją tylko w tym jednym miejscu, wewnątrz mnie.

Nawet teraz wspomnienie tamtego momentu sprawia, że zamieram w połowie czynności, jakąkolwiek akurat wykonuję, i spoglądam w dal, wciąż zdumiona tym, jak łatwo do tego doszło, jak naturalne mi się to wydawało, jak coś obłożonego tyloma zakazami i konwenansami mogło się wydarzyć zaledwie dzięki usunięciu fizycznych przeszkód z naszych ciał. W jednej chwili się całujemy, co samo w sobie wydaje się niezwykłe, a w kolejnej uprawiamy seks.

Nie dochodzę. Jestem zbyt oszołomiona. Odczuwam jednak przyjemność, chociaż może to nie jest właściwe słowo. Czuję to samo zapierające dech w piersi podekscytowanie, jakie musi towarzyszyć jeździe kolejką górską, gdy można czerpać przyjemność ze strachu, bo niebezpieczeństwo jest iluzoryczne; niezależnie od tego, jak bardzo się boisz, nic ci się nie stanie. Idę z tobą. Podążam za tobą. Jestem przerażona jak diabli, ale czuję się zupełnie bezpieczna. Jeszcze nigdy tak nie było.

Po wszystkim jeszcze przez chwilę stoimy nieruchomo. Wciąż przyciskasz swoje ciało do mojego. Uświadamiam sobie, że oboje nasłuchujemy. Zastanawiam się, ile istnieje jeszcze kluczy do kaplicy. Nasłuchujemy kroków na wyłożonej płytkami podłodze, ale w krypcie panuje cisza. Jednocześnie wypuszczamy powietrze z płuc, coś pomiędzy kaszlnięciem a prychnięciem rozbawienia. To sprawia, że wysuwasz się ze mnie. Cofasz się, dociskając plecy do ściany, sięgasz do kieszeni po okulary, po czym wręczasz mi bawełnianą chusteczkę. Uśmiechasz się do mnie, a ja odwzajemniam ten uśmiech z wdzięcznością, wsuwając chusteczkę między nogi, podczas gdy ty zapinasz spodnie.

Musisz opuścić malutkie pomieszczenie pierwszy. Podnoszę swój botek z podłogi i wychodzę za tobą, z chusteczką wetkniętą między nogi, w nieładzie, utykając, podczas gdy majtki i rajstopy plączą mi się wokół kostki. Przynosisz mi jedno z krzeseł i sadzasz mnie na nim jak sanitariusz zajmujący się ofiarą wypadku drogowego. Robisz krok do tyłu, przyglądając mi się z rozbawieniem, podczas gdy ja rzucam but na podłogę, żeby mieć obie ręce wolne, i unoszę się lekko, naciągając majtki. Z rajstopami mam mały problem, bo nogawka wywinęła się na lewą stronę. Czuję się idiotycznie i przypominam sobie, że w przypadku wszystkich pierwszych kontaktów seksualnych akt rozbierania się jest gorący i podniecający, ale ubieranie się - już zazwyczaj żenujące. Minęło tyle lat, od kiedy kochałam się z kimś po raz pierwszy, że zupełnie o tym zapomniałam.

Gdy z powrotem opadam na siedzenie, klękasz u moich stóp, na jednym kolanie, i podnosisz botek z podłogi - przez głowę przemyka mi wstydliwa myśl, że rajstopy, które włożyłam tego dnia, nie są nowe - a potem wsuwasz mi go na nogę i zapinasz. Podnosisz na mnie wzrok z uśmiechem, wciąż ściskając moją łydkę obiema dłońmi, i wołasz:

- Pasuje!

