Mroczny kochanek - J.L.Beck

Kup ebooka

44.90 zł
33.68 zł (25,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Ta­tum

Dzie­sięć lat wcze­śniej

Gdy tylko otwo­rzy­łam oczy, na mo­jej twa­rzy roz­lał się uśmiech: dzi­siaj za­czy­nały się wa­ka­cje.

Po dzie­wię­ciu mie­sią­cach szkoły w końcu na­de­szło lato, a wraz z nim za­słu­żony od­po­czy­nek. Gdy­bym miała krótko opi­sać, jak się czu­łam, naj­bar­dziej pa­so­wa­łoby słowo "eks­cy­ta­cja". Cu­downa była świa­do­mość, że nie będę mu­siała od­ra­biać już ani jed­nej pracy do­mo­wej, nie będę mu­siała się wcze­śnie kłaść, że będę mo­gła wsta­wać, o któ­rej ze­chcę, przy­naj­mniej przez naj­bliż­sze trzy mie­siące.

Nie­mal czu­łam smak wol­no­ści. Nie mo­głam się do­cze­kać prze­sia­dy­wa­nia nad ba­se­nem i chło­nię­cia każ­dego pro­mie­nia słońca. Mia­łam na­dzieję, że za­nim je­sie­nią znowu za­cznie się szkoła, będę pięk­nie opa­lona, za­miast stra­szyć bla­dzi­zną jak te­raz.

A do tego już za chwilę miała się tu po­ja­wić Bianka, moja naj­lep­sza przy­ja­ciółka. Nie po­sia­da­łam się z ra­do­ści. Jej tata zwy­kle nie po­zwa­lał jej no­co­wać u ko­goś, z wy­jąt­kiem ja­kichś spe­cjal­nych oka­zji typu uro­dziny. Bianka mó­wiła, że oj­ciec jest su­rowy i za­wsze musi wie­dzieć, co ona robi i z kim prze­bywa. To mu­siało być okropne - mieć apo­dyk­tycz­nego ojca. Mój tata też za­wsze chciał wszystko wie­dzieć, ale po­zwa­lał mi od­wie­dzać przy­ja­ciół i cho­dzić na za­kupy. Oczy­wi­ście nie sa­mej.

Kiedy wy­cho­dzi­łam, za­wsze mu­siał mi to­wa­rzy­szyć któ­ryś z lu­dzi ojca, po­nie­waż on sam zwy­kle był tak za­jęty, że nie mógł mnie za­wieźć na za­ję­cia czy do kina. Pew­nie dla­tego pan Cole nie chciał, żeby Bianka tu przy­cho­dziła... No bo mój tata tu był. Ale on zwy­kle pra­co­wał w swoim ga­bi­ne­cie, tak że mia­ły­śmy cały dom dla sie­bie. Je­śli oczy­wi­ście nie li­czyć lu­dzi, któ­rym tata płaci za ochronę. Se­rio - nie­wiele mieli do ro­boty, zwłasz­cza że nie zda­rzyło mi się ni­gdy na przy­kład dła­wić, to­pić czy coś w tym stylu. Na ogół po pro­stu od­wra­cali wzrok.

Pan Cole był śled­czym w po­li­cji, więc wie­dział, co ży­cie może od­wa­lić. W każ­dym ra­zie tak mi mó­wiła Bianka. Tak mnie no­siło z ra­do­ści, że ona nie­długo u mnie bę­dzie, że w końcu wy­szłam z łóżka i wsko­czy­łam pod prysz­nic, cho­ciaż spo­koj­nie mo­gła­bym jesz­cze po­spać ze dwie go­dziny.

Do­póki nie po­zna­łam się z Bianką, nie mia­łam po­ję­cia, że dzieci mają ja­kieś obo­wiązki do­mowe. Nie by­łam idiotką, wie­dzia­łam, że nie każdy ma w domu per­so­nel, który zaj­muje się go­to­wa­niem i sprzą­ta­niem. Są­dzi­łam jed­nak, że zaj­mują się tym ro­dzice, ale w przy­padku Bianki było ina­czej. Ona w kółko sprzą­tała coś w domu, sama so­bie prała, a na­wet go­to­wała, no bo miesz­kała sama z oj­cem. Tak jak ja nie miała mamy, tylko że ona mo­gła swoją od­wie­dzać na cmen­ta­rzu.

Ja na ogół nie mia­łam po­ję­cia, gdzie jest moja mama.

Za­wsze po­rządna Bianka bar­dzo mnie od­mie­niła. Do­tarło do mnie, że mo­gła­bym cho­ciaż po­ście­lić wła­sne łóżko albo po­sprzą­tać po so­bie w ła­zience. Więc te­raz po prysz­nicu zro­bi­łam po­rzą­dek w po­koju. Jak się prze­pro­wa­dzę do nie­uży­wa­nego skrzy­dła domu, co tata mi obie­cał na po­czą­tek li­ceum, będę miała wię­cej obo­wiąz­ków.

To jedna z jego za­sad: "Je­śli chcesz coś ode mnie, mu­sisz mi po­ka­zać, że je­steś w sta­nie wziąć za to od­po­wie­dzial­ność".

Cią­gle mu więc po­ka­zy­wa­łam, że mogę sama o sie­bie za­dbać. Pra­gnę­łam mu udo­wod­nić, że nie je­stem już dziec­kiem. By­łam co­raz star­sza i chcia­łam, żeby to wi­dział.

Kiedy skoń­czy­łam sprzą­ta­nie, mo­głam usiąść i cze­kać. Do­cho­dziła ósma trzy­dzie­ści, a pan Cole mu­siał do­trzeć do pracy na dzie­wiątą, co ozna­czało, że Bianka do­je­dzie lada chwila. Chwy­ci­łam zie­lony ko­stium jed­no­czę­ściowy - tata mi jesz­cze nie po­zwa­lał na dwu­czę­ściowy, mo­głam go bła­gać bez końca, wszystko na próżno.

"Ja płacę, więc bę­dziesz no­sić to, co ja uznam za sto­sowne". Wła­śnie w ta­kich chwi­lach ża­ło­wa­łam, że nie mam mamy, która by się wtrą­ciła i sta­nęła po mo­jej stro­nie. No ale ona na­wet nie od­bie­rała te­le­fo­nów ode mnie, a co do­piero mó­wić o bro­nie­niu mnie przed tatą. Na ogół by­łam zdana na sie­bie.

Na myśl o ma­mie po­czu­łam przy­gnę­bie­nie i smu­tek, więc mocno za­ci­snę­łam po­wieki i jak naj­szyb­ciej po­rzu­ci­łam te roz­wa­ża­nia.

Wło­ży­łam ko­stium i do tego krót­kie spodenki, a swoje blond loki zwi­nę­łam w ko­czek. Do­sko­nale. Jesz­cze szybko obej­rza­łam się w lu­strze. By­łam wy­soka i, chwała bogu, moje ciało za­częło się za­okrą­glać. Przez ja­kiś czas już się mar­twi­łam, że ręce na za­wsze zo­staną nie­pro­por­cjo­nal­nie dłu­gie. Na szczę­ście się to wy­rów­nało. Mia­łam bladą twarz i wy­glą­da­łam nie­zdrowo, a po­nie­waż tata pra­wie ni­gdy nie po­zwa­lał mi się ma­lo­wać (co miało się zmie­nić w tym roku), za­wsze wy­glą­da­łam tak wła­śnie. Jak so­bo­wtór Duszka Kac­perka.

Nie­ważne, bo za­mie­rza­łam tyle się la­tem opa­lać, że bla­dość mi nie gro­ziła. By­łam w po­ło­wie scho­dów, gdy usły­sza­łam głos ojca.

Hurrra! Mo­głam mu po­wie­dzieć "dzień do­bry", za­nim na wiele go­dzin za­mknie się w ga­bi­ne­cie. Cie­kawe, czy da­ła­bym radę cza­sami go wy­cią­gnąć, żeby ze mną po­pły­wał. Nie mógł prze­cież w kółko tylko pra­co­wać, prawda? To nie­spra­wie­dliwe, że do­ro­śli nie mieli wa­ka­cji tak jak dzie­ciaki. Może trzeba było mu przy­po­mnieć, że są inne rze­czy w ży­ciu poza pracą.

Bu­zia mi się sama śmiała, bo zwy­kle oj­ciec zni­kał gdzieś już rano. A nuż uda­łoby nam się ra­zem zjeść te­raz śnia­da­nie... A je­śli na­wet był za­jęty i już szedł do ga­bi­netu, mo­głam ja mu coś przy­nieść. Chcia­łam, że­by­śmy spę­dzili tro­chę czasu ra­zem w te ostat­nie wa­ka­cje przed li­ceum. Wie­dzia­łam, że jak tylko za­czną się lek­cje, ja sama będę nie­do­stępna, bo będę miała do­dat­kowe za­ję­cia i będę mu­siała się uczyć. Tę­sk­ni­łam za tym, żeby so­bie z nim po­sie­dzieć i po­roz­ma­wiać. Kie­dyś by­li­śmy bli­żej, a te­raz do­słow­nie z każ­dym ro­kiem mia­łam wra­że­nie, że się od­da­lamy.

- Do­ro­bię dla cie­bie klu­cze - mó­wił oj­ciec. Jego głos do­bie­gał z co­raz mniej­szej od­le­gło­ści, po­dob­nie jak stu­kot po­de­szew bu­tów wi­zy­to­wych, któ­rych w ciągu dnia w za­sa­dzie ni­gdy nie zdej­mo­wał. - Mo­żesz do­jeż­dżać, je­śli wo­lisz, ale le­piej by było, gdy­byś jak naj­wię­cej prze­by­wał na te­re­nie po­sia­dło­ści. Je­śli bę­dziesz cze­go­kol­wiek po­trze­bo­wał, daj mi znać, a ja to za­ła­twię. Le­piej, że­byś się przy­czaił na ja­kiś czas...

- Ro­zu­miem.

Do­tar­łam już na dół, gdy ode­zwał się ten drugi głos. Głę­boki. I chyba ni­gdy go do­tąd nie sły­sza­łam. I ten ktoś od tego głosu ma mieć klu­cze do domu? Nowy ochro­niarz? Na samą myśl wznio­słam oczy do nieba. Już i tak szwen­dały się tu tłumy.

Zmie­szana, wciąż sta­łam na ostat­nim stop­niu, gdy tata wy­ło­nił się od strony nie­uży­wa­nego wschod­niego skrzy­dła. Sze­roko otwo­rzył oczy, za­sko­czony moim wi­do­kiem.

- Dzień do­bry - po­wie­dział i obej­rzał się na tego ko­goś, kto po­dą­żał za nim.

- Dzień do­bry, tato. Chcia­łam cię zła­pać, za­nim sią­dziesz do pracy. Pój­dziesz dzi­siaj ze mną i z Bianką po­pły­wać?

Od­su­nął się i do­piero wtedy zo­ba­czy­łam czło­wieka, do któ­rego mó­wił.

Na­prawdę ża­ło­wa­łam, że tata nie po­zwala mi na ko­stium dwu­czę­ściowy. No i że w tej chwili nie mam na so­bie nic faj­niej­szego niż ob­cięte dżinsy. W ży­ciu nie wi­dzia­łam tak osza­ła­mia­ją­cego chło­paka. Był taki słodki, że na­wet Johnny Town­send nie miał przy nim szans.

Ta­jem­ni­czy fa­cet był mniej wię­cej wzro­stu taty, metr dzie­więć­dzie­siąt, może ciut wię­cej, miał gę­ste czarne włosy i gra­na­towe oczy, któ­rych wy­raz zde­cy­do­wa­nie nie za­chę­cał do za­war­cia bliż­szej zna­jo­mo­ści. Pa­trzyły na wskroś, wy­da­wało się, że są w sta­nie prze­pa­lić dziurę w przed­mio­cie, a ja w tej chwili my­śla­łam tylko o tym, jaka je­stem za­uro­czona jego obec­no­ścią.

Nie­stety on na mnie nie pa­trzył. Pa­trzył na­to­miast na pod­łogę, ściany i su­fit, jakby był na mnie wście­kły. Na jego peł­nych ustach za­ma­ja­czył drwiący uśmie­szek. W ży­ciu nie wi­dzia­łam, żeby ktoś tak pa­trzył na przed­mioty - jakby go wku­rzały sa­mym swoim ist­nie­niem. Prze­su­nę­łam wzrok i spoj­rza­łam na jego dło­nie. Były wiel­kie, a wła­śnie jedną prze­cze­sał ciemne włosy - któ­rym przy­da­łoby się strzy­że­nie, że nie wspo­mnę o my­ciu - i za­raz po­tem we­pchnął do kie­szeni czar­nych dżin­sów.

Ra­sowy mroczny ry­cerz. Tak wła­śnie. Nie­ustę­pliwy, po­sępny, ta­jem­ni­czy. Po­czu­łam ła­sko­ta­nie w brzu­chu i ru­mie­niec wy­peł­za­jący na szyję i po­liczki. Wpa­try­wa­łam się w nie­zna­jo­mego, za­sta­na­wia­jąc się, kim jest, ale wi­dzia­łam w nim tylko gniew.

Tata od­chrząk­nął, żeby przy­cią­gnąć moją uwagę.

- Ro­mero... to moja córka Ta­tum. Ta­tum, po­znaj Ro­mera. Zo­sta­nie z nami na ja­kiś czas.

- Co ta­kiego? Ale chyba nie tam? - Ru­chem głowy wska­za­łam drzwi, przez które do­piero co we­szli. - Mó­wi­łeś, że mogę prze­nieść swoje rze­czy do tego skrzy­dła, jak tylko je­sie­nią za­cznie się szkoła.

- Po­wie­dzia­łem "może". - Wes­tchnął, mru­żąc oczy. Zna­łam to spoj­rze­nie. Ozna­czało, że wła­śnie skoń­czyła mu się cier­pli­wość. - Wiem, że chcia­łaś się tam prze­pro­wa­dzić, ale w tym mo­men­cie to na pewno nie jest naj­waż­niej­sze. Ro­mero musi mieć gdzie miesz­kać, a my­ślę, że za­miast wpro­wa­dzać się do po­miesz­cze­nia są­sia­du­ją­cego z twoim po­ko­jem po­wi­nien za­jąć osobne skrzy­dło. W pew­nym mo­men­cie może się prze­nieść do któ­re­goś domku na na­szym te­re­nie.

Serce mi się tak ści­snęło, że po­czu­łam ból w klatce pier­sio­wej. Wa­lić mrocz­nego ry­ce­rza, ten typ mi wła­śnie wszystko znisz­czył! Tak, wie­dzia­łam, że to tylko po­kój, i nie po­win­nam się czuć tak roz­cza­ro­wana od ta­kiego dro­bia­zgu, ale na­prawdę nie mo­głam się do­cze­kać tej prze­pro­wadzki. Ko­lejny krok ku doj­rza­ło­ści i od­po­wie­dzial­no­ści.

Mój oj­ciec był biz­nes­me­nem w każ­dym calu i jak już pod­jął de­cy­zję, to po za­wo­dach. Nie chcia­łam jed­nak przed słod­kim chło­pa­kiem wy­paść na roz­pusz­czoną smar­kulę, więc tylko zgrzyt­nę­łam zę­bami i prze­łknę­łam upo­ko­rze­nie. Czy to se­rio miało aż ta­kie zna­cze­nie, że nie mo­głam się do­cze­kać więk­szej prze­strzeni i pry­wat­no­ści? Nie­ko­niecz­nie. W pew­nym mo­men­cie się z tym po­go­dzę, jak za­wsze.

- Do­bra - burk­nę­łam, wbi­ja­jąc pa­znok­cie w dłoń, za­miast się wku­rzyć, na co mia­łam naj­więk­szą ochotę.

- Wi­dzę, że masz na so­bie strój ką­pie­lowy. - Tata wska­zał na mnie pal­cem, jakby wcze­śniej nie sły­szał, że za­pra­sza­łam go, by do­łą­czył do za­bawy.

- No tak, prze­cież Bianka przy­cho­dzi, pa­mię­tasz? Dla­tego cię py­ta­łam, czy z nami po­pły­wasz.

- Ach. To miło, ko­cha­nie, ale może na­stęp­nym ra­zem. Mam strasz­nie dużo ro­boty. - Wie­dzia­łam, że już mnie nie sły­szy, od­wró­cił się zresztą do Ro­mera. Zu­peł­nie jak­bym się tu w ogóle nie po­ja­wiła. - Wszystko, co jest w tym domu, jest twoje tak samo jak moje. Cze­go­kol­wiek chcesz, wy­star­czy, że po­wiesz. Sześć razy w ty­go­dniu przy­cho­dzi ku­charka. Ma wy­chodne od so­boty po po­łu­dniu na całą nie­dzielę, ale za­wsze zo­sta­wia nam pełną lo­dówkę.

Mi­nęli mnie i po­szli do kuchni, a ja mo­głam tylko od­pro­wa­dzić ich wzro­kiem. Nie to, że mam za­wsze coś do po­wie­dze­nia, bo nie mam, trzeba przy­znać, no ale te­raz ewi­dent­nie po­czu­łam gniew, że mnie tak zi­gno­ro­wano. Naj­wy­raź­niej tata chciał po­móc temu Ro­me­rowi, kto­kol­wiek to był, ale przy tym cał­ko­wi­cie mnie igno­ro­wał, jak­bym była ni­kim. We­szłam do kuchni w chwili, gdy przed­sta­wiał tego czło­wieka na­szej ku­charce She­ryl, a ta była dla niego miła tak samo, jak za­wsze jest miła dla mnie.

- Może przy­go­tuję ci śnia­da­nie?

- Nie, dzię­kuję - wy­mam­ro­tał, pa­trząc w pod­łogę, gło­sem zdła­wio­nym i ochry­płym. - Nie je­stem głodny.

- Świet­nie, ale pro­szę pa­mię­tać, że za­wsze mo­żesz tu zajść i się coś prze­ką­sić. - Za­uwa­żyła mnie w drzwiach i uśmiech­nęła się pro­mien­nie, jak to ona. - Dzień do­bry, wi­tamy ab­sol­wentkę gim­na­zjum. Przy­go­to­wa­łam pa­nience ulu­bione śnia­da­nie: fran­cu­ski tost z be­ko­nem i sok z po­ma­rań­czy.

- Och, dzię­kuję. - A więc Ro­mero te­raz już wie­dział, że wła­śnie skoń­czy­łam gim­na­zjum, czyli wie­dział, ile mam lat. Krindż. Mu­sia­łam otwo­rzyć drzwi lo­dówki, żeby schło­dzić ru­mie­niące się po­liczki.

- Zde­cy­do­wa­nie po­wi­nie­neś coś zjeść - po­wie­dział tata do Ro­mera za mo­imi ple­cami.

Do­słow­nie po­czu­łam za­zdrość, sły­sząc tro­skę w jego gło­sie. Oczy­wi­ście oj­ciec mnie ko­chał i dbał o mnie, ale ni­gdy się tak mną nie przej­mo­wał, albo: nie aż tak. Mia­łam wręcz wra­że­nie, że in­te­re­suje się Ro­me­rem zu­peł­nie wy­jąt­kowo, bo na przy­kład go ob­cho­dziło, czy ten chło­pak je.

Dla­czego? Kto to był? Z ja­kiego po­wodu oj­ciec aż tak się o niego trosz­czył?

- Przy­go­to­wa­łam śnia­da­nie z za­pa­sem - do­dała She­ryl. - Wy­star­czy wy­cią­gnąć do­dat­kowe na­kry­cie z szafki.

No świet­nie. Mało, że do­stał skrzy­dło domu, do któ­rego ja mia­łam się wpro­wa­dzić, to te­raz jesz­cze She­ryl chce mu dać moje ulu­bione śnia­da­nie. Mu­sia­łam się ugryźć w ję­zyk i za­ję­łam się na­le­wa­niem soku do szklanki. Nie spy­ta­łam Ro­mera, czy też chce. Do­sta­nie swój, bo naj­wy­raź­niej wła­śnie tu za­miesz­kał.

- Na­prawdę nie je­stem głodny. - Te­raz usły­sza­łam w jego gło­sie ja­kiś ostry, wręcz wście­kły ton. Dla­czego się wku­rzał? Bo lu­dzie byli dla niego mili? To był ja­kiś ab­surd.

- No do­brze - rzu­cił tata ła­god­nie. - Wy­star­czy, że wiesz, gdzie szu­kać je­dze­nia. Nie krę­puj się. I te­raz może cię opro­wa­dzę po po­sia­dło­ści, a po­tem się roz­pa­ku­jesz w swoim po­koju?

Naj­bar­dziej mnie za­bo­lało, gdy oj­ciec po­ło­żył dłoń na ra­mie­niu tego ob­cego, bur­kli­wego smar­ka­cza i wy­szedł z nim z kuchni. Po­my­śla­ła­bym, że póź­niej go spy­tam, o co cho­dzi, co Ro­mero tu robi i jak długo zo­sta­nie, ale zna­łam swo­jego ojca, wie­dzia­łam, że po­wie, że­bym po­szła do Bianki albo po­pły­wać, albo na za­kupy. Co­kol­wiek, byle z dala od niego.

Zwłasz­cza te­raz, gdy miał syna, któ­rego za­wsze pra­gnął.

Nie mia­łam po­ję­cia, skąd mnie na­szła taka myśl, ale ode­brała mi ape­tyt. Mu­sia­łam jed­nak do­koń­czyć po­si­łek, bo She­ryl się na­pra­co­wała, a nie chcia­łam jej ura­zić tak jak Ro­mero. Co prawda nie było wi­dać, żeby ją to ob­cho­dziło - nu­cąc pod no­sem, wy­cią­gała za­kupy z to­reb i za­brała się do my­cia wa­rzyw i owo­ców.

- Ta­tum? - Na głos Bianki do­bie­ga­jący z ko­ry­ta­rza od razu po­czu­łam się le­piej.

- Je­stem w kuchni! - za­wo­ła­łam, a ona już po kilku se­kun­dach wpa­dła do po­miesz­cze­nia, cała za­ru­mie­niona i z sze­roko otwar­tymi oczami.

- Kim jest ten chło­pak z twoim tatą? - spy­tała i za­raz uśmiech­nęła się za­kło­po­tana, gdy zdała so­bie sprawę z obec­no­ści She­ryl. Ale ona tylko się ro­ze­śmiała.

Spoj­rza­łam na przy­ja­ciółkę zna­cząco, by dać jej znać, że po­roz­ma­wiamy o tym póź­niej, na osob­no­ści. Wsta­łam od stołu i od­nio­słam na­czy­nia do zlewu.

- Po­dać ci coś? - spy­tała She­ryl Biankę.

Moja przy­ja­ciółka grzecz­nie od­mó­wiła, a ja za­raz wy­cią­gnę­łam ją za ra­mię na pa­tio. Po­mimo wcze­snej go­dziny było już go­rąco i parno, do­słow­nie czu­łam, jak włosy mi się pu­szą.

- Co się dzieje? - spy­tała Bianka.

Na jed­nym ra­mie­niu nio­sła ple­cak, na dru­gim ręcz­nik pla­żowy. Po­truch­tała za mną.

Nie zwa­rio­wa­łam. Po pro­stu się mar­twi­łam... może na­wet zło­ści­łam.

- Po pierw­sze, ten chło­pak wpro­wa­dza się do nie­uży­wa­nego skrzy­dła - szep­nę­łam, zgrzy­ta­jąc zę­bami. - Ja go w ogóle nie znam, ale dla taty jest ja­kimś cu­dem tak ważny, że dał mu po­kój, który już obie­cał mnie.

- Uch, to fa­tal­nie. - Bianka usia­dła, krę­cąc głową. - Wiem, jak bar­dzo chcia­łaś się tam prze­nieść.

- Chcia­łam. I to jest po pro­stu... no sama nie wiem. Ko­leś się do­piero co po­ja­wił, a można by po­my­śleć, że ja prze­sta­łam ist­nieć. - Za­śmia­łam się w du­chu. - Nie że­bym ist­niała do tej pory, no ale i tak...

- To nie­prawda. Wi­dzia­łam, jak twój tata się cie­szy, jak każdy inny oj­ciec, że skoń­czy­łaś szkołę. Za­brał nas na obiad i w ogóle. - Skrzy­wiła się. - Przy­kro mi, że mój tata tak dzi­wa­czył i usi­ło­wał za­pła­cić.

Mach­nę­łam ręką, bo fa­ceci w ogóle są dzi­wa­kami, a przede wszyst­kim i tak by­łam za­sko­czona, że pan Cole w ogóle chciał z nami iść na obiad. Za­wsze mia­łam wra­że­nie, że nie lubi mo­jego ojca, choć oczy­wi­ście dla mnie nie­zmien­nie był miły.

- Nie ma pro­blemu, fa­ceci za­wsze coś wy­my­ślają, ale wła­śnie o to cho­dzi. Wczo­raj tata się mną przej­mo­wał, wi­dzia­łam, że je­stem dla niego ważna. A dzi­siaj? Nic tylko Ro­mero i Ro­mero. Bez wy­ja­śnie­nia, bez ni­czego. Jakby mó­wił: "Patrz, ten ko­leś bę­dzie z nami te­raz miesz­kał. Mi­łego sie­dze­nia w ba­se­nie".

Bianka wzru­szyła ra­mio­nami.

- Mo­gło być go­rzej. Na przy­kład gdyby ten ko­leś był brzydki, od­py­cha­jący.

Tu miała ra­cję. Cho­ciaż spra­wiał wra­że­nie dupka, nie mo­głam się do­cze­kać, aż go znowu zo­ba­czę.

- Jest od nas star­szy - do­da­łam. - Ma z szes­na­ście czy sie­dem­na­ście lat. Nie wiem do­kład­nie, tata mi oczy­wi­ście nie po­wie­dział. A przez te całe pięć mi­nut, jak się wi­dzie­li­śmy, ko­leś ga­pił się w zie­mię, jakby był wku­rzony. Pew­nie i tak by ze mną nie roz­ma­wiał, to zna­czy za­kła­da­jąc, że ja bym chciała.

- Poza tym - do­dała Bianka z chi­cho­tem - prze­cież tata i tak by ci nie po­zwo­lił za­da­wać się ze star­szym chło­pa­kiem.

- No tak, jesz­cze to. - I po­my­śleć, że za­raz po prze­bu­dze­niu by­łam w ta­kim świet­nym na­stroju... - Tyle w te­ma­cie "Niech żyje pierw­szy dzień wa­ka­cji".

- Wszystko się ułoży. Nie daj się ta­kim rze­czom. - Pod­sko­czyła na krze­śle i zdjęła su­kienkę, od­sła­nia­jąc biały strój. - Da­lej, cieszmy się ba­se­nem i nie myślmy o ni­czym in­nym. Włą­czymy so­bie muzę i po­od­po­czy­wamy.

Miała ra­cję, no pew­nie, że miała. Nie mu­sia­łam w ogóle się przej­mo­wać Ro­me­rem. To pew­nie był ko­lejny ochro­niarz taty, czy jak się tam na­zy­wają ci lu­dzie, któ­rym oj­ciec płaci za pil­no­wa­nie nas. W ogóle nie mu­sia­łam nic o tym wie­dzieć.

Ale wie­dzia­łam jedno: Przy pierw­szej oka­zji ku­pię so­bie strój dwu­czę­ściowy. Skoro oj­ciec za­mie­rza mnie igno­ro­wać i woli się zaj­mo­wać tym ko­le­siem, kim­kol­wiek on jest, ja będę ro­bić, co chcę.

Ta­tum

Dzie­sięć lat póź­niej

Można było od­nieść wra­że­nie, że Bianka chce mi po­ła­mać że­bra, tak mocno mnie uści­skała przed do­mem ran­kiem po ślu­bie z moim oj­cem. Ale oczy­wi­ście nie po­dej­rze­wa­łam jej o ta­kie za­miary. Tak, sy­tu­acja była skom­pli­ko­wana, tak, nie chcia­łam tego ana­li­zo­wać. Bianka była te­raz moją ma­co­chą i cią­gle nie mo­głam się z tym oswoić.

- Dbaj o sie­bie - wy­szep­tała i jesz­cze raz mnie przy­tu­liła. - I bądźmy w kon­tak­cie, do­bra? Mu­szę wie­dzieć, gdzie je­steś i co ro­bisz, bo ina­czej zwa­riuję.

- Oczy­wi­ście, z kim mia­ła­bym zresztą ga­dać, je­śli nie z tobą?

Zer­k­nę­ły­śmy obie na Ro­mera, który jesz­cze coś usta­lał z moim oj­cem. Mó­wili ci­cho, wręcz szep­tem. Zu­peł­nie jakby pla­no­wali ofen­sywę wojsk alianc­kich w Nor­man­dii czy coś tej skali. Wie­dzia­łam, że ojcu nie­ła­two się ze mną roz­stać, choć ro­zu­miał, że to do­bre wyj­ście. Po­trze­bo­wa­łam prze­strzeni, czasu i wol­no­ści.

Mia­łam świa­do­mość, że to wiel­kie szczę­ście, że po­zwala mi wy­je­chać, za­miast mnie gdzieś za­mknąć. Nie zdzi­wi­ła­bym się, gdyby to zro­bił, no i zresztą otwar­cie tak gro­ził. Oboje wie­dzie­li­śmy, że szpi­tal dla ner­wowo cho­rych ani tro­chę by mi nie po­mógł, tak samo jak nie po­ma­gało mi sie­dze­nie w tym wiel­kim domu. Tak się zro­dziła de­cy­zja, że mu­szę wy­je­chać. Tylko że oczy­wi­ście nie byłby moim oj­cem, gdyby mi to uła­twił. Po­sta­wił je­den wa­ru­nek: nie mo­głam wy­je­chać sama, bez ochro­nia­rza, który by mnie non stop pil­no­wał. Bo prze­cież jakby nikt mi nie wi­siał nad głową, moje ży­cie nie mia­łoby sensu.

I dla­czego spo­śród wszyst­kich swo­ich lu­dzi oj­ciec wy­brał na mo­jego ochro­nia­rza typa, który wku­rzał mnie do­słow­nie każ­dego dnia?

- Tylko nie on - jęk­nę­łam, kiedy o tym usły­sza­łam.

Pew­nie, ostat­nio był dla mnie mil­szy, ale tylko dla­tego, że ża­ło­wał mnie, od­kąd się do­wie­dział, przez co prze­szłam. Poza tym na­dal się nie do­ga­dy­wa­li­śmy. Z tą swoją oso­bo­wo­ścią, z oka­zy­wa­niem uczuć - mógłby być ro­bo­tem.

