Romero
Panie, daj mi siłę, bo ją zabiję. Dlaczego ona musiała taka być? W takich chwilach żałowałem, że jej ojciec jest tym, kim jest. Może bym się jakoś wykręcił, zostawiając ją na pastwę losu i umywając ręce od tego wszystkiego. Co mi w ogóle przyszło do głowy? Mało, że muszę się z nią użerać, to teraz jeszcze odezwała się przeszłość. Odezwała się głośnym rechotem.
- Ja bym zjadł. - Dex wymienił spojrzenie z Austinem, a tamten z zapałem kiwnął głową. Przynajmniej jedno się nie zmieniło: obaj nie odpuściliby takiej okazji jak darmowa szama. Chociaż kiedyś wynikało to raczej z faktu, że w domu nie mogli liczyć na posiłek. W ogóle nie bardzo mogli na cokolwiek liczyć, jeśli chodzi o dom. To łączyło nas wszystkich.
A ile teraz nas łączyło? Nie miałem chyba nastroju, żeby to sprawdzać. To pewnie źle o mnie świadczyło, ale nigdy nie twierdziłem, że jestem miłą osobą. Dużo wody w rzece upłynęło, odkąd wyszedłem z domu po raz ostatni, w każdym razie tak zakładałem. Oni o wielu sprawach nie mogą wiedzieć, a do tego mam na głowie jeszcze tego nieprzewidywalnego, rozpuszczonego bachora. Czy nie powinna się ich bać? A oto zapraszała ich na obiad.
Uświadomiłem sobie, że obaj patrzą na mnie pytająco. Chyba czekali na moje pozwolenie.
- Jak chcecie dołączyć, to śmiało. - Wzruszyłem ramionami.
Dex uśmiechnął się pod nosem, klepnął mnie w ramię spękaną dłonią, która sprawiała wrażenie spracowanej.
- Kurde, nie bądź taki serdeczny i gościnny, bo zaraz się popłaczę.
Austin tymczasem kiwał głową, taksując mnie przenikliwym spojrzeniem stalowoszarych oczu, które moja mama nazywała udręczonymi. W dzieciństwie widział rzeczy, których żadne dziecko nie powinno oglądać, gdy w tym miasteczku działo się najgorzej, a jego mama robiła, co trzeba, by sobie poradzić.
- Dobrze wyglądasz. O wiele, wiele lepiej, niżbym się spodziewał po tylu latach...
- Masz dużo czasu na ciężary, co? - Dex napiął biceps, patrząc na mojego ramię. - Kurde, muszę sobie zrobić takie treningi jak ty.
- Nie wiem, o czym mówicie. Świetnie wyglądacie. - Na pewno lepiej niż tamte mizerne dzieciaki sprzed lat. Ich dżinsy i ciężkie buty widziały już lepsze czasy, ale były w niezłym stanie.
Nagle zdałem sobie sprawę, że oceniam ich jak wszystkich nowo przybyłych. Cóż, skrzywienie zawodowe.
Tatum zaśmiała się drwiąco, mieszając makaron.
- Dajcie spokój, on i tak jest już próżny.
- Chłopaki, na pewno chcecie zostać na obiedzie? - Postanowiłem się odgryźć. - Wiem, że to tylko kwestia ugotowania makaronu i podgrzania sosu, ale no... na waszą odpowiedzialność.
Czułem, jak jej wściekły wzrok wypala dziurę w mojej głowie, gdy odbierałem od gości ocieplane dżinsowe kurtki. Chciała być złośliwą gnojówą? Proszę bardzo, ale ani myślałem dać się okładać tylko dlatego, że mamy towarzystwo.
- No ale na serio, gdzieś ty się podziewał? Bo przepadłeś jak kamień w wodę.
Dex usiadł okrakiem na krześle przy okrągłym stole, opierając ramiona na oparciu. Naprawdę byliśmy rówieśnikami? Czy ja może wyglądałem dziesięć lat starzej, niż mi się zdawało? Różnica pomiędzy twarzą, którą widziałem codziennie w lustrze, a tą, która teraz na mnie patrzyła, była powalająca. Lampa nad stołem oświetlała ostre kąty zapadniętych policzków, wokół oczu mój dawny kumpel miał smutne zmarszczki, które się nie wygładzały, gdy się uśmiechał. Zakładałem, że pracuje na świeżym powietrzu, na wietrze i słońcu. Ja w porównaniu z nimi miałem słodkie życie.
