Mroczny rynek. Cyberzłodzieje, cybergliniarze i Ty - Misha Glenny

-
Proszę czekać

1. TELEFON OD INSPEKTORA

York­shi­re, An­glia, ma­rzec 2008 roku

Wie­leb­ny An­drew Arun John do­znał tego mar­co­we­go po­ran­ka ist­ne­go szo­ku. Trud­no mu się dzi­wić. Miał już za sobą dłu­gą po­dróż z Del­hi w "kla­sie by­dlę­cej" (czy­li eko­no­micz­nej), a po­nie­waż było to na dwa ty­go­dnie przed otwar­ciem ter­mi­na­lu nu­mer 5 na He­ath­row, naj­ru­chliw­szy port lot­ni­czy na świe­cie wy­zna­czał wła­śnie nowe stan­dar­dy w drę­cze­niu pa­sa­że­rów. Jego sa­mo­lot wy­star­to­wał oko­ło trze­ciej nad ra­nem, a kie­dy uda­ło mu się wresz­cie przejść kon­tro­lę pasz­por­to­wą i od­zy­skać w pa­nu­ją­cym cha­osie swo­je ba­ga­że, wciąż cze­ka­ła go jesz­cze z górą czte­ro­go­dzin­na jaz­da na pół­noc, do York­shi­re.

Kie­dy wie­leb­ny John włą­czył te­le­fon ko­mór­ko­wy, spo­strzegł, że ma wy­jąt­ko­wo dużo nie­ode­bra­nych po­łą­czeń od żony. Za­nim zdą­żył od­dzwo­nić, żeby za­py­tać, co ta­kie­go się wy­pra­wia, za­te­le­fo­no­wa­ła do nie­go zno­wu. Oznaj­mi­ła, że wie­le razy dzwo­nio­no do nie­go z po­li­cji i że po­li­cjan­ci bar­dzo pil­nie chcą się z nim skon­tak­to­wać.

Nie­mi­le za­sko­czo­ny i zdez­o­rien­to­wa­ny wie­leb­ny od­po­wie­dział żo­nie ostrym to­nem, że gada bzdu­ry, po czym nie­mal na­tych­miast tego po­ża­ło­wał.

Na szczę­ście żona nie zwró­ci­ła uwa­gi na jego gde­ra­nie. Spo­koj­nie wy­tłu­ma­czy­ła mu, że po­li­cjan­ci chcą go po pro­stu ostrzec, po­nie­waż ktoś wła­mał się do jego kon­ta ban­ko­we­go, że spra­wa na­praw­dę jest na­glą­ca i po­wi­nien jak naj­prę­dzej za­te­le­fo­no­wać pod nu­mer, któ­ry po­dał jej ofi­cer pro­wa­dzą­cy spra­wę.

Wia­do­mość ta wpro­wa­dzi­ła znę­ka­ny umysł wie­leb­ne­go w jesz­cze więk­sze po­mie­sza­nie. Za­czął się go­rącz­ko­wo za­sta­na­wiać: "Kto wła­mał się na moje kon­to? A wła­ści­wie, któ­re kon­to? Tu­tej­sze w ban­ku Barc­lays - za­cho­dził w gło­wę - czy po­łu­dnio­wo­afry­kań­skie w Stan­dard Bank? A może na ra­chu­nek ICI­CI w In­diach? A może na wszyst­kie trzy?". Jesz­cze bar­dziej nie da­wa­ła mu spo­ko­ju kwe­stia, co te sło­wa tak na­praw­dę zna­czą. "W jaki spo­sób ktoś wła­mał się na moje kon­to?"

Cała spra­wa, któ­ra ob­ja­wi­ła się tuż po za­koń­cze­niu tak wy­cień­cza­ją­cej po­dró­ży, bar­dzo za­nie­po­ko­iła wie­leb­ne­go, a za­ra­zem wpra­wi­ła go w roz­draż­nie­nie. "Zaj­mę się tym póź­niej, kie­dy wró­cę do Brad­ford i tro­chę od­pocz­nę" - mruk­nął do sie­bie.

Brad­ford leży po­nad trzy­sta ki­lo­me­trów na pół­noc od por­tu lot­ni­cze­go He­ath­row. Pra­wie sto ki­lo­me­trów na wschód od mia­sta znaj­du­je się miej­sco­wość Scun­thor­pe, w któ­rej de­tek­tyw sier­żant Chris Daw­son i jego nie­wiel­ki ze­spół cze­ka­li w na­pię­ciu na te­le­fon od wie­leb­ne­go Joh­na. Ofi­cer od­no­sił wra­że­nie, jak­by po­grą­żał się w ru­cho­mych pia­skach; spra­wa za­no­si­ła się na bar­dzo po­waż­ną, a wią­za­ła się z nią trud­ność na po­zór nie do prze­zwy­cię­że­nia - po pro­stu nie był w sta­nie jej ogar­nąć. Dys­po­no­wał jak do­tąd do­wo­da­mi w po­sta­ci se­tek ty­się­cy pli­ków kom­pu­te­ro­wych, a nie­któ­re z nich swą ob­ję­to­ścią prze­wyż­sza­ły trzy­sta pięć­dzie­siąt razy dzie­ła ze­bra­ne Szek­spi­ra. Miał do czy­nie­nia z ko­smicz­nych roz­mia­rów bi­blio­te­ką liczb i wia­do­mo­ści za­pi­sa­nych w ję­zy­ku w za­sa­dzie nie­zro­zu­mia­łym dla ni­ko­go oprócz człon­ków wą­skiej eli­ty spe­cja­li­stów wy­szko­lo­nych w ar­ka­nach ter­mi­no­lo­gii cy­ber­prze­stęp­czej.

De­tek­tyw sier­żant Daw­son w isto­cie nie wie­dział nic o taj­ni­kach tej no­wej i wy­jąt­ko­wo wy­su­bli­mo­wa­nej dzie­dzi­ny kry­mi­na­li­sty­ki, był jed­nak pierw­szej kla­sy ofi­ce­rem śled­czym ma­ją­cym za sobą wie­le lat służ­by w wy­dzia­le za­bójstw. Był więc w sta­nie zo­rien­to­wać się, że nie­koń­czą­ce się li­sty i sze­re­gi cyfr sta­no­wią nie­zwy­kłe na­gro­ma­dze­nie po­uf­nych da­nych, któ­re nie po­win­ny były zna­leźć się w po­sia­da­niu oso­by pry­wat­nej.

Tym­cza­sem jed­nak, po­dob­nie jak ofi­ce­ro­wie śled­czy w wie­lu za­kąt­kach świa­ta, bo­ry­kał się ze swo­istym pro­ble­mem: nie wy­star­czy wpaść na tak obie­cu­ją­cy trop, trze­ba jesz­cze wie­dzieć, co z nim zro­bić, by po­łą­czyć go z kon­kret­nym prze­stęp­stwem.

Je­że­li Daw­son miał prze­ko­nać sę­dzie­go w sen­nym mia­stecz­ku Scun­thor­pe, le­żą­cym na po­łu­dnie od uj­ścia rze­ki Hum­ber, aby ten wy­dał na­kaz za­trzy­ma­nia po­dej­rza­ne­go, po­trze­bo­wał nie­zbi­tych do­wo­dów, że po­peł­nio­no prze­stęp­stwo. Co wię­cej, za­cho­dzi­ło ry­zy­ko, że przyj­dzie mu przed­sta­wiać te ma­te­ria­ły ja­kie­muś sę­dzie­mu z po­przed­niej epo­ki, któ­ry le­d­wo po­słu­gu­je się pi­lo­tem do te­le­wi­zo­ra i nie ma na­wet kon­ta e-ma­ilo­we­go. Prze­ko­nu­ją­cy to za mało - ma­te­riał do­wo­do­wy mu­siał być bez za­rzu­tu i wy­star­cza­ją­co pro­sty, żeby mógł go zro­zu­mieć każ­dy.

Czas prze­cie­kał mu przez pal­ce. Po­dej­rza­ne­go moż­na za­trzy­mać w tym­cza­so­wym aresz­cie tyl­ko na trzy doby, z cze­go dwie już mi­nę­ły. Tym­cza­sem po­śród na­tło­ku pli­ków, liczb, za­pi­sów we­blo­gów, cza­tów i kto wie cze­go jesz­cze, Daw­son od­na­lazł tyl­ko je­den strzęp do­wo­du.

Spo­glą­dał na pięć­dzie­siąt słów wy­dru­ko­wa­nych na kart­ce for­ma­tu A4. Znaj­do­wał się tam nu­mer kon­ta: 75377983, data otwar­cia ra­chun­ku - 24 lu­te­go 2006 roku - oraz sal­do kon­ta: 4022,81 fun­tów. Wid­nia­ło tam rów­nież na­zwi­sko pana A.A. Joh­na i ad­res e-ma­ilo­wy, stpauls@le­gend.co.uk, a na­wet zwy­kły ad­res pocz­to­wy, 63 St. Paul's Road, Man­nin­gham, Brad­ford. No i wresz­cie lo­gin do kon­ta oraz, co naj­waż­niej­sze, zło­żo­ne z cy­fe­rek ha­sło do nie­go: 252931.

Gdy­by tyl­ko zdo­łał po­twier­dzić toż­sa­mość wła­ści­cie­la ra­chun­ku i gdy­by czło­wiek ten ze­znał, że nig­dy świa­do­mie nie prze­ka­zał swo­je­go ha­sła, wów­czas Daw­son mógł­by przy­pusz­czal­nie prze­ko­nać sę­dzie­go śled­cze­go do wsz­czę­cia spra­wy i od­mo­wy zwol­nie­nia za kau­cją. De­tek­tyw zy­skał­by dzię­ki temu na cza­sie i kto wie, może zdo­łał­by po­jąć, z czym wła­ści­wie ma do czy­nie­nia.

Kie­dy Daw­son pró­bo­wał skon­tak­to­wać się z pa­nem A.A. Joh­nem, do­wie­dział się, że jest to ka­płan Ko­ścio­ła an­gli­kań­skie­go, któ­ry za­brał wła­śnie grup­kę dzie­ci z ubo­gich ro­dzin na wy­ciecz­kę do In­dii. Po­wie­dzia­no mu też, że nie spo­sób na­wią­zać z wie­leb­nym kon­tak­tu przed jego po­wro­tem z Del­hi. Pa­stor miał zna­leźć się w kra­ju kil­ka go­dzin przed tym, kie­dy zgod­nie z prze­pi­sa­mi trze­ba bę­dzie zwol­nić po­dej­rza­ne­go. Je­że­li nie uda się na­wią­zać kon­tak­tu z du­chow­nym, oce­an da­nych, na któ­re na­tknął się Daw­son, wsiąk­nie w ru­cho­me pia­ski tej spra­wy. A wraz z da­ny­mi bez wąt­pie­nia znik­nie też po­dej­rza­ny, roz­pły­nie się w ano­ni­mo­wo­ści wir­tu­al­ne­go świa­ta.

Nie­szczę­śli­wie dla Daw­so­na, roz­mo­wa te­le­fo­nicz­na z żoną roz­zło­ści­ła wie­leb­ne­go Joh­na na tyle, że po­sta­no­wił za­jąć się spra­wą do­pie­ro po po­wro­cie do Man­nin­gham, swo­jej pa­ra­fii. Na­wet wy­łą­czył te­le­fon ko­mór­ko­wy, żeby sku­pić się na pro­wa­dze­niu sa­mo­cho­du - w koń­cu cze­ka­ła go jesz­cze dłu­ga dro­ga z lot­ni­ska do domu.

Dla­cze­go tak się zde­ner­wo­wał?

Wie­leb­ny John był czło­wie­kiem ni­skim i krę­pym, o jo­wial­nym uspo­so­bie­niu. Przy­szedł na świat w Ra­dża­sta­nie, na skra­ju pu­sty­ni Thar. Jego okrą­głe ob­li­cze za­zwy­czaj pro­mie­nia­ło uśmie­chem, oczy po­ły­ski­wa­ły życz­li­wie zza pro­fe­sor­skich oku­la­rów. Uro­dził się w spo­łecz­no­ści sta­no­wią­cej w In­diach mniej­szość re­li­gij­ną, po­śród chrze­ści­jan. Przy­jął świę­ce­nia ka­płań­skie, po czym przez pięt­na­ście lat słu­żył Ko­ścio­ło­wi an­gli­kań­skie­mu w Del­hi.

W 1996 roku Ko­ściół Pro­win­cji Po­łu­dnio­wej Afry­ki zwró­cił się do nie­go z pro­po­zy­cją ob­ję­cia pa­ra­fii w mia­stecz­ku Le­na­sia, po­ło­żo­nym pięć ki­lo­me­trów na po­łu­dnie od So­we­to i za­miesz­ka­nym przez Hin­du­sów. Dzia­ło się to w cza­sach trans­for­ma­cji, kie­dy pań­stwo apar­the­idu prze­kształ­ca­ło się w sys­tem wie­lo­par­tyj­ny.

Taka prze­pro­wadz­ka sta­no­wi­ła­by wy­zwa­nie dla każ­de­go, bo dla jego no­wej oj­czy­zny były to wy­jąt­ko­wo cięż­kie cza­sy. Ra­dość z upad­ku ra­si­stow­skie­go re­żi­mu nie mo­gła za­trzeć wspo­mnie­nia głę­bo­kich traum na­gro­ma­dzo­nych przez mi­nio­ne dwie­ście lat. Out­si­de­rzy, jak wie­leb­ny John, mu­sie­li wy­ka­zać się nie­sa­mo­wi­tym wy­czu­ciem po­li­tycz­nym oraz spo­łecz­nym, aby zro­zu­mieć zna­cze­nie po­wsta­ją­cych na­pięć - i pró­bo­wać je ła­go­dzić.

Do­ko­na­nia wie­leb­ne­go Joh­na w RPA zwró­ci­ły uwa­gę hie­rar­chów Ko­ścio­ła an­gli­kań­skie­go, to­też po ośmiu la­tach bi­skup Brad­ford w an­giel­skim hrab­stwie West York­shi­re za­pro­po­no­wał mu rów­nie nie­ła­twą pra­cę w Man­nin­gham, dziel­ni­cy miesz­kal­nej po­ło­żo­nej opo­dal cen­trum Brad­ford. Du­chow­ny nie kwa­pił się do jej ob­ję­cia, bo An­glia za­wsze wy­da­wa­ła mu się kra­jem do­syć po­nu­rym - z po­wo­du par­szy­wej po­go­dy i roz­le­głych aglo­me­ra­cji miej­skich.