- Nie mu­sisz je­chać - po­wie­działa Bianka.

Serce mi się ści­snęło, gdy przy­gry­zła wargę, a oczy wy­peł­niły się jej łzami. Mo­gła­bym być gno­jówą i przy­pi­sać tę re­ak­cję hor­mo­nom cią­żo­wym, mo­gła­bym uda­wać, że w ogóle jej nie ob­cho­dzę, ale skła­ma­ła­bym. Ostat­nio mia­łam ta­kiego doła, że mó­wi­łam tak so­bie dość czę­sto. Miała mnie gdzieś. Oboje mieli mnie gdzieś. Mieli sie­bie na­wza­jem, a jesz­cze dziecko w dro­dze. Gdzie tu było miej­sce na moją traumę, dra­maty i całą resztę. Ale mu­sia­łam się sporo na­pra­co­wać, żeby to so­bie wma­wiać.

- Mu­szę, obie wiemy, że mu­szę, więc nie pró­buj mnie od tego od­wo­dzić. Nic już tu dla mnie nie ma. - Wi­dzia­łam, że tymi sło­wami spra­wi­łam jej jesz­cze więk­szy ból, przy­kro mi było z tego po­wodu. Nie za­słu­żyła so­bie na to. Za­wsze była moją przy­ja­ciółką, naj­lep­szą przy­ja­ciółką. A te­raz jesz­cze zo­stała moją ma­co­chą. Była w ciąży, uro­dzi mo­jego brata lub sio­strę... Nie, to jesz­cze do mnie nie do­cie­rało, ale cie­szy­łam się ze względu na nią i na mo­jego ojca.

Ale poza tym wszyst­kim była jed­nak moją Bianką. Nie chcia­łam jej ro­bić przy­kro­ści. Wła­śnie dla­tego po­win­nam była się wy­pro­wa­dzić - gdy­bym zo­stała, pew­nie bym ją ra­niła. To na­wet nie by­łaby jej wina. Te­raz by­łam zbyt po­krę­cona, żeby po­zo­stać tą samą osobą co kie­dyś, i tylko bym jej utrud­niała ży­cie.

- Jak już wszystko się uspo­koi, wró­cisz, prawda?

- Zo­ba­czymy. Może wrócę, może nie. - In­nej od­po­wie­dzi nie mia­łam, bo nie chcia­łam ro­bić Biance fał­szy­wej na­dziei. Nie wie­rzy­łam, że kie­dy­kol­wiek na­dej­dzie taka chwila, że nie bę­dziemy mu­siały się bać, że wro­go­wie taty zro­bią nam krzywdę. Je­śli nie po­rwie nas Jack Mo­roni, który za­mor­do­wał moją matkę, je­śli Jef­fer­son Kni­ght nie bę­dzie mnie wi­nił za znik­nię­cie tego skur­wiela, swo­jego sy­nalka, to bę­dzie to ktoś inny. Czy chcia­łam do tego wra­cać? Czy może po­win­nam była za­cząć nowe ży­cie, a tę całą prze­szłość zo­sta­wić za sobą?

Od­su­nę­łam się ka­wa­łek i jesz­cze raz po­pa­trzy­łam na nasz wielki dom. Wczo­raj od­była się tu ka­me­ralna uro­czy­stość za­ślu­bin, ale to je­dyne szczę­śliwe wspo­mnie­nie, ja­kie za­cho­wam w związku z tym miej­scem. Trudno by mi było przy­wo­łać choćby jedną chwilę z wielu ostat­nich mie­sięcy, gdy się nie ba­łam. Nie ukry­wa­łam. Ten dom był moim schro­nie­niem i wię­zie­niem jed­no­cze­śnie. Po­czu­łam, że łzy na­pły­wają mi do oczu, ale ja­koś je po­wstrzy­ma­łam. Przez ostat­nich kilka mie­sięcy tyle pła­ka­łam i co mi to dało? Mój ból ani tro­chę nie zła­god­niał.

Nie mo­głam ca­łego ży­cia spę­dzić w tych ścia­nach, w na­dziei, że sy­tu­acja, że mój stan, się po­lep­szy. Taka była prawda. Mu­sia­łam uciec, mu­sia­łam za­cząć wszystko od nowa, choć na ra­zie nie mia­łam po­ję­cia, jak to zro­bić z Ro­me­rem pil­nu­ją­cym każ­dego mo­jego kroku. Ale wie­dzia­łam, że znajdę ja­kiś spo­sób. Mu­sia­łam. Zwłasz­cza że al­ter­na­tywą było po­wolne umie­ra­nie.

Tata zo­sta­wił w końcu Ro­mera, od­wró­cił się do mnie i otwo­rzył ra­miona. Przy­tu­li­łam się do niego.

- Słu­chaj się go.

Nie wi­dział, że w du­chu prze­wró­ci­łam oczami.

- Po­sta­ram się.

- Nie chcę ża­ło­wać, że po­zwo­li­łem ci wy­je­chać. Już i tak fa­tal­nie, że w ra­zie po­trzeby nie bę­dzie mnie przy to­bie.

- Obie­cuję, że będę grzeczna. - Uśmiech­nę­łam się żar­to­bli­wie. - Daj spo­kój, tato. Gdy­bym ci wszystko obie­cała bez ma­ru­dze­nia, wie­dział­byś, że kła­mię.

- To prawda. - Ujął moją twarz w dło­nie i wpa­try­wał się w nią, a w jego ry­sach wi­dzia­łam czy­stą tro­skę. Praw­do­po­dob­nie w ogóle jesz­cze nie zmru­żył oka, i to nie dla­tego, że miał za sobą noc po­ślubną. Pod­krą­żone oczy, za­ro­śnięte po­liczki, to wszystko do­da­wało mu z pięć, dzie­sięć lat. Nie chcia­łam się o niego mar­twić, nie­na­wi­dzi­łam tego, ale co mo­głam zro­bić? Mu­sia­łam się stąd wy­do­stać i cho­ciaż wie­dzia­łam, że przede wszyst­kim za­drę­cza się tym, że jego je­dyna córka gdzieś je­dzie i na­wet on nie bę­dzie mógł jej od­wie­dzić, to tego wła­śnie po­trze­bo­wa­łam.

- Pa­mię­taj, że w każ­dej chwili mo­żesz wró­cić - wy­szep­tał jesz­cze i po­ca­ło­wał mnie w czoło. - Za­wsze na cie­bie cze­kam.

Mało mnie nie udu­siła po­tężna fala emo­cji, ale ja­koś ją opa­no­wa­łam, tak samo jak ro­bi­łam przez ostat­nie kilka mie­sięcy.

- Za­troszcz się o żonę i tego ma­luszka - po­wie­dzia­łam z wy­mu­szo­nym uśmie­chem. - Nic mi nie bę­dzie.

- Za­trosz­czę się. - Spoj­rzał gdzieś po­nad moją głową, twarz mu stę­żała, a ja zro­zu­mia­łam, że pa­trzy na Ro­mera. Zro­biło mi się żal tego czło­wieka, chyba po raz pierw­szy w ży­ciu, albo po­przed­niego razu so­bie nie przy­po­mi­na­łam. Je­śli coś się nie uda, nie chcia­ła­bym być w jego skó­rze.

- Le­piej się zwi­jajmy. - Usły­sza­łam za ple­cami głos Ro­mera. Tata ku­pił mu na tę oka­zję no­wego SUV-a, w któ­rym mo­gły się po­mie­ścić wszyst­kie moje ba­gaże i jesz­cze kilka jego to­reb. Nie mia­łam po­ję­cia, dla­czego on musi żyć jak mnich, ale nie na­rze­ka­łam: wię­cej miej­sca dla mnie i mo­ich rze­czy.

Wie­dzia­łam, że po­win­nam w tym mo­men­cie coś po­czuć. Na pewno. Mo­jej pierw­szej w ży­ciu wy­pro­wadzce po­winno to­wa­rzy­szyć wię­cej emo­cji. Miesz­ka­łam w tym domu na­wet w cza­sach col­lege'u. W roli współ­lo­ka­torki wi­dzia­łam tylko Biankę, a ona miesz­kała wtedy ze swoim bez­na­dziej­nym chło­pa­kiem.

Na­wet oczy mo­jej przy­ja­ciółki wy­peł­nione łzami, na­wet opie­kuń­czy gest taty, gdy ob­jął ją w pa­sie, nie zdo­łały się prze­bić przez chmurę otę­pie­nia spo­wi­ja­jącą mój umysł. Nie chcia­łam, żeby Bianka się smu­ciła, oczy­wi­ście, ale mimo wszystko my­śla­łam, że beze mnie bę­dzie jej tu le­piej. Im obojgu. W tej chwili by­łam za bar­dzo po­krę­cona, moż­liwe zresztą, że tamta dziew­czyna z po­przed­niego ży­cia ni­gdy nie ist­niała. Ta dziew­czyna, którą ko­chali. Ta, za którą tę­sk­nili. Nie ja, nie dziew­czyna, którą by­łam te­raz. Dawna Ta­tum umarła gdzieś we Fran­cji.

Gra­na­towa urna z pro­chami mo­jej mamy cze­kała na sie­dze­niu pa­sa­żera, pod­nio­słam ją i trzy­ma­jąc ostroż­nie, wsia­dłam do auta i za­mknę­łam drzwi. Za­uwa­ży­łam, jak Ro­mero pa­trzył na urnę przez okno - i mia­łam na­dzieję, że nie po­dzieli się ze mną swoim zda­niem, po­nie­waż to­tal­nie mia­łam je w du­pie. To było wszystko, co mi po ma­mie zo­stało, i ani my­śla­łam pa­ko­wać ją do kar­tonu. Może i przez więk­szość ży­cia mnie igno­ro­wała, ale ja i tak za­mie­rza­łam się za­jąć tym, co po niej zo­stało.

Do­brze, że nie spo­dzie­wa­łam się po nim żad­nej prze­mowy, bo żad­nej po wej­ściu do auta nie wy­gło­sił. Usa­do­wił się za kie­row­nicą, uru­cho­mił sil­nik, po­ma­chał ta­cie i ru­szył pod­jaz­dem. Ja z ko­lei na­wet się nie obej­rza­łam. Nie mo­głam się obej­rzeć. Mia­łam dziwne wra­że­nie, że zo­sta­wiam za sobą jed­no­cze­śnie wszystko i nic.

Ci­sza w au­cie aż dzwo­niła, co ani tro­chę mi się nie po­do­bało. W ta­kiej ci­szy gło­śniej od­zy­wały się my­śli i wspo­mnie­nia. By ją prze­rwać, zro­bi­łam je­dyne, co moż­liwe w tej sy­tu­acji: za­czę­łam mó­wić do mo­jego ro­bo­gu­arda.

- Czy jest ja­kiś po­wód, dla któ­rego mu­sie­li­śmy się zry­wać o świ­cie? - burk­nę­łam. W chwili gdy mi­nę­li­śmy bramę i skrę­ci­li­śmy na szosę, na ho­ry­zon­cie do­piero po­ja­wiły się pierw­sze pro­mie­nie wscho­dzą­cego słońca.

- Ow­szem. Po pierw­sze, za­wsze trzeba obej­rzeć wschód słońca, a po dru­gie, chcę unik­nąć kor­ków.

- Kor­ków?! To do­kąd my się wy­bie­ramy?!

To był ko­lejny wa­ru­nek: Ro­mero miał wy­brać miej­sce. W tym mo­men­cie mia­łam wielką ochotę wy­sko­czyć z ja­dą­cego auta, byle tylko nie ska­zać się na ży­cie z tym czło­wie­kiem przez bóg ra­czy wie­dzieć ile czasu. Tylko że oczy­wi­ście od razu przy­po­mniały mi się groźby Jef­fer­sona.

- Do­wiesz się, jak do­je­dziemy na miej­sce.

No co za nie­spo­dzianka - nie chciał mi po­wie­dzieć.

- Nie są­dzisz, że za­słu­guję na tę in­for­ma­cję? Wiem, że oj­ciec uznał, że ty de­cy­du­jesz, do­kąd je­dziemy, ale faj­nie by­łoby wie­dzieć, czy jak za­mó­wię coś z Ama­zona, to mi to do­wiozą w tym roku, i czy do kon­taktu z Bianką po­trze­buję go­łę­bia pocz­to­wego.

- A jak są­dzisz, do­kąd cię za­bie­ram? - Po­krę­cił głową. - Albo może nie od­po­wia­daj. Jak do­je­dziemy, to się do­wiesz, gdzie je­ste­śmy. To i tak żadna róż­nica.

Nie był w sta­nie zro­zu­mieć. Przez dzie­sięć lat nie za­uwa­żył, ile to zmie­nia, je­śli coś wiem. Je­śli je­stem trak­to­wana, jak­bym ko­goś ob­cho­dziła. Pa­mię­tam, jak przez pierw­sze ty­go­dnie w na­szym domu był ka­pry­śny i sfo­cho­wany, a po­tem się w za­sa­dzie od­ciął i tak już zo­stało. Poza mo­men­tami, gdy trak­to­wał mnie jak roz­pusz­czo­nego ba­chora. Naj­wy­raź­niej spra­wiało mu to przy­jem­ność.

- Ale pa­mię­tasz, że do­łą­czy­łeś do mnie na ochot­nika? Nie mu­sisz się za­cho­wy­wać jak czło­wiek, któ­rego zmu­szono do udziału w wy­pra­wie pod groźbą utraty ży­cia.

- Nic ta­kiego nie mó­wię. Siedź i cze­kaj spo­koj­nie. My­śla­łem, że po wczo­raj­szym dniu nie bę­dziesz miała siły roz­ma­wiać.

Zgrzyt­nę­łam zę­bami z taką we­rwą, że za­bo­lała mnie szczęka.

- Wiem, że nie oce­niasz mo­ich moż­li­wo­ści zbyt wy­soko, ale za­pew­niam cię, że je­stem w sta­nie wziąć udział w ma­łym we­selu, a i tak na­stęp­nego dnia mieć siłę mó­wić.

- Nie mów mi, co my­ślę. Pró­bo­wa­łem ci od­dać spra­wie­dli­wość, na­wet je­śli ci na tym nie za­leży. Zor­ga­ni­zo­wa­łaś na ostat­nią chwilę całe we­sele, uszczę­śli­wi­łaś pań­stwa mło­dych, są­dzi­łem, że bę­dziesz dziś wy­koń­czona.

No i by­łam. By­łam wy­koń­czona, wy­czer­pana, wy­pom­po­wana. Te­raz, już po wszyst­kim, kiedy ad­re­na­lina prze­stała dzia­łać, by­łam wra­kiem. Co prawda wcze­śniej też.

Miło było wie­dzieć, że pań­stwu mło­dym po­do­bała się ce­re­mo­nia, mój wy­si­łek na­bie­rał sensu. Przy­naj­mniej wie­dzia­łam, że zo­sta­wi­łam im miłe wspo­mnie­nie. Obojgu już za­pew­ni­łam nie­mi­łych roz­ry­wek aż nadto.

- A wra­ca­jąc do celu na­szej po­dróży... Czy to jest... w mie­ście? Bła­gam, nie mów, że za­bie­rasz mnie na ja­kieś za­du­pie.

Zer­k­nę­łam na niego ką­tem oka i do­strze­głam, jak na­pi­nają się mię­śnie pod świeżo ogo­loną skórą szczęki. Ale na tym był ko­niec re­ak­cji. Nie po­wie­dział ani słowa. Zu­peł­nie jak­bym się w ogóle nie ode­zwała. Po­czu­łam, jak w mo­jej piersi roz­lewa się fala go­rąca i na­gle na­bra­łam sil­nego prze­ko­na­nia, że nic z tego nie wyj­dzie. To był naj­głup­szy z mo­ich po­my­słów. Bę­dziemy mieli dużo szczę­ścia, je­śli się nie po­za­bi­jamy na­wza­jem już po paru dniach.

A jaką mia­łam niby al­ter­na­tywę, co? Mo­głam się snuć po domu i od­bie­rać co­raz wię­cej wia­do­mo­ści z groź­bami od ojca mo­jego by­łego chło­paka. Na samą myśl o nim prze­cho­dziły mnie dresz­cze.

Nic nie mo­głam już zro­bić w kwe­stii Kri­stoffa. Przy­go­to­wać się na cios. Mi­nęły mie­siące, od­kąd się spa­ko­wa­łam i w za­sa­dzie ucie­kłam po na­szej ostat­niej ka­ta­stro­fal­nej wy­cieczce, ale wie­dzia­łam, że jego ojcu to nie wy­star­cza, po­nie­waż Kri­stoff do­słow­nie znik­nął z po­wierzchni ziemi. Jef­fer­son do­ma­gał się od­po­wie­dzi, któ­rych ja nie mo­głam mu udzie­lić, a je­śli nie wie­dział, gdzie je­stem, nie miał szans mnie do­paść. Mu­sia­łam to so­bie po­wta­rzać.

- Je­stem pe­wien, że twój tata znaj­dzie spo­sób, żeby Jef­fer­sona uci­szyć raz na za­wsze - rzu­cił Ro­mero, jakby czy­tał mi w my­ślach.

"Tak samo jak uci­szył na za­wsze Kri­stoffa?" Nie, tego nie wie­dzia­łam, ale też nie mu­sia­łam tego wy­ra­żać wprost. W chwili gdy po­wie­dzia­łam ojcu, co Kri­stoff mi zro­bił pod­czas na­szej strasz­nej po­dróży po Eu­ro­pie, mia­łam świa­do­mość, że go na­ra­żam. Nie­mniej do wy­boru mia­łam jesz­cze opcję du­sze­nia tego w so­bie, a to by mi nie po­mo­gło, tak samo zresztą jak te głu­pie leki prze­ciw­lę­kowe. Które tylko tłu­miły ból, ale go nie li­kwi­do­wały. Roz­pa­dłam się na ka­wałki, jesz­cze te­raz.

Nie mo­głam po­wie­dzieć Jef­fer­so­nowi, w jaki spo­sób mój oj­ciec praw­do­po­dob­nie za­bił jego syna, po­nie­waż był on prze­mo­co­wym dup­kiem, więc nie mia­łam wy­boru - mu­sia­łam wy­je­chać i cze­kać, aż sy­tu­acja się uspo­koi. Poza tym po­trze­bo­wa­łam prze­strzeni.

Nie opo­no­wa­łam, dla­tego Ro­mero mó­wił da­lej:

- A po­tem mo­żesz wró­cić do swo­jego ży­cia. Zo­sta­wić za sobą to całe gówno.

Pew­nie wy­daje mu się, że to by­łoby ta­kie pro­ste. Uśmia­ła­bym się, gdy­bym chciała zro­bić mu przy­krość.

- Mo­żesz, wiesz... wró­cić na staż. Za­cząć ka­rierę.

- Nie gnie­waj się, ale... co cię to wszystko ob­cho­dzi? - wy­pa­li­łam. - Nie je­stem dziec­kiem. Nie mu­sisz mi da­wać lo­dów czy ku­cyka w na­grodę za grzeczne za­cho­wa­nie.

Po­woli się do niego od­wró­ci­łam i zo­ba­czy­łam, jak wpa­truje się w drogę nie­ru­chomo, tylko mię­śnie szczęki pra­cują mu pod skórą. Mi­nęło rap­tem pięć mi­nut, a ja już mia­łam go dość.

- Je­śli będę chciała zna­leźć pracę i zro­bić coś ze swoim ży­ciem, to się tym zajmę. Nie mu­sisz mnie za­chę­cać. Nie­po­trzebne mi twoje gadki mo­ty­wa­cyjne, bo i tak je­steś w tym słaby.

Za­ci­snął usta w cienką li­nię. Naj­wy­raź­niej w końcu go uci­szy­łam. Ni­czego tak nie zno­szę jak pro­tek­cjo­na­li­zmu, a to był wła­śnie pro­tek­cjo­na­lizm, tylko że pod po­zo­rami po­zy­tyw­nego kitu.

- Mu­sisz coś zro­bić ze swoim ży­ciem - do­rzu­cił, no bo prze­cież mu­siał mieć ostat­nie słowo.

- Oczy­wi­ście po­słu­cham aku­rat two­jej rady - rzu­ci­łam ką­śli­wie, kie­ru­jąc wzrok za okno po pra­wej stro­nie. - Może pew­nego dnia i ja zo­stanę pro­fe­sjo­nalną niańką. - Wresz­cie mu­sia­łam za­mknąć oczy. Je­śli uzna, że śpię, przy­naj­mniej prze­sta­nie do mnie ga­dać, czy­sty zysk.

Niańka. No wła­śnie, on był po pro­stu niańką. A ja, jak zwy­kle, by­łam dziec­kiem. To zna­czy oczy­wi­ście ostat­nio nie za bar­dzo umia­łam się o sie­bie za­trosz­czyć, wiem, ale że lu­dzie uzna­wali, że po­trze­buję opie­kuna, to już był ob­raź­liwe. Nie­sa­mo­wite, ile czasu mi za­jęło roz­gry­zie­nie, czym się zaj­muje za­wo­dowo mój oj­ciec. Przez całe lata na­iw­nie igno­ro­wa­łam mrok, który mnie ota­czał, a mó­wi­łam so­bie, że jest biz­nes­me­nem, że za­ra­bia duże pie­nią­dze i te pie­nią­dze wiążą się z ry­zy­kiem dla ca­łej ro­dziny. Stąd ochro­nia­rze i inne środki bez­pie­czeń­stwa. Mó­wi­łam so­bie, że nie da się zbu­do­wać im­pe­rium, nie ro­biąc so­bie wro­gów. By­łam pewna, że tak to wy­gląda, a prze­cież po pro­stu mia­łam klapki na oczach, igno­ru­jąc bru­talną prawdę.

I straszna rze­czy­wi­stość te­raz się o mnie do­po­mi­nała. Nie wy­star­czyło, że znę­cał się nade mną chło­pak, kiedy by­łam ty­siące ki­lo­me­trów od domu. Mu­siał mnie jesz­cze po­rwać je­den z wro­gów ojca. Mu­sia­łam też stra­cić matkę, i tak zresztą nie­obecną w moim ży­ciu. Wie­dzia­łam, że to była jej wina - pra­co­wała ze złym czło­wie­kiem, żeby się ode­grać na moim ojcu, ale ta świa­do­mość nie ła­go­dziła bólu, że ni­gdy już jej nie po­wiem tego, co po­winna usły­szeć. Nie ma cze­goś ta­kiego jak za­mknię­cie. Nie ma żad­nego ży­cia da­lej. To całe brze­mię cią­gle uci­skało mi klatkę pier­siową.

Na­wet nie miała po­grzebu. Jej śmierć mu­siała po­zo­stać ta­jem­nicą. Skre­mo­wano ją i do­star­czono do domu w nie­wiel­kim pu­dełku. Do­piero te­raz ro­zu­mia­łam, że po­grzeby są dla tych, któ­rzy zo­stają, nie dla tych, któ­rzy umarli. Nie po­że­gna­łam się z nią...

Za­ci­snę­łam po­wieki, żeby po­wstrzy­mać łzy. I Bianka py­tała, kiedy wrócę? Le­piej, że­bym ni­gdy nie wró­ciła. Nie mia­łam pew­no­ści, czy znio­sła­bym ko­lejną stratę, a wszystko dla­tego, że mój oj­ciec jest han­dla­rzem bro­nią i ma na rę­kach krew wielu lu­dzi. Na pewno ni­gdy przez myśl mu nie prze­szło, że to ja od­po­wiem za jego czyny.

Mu­sia­łam na chwilę za­snąć, bo ock­nę­łam się na ja­kimś ostrym za­krę­cie. Zer­k­nę­łam na ze­gar, stwier­dzi­łam, że mi­nęła go­dzina, ro­zej­rza­łam się i zo­ba­czy­łam, że nie je­ste­śmy już na au­to­stra­dzie. Na­to­miast to, co wi­dzia­łam, nie ro­biło na mnie naj­lep­szego wra­że­nia: domki za pło­tami z siatki, za­pusz­czone traw­niki z po­rzu­co­nymi za­baw­kami, po­rdze­wiałe huś­tawki. W od­dali wi­dzia­łam ja­kąś fa­brykę czy hutę, na pewno za­kład prze­my­słowy. Za­chmu­rzone niebo jesz­cze po­tę­go­wało mój po­sępny na­strój i złe prze­czu­cia, które mnie prze­śla­do­wały.

- Kiedy mó­wi­łam, że chcę wy­je­chać, mia­łam na my­śli coś... mniej ko­ja­rzą­cego się z kro­niką kry­mi­nalną - burk­nę­łam, za­uwa­żyw­szy na rogu dwójkę nie­let­nich chu­dziel­ców pa­lą­cych pa­pie­rosy. Ich roz­bie­gany wzrok mnie zde­cy­do­wa­nie nie­po­koił. Do­kąd mnie przy­wiózł ten Ro­mero, na li­tość bo­ską?

- Prze­pra­szam, księż­niczko. - Skrę­ci­li­śmy w wą­ską uliczkę, gdzie domy wy­glą­dały odro­binę ład­niej. Były rów­nie małe, ale przy­naj­mniej za­dbane. Si­dingi były czy­ste, okna całe. - Je­śli te­raz ci się tu nie po­doba, to cie­kawe, jak byś za­re­ago­wała, gdy­byś zo­ba­czyła tę oko­licę przed laty.

Od­wró­ci­łam się do niego gwał­tow­nie.

- Za­raz... ty znasz tę oko­licę?

- No pew­nie. Może ra­czej zna­łem.

Oż cho­lera.

- No do­bra, to w su­mie gdzie je­ste­śmy?

- Po dru­giej stro­nie gra­nicy stanu.

Wje­chał na krótki pod­jazd przy za­dba­nym pię­tro­wym domu, który był w lep­szym sta­nie niż wszyst­kie po­zo­stałe bu­dynki w oko­licy. Błę­kitne si­dingi wy­glą­dały na nowe, okna były czy­ste. Na chod­niku nie wi­dzia­łam ani jed­nego chwa­sta, a na ganku żad­nych li­ści, choć te­raz, je­sie­nią, sporo ich już spa­dało z drzew. Przed nami ma­ja­czył chyba nie­wielki ga­raż.

Oczy­wi­ście kiedy roz­ma­wia­li­śmy o moim wy­jeź­dzie, nie to mia­łam na my­śli, cho­ciaż mo­gło być go­rzej. Te­raz zaś prze­la­ty­wały mi przez głowę mi­liony py­tań.

- Co to za miej­sce? - za­czę­łam. - Ko­lejna kry­jówka? Do kogo ten dom na­leży? Tata o nim wie? - Nie za­mie­rza­łam go za­sy­py­wać ty­loma py­ta­niami, ale coś mu­sia­łam wie­dzieć.

Naj­pierw tylko sie­dział i pa­trzył przed sie­bie. Nie by­łam w sta­nie od­czy­tać wy­razu jego twa­rzy - czy był wku­rzony, czy sfru­stro­wany, czy wręcz prze­ra­żony? A może wszystko na­raz? Jak go zna­łam, to pew­nie przede wszyst­kim ża­ło­wał, że w ogóle się zgo­dził wziąć w tym wszyst­kim udział.

Jego mil­cze­nie tylko pod­sy­ciło moją cie­ka­wość.

- Mo­żesz mi po­wie­dzieć co­kol­wiek? Chcesz, że­bym tu miesz­kała, ale nie mam prawa wie­dzieć, dla­czego wy­bra­łeś wła­śnie to miej­sce?

Naj­pierw wes­tchnął głę­boko, a do­piero po­tem się ode­zwał. A tak przy tym za­ci­skał szczęki, że le­d­wie go ro­zu­mia­łam.

- Wy­bra­łem to miej­sce, bo jest moje. Wy­cho­wa­łem się tu, a ten dom na­leży do mnie.

Ro­mero

Jesz­cze nie zdą­ży­łem wy­siąść z sa­mo­chodu, a już wie­dzia­łem, że przy­wo­że­nie jej tu­taj nie było do­brym po­my­słem. A oto py­ta­nia, które usły­sza­łem:

- Twój dom? Ten dom na­leży do cie­bie? - Krę­ciła głową na prawo i lewo, roz­glą­da­jąc się do­okoła. Nie mu­siała nic mó­wić, sły­sza­łem jej my­śli gło­śno i wy­raź­nie. Całe ży­cie miesz­kała jak kró­lewna, służba dbała o wszyst­kie jej po­trzeby, a od dzie­się­ciu lat miała całe skrzy­dło domu dla sie­bie. Ten dom wy­da­wał się przy tym wszyst­kim gów­nem. Cały zmie­ściłby się w jej skrzy­dle. I to żeby raz!

Ostat­nio prze­szła przez praw­dziwy kosz­mar, ale ge­ne­ral­nie całe jej ży­cie to była ła­twi­zna. Co prawda chęt­nie dał­bym jej lek­cję rze­czy­wi­sto­ści i nie­raz ża­ło­wa­łem, że nie mogę tego zro­bić, ale tymi wszyst­kimi py­ta­niami przy­pra­wiała mnie o ból głowy.

Zmru­żyła zie­lone oczy, a na jej twa­rzy ma­lo­wało się nie­do­wie­rza­nie.

- Nie ro­zu­miem. Przy­jeż­dża­łeś tu przez te wszyst­kie lata czy coś? No bo wiesz... to miej­sce wy­gląda faj­nie.

- A co, my­śla­łaś, że wy­cho­wa­łem się w ja­skini?

- Nie to mia­łam na my­śli - syk­nęła. Cie­kawe, że tylko gdy mnie wku­rzała, wstę­po­wało w nią ży­cie. Wra­cał ogień, który kie­dyś do­pro­wa­dzał mnie do szału, była pra­wie dawną sobą.

Pra­wie.

- No wiesz, ten dom wy­gląda na za­dbany. A nie po­rzu­cony na dzie­sięć lat.

- Nie jest po­rzu­cony. Co kilka ty­go­dni przy­cho­dzi tu ktoś ogar­nąć. Kosi traw­nik, spraw­dza drzwi i okna, czy nikt się nie wła­mał.

- To chyba na­prawdę fajne miej­sce. Pew­nie kie­dyś na­le­żał do two­ich ro­dzi­ców?

No pro­szę, już mam dość tej roz­mowy.