Szykując się do tej podroży, przygotowałem się na wiele, ale nie na to. Naiwnie zakładałem, że w ogóle po tylu latach nikogo tu nie będzie albo że nikt mnie nie będzie pamiętał. Że nie będę musiał sobie uświadamiać, jak bardzo ich życie różniło się od mojego ani jak bym skończył, gdybym nie wyjechał.
Nie odpowiedziałem, tylko ruchem kciuka wskazałem lodówkę za swoimi plecami.
- Coś do picia? Mam piwo.
- Ja poproszę. - Austin usiadł na krześle, splatając ramiona na piersi. Ewidentnie nie zwolnił z imprezowaniem, z którego kiedyś słynął - przede wszystkim miał obrzękniętą twarz pijaka. I sądząc po bliźnie przecinającej mu policzek, nieobce mu były bójki z nożem. Najwyraźniej każdy z nas miał za sobą skomplikowane życie. Zawsze czułem wielką wdzięczność dla Calluma za wszystko, co dla mnie zrobił, ale odkąd ci dwaj przekroczyli próg tego domu, ta wdzięczność urosła niewyobrażalnie.
- Poszedłem do pracy - wyjaśniłem z głową w lodówce. - Coś w rodzaju stażu.
Gdy odwróciłem się do nich z piwem w ręce, nawet mnie nie zaskoczył wyraz ich twarzy pełen zmieszania i niedowierzania.
- Stażu? - spytał Dex. - A od kiedy to ty się starałeś o jakiś staż?
Przynajmniej Tatum się nie odzywała, bo szukanie patelni tak ją zaabsorbowało, że nie mogła dorzucić swoich paru groszy.
- Nie znam szczegółów i nie pytałem. Moja mama to załatwiła.
- A, tak, mama zawsze chciała, żebyś wyjechał z tej dziury.
Bezceremonialna uwaga Austina doprowadziła mnie do szału. Wiedziałem, że Tatum słucha, a wolałbym, żeby nie wiedziała rzeczy, których nie musi wiedzieć.
- A co u was? - zmieniłem temat. Wszystko, byleby mnie nie wypytywali o szczegóły.
- Stara bieda. - Dex nie dał rady zachować powagi, wybuchnął śmiechem i butelką wzniósł toast. - Witaj w domu. Tęskniliśmy za tobą.
- Wróciłeś na dobre? - spytał Austin, zanim pociągnął wielki łyk z butelki.
Ograniczyłem się do wzruszenia ramionami.
- A co wy robicie? Pytam o pracę.
Dex napiął zniszczoną dłoń.
- Pracujemy na budowie. Ostatnio jest nieźle, tak od paru lat. Buduje się dużo, a dużo się też remontuje.
Cholera. Nawet Tatum obejrzała się i wymieniła ze mną porozumiewawcze spojrzenie. Wiedziała, co myślę. Jej ojciec nieświadomie załatwił pracę moim dawnym kumplom. Ciekawe, co by powiedzieli, gdybym im to zdradził.
- Sam zauważyłem, że wiele tu się zmieniło na lepsze - mruknąłem pod nosem, znowu na nią zerkając. "Nie odzywaj się". To byli w sumie obcy ludzie i nie musieli wiedzieć, jak potoczyły się moje losy. Mieliby za dużo pytań, a ja nie mógłbym na nie odpowiedzieć.
- O tak, a szykuje się jeszcze więcej. Zakładamy, że mamy zapewnioną robotę co najmniej na kilka lat.
- Przepraszam, że muszę wam przerwać. - Tatum z drewnianą łyżką w dłoni odwróciła się od kuchenki. - Czy mogę poprosić o pomoc przy nakrywaniu stołu?
Zrozumiałem, że to pretekst.
- Jasne. - A kiedy stanąłem przy niej, by sięgnąć do szafki, szepnąłem: - Ani słowa.