Wie­dział też do­sko­na­le, że pra­ca w Man­nin­gham to nie sy­ne­ku­ra. Wie­lu Bry­tyj­czy­ków uwa­ża­ło Brad­ford, a szcze­gól­nie Man­nin­gham, za sym­bol nie­po­wo­dzeń po­nie­sio­nych przez ich kraj w dzie­dzi­nie in­te­gra­cji licz­nych za­miesz­ku­ją­cych go grup et­nicz­nych i wy­zna­nio­wych. Nie­któ­rzy lu­dzie złej woli ko­rzy­sta­li z sy­tu­acji za­ist­nia­łej w Man­nin­gham, by siać nie­zgo­dę mię­dzy tymi spo­łecz­no­ścia­mi.

W lip­cu 2001 roku roz­go­rza­ły tam krót­ko­trwa­łe, lecz gwał­tow­ne za­miesz­ki, któ­re una­ocz­ni­ły wszyst­kim ro­sną­ce po­dzia­ły mię­dzy licz­ną lud­no­ścią po­cho­dze­nia azja­tyc­kie­go a rdzen­ny­mi miesz­kań­ca­mi. Exo­dus bia­łych za­czął się już wcze­śniej, a kie­dy trzy lata po roz­ru­chach w mie­ście wie­leb­ny przy­był do swo­jej pa­ra­fii, sie­dem­dzie­siąt pięć pro­cent lud­no­ści sta­no­wi­li mu­zuł­ma­nie, wy­wo­dzą­cy się głów­nie z wiej­skich oko­lic pół­noc­no-wschod­nie­go Pa­ki­sta­nu. "Po­zo­sta­łe dwa­dzie­ścia pięć pro­cent to chrze­ści­ja­nie, ale tyl­ko oko­ło pię­ciu pro­cent z nich uczęsz­cza do ko­ścio­ła. Tu­tej­sza bia­ła spo­łecz­ność spra­wia wra­że­nie mniej­szo­ści, któ­rą w isto­cie jest" - stwier­dził wie­leb­ny John. Cho­ciaż kli­mat, ar­chi­tek­tu­ra i kul­tu­ra w ni­czym nie przy­po­mi­na­ły przed­mieść Jo­han­nes­bur­ga, pod in­ny­mi wzglę­da­mi Man­nin­gham zde­cy­do­wa­nie przy­wo­dzi­ło mu na myśl RPA. Cze­ka­ła go cięż­ka pra­ca. Kie­dy nie­bo za­cią­ga­ło się chmu­ra­mi albo spa­dał śnieg, trud­no było do­pa­trzyć się uro­ku w cią­gną­cych się wzdłuż ulic sze­re­gach neo­go­tyc­kich bu­dow­li. A prze­cież za­le­d­wie sto lat wcze­śniej Man­nin­gham uwa­ża­no za wprost wy­ma­rzo­ne miej­sce do za­miesz­ka­nia. Mowa o cza­sach, te­raz już daw­no za­po­mnia­nych, kie­dy Brad­ford na­zy­wa­no "świa­to­wą sto­li­cą weł­ny", a mia­sto pra­co­wa­ło peł­ną parą jako je­den z mo­to­rów bry­tyj­skiej re­wo­lu­cji prze­my­sło­wej.

Jed­nak na po­cząt­ku dwu­dzie­ste­go pierw­sze­go wie­ku Man­nin­gham było już od wie­lu lat po­grą­żo­ne w upad­ku. Kres do­bro­by­tu na­stą­pił znacz­nie wcze­śniej. Po­ja­wi­ły się nar­ko­ty­ki, prze­moc, kra­dzie­że, pro­sty­tu­cja. Wie­leb­ny John spę­dzał o wie­le wię­cej cza­su na nie­sie­niu po­mo­cy swo­im pod­opiecz­nym, usi­łu­ją­cym unik­nąć pu­ła­pek ubó­stwa i prze­stęp­czo­ści, niż na od­pra­wia­niu nie­dziel­nych na­bo­żeństw w ko­ście­le.

Cza­ją­ca się pod po­wierzch­nią prze­moc nie­ustan­nie gro­zi­ła wy­bu­chem, a więc wie­leb­ny John dzia­łał nie­ja­ko na pierw­szej li­nii fron­tu roz­gry­wa­ją­cych się w Wiel­kiej Bry­ta­nii zma­gań kla­so­wych, kul­tu­ro­wych i spo­łecz­nych. Nie­ła­two go było za­stra­szyć, w każ­dych nie­mal oko­licz­no­ściach na jego ob­li­czu po­ja­wiał się uśmiech. W swo­jej co­dzien­nej pra­cy sta­wał przed nie byle ja­ki­mi wy­zwa­nia­mi, to­też sam so­bie się dzi­wił, że wia­do­mość o wła­ma­niu na kon­to ban­ko­we tak bar­dzo go roz­stro­iła. Przede wszyst­kim chciał po­roz­ma­wiać z sy­na­mi, któ­rzy zna­li się na kom­pu­te­rach. Po­tem jed­nak uznał, że trze­ba szyb­ko po­ro­zu­mieć się z po­li­cją, żeby do­wie­dzieć się do­kład­nie, w czym rzecz - za­ła­twić tę spra­wę i mieć ją moż­li­wie jak naj­prę­dzej z gło­wy.

Ner­wo­wa re­ak­cja wie­leb­ne­go nie była wca­le nie­zwy­kła. Psy­cho­lo­gicz­na od­po­wiedź na wia­do­mość, że zo­sta­ło się ofia­rą cy­ber­prze­stęp­stwa, jest po­dob­na do prze­żyć, ja­kie to­wa­rzy­szą oso­bom, któ­rym wła­ma­no się do domu. Co praw­da czyn roz­gry­wa się w cy­ber­prze­strze­ni, świe­cie za­ku­mu­lo­wa­nych elek­tro­nicz­nych mi­niim­pul­sów, ale rów­nież po­strze­ga się go jako po­gwał­ce­nie oso­bi­stej prze­strze­ni. Je­że­li zło­dzie­je wła­ma­li się na nasz ra­chu­nek ban­ko­wy, ja­kie jesz­cze ta­jem­ni­ce mo­gli od­kryć w cze­lu­ściach na­sze­go kom­pu­te­ra?

Może na przy­kład skra­dli szcze­gó­ły do­ty­czą­ce pasz­por­tu i te­raz ja­kiś prze­stęp­ca albo szpieg po­słu­gu­je się tymi da­ny­mi, uży­wa­jąc fał­szy­we­go do­ku­men­tu po­dróż­ne­go? Kto wie, może na­wet w tej chwi­li, kie­dy to czy­tasz, ktoś inny czy­ta two­je e-ma­ile, po­zna­je po­uf­ne in­for­ma­cje do­ty­czą­ce two­ich ko­le­gów lub pra­cow­ni­ków? A je­że­li w ręce zło­dziei do­sta­ła się ja­kaś nie­bez­piecz­nie fry­wol­na ko­re­spon­den­cja lub inne nie­opatrz­nie na­pi­sa­ne - albo choć­by otrzy­ma­ne - li­sty? Czy ja­ka­kol­wiek sfe­ra na­sze­go ży­cia jest bez­piecz­na, sko­ro ktoś zy­skał do­stęp do na­sze­go kom­pu­te­ra?

Wie­leb­ny John pod­jął więc sta­now­czą de­cy­zję i za­dzwo­nił do ofi­ce­ra po­li­cji dzia­ła­ją­ce­go w są­sied­nim hrab­stwie Lin­coln­shi­re, gdy tyl­ko zna­lazł się pod da­chem przy­tul­ne­go dom­ku wy­bu­do­wa­ne­go obok im­po­nu­ją­cej wie­ży ko­ścio­ła w Man­nin­gham.

Swo­ją dro­gą, to nie­ty­po­wy przy­pa­dek, że spra­wa tra­fi­ła do rąk Chri­sa Daw­so­na, po­li­cjan­ta w sile wie­ku urzę­du­ją­ce­go w Scun­thor­pe. Więk­szość śledztw do­ty­czą­cych cy­ber­prze­stęp­czo­ści w Wiel­kiej Bry­ta­nii pro­wa­dzą jed­nost­ki po­wią­za­ne z trze­ma służ­ba­mi - Me­tro­po­li­tan Po­li­ce, lon­dyń­ską po­li­cją miej­ską oraz SOCA (Se­rio­us Or­ga­ni­sed Cri­me Agen­cy - Agen­cja ds. Zwal­cza­nia Po­waż­nej Prze­stęp­czo­ści Zor­ga­ni­zo­wa­nej), któ­ra tak­że ma swo­ją bazę w Lon­dy­nie. Nie­wy­szko­le­ni po­li­cjan­ci zwy­kle nie ra­dzą so­bie z ta­ki­mi spra­wa­mi - ze wzglę­du na ich ezo­te­rycz­ny cha­rak­ter. Jed­nak Daw­son nie był zwy­kłym po­li­cjan­tem, miał bo­wiem in­stynkt i wy­czu­cie ra­so­we­go gli­nia­rza. Ob­da­rzo­ny był tak­że nie­na­rzu­ca­ją­cym się uro­kiem oso­bi­stym oraz ty­po­wą dla miesz­kań­ców pół­noc­nej An­glii rze­tel­no­ścią, któ­ra w jego wy­pad­ku za­owo­co­wa­ła me­to­dycz­nym oraz pre­cy­zyj­nym po­dej­ściem do pra­cy po­li­cyj­nej. Zdol­ność do­strze­ga­nia istot­nych szcze­gó­łów mia­ła mu się bar­dzo przy­dać pod­czas nad­cho­dzą­cych mie­się­cy.

O ile Man­nin­gham ce­cho­wa­ły na­pię­cia et­nicz­ne i po­stę­pu­ją­cy upa­dek go­spo­dar­czy, oko­licz­ne Scun­thor­pe, li­czą­ce 75 ty­się­cy miesz­kań­ców, w po­wszech­nym mnie­ma­niu sta­no­wi­ło ty­po­we pro­win­cjo­nal­ne mia­stecz­ko an­giel­skie i co naj­wy­żej obiekt żar­tów zwią­za­nych z jego na­zwą1 oraz no­to­rycz­nie kiep­ski­mi osią­gnię­cia­mi lo­kal­nej dru­ży­ny fut­bo­lo­wej. Trze­ba jed­nak uczci­wie przy­znać, że przy­najm­niej mia­sto nie za­cho­wa­ło ory­gi­nal­nej skan­dy­naw­skiej na­zwy Skum­torp, a je­śli cho­dzi o fut­bol, to aż do maja 2011 roku dru­ży­na Scun­thor­pe Uni­ted FC ra­dzi­ła so­bie nad po­dziw do­brze w dru­giej li­dze an­giel­skiej. Na ile moż­na to stwier­dzić, mia­sto nig­dy nie po­ja­wia­ło się we wzmian­kach o zor­ga­ni­zo­wa­nej prze­stęp­czo­ści na więk­szą ska­lę.

Za­le­d­wie czte­ry dni przed tym, jak wie­leb­ny John po­wró­cił ze swo­jej do­bro­czyn­nej wy­pra­wy do In­dii, de­tek­tyw sier­żant Daw­son od­by­wał ru­ty­no­we czyn­no­ści pod­czas służ­by na cen­tral­nym ko­mi­sa­ria­cie w Scun­thor­pe. Ob­ser­wo­wał Com­mand and Con­trol Log, kom­pu­te­ro­wy za­pis po­ka­zu­ją­cy in­for­ma­cje i do­nie­sie­nia o prze­stęp­stwach prze­ka­za­ne te­le­fo­nicz­nie przez oby­wa­te­li. Naj­czę­ściej prze­wi­ja­ją­cy­mi się mo­ty­wa­mi były pi­jac­kie bur­dy, awan­tu­ry do­mo­we lub proś­by o ura­to­wa­nie kot­ka, któ­ry wlazł na drze­wo i nie po­tra­fi zejść. Jed­nak tam­tej śro­dy o wpół do dru­giej po po­łu­dniu na ekra­nie po­ja­wi­ło się do­nie­sie­nie, któ­re sta­now­czo się wy­róż­nia­ło i od razu wzbu­dzi­ło cie­ka­wość de­tek­ty­wa. Po­li­cjant zwró­cił się do ko­le­gi i rzu­cił:

- Rusz się. Mu­si­my to spraw­dzić. Chy­ba coś po­dej­rza­ne­go dzie­je się w Grim­ley Smith.

PROLOG

cri­me@21st­cen­tu­ry.com

W dą­że­niu do do­stat­ku i wzro­stu go­spo­dar­cze­go ludz­kość osią­gnę­ła nie­bez­piecz­ny po­ziom uza­leż­nie­nia od sys­te­mów sie­cio­wych. Sta­ło się to w bar­dzo krót­kim cza­sie: w cią­gu nie­speł­na dwóch dzie­się­cio­le­ci znacz­na część tak zwa­nej "in­fra­struk­tu­ry pań­stwo­wej o klu­czo­wym zna­cze­niu" (Cri­ti­cal Na­tio­nal In­fra­struc­tu­re, CNI w ję­zy­ku ge­eków) więk­szo­ści kra­jów zna­la­zła się pod kon­tro­lą wciąż co­raz bar­dziej skom­pli­ko­wa­nych sie­ci kom­pu­te­ro­wych.

Kom­pu­te­ry kie­ru­ją roz­le­gły­mi ob­sza­ra­mi na­szej eg­zy­sten­cji, ta­ki­mi jak ko­mu­ni­ko­wa­nie się z in­ny­mi ludź­mi, trans­port, han­del, pra­ca, czas wol­ny, roz­ryw­ki - jed­nym sło­wem, wszyst­kim. Pod­czas jed­ne­go z licz­nych pro­ce­sów są­do­wych do­ty­czą­cych cy­ber­prze­stęp­czo­ści, któ­rych by­łem świad­kiem ostat­ni­mi laty, wy­stę­pu­ją­cy w imie­niu Ko­ro­ny Bry­tyj­skiej pro­ku­ra­tor żą­dał na­ło­że­nia na pew­ne­go ha­ke­ra tak zwa­ne­go Pre­ven­tion of Cri­me Or­der, pre­wen­cyj­ne­go za­ka­zu są­do­we­go, któ­ry miał­by wejść w ży­cie po opusz­cze­niu wię­zie­nia przez ska­za­ne­go i za­bra­niał­by mu do­stę­pu do in­ter­ne­tu - z wy­jąt­kiem jed­nej go­dzi­ny ty­go­dnio­wo, pod nad­zo­rem po­li­cjan­ta. "Kie­dy mój klient opu­ści wię­zie­nie - stwier­dził obroń­ca pod­czas roz­pra­wy - nie po­zo­sta­nie już za­pew­ne ani jed­na dzie­dzi­na ludz­kiej dzia­łal­no­ści, któ­ra nie bę­dzie w ja­kiś spo­sób wy­ma­ga­ła po­śred­nic­twa in­ter­ne­tu. Jak więc mój klient ma w ta­kich oko­licz­no­ściach pro­wa­dzić nor­mal­ne ży­cie?" - za­py­tał re­to­rycz­nie.