- Te­raz na­leży do mnie i reszta jest nie­istotna. Na szczę­ście dla cie­bie, nikt o tym domu nie wie. Bę­dziesz tu bez­pieczna. Nie ma mowy, żeby któ­re­goś dnia Jeff sta­nął na progu.

Tych słów od razu po­ża­ło­wa­łem, bo na dźwięk jego imie­nia Ta­tum się skrzy­wiła. Du­pek ze mnie. Nie było jed­nak sensu za­kła­my­wać rze­czy­wi­sto­ści. Ta­tum mu­siała uciec, dla­tego tu była, i trudno się jej dzi­wić. Je­śli cho­dzi o ro­dzinę Kni­gh­tów, zna­leź­li­śmy się mię­dzy mło­tem a ko­wa­dłem. Nie mo­gli­śmy się przy­znać, że ka­za­łem tego gnoja zła­pać, kiedy tylko wy­siadł z sa­mo­lotu po po­wro­cie do Sta­nów. Ani że go trzy­ma­li­śmy w ma­ga­zy­nie, aż z roz­ko­szą po­de­rżną­łem mu gar­dło i pa­trzy­łem, jak się wy­krwa­wia.

Do­stał to, na co za­słu­żył. Dziś zro­bił­bym to samo. Po tym, jak ją skrzyw­dził, za­słu­żył na o wiele gor­sze rze­czy. Na­wet na ko­niec, gdy pa­trzył mi pro­sto w oczy, miał czel­ność ob­wi­niać ją za swoją prze­moc. To prze­są­dziło sprawę. Nie sły­sza­łem nic, tylko huk krwi w czaszce, i pod­cią­łem mu gar­dło jed­nym płyn­nym ru­chem. Wo­lał­bym to zro­bić wol­niej, prze­cią­gnąć to. Po­wo­do­wał mną czy­sty in­stynkt, emo­cje wzięły górę. To dla­tego za wszelką cenę sta­ra­łem się być bez­duszny, jak ro­bot, jak mó­wiła Ta­tum. Nie lu­bi­łem tego czło­wieka, który wy­sta­wiał łeb, kiedy emo­cje brały górę.

Przez to wszystko mie­li­śmy na gło­wie zroz­pa­czo­nego ojca. Zroz­pa­czo­nym ka­sia­stym oj­cem z ko­nek­sjami, dzięki któ­rym mógł wę­szyć. Roz­dęte ego i za­du­fa­nie w so­bie naj­wy­raź­niej prze­ka­zał w ge­nach sy­nal­kowi. Za­miast się do­wie­dzieć, jaki ten sy­na­lek był na­prawdę, wi­nił Ta­tum za coś, czego nie zro­biła. Nie­da­leko pada jabłko od ja­błoni.

- Hm... no to chyba dzię­kuję - wy­du­siła z tru­dem. - Zna­ko­mity po­mysł.

- Za­raz, za­raz... Czy ja wła­śnie usły­sza­łem "dzię­kuję"?

Na jej po­liczki wy­pły­nął ru­mie­niec. Znowu to samo. Zu­peł­nie jakby praw­dziwa Ta­tum na uła­mek se­kundy wyj­rzała zza za­słony. I za­raz na po­wrót się za nią ukryła.

- Mam na­dzieję, że nie będę tego ża­ło­wać.

Po­pa­trzy­łem raz jesz­cze na dom i uświa­do­mi­łem so­bie, że za chwilę przejdę przez próg po raz pierw­szy od tam­tej nocy. Dzie­sięć lat temu. Pra­wie nie pa­mię­ta­łem, kim wtedy by­łem, ja­kim mło­dzia­kiem.

- Wiesz, w su­mie ni­gdy się nie do­wie­dzia­łam, jak to się stało, że pra­cu­jesz dla mo­jego ojca.

Czu­łem, jak mnie ob­ser­wuje, gdy ob­cho­dzę lśniące no­wo­ścią auto, żeby po­otwie­rać tylne drzwi.

Pra­wie wy­padł ja­kiś kar­ton, le­d­wie go za­trzy­ma­łem ra­mie­niem. Jezu Chry­ste.

- Czy ty wzię­łaś ze sobą wszyst­kie swoje rze­czy? - Jęk­ną­łem na samą myśl o tym, ile ro­boty mnie czeka. - Bę­dziemy to roz­pa­ko­wy­wać cały boży dzień.

- Sprytny spo­sób, żeby nie od­po­wie­dzieć na moje py­ta­nie.

- Nie za­da­łaś żad­nego py­ta­nia. - Po­da­łem jej torbę, po czym wy­cią­gną­łem wa­lizkę na kół­kach i rzu­ci­łem na zie­mię.

- Ej, ostroż­nie. Bę­dziesz od­ku­po­wał.

- Co to zna­czy?

- Że jak mi znisz­czysz wa­lizkę, bę­dziesz mu­siał ku­pić nową.

W ży­ciu bym się do tego nie przy­znał, ale gdy tak na mnie pa­trzyła z za­dar­tym no­sem, zmru­żo­nymi oczami i tymi ustecz­kami wy­rzu­ca­ją­cymi ko­lejne zda­nia w da­rem­nej pró­bie prze­bi­cia się przez moją sko­rupę... ech, to było sza­le­nie pod­nie­ca­jące, ale też za­bawne, bo wie­dzia­łem, że ona ma się za ko­goś lep­szego niż ja. Pod wie­loma wzglę­dami była kimś lep­szym. Ale tu, w moim domu, na moim te­re­nie, by­li­śmy so­bie równi.

- Nikt mi nie bę­dzie mó­wić, co mam ku­po­wać i komu. Je­śli po­czuję się od­po­wie­dzialny za znisz­cze­nie two­jej cen­nej wa­lizki, to ją od­ku­pię.

- Nie są­dzę, żeby cię było na nią stać.

Gdy­bym nie znał do­sko­nale jej prze­szło­ści i nie miał jej ojca za szefa, prze­ło­żył­bym ją przez ko­lano i zło­ił­bym jej skórę, aż by prze­pro­siła. Nie­stety, nic ta­kiego nie wcho­dziło w grę.

- Wiesz, nie pra­cuję za darmo. Mam tyle, ile mi trzeba, i jesz­cze ja­kiś za­pas.

- A oj­ciec na pewno ni­gdy ci nie po­trą­cał za czynsz. - Oczy­wi­ście, że mu­siała wbić ja­kąś szpilę. W jej gło­sie za­wsze po­brzmie­wała uraza albo za­zdrość. Nic no­wego. Za­wsze wie­dzia­łem, że Ta­tum coś do mnie ma, ale trudno po­wie­dzieć dla­czego.

- To­bie też nie - wy­tkną­łem jej.

Uśmiech­ną­łem się jesz­cze do niej zło­śli­wie, żeby nie być jej dłuż­nym, ale już nad­szedł nie­unik­niony mo­ment. Żo­łą­dek ści­snął mi się w kulkę z lęku. Mu­sia­łem wejść do środka. Na zdrowy ro­zum wie­dzia­łem, że nie ma tam nic, co by mnie mo­gło po­ru­szyć. Zo­stały tylko ściany, pod­łoga i dach. Nie było ani jed­nego me­bla z tam­tych cza­sów. Spe­cjal­nie ka­za­łem spraw­dzić.

Nic w tym domu nie mo­gło mnie zra­nić, ale w ja­kiejś czę­ści cią­gle by­łem tam­tym chłop­cem, cią­gle żyły w mo­jej gło­wie ob­razy z tego domu. Po śmierci matki nie za­mie­rza­łem tu ni­gdy wra­cać.

- Ile lat ma ten dom? Dla­czego tu ni­gdy nie przy­jeż­dża­łeś? Spraw­dza­łeś cho­ciaż przed na­szym przy­jaz­dem, czy wszystko działa? Nie dam rady sie­dzieć na od­lu­dziu bez prądu czy bie­żą­cej wody.

W ogóle nie za­da­łem so­bie trudu, żeby od­po­wie­dzieć. Za­raz sama się do­wie, że wszystko działa, i to zna­ko­mi­cie. Na­prawdę miała mnie za głupka? Przez dzie­sięć lat pracy u jej ojca na­uczy­łem się nie­jed­nego o za­bez­pie­cza­niu kry­jó­wek. Gdyby miała naj­bled­sze po­ję­cie, ja­kim gów­nem żon­glo­wa­łem dla niego, nie przej­mo­wa­łaby się ta­kimi dro­bia­zgami jak prąd czy woda.

Gdy wsu­ną­łem klucz do zamka, w końcu usły­sza­łem py­ta­nie, któ­rego się od dawna spo­dzie­wa­łem.

- Twoi ro­dzice nie żyją?

W od­po­wie­dzi usły­szała tylko skrzy­pie­nie drzwi siat­ko­wych. Nie chcąc stać na progu za­lany za­bój­czą falą wspo­mnień, od­su­ną­łem się, żeby ją wpu­ścić, i od­sta­wi­łem kar­tony, które mia­łem w rę­kach.

- Ro­zej­rzyj się spo­koj­nie, a ja przy­niosę wszystko z auta. Mo­żesz za­jąć dużą sy­pial­nię od ulicy. - Ru­chem brody wska­za­łem na prawo i w górę. - Tam jest naj­więk­sza szafa.

Sta­li­śmy w sa­lo­nie, z któ­rym są­sia­do­wała kuch­nia, wi­doczna po­nad pół­ścianką. Na gó­rze były główna sy­pial­nia i dwie mniej­sze roz­dzie­lone ła­zienką.

- To twój dom ro­dzinny, prawda?

Nie umia­łem od­gad­nąć, co się kryje za tym py­ta­niem - Ta­tum sta­nęła na środku sa­lonu i ob­ra­cała się po­woli, roz­glą­da­jąc się uważ­nie. Nowe me­ble, na­gie, świeżo ma­lo­wane ściany.

- Tak, tu wła­śnie się wy­cho­wa­łem, księż­niczko. Tu się sta­łem tym czło­wie­kiem, któ­rym je­stem dzi­siaj, choć wtedy wszystko wy­glą­dało tu zde­cy­do­wa­nie ina­czej.

Rzu­ciła mi spoj­rze­nie, ja­kiego nie po­wsty­dziłby się se­ryjny za­bójca przed pierw­szym mor­der­stwem.

- No nie ga­daj. A co się zmie­niło?

By­łem za­sko­czony, że ona chce się cze­goś o mnie do­wie­dzieć, a przede wszyst­kim nie da­wało mi spo­koju dla­czego.

- Ale to ty tu sto­isz.

Wy­sze­dłem na ga­nek, żeby przy­nieść resztę rze­czy z auta, a za sobą usły­sza­łem nie­zro­zu­miałe po­bur­ki­wa­nie.

To nie była pierw­sza randka, na któ­rej pró­bu­jemy się bli­żej po­znać. Ta­tum pew­nie w ogóle nie przy­szło do głowy, że mogę nie mieć na­stroju do zwie­rzeń. Pew­nie, że z tym żar­tem o wy­cho­wa­niu w ja­skini po­pi­sa­łem się bu­rac­twem, ale te­raz se­rio się za­sta­na­wia­łem, czy ona kie­dy­kol­wiek do tej pory zwró­ciła na mnie uwagę. Zu­peł­nie jak­bym w ogóle nie ist­niał przed dniem, gdy się po­zna­li­śmy. Tym naj­trud­niej­szym ran­kiem w moim ży­ciu.

Mia­łem szes­na­ście lat i zna­la­złem się w świe­cie w ni­czym nie­przy­po­mi­na­ją­cym mo­ich wy­obra­żeń. Po­sia­dłość za ka­mien­nym mu­rem, wjazd przez bramę z ku­tego że­laza. Straż­nicy, ochrona. Su­fity wy­soko nad moją głową i tyle miej­sca... Te­raz, wcho­dząc do domu mo­jego dzie­ciń­stwa, aż na­zbyt wy­raź­nie so­bie przy­po­mnia­łem, jaka to była ogromna róż­nica.

- Nie mu­sisz się ni­czym mar­twić - po­wie­dział wtedy Cal­lum sil­nym, ja­snym gło­sem do­kład­nie to, czego po­trze­bo­wa­łem. Dał mi opar­cie. Spra­wiał wra­że­nie czło­wieka, który trzyma w gar­ści cały świat. Czło­wieka, któ­remu mogę ufać, mogę wie­rzyć. - Tu nic ci nie grozi.

I rze­czy­wi­ście nic mi nie gro­ziło... na ogół. Cal­lum funk­cjo­no­wał w ta­kim świe­cie, że zda­rzały się nie­bez­pieczne sy­tu­acje, ale ni­gdy nie ża­ło­wa­łem ani jed­nej chwili. Każdy z ró­wie­śni­ków mo­jego dzie­ciń­stwa zdą­żył pójść swoją drogą, a ci, któ­rzy nie po­szli, za­po­mnieli o moim ist­nie­niu. To mi od­po­wia­dało, bo na pewno nie chcia­łem, żeby mnie ktoś roz­po­znał.

Kiedy wsze­dłem znowu do środka z ko­lejną par­tią na­szych rze­czy, Ta­tum w kuchni prze­trzą­sała szafki i lo­dówkę. Z ze­wnątrz była tą samą dziew­czyną co kie­dyś: drobną blon­dynką z cia­łem... które wo­lał­bym wi­dzieć u ja­kiejś in­nej ko­biety, byle nie u córki Cal­luma Tor­rio. Są­dząc z wy­glądu, nikt by nie do­strzegł, że ma za sobą mie­siące psy­chicz­nego i fi­zycz­nego cier­pie­nia. Nie że to ukry­wała. Po pro­stu go­łym okiem nie było wi­dać żad­nych ran, tylko ja wi­dzia­łem bli­zny, ile­kroć się wzdry­gała, albo wi­dzia­łem to nie­obecne spoj­rze­nie, ile­kroć od­pły­wała gdzieś my­ślami. Wi­dzia­łem to w jej drob­nej syl­wetce - drob­niej­szej niż wtedy, gdy ją po­zna­łem jako nie­zdarną dziew­czynkę. Te­raz cho­dziła w za du­żych swe­trach, ani tro­chę nie­przy­po­mi­na­ją­cych przy­cia­snych i przy­krót­kich su­kie­nek czy spód­ni­czek, które kie­dyś no­siła. Wi­dzia­łem to w jej wy­mi­ze­ro­wa­nej twa­rzy, w nie­spo­koj­nych oczach, które prze­ska­ki­wały z przed­miotu na przed­miot, jakby cały czas spo­dzie­wała się ja­kiejś nie­spo­dzianki, ja­kie­goś kosz­maru.

I wi­dzia­łem to w tej cho­ler­nej urnie, która stała te­raz na ob­ra­mo­wa­niu nie­czyn­nego ko­minka. Jakby trzeba było mi przy­po­mi­nać o Aman­dzie Tor­rio, wy­rod­nej matce i wszech­stron­nie uzdol­nio­nej wred­nej suce. Kto jak kto, ale ona za­słu­żyła na swój los. Tylko że te­raz jej córka mu­siała dźwi­gać to brze­mię na swo­ich wą­tłych ra­mio­nach, jakby mało miała in­nych trosk.

- No te­raz to je­stem w szoku. Zle­ci­łeś na­wet ko­muś za­kupy? - Ta­tum pa­trzyła na mnie znad drzwi lo­dówki i za­raz znowu się schy­liła, by prze­su­wać rze­czy na pół­kach.

- Ja­kieś tam pod­sta­wowe rze­czy. Mo­żesz mi nie wie­rzyć, ale na­prawdę je­steś tu­taj bez­pieczna.

- Ła­two ci mó­wić - bąk­nęła pod no­sem, pew­nie za­kła­da­jąc, że jej nie usły­szę.

- Wła­śnie dla­tego tu je­steś, pa­mię­tasz? - Od­sta­wi­łem rze­czy i znowu ru­szy­łem do drzwi. - Wes­tchną­łem te­atral­nie. - Szyb­ciej by po­szło, gdy­byś po­mo­gła.

- Ka­za­łeś mi się po­roz­glą­dać - od­parła, bio­rąc się pod boki. - Zde­cy­duj się.

- Po­słu­chaj mnie. - Chyba coś w moim gło­sie zwró­ciło jej uwagę, bo za­mknęła lo­dówkę, splo­tła ra­miona na piersi i za­częła nie­cier­pli­wie stu­kać nogą w pod­łogę. O, taką wła­śnie roz­pusz­czoną pannę zna­łem. Z taką ja­koś umia­łem so­bie ra­dzić. Wie­dzia­łem, czego się spo­dzie­wać. - Czas usta­lić pewne re­guły.

Od jej obrzy­dli­wie słod­kiego uśmie­chu zro­biło mi się nie­do­brze.

- Je­stem za.

- Nie, nie ro­zu­miesz. Ja te re­guły usta­lam, a ty się pod­po­rząd­ko­wu­jesz.

Unio­sła brew w spo­sób, który za­wsze do­pro­wa­dzał mnie do bia­łej go­rączki. Ode­zwała się moja duma i te­raz pra­gną­łem tylko jed­nego: po­ka­zać Ta­tum, gdzie jej miej­sce. Nic in­nego nie miało zna­cze­nia.

- Wiem, że nie masz zwy­czaju pod­po­rząd­ko­wy­wać się re­gu­łom czy uzna­wać czy­je­go­kol­wiek au­to­ry­tetu, ale tu­taj mu­sisz mnie słu­chać. - No do­bra, może to wy­pa­dło za bar­dzo apo­dyk­tycz­nie, ale naj­wy­raź­niej po­mo­gło, bo Ta­tum otwo­rzyła usta i za­częła się śmiać jak sza­lona, aż mu­sia­łem pod­nieść głos. - Ta­tum, do­sko­nale wiesz, czego oj­ciec od cie­bie ocze­kuje. Ufa mi i ty też mu­sisz mi za­ufać. Nie ma opcji, że­bym za­wiódł.

- A ja po­trze­buję mie­siąca na Ma­le­di­wach i stu mi­lio­nów na kon­cie, no i jesz­cze fa­ceta, który nie bę­dzie mną rzą­dził i nie bę­dzie mnie kar­cił.

Zgrzyt­ną­łem zę­bami tak bar­dzo, że za­bo­lało. Ta ko­bieta do­sko­nale wie­działa, co po­wie­dzieć, żeby mnie stri­ger­ro­wać.

- Je­steś tu z kon­kret­nego po­wodu, to nie jest żadna za­bawa ani żart.

- Prze­pra­szam bar­dzo. - Przy­ło­żyła dłoń do piersi i za­trze­po­tała rzę­sami. - Od­nio­słeś wra­że­nie, że co­kol­wiek w tej sy­tu­acji uwa­żam za żart? Chyba coś ci umknęło.

- W ta­kim ra­zie zo­staw te dow­ci­pa­ski i zejdź na zie­mię. Je­steś tu­taj, bo chcesz znik­nąć na ja­kiś czas, mię­dzy in­nymi po to, żeby nie zna­lazł cię Jeff. I su­per. Ale to ozna­cza, że trzeba ci za­pew­nić bez­pie­czeń­stwo, i ja je­stem za to od­po­wie­dzialny. Wiem, że masz gen prze­kory...

- Nie­prawda.

- Nie? Je­ste­śmy tu rap­tem kilka mi­nut, a ty już wy­jeż­dżasz z ja­kimś gów­nem. W drob­nych spra­wach to jest okej. Je­śli ma ci to po­pra­wić na­strój, śmiało, trak­tuj mnie jak wroga. Ale sta­raj się też pa­mię­tać, że je­stem tu z tobą, że udo­stęp­ni­łem swój dom, by za­pew­nić ci spo­kój i bez­pie­czeń­stwo. Mo­gła­byś cho­ciaż za­cho­wać ja­kieś środki ostroż­no­ści, ale ty wo­lisz tu­pać no­gami jak roz­pusz­czony ba­chor, który nie ży­czy so­bie sły­szeć żad­nego "nie".

Wy­su­nęła szczękę do przodu i wi­dać, że naj­chęt­niej sko­czy­łaby na mnie jak wąż albo i po­łknęła w ca­ło­ści. Nie mo­głem za­prze­czyć - nie­raz do­pro­wa­dza­łem ją do tego stanu świa­do­mie. Czło­wiek taki jak ja nie miał zbyt wielu roz­ry­wek, pra­co­wa­łem w za­sa­dzie całą dobę na okrą­gło, od­kąd tylko Cal­lum za­czął mi po­wie­rzać ja­kieś za­da­nia. Więc cóż... wku­rza­nie Ta­tum było moją ulu­bioną roz­rywką.

- Na przy­kład wy­cho­dzisz z domu wy­łącz­nie ze mną. Bez wy­jąt­ków.

- Co za bzdura.

- Nie, to jest re­guła i tak wła­śnie bę­dzie.

- Tu nic mi nie grozi, Ro­mero, sam tak po­wie­dzia­łeś. Nikt nie wie o ist­nie­niu tego domu. Nikt mnie tu nie znaj­dzie.

- To nie ma zna­cze­nia. Nie spusz­czę cię z oka.

- Nie ma mowy.

- Ow­szem. Chyba że chcesz ry­zy­ko­wać, że znaj­dzie cię ta­tuś two­jego by­łego chło­paka.

Na jej twa­rzy po­ja­wił się gry­mas bólu, więc naj­chęt­niej cof­nął­bym te słowa. Ale ona prze­cież mu­siała to usły­szeć. To nie był czas na żarty.

- My­ślisz, że on się po­go­dzi z tym, że go igno­ru­jesz? - wark­ną­łem, wi­dząc, jak z każdą se­kundą co­raz bar­dziej się de­ner­wuje. - Dam głowę, że już ko­muś zle­cił, żeby cię zna­lazł, bo jest prze­ko­nany, że z two­jego po­wodu Kri­stoff nie wró­cił z tych wa­szych po­je­ba­nych wa­ka­cji. Im dłu­żej mil­czysz, tym więk­szej on na­biera pew­no­ści i tym bar­dziej się wku­rza.

- Chcesz po­wie­dzieć, że mo­głam coś zro­bić ina­czej, po­wie­dzieć ina­czej? Uwa­żasz, że to moja wina? - Głos jej drżał, chyba już nie tylko od gniewu.

- Nic ta­kiego nie po­wie­dzia­łem. Po pro­stu uwa­żam, że le­piej, że­byś się ukryła. To może być twoja pierw­sza roz­sądna de­cy­zja.

- Chyba nie ocze­ku­jesz ode mnie wdzięcz­no­ści za tę znie­wagę?

- W ży­ciu by mi nie przy­szło do głowy - burk­ną­łem. - Jef­fowi kie­dyś się skoń­czy cier­pli­wość, po­jawi się de­spe­ra­cja. Tylko to chcę po­wie­dzieć. Mą­drze by­łoby po­trak­to­wać to po­waż­nie i się przy­czaić.

- Chcesz mi po­wie­dzieć, że nie mogę na­wet sama pójść na spa­cer?

Czy jej się zda­wało, że nie za­uwa­ży­łem, ja­kim wzro­kiem się roz­gląda po oko­licy? Jakby so­bie wy­obra­żała trumnę, w któ­rej chce być po­cho­wana, gdy już ją za­mor­dują na ulicy. Dla­czego niby mia­łaby się wy­bie­rać na spa­cer w po­je­dynkę?

- Nie ufam ci na tyle, że­byś mo­gła sama pójść na spa­cer. Nie wia­domo, gdzie wy­lą­du­jesz ani z kim. - I za­nim zdą­żyła coś od­py­sko­wać, do­da­łem: - Czy może nie pa­mię­tasz, gdzie cię zna­la­złem rap­tem ty­dzień temu?

Od­wró­ciła głowę, na jej po­liczki wy­pły­nął ru­mie­niec. Mu­siała wie­dzieć, że lu­dzie, z któ­rymi wtedy była, ozna­czają kło­poty - przede wszyst­kim dla­tego, że w ogóle do nich nie pa­so­wała, uda­wała tylko ko­goś o wiele tward­szego i nie­roz­piesz­cza­nego przez całe ży­cie. Nie wiem, czego szu­kała w tym ob­skur­nym nie­le­gal­nym klu­bie. Na szczę­ście dla niej śle­dzi­łem ją, gdy tylko za­uwa­ży­łem, że się wy­myka.

A jesz­cze bar­dziej, że nie po­wie­dzia­łem o tym Cal­lu­mowi. Gdy­bym to zro­bił, sie­dzia­łaby gdzieś uzie­miona, pod ca­ło­do­bo­wym nad­zo­rem.

Od­wró­ciła wzrok, przy­gry­za­jąc dolną wargę.

- Mam prawo do wła­snego ży­cia. I do wła­snych wy­bo­rów.

- Po­szłaś do ja­kie­goś szem­ra­nego nie­le­gal­nego klubu. Do­cho­dziła dwu­dzie­sta, a po­łowa tych lu­dzi była już na­wa­lona po ko­kardę. Zna­łaś tam w ogóle ko­goś?

- Ow­szem. Wła­śnie po­zna­wa­łam. Za­przy­jaź­nia­li­śmy się, gdy ty wpa­dłeś jak ja­kiś pry­mi­tyw i wy­cią­gną­łeś mnie bez słowa.

- A jaki mia­łem wy­bór? Zo­sta­wić cię tam? Nie są­dzę. Masz świa­do­mość, co by ze mną zro­bił twój oj­ciec, gdyby się do­wie­dział, że po­zwo­li­łem ci sie­dzieć z tymi fra­je­rami?

Za­biłby mnie. Po pro­stu by mnie za­bił.

- Wła­śnie. Mój oj­ciec. Twój szef. Za­wsze ro­bisz wszystko, co ci każe.

- Nie wcią­gniesz mnie w tę kłót­nię i nie za­po­mnę, o czym roz­ma­wiamy. Ostat­nio masz pro­blem z oceną sy­tu­acji, a je­steś tu, bo się ukry­wasz przed ty­pem, który praw­do­po­dob­nie uważa, że za­bi­łaś jego syna. Czas te­raz skoń­czyć z tym upo­rem i zejść na zie­mię.

- Ja­sne, i na pewno mnie do tego prze­ko­nasz, za­cho­wu­jąc się jak ty­ran, za­miast iść na kom­pro­mis. - W swo­ich zło­śli­wo­ściach za­wsze tra­fiała w punkt.

- W obec­nej sy­tu­acji nie ma miej­sca na żadne kom­pro­misy.

- Ty tak mó­wisz.

- Ow­szem, ja tak mó­wię. Ale może pa­mię­tasz, że wła­śnie ja je­stem od­po­wie­dzialny za twoje bez­pie­czeń­stwo.

Otak­so­wała mnie wzro­kiem, który aż ocie­kał po­gardą.

- Je­steś moim go­ry­lem, a nie sze­fem. Będę ro­bić, co ze­chcę.

Ru­szy­łem do drzwi.

- W gra­ni­cach roz­sądku - rzu­ci­łem przez ra­mię.

Z ganku le­d­wie sły­sza­łem jej głos.

- Ja­sne, jesz­cze się prze­ko­namy.

Miała ra­cję. Jesz­cze się prze­ko­namy. Bę­dzie po­twor­nie roz­cza­ro­wana, kiedy się do­wie, że zbli­ży­łem się do jej ojca, na ile się dało, bo zro­bię wszystko, żeby za­ła­twić sprawę. Na­wet ona nie prze­szko­dzi mi w re­ali­za­cji tego celu, choćby na­wet bar­dzo chciała so­bie zro­bić krzywdę.

Ta­tum

"Głu­pia, roz­pusz­czona smar­kula! I tak do ni­czego się nie na­da­jesz".

Obu­dził mnie strzał. W uszach mi dzwo­niło, jakby ktoś strze­lił tuż obok. Ota­czały mnie ciem­no­ści. Du­si­łam się. Za­sty­głam, każda ko­mórka w moim ciele za­marła z prze­ra­że­nia, mia­łam wra­że­nie, że na moim gar­dle za­ci­snęły się sta­lowe ob­rę­cze, które po­zba­wiały mnie od­de­chu. Pró­bo­wa­łam za­czerp­nąć po­wie­trza, ale bez skutku.

Umie­ra­łam, umie­ra­łam w tych ciem­no­ściach, sama jak pa­lec. Tak miał wła­śnie wy­glą­dać mój ko­niec.

Na su­fi­cie po­ja­wiły się stru­mie­nie świa­tła, wpa­dały przez okna po mo­jej pra­wej stro­nie. Ulicą prze­je­chał sa­mo­chód z włą­czo­nymi re­flek­to­rami. Bo by­łam przy ulicy, w ja­kimś mia­steczku. To nie był apar­ta­ment w Pa­ryżu ani w We­ne­cji. Nie było tu Kri­stoffa. Już ni­gdy nie po­wie do mnie tych strasz­nych rze­czy, nie by­łam już w tym ma­ga­zy­nie.

By­łam w domu Ro­mera. A to był tylko sen.

I na­gle od­zy­ska­łam wła­dzę nad cia­łem, a płuca wy­peł­niły się po­wie­trzem.

Wszystko było do­brze.

By­łam bez­pieczna.

Nic mi nie gro­ziło. Nikt mnie nie po­rwał, nie prze­trzy­my­wał, a Kri­stoff nie mógł mnie skrzyw­dzić. Ni­kogo nie mógł już skrzyw­dzić.

Od­dy­cha­łam mia­rowo. Wdech, wy­dech. Po­woli, świa­do­mie. Nic mi się nie stało i nic się nie sta­nie. Nikt mi nie bę­dzie gro­ził bro­nią, nie we­pchnie mnie do sa­mo­chodu. Le­ża­łam w łóżku w no­wym po­koju. To był nie­zły po­kój z cał­kiem wy­god­nym łóż­kiem. I chyba no­wym, po­dob­nie jak wszystko w tym domu. Tak się w każ­dym ra­zie wy­da­wało.

O tym wła­śnie mu­szę po­my­śleć. O czym­kol­wiek, byle tylko prze­go­nić wspo­mnie­nie kosz­maru, na ra­zie zbyt wy­ra­zi­ste i obez­wład­nia­jące. My­śla­łam więc na przy­kład o tym, ja­kie to dziwne, że Ro­mero jest wła­ści­cie­lem domu, do któ­rego ni­gdy nie przy­jeż­dża. Jak dziwny jest ten za­pach świe­żej farby w po­wie­trzu. Czy on to wszystko zro­bił dla mnie?