- Nic nie zamierzałam mówić, boże drogi - syknęła i głośniej dodała: - Panowie, zjecie sałatkę? Mamy trochę warzyw w lodówce.
Proszę, proszę, jaka gosposia. Gdyby nie robiła tego, żeby mnie wkurzyć, uznałbym, że robi postępy.
Jak się okazało, sałata, która leżała w lodówce od naszego przyjazdu, nie nadawała się już do jedzenia.
- Musimy pojechać do sklepu - powiedziałem z westchnieniem. - Wybaczcie, chłopaki.
- A daj spokój. Ja i tak nie cierpię warzyw, tylko nie chciałem być niegrzeczny.
Tatum uśmiechnęła się przez ramię do Austina, on też się uśmiechnął, a potem dalej się w nią wpatrywał, kiedy już odwróciła się znowu do kuchenki.
Z daleka można się było zorientować, dlaczego tak patrzy. Ciśnienie mi się podniosło.
- Nie widzę obrączek. - Zauważyłem, rozstawiając talerze. Czas było pozbierać informacje, jeśli ci dwaj zamierzali siedzieć tu i gapić się na tyłek Tatum przez cały wieczór.
Dex, zanim odpowiedział, zakrztusił się piwem.
- Obrączek? No tak... Naoglądałem się wspaniałego małżeństwa w dzieciństwie.
- A u ciebie też nie widać. - Austin ruchem głowy wskazał na Tatum i spojrzał na mnie pytająco.
Ściągnąłem brwi i zarechotałem, ale zaraz tego pożałowałem, bo jego oczy się rozjaśniły, jakbym mu dał zielone światło. Cholera. To ostatnia kobieta, z którą bym go widział.
- Nie mam na to czasu - wyjaśniłem, no i taka była prawda. Nie miałem czasu w sumie na nic oprócz pracy dla Calluma. I zawsze tak było. Nie umiałbym pewnie tego wyjaśnić, nawet gdybym chciał, więc zamilkłem. Tatum odcedzała makaron. Nie ufałem jej umiejętnościom, ale najwyraźniej jakoś ogarniała sytuację i wyglądało na to, że się nie poparzy.
- Więc przyjaźniliście się w dzieciństwie, tak? - spytała.
Austin ku mojemu zdumieniu skrzywił się niezadowolony.
- Nie na tyle blisko, żeby nas uprzedzono, że ten tu wyjeżdża - odparł.
- Nie wiedziałam, że to się stało tak nagle - zażartowała.
Aż mnie ogłuszyło, taka fala wściekłości mnie zalała. No nie mogła odpuścić, nie i koniec. Musiała wyciągać informacje.
- Wszystko wydarzyło się szybko - wyjaśniłem.
Dex już otworzył usta, żeby rzucić jakąś przemądrzałą uwagę, ale we mnie coś pękło. On zamilkł i poprawił się na krześle. Zrozumiałem, że wyraz mojej twarzy przekonał go, że lepiej się zamknąć.
- Dzisiaj skromnie. - Tatum postawiła misę z makaronem na stole, a obok mniejszą miseczkę z resztą sosu. - Może na następny raz upichcę coś fajniejszego.
"Następny raz"? Ona się chyba zaparła, żeby zniszczyć resztki mojej cierpliwości. Z trudem się powstrzymałem, żeby ją zgromić wzrokiem, gdy siadaliśmy do stołu.
Musiałem pilnować, żeby rozmowa nie zeszła na mój temat. Dlaczego wyjechałem tak nagle - na pewno nie powinniśmy tego omawiać.
- Dużo ludzi tu jeszcze mieszka? Z tych, których znałem.
- A pewnie, prawie wszyscy, no oprócz tych, których... chwilowo nie ma. - Austin zerknął lękliwie na Tatum.
Ona tego nie zauważyła, zajęta nakładaniem spaghetti.
- Chwilowo? - spytała.
- Myślę, że chodzi mu o odsiadkę, w więzieniu - burknąłem, biorąc od niej talerz. Z przyzwyczajenia podałem go dalej, zamiast postawić przed sobą. I nawet nie zauważyłem, co robię. "Pracowałeś, żeby zapłacić za to jedzenie? Jak nie, to zaczekaj, aż dostaną posiłek ci, co pracowali". Pomimo tylu lat starań ciągle słyszałem w głowie ten głos. Mimowolnie się zastanowiłem, ile gówna jeszcze trzymam pod czaszką, nawet o tym nie wiedząc.