Odwzajemniam uśmiech i kładę jedną dłoń na twoim policzku. Uwielbiam to, że przejmujesz teraz dowodzenie, bo ja potrafię tylko drżeć. Zauważyłeś to i sądząc po uśmiechu, jesteś z tego zadowolony. Kładziesz dłoń na mojej potylicy i przyciągasz mnie do siebie na długi pocałunek. Po chwili zaczyna mnie boleć szyja, ale podoba mi się to, bo całujesz tak, jakby wciąż ci zależało, choć oboje wiemy, że to już niepotrzebne. W końcu odrywasz się ode mnie i mówisz:

- Lepiej oddajmy ten klucz Marcie.

Szukam wzrokiem swojej torby i zdaję sobie sprawę, że musiała zostać w schowku. Nawet nie pamiętam, kiedy spadła mi z ramienia.

- Moja torba - mówię, wskazując w tamtym kierunku.

Przynosisz mi ją, a potem stajesz nade mną, patrząc, jak w niej grzebię.

- Poczekaj chwileczkę - proszę.

Szukam kosmetyczki. Nie mam w niej puderniczki, ale pod pokrywką bardzo taniego cienia do powiek, którego nigdy nie używam, jest malutkie lusterko. Przytrzymuję je przed sobą, badając twarz centymetr po centymetrze, jakbym próbowała zrozumieć, kim jestem. Znajduję szminkę i nakładam tylko odrobinę, lekko pocierając wargą o wargę. Gdybym wyłoniła się z krypty z idealnie poprawionym makijażem, byłoby to trochę zbyt oczywiste, myślę sobie i zdumiewa mnie to spostrzeżenie. Ktoś mógłby pomyśleć, że robię to cały czas.

Gdy wstaję, nogi wciąż mi się trzęsą. Ty cały czas obserwujesz mnie z tym kpiarskim wyrazem twarzy, jakby bawiło cię, że tak bardzo wytrąciłeś mnie z równowagi, że tyle wysiłku kosztują mnie przygotowania do powrotu do normalnego świata.

- Masz czas na szybką kawę? - pytasz, zerkając na zegarek, ale twój ton sugeruje, że robisz to wyłącznie z grzeczności.

Zachowuję przytomność umysłu - czego później sobie pogratuluję - na tyle, żeby powiedzieć:

- Właściwie to mam kilka spraw do załatwienia na mieście, a potem muszę tu wrócić na popołudniową sesję.

Udajesz, że jesteś rozczarowany, ale potem w twojej kieszeni brzęczy komórka. Wyjmujesz ją, odwracasz się do mnie plecami i zerkasz na ekran, naciskając kilka klawiszy. Gdy znów na mnie patrzysz, mam pewność, że dla ciebie ta przygoda już dobiegła końca. Wiadomość, którą właśnie otrzymałeś, sprawiła, że zacząłeś myśleć o tym, co masz jeszcze dziś do zrobienia.

- Momencik! - wołam, gdy ruszamy w stronę drzwi teraz już głośnym, zdecydowanym krokiem.

Idziesz przede mną i zauważam, że pogniótł ci się tył marynarki. Wygładzam go dwoma wprawnymi ruchami dłoni. Zerkasz przez ramię, gdy to robię, i obdarzasz mnie półuśmiechem.

- Dzięki - mówisz z roztargnieniem.

Przytrzymujesz mi drzwi, gdy wychodzimy, ale gdy już jesteśmy na zewnątrz, cofam się, pozwalając, żebyś pierwszy wszedł po schodach na górę. Musisz iść przodem, żebym mogła naśladować twoją nonszalancję, obserwować, jak zwracasz klucz strażniczce, a potem pożegnać się z tobą, obrócić na pięcie i odejść. Gdy wspinamy się po schodach, widzę, że marynarkę wciąż masz wymiętą, i myślę o tym, że następnym razem, gdy zobaczę jakiegoś mężczyznę w takiej samej, przypomnę sobie dzisiejszy dzień i zacznę się zastanawiać, co takiego właśnie robił. Natomiast twój kosztowny szary garnitur zobaczę po raz kolejny dopiero w sali rozpraw numer osiem Centralnego Trybunału Karnego.