Wła­śnie, jak? Ci, któ­rym zda­rzy­ło się choć­by na kil­ka go­dzin zo­sta­wić w domu te­le­fon ko­mór­ko­wy, za­zwy­czaj od­czu­wa­ją in­ten­syw­ne roz­draż­nie­nie i sta­ny lę­ko­we. Sil­niej uza­leż­nie­ni czu­ją wręcz coś na kształt gło­du nar­ko­tycz­ne­go. Co cie­ka­we, gdy po­zba­wić ich owe­go urzą­dze­nia na trzy dni, de­pry­mu­ją­ce uczu­cie dys­kom­for­tu czę­sto ustę­pu­je miej­sca wra­że­niu upoj­nej swo­bo­dy; czło­wiek wra­ca do wca­le nie tak od­le­głe­go świa­ta, w któ­rym ani nie mie­li­śmy, ani nie po­trze­bo­wa­li­śmy te­le­fo­nów ko­mór­ko­wych i ja­koś się żyło. Dzi­siaj więk­szość lu­dzi uwa­ża, że bez tych ma­leń­kich prze­no­śnych kom­pu­ter­ków ży­cie nie jest moż­li­we.

Być może naj­więk­sze po­do­bień­stwa łą­czą kom­pu­te­ry z sa­mo­cho­da­mi. W la­tach czter­dzie­stych dwu­dzie­ste­go wie­ku auta za­czę­ły się sta­wać co­raz bar­dziej po­wszech­ne, ale przez na­stęp­ne kil­ka­dzie­siąt lat tyl­ko nie­wiel­ka część kie­row­ców na­praw­dę ro­zu­mia­ła, co się dzie­je pod ma­ską wozu. Jed­nak byli i tacy, któ­rzy po­tra­fi­li na­pra­wić we­hi­kuł nie­za­leż­nie od przy­czy­ny awa­rii, jesz­cze licz­niej­si po­tra­fi­li pod­re­pe­ro­wać tym­cza­so­wo gaź­nik, żeby ja­koś do­te­le­pać się do domu, a jesz­cze wię­cej było ta­kich, któ­rzy po­tra­fi­li przy­najm­niej wy­mie­nić prze­bi­tą opo­nę.

Dzi­siaj, je­że­li mamy do czy­nie­nia tyl­ko z uszko­dze­niem ogu­mie­nia, ra­czej rów­nież zdo­ła­my do­trzeć do celu. Jed­nak co­raz czę­ściej pro­ble­my wy­ni­ka­ją z za­kłó­ceń dzia­ła­nia po­kła­do­we­go kom­pu­te­ra umiesz­czo­ne­go w pla­sti­ko­wym po­jem­ni­ku znaj­du­ją­cym się prze­waż­nie za sil­ni­kiem. Je­że­li to urzą­dze­nie spra­wia kło­po­ty, nie wpra­wisz sa­mo­cho­du w ruch, na­wet gdy­byś był wy­kwa­li­fi­ko­wa­nym me­cha­ni­kiem. Przy odro­bi­nie szczę­ścia zdo­ła je na­pra­wić spe­cja­li­sta od kom­pu­te­rów. Naj­czę­ściej jed­nak trze­ba po pro­stu wy­mie­nić cały mo­duł.

Sys­te­my kom­pu­te­ro­we są o wie­le bar­dziej skom­pli­ko­wa­ne i po­dat­ne na awa­rie niż sil­ni­ki o spa­la­niu we­wnętrz­nym, więc tyl­ko na­praw­dę nie­licz­ni po­tra­fią za­jąć się po­wsta­łym pro­ble­mem, zdo­by­wa­jąc się na coś wię­cej niż okle­pa­ne "spró­buj go zre­star­to­wać".

Zna­leź­li­śmy się w sy­tu­acji, kie­dy je­dy­nie nie­wiel­ka grup­ka, eli­ta ge­eków, tech­no­świ­rów, ha­ke­rów, ko­de­rów, se­ku­ro­kra­tów czy jak ich tam jesz­cze na­zwać, rze­czy­wi­ście do­głęb­nie ro­zu­mie tech­no­lo­gię, któ­ra na co dzień kie­ru­je co­raz in­ten­syw­niej i eks­ten­syw­niej na­szym ży­ciem, pod­czas gdy więk­szość z nas ni w ząb tego nie poj­mu­je. Za­czą­łem do­ce­niać zna­cze­nie tego fak­tu, gdy zbie­ra­łem ma­te­ria­ły do McMa­fii, mo­jej po­przed­niej książ­ki po­świę­co­nej glo­bal­nej prze­stęp­czo­ści zor­ga­ni­zo­wa­nej. Wy­bra­łem się do Bra­zy­lii, aby do­wie­dzieć się wię­cej na te­mat cy­ber­prze­stęp­czo­ści, po­nie­waż ten fa­scy­nu­ją­cy kraj, po­mi­ja­jąc jego licz­ne za­le­ty, sta­no­wi ist­ne za­głę­bie wszel­kie­go zła do­ty­czą­ce­go sie­ci - o czym wów­czas mało kto wie­dział.

Tam też spo­tka­łem cy­berz­ło­dziei, któ­rzy stwo­rzy­li wy­jąt­ko­wo sku­tecz­ny sys­tem phi­shin­gu. Phi­shing nadal po­zo­sta­je jed­nym z naj­waż­niej­szych fi­la­rów in­ter­ne­to­wej prze­stęp­czo­ści. Isto­ta zja­wi­ska jest pro­sta, są dwa pod­sta­wo­we jego wa­rian­ty. Pierw­szy po­le­ga na tym, że ofia­ra otwie­ra nie­chcia­ny e-mail. W za­łącz­ni­ku może ukry­wać się wi­rus, któ­ry po­zwa­la in­ne­mu kom­pu­te­ro­wi, znaj­du­ją­ce­mu się zu­peł­nie gdzie in­dziej, spra­wo­wać kon­tro­lę nad za­ka­żo­nym kom­pu­te­rem i prze­jąć na­wet ha­sła do ban­ko­wo­ści in­ter­ne­to­wej. Dru­gi spo­sób po­le­ga na wy­sy­ła­niu pocz­tą elek­tro­nicz­ną wia­do­mo­ści, któ­re spra­wia­ją wra­że­nie, jak­by po­cho­dzi­ły od ban­ku czy in­nej in­sty­tu­cji, a w któ­rych za­war­te jest żą­da­nie po­twier­dze­nia lo­gi­nu i ha­sła. Je­że­li ad­re­sat da się na­brać, spa­mer zy­sku­je do­stęp do nie­któ­rych lub wręcz wszyst­kich jego kont in­ter­ne­to­wych. Bra­zy­lij­scy ha­ke­rzy po­ka­zy­wa­li mi krok po kro­ku, w jaki spo­sób wzbo­ga­ci­li się o dzie­siąt­ki mi­lio­nów do­la­rów wy­kra­dzio­nych z kont ban­ko­wych w Bra­zy­lii, Hisz­pa­nii, Por­tu­ga­lii, Wiel­kiej Bry­ta­nii i Sta­nach Zjed­no­czo­nych.

Po­tem zło­ży­łem wi­zy­tę bra­zy­lij­skim cy­ber­gli­nia­rzom, któ­rzy zgar­nę­li czte­rech in­nych człon­ków wspo­mnia­nej gru­py prze­stęp­czej (ale dwu­krot­nie wię­cej wy­mknę­ło się po­li­cji), i wresz­cie prze­pro­wa­dzi­łem wy­wiad z sze­fem X-For­ce, de­par­ta­men­tu taj­nych ope­ra­cji ame­ry­kań­skiej fir­my ISS zaj­mu­ją­cej się za­bez­pie­cze­nia­mi kom­pu­te­ro­wy­mi. Nie mi­nął ty­dzień, a zda­łem so­bie spra­wę, że kon­wen­cjo­nal­na czy tra­dy­cyj­na prze­stęp­czość zor­ga­ni­zo­wa­na, choć jak­że ma­low­ni­cza i uroz­ma­ico­na, nie­sie z sobą znacz­nie więk­sze ry­zy­ko dla spraw­ców - ci, któ­rzy do­pusz­cza­ją się cy­ber­prze­stępstw, mogą się czuć bar­dziej bez­piecz­ni.

Sta­ro­mod­ne zor­ga­ni­zo­wa­ne gru­py prze­stęp­cze sto­so­wa­ły tech­no­lo­gie i na­rzę­dzia, któ­re po­ja­wi­ły się w dwu­dzie­stym wie­ku, w celu po­ko­na­nia dwóch istot­nych prze­szkód sto­ją­cych im na dro­dze do osią­gnię­cia po­wo­dze­nia w wy­bra­nej pro­fe­sji. Naj­więk­sze ry­zy­ko w tym biz­ne­sie wią­że się z dzia­łal­no­ścią po­li­cji. Sku­tecz­ność or­ga­nów ści­ga­nia bywa róż­na, za­leż­nie od cza­sów i od miej­sca na ma­pie. Zor­ga­ni­zo­wa­ne gru­py prze­stęp­cze przy­sto­so­wu­ją się do tych zmien­nych wa­run­ków, wy­bie­ra­jąc jed­ną z licz­nych me­tod ra­dze­nia so­bie z si­ła­mi pra­wa i po­rząd­ku. Mogą pró­bo­wać roz­wią­zań si­ło­wych, mogą ko­rum­po­wać or­ga­na ści­ga­nia lub ko­rum­po­wać po­li­ty­ków spra­wu­ją­cych wła­dzę nad po­li­cją - albo po pro­stu do­brze się ukry­wać.

Na­stęp­nie mu­szą upo­rać się z dru­gą trud­no­ścią: z kon­ku­ren­cją, in­nych ob­wie­siów szu­ka­ją­cych łupu na tym sa­mym te­ry­to­rium. I tu rów­nież w grę wcho­dzą roz­wią­za­nia si­ło­we, moż­na też dą­żyć do utwo­rze­nia so­ju­szu albo przy­łą­czyć się do kon­ku­ren­cji.

Jed­nak w żad­nym wy­pad­ku zbrod­ni­czy syn­dy­kat nie może so­bie po­zwo­lić, by zwy­czaj­nie zi­gno­ro­wać te za­gro­że­nia, jest to bo­wiem naj­krót­sza dro­ga do klę­ski. Klu­czem do prze­trwa­nia i do suk­ce­su jest umie­jęt­ność po­ro­zu­mie­wa­nia się ze współ­prze­stęp­ca­mi oraz z po­li­cją - a więc wy­sy­ła­nia jed­nym i dru­gim sto­sow­nych ko­mu­ni­ka­tów.

W Bra­zy­lii zro­zu­mia­łem bar­dzo szyb­ko, że prze­stęp­czość dwu­dzie­ste­go pierw­sze­go wie­ku przed­sta­wia się in­a­czej.

Przede wszyst­kim znacz­nie trud­niej stwier­dzić, że ktoś knu­je coś nie­cne­go, je­że­li dzie­je się to w in­ter­ne­cie. Pra­wa rzą­dzą­ce sie­cią w róż­nych kra­jach róż­nią się mię­dzy sobą. To istot­ne, głów­nie dla­te­go, że in­ter­ne­to­wy prze­stęp­ca za­zwy­czaj do­ko­nu­je czy­nu, po­słu­gu­jąc się okre­ślo­nym ad­re­sem IP (In­ter­net Pro­to­col) umiej­sco­wio­nym w jed­nym kra­ju, a dzia­ła na nie­ko­rzyść oso­by czy kor­po­ra­cji umiej­sco­wio­nej w dru­gim kra­ju, po czym fi­nał (naj­czę­ściej za­mia­na uzy­ska­nych to­wa­rów na go­tów­kę) na­stę­pu­je w trze­cim. Na przy­kład po­li­cjant w Ko­lum­bii może stwier­dzić, że atak na ko­lum­bij­ski bank zo­stał prze­pro­wa­dzo­ny z ad­re­su IP w Ka­zach­sta­nie. Wkrót­ce jed­nak oka­że się, że w Ka­zach­sta­nie ta­kich po­czy­nań nie uwa­ża się za prze­stęp­stwo, a więc jego ko­le­dzy z ka­zach­skiej sto­li­cy nie ze­chcą wsz­cząć do­cho­dze­nia w tej spra­wie.

Wie­lu cy­ber­prze­stęp­ców ma dość in­te­li­gen­cji, by wy­kryć i wy­ko­rzy­stać te roz­bież­no­ści. "Nig­dy nie uży­wam ame­ry­kań­skich kart kre­dy­to­wych czy de­be­to­wych - zwie­rzył mi się je­den z naj­sku­tecz­niej­szych szwedz­kich "kar­cia­rzy" - bo ju­rys­dyk­cja Sta­nów Zjed­no­czo­nych obej­mo­wa­ła­by mnie na ca­łej kuli ziem­skiej. Wy­star­cza­ją mi kar­ty eu­ro­pej­skie i ka­na­dyj­skie, je­stem za­do­wo­lo­ny i bez­piecz­ny - nig­dy mnie nie zła­pią".

Roz­dź­więk mię­dzy Sta­na­mi Zjed­no­czo­ny­mi a Eu­ro­pą i Ka­na­dą ma za­sad­ni­cze zna­cze­nie, są to bo­wiem ob­sza­ry naj­więk­szej kon­cen­tra­cji ofiar cy­ber­prze­stęp­ców. Sta­ry Kon­ty­nent i Ka­na­da usta­no­wi­ły pra­wa znacz­nie sil­niej strze­gą­ce wol­no­ści jed­nost­ki i jej praw w sie­ci. Tym­cza­sem ko­lej­ne rzą­dy USA przy­zna­wa­ły or­ga­nom ści­ga­nia co­raz więk­sze upraw­nie­nia, idą­ce o wie­le da­lej, niż ze­chcia­ła­by choć­by wziąć to pod uwa­gę więk­szość eu­ro­pej­skich rzą­dów. W USA funk­cjo­na­riu­sze ła­twiej uzy­sku­ją do­stęp do da­nych pry­wat­nych firm, a dzie­je się to pod ha­sła­mi wal­ki z ter­ro­ry­zmem i prze­stęp­czo­ścią.

Im­pli­ka­cje tego fak­tu są z pew­no­ścią nie­ba­ga­tel­ne, choć przy­najm­niej w tej chwi­li nie spo­sób stwier­dzić, jak głę­bo­ko się­ga­ją. Kwe­stie prze­stęp­czo­ści, nad­zo­ru, pry­wat­no­ści, gro­ma­dze­nia da­nych przez in­sty­tu­cje pry­wat­ne i pań­stwo­we, wol­no­ści sło­wa (Wi­ki­Le­aks się kła­nia), ła­two­ści do­stę­pu do stron in­ter­ne­to­wych (patrz de­ba­ta o tak zwa­nej neu­tral­no­ści w ne­cie), sie­ci spo­łecz­no­ścio­wych jako na­rzę­dzia po­li­ty­ki oraz in­te­re­sów na­ro­do­wych wciąż ście­ra­ją się w cy­ber­prze­strze­ni.