Policzki Tatum zmieniły kolor na zadziwiająco podobny do sosu, który właśnie nakładała.
- Och, przepraszam. Głupia jestem.
- Nie ma sprawy. A ty, Tatum, czym się zajmujesz? - Austin uśmiechał się do niej, zamiast chwycić widelec i zabrać się do jedzenia. Pamiętałem, że kiedyś był bardzo czarujący, nie mógł się opędzić od dziewczyn.
Czy ja kiedyś byłem taki młody, że się tym przejmowałem?
"Kogo chcesz oszukać? Przecież teraz się przejmujesz".
Ale urok osobisty nie zadziałał, bo jego pytanie przywołało to, co ona tak strasznie chciała zapomnieć. Światło w jej oczach zgasło.
- W maju skończyłam college. - Spuściła wzrok na talerz i tylko grzebała w jedzeniu widelcem. - Szukam pracy.
- Jakiej pracy dokładnie?
- W PR czy coś takiego. - Przełknęła ślinę, a w mojej głowie pojawiły się światła ostrzegawcze.
- No tu to chyba nie ma za dużo takich ofert - podsunąłem. - Ale nigdy nie wiadomo. Dużo stanowisk wymaga pracy zdalnej.
- A co tu w ogóle porabiasz? - spytał Dex. Niewinne pytania, normalne pytania zadawane obcej osobie, jeśli się starasz gawędzić przy obiedzie. Pytania, na które Tatum nie mogła odpowiedzieć.
Trąciłem ją, żeby zwrócić na siebie jej uwagę.
- Muszę powiedzieć, że to faktycznie niezłe.
Poskutkowało, pękła bańka napięcia, która się zaczynała wokół niej tworzyć.
- Bo umiem ugotować makaron - burknęła.
- Ale mogłaś go nie dogotować albo przegotować. Brawo.
- Jakim cudem wyście się z nim w ogóle kumplowali? - spytała naszych gości, a oni ryknęli śmiechem i reszta skrępowania zniknęła.
Chciałbym się nie czuć, jakbym stąpał po polu minowym. Chciałbym się odprężyć i cieszyć towarzystwem ludzi, którzy kiedyś byli mi bliscy. Swego czasu miałem tylko ich, gdy mama była albo zbyt przygnębiona czy chora, tak że przypominała ducha, tak że musiałem jej przypominać, żeby wstała z kanapy i umyła włosy. A przecież wiedziałem, że to nie jej wina.
Byli moim azylem, a żaden nie miał lepiej niż ja. Mogliśmy liczyć na siebie nawzajem. A jednak tak łatwo o nich zapomniałem, co?
- Przepraszam was. - Odsunęła krzesło i wstała od stołu. - Za chwilkę wrócę. - Dało się słyszeć jej kroki na skrzypiących schodach i zaraz zamknęły się drzwi łazienki.
Dałbym się pokroić, że oni tylko czekali na taką okazję.
- Opowiadaj - poprosił Austin, nachylając się.
- Dupczysz ją? - szepnął Dex.
- O boże drogi.
Przewrócił oczami.
- Wybacz. Najwyraźniej od tego stażu, na który wyjechałeś, słowo "dupczyć" zrobiło się za brzydkie. Przepraszam.
- To nie jest takie proste.
Gapili się na mnie, jakby czekali na ciąg dalszy, a ja westchnąłem ciężko.
- Nie mogę za bardzo mówić o swojej pracy i gdzie ostatnio mieszkałem. Nie chcę wyjść na dupka, naprawdę cieszę się ze spotkania, nawet jeśli tego po mnie nie widać.
Jeszcze jedno, co się w nich nie zmieniło, to że szybko zapominali urazy. Dex dopił piwo i spytał:
- A na ile zostajesz, jak sądzisz? Wal śmiało. Wiesz, mnóstwo ludzi chciałoby się na pewno z tobą spotkać, posiedzieć.
Jezusie. Tego mi tylko brakowało.