Prze­su­nę­łam dłońmi po sa­ty­no­wej koł­drze i sku­pi­łam się na tu i te­raz. To była jedna z wielu rze­czy, któ­rych uczy­łam się na te­ra­pii on­line. Na­gle jed­nak uświa­do­mi­łam so­bie, że ob­lał mnie zimny pot, i aż zmarsz­czy­łam nos, więc usia­dłam, ścią­gnę­łam ko­szulkę, żeby nie do­ty­kała mo­jej wil­got­nej skóry. Tak spo­cona nie mia­łam szansy do­brze się czuć. Nie było mowy, że­bym po­ło­żyła się z po­wro­tem tak obrzy­dli­wie mo­kra.

Zresztą próby po­now­nego za­śnię­cia były ska­zane na nie­po­wo­dze­nie. Nerwy mia­łam na­pięte jak po­stronki. Prze­je­chał ko­lejny sa­mo­chód, a ja aż pod­sko­czy­łam. Za­mar­łam, prze­sta­łam od­dy­chać, bo­jąc się, że ten ktoś się za­trzyma przed do­mem. Jakby przy­je­chał po mnie, jakby Jeff ko­goś po mnie przy­słał, żeby mnie po­rwał albo, co gor­sza, żeby mi od­pła­cić za to, co rze­komo zro­bi­łam jego sy­nal­kowi. Trze­wia mi się skrę­ciły z prze­ra­że­nia.

Nie mo­głam tak żyć. Nie mia­łam po­ję­cia, ile jesz­cze zniosę. W gło­wie sza­lała mi bu­rza, pio­runy wa­liły, grzmoty trza­skały. To mnie prze­ra­stało. Wciąż sły­sza­łam głos Kri­stoffa, a je­śli nie jego, to tych lu­dzi, któ­rym Jack Mo­roni ka­zał po­rwać Biankę i mnie.

Na­wet nie po­win­nam tam wtedy być, mieli po­rwać tylko ją. Ją i dziecko, które no­siła. A po­tem wy­cią­gnąć pie­nią­dze od taty.

"Co ona tu robi? Nie po­winno jej tu być".

Za­ci­snę­łam mocno po­wieki, ale na próżno. Nie mo­głam prze­go­nić z głowy ostrego, wy­raź­nego głosu mo­jej matki, gdy zdała so­bie sprawę, że do­szło do po­myłki. To było chore, ale w ciągu ty­go­dni od tam­tej strasz­nej nocy my­śla­łam so­bie, że przy­naj­mniej chciało się jej to po­wie­dzieć. Roz­pę­tała pie­kło, za­nim mnie ogłu­szyli, i po­tem już nic nie sły­sza­łam. I dziś uwa­ża­łam, że do­brze się stało, bo przy­naj­mniej nie by­łam świad­ki­nią jej śmierci.

Wszyst­kie te emo­cje, ból i smu­tek, cią­gle mnie du­siły. Nie od­stę­po­wały mnie ani na chwilę, gdzie­kol­wiek by­łam i co­kol­wiek się ze mną działo. Pew­nie dla­tego, kiedy wresz­cie wsta­łam, mia­łam wra­że­nie, że nogi mam jak z oło­wiu. Ru­szy­łam przez po­kój wy­peł­niony me­blami, któ­rych nikt przede mną nie uży­wał. Jak do­tąd spę­dzi­łam tu trzy naj­dłuż­sze, naj­nud­niej­sze dni mo­jego ży­cia. Co prawda tego lata w ogóle nie za wiele ro­bi­łam, na ogół sie­dzia­łam za­mknięta w po­koju, ale to był mój wy­bór. I ow­szem, wy­pro­wadzka z domu to też była moja de­cy­zja i jak na ra­zie wy­glą­dało na to, że ostat­nia na­prawdę moja. Wró­ci­łam do punktu wyj­ścia - by­łam zdana na ła­skę lu­dzi, któ­rzy uwa­żają, że wie­dzą le­piej, co jest dla mnie do­bre.

No ale na­dal mu­sia­łam roz­gryźć, czego po­trze­buję. Mia­łam wra­że­nie, że cze­go­kol­wiek pró­buję, nic się nie zmie­nia. Na przy­kład prze­my­ka­łam te­raz na bo­saka na dół i aż się skrzy­wi­łam, gdy sta­nę­łam na skrzy­pią­cej de­sce. Jakby Ro­mero miał na­gle otwo­rzyć drzwi, bo on za­wsze słu­chał, za­wsze ob­ser­wo­wał. Choć­bym nie wia­domo jak go uni­kała, za­wsze sku­piał uwagę na mnie. Ciarki mnie prze­szły na samą tę myśl.

Znie­ru­cho­mia­łam i na­słu­chi­wa­łam uważ­nie, ale nie do­sły­sza­łam żad­nego dźwięku ze środ­ko­wej sy­pialni, którą za­jął. Do­my­śla­łam się, że to był jego po­kój w dzie­ciń­stwie, ale on prze­cież by mi o tym nie po­wie­dział. W ten spo­sób przy­znałby, że jest istotą ludzką, a nie chciał tego ro­bić.

Osta­tecz­nie pa­nu­jąca tu ci­sza dała mi tyle otu­chy, że ru­szy­łam da­lej, do kuchni. Na­wet po ciemku wi­dzia­łam, jak tu jest skrom­nie. Stały ka­napa, dwa fo­tele, obok sto­liki i lampki. Na ko­mi­nie wi­siał wielki pła­ski te­le­wi­zor, nad gzym­sem, na któ­rym za­raz po przy­jeź­dzie po­sta­wi­łam urnę z pro­chami mamy.

In­nymi słowy nic temu po­ko­jowi nie bra­ko­wało, tylko że ni­gdy nikt w nim nie miesz­kał. Wy­glą­dał jak wnę­trza urzą­dzone przez firmę przy­go­to­wu­jącą domy na sprze­daż. I pew­nie wła­śnie tak było i w tym przy­padku. Za­ło­ży­ła­bym się, że aż do tej chwili dom stał pu­sty. Do­glą­dany, ale pew­nie pe­łen tych me­bli z kie­dyś... Ja­kiego kie­dyś? Nie mia­łam naj­bled­szego po­ję­cia, a nie mo­głam uda­wać, że mnie to nie in­te­re­suje, że nie chcę się do­wie­dzieć wię­cej. Tylko że rów­nie do­brze mo­głam wa­lić głową w ścianę - by­łoby to tak samo sku­teczne co próby wy­cią­gnię­cia in­for­ma­cji z Ro­mera.

Pod sto­pami po­czu­łam chłód ku­chen­nej po­sadzki, zro­bi­łam kilka kro­ków i włą­czy­łam świa­tło pod oka­pem. Cie­kawe, ile po­sił­ków przy­go­to­wała tu­taj mama Ro­mera, je­śli w ogóle go­to­wała. Cie­kawe, jaka była. Jaka ko­bieta wy­cho­wuje syna, który staje się taki jak on? Nie­wąt­pli­wie mu­siało mu się przy­tra­fić nie­złe gówno, że jest taki: za­mknięty, nie­czuły, na ogół cał­ko­wi­cie obo­jętny. Na pal­cach jed­nej ręki mo­głam po­li­czyć, ile razy oka­zał praw­dziwe emo­cje.

Raz na­wet cał­kiem nie­dawno. Kiedy w szpi­talu od­zy­ska­łam przy­tom­ność, tra­wiona po­twor­nym bó­lem głowy, uj­rza­łam go przy swoim łóżku. Na­chy­lił się i szep­tem spy­tał, czy go sły­szę. Czy wiem, kim jest. Pa­mię­tam jego drżący od­dech, gdy ja z ko­lei spy­ta­łam, gdzie je­stem i dla­czego on tu sie­dzi. W tam­tej chwili wy­da­wał się... praw­dziwy. Ludzki. A po­tem jakby ktoś użył prze­łącz­nika - znowu zro­bił się zimny, wstał i wy­szedł po tatę.

Tata zaś co prawda się cie­szył, że mnie wi­dzi, ale mar­twił się o Biankę i dziecko. Na­wet w ta­kiej chwili nie znaj­do­wa­łam się na szczy­cie jego li­sty prio­ry­te­tów.

Po­trzą­snę­łam głową w na­dziei, że od­pę­dzę ta­kie my­śli. Bo roz­trzą­sa­nie tego wszyst­kiego nie po­ma­gało. Za­czę­łam otwie­rać szafki ku­chenne, by przej­rzeć ich za­war­tość. Mu­sia­łam zna­leźć coś, co po­może mi się uspo­koić, tak jak za­wsze dzia­łała her­batka She­ryl. Co ja bym zro­biła za dzba­nek ru­mianku, z któ­rym za­wsze na mnie cze­kała.

Uch. Mo­gła­bym te­raz krzy­czeć z fru­stra­cji. W tej kuchni nie było ani jed­nej to­rebki her­baty. Na­wet naj­gor­szego szajsu z naj­gor­szego sklepu. Ale prze­cież cho­dziło tylko o her­batę, nie po­win­nam się tak przej­mo­wać. Da­lej jed­nak sta­łam i ga­pi­łam się na półki, na któ­rych nie było tego, czego szu­ka­łam, i czu­łam, jak ro­śnie mi ci­śnie­nie.

"Ogar­nij się, nie bądź dziec­kiem".

Nie by­łam w sta­nie so­bie z tym po­ra­dzić. To była kro­pla, która prze­peł­niła czarę. Po­trze­bo­wa­łam her­baty, mu­sia­łam wy­pić her­batę, bo może po­tem uda­łoby mi się wró­cić do spa­nia. "Głu­pia idiotka Ta­tum nie może na­wet do­stać her­baty". Nie mo­głam opła­kać mamy, kiedy umarła. Nie mo­głam się obro­nić przed Kri­stof­fem. Dla ojca ni­gdy nie by­łam na tyle ważna, by się na mnie sku­pił dłu­żej niż przez kilka mi­nut, za­nim wró­cił do swo­ich na­prawdę waż­nych spraw. A te­raz nie mo­głam na­wet do­stać kubka her­baty, która by mnie uspo­ko­iła.

"Nie. Nie pod­dam się". Nie za­mie­rza­łam tak stać i pła­kać jak prze­ra­żone dziecko, bo nie ma her­baty. Po­sta­no­wi­łam, że nie roz­padnę się z tego po­wodu na ka­wałki. Na tym wła­śnie po­le­gał pro­blem z pa­mię­ta­niem. Ko­niec koń­ców ten cały ból wra­cał z taką siłą, że to­tal­nie po­wa­lał. Ból, który roz­dzie­rał moje serce, chciał mnie roz­trza­skać.

Te­raz się prze­ra­zi­łam, że nie dam rady, że ten ból mnie za­bije.

Za­czę­łam dy­szeć, choć bar­dzo się sta­ra­łam uspo­koić. Nie by­łam w sta­nie przy­po­mnieć so­bie tech­nik od­de­cho­wych ani tech­nik ugrun­to­wa­nia. Serce wa­liło mi jak sza­lone, gło­śno, mocno. Ten dźwięk mnie ogłu­szał, wy­peł­niał moją głowę mia­ro­wymi ude­rze­niami.

Mu­sia­łam to za­trzy­mać, wie­dzia­łam, że mu­szę, ale nie mia­łam po­ję­cia jak. Przy­gry­za­łam wargę, żeby nie krzy­czeć hi­ste­rycz­nie, jak sza­lona roz­glą­da­łam się po po­miesz­cze­niu wy­peł­nio­nym cie­niami. Po­trze­bo­wa­łam cze­goś, cze­go­kol­wiek, żeby to prze­rwać. Mu­sia­łam to ja­koś prze­go­nić. Mu­sia­łam coś zro­bić, żeby ustą­piło ci­śnie­nie w mo­jej gło­wie, uci­chły głosy, ustał ból. Mu­sia­łam to prze­rwać.

Nie wiem, dla­czego mój wzrok padł na sto­jak na noże. Przy­po­mniała mi się od razu ko­le­żanka z li­ceum, która no­siła dłu­gie rę­kawy na­wet w upał i ni­gdy z nami nie pły­wała. W końcu ktoś z per­so­nelu po­ko­ja­rzył i ona... gdzieś tra­fiła. Te­raz ze wsty­dem so­bie przy­po­mnia­łam, ja­kie po­czu­łam obrzy­dze­nie na wieść, że ta dziew­czyna się cięła. Jej naj­bliż­sza przy­ja­ciółka wy­ja­śniła mi, że tylko w ten spo­sób umiała roz­ła­do­wać na­pię­cie i lęk. Wtedy tego nie ro­zu­mia­łam. Po co ktoś miałby się ra­nić na ochot­nika?

A te­raz sama by­łam tak zde­spe­ro­wana, że nie cof­nę­ła­bym się przed ni­czym. Czu­łam, że od tego na­pię­cia, emo­cji eks­plo­duje mi klatka pier­siowa, o ile naj­pierw nie wy­buch­nie mi głowa. Moja świa­do­mość na­wet nie od­no­to­wała, że się­gam po nóż i prze­su­wam pal­cami po rę­ko­je­ści. Za­nim za­uwa­ży­łam, wy­obra­że­nie, że dzięki temu ostrzu ból ustąpi, stało się tak silne, że nie by­łam w sta­nie mu się oprzeć.

To nie miało być nic na po­waż­nie, nic na za­wsze. Tylko jedno małe cię­cie. Tyle, żeby się uspo­koić.

Gdy na­gle roz­bły­sła lampa pod su­fi­tem i kuch­nię za­lało ja­sne świa­tło, by­łam tak sko­ło­wana, że w ogóle nie poj­mo­wa­łam, co się dzieje. Wrzu­ci­łam nóż z po­wro­tem do sto­jaka i zro­bi­łam w tył zwrot. A wtedy uj­rza­łam Ro­mera, który stał z ręką na włącz­niku. I pa­trzył na mnie, jakby mnie wi­dział pierw­szy raz w ży­ciu.

Na­dal nie mo­głam od­dy­chać, ale te­raz z in­nego po­wodu. Już i tak dziw­nie się czu­łam, wi­du­jąc go w co­dzien­nych ubra­niach za­miast gar­ni­turu - te­raz jed­nak miał na so­bie tylko szare spodnie, ni­sko zsu­nięte. To dla­tego za­schło mi w gar­dle i za­bra­kło mi po­wie­trza.

Nie to było jed­nak naj­dziw­niej­sze. Po­czu­łam mo­tyle w brzu­chu, zna­jome, tylko że za­ska­ku­jące, bo zwią­zane z Ro­me­rem. I co z tego, że jego mię­śnie brzu­cha wy­glą­dały, jakby nie wy­cho­dził z si­łowni? Co z tego, że już nie chcia­łam się­gnąć po nóż, tylko do pa­ska jego spodni? Chcia­łam zo­ba­czyć, co jest pod spodem, u szczytu tego trój­kąta mię­śni pro­wa­dzą­cych do...

- Mam na­dzieję, że to, co zo­ba­czy­łem, to tylko ja­kieś po­zory...

I już po mo­ty­lach. Wy­star­czył ton jego głosu, zwłasz­cza ta wy­raźna dez­apro­bata.

- A na co wska­zują te po­zory? - Chcia­łam, żeby to po­wie­dział. Chcia­łam, żeby spoj­rzał mi w oczy i po­wie­dział to na głos.

Ro­zej­rzał się bar­dzo uważ­nie i w końcu jego wzrok padł na pu­stą de­skę do kro­je­nia.

- Nie wi­dzę nic, co mo­gła­byś po­kroić... Do czego po­trze­bo­wa­łaś noża?

- Nie twoja sprawa.

- Mam na­dzieję, że nie są­dzisz, że to by­łoby roz­wią­za­nie. Sa­mo­oka­le­cza­nie. - Skrzy­żo­wał ra­miona na piersi, a ja z tru­dem się po­wstrzy­my­wa­łam od ga­pie­nia na jego mię­śnie pier­siowe albo na na­prę­żony bi­ceps. Za­wsze wie­dzia­łam, że jego ciało jest im­po­nu­jące, bo wy­star­czyło po­pa­trzeć, jak się układa gar­ni­tur na jego umię­śnio­nej syl­wetce, ale oglą­dać go bez ciu­chów to było zu­peł­nie co in­nego.

- Moje ciało, moja sprawa...

- Nie ob­cho­dzi mnie, czy to twoje ciało. Nie po­zwolę ci tego zro­bić, kiedy ja je­stem za cie­bie od­po­wie­dzialny. Ja­sne? To i tak nie uśmie­rzy­łoby bólu. Może przez chwilę od­czu­ła­byś ulgę, ale praw­dzi­wego pro­blemu byś nie roz­wią­zała.

Chyba nie było to naj­lep­sze wyj­ście, ale ze zdu­mie­nia się ro­ze­śmia­łam.

- A mó­wisz z oso­bi­stego do­świad­cze­nia czy co?

- Może? - Ści­gnął brwi, groźne spoj­rze­nie prze­szyło mnie na wy­lot. Albo była to lo­do­wata obo­jęt­ność, albo wście­kła dez­apro­bata. Za każ­dym ra­zem w grę wcho­dziła któ­raś z tych dwóch opcji, zu­peł­nie jak­bym rzu­cała mo­netą. - Nie ty pierw­sza w moim ży­ciu prze­szłaś pie­kło. Ta­kie pie­kło, że wy­daje ci się, że ni­gdy nie bę­dzie le­piej.

- Czy tamte osoby so­bie po­ra­dziły?

Prych­nął i wzru­szył mu­sku­lar­nymi ra­mio­nami.

- Nie wiem. Mam na­dzieję. Ale ży­cie po­pro­wa­dziło mnie gdzie in­dziej.

Serce mi sko­czyło, bo pod­szedł bli­żej, sta­nął po­mię­dzy mną a no­żami. Mu­sia­łam się od­su­nąć. Nie mo­głam so­bie po­zwo­lić na taką bli­skość, nie w chwili, kiedy on wy­glą­dał jak nie­ślubne dziecko ma­ga­zynu "GQ" i Ry­ana Rey­noldsa, i pach­niał tak pięk­nie, czy­sto, my­dłem, piż­mem, cy­na­mo­nem i snem.

- Nie mu­sisz tego ro­bić. Ist­nieją o wiele lep­sze opcje.

- Ja­sne, masz na my­śli po­wrót do le­ków, po któ­rych czuję się jak zombi, a ca­łymi dniami chcę wy­łącz­nie spać? A może po­win­nam wró­cić na te­ra­pię i znowu się we wszyst­kim grze­bać i grze­bać, a po­tem i tak czuć się wy­łącz­nie go­rzej? Na wy­pa­dek gdy­byś nie pa­mię­tał, to tego wszyst­kiego już pró­bo­wa­łam i nie za­mie­rzam znowu.

- To nie są je­dyne opcje, ale przede wszyst­kim za­pew­niam cię, że to ostrze nie jest żad­nym roz­wią­za­niem.

Coś się zmie­niło. Nie by­łam pewna, co czuję. Zu­peł­nie jak­by­śmy fak­tycz­nie roz­ma­wiali. Można by po­my­śleć, że on się mną na­prawdę przej­muje, moim lo­sem. Tylko że to aku­rat nie wcho­dziło w grę. Wszystko, od jego po­stawy po ka­mienny wy­raz twa­rzy, skła­dało się na ob­raz osoby, która ma mnie gdzieś.

Nie­chęt­nie, ale mu­sia­łam przy­znać, że ten wku­rza­jący Ro­mero spra­wił, że po raz pierw­szy od mie­sięcy nie czu­łam się taka sa­motna. Bianka też pró­bo­wała. Oczy­wi­ście to cu­downe z jej strony, ale cią­gle czu­łam, że ona stoi na dru­gim brzegu tej wiel­kiej, głę­bo­kiej, bez­kre­snej wody, i mo­żemy tylko do sie­bie krzy­czeć. To tu­taj było inne. Było szczere. On mnie wi­dział taką, jaką te­raz by­łam, nie miał na mój te­mat wy­obra­żeń ani ocze­ki­wań.

- Je­stem tu, żeby cię chro­nić. - W ką­ci­kach tych bo­skich ust za­ma­ja­czył uśmie­szek. - Rów­nież przed tobą samą.

Ucie­szy­łam się, że to po­wie­dział, na­prawdę się ucie­szy­łam. W prze­ciw­nym ra­zie mo­gła­bym za­po­mnieć, ja­kim jest zim­nym, bez­dusz­nym gnoj­kiem.

- Oczy­wi­ście - wy­szep­ta­łam. - Pra­wie wy­le­ciało mi z głowy, że ty prze­cież nie mo­żesz roz­cza­ro­wać swo­jego szefa, prawda? Nie chciał­byś mu prze­ka­zać złych wia­do­mo­ści.

- Zero zdzi­wie­nia. Oczy­wi­ście, że do­szłaś do ta­kich wnio­sków. Wy­bacz, że za­ło­ży­łem, że nor­mal­nie roz­ma­wiamy. - Wes­tchnął ze znie­cier­pli­wie­niem. I całe za­uro­cze­nie pierz­chło.

- Sam po­wie­dzia­łeś, że to twoja praca. - Le­ciutko pac­nę­łam go w ra­mię, krzy­wiąc się. - Do­brze, że zsze­dłeś w ta­kim aku­rat mo­men­cie, bo nie miał­byś do­brych wie­ści do prze­ka­za­nia, jak już szef za­dzwoni.

Za­nim się od­wró­ci­łam i ode­szłam, zer­k­nę­łam jesz­cze na ka­mienną twarz. Jak za­wsze, wszystko za­ko­pane głę­boko. Mo­głam się za­ło­żyć, że on świę­cie wie­rzy, że musi być taki wła­śnie, je­śli chce mieć do­brą pracę. Od­cięty, zdy­stan­so­wany, bez emo­cji.

Szkoda było tylko, że nie da­wał rady ukryć nie­na­wi­ści, która pło­nęła w jego oczach. Mógł za­ciąć szczęki, mógł stać jak po­sąg, ale nie był w sta­nie zga­sić ognia. I o tym pło­ną­cym świe­tle my­śla­łam, gdy wra­ca­łam do łóżka, już w o wiele lep­szym na­stroju. Bez ci­śnie­nia. I nie ło­mo­tało mi serce.

A kiedy znowu za­snę­łam, kosz­mar nie wró­cił. Czyżby roz­wią­za­niem wszyst­kich mo­ich pro­ble­mów był czło­wiek, któ­rego uwa­ża­łam za wroga, choć może wcale nim nie był?

Ro­mero

- Ca­łymi dniami ję­czysz i ma­ru­dzisz, jak to nie mo­żesz znieść tej bez­czyn­no­ści - po­wie­dzia­łem, się­ga­jąc po kurtkę wi­szącą na ha­czyku przy wej­ściu. - A jak cię za­pra­szam, że­by­śmy ra­zem po­szli na spa­cer, to ci się nie chce.

- Nie sły­sza­łam żad­nego za­pro­sze­nia. - Ode­rwała wzrok od książki. Są­dząc po ciem­nej okładce, był to thril­ler. Pew­nie to naj­gor­szy wy­bór ty­tułu, po tym wszyst­kim, co prze­szła, ale co ja tam wiem. Może taka lek­tura po­ma­gała jej w prze­pra­co­wa­niu.

- Jak to? Prze­cież po­wie­dzia­łem: "Ta­tum, idziemy na spa­cer".

- I która część wska­zuje na za­pro­sze­nie? Ty mnie po­in­for­mo­wa­łeś, że idziemy na spa­cer. - Wy­dęła usta i prze­wró­ciła kartkę. - Od­ma­wiam. Czy­tam książkę.

- Książka nie za­jąc, nie uciek­nie. Chcę ci coś po­ka­zać.

- A czy to coś uciek­nie, za­nim skoń­czę czy­tać?

Po­my­śla­łem, że Jef­fer­son jest tu cał­ko­wi­cie zbędny. Ja za­koń­czę jej bez­na­dziejne, głu­pie ży­cie, je­śli nie prze­sta­nie tak się za­cho­wy­wać. Ro­zu­mia­łem jej fru­stra­cję, bóg mi świad­kiem, na­prawdę ro­zu­mia­łem. Krą­ży­łem po domu jak zwie­rzę w klatce, bo nie mia­łem nic do ro­boty poza za­da­niami, które mo­głem wy­ko­nać zdal­nie, a i tak mu­sia­łem cze­kać, aż mi je ktoś przy­dzieli, nie ja de­cy­do­wa­łem. Nie mo­głem za­dzwo­nić do szefa ani przejść do niego kilka kro­ków, żeby za­dać mu py­ta­nie, i to mnie do­pro­wa­dzało do szału.

Ni­gdy do­tąd nie przy­szło mi do głowy, jak bar­dzo je­stem za­jęty. Ja­sne, wie­dzia­łem, że non stop trzy­mam kilka srok za ogon, a jesz­cze wię­cej, kiedy sy­tu­acja się ro­biła na­pięta, ja­kieś nowe umowy, biz­nesy, szu­ka­nie ewen­tu­al­nych part­ne­rów. To były ła­twe za­da­nia, co­dzien­no­ści, któ­rymi mo­głem się zaj­mo­wać bez za­sta­no­wie­nia. Pod­pi­sy­wa­łem umowy, wy­sy­ła­łem mejle.

No i nie za­po­mi­najmy, w ja­kim celu no­si­łem broń. Rów­nież w tej chwili. Trudno było po­rzu­cić ten na­wyk, zwłasz­cza że tu­taj moim je­dy­nym za­da­niem było pil­no­wa­nie bez­pie­czeń­stwa tej upar­tej, mści­wej smar­kuli. Na pewno le­piej było mieć broń pod ręką, na wy­pa­dek gdyby coś się za­działo.

Czy Ta­tum nie wi­dzi, jak nie­wiele mi bra­kuje, że­bym przy­sta­wił jej pi­sto­let do głowy? Le­piej dla niej by­łoby ze mną nie za­dzie­rać. W tej chwili po­wstrzy­my­wa­łem się tylko dla­tego, że jej oj­ciec wie­dział o ist­nie­niu tego domu i gdyby włos jej spadł z głowy, zna­la­złby mnie, odarł ze skóry i urwałby mi łeb.

- A ja są­dzi­łem, że chcesz się cze­goś do­wie­dzieć o moim dzie­ciń­stwie i po­znać dra­styczne szcze­góły.

Roz­dęła noz­drza, wzrok jej znie­ru­cho­miał. Albo czy­tała w kółko to samo słowo, albo nie wi­działa już żad­nych słów. Zresztą szcze­rze wąt­pi­łem, żeby prze­czy­tała choć jedną li­terkę, od­kąd po tre­ningu i prysz­nicu przy­sze­dłem na dół. Cały wy­si­łek wkła­dała w to, żeby mi za­ko­mu­ni­ko­wać, że ma w du­pie, czy w ogóle żyję.

- Ile ten spa­cer miałby trwać?

- A spie­szy ci się gdzieś, księż­niczko? Nie wie­dzia­łem, że masz na­pięty gra­fik. - Przy­siągł­bym, że mi dy­gnął, kiedy usły­sza­łem to prych­nię­cie ko­ciątka. - Nie­długo. Przej­dziemy może kilka prze­cznic.

Pod­nio­sła na mnie wzrok, jakby się za­sta­na­wiała. Je­zu­sie, czy ona mu­siała być taka ka­pry­śna?

- Nie uda­waj nie­za­in­te­re­so­wa­nej, bo rów­nie do­brze mogę cię uzie­mić w czte­rech ścia­nach na cały czas na­szego po­bytu.

Nie zro­bił­bym tak. Tego naj­mniej jej było trzeba. Przy­wio­złem ją tu­taj, żeby do­szła do sie­bie, wy­zdro­wiała. Tam, w domu u ojca się roz­pa­dła. Roz­trza­skała wręcz. Tu­taj miała szansę się od­ro­dzić, od­zy­skać ży­cie. Mimo że dzie­sięć lat temu nie przy­szłoby do głowy po­wie­dzieć, że w tym domu jest moż­liwe ja­kie­kol­wiek ży­cie.

- Nie groź mi, Ro­mero. O ile do­brze pa­mię­tam, zgło­si­łeś się na ochot­nika, że mnie tu przy­wie­ziesz i ze mną zo­sta­niesz, więc jak­kol­wiek ci te­raz strasz­nie, sam je­steś so­bie wi­nien. - Odło­żyła książkę i się­gnęła po prze­ką­skę ze sto­lika. - A poza tym to dzię­kuję za za­pro­sze­nie. Z przy­jem­no­ścią się przejdę. Chęt­nie po­od­dy­cham świe­żym po­wie­trzem. Zdą­ży­łam się już po­że­gnać z po­my­słem, że będę tu żyć jak nor­malny czło­wiek, skoro to­bie ro­zum od­biera na ha­sło, że mia­ła­bym się przejść.

- Uści­ślijmy, bo to ważne: w po­je­dynkę. Po­wie­dzia­łem, że nie mo­żesz iść na spa­cer sama. - Od­kąd przy­je­cha­li­śmy, ona już tyle razy przy­pra­wiła mnie o mi­grenę, że na pewno za­bra­łem za mało środ­ków prze­ciw­bó­lo­wych. - Zbie­raj się. Już ża­łuję swo­jej ini­cja­tywy.

- To bar­dzo wielki wy­si­łek być ta­kim bur­kli­wym dup­kiem czy przy­cho­dzi ci to na­tu­ral­nie? - Wstała i prze­cią­gnęła się.

Mój wzrok bez­wied­nie po­wę­dro­wał na skra­wek skóry, który od­sło­niła. Ta­tum była po­kusą, któ­rej nie mo­głem ulec. Chyba roz­pacz­li­wie bra­ko­wało mi seksu, skoro na wi­dok skrawka ja­snej skóry na jej brzu­chu za­sy­chało mi w ustach.

- Cóż... nie­które osoby mają taki dar, że bu­dzą we mnie te moce. - Ga­pie­nie się na nią by­łoby fa­talne na­wet bez tej traumy, którą miała za sobą. Ostat­nie, czego jej trzeba, to żeby ja­kiś fa­cet się do niej do­bie­rał, a ja bym chęt­nie to zro­bił, ale ra­czej w stylu "Chwycę cię za włosy i ze­rżnę cię tak, że bę­dziesz mnie czuła przy każ­dym kroku". Ale to nie wcho­dziło w grę.

Ta­tum prze­wró­ciła oczami i schy­liła się, żeby za­wią­zać buty. "Boże, miej mnie w swo­jej opiece, bo je­stem tylko czło­wie­kiem". Mo­głem igno­ro­wać ogra­ni­czoną liczbę swo­ich od­ru­chów. Te czarne leg­ginsy ani tro­chę nie kryły krą­gło­ści jej pupy. Nie­wiele po­zo­sta­wiały pola dla wy­obraźni. Fiut mi stward­niał. W po­sia­dło­ści Cal­luma ła­two było igno­ro­wać jej piękno, ale tu­taj trudno było jej uni­kać.