Ktoś mógł­by na przy­kład twier­dzić, że wie­lo­plat­for­mo­wa, wie­lo­za­da­nio­wa wszech­obec­ność Go­ogle sta­no­wi po­gwał­ce­nie obo­wią­zu­ją­ce­go w Ame­ry­ce pra­wo­daw­stwa an­ty­tru­sto­we­go, a zgro­ma­dze­nie tak ogrom­nej ilo­ści da­nych oso­bo­wych to grat­ka dla prze­stęp­ców i za­gro­że­nie dla praw oby­wa­tel­skich. Fir­ma Go­ogle mo­gła­by na to od­po­wie­dzieć, że wła­śnie cały ge­niusz przed­się­wzię­cia tkwi w wie­lo­plat­for­mo­wej, wie­lo­za­da­nio­wej wszech­obec­no­ści i już to pro­mu­je in­te­re­sy Ame­ry­ki, za­rów­no han­dlo­we, jak i te do­ty­czą­ce kwe­stii bez­pie­czeń­stwa. Co wię­cej, rząd USA może w cią­gu kil­ku go­dzin, po­słu­gu­jąc się pro­ce­du­ra­mi praw­ny­mi, uzy­skać do­stęp do gro­ma­dzo­nych przez Go­ogle da­nych - wła­ści­wie może to zro­bić, kie­dy tyl­ko so­bie za­ży­czy. Tym­cza­sem Go­ogle zbie­ra dane z ca­łe­go świa­ta, a to za­pew­nia Wa­szyng­to­no­wi ogrom­ną prze­wa­gę stra­te­gicz­ną. Inne rzą­dy mogą o czymś ta­kim tyl­ko ma­rzyć. W prze­ci­wień­stwie do swo­ich chiń­skich, ro­syj­skich czy bli­skow­schod­nich od­po­wied­ni­ków ame­ry­kań­skie służ­by rzą­do­we nie mu­szą wła­my­wać się do baz da­nych Go­ogle, by po­znać ukry­te tam se­kre­ty. Wy­star­czy na­kaz są­do­wy. Czy kto­kol­wiek o zdro­wych zmy­słach zre­zy­gno­wał­by z ta­kich ko­rzy­ści w imię ustaw an­ty­tru­sto­wych?

To tro­chę jak w teo­rii wie­lo­świa­ta: in­ter­net dzia­ła tak, że kie­dy roz­wią­zać je­den pro­blem, za­raz gdzie in­dziej po­ja­wia się inny, na po­zór nie do roz­wią­za­nia.

Naj­więk­szym pro­ble­mem dla or­ga­nów ści­ga­nia jest ano­ni­mo­wość w in­ter­ne­cie. Je­śli mamy od­po­wied­nie umie­jęt­no­ści (któ­re jed­nak nie są nie­osią­gal­ne), nadal je­ste­śmy w sta­nie ukryć praw­dzi­wą lo­ka­li­za­cję kom­pu­te­ra, przez któ­ry łą­czy­my się z in­ter­ne­tem.

Ist­nie­ją dwa pod­sta­wo­we spo­so­by, aby tego do­ko­nać. Pierw­szym cy­ber­mu­rem jest VPN, czy­li Vir­tu­al Pri­va­te Ne­twork, po­le­ga­ją­cy na tym, że gru­pa kom­pu­te­rów może dzie­lić je­den ad­res IP. Za­zwy­czaj ad­res taki od­no­si się do jed­ne­go kom­pu­te­ra, na­to­miast przy za­sto­so­wa­niu VPN wie­le kom­pu­te­rów znaj­du­ją­cych się w cał­kiem róż­nych miej­scach na świe­cie może uda­wać, że dzia­ła­ją na przy­kład w Bot­swa­nie.

Ci, któ­rym nie wy­star­czy ochro­na w ra­mach VPN, mogą zbu­do­wać dru­gi cy­ber­mur, po­słu­gu­jąc się tak zwa­ny­mi ser­we­ra­mi pro­xy. Kom­pu­ter ulo­ko­wa­ny na Se­sze­lach może uży­wać ser­we­ra pro­xy po­sta­wio­ne­go na przy­kład w Chi­nach czy w Gwa­te­ma­li. Pro­xy nie po­zwa­la od­kryć, że ory­gi­nal­ne IP na­da­je z Se­sze­li, nie mó­wiąc już o tym, że dany kom­pu­ter na­le­ży do VPN ma­ją­ce­go swo­ją bazę na Gren­lan­dii.

Aby to wszyst­ko urzą­dzić, trze­ba się nie­źle na tym znać, więc tech­ni­ki te są sto­so­wa­ne pra­wie wy­łącz­nie przez dwie gru­py od­da­ją­ce się cy­ber­prze­stęp­czo­ści - praw­dzi­wych ha­ke­rów i praw­dzi­wych prze­stęp­ców. Są to użyt­kow­ni­cy "z gór­nej pół­ki", przed­sta­wi­cie­le no­we­go typu groź­nej prze­stęp­czo­ści zor­ga­ni­zo­wa­nej - ale za­ra­zem skrom­na mniej­szość rze­szy osob­ni­ków za­mie­sza­nych w prze­stęp­czość kom­pu­te­ro­wą.

Po­zo­sta­ją gra­cze dzia­ła­ją­cy na nie­wiel­ką ska­lę i ope­ru­ją­cy względ­nie nie­wy­so­ki­mi su­ma­mi, moż­na ich okre­ślić jako drob­nych zło­dzie­jasz­ków, któ­rych w za­sa­dzie nie opła­ca się tro­pić, ma­jąc na uwa­dze ogra­ni­czo­ne środ­ki po­zo­sta­ją­ce w dys­po­zy­cji or­ga­nów ści­ga­nia. W do­dat­ku na­wet oni, choć nie chce im się za­kła­dać VPN-ów, uży­wać ser­we­rów pro­xy oraz licz­nych in­nych tech­nik ma­sku­ją­cych, nadal mogą znacz­nie utrud­nić ży­cie po­li­cji, szy­fru­jąc wy­sy­ła­ne przez sie­bie ko­mu­ni­ka­ty. Opro­gra­mo­wa­nie, któ­re po­zwa­la za­ko­do­wać pi­sa­ne wia­do­mo­ści (a na­wet głos i wi­deo), jest w sie­ci po­wszech­nie do­stęp­ne, i to za dar­mo; mowa tu przede wszyst­kim o PGP, co sta­no­wi skrót od ra­do­śnie ko­lo­kwial­ne­go okre­śle­nia Pret­ty Good Pri­va­cy (cał­kiem nie­zła pry­wat­ność).

Moż­li­wość szy­fro­wa­nia to po­tęż­ne na­rzę­dzie od­gry­wa­ją­ce waż­ną rolę w dzie­dzi­nie cy­ber­ne­tycz­ne­go bez­pie­czeń­stwa. Po­le­ga na prze­mie­sza­niu zna­ków ję­zy­ko­wych za po­mo­cą cy­fro­wo wy­ge­ne­ro­wa­nych klu­czy, przez co po­wsta­ją per­mu­ta­cje o tak astro­no­micz­nym stop­niu skom­pli­ko­wa­nia, że ory­gi­nał moż­na od­two­rzyć tyl­ko pod wa­run­kiem, że zna się ha­sło. W chwi­li obec­nej za­szy­fro­wa­ne do­ku­men­ty po­zo­sta­ją bez­piecz­ne, cho­ciaż wa­szyng­toń­ska Na­tio­nal Se­cu­ri­ty Agen­cy (NSA, Na­ro­do­wa Agen­cja Bez­pie­czeń­stwa), naj­po­tęż­niej­sza cy­fro­wa agen­cja szpie­gow­ska na świe­cie, nie usta­je w wy­sił­kach, by szy­fry zła­mać. W cy­ber­prze­stęp­czym świat­ku krą­żą już po­gło­ski, że za­rów­no NSA, jak i współ­pra­cu­ją­ce z nią służ­by w Ka­na­dzie, Wiel­kiej Bry­ta­nii, Au­stra­lii i No­wej Ze­lan­dii po­tra­fią od­czy­tać do­ku­men­ty za­pi­sa­ne przy uży­ciu pu­blicz­nie do­stęp­nych al­go­ryt­mów szy­fru­ją­cych - mają bo­wiem moż­li­wość uży­cia or­wel­low­skie­go sys­te­mu Eche­lon. Jak wieść nie­sie, za po­mo­cą Eche­lo­nu moż­na prze­chwy­cić roz­mo­wy te­le­fo­nicz­ne, ko­mu­ni­ka­cję e-ma­ilo­wą oraz sa­te­li­tar­ną na ca­łym świe­cie.

Po­li­tycz­ne zna­cze­nie cy­fro­wych al­go­ryt­mów szy­fru­ją­cych jest tak ogrom­ne, że rząd Sta­nów Zjed­no­czo­nych w la­tach dzie­więć­dzie­sią­tych trak­to­wał opro­gra­mo­wa­nie szy­fru­ją­ce jako "ści­śle taj­ne o zna­cze­niu woj­sko­wym", a w Ro­sji, gdy­by po­li­cja czy FSB na­tra­fi­ły na choć­by je­den za­szy­fro­wa­ny do­ku­ment znaj­du­ją­cy się w czy­imś kom­pu­te­rze, oso­bie tej gro­zi­ło­by wie­lo­let­nie wię­zie­nie, na­wet gdy­by do­ku­ment za­wie­rał tyl­ko li­stę za­ku­pów. Po­nie­waż rzą­dy i kor­po­ra­cje gro­ma­dzą co­raz wię­cej da­nych o cha­rak­te­rze oso­bi­stym, do­ty­czą­cych oby­wa­te­li czy klien­tów, szy­fro­wa­nie jest jed­nym z nie­wie­lu spo­so­bów obro­ny, ja­kie po­zo­sta­ją jed­nost­kom pra­gną­cym za­cho­wać swo­ją pry­wat­ność. A przy oka­zji, szy­fry to bez­cen­ne na­rzę­dzie w rę­kach in­ter­ne­to­wych prze­stęp­ców.

Tak jak prze­stęp­cy dzia­ła­ją­cy tra­dy­cyj­nie mu­szą wy­kształ­cić spo­so­by po­ro­zu­mie­wa­nia się, któ­re po­zwa­la­ją na iden­ty­fi­ka­cję wspól­ni­ków, wro­gów, gli­nia­rzy lub ry­wa­li, tak samo prze­stęp­cy cy­ber­ne­tycz­ni bez­u­stan­nie zma­ga­ją się z wy­zwa­niem po­le­ga­ją­cym na usta­le­niu wła­ści­wej toż­sa­mo­ści każ­de­go, z kim mają do czy­nie­nia w sie­ci. Ni­niej­sza książ­ka po czę­ści jest opo­wie­ścią o tym, ja­kie wy­two­rzy­li me­to­dy wza­jem­nej iden­ty­fi­ka­cji i jak siły po­li­cyj­ne na ca­łym świe­cie usi­ło­wa­ły prze­ciw­sta­wiać się wy­kształ­co­nym przez ha­ke­rów umie­jęt­no­ściom na­mie­rza­nia agen­tów oraz tak zwa­nych Con­fi­den­tial In­for­mants (CIs, "oso­bo­we źró­dła in­for­ma­cji") dzia­ła­ją­cych w sie­ci.

W la­tach dzie­więć­dzie­sią­tych naj­prost­szym spo­so­bem na nie­do­pusz­cze­nie nie­chcia­nych go­ści pcha­ją­cych nos w kry­mi­nal­ną dzia­łal­ność było wpro­wa­dze­nie re­stryk­cyj­nych re­guł człon­ko­stwa na stro­nach i w gru­pach dys­ku­syj­nych po­świę­co­nych oma­wia­niu spraw zwią­za­nych z prze­stęp­czo­ścią in­ter­ne­to­wą. Nie na wie­le się to zda­ło: wy­star­czy­ło za­le­d­wie kil­ka mie­się­cy, by służ­by ta­kie jak ame­ry­kań­ska Se­cret Se­rvi­ce oraz agen­cje wy­wia­dow­cze w ro­dza­ju FSB, spad­ko­bier­czy­ni KGB, do­słow­nie roz­peł­zły się po tych stro­nach. Do­stęp zy­ska­ły, bo uda­wa­ły prze­stęp­ców lub zdo­by­ły in­for­ma­to­rów.

Nie­któ­rzy z agen­tów oka­za­li się tak wia­ry­god­ni, że ko­le­dzy z sio­strza­nych agen­cji za­ję­li się ich tro­pie­niem, prze­ko­na­ni, że mają do czy­nie­nia z praw­dzi­wy­mi prze­stęp­ca­mi.

Jed­nak mimo pew­nych nie­po­ro­zu­mień siły po­li­cyj­ne oraz szpie­dzy przez ostat­nią de­ka­dę stwo­rzy­li ob­szer­ną bazę da­nych, w któ­rej zna­leź­li się licz­ni ha­ke­rzy: są tam ich pseu­do­ni­my, in­for­ma­cje o tym, gdzie się znaj­du­ją (lub gdzie przy­pusz­czal­nie mogą się znaj­do­wać), jaką dzia­łal­ność pro­wa­dzą, z kim naj­czę­ściej się kon­tak­tu­ją. W ten spo­sób skrzęt­nie skry­wa­ne se­kre­ty cy­ber­prze­stęp­ców naj­niż­szej war­stwy zo­sta­ły prze­mie­lo­ne na pap­kę - względ­nie ła­twą do stra­wie­nia. A jed­nak, choć wszyst­kie te in­for­ma­cje sta­ły się do­stęp­ne, nadal nie­zwy­kle trud­no po­sta­wić cy­ber­kry­mi­na­li­stów w stan oskar­że­nia.

Wy­ni­ka to z sa­mej na­tu­ry in­ter­ne­tu, któ­ry z de­fi­ni­cji po­le­ga na mno­go­ści wza­jem­nych po­łą­czeń - mno­go­ści, któ­ra przy­pra­wia o nie­zno­śny ból gło­wy stró­żów pra­wa i po­rząd­ku: w sie­ci nikt nig­dy nie wie na sto pro­cent, z kim wła­ści­wie ma w da­nej chwi­li do czy­nie­nia. Z groź­nym za­wo­dow­cem czy z nie­szko­dli­wym ama­to­rem? Z kimś, kto ma wy­so­ko po­sta­wio­nych przy­ja­ciół? Z prze­stęp­cą czy z kimś, kto tyl­ko stra­szy? A może to woj­sko­wy eks­pert te­stu­ją­cy przy­dat­ność ha­ker­skich tech­nik? Trzy­masz w sza­chu roz­mów­cę czy może przy­pad­kiem to on trzy­ma w sza­chu cie­bie? Pró­bu­je zdo­być pie­nią­dze dla sie­bie czy dla Al-Ka­idy?