- Nie jestem pewien. - Nic więcej nie zdążyłem powiedzieć, bo usłyszeliśmy Tatum na schodach.
Gdy wróciła do stołu, od razu zauważyłem wilgotne włosy na jej skroniach. Musiała opłukać twarz. Pewnie żeby się pozbierać. Ona też nie potrzebowała takich imprez.
Albo tak sobie wmawiałem, bo po chwili odchrząknęła.
- A wiecie o jakiejś pracy w okolicy? - spytała. - Jakiejkolwiek. Muszę znaleźć jakieś zajęcie.
- Jesteś pewna? - W dupie miałem, że dawni kumple patrzyli na mnie zbaraniali. Chyba jej rozum odjęło, skoro myślała, że w ten sposób ucieknie ode mnie albo od ojca.
Jej promienny uśmiech zdradził mi wszystko, o nic nie musiałem pytać - chciała mi dokuczyć.
- Owszem, jestem pewna. Mogłabym coś porobić, zanim znajdę stałą pracę.
- Na głównej ulicy widziałem kilka kartek "Szukamy pracownika" - podsunął Austin. - I jak chcesz, możemy cię tam zabrać i przedstawić.
No nie wątpiłem, że chętnie to zrobi. Taki pomocny i życzliwy, i nie miało to nic wspólnego z tym, jak się na nią gapił.
- Ja ją oprowadzę - powiedziałem.
- A jeśli nikt cię tutaj nie pamięta? - spytała. - Też jesteś dla miejscowych obcy.
"W co ona gra?"
- Chciałbym na nowo poznać miasteczko, ludzi. - Nie wiedziałem, czy jest na świecie coś, na co miałbym mniejszą ochotę, ale nie będzie się sama rozbijać po okolicy. I nie tylko dlatego, że przede wszystkim jej ojciec by mnie zabił, zanim by doszło do jakiejkolwiek napaści.
Kiedy nasi goście zaczęli wstawać od stołu, poczułem ulgę wręcz niewyobrażalną.
- My jesteśmy w sumie umówieni z paroma kumplami u O'Neala, chcecie iść? I dzisiaj my stawiamy. - Austin puścił oko do Tatum. - Damie też.
No, przynajmniej teraz wykazała się zdrowym rozsądkiem.
- Nie jestem pewna - odparła - może następnym razem. - Wstała, pozbierała nakrycia i wstawiła je do zlewu.
- Ja tak samo. - Wzruszyłem ramionami. - Mam robotę, której już nie mogę odkładać. - Widziałem, że czekają na dokładniejsze wyjaśnienia, ale trudno. Cholera. Już sobie wyobrażałem te rozmowy w pubie po tym, jak byłem taki tajemniczy.
Tyle dobrego, że po prostu wzruszyli ramionami i sięgnęli po kurtki przy drzwiach.
- Do zobaczenia. I dzięki za obiad.
Tatum kiwnęła każdemu po kolei, uśmiechnięta, a ja otworzyłem im drzwi.
- Mogę was o coś prosić? - dorzuciłem, gdy już staliśmy na progu. - Nie róbcie dużo szumu z mojego powrotu. Nie bardzo chcę o tym trąbić.
- Jak sobie życzysz, brachu. - Zaśmiali się zgodnie, pokręcili głowami i ruszyli do ogrodzenia. Przeskoczyli je tak samo jak przed laty. Nie zmienili się za bardzo, ale też nigdy stąd nie wyjechali. Nie mieli powodu, żeby się zmieniać.
Zamknąłem drzwi i odwróciłem się do Tatum. Z ulgą, że już nie musiałem niczego udawać.
- Co to miało być, do cholery? Nagle masz chęć pakować zakupy w sklepie? Czy zamiatać włosy u fryzjera?
- Teraz się mówi "u stylisty fryzur".
- Może tam, gdzie ty się wychowałaś, księżniczko, bo na pewno nie tutaj. Chętnie bym się dowiedział, co ci strzeliło do łba, jak gadałaś takie rzeczy.
Tak mocno uderzyła dłońmi o krawędź zlewu, że musiało ją zaboleć, ale nie okazała tego.