Mu­sia­łem się od­wró­cić. Wyj­rza­łem na dwór, cze­ka­jąc, aż ona włoży kurtkę. Kilka do­mów po są­siedzku stało pu­stych, a przy­naj­mniej na to wy­glą­dało. Ob­ser­wo­wa­nie oto­cze­nia i wnio­sko­wa­nie było w moim wy­padku na­wy­kiem za­wo­do­wym. Może się my­li­łem, ale wy­glą­dało na to, że ten kwar­tał pu­sto­szeje. Nie mia­łem po­ję­cia, czy to przy­pa­dek, czy coś się dzieje.

Mo­głem so­bie to wszystko wy­my­ślać z nudy. Cho­lera. Po­trze­bo­wa­łem ja­kie­goś ma­te­riału do ana­li­zo­wa­nia, a nie tylko ko­lejny po­si­łek i po­goda, i ja­kie to po­je­bane, że je­stem w tym domu. Ro­zej­rza­łem się i zo­ba­czy­łem nową farbę, me­ble, na­wet nowe pod­łogi, ale obok tego wi­dzia­łem dawne ob­razy, ze wspo­mnień.

Mia­łem wra­że­nie, że za­raz usły­szę cięż­kie kroki na pię­trze. Jako chło­piec nie­na­wi­dzi­łem tych od­gło­sów. I ba­łem się go. Ni­gdy nie było wia­domo, w ja­kim hu­mo­rze zej­dzie na dół. Był jak tor­nado, które spada na cie­bie bez ostrze­że­nia. Sta­wiał ciężko kroki, gdy był w gów­nia­nym na­stroju i gdy się czuł le­piej. Jak za­miesz­ka­łem u Cal­luma, do­piero po roku prze­sta­łem dy­go­tać, sły­sząc zbli­ża­jące się kroki.

Od­wró­ci­łem się, trą­cony w ra­mię - za mną stała Ta­tum i wpa­try­wała się we mnie. Coś w moim wy­ra­zie twa­rzy mu­siało ją za­sko­czyć czy zmie­szać, bo cof­nęła się o krok zdu­miona.

- Co jest? - Wark­ną­łem jak wście­kły pies. Długo się uczy­łem, że nie wszyst­kie psy szcze­kają ze zło­ści. Cza­sami czuję się za­gro­żone lub nie ro­zu­mieją sy­tu­acji.

Sku­liła się, jakby się prze­stra­szyła.

- Wy­łą­czy­łeś się na chwilę... Py­ta­łam, czy idziemy. - Od razu za­uwa­ży­łem, że lekko dy­go­cze. Ależ by­łem dur­niem. Nie po­wi­nie­nem na nią war­czeć, nie po tym wszyst­kim, co prze­żyła.

Te­raz mia­łem w gło­wie tylko jedną myśl - ile razy Kri­stoff jej to zro­bił. Ja bym w ży­ciu nie ude­rzył ko­biety - bez względu na sy­tu­ację, na­wet tej ko­biety, która za swój cel ży­ciowy ob­rała wku­rza­nie mnie - ale cza­sami nie trzeba pię­ści, żeby ko­goś skrzyw­dzić.

- Tak, ja je­stem go­towy. Prze­pra­szam, że krzyk­ną­łem, prze­stra­szy­łaś mnie.

Cią­gle czujna i ostrożna, po­kor­nie wy­szła na ga­nek. Było oso­bli­wie chłodno, aż we­pchnęła ręce do kie­szeni i za­dy­go­tała. Za­mkną­łem drzwi.

- Cie­kawe, czy bę­dzie ciężka zima, skoro jest tak chłodno na po­czątku paź­dzier­nika.

- W naj­gor­szą zimę swo­jego ży­cia cho­dzi­łem w szor­tach do Hal­lo­ween. Mia­łam bo­daj je­de­na­ście lat, może dwa­na­ście. - Scho­wa­łem klu­cze i zsze­dłem po schod­kach. - Pierw­szy śnieg spadł przed Świę­tem Dzięk­czy­nie­nia i pa­dał do marca.

- O, chyba pa­mię­tam tę zimę. Mie­li­śmy wtedy dużo dni bez lek­cji.

- A po­tem trzeba było to nad­ra­biać i wa­ka­cje były krót­sze.

- Wła­śnie! Och, to było ta­kie wku­rza­jące! - Wbrew tym sło­wom uśmiech­nęła się po­god­nie. - Wi­dzisz, mamy jed­nak wspólne wspo­mnie­nia, kto by po­my­ślał!

Słusz­nie. Prze­cież nie mie­li­śmy po­ję­cia o swoim ist­nie­niu, pew­nie na­wet nie mie­li­śmy po­ję­cia o ist­nie­niu świata, w któ­rym żyło to dru­gie, no ale nie­które prze­ży­cia są wspólne dla wszyst­kich.

- Więc do­kąd idziemy? Jaki jest pierw­szy przy­sta­nek na szlaku Ro­mera?

Cho­ciaż się zje­ży­łem na ten sar­kazm, wie­dzia­łem, że to do­bry znak. Je­śli była ką­śliwa, to zna­czyło, że nie utknęła w wię­zien­nej celi zwa­nej też jej głową.

- Ni­g­dzie kon­kret­nie, i nie na­sta­wiaj się na nie wia­domo co. Może się oka­zać, że ro­bimy naj­krót­szy spa­cer na świe­cie.

- I to po tym ca­łym ma­ru­dze­niu, które mi za­apli­ko­wa­łeś, żeby mnie wy­cią­gnąć. - Cmok­nęła w uda­wa­nym współ­czu­ciu, przez co zi­gno­ro­wa­łem tę ką­śliwą uwagę. Od­kąd tu przy­je­cha­li­śmy, wy­ka­zy­wa­łem się ta­kim opa­no­wa­niem, że po­wi­nie­nem pójść do nieba. I to po­mimo wszyst­kiego, co ro­bi­łem dla Cal­luma i in­nych.

Do­szli­śmy do końca ulicy, skrę­ci­li­śmy w lewo, wska­za­łem plac za­baw przed nami po dru­giej stro­nie.

- Wo­lał­bym so­bie nie przy­po­mi­nać, co tam wy­czy­nia­li­śmy - za­żar­to­wa­łem, pry­cha­jąc, gdy wspo­mnie­nia wró­ciły. - Tu się zbie­rały wszyst­kie dzie­ciaki z oko­licy. Jeź­dzi­li­śmy na ro­we­rach, gra­li­śmy w piłkę, a z cza­sem wła­śnie tu­taj pi­li­śmy alko i pa­li­li­śmy. Albo w czy­imś domu, jak ro­dzice byli w pracy.

- Nie wie­dzieć czemu nie bar­dzo umiem so­bie wy­obra­zić, jak wy­glą­da­łeś jako dziecko, cho­ciaż na pewno wie­rzę, że by­łeś bad boyem.

- Nie na­zwał­bym sie­bie bad boyem.

- A jak byś się na­zwał?

Do­bre py­ta­nie. Jak bym się na­zwał? Przede wszyst­kim chłop­cem, który chciał być wszę­dzie, byle nie w domu.

- By­łem taki sam jak inne miej­scowe chło­paki. Ro­bi­li­śmy to, co wszy­scy. To, co tu wi­dzisz, bar­dzo się zmie­niło przez te lata. Wi­dzisz, jak tu czy­sto? Wi­dzisz nowe sprzęty?

Kiw­nęła głową.

- Tak, wy­gląda nie­źle. Czy­sto.

- Może któ­re­goś dnia po­wiesz te słowa bez zdzi­wie­nia. - Tę moją uwagę skwi­to­wała wznie­sie­niem oczu do nieba i ko­lej­nym prych­nię­ciem. - No w każ­dym ra­zie wtedy w ogóle tak nie wy­glą­dało. Huś­tawki były za­wsze ze­psute, śli­zgawka po­rdze­wiała. Jak się pierw­szy raz upi­łem, całą ją za­rzy­ga­łem.

- Uro­cze - skwi­to­wała, marsz­cząc nos.

- To był taki ry­tuał przej­ścia. - Nie do wiary, ale uśmiech­ną­łem się na to wspo­mnie­nie. - A skoro rzy­ga­nie ci nie pa­suje, to może do­dam, że na tych huś­taw­kach pierw­szy raz zwa­li­łem ko­nia.

- Wtedy po­psu­łeś huś­tawki?

- Wtedy też. - Wy­mie­ni­li­śmy uśmie­chy może nie­ufne, ale na pewno miłe. Faj­nie było wi­dzieć, jak Ta­tum się uśmie­cha.

- Szkoda, że te re­monty po­ro­bili do­piero po two­jej wy­pro­wadzce.

- Tak wtedy po pro­stu było. Nikt o tym nie my­ślał i tyle. Dla nas ważne było, że mamy gdzie pójść i na­py­tać so­bie biedy. Wiele dzie­cia­ków z oko­licy przede wszyst­kim nie chciało być w domu.

- A ty? Też do nich na­le­ża­łeś? Chcia­łeś być w domu czy ucie­ka­łeś?

O nie, nie pój­dziemy tą drogą. Co­kol­wiek jej o so­bie zdra­dzę, ona bę­dzie da­lej py­tać, a nie by­łem go­tów mó­wić nic wię­cej.

- Ro­zej­rzyj się. - Nie od­po­wie­dzia­łem na jej py­ta­nie. - Tu jest dość smęt­nie. Małe domy, stare sa­mo­chody, więk­szość miesz­kań­ców wy­naj­muje, przy­naj­mniej tak było za mo­jego dzie­ciń­stwa. Moja mama była taka dumna, że dom na­leży do nas. Pew­nie dla­tego chciała, że­bym ja go do­stał. - Cho­lera. I oto jej po­wie­dzia­łem wię­cej, niż chcia­łem.

- Rze­czy­wi­ście brzmi to nie­we­soło...

Choć raz się zdo­była na dy­plo­ma­cję.

- Wtedy było o wiele go­rzej. Przede wszyst­kim, kiedy jesz­cze dzia­łały fa­bryki, a lu­dzie w nich pra­co­wali, w po­wie­trzu za­wsze było pełno dymu. Na wszyst­kim osia­dała sa­dza. W rześ­kie dni nie można było otwo­rzyć okna, je­śli nie chciało się mieć tego gówna w ca­łym domu. Ale jak za­częli za­my­kać fa­bryki, zro­biło się jesz­cze go­rzej. Firmy za­częły się stąd wy­no­sić, a lu­dzie stra­cili pracę. Nie­we­soło? To nie­do­mó­wie­nie roku. Było smutno, przy­gnę­bia­jąco, po­nuro. Całe ro­dziny ru­szyły za pracą, więc co­raz wię­cej do­mów stało pu­stych. W naj­lep­szym wy­padku te pu­ste za­bi­jano de­chami, a w naj­gor­szym wpro­wa­dzali się tam dzicy lo­ka­to­rzy. I ro­biło się co­raz go­rzej.

- O rany. - Choć raz nie miała sar­ka­stycz­nej ri­po­sty. Wi­dzia­łem po jej twa­rzy, że słu­cha z po­wagą. Pew­nie nie spo­dzie­wa­łem się, że co­kol­wiek po­trak­tuje na se­rio, skoro sama wio­dła ży­cie bo­gaczki, któ­rej każde ży­cze­nie na­tych­miast speł­niano.

Od­wró­ciła się i za­sło­niła dło­nią oczy przed słoń­cem.

- Tam da­lej wszystko wy­gląda na za­mknięte - po­wie­działa, wska­zu­jąc fa­brykę i ra­fi­ne­rię i inne bu­dynki w od­dali. Jako dziecko my­śla­łem, że to za­mek.

Co ja wie­dzia­łem o ży­ciu.

- Bo są za­mknięte.

- Ale poza tym wy­daje się, że te­raz się po­pra­wiło. W każ­dym ra­zie są­dząc po tym, co mi opo­wia­da­łeś.

- No wiesz, wła­do­wano tu dużo kasy. - Pod­nio­słem rękę, żeby wska­zać długi ce­glany bu­dy­nek na­prze­ciwko placu za­baw. - Jak ten ośro­dek re­kre­acyjny. Zbu­do­wano go dwa lata temu, żeby dzie­ciaki miały gdzie pójść i za­jąć się czymś in­nym niż szu­ka­nie guza.

O dziwo za­mil­kła, a ja po ca­łym dniu za­sy­py­wa­nia py­ta­niami po­czu­łem ulgę. Do­piero kiedy do­tar­li­śmy na na­stępny róg i się za­trzy­ma­li­śmy, od­wró­ciła się do mnie.

- Nie ku­mam.

- Czego do­kład­nie?

- Skąd wie­dzia­łeś, że tu jest ośro­dek re­kre­acyjny? Prze­cież nie wra­ca­łeś tu od lat. Masz kon­takt z ludźmi, któ­rzy tu miesz­kają?

Co do tego nie mia­łem ni­gdy wąt­pli­wo­ści - że Ta­tum jest nie w cie­mię bita. Może i po­dej­mo­wała wy­jąt­kowo durne de­cy­zje, ale więk­szość lu­dzi robi to samo, na­wet nie wia­domo jak ku­ma­tych, ale pod tymi blond lo­kami krył się bar­dzo by­stry umysł. Odzie­dzi­czyła go po ojcu.

- Nie mia­łem kon­taktu, ale twój oj­ciec ma.

Aż od­sko­czyła, za­sko­czona.

- Słu­cham?

- Twój oj­ciec ma kon­takt z miej­sco­wymi. Albo ra­czej skon­tak­to­wał się, żeby się do­wie­dzieć, czego tu po­trzeba, a po­tem za­in­we­sto­wał w wiele pro­jek­tów. Wi­dzisz ten kom­pleks prze­my­słowy? Będą z tego domy, sklepy i co tam jesz­cze wy­my­śli de­we­lo­per.

- Za­raz, za­raz. Nie ku­mam. Dla­czego on robi ta­kie rze­czy?

Po­woli od­wró­ci­łem się w stronę jed­nego z do­mów. Przed nim był spła­che­tek traw­nika, be­to­nowe schodki pro­wa­dziły do wej­ścia.

- Wi­dzisz te domy? Wszyst­kie zbu­do­wano dla ro­bot­ni­ków w fa­bryce i ra­fi­ne­rii. Tak wła­śnie dzia­łało to mia­steczko. Wszy­scy pra­co­wali w jed­nym miej­scu, a sze­fo­wie do­stali więk­sze domy bli­żej za­kła­dów. - Ru­chem głowy wska­za­łem dom, przed któ­rym sta­li­śmy. - A w tym domu wy­cho­wał się twój oj­ciec.

Na pal­cach jed­nej ręki mógł­bym po­li­czyć, ile razy wi­dzia­łem, żeby ko­muś ze zdu­mie­nia opa­dła szczęka. To był piąty raz. Zie­lone oczy Ta­tum otwo­rzyły się sze­roko i wpa­try­wała się nimi w do­mek, jakby go w końcu do­strze­gła i już nie chciała iść da­lej.

Od­cze­ka­łem chwilę, żeby ogar­nęła.

- Za­wsze chcia­łaś wie­dzieć - pod­ją­łem - jak tra­fi­łem do wa­szej ro­dziny. Te­raz już wiesz. Nasi ro­dzice wy­cho­wy­wali się ra­zem. Ja go po­zna­łem, do­piero jak mnie stąd za­brał, ale moja mama go pa­mię­tała. Pew­nie po jego wy­jeź­dzie byli w kon­tak­cie.

- Nie mia­łam o tym po­ję­cia. Ani tro­chę - wy­rzu­ciła w szoku, mru­ga­jąc szybko. - Wiem, że jego ro­dzina nie była bo­gata, ale... ten do­mek jest taki ma­leńki.

- A za jego cza­sów był w o wiele gor­szym sta­nie. Ba, w jesz­cze gor­szym niż za mo­ich cza­sów, ale twój oj­ciec wy­ło­żył kasę na wy­re­mon­to­wa­nie ca­łego kwar­tału. Chyba od tego za­czął. A jego pie­nią­dze na re­mont ozna­czały też pracę dla bu­dow­lań­ców.

- Ni­gdy... no wiesz... nie mia­łam... - Sfru­stro­wana, gwał­tow­nie wy­pu­ściła po­wie­trze. - Nie wie­dzia­łam, że po­trafi zro­bić ze swo­ich pie­nię­dzy ja­kiś po­ży­tek.

- No to te­raz wiesz. Ni­gdy się z tym nie ob­no­sił. Nie chce, żeby kto­kol­wiek wie­dział, ale to je­den z jego po­bocz­nych pro­jek­tów, tak to chyba można ująć, a mnie po­wie­rzył nad­zór nad fi­nan­so­wa­niem i nad pro­jek­tami od na­szej strony.

Na wi­dok jej miny mia­łem ochotę ją przy­tu­lić. Nie wie­dzia­łem, czy za­cznie pła­kać, śmiać się, czy krzy­czeć. Nie mia­łem po­ję­cia, że na twa­rzy może się od­ma­lo­wać tyle emo­cji jed­no­cze­śnie. Nie zdą­ży­łem spy­tać, czy wszystko ok, bo się ro­ze­śmiała.

- No to ko­lejny punkt do mo­jej li­sty.

- Ja­kiej li­sty?

- Li­sty rze­czy, któ­rych nie wiem o swoim ojcu. Rze­czy, o któ­rych mi nie po­wie­dział, bo uznał, że nie za­słu­guję na te in­for­ma­cje.

- Ja bym tego tak nie ujął.

- A ja tak - wark­nęła. - To­bie ufa, ty je­steś wta­jem­ni­czony. Mnie ni­gdy nie ufał. - Skrzy­żo­wała ra­miona na piersi i wy­su­nęła szczękę. - Do tej pory nie mia­łam świa­do­mo­ści, jak bar­dzo.

- My­ślę... - Ech, trudna sy­tu­acja. Naj­pierw nie by­łem w sta­nie do­brać słów. To nie było w moim stylu, żeby ją po­cie­szać, ale ona już tyle prze­szła. I nie chcia­łem, żeby pie­lę­gno­wała tę urazę. Tylko by ro­sła, aż sta­łaby się ko­lej­nym po­wo­dem, dla któ­rego nie mo­żemy współ­ist­nieć. Mu­sia­łem się prze­móc i jed­nak coś po­wie­dzieć. - My­ślę, że on chce cię przed wie­loma spra­wami chro­nić, a cza­sami trudno roz­róż­nić, kiedy ktoś cię chroni, a kiedy się od­suwa. Ja przez te wszyst­kie lata nie­źle go po­zna­łem i mogę cię za­pew­nić, że on nie chce cię wy­klu­czać ze swo­jego ży­cia.

- Wiem, że mnie ko­cha. - Wes­tchnęła, wpa­tru­jąc się w drzwi tam­tego domu, jakby się spo­dzie­wała, że na progu za­raz sta­nie jej oj­ciec. - Tak jak po­wie­dzia­łeś, masz ra­cję: trudno roz­róż­nić, czy mnie chroni, czy się od­suwa.

Na­gle pod­nio­sły się za­słonki w domu obok. Mie­li­śmy ob­ser­wa­to­rów. To był znak, że czas ru­szać da­lej.

- Chodźmy. Lu­dzie nie lu­bią, jak się ktoś kręci koło ich do­mów.

Po­szła za mną, z wy­raźną nie­chę­cią, ale po­szła. Mu­sia­łem zwol­nić kroku, żeby na­dą­żyła.

- Więc twoja mama przy­jaź­niła się z moim tatą? - spy­tała ci­cho, pa­trząc przed sie­bie.

- Tak bym są­dził.

- Po­zna­łeś mo­jego ojca, za­nim się do nas prze­nio­słeś?

- Nie, to był tylko ko­lega, o któ­rym mama cza­sami mó­wiła. Wiesz, miej­scowy chło­pak, któ­remu się po­wio­dło, ta­kie tam. My­ślę, że chciała, że­bym był taki jak on, że­bym się dużo uczył i ro­bił in­te­resy.

- In­te­resy? - Zer­k­nęła na mnie. - Ro­zu­miem, że nie wie­działa, czym on się na­prawdę zaj­muje.

- Mnó­stwo jego in­te­re­sów jest le­gal­nych.

- No ale on nie tak za­ro­bił pierw­sze duże pie­nią­dze.

- Nie mogę za­prze­czyć - przy­zna­łem.

Cal­lu­mowi na pewno by się nie spodo­bało, że tak roz­ma­wiamy, ale od­no­si­łem wra­że­nie, że ona bar­dzo pra­gnie tej roz­mowy. W końcu ktoś był z nią szczery. Mo­gła swo­bod­nie mó­wić, po tym jak tyle rze­czy cho­wała dla sie­bie.

Mię­dzy nami wciąż się wy­czu­wało na­pię­cie, w po­wie­trzu wi­siały nie­za­dane py­ta­nia. W każ­dym ra­zie ja na jej miej­scu miał­bym mnó­stwo py­tań. Kur­czę, pa­mię­ta­łam te wszyst­kie py­ta­nia, które sam mia­łem, gdy po­zna­łem Cal­luma Tor­rio. Pierw­szy raz w ży­ciu mia­łem do czy­nie­nia z męż­czy­zną, który się mną przej­mo­wał. In­te­re­so­wał się mną i słu­chał tego, co mia­łem do po­wie­dze­nia. Był spo­kojny, przy­ja­zny, oj­cow­ski, nie jak ten gnój, któ­rego obec­ność w domu od­bie­rała mi chęć do ży­cia.

Przez ja­kiś czas wma­wia­łem so­bie na­wet, że to Cal­lum jest moim oj­cem. Dla mnie to miało sens. Bo­gacz po­ja­wia się na­gle w progu i za­biera mnie do cał­ko­wi­cie in­nego świata, gdzie jest świa­tło i prze­strzeń, a me­ble nie są po­ła­mane, bo ja­kiś pi­jak po­sta­no­wił nimi rzu­cać, żeby ukoić ból swo­jego za­sra­nego ist­nie­nia. Dla mnie to było coś jak z bajki. Mu­sia­łem wy­my­ślić ja­kiś po­wód, dla któ­rego on so­bie za­dał trud, by mnie przy­gar­nąć. Je­śli miał się z tym wią­zać nowy oj­ciec, to tym le­piej dla mnie.

Od­pły­ną­łem my­ślami, gdy ona się znowu ode­zwała, za­chi­cho­tała i wes­tchnęła ciężko.

- Cza­sami mam wra­że­nie, że w ży­ciu nie po­znam wszyst­kich ta­jem­nic, które oj­ciec ma przede mną. Obaj za­wsze ma­cie ja­kieś se­krety.

Gdyby ona wie­działa... Le­piej jed­nak było za­cho­wać to dla sie­bie, więc tylko wzru­szy­łem ra­mio­nami i za­wró­ci­łem do domu. Czy ra­czej do miej­sca, które było moim do­mem do chwili, gdy moja mama w środku nocy wy­ko­nała ten de­cy­du­jący te­le­fon do czło­wieka, który zmie­nił moje ży­cie i nie­ro­ze­rwal­nie po­łą­czył je z tą blon­d­włosą dziew­czyną, która mnie do­pro­wa­dzała do nie­wy­obra­żal­nego sza­leń­stwa.

Ta­tum

- Co, prze­pra­szam, zro­bisz?!

Ni­gdy w ży­ciu tak bar­dzo nie pra­gnę­łam dać ko­muś po twa­rzy, żeby nie wi­dzieć jego miny. Są­dząc po tym uśmieszku, można by po­my­śleć, że za­po­wie­dzia­łam swój udział w ma­ra­to­nie. Albo wy­prawę na Mo­unt Eve­rest czy co­kol­wiek in­nego, rów­nie ab­sur­dal­nego i nie­moż­li­wego. Mu­sia­łam wziąć głę­boki od­dech i przy­po­mnieć so­bie, że je­stem na niego ska­zana - ina­czej wpa­dła­bym we wście­kłość, a on tylko tego chciał. To wi­dzia­łam jak na dłoni. Wręcz prze­stał od­dy­chać, cze­ka­jąc na mój od­wet.

- Ugo­tuję obiad.

Ścią­gnął brwi.

- Ty?

Tak czę­sto zgrzy­ta­łam tu zę­bami, że po­win­nam je wszyst­kie po­ła­mać, za­nim to się skoń­czy.

- A co w tym ta­kiego nie­zwy­kłego? My­ślisz, że je­stem to­tal­nym nie­oga­rem? Że nie umiem uży­wać ku­chenki?

- Chyba nie chcesz usły­szeć od­po­wie­dzi na te py­ta­nia.

Tylko po­krę­ci­łam głową. Cu­dem nie rzu­ci­łam mu się do gar­dła.

- Jak to jest tak się cią­gle wy­mą­drzać? Nie nu­dzi ci się?

- Nie na­rze­kam.

Aż się pro­sił o po­li­czek. Tak mnie świerz­biła ręka, że mu­sia­łam ją scho­wać do kie­szeni, byle nie po­peł­nić błędu, który ow­szem, do­raź­nie dałby mi sa­tys­fak­cję, ale na dłuż­szą metę na pewno bym go po­ża­ło­wała.

- Po co nam pełna spi­żar­nia, je­śli nie mie­li­by­śmy go­to­wać? Przy­się­gam, że je­śli znowu mi wci­śniesz frytki, za­cznę krzy­czeć. - Dla więk­szego efektu po­de­szłam do śmiet­nika i wy­cią­gnę­łam z niego to­rebkę po dzi­siej­szym fast fo­odzie.

- Do­bra, do­bra, nie mu­sisz od razu tak krzy­czeć. - Uniósł ręce, ścią­ga­jąc brwi w gry­ma­sie nie­za­do­wo­le­nia, który był je­dy­nym za­stęp­ni­kiem tego wred­nego uśmieszku. - Słowo ho­noru, ty ni­gdy nie wiesz, kiedy się za­trzy­mać.

Tylko się ro­ze­śmia­łam.

- Po pierw­sze, ja się ni­gdy nie za­trzy­muję. Za­wsze mam coś do po­wie­dze­nia, więc je­śli nie chcesz tego słu­chać, mo­żesz so­bie za­tkać uszy albo iść w cho­lerę.

Po­dą­żył za mną do kuchni. Je­śli nie da mi spo­koju, na­prawdę będę po­trze­bo­wała ka­gańca. Po­otwie­ra­łam szafki, by przej­rzeć ich za­war­tość. Nie wiem, czego się spo­dzie­wa­łam, bo prze­cież nic się nie zmie­niło, to były te same pro­dukty, które już tyle razy oglą­da­łam.

- Hmmm... chyba mogę zro­bić spa­ghetti. - Po­nie­waż to było pro­ste i tak na­prawdę nie wie­dzia­łam za dużo o go­to­wa­niu. Spa­ghetti wy­da­wało mi się opcją naj­ła­twiej­szą i naj­bez­piecz­niej­szą.

- Na pewno so­bie po­ra­dzisz?

Tak trza­snę­łam drzwicz­kami szafki, że się wzdry­gnął. Dzięki temu po­wstrzy­ma­łam się od tego, żeby je po­now­nie otwo­rzyć i nimi trza­snąć.

- Czy kie­dy­kol­wiek na­obra­żasz się mnie do syta? Daj mi znać, pro­szę, czy osią­gniemy taki stan, bo nie mogę się do­cze­kać.

Tylko za­rżał i skrzy­żo­wał ra­miona na piersi. Na­wet gra­fi­towy T-shirt nie był w sta­nie ukryć tych jego mię­śni. Przez całe dnie nie by­łam w sta­nie za­po­mnieć ob­razu jego mu­sku­lar­nej klatki pier­sio­wej, a bar­dzo się sta­ra­łam. Nie mo­głam o nim my­śleć w ten spo­sób, do ni­czego nie było mi to po­trzebne. I tak sy­tu­acja była po­krę­cona. Poza tym, co bym zro­biła, gdyby on za­uwa­żył moje spoj­rze­nie i za­pro­po­no­wał, żeby coś z tym zro­bić? Na ra­zie się więc wzdry­gnę­łam, gdy prze­szedł na tyle bli­sko, że po­czu­łam za­pach jego wody po go­le­niu. Cho­ciaż wiem, że on nie chce mnie skrzyw­dzić, jego fi­zyczna bli­skość mnie pa­ra­li­żuje.

Tam­ten łaj­dak skrzyw­dził mnie też pod tym wzglę­dem - w po­bliżu męż­czyzn za­czy­nam się du­sić.

Ro­mero wy­jął z lo­dówki bu­telkę wody i ru­szył na we­randę.

- Mu­szę za­dzwo­nić - oznaj­mił.

Co prawda o nic nie py­ta­łam, ale przy­naj­mniej wie­dzia­łam, że mam te­raz chwilę wy­tchnie­nia. Kiedy by­li­śmy tak bli­sko sie­bie, czu­łam się cza­sem jak zwie­rzę w klatce. Zwłasz­cza że on mnie non stop ob­ser­wo­wał. Cze­kał, aż pęknę.

Oczy­wi­ście to także moja wina, że tu z nim wy­lą­do­wa­łam, i ta świa­do­mość tylko po­gar­szała sy­tu­ację. Już na­prawdę nie mia­łam do kogo pójść, gdy sy­tu­acja mnie prze­ro­sła i mu­sia­łam ko­muś po­wie­dzieć, że mój nie­do­szły teść mnie nęka. Nie chcia­łam iść do Ro­mera - naj­bar­dziej nie chcia­łam do niego - ale poza tatą tylko on był osobą, która była w sta­nie mi w ja­ki­kol­wiek spo­sób po­móc. Mia­łam na­dzieję, że cho­ciaż po­ra­dzi, co mam od­pi­sać, bo zda­wa­łam so­bie sprawę, że on do­sko­nale wie, co tata zro­bił Kri­stof­fowi.