"Przy­po­mi­na to grę w sied­mio­wy­mia­ro­we sza­chy - za­uwa­żył fu­tu­ro­log Bru­no Gius­sa­ni - pod­czas któ­rej nig­dy nie wiesz, kto w da­nym mo­men­cie jest two­im prze­ciw­ni­kiem".

Moje od­czu­cia po przy­by­ciu do kwa­te­ry głów­nej Go­ogle w ka­li­for­nij­skiej Mo­un­ta­in View nie przy­po­mi­na­ły pierw­sze­go olśnie­nia wi­do­kiem Tadż Ma­hal, ale gdy par­ko­wa­łem na Char­le­ston Ave­nue pod wie­lo­barw­nym na­pi­sem ogła­sza­ją­cym je­den z cu­dów post­in­du­strial­ne­go świa­ta, by­łem pod wra­że­niem.

W nie­spo­ty­ka­nym do­tąd tem­pie Go­ogle wrósł w świa­do­mość każ­de­go z nas. To­wa­rzy­szy­ły temu wzlo­ty i upad­ki, jak przy kon­tro­lo­wa­nym za­sto­so­wa­niu ja­kie­goś nar­ko­ty­ku. Je­dy­ny­mi ry­wa­la­mi Go­ogle są Fa­ce­bo­ok, Mi­cro­soft i Ama­zon, rów­nież wy­wo­dzą­cy się z rodu cy­fro­wych gi­gan­tów. Jed­nak na­wet ta trój­ka nie może się po­chwa­lić suk­ce­sem po­rów­ny­wal­nym do trium­fu od­nie­sio­ne­go przez Go­ogle, je­że­li cho­dzi o kie­ro­wa­nie na­szym ży­ciem i kon­tro­lo­wa­nie go za po­mo­cą mon­stru­al­nych ser­we­rów wy­plu­wa­ją­cych z sie­bie nie­zli­czo­ne baj­ty po­szu­ki­wa­nych in­for­ma­cji, a za­ra­zem dre­nu­ją­cych i gro­ma­dzą­cych in­dy­wi­du­al­ne oraz ko­lek­tyw­ne pro­fi­le z da­ny­mi do­ty­czą­cy­mi mi­liar­dów ludz­kich istot. Rzecz ja­sna, dane te wy­ja­wia­ją na nasz te­mat o wie­le wię­cej, niż sami o so­bie wie­my. Aż dreszcz prze­cho­dzi na myśl o tym, co mo­gło­by się stać, gdy­by te za­so­by in­for­ma­cji wpa­dły w nie­wła­ści­we ręce. Chy­ba że już daw­no znaj­du­ją się w po­sia­da­niu nie­po­wo­ła­nych osób...

Zna­ny z logo Go­ogle ra­do­sny miks pier­wot­nych i wtór­nych ko­lo­rów wi­dać wszę­dzie na te­ry­to­rium "kam­pu­su". Czę­sto spo­ty­ka się roz­ma­ite obiek­ty o mięk­ko za­okrą­glo­nych kon­tu­rach, roz­rzu­co­ne na ca­łym ob­sza­rze z dro­bia­zgo­wo wy­stu­dio­wa­ną przy­pad­ko­wo­ścią. Są to rzeź­by stwo­rzo­ne po to, żeby na nich sie­dzieć, żeby na nie pa­trzeć albo się nimi ba­wić, a więc cały kom­pleks bu­dyn­ków przy­po­mi­na coś w ro­dza­ju wiel­kie­go przed­szko­la, o ile ko­muś po­dat­niej­sze­mu na lęki i pa­ra­no­je nie przy­po­mni się se­rial te­le­wi­zyj­ny z lat sześć­dzie­sią­tych za­ty­tu­ło­wa­ny Uwię­zio­ny, w któ­rym do "wio­ski", z któ­rej nie było uciecz­ki, po­sy­ła­no osob­ni­ków mo­gą­cych sta­no­wić za­gro­że­nie dla na­ro­do­we­go bez­pie­czeń­stwa. Czy to je­dy­nie gra mo­jej wy­obraź­ni, czy rze­czy­wi­ście wszy­scy tu­taj, od sprzą­ta­czy aż po człon­ków za­rzą­du fir­my, lek­ko się uśmie­cha­ją, jak­by znaj­do­wa­li się w tran­sie? Wra­że­nie to za­rów­no zda­je się po­twier­dzać pa­ra­no­idal­ną in­ter­pre­ta­cję isto­ty Go­ogle, jak i na­su­wa myśl, że ci lu­dzie tro­chę za bar­dzo się sta­ra­ją, żeby w żad­nym ra­zie nie wy­glą­dać na czar­ne cha­rak­te­ry. Nie po­tra­fi­łem okre­ślić, czy zna­la­złem się w kra­inie snu, czy w kosz­ma­rze.

Wła­ści­wie od­czu­łem nie­mal ulgę, kie­dy po­ja­wił się Co­rey Lo­uie peł­nią­cy w Go­ogle funk­cję "me­ne­dże­ra do spraw za­ufa­nia i bez­pie­czeń­stwa", po­nie­waż lu­dzi zaj­mu­ją­cych się ochro­ną ce­chu­je rze­czo­wy spo­sób by­cia oraz skłon­ność do ta­jem­ni­czo­ści, nie­za­leż­nie od tego, dla kogo pra­cu­ją. Miła od­mia­na wo­bec wszech­obec­nych w Go­ogle wi­bra­cji bud­dyj­skiej jed­ni. Lo­uie to by­stry Ame­ry­ka­nin azja­tyc­kie­go po­cho­dze­nia po­wy­żej trzy­dziest­ki, rzut­ki i sym­pa­tycz­ny. Cy­fro­wych szli­fów na­brał nie po­śród zja­da­czy lo­to­sów w Do­li­nie Krze­mo­wej, lecz w znacz­nie bru­tal­niej­szym, mę­skim świe­cie taj­nych służb Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Zo­stał za­trud­nio­ny w Go­ogle dwa i pół roku przed moją wi­zy­tą, pod ko­niec 2006 roku. Za­nim po­rzu­cił sze­re­gi wy­mia­ru spra­wie­dli­wo­ści, do­wo­dził jed­nost­ką Se­cret Se­rvi­ce zaj­mu­ją­cą się prze­stęp­czo­ścią cy­ber­ne­tycz­ną. Zna się jak mało kto na nad­uży­ciach zwią­za­nych z kar­ta­mi kre­dy­to­wy­mi, na ata­ko­wa­niu sie­ci (zwa­nym wtar­gnię­ciem lub pe­ne­tra­cją), na tak zwa­nych DDoS (Di­stri­bu­ted De­nial of Se­rvi­ce), czy­li cy­fro­wych ata­kach po­zwa­la­ją­cych obez­wład­nić stro­ny in­ter­ne­to­we i sie­ci, oraz na opro­gra­mo­wa­niu mal­wa­re, któ­re na po­cząt­ku dwu­dzie­ste­go pierw­sze­go wie­ku za­czę­ło się mno­żyć ni­czym szczu­ry w ka­na­le. O car­din­gu, któ­ry jest chle­bem po­wsze­dnim cy­ber­prze­stęp­czo­ści, wie­dział mnó­stwo. Car­ding to sprze­daż i kup­no da­nych do­ty­czą­cych ukra­dzio­nych lub zha­ko­wa­nych kart kre­dy­to­wych, któ­re w wiel­kiej ilo­ści krą­żą po ca­łym świe­cie i pod­le­ga­ją wy­mia­nie, nim ktoś wresz­cie po­słu­ży się nimi w celu za­ku­pu to­wa­rów lub wy­cią­gnię­cia go­tów­ki z ban­ko­ma­tu.

Czy fir­ma Go­ogle mo­gła się obyć bez stra­te­gicz­ne­go atu­tu, jaki przed­sta­wiał swo­ją oso­bą Co­rey Lo­uie? Nie, nie mo­gła. No i jak Lo­uie mógł się oprzeć po­ku­sie do­ko­na­nia stra­te­gicz­ne­go po­su­nię­cia, ja­kim było roz­po­czę­cie ka­rie­ry w Go­ogle - miał szan­sę za­mie­nić wil­got­ny kli­mat Dys­tryk­tu Ko­lum­bii z jego mroź­ny­mi zi­ma­mi i za­le­d­wie ty­go­dnio­wym okre­sem kwit­nie­nia wi­śni na bło­go­stan Po­łu­dnia; miał do wy­bo­ru sztyw­ne koł­nie­rzy­ki i służ­bę na rzecz rzą­du USA albo lu­zac­kie ciu­chy, pie­nią­dze i po­czu­cie, że bie­rze udział w dy­na­micz­nym pro­jek­cie. Do­praw­dy, nie­rów­ne star­cie.

Ja­dąc au­to­stra­dą nu­mer 101 z San Fran­ci­sco na po­łu­dnie, mi­ja­my nie­jed­ną iko­nę cy­ber­ne­tycz­ne­go świa­ta, nie tyl­ko Go­ogle: Sun Mi­cro­sys­tems, Yahoo i McA­fee to za­le­d­wie nie­któ­re ze sław­nych firm, któ­rych sie­dzi­by wi­dzi­my za szy­bą. Im wię­cej przed­się­biorstw od­wie­dza­łem, by po­roz­ma­wiać o kwe­stiach bez­pie­czeń­stwa, tym wię­cej spo­ty­ka­łem by­łych agen­tów rzą­do­wych - z FBI, z Se­cret Se­rvi­ce, z CIA, z DEA (Drug En­for­ce­ment Ad­mi­ni­stra­tion) oraz z US Po­stal In­spec­tion Se­rvi­ce. Cała chma­ra on­gi­siej­szych szpie­gów i taj­nia­ków wy­emi­gro­wa­ła ze ste­ryl­nych oko­lic Dys­tryk­tu Ko­lum­bii, aby roz­po­cząć nowe, lep­sze ży­cie w Do­li­nie Krze­mo­wej, gdzie sprzy­ja­ją im te same wspa­nia­łe wa­run­ki, któ­re zwa­bi­ły prze­mysł fil­mo­wy do Hol­ly­wo­od.

Ten prze­pływ z agen­cji pań­stwo­wych do sek­to­ra pry­wat­ne­go od­by­wa się z wy­raź­ną szko­dą dla rzą­du. Skarb pań­stwa ła­du­je pie­nią­dze w wy­kształ­ce­nie cy­ber­ne­tycz­nych śled­czych, któ­rzy na­zbie­raw­szy do­świad­cze­nia przez kil­ka lat, za­raz dają nogę, w po­szu­ki­wa­niu lep­sze­go kli­ma­tu. A jed­nak wszyst­ko nadal ja­koś się krę­ci, bo do­szło w ten spo­sób do swo­istej kon­so­li­da­cji, wy­two­rze­nia po­tęż­nych wię­zi mię­dzy sek­to­rem pu­blicz­nym i pry­wat­nym. Go­ogle jest więc nie tyl­ko pry­wat­ną kor­po­ra­cją - z punk­tu wi­dze­nia Bia­łe­go Domu sta­no­wi też stra­te­gicz­ny ele­ment obron­no­ści pań­stwa. Z Dys­tryk­tu Ko­lum­bii do­cie­ra­ją cał­kiem kla­row­ne sy­gna­ły: kto tknie Go­ogle, ten jak­by do­pu­ścił się na­pa­ści na USA. W tym kon­tek­ście fakt, że ktoś w ro­dza­ju Co­reya Lo­uie­go może w każ­dej chwi­li się­gnąć po te­le­fon, po­ga­dać so­bie ze sta­ry­mi kum­pla­mi z Se­cret Se­rvi­ce i po­wia­do­mić ich na przy­kład o zma­so­wa­nym ata­ku na Gma­il, znacz­nie uspraw­nia współ­pra­cę mię­dzy sek­to­rem pu­blicz­nym i pry­wat­nym w dzie­dzi­nie bez­pie­czeń­stwa w in­ter­ne­cie.

Nie wiem tego na pew­no, ale mogę się za­ło­żyć, że po­ziom ży­cia Co­reya znacz­nie się po­lep­szył od cza­su prze­pro­wadz­ki do Ka­li­for­nii; trze­ba jed­nak przy­znać, że musi na to nie­zwy­kle cięż­ko pra­co­wać. Go­ogle ma je­den z dwóch naj­więk­szych zbio­rów da­nych na świe­cie - wła­ści­cie­lem dru­gie­go jest Fa­ce­bo­ok. To spra­wia, że oba przed­się­bior­stwa przy­no­szą ol­brzy­mie do­cho­dy - bo re­kla­mo­daw­cy chęt­nie za­pła­cą za wie­ści o przy­zwy­cza­je­niach po­ten­cjal­nych kon­su­men­tów - a przez to sta­no­wi po­ten­cjal­ną żyłę zło­ta dla ha­ke­rów pra­cu­ją­cych na wła­sny ra­chu­nek, na rzecz śro­do­wisk prze­stęp­czych, prze­my­słu lub dla in­nych państw.

Pod ko­niec roz­mo­wy Co­rey opo­wie­dział mi o swo­im przy­ja­cie­lu, gli­nia­rzu, któ­ry po­świę­cił mnó­stwo cza­su na za­przy­jaź­nia­nie się z ha­ke­ra­mi. Po­wio­dło mu się do tego stop­nia, że po­wie­rzo­no mu ad­mi­ni­stro­wa­nie waż­ną stro­ną in­ter­ne­to­wą po­świę­co­ną dzia­łal­no­ści prze­stęp­czej. "Pew­nie ze­chce z tobą po­ga­dać - po­wie­dział Co­rey. - Jego stro­na na­zy­wa­ła się Dark­Mar­ket". I to był pierw­szy raz. Nig­dy przed­tem nie sły­sza­łem o ta­kiej stro­nie, nie­zna­na mi była po­stać agen­ta spe­cjal­ne­go FBI Ke­itha J. Mu­lar­skie­go. Tak roz­po­czę­ła się pew­na prze­dziw­na po­dróż...