- A może to do twojej głowy przydałoby się strzelić?
- Nie chcesz takiej roboty i oboje doskonale o tym wiemy.
Odwróciła się do mnie, śmiejąc się drwiąco.
- A co to ma znaczyć, do cholery jasnej?
- Daj spokój. Spójrzmy prawdzie w oczy. Jak tylko oni zapukali do drzwi, byłaś gotowa pochlastać ich nożem. Sama wiesz, że to nie jest normalne.
Odwróciła się znowu do zlewu i mocno, oburącz chwyciła jego krawędź.
- Nie mów mi, co mam robić ani co mam czuć.
- Ktoś musi. Jeśli ty nie zamierzasz sobie pomóc, trudno. Ale ja nie będę bezczynnie patrzył, jak popełniasz błędy.
- Odkąd to szukanie pracy nazywasz błędem?
- Robisz to tylko po to, żeby mnie wykurzyć, i to jest błąd.
- Och, doprawdy? No to dobrze, że mi to mówisz, bo nie miałam pojęcia. Wydawało mi się, że po prostu chcę się do czegoś przydać.
- Przydaj się sobie przede wszystkim. Nie mogę przez resztę życia sprawdzać, czy nie brakuje któregoś z noży.
- Wyświadcz mi przysługę i przestań udawać, że obchodzi cię moje zdrowie, w jakimkolwiek zakresie. Doskonale oboje wiemy, że skaczesz, jak ci mój ojciec zagra.
Czemu mnie to tak zabolało? Nie powinno. Ot, powiedziała coś wkurzona, przerażona, rozpuszczona córeczka, coś dla mnie bez znaczenia. A jednak te słowa bolały, drażniły jak plumkanie wody z cieknącego kranu. Był to teraz jedyny dźwięk w tej kuchni, poza tym że dyszeliśmy ciężko. I tak staliśmy całą wieczność.
Na tyle długo, że sobie wyobraziłem, że odpuszczam. Nie potrzebowałem tego. Miałem dość oszczędności, żeby zacząć nowe życie w dowolnym miejscu. Niech ona sobie radzi sama, zobaczymy, jak daleko zajdzie. To była miła fantazja, ale tylko fantazja.
Callum by mi nie wybaczył - znalazłby mnie na końcu świata i zatłukł jak psa. Ona by poszła do niego na skargę, a on by na pewno ją wsparł, zamiast ją rzucić na żywioł, tak jak na to zasługiwała. Nie miała zielonego pojęcia, co to znaczy walczyć o przetrwanie. Codziennie wracać do domu, w którym toczy się nieustająca wojna, wstrzymywać oddech, słysząc kroki nad głową, własnym ciałem zasłonić kogoś przed ciosem pięści.
Ale wzdrygnęła się na dźwięk telefonu. Leżał cały czas na blacie, wyświetlaczem do góry, i nawet z tej odległości widziałem treść esemesa, który przyszedł.
Jefferson: Co ukrywasz?! Znajdę Cię, a jak Cię znajdę, to gorzko pożałujesz, że od razu mi wszystkiego nie powiedziałaś.
- Dlaczego jeszcze nie zablokowałaś jego numeru, do cholery? - warknąłem, sięgając po jej aparat. Ona jednak mnie ubiegła i chwyciła go drżącą ręką.
- Nie wiem. - Szeptała tak cicho, że ledwie ją słyszałem.
Od razu sobie przypomniałem, z czym ona się zmaga, i że walczy również z własnymi demonami. Nie tylko ja tutaj znałem to uczucie, gdy wstrzymujesz oddech ze strachu przed tym, co zaraz nastąpi.
- Zrób to natychmiast. - Zakryłem jej dłoń swoją dłonią, starając się jakoś ukoić ból, który czuła. - Nie musisz się narażać na takie przeżycia. Niech jego wrzaski i groźby trafiają w próżnię.
- Masz rację. - Otarła łzy, które płynęły już strumieniami, i zablokowała numer tego gnoja. Przyszło mi do głowy pytanie, czy gdyby znała prawdę, gdyby wiedziała, że dla niej poderżnąłem gardło tamtemu skurwielowi, nadal uważałaby mnie za bezdusznego dupka.