Li­czy­łam na­wet tro­chę, że mi to zdra­dzi. Że da mi ja­kieś za­mknię­cie, po któ­rym prze­stanę wresz­cie zga­dy­wać, co się stało. Po­win­nam być mą­drzej­sza. Ro­mero był nie­do­stępny jak Fort Knox. Sta­ra­łam się, ile mo­głam, za­trzy­mać to dla sie­bie. Wszystko, co Kri­stoff mi zro­bił, te po­twor­no­ści, które po­wie­dział, to, jak się przez niego czu­łam. Słaba, bez­u­ży­teczna, głu­pia. Cią­gle nę­kał mnie wstyd, choć nie wie­dzia­łam z ja­kiego po­wodu. Nic zro­bi­łam nic złego. To Kri­stoff. To on mnie skrzyw­dził. To przez niego nikt się nie mógł do mnie zbli­żyć, nie wy­wo­łu­jąc u mnie ataku pa­niki.

Tak jak tam­tej nocy w ho­telu. Może to był głupi po­mysł ucie­kać z Bianką. By­łam wście­kła, że oj­ciec za mo­imi ple­cami za­pro­po­no­wał mał­żeń­stwo z tym fiu­tem Do­mi­ni­kiem Mor­ro­nim. Nie mó­wił tego po­waż­nie - tak póź­niej mnie za­pew­niał, a ja mu wie­rzy­łam, ale i tak prze­cież nie czu­łam się do­brze w roli pionka, na­wet je­śli tylko w ra­mach mi­sty­fi­ka­cji. Zra­niona i zde­ner­wo­wana, uzna­łam, że to do­bry pre­tekst do ucieczki. Nie by­łam po­tem z sie­bie dumna, ale w tam­tym mo­men­cie nie my­śla­łam ja­sno. By­łam w gor­szym sta­nie niż w tej chwili, a to wy­mowne po­rów­na­nie, je­śli wziąć pod uwagę, że te­raz nie mógł mnie do­tknąć ża­den męż­czy­zna.

Ale wtedy? Wtedy wy­my­śli­łam, że spró­buję ja­koś się prze­móc. Że ja­koś to z sie­bie wy­rzucę. Z per­spek­tywy czasu ła­two oce­niać i się za­sta­na­wiać, co ja mia­łam w gło­wie. Nie da się jak za do­tknię­ciem cza­ro­dziej­skiej różdżki wyjść z traumy po gwał­cie, na za­wo­ła­nie, choćby nie wia­domo jak się chciało. A ja chcia­łam.

Więc wtedy taki sce­na­riusz, że pójdę do po­koju z in­te­re­su­ją­cym fa­ce­tem po tym, jak za dużo wy­pi­łam w ba­rze, wy­da­wał mi się sen­sowny. Wręcz nie mo­głam się do­cze­kać jego re­ali­za­cji. Chcia­łam so­bie udo­wod­nić, że Kri­stoff mnie nie znisz­czył. Że cią­gle by­łam w sta­nie kon­tro­lo­wać moje ży­cie i moje ciało.

To złu­dze­nie pierz­chło, gdy tylko ten bie­dak, któ­rego imie­nia na­wet nie pa­mię­tam, do­łą­czył do mnie w sy­pialni i po­ło­żył na mnie rękę. Coś mi strze­liło w gło­wie. Za­czę­łam krzy­czeć, wrzesz­czeć, okła­dać go pię­ściami, aż wresz­cie uciekł. Zu­peł­nie mi­mo­wol­nie, po pro­stu na­prawdę stra­ci­łam pa­no­wa­nie nad sobą, ani tro­chę tego nie kon­tro­lo­wa­łam.

Tam­tej nocy wresz­cie po­wie­dzia­łam o tym ta­cie. Mu­sia­łam. I wie­dzia­łam, że praw­do­po­dob­nie pod­pi­suję wy­rok śmierci na Kri­stoffa, tylko że to nie miało dla mnie zna­cze­nia, bo roz­pa­da­łam się na ka­wałki i nie mia­łam gdzie się schro­nić. Nie by­łam w sta­nie uda­wać, że się trzy­mam, bo się nie trzy­ma­łam. Ta­kie ta­jem­nice zże­rają od środka. Nisz­czą cię ka­wa­łek po ka­wałku, aż już sam sie­bie nie po­zna­jesz, zwłasz­cza że tyle ener­gii wkła­dasz w ukry­wa­niu tej ta­jem­nicy.

A te­raz Jeff chciał wie­dzieć, co się stało z jego sy­nem. Ja nie mogę mu po­wie­dzieć, po­nie­waż nie wiem, wiem na­to­miast, że do­stał to, na co za­słu­żył.

Draż­niło mnie, że Ro­mero o tym wszyst­kim wie. Czu­łam się ob­na­żona. Zu­peł­nie jakby wie­dział, że je­stem słaba i ża­ło­sna, bo da­łam się tak skrzyw­dzić. Bo my­śla­łam, że jak się bar­dziej po­sta­ram, jesz­cze bar­dziej, wszystko bę­dzie do­brze. Mia­łam wra­że­nie, że ile­kroć na mnie pa­trzy, za­daje so­bie py­ta­nie, jak mo­głam być tak głu­pia. Pew­nie cho­dziło też o to, że by­łam córką swo­jego ojca. Przez całe ży­cie sta­ra­łam się być silna, sta­ra­łam się być taką córką, ja­kiej chciał, skoro nie miał syna. Bo na pewno wo­lałby syna. No ale w za­sa­dzie to miał syna, prawda? Od chwili gdy za­miesz­kał u nas Ro­mero.

Cze­ka­jąc, aż za­go­tuje się woda, da­lej zgrzy­ta­łam zę­bami. Ro­mero pew­nie roz­ma­wiał na ganku z moim tatą o ich wspól­nych ta­jem­ni­cach, do któ­rych ja ni­gdy nie by­łam do­pusz­czana. I wie­dzia­łam, co tata by po­wie­dział, gdyby usły­szał ode mnie słowo skargi. Nie chciał, że­bym miała coś wspól­nego z tym świa­tem. No i szok, że i tak zo­sta­łam do tego wcią­gnięta. Mógł mnie chro­nić tylko do pew­nego mo­mentu.

Go­to­wa­nie obiadu przy­naj­mniej za­pew­niło mi ja­kieś za­ję­cie. Może skoro tu by­li­śmy, po­win­nam do­sko­na­lić swoje umie­jęt­no­ści, do­wolne. Lep­sze to niż bez­czyn­ność. Mo­głam z tego wszyst­kiego wyjść z no­wymi za­so­bami. Mo­głam się na­wet na­uczyć piec. Cho­ciaż nie wie­dzia­łam, do­kąd by mnie to miało za­pro­wa­dzić. Tak samo jak nie wie­dzia­łam, do­kąd ma mnie za­pro­wa­dzić dy­plom z PR-u i mar­ke­tingu, skoro ob­lewa mnie zimny pot, gdy mam za­mie­nić choćby słowo z obcą osobą. To ta­kie ża­ło­sne i ta­kie nie­pa­su­jące do osoby, którą kie­dyś by­łam. Chcia­łam być nią znowu. Chcia­łam być ra­do­sna i bez­tro­ska. Tylko nie wie­dzia­łam, jak to zro­bić.

Z po­czątku igno­ro­wa­łam ci­chy śmiech Ro­mera... tylko że to nie był on. Śmiał się ktoś na ty­łach domu, nie na ganku. Poza tym kogo ja chcia­łam oszu­kać? Ro­mero się ni­gdy nie śmiał. Do­słow­nie ani razu nie wi­dzia­łam ani nie sły­sza­łam, żeby się śmiał, przez tych dzie­sięć lat, gdy nie od­stę­po­wał mo­jego ojca na krok.

Za­mar­łam, ciarki prze­szły mi po ple­cach, trzy­ma­łam pu­dełko z ma­ka­ro­nem nad go­tu­jącą się wodą, aż para opa­rzyła mi palce. Wzdry­gnę­łam się. Od­sta­wi­łam pu­dełko na blat drżącą ręką i usły­sza­łam skrzyp­nię­cie sta­rego, wy­schnię­tego drewna. Ktoś był przy tyl­nych drzwiach. Ktoś, kto się śmiał.

"Co, my­ślisz, że mo­żesz mnie wy­rzu­cić? My­ślisz, że to coś zmieni? Ale masz tu­pet, że ła­zisz jak dziwka, a po­tem uda­jesz, ze nie wiesz, co zro­bi­łaś. My­ślisz, że ja chcę, żeby cała Mar­sy­lia wie­działa, że moja dziew­czyna jest kurwą? Co? Jak ja te­raz wy­glą­dam, co?"

Skrzy­wi­łam się, cze­ka­jąc, aż drzwi otwo­rzą się gwał­tow­nie, tak jak ja otwo­rzy­łam drzwi tam­tej nocy. Sły­sza­łam szum wła­snej krwi. Każdy mię­sień mo­jego ciała na­piął się w go­to­wo­ści do ucieczki. Ale drzwi były za bli­sko, nie zdo­ła­ła­bym się wy­mknąć.

"Co mam ro­bić? Mu­szę go po­wstrzy­mać. Nie dam mu się skrzyw­dzić".

Prawą ręką się­gnę­łam do sto­jaka na noże. W ogóle nie my­śla­łam, nie by­łam w sta­nie funk­cjo­no­wać z tym ca­łym krzy­kiem w gło­wie. Moje palce za­mknęły się na rę­ko­je­ści i wy­cią­gnę­łam nóż ze sto­jaka.

Sły­sząc gło­śne pu­ka­nie do drzwi, za­ci­snę­łam chwyt i unio­słam nóż. Wi­dzia­łam tylko te drzwi, ciemne i za­ma­zane. I czu­bek głowy męż­czy­zny - krót­kie ciemne włosy.

"Wy­tnę mu serce z piersi".

Na­gle ja­kaś ręka chwy­ciła mnie za nad­gar­stek. Krzyk­nę­łam, prze­ra­żona, i za­raz druga ręka stłu­miła ten krzyk, za­sła­nia­jąc mi usta.

- Ta­tum. Spójrz na mnie.

Z po­czątku mia­łam wra­że­nie, że stra­ci­łam wzrok. Nie wi­dzia­łam go. Był tylko ciemną plamą przy­ci­ska­jącą mnie do blatu. Ręka jak ze stali wbi­jała mi się w po­liczki, a druga trzy­mała mnie za nad­gar­stek z taką siłą, jakby chciał po­ła­mać mi ko­ści.

- Ta­tum. Nie po­trze­bu­jesz tego. - Ro­mero ode­rwał moje palce od rę­ko­je­ści. - Pa­mię­taj, je­steś bez­pieczna. Nikt cię nie skrzyw­dzi. Od­dy­chaj, od­dy­chaj, pro­szę. Po­woli.

Ro­mero... To był Ro­mero. To on pach­niał tak nie­wia­ry­god­nie, jego do­tyk był tak cie­pły, nie­mal czuły. Do­ty­kał mnie, a ja nie wa­rio­wa­łam... wręcz czu­łam się le­piej. Serce mi już nie wa­liło jak osza­lałe. Ode­rwał dłoń od mo­ich ust.

- Ktoś jest przy drzwiach - wy­szep­ta­łam.

Męż­czy­zna po dru­giej stro­nie jakby mnie usły­szał i znowu za­pu­kał.

- Halo, otwie­rać! Tu jest ku­rew­sko zimno!

Na chwilę przy­mknął oczy.

- To tylko moi dawni kum­ple. Ni­komu nie zro­bią krzywdy.

- Ro­mero! - za­wo­łał drugi głos. - Gdzie je­steś?

- Dwaj kum­ple z daw­nych cza­sów - do­dał Ro­mero, po czym wes­tchnął i pod­niósł głos: - Daj­cie mi chwilę, dupki. - Zna­czący śmiech po dru­giej stro­nie zdra­dził, że kum­ple nie po­czuli się ura­żeni.

- To ty masz kum­pli?

Prze­chy­lił głowę.

- Chyba ci le­piej, skoro znowu szy­dzisz. A te­raz po­słu­chaj. - Zmru­żył nie­bie­skie oczy. - Nie roz­ma­wiamy o mo­jej pracy, ja­sne? Ani słowa. Na­wet nie chcę, żeby znali twoje na­zwi­sko.

- Ale mó­wisz, że to twoi kum­ple. Jak kum­ple mogą nie wie­dzieć, na czym po­lega twoja praca?

- Kum­ple to po­jemne słowo. Nie wi­dzia­łem ich od dzie­się­ciu lat. Nie mam po­ję­cia, kim te­raz są. - Zer­k­nął na drzwi, gdy tamci znowu wo­łali: żar­to­wali, drwili i chyba byli tro­chę pi­jani.

Wiele się może zmie­nić w ciągu dzie­się­ciu lat. Po­nury chło­piec, który po­ja­wił się w na­szym domu, wy­rósł na ta­jem­ni­czego męż­czy­znę, po­dejrz­li­wego, nie­ufa­ją­cego ni­komu. Męż­czy­znę, który pach­niał skórą, kawą i czymś jesz­cze, co bu­dziło we mnie zde­cy­do­wa­nie nie­wska­zane emo­cje. Ro­biło mi się go­rąco, w środku mi coś trze­po­tało i chcia­ła­bym, żeby mnie znowu do­tknął, bo od jego do­tyku przy­spie­szał mi od­dech, ale już nie ze stra­chu.

- Choć ten je­den raz za­mknij bu­zię - ostrzegł mnie. - I przez parę mi­nut po­sta­raj się nie być roz­pusz­czoną có­reczką.

Jak za do­tknię­ciem cza­ro­dziej­skiej różdżki w środku zro­biło mi się zimno. Wierz­chem dłoni otar­łam usta, jak­bym chciała ze­trzeć ślad jego do­tyku.

- Z roz­ko­szą spy­tam two­ich kum­pli, czy za­wsze by­leś ta­kim bez­dusz­nym gnoj­kiem.

Jak przy­stało na bez­dusz­nego gnojka, ro­ze­śmiał się i pod­szedł do drzwi. Otwo­rzył je, a do środka wpa­dło dwóch fa­ce­tów w jego wieku. W za­sa­dzie wto­czyli się do kuchni jak dwa wiel­kie głup­ko­wate psy, ob­jęli Ro­mera szybko i za­raz za­częli go bok­so­wać po ra­mio­nach i trą­cać.

"Ty­powi męż­czyźni. Nie wie­dzą, co zro­bić ze swo­imi uczu­ciami, więc będą się tłu­kli".

Za­rzu­cili go py­ta­niami - gdzie się po­dzie­wał, kiedy wró­cił, dla­czego się nie ode­zwał.

- Usły­sze­li­śmy, że dzi­siaj się krę­ci­łeś po uli­cach - po­wie­dział wyż­szy. To jego wi­dzia­łam za szybą, drugi miał ja­sne włosy do szyi. - Nie wie­rzy­łem. My­śla­łem, że ktoś cię prze­go­nił z łez pa­dołu już lata temu.

- Albo że się da­łeś za­mknąć. - Blon­dyn za­chi­cho­tał, trą­ca­jąc Ro­mera łok­ciem. Po­li­czek prze­ci­nała mu bli­zna, ale chyba nie po tym, jak za­ciął się przy go­le­niu.

Do­piero te­raz za­uwa­żyli mnie przy ku­chence i od razu za­mil­kli.

- Ups...

Ciem­no­włosy stęk­nął, a blon­dyn od­chrząk­nął.

Ro­mero wy­raź­nie był w roz­terce, a ja go chyba pierw­szy raz w ży­ciu wi­dzia­łam w ta­kim sta­nie. Po­do­bało mi się to. Był pra­wie... ludzki.

- Ta­tum, to jest Dex. - Blon­dyn na po­wi­ta­nie ski­nął głową. - A to Au­stin. - Bru­net kiw­nął ręką.

- Mia­łam się za­brać za obiad - po­wie­dzia­łam i ża­den po­si­łek na świe­cie nie sma­ko­wałby mi te­raz roz­kosz­niej niż skrę­po­wa­nie, które w tym mo­men­cie do­strze­głam na twa­rzy Ro­mera. Nie miało na­wet zna­cze­nia, że to są obcy męż­czyźni i nie wiem, czego się po nich spo­dzie­wać, bo on by ich po­wa­lił ma­łym pal­cem. - Mogę zro­bić wię­cej, je­śli zo­sta­nie­cie.

Ich oczy za­lśniły, a tę­czówki Ro­mera dla od­miany po­ciem­niały. Gdy tylko jego zimne spoj­rze­nie pa­dło na mnie, po­czu­łam, że robi mi się go­rąco. Co on so­bie my­ślał?! Za kogo on się uwa­żał?! Je­śli są­dził, że prze­ga­pię oka­zję, by po­znać jego brudne se­kre­ciki, to się grubo my­lił.

Ro­mero

Pa­nie, daj mi siłę, bo ją za­biję. Dla­czego ona mu­siała taka być? W ta­kich chwi­lach ża­ło­wa­łem, że jej oj­ciec jest tym, kim jest. Może bym się ja­koś wy­krę­cił, zo­sta­wia­jąc ją na pa­stwę losu i umy­wa­jąc ręce od tego wszyst­kiego. Co mi w ogóle przy­szło do głowy? Mało, że mu­szę się z nią uże­rać, to te­raz jesz­cze ode­zwała się prze­szłość. Ode­zwała się gło­śnym re­cho­tem.

- Ja bym zjadł. - Dex wy­mie­nił spoj­rze­nie z Au­sti­nem, a tam­ten z za­pa­łem kiw­nął głową. Przy­naj­mniej jedno się nie zmie­niło: obaj nie od­pu­ści­liby ta­kiej oka­zji jak dar­mowa szama. Cho­ciaż kie­dyś wy­ni­kało to ra­czej z faktu, że w domu nie mo­gli li­czyć na po­si­łek. W ogóle nie bar­dzo mo­gli na co­kol­wiek li­czyć, je­śli cho­dzi o dom. To łą­czyło nas wszyst­kich.

A ile te­raz nas łą­czyło? Nie mia­łem chyba na­stroju, żeby to spraw­dzać. To pew­nie źle o mnie świad­czyło, ale ni­gdy nie twier­dzi­łem, że je­stem miłą osobą. Dużo wody w rzece upły­nęło, od­kąd wy­sze­dłem z domu po raz ostatni, w każ­dym ra­zie tak za­kła­da­łem. Oni o wielu spra­wach nie mogą wie­dzieć, a do tego mam na gło­wie jesz­cze tego nie­prze­wi­dy­wal­nego, roz­pusz­czo­nego ba­chora. Czy nie po­winna się ich bać? A oto za­pra­szała ich na obiad.

Uświa­do­mi­łem so­bie, że obaj pa­trzą na mnie py­ta­jąco. Chyba cze­kali na moje po­zwo­le­nie.

- Jak chce­cie do­łą­czyć, to śmiało. - Wzru­szy­łem ra­mio­nami.

Dex uśmiech­nął się pod no­sem, klep­nął mnie w ra­mię spę­kaną dło­nią, która spra­wiała wra­że­nie spra­co­wa­nej.

- Kurde, nie bądź taki ser­deczny i go­ścinny, bo za­raz się po­pła­czę.

Au­stin tym­cza­sem ki­wał głową, tak­su­jąc mnie prze­ni­kli­wym spoj­rze­niem sta­lo­wo­sza­rych oczu, które moja mama na­zy­wała udrę­czo­nymi. W dzie­ciń­stwie wi­dział rze­czy, któ­rych żadne dziecko nie po­winno oglą­dać, gdy w tym mia­steczku działo się naj­go­rzej, a jego mama ro­biła, co trzeba, by so­bie po­ra­dzić.

- Do­brze wy­glą­dasz. O wiele, wiele le­piej, niż­bym się spo­dzie­wał po tylu la­tach...

- Masz dużo czasu na cię­żary, co? - Dex na­piął bi­ceps, pa­trząc na mo­jego ra­mię. - Kurde, mu­szę so­bie zro­bić ta­kie tre­ningi jak ty.

- Nie wiem, o czym mó­wi­cie. Świet­nie wy­glą­da­cie. - Na pewno le­piej niż tamte mi­zerne dzie­ciaki sprzed lat. Ich dżinsy i cięż­kie buty wi­działy już lep­sze czasy, ale były w nie­złym sta­nie.

Na­gle zda­łem so­bie sprawę, że oce­niam ich jak wszyst­kich nowo przy­by­łych. Cóż, skrzy­wie­nie za­wo­dowe.

Ta­tum za­śmiała się drwiąco, mie­sza­jąc ma­ka­ron.

- Daj­cie spo­kój, on i tak jest już próżny.

- Chło­paki, na pewno chce­cie zo­stać na obie­dzie? - Po­sta­no­wi­łem się od­gryźć. - Wiem, że to tylko kwe­stia ugo­to­wa­nia ma­ka­ronu i pod­grza­nia sosu, ale no... na wa­szą od­po­wie­dzial­ność.

Czu­łem, jak jej wście­kły wzrok wy­pala dziurę w mo­jej gło­wie, gdy od­bie­ra­łem od go­ści ocie­plane dżin­sowe kurtki. Chciała być zło­śliwą gno­jówą? Pro­szę bar­dzo, ale ani my­śla­łem dać się okła­dać tylko dla­tego, że mamy to­wa­rzy­stwo.

- No ale na se­rio, gdzieś ty się po­dzie­wał? Bo prze­pa­dłeś jak ka­mień w wodę.

Dex usiadł okra­kiem na krze­śle przy okrą­głym stole, opie­ra­jąc ra­miona na opar­ciu. Na­prawdę by­li­śmy ró­wie­śni­kami? Czy ja może wy­glą­da­łem dzie­sięć lat sta­rzej, niż mi się zda­wało? Róż­nica po­mię­dzy twa­rzą, którą wi­dzia­łem co­dzien­nie w lu­strze, a tą, która te­raz na mnie pa­trzyła, była po­wa­la­jąca. Lampa nad sto­łem oświe­tlała ostre kąty za­pad­nię­tych po­licz­ków, wo­kół oczu mój dawny kum­pel miał smutne zmarszczki, które się nie wy­gła­dzały, gdy się uśmie­chał. Za­kła­da­łem, że pra­cuje na świe­żym po­wie­trzu, na wie­trze i słońcu. Ja w po­rów­na­niu z nimi mia­łem słod­kie ży­cie.

Szy­ku­jąc się do tej po­droży, przy­go­to­wa­łem się na wiele, ale nie na to. Na­iw­nie za­kła­da­łem, że w ogóle po tylu la­tach ni­kogo tu nie bę­dzie albo że nikt mnie nie bę­dzie pa­mię­tał. Że nie będę mu­siał so­bie uświa­da­miać, jak bar­dzo ich ży­cie róż­niło się od mo­jego ani jak bym skoń­czył, gdy­bym nie wy­je­chał.

Nie od­po­wie­dzia­łem, tylko ru­chem kciuka wska­za­łem lo­dówkę za swo­imi ple­cami.

- Coś do pi­cia? Mam piwo.

- Ja po­pro­szę. - Au­stin usiadł na krze­śle, spla­ta­jąc ra­miona na piersi. Ewi­dent­nie nie zwol­nił z im­pre­zo­wa­niem, z któ­rego kie­dyś sły­nął - przede wszyst­kim miał obrzęk­niętą twarz pi­jaka. I są­dząc po bliź­nie prze­ci­na­ją­cej mu po­li­czek, nie­obce mu były bójki z no­żem. Naj­wy­raź­niej każdy z nas miał za sobą skom­pli­ko­wane ży­cie. Za­wsze czu­łem wielką wdzięcz­ność dla Cal­luma za wszystko, co dla mnie zro­bił, ale od­kąd ci dwaj prze­kro­czyli próg tego domu, ta wdzięcz­ność uro­sła nie­wy­obra­żal­nie.

- Po­sze­dłem do pracy - wy­ja­śni­łem z głową w lo­dówce. - Coś w ro­dzaju stażu.

Gdy od­wró­ci­łem się do nich z pi­wem w ręce, na­wet mnie nie za­sko­czył wy­raz ich twa­rzy pe­łen zmie­sza­nia i nie­do­wie­rza­nia.

- Stażu? - spy­tał Dex. - A od kiedy to ty się sta­ra­łeś o ja­kiś staż?

Przy­naj­mniej Ta­tum się nie od­zy­wała, bo szu­ka­nie pa­telni tak ją za­ab­sor­bo­wało, że nie mo­gła do­rzu­cić swo­ich paru gro­szy.

- Nie znam szcze­gó­łów i nie py­ta­łem. Moja mama to za­ła­twiła.

- A, tak, mama za­wsze chciała, że­byś wy­je­chał z tej dziury.

Bez­ce­re­mo­nialna uwaga Au­stina do­pro­wa­dziła mnie do szału. Wie­dzia­łem, że Ta­tum słu­cha, a wo­lał­bym, żeby nie wie­działa rze­czy, któ­rych nie musi wie­dzieć.

- A co u was? - zmie­ni­łem te­mat. Wszystko, by­leby mnie nie wy­py­ty­wali o szcze­góły.

- Stara bieda. - Dex nie dał rady za­cho­wać po­wagi, wy­buch­nął śmie­chem i bu­telką wzniósł to­ast. - Wi­taj w domu. Tę­sk­ni­li­śmy za tobą.

- Wró­ci­łeś na do­bre? - spy­tał Au­stin, za­nim po­cią­gnął wielki łyk z bu­telki.

Ogra­ni­czy­łem się do wzru­sze­nia ra­mio­nami.

- A co wy ro­bi­cie? Py­tam o pracę.

Dex na­piął znisz­czoną dłoń.

- Pra­cu­jemy na bu­do­wie. Ostat­nio jest nie­źle, tak od paru lat. Bu­duje się dużo, a dużo się też re­mon­tuje.

Cho­lera. Na­wet Ta­tum obej­rzała się i wy­mie­niła ze mną po­ro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nie. Wie­działa, co my­ślę. Jej oj­ciec nie­świa­do­mie za­ła­twił pracę moim daw­nym kum­plom. Cie­kawe, co by po­wie­dzieli, gdy­bym im to zdra­dził.

- Sam za­uwa­ży­łem, że wiele tu się zmie­niło na lep­sze - mruk­ną­łem pod no­sem, znowu na nią zer­ka­jąc. "Nie od­zy­waj się". To byli w su­mie obcy lu­dzie i nie mu­sieli wie­dzieć, jak po­to­czyły się moje losy. Mie­liby za dużo py­tań, a ja nie mógł­bym na nie od­po­wie­dzieć.

- O tak, a szy­kuje się jesz­cze wię­cej. Za­kła­damy, że mamy za­pew­nioną ro­botę co naj­mniej na kilka lat.

- Prze­pra­szam, że mu­szę wam prze­rwać. - Ta­tum z drew­nianą łyżką w dłoni od­wró­ciła się od ku­chenki. - Czy mogę po­pro­sić o po­moc przy na­kry­wa­niu stołu?

Zro­zu­mia­łem, że to pre­tekst.

- Ja­sne. - A kiedy sta­ną­łem przy niej, by się­gnąć do szafki, szep­ną­łem: - Ani słowa.

- Nic nie za­mie­rza­łam mó­wić, boże drogi - syk­nęła i gło­śniej do­dała: - Pa­no­wie, zje­cie sa­łatkę? Mamy tro­chę wa­rzyw w lo­dówce.

Pro­szę, pro­szę, jaka go­spo­sia. Gdyby nie ro­biła tego, żeby mnie wku­rzyć, uznał­bym, że robi po­stępy.

Jak się oka­zało, sa­łata, która le­żała w lo­dówce od na­szego przy­jazdu, nie nada­wała się już do je­dze­nia.

- Mu­simy po­je­chać do sklepu - po­wie­dzia­łem z wes­tchnie­niem. - Wy­bacz­cie, chło­paki.

- A daj spo­kój. Ja i tak nie cier­pię wa­rzyw, tylko nie chcia­łem być nie­grzeczny.

Ta­tum uśmiech­nęła się przez ra­mię do Au­stina, on też się uśmiech­nął, a po­tem da­lej się w nią wpa­try­wał, kiedy już od­wró­ciła się znowu do ku­chenki.

Z da­leka można się było zo­rien­to­wać, dla­czego tak pa­trzy. Ci­śnie­nie mi się pod­nio­sło.

- Nie wi­dzę ob­rą­czek. - Za­uwa­ży­łem, roz­sta­wia­jąc ta­le­rze. Czas było po­zbie­rać in­for­ma­cje, je­śli ci dwaj za­mie­rzali sie­dzieć tu i ga­pić się na ty­łek Ta­tum przez cały wie­czór.

Dex, za­nim od­po­wie­dział, za­krztu­sił się pi­wem.

- Ob­rą­czek? No tak... Na­oglą­da­łem się wspa­nia­łego mał­żeń­stwa w dzie­ciń­stwie.

- A u cie­bie też nie wi­dać. - Au­stin ru­chem głowy wska­zał na Ta­tum i spoj­rzał na mnie py­ta­jąco.

Ścią­gną­łem brwi i za­re­cho­ta­łem, ale za­raz tego po­ża­ło­wa­łem, bo jego oczy się roz­ja­śniły, jak­bym mu dał zie­lone świa­tło. Cho­lera. To ostat­nia ko­bieta, z którą bym go wi­dział.

- Nie mam na to czasu - wy­ja­śni­łem, no i taka była prawda. Nie mia­łem czasu w su­mie na nic oprócz pracy dla Cal­luma. I za­wsze tak było. Nie umiał­bym pew­nie tego wy­ja­śnić, na­wet gdy­bym chciał, więc za­mil­kłem. Ta­tum od­ce­dzała ma­ka­ron. Nie ufa­łem jej umie­jęt­no­ściom, ale naj­wy­raź­niej ja­koś ogar­niała sy­tu­ację i wy­glą­dało na to, że się nie po­pa­rzy.

- Więc przy­jaź­ni­li­ście się w dzie­ciń­stwie, tak? - spy­tała.

Au­stin ku mo­jemu zdu­mie­niu skrzy­wił się nie­za­do­wo­lony.

- Nie na tyle bli­sko, żeby nas uprze­dzono, że ten tu wy­jeż­dża - od­parł.

- Nie wie­dzia­łam, że to się stało tak na­gle - za­żar­to­wała.

Aż mnie ogłu­szyło, taka fala wście­kło­ści mnie za­lała. No nie mo­gła od­pu­ścić, nie i ko­niec. Mu­siała wy­cią­gać in­for­ma­cje.

- Wszystko wy­da­rzyło się szybko - wy­ja­śni­łem.

Dex już otwo­rzył usta, żeby rzu­cić ja­kąś prze­mą­drzałą uwagę, ale we mnie coś pę­kło. On za­milkł i po­pra­wił się na krze­śle. Zro­zu­mia­łem, że wy­raz mo­jej twa­rzy prze­ko­nał go, że le­piej się za­mknąć.