Po­sta­no­wi­łem się spo­tkać i po­roz­ma­wiać z jak naj­więk­szą licz­bą lu­dzi, któ­rzy ode­gra­li waż­ną rolę w dzie­jach Dark­Mar­ket. W tym celu od­wie­dzi­łem kil­ka­na­ście kra­jów, prze­pro­wa­dzi­łem wy­wia­dy ze zło­dzie­ja­mi, gli­nia­rza­mi, po­dwój­ny­mi agen­ta­mi, praw­ni­ka­mi, ha­ke­ra­mi, kra­ke­ra­mi oraz z naj­zwy­czaj­niej­szy­mi w świe­cie kry­mi­na­li­sta­mi. Za­po­zna­łem się tak­że z wie­lo­ma do­ku­men­ta­mi są­do­wy­mi do­ty­czą­cy­mi Dark­Mar­ket oraz zwią­za­nych z nim lu­dzi. Daw­ni i obec­ni prze­stęp­cy cy­ber­ne­tycz­ni czy funk­cjo­na­riu­sze po­li­cji do­star­czy­li mi do­dat­ko­wych do­ku­men­tów i in­for­ma­cji. Nig­dy nie zdo­ła­łem do­trzeć do peł­ne­go ar­chi­wum stro­ny jako ta­kie­go, uda­ło mi się jed­nak od­two­rzyć znacz­ne jego frag­men­ty. Agent Mu­lar­ski, któ­ry dys­po­nu­je nie­mal peł­nym ar­chi­wum Dark­Mar­ket, jest je­dy­ną z po­zna­nych prze­ze mnie osób zwią­za­nych z tą spra­wą, któ­ra ma albo mia­ła wgląd w całą do­ku­men­ta­cję.

Po­mi­ja­jąc owo ulot­ne ar­chi­wum, pew­na część do­wo­dów w po­sta­ci do­ku­men­tów, choć po­moc­na, była jed­nak my­lą­ca; do­ty­czy to w szcze­gól­no­ści ma­te­ria­łu przed­sta­wia­ne­go przez oskar­że­nie pod­czas wie­lu pro­ce­sów. W mo­jej oce­nie ich nie­traf­ność nie wy­ni­ka z nie­dba­ło­ści czy też złej woli - nie było to za­mie­rzo­ne. Przy­czy­ną jest ra­czej nad­zwy­czaj tech­nicz­ny i czę­sto wpro­wa­dza­ją­cy za­mie­sza­nie cha­rak­ter do­wo­dów zgro­ma­dzo­nych na uży­tek pro­ce­sów do­ty­czą­cych cy­ber­prze­stęp­czo­ści. Sę­dzio­wie i praw­ni­cy nie za­wsze sku­tecz­nie zma­ga­li się ze spe­cy­fi­ką tej szcze­gól­nej sub­kul­tu­ry - jak dzie­je się z każ­dym, kto po raz pierw­szy ma do czy­nie­nia z prze­stęp­czo­ścią in­ter­ne­to­wą.

Isto­tą opo­wie­ści będą więc oso­by za­mie­sza­ne w ten pro­ce­der oraz ich dzia­ła­nia. Rzecz ja­sna, to świa­dec­two w znacz­nej mie­rze opie­ra się na ich oso­bi­stych wspo­mnie­niach na­gro­ma­dzo­nych w cią­gu po­nad dzie­się­ciu lat. Bio­rąc pod uwa­gę po­wszech­nie zna­ny fakt, że pa­mięć nie­kie­dy za­wo­dzi, na­le­ży rów­nież pa­mię­tać, że wszy­scy za­an­ga­żo­wa­ni w spra­wę dba­ją o wła­sny in­te­res, sta­ra­jąc się uwy­pu­klić część swo­jej dzia­łal­no­ści w ra­mach Dark­Mar­ket, a inne fak­ty ukryć. Uła­twia im to po­kręt­na na­tu­ra ko­mu­ni­ka­cji w in­ter­ne­cie i za­sa­dy funk­cjo­no­wa­nia sub­kul­tu­ry, w któ­rej po­tę­pie­nie wo­bec kłam­stwa i prze­mil­czeń bywa rzad­kie.

Moje wy­sił­ki, by usta­lić, kie­dy roz­mów­ca kła­mie, upięk­sza praw­dę lub fan­ta­zju­je, a kie­dy jest szcze­ry, tyl­ko czę­ścio­wo zo­sta­ły uwień­czo­ne suk­ce­sem. Wszy­scy, z któ­ry­mi prze­pro­wa­dza­łem wy­wia­dy, prze­ja­wia­li bły­sko­tli­wą in­te­li­gen­cję, choć nie­któ­rym za­bra­kło kość­ca mo­ral­ne­go. Lecz w mia­rę jak za­głę­bia­łem się w dzi­wacz­ny świat Dark­Mar­ket, co­raz bar­dziej zda­wa­łem so­bie spra­wę, że róż­ne wer­sje tych sa­mych wy­da­rzeń roz­gry­wa­ją­cych się w sa­mym ser­cu hi­sto­rii stro­ny in­ter­ne­to­wej są z sobą sprzecz­ne, nie do po­go­dze­nia. Nie uda­ło się w peł­ni usta­lić, co na­praw­dę roz­gry­wa­ło się mię­dzy ludź­mi za­an­ga­żo­wa­ny­mi w tę dzia­łal­ność i dla kogo wła­ści­wie pra­co­wa­li.

In­ter­net wy­ge­ne­ro­wał nie­wia­ry­god­ne za­so­by da­nych i in­for­ma­cji, z któ­rych znacz­ny pro­cent po­zba­wio­ny jest war­to­ści, spo­ra część po­zo­sta­je nie­in­ter­pre­to­wal­na, a nie­wiel­ka sta­no­wi za­gro­że­nie - jako in­for­ma­cje fał­szy­we. Je­ste­śmy co­raz sil­niej uza­leż­nie­ni od sys­te­mów i po­łą­czeń sie­cio­wych, co spra­wia, że ści­śle wy­spe­cja­li­zo­wa­ne gru­py, ta­kie jak ha­ke­rzy i agen­ci wy­wia­du, funk­cjo­nu­ją na po­gra­ni­czu prze­stęp­czo­ści, szpie­go­stwa prze­my­sło­we­go i woj­ny cy­ber­ne­tycz­nej. Dla­te­go udo­ku­men­to­wa­nie i pró­ba zro­zu­mie­nia hi­sto­rii zja­wisk ta­kich jak Dark­Mar­ket sta­ły się in­te­lek­tu­al­ną i spo­łecz­ną po­trze­bą o ży­wot­nym zna­cze­niu - na­wet je­śli dys­po­nu­je­my do­wo­da­mi tyl­ko czę­ścio­wy­mi, ten­den­cyj­ny­mi i roz­pro­szo­ny­mi za­rów­no w świe­cie wir­tu­al­nym, jak i w re­al­nym.

2. MIRANDA OPOWIADA O NOWYM WSPANIAŁYM ŚWIECIE

Na stro­nie in­ter­ne­to­wej fir­my Grim­ley Smith As­so­cia­tes mo­że­my po­dzi­wiać utrzy­ma­ną w se­pio­wej to­na­cji fo­to­gra­fię jej głów­nej sie­dzi­by, po­cho­dzą­cej z cza­sów kró­la Edwar­da VII. Bu­dy­nek ten peł­nił wów­czas funk­cję jed­ne­go z pierw­szych w Scun­thor­pe sa­lo­nów sa­mo­cho­do­wych. Co cie­ka­we, jest tam rów­nież re­kla­ma sa­mo­cho­du mar­ki Bel­si­ze, sta­no­wią­cej sym­bol wcze­snej fazy roz­kwi­tu bry­tyj­skiej mo­to­ry­za­cji. Fir­ma pro­du­ku­ją­ca auta prze­sta­ła ist­nieć wkrót­ce po za­koń­cze­niu pierw­szej woj­ny świa­to­wej. Sza­cow­ny po­przed­nik i wik­to­riań­skie brzmie­nie na­zwy przed­się­bior­stwa zda­ją się su­ge­ro­wać wie­lo­let­nią tra­dy­cję fir­my, tym­cza­sem GSA (jak się ją cza­sem na­zy­wa) po­wsta­ła za­le­d­wie w 1992 roku. Za­ło­ży­li ją nie­ja­ki pan Grim­ley oraz nie­ja­ki pan Smith, a przed­się­bior­stwo ofe­ru­je usłu­gi znacz­nie bar­dziej wy­ra­fi­no­wa­ne tech­no­lo­gicz­nie niż sprze­daż i na­pra­wa sta­rych gru­cho­tów. Jego spe­cjal­no­ścią są apli­ka­cje ste­ru­ją­ce pro­ce­sa­mi che­micz­ny­mi opra­co­wy­wa­ne na rzecz prze­my­słu ener­ge­tycz­ne­go i far­ma­ceu­tycz­ne­go. Jest to jed­na z naj­pręż­niej­szych mło­dych firm w Scun­thor­pe, eks­por­tu­ją­ca swo­je pro­duk­ty na cały świat.

Po­cząt­ko­wo je­dy­ny­mi pra­cow­ni­ka­mi GSA byli za­ło­ży­cie­le przed­się­bior­stwa, ale wkrót­ce sze­re­gi za­trud­nio­nych po­więk­szy­ły się do kil­ku­dzie­się­ciu wy­so­ko wy­kwa­li­fi­ko­wa­nych in­ży­nie­rów. Jak w każ­dym biz­ne­sie, kie­dy suk­ces po­cią­ga za sobą eks­pan­sję, na­stą­pił gwał­tow­ny, a przy tym dość cha­otycz­ny roz­wój przed­się­bior­stwa. Za­trud­nie­ni przez nie in­ży­nie­ro­wie pra­co­wa­li na kon­trak­tach zwią­za­nych z gi­gan­tycz­ny­mi pro­jek­ta­mi re­ali­zo­wa­ny­mi w miej­scach tak roz­rzu­co­nych na ma­pie świa­ta, jak Iran, Chi­ny czy We­ne­zu­ela. Spe­cja­li­stycz­ny cha­rak­ter pra­cy oraz fakt, że nie­do­pusz­czal­na była w niej naj­drob­niej­sza choć­by po­mył­ka, spra­wia­ły, że ko­niecz­ne było za­sto­so­wa­nie za­awan­so­wa­ne­go opro­gra­mo­wa­nia kom­pu­te­ro­we­go. Przede wszyst­kim po­słu­gi­wa­no się so­ftwa­re'em zwa­nym CAD (Com­pu­ter-Aided De­sign), umoż­li­wia­ją­cym prze­pro­wa­dza­nie sy­mu­la­cji pro­jek­tów w 2D i 3D.

W po­ło­wie 2007 roku za­rzą­dza­ją­cy przed­się­bior­stwem zda­li so­bie spra­wę z na­glą­co pil­nej po­trze­by za­an­ga­żo­wa­nia ko­goś, kto za­jął­by się kom­pu­te­ro­wą in­fra­struk­tu­rą fir­my. Cho­dzi­ło o nad­zór nad jej funk­cjo­no­wa­niem i o kwe­stie bez­pie­czeń­stwa. Out­so­ur­cing oka­zał się roz­wią­za­niem na­zbyt kosz­tow­nym, bo z ra­cji roz­ma­itych po­trzeb fir­my wy­ma­gał jesz­cze więk­szych na­kła­dów, niż pier­wot­nie prze­wi­dy­wa­no. Me­ne­dże­ro­wie przed­się­bior­stwa uzna­li, że do za­gad­nie­nia na­le­ży po­dejść w zu­peł­nie inny spo­sób.

Uda­ło im się zna­leźć od­po­wied­nią oso­bę - po­cho­dzą­cy z tam­tych oko­lic Dar­ryl Le­aning miał nie­zbęd­ne kwa­li­fi­ka­cje, był mło­dy, miły w obej­ściu, nie­zwy­kle uczci­wy, a przy tym - co za­pew­ne naj­waż­niej­sze - jego wy­lu­zo­wa­ny, przy­ja­zny spo­sób by­cia skry­wał nad­zwy­czaj­ną by­strość umy­słu. Mało kto po­tra­fi na­le­ży­cie do­ce­nić fakt, że naj­lep­si z naj­lep­szych kom­pu­te­ro­wych spe­ców prze­ja­wia­ją w dzie­dzi­nie umie­jęt­no­ści spo­łecz­nych i psy­cho­lo­gicz­nych uzdol­nie­nia nie mniej­sze niż w roz­wią­zy­wa­niu in­for­ma­tycz­nych ła­mi­głó­wek.

Gdy tyl­ko Dar­ryl wkro­czył do biu­ra fir­my, zdał so­bie spra­wę, że za­in­sta­lo­wa­ne w niej kom­pu­te­ry pil­nie wy­ma­ga­ją, by się nimi za­jąć. Naj­bar­dziej za­nie­po­ko­ił go fakt, że wszy­scy pra­cow­ni­cy mie­li na swo­ich kom­pu­te­rach upraw­nie­nia ad­mi­ni­stra­to­ra. Mo­gli więc in­sta­lo­wać do­wol­ne pro­gra­my i ko­rzy­stać w sie­ci z usług, na ja­kie mie­li ocho­tę (z wy­jąt­kiem ma­te­ria­łów por­no­gra­ficz­nych, do któ­rych do­stęp cen­tral­nie unie­moż­li­wio­no jesz­cze za rzą­dów po­przed­nich in­for­ma­ty­ków).

Gdy cho­dzi o do­mo­wy kom­pu­ter, funk­cję ad­mi­ni­stra­to­ra peł­ni jed­na oso­ba, naj­czę­ściej któ­ryś z ro­dzi­ców. Ad­mi­ni­stra­tor może pod­jąć de­cy­zję o elek­tro­nicz­nym ogra­ni­cze­niu ilo­ści cza­su spę­dza­ne­go przy kom­pu­te­rze przez in­nych człon­ków ro­dzi­ny albo za­blo­ko­wać do­stęp do nie­któ­rych stron in­ter­ne­to­wych.

Jed­nym z naj­waż­niej­szych przy­wi­le­jów przy­słu­gu­ją­cych ad­mi­no­wi do­mo­we­go pe­ce­ta jest moż­li­wość in­sta­la­cji no­we­go opro­gra­mo­wa­nia. Dzię­ki temu ro­dzi­ce mogą unie­moż­li­wić dzie­ciom ko­rzy­sta­nie z gier, któ­re uwa­ża­ją za nie­sto­sow­ne do ich wie­ku. Mogą tak­że wy­ko­rzy­stać ten przy­wi­lej, by za­po­biec ścią­ga­niu opro­gra­mo­wa­nia z wąt­pli­wych źró­deł - w oba­wie przed wi­ru­sa­mi albo in­ny­mi szko­dli­wy­mi ele­men­ta­mi, za spra­wą któ­rych cały elek­tro­nicz­ny świat do­mo­we­go ogni­ska zo­sta­je na­ra­żo­ny na atak.

Te same za­sa­dy obo­wią­zu­ją w śro­do­wi­sku biz­ne­so­wym, choć za­zwy­czaj na szer­szą ska­lę, przez co pro­blem sta­je się znacz­nie bar­dziej skom­pli­ko­wa­ny. Pierw­szym wy­zwa­niem, z ja­kim mu­siał upo­rać się Dar­ryl po roz­po­czę­ciu pra­cy w Grim­ley Smith, był brak cen­tral­ne­go ad­mi­na. W no­wo­cze­snym biz­ne­sie to nie do po­my­śle­nia - prze­ko­ny­wał Dar­ryl za­rząd - żeby pra­cow­ni­cy wrzu­ca­li do in­ter­ne­tu, ścią­ga­li z nie­go i in­sta­lo­wa­li na swo­ich ma­szy­nach wszyst­ko, co im się spodo­ba.