- Dzi­siaj skrom­nie. - Ta­tum po­sta­wiła misę z ma­ka­ro­nem na stole, a obok mniej­szą mi­seczkę z resztą sosu. - Może na na­stępny raz upichcę coś faj­niej­szego.

"Na­stępny raz"? Ona się chyba za­parła, żeby znisz­czyć resztki mo­jej cier­pli­wo­ści. Z tru­dem się po­wstrzy­ma­łem, żeby ją zgro­mić wzro­kiem, gdy sia­da­li­śmy do stołu.

Mu­sia­łem pil­no­wać, żeby roz­mowa nie ze­szła na mój te­mat. Dla­czego wy­je­cha­łem tak na­gle - na pewno nie po­win­ni­śmy tego oma­wiać.

- Dużo lu­dzi tu jesz­cze mieszka? Z tych, któ­rych zna­łem.

- A pew­nie, pra­wie wszy­scy, no oprócz tych, któ­rych... chwi­lowo nie ma. - Au­stin zer­k­nął lę­kli­wie na Ta­tum.

Ona tego nie za­uwa­żyła, za­jęta na­kła­da­niem spa­ghetti.

- Chwi­lowo? - spy­tała.

- My­ślę, że cho­dzi mu o od­siadkę, w wię­zie­niu - burk­ną­łem, bio­rąc od niej ta­lerz. Z przy­zwy­cza­je­nia po­da­łem go da­lej, za­miast po­sta­wić przed sobą. I na­wet nie za­uwa­ży­łem, co ro­bię. "Pra­co­wa­łeś, żeby za­pła­cić za to je­dze­nie? Jak nie, to za­cze­kaj, aż do­staną po­si­łek ci, co pra­co­wali". Po­mimo tylu lat sta­rań cią­gle sły­sza­łem w gło­wie ten głos. Mi­mo­wol­nie się za­sta­no­wi­łem, ile gówna jesz­cze trzy­mam pod czaszką, na­wet o tym nie wie­dząc.

Po­liczki Ta­tum zmie­niły ko­lor na za­dzi­wia­jąco po­dobny do sosu, który wła­śnie na­kła­dała.

- Och, prze­pra­szam. Głu­pia je­stem.

- Nie ma sprawy. A ty, Ta­tum, czym się zaj­mu­jesz? - Au­stin uśmie­chał się do niej, za­miast chwy­cić wi­de­lec i za­brać się do je­dze­nia. Pa­mię­ta­łem, że kie­dyś był bar­dzo cza­ru­jący, nie mógł się opę­dzić od dziew­czyn.

Czy ja kie­dyś by­łem taki młody, że się tym przej­mo­wa­łem?

"Kogo chcesz oszu­kać? Prze­cież te­raz się przej­mu­jesz".

Ale urok oso­bi­sty nie za­dzia­łał, bo jego py­ta­nie przy­wo­łało to, co ona tak strasz­nie chciała za­po­mnieć. Świa­tło w jej oczach zga­sło.

- W maju skoń­czy­łam col­lege. - Spu­ściła wzrok na ta­lerz i tylko grze­bała w je­dze­niu wi­del­cem. - Szu­kam pracy.

- Ja­kiej pracy do­kład­nie?

- W PR czy coś ta­kiego. - Prze­łknęła ślinę, a w mo­jej gło­wie po­ja­wiły się świa­tła ostrze­gaw­cze.

- No tu to chyba nie ma za dużo ta­kich ofert - pod­su­ną­łem. - Ale ni­gdy nie wia­domo. Dużo sta­no­wisk wy­maga pracy zdal­nej.

- A co tu w ogóle po­ra­biasz? - spy­tał Dex. Nie­winne py­ta­nia, nor­malne py­ta­nia za­da­wane ob­cej oso­bie, je­śli się sta­rasz ga­wę­dzić przy obie­dzie. Py­ta­nia, na które Ta­tum nie mo­gła od­po­wie­dzieć.

Trą­ci­łem ją, żeby zwró­cić na sie­bie jej uwagę.

- Mu­szę po­wie­dzieć, że to fak­tycz­nie nie­złe.

Po­skut­ko­wało, pę­kła bańka na­pię­cia, która się za­czy­nała wo­kół niej two­rzyć.

- Bo umiem ugo­to­wać ma­ka­ron - burk­nęła.

- Ale mo­głaś go nie do­go­to­wać albo prze­go­to­wać. Brawo.

- Ja­kim cu­dem wy­ście się z nim w ogóle kum­plo­wali? - spy­tała na­szych go­ści, a oni ryk­nęli śmie­chem i reszta skrę­po­wa­nia znik­nęła.

Chciał­bym się nie czuć, jak­bym stą­pał po polu mi­no­wym. Chciał­bym się od­prę­żyć i cie­szyć to­wa­rzy­stwem lu­dzi, któ­rzy kie­dyś byli mi bli­scy. Swego czasu mia­łem tylko ich, gdy mama była albo zbyt przy­gnę­biona czy chora, tak że przy­po­mi­nała du­cha, tak że mu­sia­łem jej przy­po­mi­nać, żeby wstała z ka­napy i umyła włosy. A prze­cież wie­dzia­łem, że to nie jej wina.

Byli moim azy­lem, a ża­den nie miał le­piej niż ja. Mo­gli­śmy li­czyć na sie­bie na­wza­jem. A jed­nak tak ła­two o nich za­po­mnia­łem, co?

- Prze­pra­szam was. - Od­su­nęła krze­sło i wstała od stołu. - Za chwilkę wrócę. - Dało się sły­szeć jej kroki na skrzy­pią­cych scho­dach i za­raz za­mknęły się drzwi ła­zienki.

Dał­bym się po­kroić, że oni tylko cze­kali na taką oka­zję.

- Opo­wia­daj - po­pro­sił Au­stin, na­chy­la­jąc się.

- Dup­czysz ją? - szep­nął Dex.

- O boże drogi.

Prze­wró­cił oczami.

- Wy­bacz. Naj­wy­raź­niej od tego stażu, na który wy­je­cha­łeś, słowo "dup­czyć" zro­biło się za brzyd­kie. Prze­pra­szam.

- To nie jest ta­kie pro­ste.

Ga­pili się na mnie, jakby cze­kali na ciąg dal­szy, a ja wes­tchną­łem ciężko.

- Nie mogę za bar­dzo mó­wić o swo­jej pracy i gdzie ostat­nio miesz­ka­łem. Nie chcę wyjść na dupka, na­prawdę cie­szę się ze spo­tka­nia, na­wet je­śli tego po mnie nie wi­dać.

Jesz­cze jedno, co się w nich nie zmie­niło, to że szybko za­po­mi­nali urazy. Dex do­pił piwo i spy­tał:

- A na ile zo­sta­jesz, jak są­dzisz? Wal śmiało. Wiesz, mnó­stwo lu­dzi chcia­łoby się na pewno z tobą spo­tkać, po­sie­dzieć.

Je­zu­sie. Tego mi tylko bra­ko­wało.

- Nie je­stem pe­wien. - Nic wię­cej nie zdą­ży­łem po­wie­dzieć, bo usły­sze­li­śmy Ta­tum na scho­dach.

Gdy wró­ciła do stołu, od razu za­uwa­ży­łem wil­gotne włosy na jej skro­niach. Mu­siała opłu­kać twarz. Pew­nie żeby się po­zbie­rać. Ona też nie po­trze­bo­wała ta­kich im­prez.

Albo tak so­bie wma­wia­łem, bo po chwili od­chrząk­nęła.

- A wie­cie o ja­kiejś pracy w oko­licy? - spy­tała. - Ja­kiej­kol­wiek. Mu­szę zna­leźć ja­kieś za­ję­cie.

- Je­steś pewna? - W du­pie mia­łem, że dawni kum­ple pa­trzyli na mnie zba­ra­niali. Chyba jej ro­zum od­jęło, skoro my­ślała, że w ten spo­sób uciek­nie ode mnie albo od ojca.

Jej pro­mienny uśmiech zdra­dził mi wszystko, o nic nie mu­sia­łem py­tać - chciała mi do­ku­czyć.

- Ow­szem, je­stem pewna. Mo­gła­bym coś po­ro­bić, za­nim znajdę stałą pracę.

- Na głów­nej ulicy wi­dzia­łem kilka kar­tek "Szu­kamy pra­cow­nika" - pod­su­nął Au­stin. - I jak chcesz, mo­żemy cię tam za­brać i przed­sta­wić.

No nie wąt­pi­łem, że chęt­nie to zrobi. Taki po­mocny i życz­liwy, i nie miało to nic wspól­nego z tym, jak się na nią ga­pił.

- Ja ją opro­wa­dzę - po­wie­dzia­łem.

- A je­śli nikt cię tu­taj nie pa­mięta? - spy­tała. - Też je­steś dla miej­sco­wych obcy.

"W co ona gra?"

- Chciał­bym na nowo po­znać mia­steczko, lu­dzi. - Nie wie­dzia­łem, czy jest na świe­cie coś, na co miał­bym mniej­szą ochotę, ale nie bę­dzie się sama roz­bi­jać po oko­licy. I nie tylko dla­tego, że przede wszyst­kim jej oj­ciec by mnie za­bił, za­nim by do­szło do ja­kiej­kol­wiek na­pa­ści.

Kiedy nasi go­ście za­częli wsta­wać od stołu, po­czu­łem ulgę wręcz nie­wy­obra­żalną.

- My je­ste­śmy w su­mie umó­wieni z pa­roma kum­plami u O'Ne­ala, chce­cie iść? I dzi­siaj my sta­wiamy. - Au­stin pu­ścił oko do Ta­tum. - Da­mie też.

No, przy­naj­mniej te­raz wy­ka­zała się zdro­wym roz­sąd­kiem.

- Nie je­stem pewna - od­parła - może na­stęp­nym ra­zem. - Wstała, po­zbie­rała na­kry­cia i wsta­wiła je do zlewu.

- Ja tak samo. - Wzru­szy­łem ra­mio­nami. - Mam ro­botę, któ­rej już nie mogę od­kła­dać. - Wi­dzia­łem, że cze­kają na do­kład­niej­sze wy­ja­śnie­nia, ale trudno. Cho­lera. Już so­bie wy­obra­ża­łem te roz­mowy w pu­bie po tym, jak by­łem taki ta­jem­ni­czy.

Tyle do­brego, że po pro­stu wzru­szyli ra­mio­nami i się­gnęli po kurtki przy drzwiach.

- Do zo­ba­cze­nia. I dzięki za obiad.

Ta­tum kiw­nęła każ­demu po ko­lei, uśmiech­nięta, a ja otwo­rzy­łem im drzwi.

- Mogę was o coś pro­sić? - do­rzu­ci­łem, gdy już sta­li­śmy na progu. - Nie rób­cie dużo szumu z mo­jego po­wrotu. Nie bar­dzo chcę o tym trą­bić.

- Jak so­bie ży­czysz, bra­chu. - Za­śmiali się zgod­nie, po­krę­cili gło­wami i ru­szyli do ogro­dze­nia. Prze­sko­czyli je tak samo jak przed laty. Nie zmie­nili się za bar­dzo, ale też ni­gdy stąd nie wy­je­chali. Nie mieli po­wodu, żeby się zmie­niać.

Za­mkną­łem drzwi i od­wró­ci­łem się do Ta­tum. Z ulgą, że już nie mu­sia­łem ni­czego uda­wać.

- Co to miało być, do cho­lery? Na­gle masz chęć pa­ko­wać za­kupy w skle­pie? Czy za­mia­tać włosy u fry­zjera?

- Te­raz się mówi "u sty­li­sty fry­zur".

- Może tam, gdzie ty się wy­cho­wa­łaś, księż­niczko, bo na pewno nie tu­taj. Chęt­nie bym się do­wie­dział, co ci strze­liło do łba, jak ga­da­łaś ta­kie rze­czy.

Tak mocno ude­rzyła dłońmi o kra­wędź zlewu, że mu­siało ją za­bo­leć, ale nie oka­zała tego.

- A może to do two­jej głowy przy­da­łoby się strze­lić?

- Nie chcesz ta­kiej ro­boty i oboje do­sko­nale o tym wiemy.

Od­wró­ciła się do mnie, śmie­jąc się drwiąco.

- A co to ma zna­czyć, do cho­lery ja­snej?

- Daj spo­kój. Spójrzmy praw­dzie w oczy. Jak tylko oni za­pu­kali do drzwi, by­łaś go­towa po­chla­stać ich no­żem. Sama wiesz, że to nie jest nor­malne.

Od­wró­ciła się znowu do zlewu i mocno, obu­rącz chwy­ciła jego kra­wędź.

- Nie mów mi, co mam ro­bić ani co mam czuć.

- Ktoś musi. Je­śli ty nie za­mie­rzasz so­bie po­móc, trudno. Ale ja nie będę bez­czyn­nie pa­trzył, jak po­peł­niasz błędy.

- Od­kąd to szu­ka­nie pracy na­zy­wasz błę­dem?

- Ro­bisz to tylko po to, żeby mnie wy­ku­rzyć, i to jest błąd.

- Och, do­prawdy? No to do­brze, że mi to mó­wisz, bo nie mia­łam po­ję­cia. Wy­da­wało mi się, że po pro­stu chcę się do cze­goś przy­dać.

- Przy­daj się so­bie przede wszyst­kim. Nie mogę przez resztę ży­cia spraw­dzać, czy nie bra­kuje któ­re­goś z noży.

- Wy­świadcz mi przy­sługę i prze­stań uda­wać, że ob­cho­dzi cię moje zdro­wie, w ja­kim­kol­wiek za­kre­sie. Do­sko­nale oboje wiemy, że ska­czesz, jak ci mój oj­ciec za­gra.

Czemu mnie to tak za­bo­lało? Nie po­winno. Ot, po­wie­działa coś wku­rzona, prze­ra­żona, roz­pusz­czona có­reczka, coś dla mnie bez zna­cze­nia. A jed­nak te słowa bo­lały, draż­niły jak plum­ka­nie wody z ciek­ną­cego kranu. Był to te­raz je­dyny dźwięk w tej kuchni, poza tym że dy­sze­li­śmy ciężko. I tak sta­li­śmy całą wiecz­ność.

Na tyle długo, że so­bie wy­obra­zi­łem, że od­pusz­czam. Nie po­trze­bo­wa­łem tego. Mia­łem dość oszczęd­no­ści, żeby za­cząć nowe ży­cie w do­wol­nym miej­scu. Niech ona so­bie ra­dzi sama, zo­ba­czymy, jak da­leko zaj­dzie. To była miła fan­ta­zja, ale tylko fan­ta­zja.

Cal­lum by mi nie wy­ba­czył - zna­la­złby mnie na końcu świata i za­tłukł jak psa. Ona by po­szła do niego na skargę, a on by na pewno ją wsparł, za­miast ją rzu­cić na ży­wioł, tak jak na to za­słu­gi­wała. Nie miała zie­lo­nego po­ję­cia, co to zna­czy wal­czyć o prze­trwa­nie. Co­dzien­nie wra­cać do domu, w któ­rym to­czy się nie­usta­jąca wojna, wstrzy­my­wać od­dech, sły­sząc kroki nad głową, wła­snym cia­łem za­sło­nić ko­goś przed cio­sem pię­ści.

Ale wzdry­gnęła się na dźwięk te­le­fonu. Le­żał cały czas na bla­cie, wy­świe­tla­czem do góry, i na­wet z tej od­le­gło­ści wi­dzia­łem treść ese­mesa, który przy­szedł.

Jef­fer­son: Co ukry­wasz?! Znajdę Cię, a jak Cię znajdę, to gorzko po­ża­łu­jesz, że od razu mi wszyst­kiego nie po­wie­dzia­łaś.

- Dla­czego jesz­cze nie za­blo­ko­wa­łaś jego nu­meru, do cho­lery? - wark­ną­łem, się­ga­jąc po jej apa­rat. Ona jed­nak mnie ubie­gła i chwy­ciła go drżącą ręką.

- Nie wiem. - Szep­tała tak ci­cho, że le­d­wie ją sły­sza­łem.

Od razu so­bie przy­po­mnia­łem, z czym ona się zmaga, i że wal­czy rów­nież z wła­snymi de­mo­nami. Nie tylko ja tu­taj zna­łem to uczu­cie, gdy wstrzy­mu­jesz od­dech ze stra­chu przed tym, co za­raz na­stąpi.

- Zrób to na­tych­miast. - Za­kry­łem jej dłoń swoją dło­nią, sta­ra­jąc się ja­koś ukoić ból, który czuła. - Nie mu­sisz się na­ra­żać na ta­kie prze­ży­cia. Niech jego wrza­ski i groźby tra­fiają w próż­nię.

- Masz ra­cję. - Otarła łzy, które pły­nęły już stru­mie­niami, i za­blo­ko­wała nu­mer tego gnoja. Przy­szło mi do głowy py­ta­nie, czy gdyby znała prawdę, gdyby wie­działa, że dla niej po­de­rżną­łem gar­dło tam­temu skur­wie­lowi, na­dal uwa­ża­łaby mnie za bez­dusz­nego dupka.

Ta­tum

Ach, jaka ja by­łam głu­pia. Są­dzi­łam, że ży­cie w domu mo­jego ojca jest nudne. Sie­dze­nie w po­koju, oglą­da­nie te­le­wi­zji, drzemki i po­budki. Ale to jed­nak był mój wy­bór. Tak chcia­łam żyć. Nie mia­łam za­so­bów, żeby się uśmiech­nąć i uda­wać, że wszystko w po­rządku. Czu­łam się zbru­kana, wy­ko­rzy­stana, po­hań­biona.

Są­dzi­łam, że skoro ja się tak czuję, inni też tak to wi­dzą. Pró­bo­wa­łam się ukryć przed świa­tem. Chcia­łam sa­mot­no­ści, ci­szy. Sta­ra­łam się być tą osobą, którą by­łam kie­dyś, ale to mnie wy­kań­czało emo­cjo­nal­nie. Dziś by­łam pewna, że tam­tej osoby już nie ma, umarła.

Zmar­no­wa­łam kilka mie­sięcy na de­pre­sję, lęki, strach i te­raz zde­cy­do­wa­nie nie chcia­łam mar­no­wać czasu na ukry­wa­nie się. Ro­mero chciał, że­bym do­szła do sie­bie? To nie wcho­dziło w grę. Nie w tym domku, zwłasz­cza że co­kol­wiek tu ro­bi­li­śmy, w kółko na sie­bie wpa­da­li­śmy.

My­śla­łam o tym non stop, od­kąd kilka dni temu po­ja­wili się tu Au­stin i Dex. Kiedy po­wie­dzia­łam, że chcę zna­leźć pracę, nie do końca to mia­łam na my­śli. Pró­bo­wa­łam do­ko­pać Ro­me­rowi, wstrzą­snąć nim tro­chę. Mia­łam na­prawdę ser­decz­nie dość jego spo­koju, opa­no­wa­nia, nie­do­stęp­no­ści. Ko­ja­rzyło mi się to z prze­cią­ga­niem pa­znok­ciami po ta­blicy, albo czymś jesz­cze gor­szym. Całą mnie skrę­cało na myśl o tym, jaki on jest pewny sie­bie i nie­do­siężny.

Uśmiech­nę­łam się na wspo­mnie­nie wście­kłego spoj­rze­nia, któ­rym skwi­to­wał mój ko­mu­ni­kat. Zde­cy­do­wa­nie go tym do­tknę­łam, ale gówno mnie to ob­cho­dziło. Zna­łam go bar­dzo do­brze i wie­dzia­łam, że to za mało, żeby po­czuł praw­dziwy ból. Mu­sia­łam to do­koń­czyć, bo ina­czej on ni­gdy nie za­cznie mnie trak­to­wać po­waż­nie, a ja chcia­łam, żeby mnie trak­to­wał po­waż­nie.

Chcia­łam, żeby wi­dział praw­dziwą mnie, zła­maną, po­ra­nioną, po­trza­skaną. Bo Ro­mero ni­gdy nie spoj­rzał na mnie ze współ­czu­ciem. Ni­gdy nie pró­bo­wał dać mi od­czuć, że kie­dyś wy­mażę z pa­mięci to, co się stało. Jako je­dyny mnie ro­zu­miał, tak mi się przy­naj­mniej wy­da­wało, co było oczy­wi­ście su­per, ale też strasz­nie mnie iry­to­wało. Ale czy na­prawdę chcia­łam ja­kiejś pracy po­ni­żej mo­ich kwa­li­fi­ka­cji, źle opła­ca­nej? Skoń­czy­łam prze­cież col­lege. To po­winno coś zna­czyć. No ale mnó­stwo lu­dzi koń­czy col­lege i nie ma żad­nych per­spek­tyw. Coś tam wiem o ży­ciu, choć nie­któ­rzy mają zda­nie wręcz prze­ciwne.

Przy­po­mniało mi się, jak po­wie­dział, że nie chce, że­bym sama ła­ziła po mia­steczku. Su­per. Może iść ze mną, tak jak za­po­wie­dział. Nie chcę już sie­dzieć cały dzień za­mknięta w tym pu­stym domu. Mu­sia­łam wyjść do lu­dzi, po­czuć za­pach kwia­tów, do­tknąć trawy.

Ro­mero był na gó­rze, do­piero co skoń­czył tre­ning w piw­nicy. Nie ma tam żad­nego sprzętu oprócz worka tre­nin­go­wego i kilku cię­ża­rów, a dziś rano bok­so­wał ten wo­rek na­prawdę nie mam po­ję­cia jak długo. Istny cud, że po­tem jego ręce się do cze­go­kol­wiek nada­wały. Można by są­dzić, że jak się nimi w coś wali non stop przez dwa­dzie­ścia mi­nut, to efekt bę­dzie dru­zgo­cący.

No i można by są­dzić, że to mu tro­chę po­prawi hu­mor. Może po­pra­wiło. Może ten Ro­mero, z któ­rym le­d­wie wy­trzy­muję, to naj­lep­sza do­stępna wer­sja... Naj­zno­śniej­sza. Aż się wzdry­gnę­łam na wy­obra­że­nie, o ile mógłby być gor­szy. Uj­rza­łam łeb ja­kiejś cza­ją­cej się be­stii.

Nie mam po­ję­cia, co ja so­bie my­śla­łam. Może w ogóle nie my­śla­łam i w tym wła­śnie pro­blem. Może tak mnie za­ab­sor­bo­wały wy­obra­żone kłót­nie z nim, że nie zna­la­złam chwili wy­tchnie­nia, by się za­sta­no­wić, co wy­pra­wia moje ciało. Wbie­głam po scho­dach, go­towa do kłótni jak za­wsze, i sta­nę­łam jak wryta pod uchy­lo­nymi drzwiami ła­zienki. Są­dząc po wy­do­by­wa­ją­cej się ze środka pa­rze, Ro­mero brał prysz­nic, ale ja­koś nie po­my­śla­łam, że to po­winno mnie za­trzy­mać, więc pew­nym kro­kiem sta­nę­łam w progu. Już mia­łam sze­rzej otwo­rzyć drzwi i za­żą­dać, żeby po­szedł ze mną, gdy coś usły­sza­łam.

Z po­czątku to do mnie nie do­cie­rało. Nie sko­ja­rzy­łam, co to za dźwięk. Ci­che dy­sze­nie przy­wio­dło mi na myśl ja­kieś przy­siady czy coś, i chcia­łam mu po­wie­dzieć, żeby wresz­cie od­po­czął. Bo prze­cież dużo ćwi­czył. Ale to było coś in­nego.

Z miej­sca, w któ­rym sta­łam, wi­dzia­łam jego od­bi­cie w lu­strze nad umy­walką. Uka­zy­wało cały prysz­nic, a na pewno to, co się działo za czę­ściowo prze­zro­czy­stą za­słonką. Nie wi­dzia­łam do­kład­nie ciała Ro­mera, ale zo­ba­czy­łam wy­star­cza­jąco dużo, by zro­zu­mieć, że wali ko­nia.

Mało nie krzyk­nę­łam. Idiotka. W ogóle nie mia­łam po­ję­cia, dla­czego mia­ła­bym krzy­czeć. To był męż­czy­zna z po­trze­bami sek­su­al­nymi, na­wet je­śli lu­bił się za­cho­wy­wać jak nie­do­stępny ro­bot. A jed­nak było coś szo­ku­ją­cego i krę­pu­ją­cego w tym, że tak stoję i ga­pię się w lu­stro, i w du­chu mam na­dzieję, że nie zaj­dzie parą. Ci­che po­ję­ki­wa­nie Ro­mera przy­brało na sile, a mnie serce fik­nęło ko­ziołka. Fala cie­pła obu­dziła moje zmy­sły, roz­grzała mi się skóra.

Mu­sia­łam prze­stać. To było na­ru­sze­nie pry­wat­no­ści, złe pod wie­loma wzglę­dami, ale nogi wro­sły mi w zie­mię. Za nic w świe­cie nie mo­głam się stam­tąd ru­szyć.

Głowa opa­dła mu do tyłu i znowu jęk­nął. Na­wet gdy się wspię­łam na palce, nie wi­dzia­łam go za bar­dzo po­ni­żej pasa. Mu­sia­ła­bym sze­rzej pchnąć drzwi i wsu­nąć głowę do środka, żeby zo­ba­czyć wię­cej, a to na pewno nie skoń­czy­łoby się do­brze. Je­dyne, co mo­głam, to pu­ścić wo­dze fan­ta­zji. I uj­rza­łam, jak jego dłoń mocno obej­muje prą­cie i po­ru­sza się w górę i w dół co­raz szyb­ciej i szyb­ciej. Jak Ro­mero na­pina mię­śnie szczęki, roz­dyma noz­drza, a nie­bie­skie oczy za­my­kają się pod na­po­rem roz­ko­szy. Cie­kawa by­łam, czy gdy do­cho­dzi, wy­gląda na rów­nie wku­rzo­nego jak wtedy, gdy z kimś roz­ma­wia.

- Och...

Ten szept, głę­boki i chra­pliwy, spo­wo­do­wał, że moje sutki się na­prę­żyły, całą mnie za­lało go­rąco. Na­gle w środku cała się roz­to­pi­łam, ki­pia­łam... i pra­gnę­łam. Pra­gnę­łam! Po raz pierw­szy od wielu mie­sięcy czu­łam po­żą­da­nie. Nie dla­tego, że mi się wy­da­wało, że po­win­nam, albo że mu­szę spró­bo­wać, tak jak z tam­tym fa­ce­tem w ho­telu. Nie, tym ra­zem było ina­czej. Moje ciało re­ago­wało tak gwał­tow­nie, że ba­łam się, że eks­plo­duje. W tej chwili to już chyba nie był szok.

Od­dech Ro­mera stał się jesz­cze bar­dziej chra­pliwy. I szyb­szy. Był już bli­sko. Mu­sia­łam to prze­rwać, prze­stać się ga­pić i na pewno nie po­win­nam była słu­chać. Od cze­goś ta­kiego nie było od­wrotu - wie­dzia­łam, że ni­gdy już nie spoj­rzę na niego tak samo jak daw­niej, ale nie mo­głam odejść. Moje ciało do­słow­nie żą­dało, że­bym tego nie prze­ry­wała.

- Och... och... fuck!

Od jego cięż­kich, ury­wa­nych od­de­chów mnie bra­ko­wało po­wie­trza w płu­cach, w uszach mi hu­czało, tak gło­śno, że pra­wie nie sły­sza­łam już Ro­mera. Co się ze mną działo? Nie do wiary, że da­lej tam sta­łam, pa­trzy­łam i słu­cha­łam. Po­win­nam była go nie­na­wi­dzić, gar­dzić nim, a tym­cza­sem...

Po­czu­łam ucisk w lę­dź­wiach, w moim wnę­trzu coś ożyło, go­rą­cego, tęt­nią­cego. Od mie­sięcy nie czu­łam pod­nie­ce­nia, na­wet nie przy­szło mi do głowy, żeby się do­ty­kać i osią­gnąć or­gazm, ale te­raz po moim brzu­chu roz­lało się po­żą­da­nie.

W majt­kach mia­łam wil­gotno, cipka mi się kle­iła do ich ma­te­riału. Nie­wia­ry­godne, jaka by­łam pod­nie­cona. Cho­lera, mu­sia­łam się stąd zwi­jać. Ewi­dent­nie coś było ze mną nie tak. Mu­sia­łam po­od­dy­chać świe­żym po­wie­trzem, żeby uspo­koić my­śli. W tym domu naj­wy­raź­niej ulat­niał się gaz czy coś, na pewno ist­niało ja­kieś wy­ja­śnie­nie mo­jego stanu.

Przede wszyst­kim mu­sia­łam bez­sze­lest­nie od­da­lić się od tych drzwi. Woda pod prysz­ni­cem wciąż pły­nęła, więc Ro­mero ra­czej nie mógł mnie usły­szeć, ale i tak mu­sia­łam za­cho­wać ostroż­ność. Wie­dzia­łam, że przy swoim szczę­ściu za­raz stanę na ja­kiejś skrzy­pią­cej de­sce i zdra­dzę swoją obec­ność. By­łam bar­dzo sobą roz­cza­ro­wana. Nie tym, że zro­bi­łam coś złego, ab­so­lut­nie... to zna­czy, to nie było do­bre, ale nie dla­tego chcia­łam te­raz usiąść w wan­nie i po­lać so­bie mózg wy­bie­la­czem.

Przede wszyst­kim mu­sia­łam zro­zu­mieć, co to wszystko zna­czy. Pod­nie­ci­łam się Ro­me­rem?! Pew­nie dla­tego, że to był je­dyny es­te­tyczny fa­cet w oko­licy. Na­wet ja mu­sia­łam przy­znać, że jest przy­stojny. Jego kum­ple też nie byli tacy ostatni. Choć oczy­wi­ście do niego się nie umy­wali.

Ale to był Ro­mero. Ro­mero! Ktoś, kto nie od­pu­ścił żad­nej oka­zji, by dać mi od­czuć, że je­stem smar­kata, roz­pusz­czona i głu­pia. Ni­gdy nie miał dla mnie li­to­ści, nie li­czył się z mo­imi uczu­ciami, a te­raz ja się zro­bi­łam cała wil­gotna z jego po­wodu. To było ża­ło­sne. Na samo wy­obra­że­nie jego re­ak­cji - gdyby się do­wie­dział - mia­łam ochotę scho­wać się na za­wsze w my­siej dziu­rze.