Po­wia­do­mił swo­ich prze­ło­żo­nych, że cen­tral­na kon­tro­la to pod­sta­wa, bez tego pra­cow­ni­cy mogą nie­chcą­cy umoż­li­wić wi­ru­som prze­ła­ma­nie li­nii obro­ny fir­my. Wy­ja­śnił, że za­trud­nie­ni przez nich lu­dzie we­dług wszel­kie­go praw­do­po­do­bień­stwa są cał­ko­wi­cie god­ni za­ufa­nia, ale opro­gra­mo­wa­nie an­ty­wi­ru­so­we in­sta­lu­je się nie dla­te­go, że po­dej­rze­wa się współ­pra­cow­ni­ków o ce­lo­we in­fe­ko­wa­nie sys­te­mu. Nie cho­dzi o współ­pra­cow­ni­ków, tyl­ko o moż­li­wość ata­ku z ze­wnątrz. To samo do­ty­czy - cią­gnął - kwe­stii in­sta­lo­wa­nia pro­gra­mów i wła­ści­wie wszyst­kich in­nych za­gad­nień. War­tość da­nych prze­cho­wy­wa­nych w kom­pu­te­rach wy­spe­cja­li­zo­wa­nej fir­my, ta­kiej jak GSA, jest wła­ści­wie nie do oce­nie­nia. Je­śli zna­la­zły­by się w nie­od­po­wied­nich rę­kach, mo­gło­by to ozna­czać ko­niec fir­my.

Dar­ryl pod­jął więc ist­ną kru­cja­tę, ru­sza­jąc do wal­ki o wy­czysz­cze­nie sys­te­mu kom­pu­te­ro­we­go przed­się­bior­stwa Grim­ley Smith z jego sła­bo­ści, tych nie­wi­docz­nych cy­fro­wych luk, przez któ­re mogą się nie­po­strze­że­nie za­kraść ro­ba­ki, tro­ja­ny i wi­ru­sy. Ro­zu­miał jed­nak, że nikt nie po­go­dzi się chęt­nie z utra­tą po­sia­da­nych do­tych­czas przy­wi­le­jów - a pra­cow­ni­cy GSA jak do­tąd cie­szy­li się ich nie­mal peł­nym za­kre­sem. Jak na mło­de­go pra­cow­ni­ka tech­nicz­ne­go Dar­ryl wy­ka­zał się nie­złą zna­jo­mo­ścią psy­cho­lo­gii zwią­za­nej z użyt­ko­wa­niem kom­pu­te­ra. W ja­kiś spo­sób mu­siał po­zba­wić pra­cow­ni­ków praw lo­kal­nych ad­mi­ni­stra­to­rów. Po­sta­no­wił jed­nak do­ko­nać tego stop­nio­wo. Wie­dział, że nikt nie lubi tra­cić cze­goś, co już ma, na­to­miast wszy­scy cie­szą się, kie­dy do­sta­ną nowe za­baw­ki.

Wy­ko­rzy­stał więc naj­bliż­szą wy­mia­nę sprzę­tu kom­pu­te­ro­we­go, by przy tej oka­zji wpro­wa­dzić pierw­sze re­stryk­cje. Pra­cow­ni­cy GSA ba­wi­li się hu­la­ją­cy­mi jak bu­rza no­wy­mi ma­szy­na­mi, a dzię­ki temu ła­twiej im przy­szło po­go­dzić się z fak­tem, że nie wol­no im już ścią­gać z in­ter­ne­tu ulu­bio­nych gier oraz ko­rzy­stać z róż­nych in­nych roz­ry­wek.

Wciąż czy­niąc uży­tek z wro­dzo­ne­go daru psy­cho­lo­gicz­ne­go po­dej­ścia do lu­dzi, Dar­ryl uni­kał otwar­cie dra­koń­skich me­tod. Pro­blem sta­no­wił Fa­ce­bo­ok. Wie­lu pra­cow­ni­ków mar­no­wa­ło czas i ob­cią­ża­ło łą­cza, ko­rzy­sta­jąc ze stro­ny tej spo­łecz­no­ści, i to w cza­sie, kie­dy po­win­ni pra­co­wać. Co wię­cej, był to za­ra­zem tak zwa­ny "wek­tor" ata­ku, jak ma­wia się w śro­do­wi­sku spe­cja­li­stów od za­bez­pie­czeń kom­pu­te­ro­wych - okre­śla się w ten spo­sób na­rzę­dzie, któ­re twór­ca wi­ru­sów może wy­ko­rzy­stać jako no­śnik.

Dar­ryl spo­dzie­wał się, że cał­ko­wi­ty za­kaz ko­rzy­sta­nia z Fa­ce­bo­oka w fir­mie do­pro­wa­dzi do bun­tu pra­cow­ni­ków, a więc ze­zwo­lił na jego uży­wa­nie, ale tyl­ko w go­dzi­nach od dwu­na­stej do dru­giej po po­łu­dniu, czy­li w cza­sie, kie­dy więk­szość pra­cow­ni­ków spo­ży­wa­ła lunch. Wy­zna­cze­nie cza­su na Fa­ce­bo­oka uła­twi­ło mu pra­cę: mógł dzię­ki temu le­piej mo­ni­to­ro­wać sys­tem na oko­licz­ność po­ja­wie­nia się szko­dli­we­go opro­gra­mo­wa­nia lub prób ha­ker­skich i do­pil­no­wać, żeby ser­wis spo­łecz­no­ścio­wy nie wpły­nął ne­ga­tyw­nie na po­ziom bez­pie­czeń­stwa fir­my.

Krok po kro­ku Dar­ry­lo­wi uda­ło się wpro­wa­dzić sys­tem dość ści­słej cen­tral­nej kon­tro­li. Nie ze­psuł so­bie przy tym do­brych sto­sun­ków z pra­cow­ni­ka­mi Grim­ley Smith. W ser­cu owe­go no­we­go po­rząd­ku tkwił zło­żo­ny pro­gram no­szą­cy na­zwę VNC, czy­li Vir­tu­al Ne­twork Com­pu­ting. In­a­czej mó­wiąc, na­le­żą­ca do Grim­ley Smith spe­cy­ficz­na wer­sja Wiel­kie­go Bra­ta. Gdy­by Dar­ryl wy­ło­wił ja­kąś ano­ma­lię lub za­gro­że­nie w sie­ci, mógł­by wów­czas prze­bu­dzić VNC z wir­tu­al­nej hi­ber­na­cji, a na­stęp­nie za jego po­mo­cą do­ko­nać szcze­gó­ło­wych oglę­dzin i usta­lić, co się dzie­je na każ­dym z kil­ku­dzie­się­ciu pod­le­głych mu kom­pu­te­rów.

Pew­ne­go dnia, kie­dy wszy­scy lo­go­wa­li się do swo­ich kom­pu­te­rów, Dar­ryl wy­słał ostrze­że­nie: od­tąd wszy­scy, po­cząw­szy od ści­słe­go kie­row­nic­twa aż po naj­młod­szych ran­gą pra­cow­ni­ków, mogą pod­le­gać ob­ser­wa­cji. Więk­szość za­trud­nio­nych w przed­się­bior­stwie nie zda­wa­ła so­bie spra­wy, że nowo za­in­sta­lo­wa­ny przez Dar­ry­la VNC za­czął już dzia­łać. Gdy­by ktoś wpro­wa­dził do sie­ci wi­ru­sa albo pró­bo­wał za­in­sta­lo­wać nie­roz­po­zna­wal­ne opro­gra­mo­wa­nie, wów­czas VNC zo­stał­by wpra­wio­ny w ruch.

VNC to po­tęż­ne na­rzę­dzie. Nie­któ­rzy uwa­ża­ją jego za­sto­so­wa­nie w biz­ne­sie za rzecz zu­peł­nie nor­mal­ną, jed­nak wpro­wa­dze­nie tego typu opro­gra­mo­wa­nia na ska­lę glo­bal­ną spo­ty­ka się z ostry­mi pro­te­sta­mi. W spo­rej czę­ści kon­ty­nen­tal­nej Eu­ro­py rzą­dom i przed­się­bior­stwom su­ro­wo za­bra­nia się do­stę­pu do znaj­du­ją­cych się w kom­pu­te­rach pra­cow­ni­ków in­for­ma­cji, któ­re nie są po­wią­za­ne z pra­cą (a na­wet w przy­pad­ku in­for­ma­cji zwią­za­nych z pra­cą do­stęp do nich nie jest oczy­wi­sty). Mo­ni­to­ro­wa­nie e-ma­ili jest ab­so­lut­nie nie­le­gal­ne.

Wy­miar spra­wie­dli­wo­ści i swo­bo­dy oby­wa­tel­skie nig­dy nie żyły z sobą w do­brej ko­mi­ty­wie, lecz w do­bie roz­wo­ju in­ter­ne­tu ich ko­eg­zy­sten­cja sta­ła się jesz­cze burz­liw­sza, a zja­wi­sko to z pew­no­ścią bę­dzie się na­si­lać. W Niem­czech, je­że­li ofi­cer po­li­cji ano­ni­mo­wo śle­dzi po­dej­rza­ne­go w in­ter­ne­cie, ma praw­ny obo­wią­zek przed­sta­wić się jako pra­cow­nik wy­mia­ru spra­wie­dli­wo­ści - o ile tyl­ko spy­ta go o to in­ter­ne­to­wy roz­mów­ca. Spra­wia to, że nie­zwy­kle trud­no jest sto­so­wać po­wszech­nie przy­ję­tą w Wiel­kiej Bry­ta­nii i Sta­nach Zjed­no­czo­nych me­to­dę po­le­ga­ją­cą na tym, że po­li­cjan­ci uda­ją chłop­ców i dziew­czyn­ki, aby wy­ła­py­wać pe­do­fi­li uwo­dzą­cych dzie­ci za po­mo­cą kom­pu­te­ra. Sto­so­wa­nie opro­gra­mo­wa­nia typu VNC ma im­pli­ka­cje po­li­tycz­ne i jest ogra­ni­czo­ne usta­wo­daw­stwem o ochro­nie da­nych oso­bo­wych. Dar­ryl Le­aning mu­siał się więc do­brze pil­no­wać, żeby kom­pu­te­ro­we­go bry­ta­na nie spu­ścić ze smy­czy zbyt po­chop­nie.

Pew­ne­go dnia na po­cząt­ku lu­te­go 2008 roku na mo­ni­to­rze Dar­ry­la po­ja­wił się alert, ostrze­że­nie o uru­cho­mie­niu po­dej­rza­ne­go opro­gra­mo­wa­nia. Nie­au­to­ry­zo­wa­na apli­ka­cja: Mes­sen­ger. Sys­te­my Dar­ry­la usta­wio­ne były w ten spo­sób, żeby szu­kać róż­nych ro­dza­jów nie­au­to­ry­zo­wa­nych apli­ka­cji. Sło­wo "Mes­sen­ger" su­ge­ro­wa­ło, że ktoś pró­bu­je in­sta­lo­wać lub uru­cho­mić pa­kiet ko­mu­ni­ka­cyj­ny w ro­dza­ju Sky­pe'a. W cią­gu kil­ku mi­nut Dar­ryl na­mie­rzył wi­no­waj­cę: był to je­den z in­ży­nie­rów, na któ­rych pra­cy opie­ra­ła się isto­ta dzia­łal­no­ści GSA. Dar­ryl po pro­stu po­szedł do nie­go, żeby za­py­tać, czy nie za­in­sta­lo­wał na swo­im kom­pu­te­rze ja­kie­goś no­we­go ko­mu­ni­ka­to­ra.

"Od­wró­cił się do mnie, cał­kiem spo­koj­nie, i po­wie­dział, że nie - wy­parł się w żywe oczy. Od­po­wie­dzia­łem: - Aha, w po­rząd­ku. Ale to dziw­ne, bo do­pie­ro co do­sta­łem ostrze­że­nie, że na tym kom­pu­te­rze dzia­ła ja­kaś nie­au­to­ry­zo­wa­na apli­ka­cja, wła­śnie ko­mu­ni­ka­tor".

Dar­ryl wte­dy tyl­ko wzru­szył ra­mio­na­mi. Od­po­wiedź in­ży­nie­ra nie zdzi­wi­ła go spe­cjal­nie, bo prze­cież sys­te­my za­bez­pie­czeń to bar­dzo czu­łe na­rzę­dzia - sam przed sobą mu­siał przy­znać, że uży­wa roz­ma­itych pro­gra­mów ska­nu­ją­cych, któ­rych dzia­ła­nia jego wła­sne za­bez­pie­cze­nia bio­rą za ha­ker­skie ata­ki. Tak czy in­a­czej, po­my­ślał Dar­ryl, na­wet je­że­li in­ży­nier rze­czy­wi­ście uru­cho­mił ko­mu­ni­ka­tor, pew­nie chciał so­bie po pro­stu po­ga­dać w cza­sie pra­cy z ko­le­ga­mi. Te­raz już bę­dzie wie­dział, że mu nie wol­no i że je­że­li znów to zro­bi, Dar­ryl się o tym do­wie. Na pe­wien czas więc kom­pu­te­ro­wiec za­po­mniał o ca­łej spra­wie.

Jed­nak dwa ty­go­dnie póź­niej sy­tu­acja się po­wtó­rzy­ła. Tym ra­zem Dar­ryl po­sta­no­wił prze­bu­dzić z uśpie­nia po­tęż­ną be­stię VNC. Dał za jej po­mo­cą nura w kom­pu­ter in­ży­nie­ra, po czym od­szu­kał ko­mu­ni­ka­tor - oka­za­ło się, że był to Mi­ran­da In­stant Mes­sa­ging. W dzi­siej­szych cza­sach wie­lu lu­dzi uży­wa ko­mu­ni­ka­to­rów: mogą pro­wa­dzić z przy­ja­ciół­mi roz­mo­wy, wy­sy­ła­jąc im kil­ka słów czy zdań wpi­sy­wa­nych do ma­łych pól tek­sto­wych. Naj­czę­ściej ko­mu­ni­ka­to­ry ta­kie jak Win­dows In­stant Mes­sen­ger po­zwa­la­ją tyl­ko na roz­mo­wę z kimś dys­po­nu­ją­cym ta­kim sa­mym opro­gra­mo­wa­niem. Za­le­tą Mi­ran­dy jest to, że moż­na za jej po­mo­cą roz­ma­wiać z wie­lo­ma in­ny­mi ko­mu­ni­ka­to­ra­mi. Z tej ra­cji pro­gram cie­szy się wiel­ką po­pu­lar­no­ścią wśród nie­któ­rych ob­se­syj­nych wiel­bi­cie­li cza­tów kom­pu­te­ro­wych.

Nim Dar­ryl spu­ścił ze smy­czy VNC, spraw­dził twar­dy dysk in­ży­nie­ra, żeby prze­ko­nać się, czy znaj­dzie jesz­cze coś cie­ka­we­go, jed­nak po­szu­ki­wa­nia te oka­za­ły się bez­owoc­ne. Było oko­ło kwa­dran­sa po dwu­na­stej, pora lun­chu. W sam raz, po­my­ślał Dar­ryl, żeby roz­po­cząć małą se­syj­kę VNC na kom­pu­te­rze in­ży­nie­ra, po czym upew­nić się raz na za­wsze, czy rze­czy­wi­ście dzia­ła na nim nie­au­to­ry­zo­wa­ny pro­gram.

Kie­dy VNC za­czął ba­dać taj­ni­ki kom­pu­te­ra, Mi­ran­da oka­za­ła się nie­god­nym uwa­gi dro­bia­zgiem. Otóż pra­cow­nik fir­my miał otwar­tych jed­no­cze­śnie dzie­sięć do­ku­men­tów i prze­glą­dał je z nie­wia­ry­god­ną pręd­ko­ścią. Dar­ryl aż otwo­rzył usta ze zdu­mie­nia. Nig­dy jesz­cze nie wi­dział, żeby ktoś był w sta­nie pra­co­wać tak szyb­ko. Na ekra­nie in­ży­nie­ra po­ja­wia­ły się i bły­ska­wicz­nie zni­ka­ły nu­me­ry, sym­bo­le, sło­wa. Do­pie­ro po chwi­li kom­pu­te­ro­wiec zro­zu­miał, że in­ży­nier po pro­stu ko­piu­je czę­ści do­ku­men­tu i wkle­ja je do osob­ne­go pli­ku utwo­rzo­ne­go w Word­Pa­dzie.

Dar­ryl wciąż nie ro­zu­miał, co się dzie­je ani skąd po­cho­dzą te wszyst­kie do­ku­men­ty, jed­nak nie spra­wia­ły wra­że­nia, jak­by mia­ły co­kol­wiek wspól­ne­go z pra­cą. Trze­ba przy­znać, że na­zwa pli­ku, do któ­re­go ko­pio­wa­no dane, była my­lą­ca. Za­ty­tu­ło­wa­no go "Sier­ra Le­one". In­ży­nier rze­czy­wi­ście pra­co­wał nad pro­jek­tem ra­fi­ne­rii ropy dla Sier­ra Le­one. Dar­ryl ode­tchnął z ulgą - wkrót­ce zdał so­bie jed­nak spra­wę, dla­cze­go in­ży­nier wy­brał taką wła­śnie na­zwę. Gdy­by ktoś prze­cho­dził obok jego kom­pu­te­ra, mógł­by zmniej­szyć okien­ko pli­ku. Wów­czas wi­docz­na by­ła­by tyl­ko bel­ka na gó­rze z na­zwą "Sier­ra Le­one", więc każ­dy uznał­by od­ru­cho­wo, że do­ku­ment do­ty­czy te­ma­tu, nad któ­rym in­ży­nier wła­śnie miał pra­co­wać.

Dar­ryl rów­nież dał­by się na­brać, gdy­by nie to, że VNC wy­pa­trzył też nie­za­re­je­stro­wa­ny na­pęd - F: - co wska­zy­wa­ło na to, że in­ży­nier uży­wa ja­kie­goś prze­no­śne­go dys­ku. Dar­ryl po­słał VNC na prze­szpie­gi, po czym ka­zał opro­gra­mo­wa­niu sko­pio­wać dzie­siąt­ki ty­się­cy do­ku­men­tów, któ­re tam zna­lazł.

Nadal nie bar­dzo wie­dząc, jak ma się za­cho­wać ani co się wła­ści­wie dzie­je, Dar­ryl roz­ka­zał wier­ne­mu VNC zba­dać jesz­cze raz wnętrz­no­ści po­dej­rza­ne­go kom­pu­te­ra. Po­le­cił opro­gra­mo­wa­niu, by co trzy­dzie­ści se­kund ro­bi­ło zrzu­ty ekra­no­we z in­ży­nier­skie­go pe­ce­ta. Pod­czas pa­trze­nia na ekran do­sta­wa­ło się za­wro­tu gło­wy. Nikt nie był­by w sta­nie okre­ślić, co przed­sta­wia­ły te dane. Jed­nak na scre­en­sho­tach - "stop­klat­kach" z po­czy­nań pana in­ży­nie­ra - Dar­ryl zo­ba­czył coś, co po­zwo­li­ło mu wstęp­nie zo­rien­to­wać się w sy­tu­acji: set­ki nu­me­rów kart kre­dy­to­wych, ra­chun­ków ban­ko­wych, da­nych oso­bo­wych, nu­me­rów PIN i ad­re­sów ma­ilo­wych. Wszyst­ko to nie mia­ło ab­so­lut­nie nic wspól­ne­go z pro­jek­to­wa­niem ra­fi­ne­rii ropy naf­to­wej dla Sier­ra Le­one.

Dar­ryl wy­dru­ko­wał dane z Bank of Ame­ri­ca On­li­ne, któ­re pre­zen­to­wa­ły się szcze­gól­nie in­te­re­su­ją­co, po czym za­niósł wy­druk dy­rek­to­ro­wi Mike'owi Smi­tho­wi. Chwi­lę po­tem Smith dzwo­nił już na po­li­cję w Scun­thor­pe.

Kie­dy de­tek­tyw sier­żant Daw­son po­ja­wił się w fir­mie Grim­ley Smith, dy­rek­tor po­ka­zał mu wy­dru­ki. Oczom po­li­cjan­ta uka­zał się osza­ła­mia­ją­cy na­tłok da­nych. In­for­ma­cje o ban­kach, agen­cjach nie­ru­cho­mo­ści, to­wa­rzy­stwach ubez­pie­cze­nio­wych, par­kach roz­ryw­ki, ki­nach, or­ga­ni­za­cjach do­bro­czyn­nych... aż po dane spra­wia­ją­ce wra­że­nie, jak­by wy­kra­dzio­no je ar­mii Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Od razu przy­pusz­czał, że tra­fił na trop ja­kie­goś nad­uży­cia, ale nie był w sta­nie po­wie­dzieć, ja­kie zna­cze­nie ma po­zy­ska­ny ma­te­riał ani w jaki spo­sób może po­twier­dzić swo­je po­dej­rze­nia. Spra­wa nie przed­sta­wia­ła się pro­sto.

- Do­bra - uznał Daw­son. - Za­pro­śmy go do ga­bi­ne­tu i spró­buj­my z nim po­ga­dać.

Dy­rek­to­rzy przed­się­bior­stwa Grim­ley Smith po­pa­trzy­li po so­bie ner­wo­wo.

- O co cho­dzi? - spy­tał Daw­son.

- To ka­wał chło­pa - usły­szał od­po­wiedź - mogą być kło­po­ty.

- Cóż, w ra­zie po­trze­by po­sta­ra­my się za­cho­wać od­po­wied­nio do sy­tu­acji - po­wie­dział Daw­son, sta­ra­jąc się przy­wo­łać cały swój au­to­ry­tet funk­cjo­na­riu­sza na służ­bie.

Kie­dy w ga­bi­ne­cie po­ja­wił się wy­so­ki, po­staw­ny męż­czy­zna, spra­wiał wra­że­nie ra­czej zszo­ko­wa­ne­go niż roz­gnie­wa­ne­go. Z nut­ką wyż­szo­ści w gło­sie spy­tał de­tek­ty­wa, kim jest i co tu robi. Daw­son wy­ja­śnił, że zo­stał we­zwa­ny do GSA, na­stęp­nie zaś wprost spy­tał in­ży­nie­ra o gro­ma­dzo­ne przez nie­go dane. Ten z nie­ocze­ki­wa­ną non­sza­lan­cją od­parł, że jest to część ra­por­tu, któ­ry spo­rzą­dza dla jed­ne­go z obec­nych w ga­bi­ne­cie dy­rek­to­rów. Przez krót­ką chwi­lę pa­no­wa­ło mil­cze­nie, po czym je­den z me­ne­dże­rów rzu­cił od­waż­nie:

- Nie­praw­da!

- No, wła­śnie - ode­zwał się Daw­son. - Pro­szę wy­cią­gnąć ręce, sir. - A na­stęp­nie ski­nął gło­wą na swo­je­go ko­le­gę: - Za­łóż mu kaj­dan­ki!

Aresz­tant wca­le nie za­mie­rzał "spra­wiać kło­po­tów", jak oba­wia­li się tego wła­ści­cie­le fir­my. Cały czas był opa­no­wa­ny, cho­ciaż chy­ba tro­chę za­nie­po­ko­jo­ny. Dwie go­dzi­ny po tym, jak na ekra­nie Com­mand and Con­trol po­ja­wi­ło się do­nie­sie­nie, Daw­son miał już po­dej­rza­ne­go pod klu­czem, w celi aresz­tu po­li­cyj­ne­go. Te­raz jed­nak mu­siał upo­rząd­ko­wać ma­te­riał do­wo­do­wy. Je­że­li nie zdo­ła przed­sta­wić ja­snych do­wo­dów na pla­no­wa­nie lub do­ko­na­nie prze­stęp­stwa, za trzy dni trze­ba bę­dzie aresz­tan­ta wy­pu­ścić i na tym spra­wa się za­koń­czy.

Daw­son wró­cił do przed­się­bior­stwa Grim­ley Smith w to­wa­rzy­stwie ofi­ce­ra z jed­nost­ki in­for­ma­tycz­nej spe­cja­li­zu­ją­cej się w od­zy­ski­wa­niu da­nych, po czym obaj z Dar­ry­lem Le­anin­giem za­bra­li się do pra­cy. Jak przy­pusz­czał Dar­ryl, prze­no­śne dys­ki za­peł­nia­ły set­ki ty­się­cy do­ku­men­tów, a więk­szość z nich za­wie­ra­ła szcze­gó­ły do­ty­czą­ce zha­ko­wa­nych kart kre­dy­to­wych i kont ban­ko­wych. Były tam też jed­nak za­pi­sy wy­mia­ny ko­re­spon­den­cji elek­tro­nicz­nej - je­den z nich do­ty­czył gru­py dys­ku­syj­nej na Yahoo, na­zwa­nej pro­za­icz­nie bank­fraud@yaho­ogro­ups.com. Po­sty i inne ma­te­ria­ły z tej gru­py nie wy­glą­da­ły na pod­ręcz­nik on­li­ne - ra­czej na skryp­ty wyż­szej szko­ły prze­stęp­czo­ści in­ter­ne­to­wej.

Na­stęp­nie Daw­son wy­brał się do miesz­ka­nia na Plim­soll Way w po­bli­skiej miej­sco­wo­ści Hull, gdzie miesz­kał po­dej­rza­ny. Osie­dle po­wsta­ło w ra­mach pro­gra­mu re­wi­ta­li­za­cji daw­nych ma­ga­zy­nów por­to­wych i prze­ja­wia­ło już pierw­sze ozna­ki nie­ubła­ga­ne­go upły­wu cza­su. Na kre­mo­wą ka­mien­ną fa­sa­dę wy­peł­zły sza­re za­cie­ki i pla­my rdzy wy­ła­żą­ce spod za­pra­wy. Pięk­na me­ta­fo­ra no­wo­la­bu­rzy­stow­skiej Wiel­kiej Bry­ta­nii - z ze­wnątrz ma­mią­cej bla­skiem, lecz nie­bę­dą­cej już w sta­nie da­lej skry­wać to­czą­ce­go ją od we­wnątrz roz­kła­du.

Nie­trud­no było się zo­rien­to­wać, że apar­ta­ment za­miesz­ku­je sa­mot­ny męż­czy­zna. Nie, nie aż tak, żeby moż­na było na­zwać to wnę­trze chle­wem, jed­nak wszę­dzie le­ża­ły roz­rzu­co­ne rze­czy. "Brak ko­bie­cej ręki" - mruk­nął do sie­bie Daw­son. A po­tem tra­fił do sy­pial­ni i zna­lazł to, cze­go szu­kał. Na łóż­ku zo­ba­czył dwa lap­to­py - je­den nadal włą­czo­ny - a obok nich stos do­ku­men­tów. Wśród nich były nie­zli­czo­ne po­kwi­to­wa­nia z We­stern Union, po­twier­dze­nia prze­le­wów wy­cho­dzą­cych i przy­cho­dzą­cych z naj­roz­ma­it­szych kra­jów świa­ta: No­wej Ze­lan­dii, Mek­sy­ku, Zjed­no­czo­nych Emi­ra­tów Arab­skich, Ukra­iny...

Daw­son miał te­raz wszyst­kie te pli­ki i do­ku­men­ty, ale jak już wie­my, po­trze­bo­wał jesz­cze do­wo­du na po­peł­nie­nie kon­kret­ne­go prze­stęp­stwa - in­a­czej nie mógł do­pro­wa­dzić do po­sta­wie­nia za­rzu­tów. Pod­niósł plik pa­pie­rów, z któ­re­go jed­na kart­ka wy­pa­dła na pod­ło­gę. Pod­czas ma­ją­cych na­dejść mie­się­cy Daw­son nie­raz za­sta­na­wiał się, jak opatrz­no­ścio­wy był to mo­ment. Na kart­ce znaj­do­wa­ły się dane oso­bo­we ja­kie­goś dżen­tel­me­na za­miesz­ka­łe­go w West York­shi­re oraz nu­mer jego kon­ta ban­ko­we­go. Daw­son przyj­rzał się i zro­zu­miał, że może to być je­dy­ny w swo­im ro­dza­ju nie­po­wta­rzal­ny trop, do­ku­ment za­wie­rał bo­wiem tak­że ha­sło. Je­że­li uda się do­wieść, że ta oso­ba nig­dy do­bro­wol­nie nie prze­ka­za­ła ni­ko­mu swo­je­go ha­sła, może to być po­czą­tek spra­wy. I wła­śnie dla­te­go de­tek­tyw sier­żant Daw­son tak bar­dzo pra­gnął po­ro­zu­mieć się z wie­leb­nym An­drew Aru­nem Joh­nem. Je­że­li John po­twier­dzi, Daw­son bę­dzie mógł oskar­żyć po­dej­rza­ne­go o kon­kret­ne prze­stęp­stwo wy­łu­dze­nia in­ter­ne­to­we­go, a sę­dzia nie­mal z pew­no­ścią od­mó­wi wy­pusz­cze­nia go za kau­cją. Wów­czas Daw­son bę­dzie mógł pod­jąć się her­ku­le­so­wej pra­cy i prze­brnąć przez oce­an do­ku­men­ta­cji.