Do­tar­łam na dół i wy­szłam na ga­nek - gdy chłodny wiatr do­tknął mo­jej roz­grza­nej skóry, ode­tchnę­łam z ulgą. Na­peł­ni­łam płuca po­wie­trzem, ile się dało, a po­tem całe je gwał­tow­nie wy­pu­ści­łam, jak­bym chciała wy­rzu­cić wszystko, co się we mnie ko­tło­wało. Nie po­winno było do tego dojść. Te­raz już za­wsze będę to miała w pod­świa­do­mo­ści. Już za­wsze będę wie­działa, jaki od­głos wy­daje Ro­mero, gdy szczy­tuje.

Ulice były pu­ste, jak to w środku dnia. Są­sie­dzi nie wró­cili jesz­cze z pracy, a na­wet je­śli ktoś sie­dział w domu, nie było nic sły­chać, tyle że cza­sami ja­kieś dzie­ciary krzy­czały, jeż­dżąc na ro­we­rach. Może nie dzie­ciary. Może po pro­stu dzieci. Tak dawno sama mia­łam ten czas za sobą, że za­po­mnia­łam, jak to jest.

Zro­bi­łam się nad wiek stara i zgryź­liwa. Wredna sa­mot­niczka. A te­raz jesz­cze pod­glą­da­łam przez uchy­lone drzwi, jak czło­wiek, któ­rego nie mogę znieść, wali ko­nia. O święci pań­scy! Po­trze­bo­wa­łam po­mocy. Mu­sia­łam czymś za­jąć my­śli. Tak mnie po­chło­nęło sa­mo­bi­czo­wa­nie, że aż pod­sko­czy­łam, sły­sząc ko­biecy głos:

- Prze­pra­szam, może mi pani po­móc?

Po raz pierw­szy wi­dzia­łam z bli­ska na­szą są­siadkę. Mi­gnęła mi już kilka razy - a to za­mia­tała we­randę, a to kar­miła ptaki na ty­łach domu. Wy­da­wała się uro­cza. No ale opie­ra­łam tę opi­nię na tym, co wi­dzia­łam przez okno. Mo­gła rów­nie do­brze być ja­kąś mor­der­czy­nią. W tej chwili wal­czyła z pa­pie­rową torbą pełną za­ku­pów i naj­wy­raź­niej bli­ską roz­dar­cia.

- Te jajka za­raz mi spadną! - za­wo­łała.

Wie­dzia­łam, że po­czuję się źle, je­śli będę się jej da­lej bez­czyn­nie przy­glą­dać, więc do­sko­czy­łam i bez na­my­słu prze­ję­łam ciężką torbę. Ko­bieta mu­siała do­bie­gać sie­dem­dzie­siątki. Pod­nio­sła ku mnie po­marsz­czoną twarz i uśmiech­nęła się miło.

- Bar­dzo pani dzię­kuję. Cza­sami za dużo w skle­pie na­biorę, bo za­po­mi­nam, że mu­szę to po­tem sama za­nieść do domu.

- Nie ma sprawy. Cie­szę się, że mo­głam po­móc.

Sę­katą dło­nią przy­gła­dziła siwe blond włosy sta­ran­nie za­wią­zane w ku­cyk.

- Na­zy­wam się Mil­lie Co­oper, a pani?

- Ta­tum.

Nie wiem, czemu jej twarz się roz­ja­śniła, w bla­dych nie­bie­skich oczach mi­gnęła ja­kaś iskierka.

- Ta­tum! Ja­kie śliczne imię. Dzi­siaj rzadko się je spo­tyka. Miło mi pa­nią po­znać. Bar­dzo się cie­szę, że w tym domu znowu ktoś mieszka. Tak długo stał pu­sty.

Znowu po­czu­łam mro­wie­nie, ale tym ra­zem z cie­ka­wo­ści.

- Długo tu pani mieszka?

- Ten dom ku­pił mój zmarły mał­żo­nek... nooo... bę­dzie już ze czter­dzie­ści lat temu. A nie, czter­dzie­ści pięć. - Za­śmiała się i mach­nęła ręką, a po­tem za­częła cze­goś szu­kać w du­żej skó­rza­nej to­rebce, która naj­lep­sze czasy miała już za sobą. Była po­dra­pana i pod­nisz­czona. - Jak ktoś jest taki stary jak ja, to trudno się do­li­czyć.

- Pew­nie była pani świad­ki­nią wielu zmian w oko­licy.

- O tak. Na lep­sze i na gor­sze. Wiele razy się za­sta­na­wia­łam, czy nie sprze­dać domu. A te­raz chyba znowu idzie na lep­sze.

Zer­k­nęła na dom po są­siedzku, z klu­czami w ręce. Mia­łam wra­że­nie, że za­po­mniała, co chciała z nimi zro­bić.

- Wi­dzia­łam go. To zna­czy Ro­mera. Jak usły­sza­łam, że wró­cił, bar­dzo się ucie­szy­łam. Za­wsze się za­sta­na­wia­łam, co się z nim dzieje. To był taki miły chło­piec.

O, pani ko­chana, chyba mamy róż­nicę zdań.

- Do­brze go pani znała?

Nie zdą­żyła od­po­wie­dzieć, bo Ro­mero wła­śnie otwo­rzył drzwi wej­ściowe i wyj­rzał na dwór. Gdy zo­ba­czył mnie pod są­sied­nim do­mem, ścią­gnął brwi. Po pro­stu czu­łam, jak kipi wście­kło­ścią.

- Co ro­bisz?

- Za­po­znaję się z na­szą są­siadką. - Pro­szę bar­dzo, niech te­raz bę­dzie fiu­tem przy świad­kach.

- Wi­taj, Ro­mero! - za­wo­łała Mil­lie, ma­cha­jąc ręką. - Mia­łam na­dzieję, że nada­rzy się oka­zja, żeby ci po­wie­dzieć, jak się cie­szę, że wró­ci­łeś.

Jego twarz się zmie­niła - w miej­sce obu­rze­nia i wście­kło­ści po­ja­wiła się czy­sta wście­kłość. Zu­peł­nie jakby roz­mowa z osobą cie­szącą się na jego wi­dok była dla niego oso­bi­stą znie­wagą. Nie­wia­ry­godne.

- O, pani Co­oper, dzień do­bry. Też się cie­szę, że pa­nią wi­dzę. - Wy­po­wie­dze­nie tej grzecz­no­ścio­wej for­mułki naj­wy­raź­niej spra­wiło mu ból. Boże ucho­waj, żeby mu­siał być przy­ja­ciel­ski czy to­wa­rzy­ski.

- Dzię­kuję, Ta­tum. Miło było pa­nią po­znać, ale da­lej już so­bie po­ra­dzę. - Od­da­łam jej torbę, a ona się do mnie na­chy­liła i wy­szep­tała: - Przy­chodź do mnie, gdy tylko ze­chcesz, moja droga. Ma­rzy mi się, żeby dla ko­goś upiec cia­sto. Jaka szkoda, że nie by­li­ście tu la­tem, mu­sia­łam roz­dać tony po­mi­do­rów.

- Na pewno nie­długo znowu się zo­ba­czymy. - Nie spie­szyło mi się do domu, ale też nie mo­głam tego bez końca od­kła­dać. Ro­mero pa­trzył na mnie ta­kim wzro­kiem... cóż, jak­bym go pod­słu­chi­wała, jak się ma­stur­buje pod prysz­ni­cem. Oczy­wi­ście nie miał o tym po­ję­cia, ale można by uznać, że ma.

Sta­ra­łam się iść szybko, lecz nogi mi cią­żyły. A prze­cież nie mia­łam nic na su­mie­niu. Gdy do­tar­łam pod wej­ście, Ro­mero syk­nął:

- Co ty, do kurwy, wy­pra­wiasz? Za­wie­rasz przy­jaź­nie?

- A je­śli na­wet? To zna­czy nie zro­zum mnie źle, prze­cież ty je­steś ta­kim cu­dow­nym to­wa­rzy­szem.

Tylko pod­niósł brew, więc ja też to zro­bi­łam.

- No co? Wy­szłam za­czerp­nąć świe­żego po­wie­trza, a pani Co­oper miała pro­blem z za­ku­pami. Co jest?

- Nie chcę, żeby cała oko­lica wie­działa o na­szych spra­wach.

- No te­raz to ga­dasz jak wa­riat. Wiesz o tym, prawda? Mó­wisz od rze­czy. O na­szych spra­wach? Ja­kich spra­wach? Po­ma­ga­łam star­szej pani z za­ku­pami, boby się jej roz­sy­pały. To nie ma nic wspól­nego z - na­kre­śli­łam w po­wie­trzu cu­dzy­słów - na­szymi spra­wami. Poza tym wy­daje się miła, a mnie się przyda dla od­miany odro­bina przy­ja­ciel­skiej roz­mowy.

Jego wście­kła mina po­wie­działa mi, że nie po­dziela mo­jego zda­nia, co mnie nie za­sko­czyło.

- To wścib­skie bab­sko, za­wsze taka była.

- Bądź tak miły i tro­chę wy­lu­zuj. - Skrzy­żo­wa­łam ra­miona na piersi, żeby się zdy­scy­pli­no­wać i nie my­śleć o tym, jak ję­czał pod prysz­ni­cem. - Chcę iść do mia­sta i po­szu­kać pracy, a ty mu­sisz iść ze mną. Je­śli nie zro­bię tego dzi­siaj, to zwa­riuję. I może wtedy pod­palę dom? To by mnie chyba ro­ze­rwało.

- Czy to ma mnie prze­ko­nać o two­jej doj­rza­ło­ści? Gro­że­nie pod­pa­le­niem domu?

- Z roz­ko­szą pójdę sama, je­śli od tego po­czu­jesz się le­piej.

- Wiesz do­sko­nale, że to wy­klu­czone, a ja wiem do­sko­nale, że wcale nie chcesz zna­leźć pracy.

- To nie­prawda. Może chcia­ła­bym za­ro­bić parę gro­szy na wła­sne wy­datki i przy oka­zji po­znać ja­kichś mi­łych lu­dzi.

Prych­nął pod no­sem, ale po­wstrzy­mał się od gło­śnego śmie­chu.

- No nie wie­rzę... mó­wisz po­waż­nie? Na­prawdę tak ci za­leży, żeby zro­bić z sie­bie idiotkę?

Ze­sztyw­nia­łam, za­dar­łam brodę i spoj­rza­łam na niego wy­zy­wa­jąco.

- Od­pier­dol się, dupku. I tak to zro­bię. Ty masz do wy­boru iść ze mną albo nie, ale ja idę. I pro­szę, puść mnie samą. Pew­nie mam więk­sze szanse zna­leźć pracę bez cie­bie od­stra­sza­ją­cego lu­dzi tą swoją gębą. - Sta­ra­łam się pa­trzeć na niego tak wście­kle jak on za­wsze pa­trzy na mnie.

Przez chwilę w mil­cze­niu mie­rzy­li­śmy się spoj­rze­niem, cze­ka­jąc, które zrej­te­ruje.

- Świet­nie - wark­nął i kiw­nął głową. - Zro­bimy po two­jemu, ale tylko dla­tego, że chcę zo­ba­czyć, jak ro­bisz z sie­bie głupka.

Już nie pa­mię­ta­łam, jak dy­szał, do­cho­dząc. Te­raz chcia­łam mu tylko przy­ło­żyć w tę przy­stojną gębę.

Ja­kim cu­dem czu­łam się prze­grana, skoro ewi­dent­nie wy­gra­łam tę po­tyczkę?

Ro­mero

- No co? Z czego się śmie­jesz? - na­tar­czywy głos Ta­tum prze­bi­jał moje bę­benki słu­chowe jak so­pel lodu, przy­po­mi­na­jąc mi, skąd się w ogóle wzięła moja nie­chęć do niej. Za­cho­wy­wała się jak ma­rudny, na­dą­sany ba­chor, który ni­gdy się nie na­uczył sa­mo­dziel­no­ści, a ja wtedy mia­łem ochotę prze­ło­żyć ją przez ko­lano i spu­ścić jej la­nie.

- Nie śmia­łem się.

- Ow­szem, śmia­łeś. A wręcz pod­śmie­wasz się ze mnie non stop, od­kąd się prze­bra­łam. Co cię tak bawi?

- Nic. - Ostat­nią prze­cznicę przed Main Street prze­sze­dłem z rę­kami w kie­sze­niach, wbi­ja­jąc w dło­nie pa­znok­cie. Nie dla­tego, że mia­łem już dość słu­cha­nia Ta­tum, tylko dla­tego, że z mo­ich od­po­wie­dzi nie wy­ni­kało nic do­brego. Cza­sami naj­le­piej mil­czeć.

- Chrza­nisz. Dla­czego się ze mnie śmie­jesz?

- Nic ta­kiego nie ro­bię. Od­wala ci. - Od razu po­ża­ło­wa­łem tej od­zywki. Je­śli jej od­wa­lało, to miała ku temu wiele po­wo­dów. - Prze­stań być taka draż­liwa i zje­żona - do­rzu­ci­łem po chwili.

- Coś jest nie tak z moim ubra­niem? - spoj­rzała po so­bie, na di­zaj­ner­skie ciu­chy. - Coś z bu­tami? Dżin­sami?

- Nic. - Poza tym, że jak tylko lu­dzie ją zo­ba­czą w tych ciu­chach, w tej za­mszo­wej kurtce ko­lo­rem ide­al­nie do­pa­so­wa­nej do bu­tów za kostkę, od razu się zo­rien­tują, że ona nie jest miej­scowa. Będą py­tać, czemu ta dziew­czyna, któ­rej jedne ciu­chy są wię­cej warte niż wszyst­kie ubra­nia ca­łego mia­steczka, szuka tu pracy. Choćby nie wia­domo jak się sta­rała, pa­so­wała tu jak pięść do nosa.

No i jesz­cze kwe­stia tego, że uparła się wy­dru­ko­wać swoje CV w pa­pier­ni­czym pięć mil od mia­steczka. Za­wio­złem ją tam, a po­tem od­sta­wi­łem auto pod dom, że­by­śmy do cen­trum po­szli pie­chotą. Jedna rzecz, to że Ta­tum rzu­cała się w oczy. Nie chcia­łem przy­cią­gać uwagi, już i tak fa­tal­nie, że chło­paki na pewno po­wie­działy o moim po­wro­cie wszyst­kim u O'Ne­ala.

- Ale się de­ner­wuję.

Tym ra­zem się uśmiech­ną­łem pod no­sem.

- De­ner­wu­jesz się?

- Tak, jak ktoś ma ludz­kie uczu­cia, to do­świad­cza ta­kiego cze­goś. Pew­nie to­bie trudno to zro­zu­mieć.

Ką­tem oka wi­dzia­łem, że tak­suje mnie wzro­kiem.

- Może twoje czę­ści cza­sem rdze­wieją albo prze­grzewa ci się sys­tem... to jest chyba od­po­wied­nik uczuć u ro­bo­tów.

- Na­prawdę po­win­naś so­bie to od­pu­ścić. - Je­dyny efekt jej zło­śli­wo­ści to że przy­po­mi­na­łem so­bie we wszyst­kich szcze­gó­łach, jak za­bi­łem Kri­stoffa Kni­ghta. Przez dwa­dzie­ścia sześć lat swo­jego ży­cia ani razu nie po­czu­łem tak głę­bo­kiej sa­tys­fak­cji jak w chwili, gdy prze­ci­na­łem no­żem jego ciało. Nie mo­głem ode­rwać od niego wzroku, gdy otwie­rał i za­my­kał usta jak ryba wy­cią­gnięta z wody, a tym­cza­sem ży­cie wy­le­wało z niego ra­zem z ciek­nącą po szyi krwią.

A czy ta ośle­pia­jąca fu­ria, którą wtedy po­czu­łem, była czymś no­wym? Nie, już kie­dyś jej za­zna­łem.

- No to może ty po­wi­nie­neś od­pu­ścić na­bi­ja­nie się ze mnie? - od­cięła się jak na dziecko przy­stało.

- No to może ty nie po­win­naś ro­bić rze­czy, które mnie tak śmie­szą. - Nic nie umia­łem na to po­ra­dzić. Jej wark­nię­cia i sap­nię­cia da­wały mi tyle ucie­chy, że nie mo­głem so­bie tego od­mó­wić.

Od­rzu­ciła za ra­mię blond loki, wzdy­cha­jąc przy tym z fru­stra­cją, a lekki wiatr pod­su­nął mi pod nos kwia­towy za­pach jej szam­ponu. Tak strasz­nie chciał­bym za­nu­rzyć twarz w jej wło­sach...

- Je­śli za­po­mnia­łeś, to przy­po­mnę, że nie mu­sisz ze mną iść.

- Ow­szem, mu­szę, i do­sko­nale o tym wiesz. Więc skończ już z tym. Szkoda two­jego od­de­chu.

Wal­nęła się dło­nią w czoło i jęk­nęła.

- No ja­sne! Nie chciał­byś prze­cież się tłu­ma­czyć sze­fowi, że pu­ści­łeś mnie samą na mia­sto, w któ­rym nikt nie wie o moim ist­nie­niu.

Na­prawdę nie mia­łem cier­pli­wo­ści do tej ko­biety, ale nie da­łem się jej spro­wo­ko­wać do kłótni. Nie da­łem jej sa­tys­fak­cji, że ubo­dła mnie jej durna uwaga. Tylko tego prze­cież chciała. Tylko dzięki temu miała czym za­jąć my­śli - wku­rza­jąc mnie. Po­wi­nie­nem się cie­szyć, że chce zna­leźć pracę, cho­ciaż wie­dzia­łem, że nie znaj­dzie. Nie miała za­miaru fak­tycz­nie pra­co­wać. Może po­wi­nie­nem ją za­chę­cać? Im mniej czasu spę­dza­li­by­śmy ra­zem, tym mniej­sze by­łyby szanse, że ją w końcu za­biję go­łymi rę­kami.

Ale je­śli chcia­łem, żeby prze­stała się na­bi­jać, też mu­sia­łem prze­stać. I mu­sia­łem po­wie­dzieć o wszyst­kim Cal­lu­mowi, a jemu na pewno nie spodoba się po­mysł, że Ta­tum bę­dzie sama kilka go­dzin dzien­nie.

Chyba czy­tała mi w my­ślach.

- Bo­isz się, co tata po­wie?

- To mój pra­co­dawca, a moim za­da­niem jest...

- Wy­star­czy. Nie mu­szę tego słu­chać. Wiem, ja­kie masz za­da­nie, nie mu­sisz mi przy­po­mi­nać. - Pa­trzyła nie­ru­chomo przed sie­bie, sły­sza­łem ude­rze­nie jej ob­ca­sów w płyty chod­ni­kowe. Ze­szła na jezd­nię i... mało nie dała się roz­je­chać roz­pę­dzo­nemu sa­mo­cho­dowi.

- Co z tobą, do cho­lery?! - W ostat­niej se­kun­dzie szarp­ną­łem ją za ra­mię. Ten wóz by ją roz­je­chał jak pla­cek. Usły­sze­li­śmy trą­bie­nie klak­sonu i blu­zgi tam­tego kie­rowcy.

Z jej zie­lo­nych oczu znik­nęła złość, a wy­peł­nił je szok.

- Nie... nie my­śla­łam - wy­szep­tała, bled­nąc.

- No nie ga­daj. Je­zus Ma­ria. Czy ja mam cię uczyć prze­cho­dze­nia przez ulicę? A jak z wią­za­niem sznu­ró­wek? Ra­dzisz so­bie ja­koś?

Wy­rwała mi się, krzy­wiąc się z obrzy­dze­niem.

- Nie mu­sisz mnie ła­jać. Każ­demu się zda­rzają ta­kie rze­czy.

- Gdy­byś mniej ener­gii wkła­dała w ob­ra­ża­nie mnie, może mia­ła­byś za­soby, żeby pa­trzeć, co się dzieje do­koła.

- Za­pa­mię­tam. - Niech so­bie wzdy­cha, mam­ro­cze i war­czy, ile chce. Była wstrzą­śnięta jak każdy w ta­kiej sy­tu­acji, gdy o włos unik­nął śmierci. Na­wet ja by­łem tro­chę roz­trzę­siony, gdy prze­cho­dzi­li­śmy przez ulicę w dro­dze do miej­sca, które tu ucho­dziło za cen­trum.

Main Street w za­sa­dzie się nie zmie­niła, ale to mnie aku­rat nie zdzi­wiło. Kilka bu­dyn­ków o ce­gla­nej fa­sa­dzie miało te­raz inne szyldy. Wi­dzia­łem świeżą farbę, a ze szcze­lin chod­nika znik­nęły gę­ste chwa­sty. Z drze­wek, które kilka lat temu po­sa­dził Cal­lum, wy­ro­sły do­rodne eg­zem­pla­rze i wła­śnie zmie­niały ko­lor li­ści na po­ma­rań­czowy i czer­wony.

Poza tymi ele­men­tami mia­łem wra­że­nie, że cof­ną­łem się w cza­sie. Na rogu da­lej dzia­łał skle­pik u Lori z tym sa­mym wy­bla­kłym logo coca-coli za szybą. Dzie­sięć lat słońca za­mie­niło czer­wień w blady róż. Po dru­giej stro­nie wi­dzia­łem jak kie­dyś piz­ze­rię Olde En­glish - za­ma­wia­li­śmy u nich już dwa razy i z ra­do­ścią stwier­dzi­łem, że trzy­mają ja­kość. Za­raz obok - agen­cja nie­ru­cho­mo­ści. Fry­zjer, bar­ber i sklep zoo­lo­giczny przy­wo­łały tyle wspo­mnień, że mia­łem ochotę za­wró­cić. Na wi­dok wiel­kiego neonu O'Ne­ala na dru­gim końcu ulicy pra­wie ugięły się pode mną ko­lana. Ile razy rzy­ga­łem w tym za­ułku po wy­pi­ciu piwa, które mi po­dano do­brych kilka lat za wcze­śnie?

- Skrom­nie tu - przy­zna­łem, ką­tem oka pa­trząc, jak Ta­tum roz­gląda się do­koła.

Za­miast prych­nąć czy się skrzy­wić, lekko się uśmiech­nęła.

- Uro­czo. Na­prawdę słodko.

I to mó­wiła dziew­czyna, która w na­grodę po dy­plo­mie udała się na dwu­mie­sięczne wa­ka­cje po Eu­ro­pie.

- Wiem, co na­prawdę zna­czą te słowa. Smutno i nudno.

- Tylko ci się wy­daje, że tyle o mnie wiesz.

Tu się cał­ko­wi­cie my­liła. Zna­łem ją le­piej niż ona sama. Mia­łem mnó­stwo czasu, żeby się jej przy­glą­dać, a te­raz moim zda­niem było pil­no­wa­nie jej. Czy­ta­łem w niej jak w książce.

- O, wy­gląda na to, że szu­kają pra­cow­nika w zoo­lo­gicz­nym. - Wska­za­łem kartkę na drzwiach. - Chcia­ła­byś spró­bo­wać?

- Ja­sne. - Na ra­zie re­ali­zo­wała za­da­nie z wielką sta­ran­no­ścią, zde­cy­do­wa­nie uda­jąc rze­czy­wi­ście za­in­te­re­so­waną pracą.

Ale kiedy ru­szy­łem za nią do środka, ofuk­nęła mnie.

- Mogę wejść tu sama. Wręcz wolę sama.

- Nie ma mowy, księż­niczko.

- Na mi­łość bo­ską. - Tup­nęła nogą i od­wró­ciła się do mnie gwał­tow­nie. Za­ci­snęła zęby i zmru­żyła oczy. Ja pier­dzielę, dla­czego tak mnie pod­nie­cała, kiedy była wście­kła? Oczy­wi­ście mi te­raz dy­gnął. - Nie idę do środka z niańką. Co tam niby ma się wy­da­rzyć? Ucieknę tyl­nymi drzwiami?

Prze­chy­li­łem głowę, uda­jąc, że się za­sta­na­wiam.

- Jak już o tym wspo­mnia­łaś, to rze­czy­wi­ście można by się po to­bie tego spo­dzie­wać.

- Wszystko bę­dziesz wi­dział przez okno - syk­nęła, ru­chem kciuka wska­zu­jąc za sie­bie na szybę, która zaj­mo­wała nie­mal cały front sklepu. - Pil­nuj mnie z ulicy. Nie rób mi wstydu.

- Już do­brze, do­brze. - Unio­słem ręce w ge­ście ka­pi­tu­la­cji. - Wy­gra­łaś, po­wo­dze­nia.

- Nie­sa­mo­wite, że umiesz coś po­wie­dzieć tak, że cał­ko­wi­cie od­wra­casz zna­cze­nie swo­ich słów.

Mu­sia­łem się cof­nąć i pa­trzeć przez wi­trynę, jak Ta­tum pod­cho­dzi do ko­biety za kon­tu­arem. Kiedy uśmiech­nęła się olśnie­wa­jąco, pra­wie zro­biło mi się jej żal. Tak bar­dzo się sta­rała - nie miało zna­cze­nia, czy chce coś udo­wod­nić.

W wi­try­nie cho­dziły po so­bie pło­wo­białe szcze­niaki, uszy im po­dry­gi­wały, gdy się prze­py­chały, by być bli­żej szyby. Mi­mo­wol­nie się uśmiech­ną­łem, gdy naj­słab­szy w mio­cie prze­lazł przez braci i sio­stry, byle się zna­leźć jak naj­bli­żej mnie. W dzie­ciń­stwie za­wsze chcia­łem mieć psa - i było to jedno z wielu ma­rzeń, któ­rych re­ali­za­cji ni­gdy nie do­cze­ka­łem.

Drzwi się po­now­nie otwo­rzyły już po chwili. Oczy Ta­tum lśniły od łez, po­liczki miała za­czer­wie­nione. Zszo­ko­wany, nie umia­łem so­bie wy­obra­zić, co ta ko­bieta po­wie­działa, że do­pro­wa­dziła ją do pła­czu. Po­czu­łem tę za­bor­czą po­trzebę, by chro­nić ją przed wszyst­kimi i wszyst­kim. To było nie­ocze­ki­wane i inne, bo ona nie po­trze­bo­wała ochrony fi­zycz­nej, tylko psy­chicz­nej.

- Co ona zro­biła? - spy­ta­łem wrogo, za­glą­da­jąc przez okno do środka.

Ta­tum po­trzą­snęła głową.

- Aler­gia - szep­nęła. - Coś tam w środku chciało mnie za­bić. - Kich­nęła tak mocno, że szcze­niaki się roz­sz­cze­kały. - A więc zoo­lo­giczny od­pada.

- No do­bra... - Ro­zej­rza­łem się. - A za­kład fry­zjer­ski? Nie po­dają, do ja­kiej pracy szu­kają lu­dzi, ale je­śli...

- Tak, ja­sne, co mi szko­dzi spró­bo­wać.

Spoj­rza­łem na nią z sza­cun­kiem, gdy się wy­pro­sto­wała i za­darła brodę, go­towa na na­stępne wy­zwa­nie. Tym ra­zem nie pró­bo­wa­łem na­wet wejść z nią, usia­dłem so­bie na drew­nia­nej ławce mię­dzy za­kła­dem fry­zjer­skim a skle­pem mu­zycz­nym. Wo­la­łem so­bie nie przy­po­mi­nać, ile muzy na­kra­dłem w tym przy­bytku, cho­wa­jąc płyty w kie­szeni bluzy. Do­piero po la­tach okra­da­nia skle­pów przy­szło mi do głowy, że mło­dziaki za ladą do­sko­nale wie­działy, co ro­bię, i miały to w du­pie. Bo i czym mieli się przej­mo­wać, pra­cu­jąc za mi­ni­malną stawkę? Pew­nie sami pod­kra­dali płyty.

W za­kła­dzie fry­zjer­skim Ta­tum spę­dziła wię­cej czasu, ale i tak po wyj­ściu po­krę­ciła głową.

- Szu­kają ko­goś, kto umie strzyc. Od od­bie­ra­nia te­le­fo­nów i sprzą­ta­nia już ko­goś mają.

Za­sko­czył mnie skwa­szony ton jej głosu.

- Ty trak­tu­jesz to po­waż­nie, co? To nie jest tylko nowy spo­sób, żeby mnie wku­rzyć?

- Wiem, że to może być szok, ale nie cały mój świat kręci się wo­kół cie­bie. - Po­nie­waż da­lej się na nią ga­pi­łem, prze­wró­ciła oczami i skrzy­żo­wała ra­miona na piersi. - No do­bra. Od tego się za­częło. Ale jak roz­ma­wia­łam z pa­nią Co­oper, uświa­do­mi­łam so­bie, jak bar­dzo chcę być z ludźmi. Ot, roz­ma­wiać, py­tać, co sły­chać. So­cja­li­zo­wać się. Tę­sk­nię za ta­kim uczu­ciem, że ktoś chce ze mną po­ga­dać.

- Och, nie my­śla­łem o tym w ten spo­sób. - Ja nie by­łem naj­lep­szym kom­pa­nem. I nie ta­kie było moje za­da­nie. Poza tym pew­nie można było uznać za do­bry znak, że Ta­tum chciała wró­cić do świata, za­miast się ki­sić w łóżku, ca­łymi dniami nie zmie­nia­jąc ciu­chów ani nie bio­rąc prysz­nica.

- Nie, no ja­sne, bo skądże? - Wes­tchnęła, otwo­rzyła torbę i wy­jęła ko­lejny eg­zem­plarz cv. - Ty się pra­wie w ogóle nie od­zy­wasz. Do końca ży­cia naj­chęt­niej miał­byś święty spo­kój.

Ja­koś nie mo­głem się roz­zło­ścić na jej sar­kazm.

- Rze­czy­wi­ście brzmi to dla mnie ku­sząco. - Coś w jej upo­rze roz­grzało mi serce, któ­rego jej zda­niem nie mia­łem. W ogóle się jej nie dzi­wi­łem. Sam się cza­sami za­sta­na­wia­łem, czy mam serce.

Kartka "Dam pracę" wi­siała jesz­cze tylko na sta­cji ben­zy­no­wej, po sko­sie od O'Ne­ala. Przed bu­dyn­kiem stało kilka sa­mo­cho­dów, a sam bu­dy­nek się po­więk­szył od mo­jego wy­jazdu, w środku dzia­łał nie­wielki skle­pik spo­żyw­czy, a kie­dyś było tu tylko kilka sto­ja­ków ze sło­dy­czami i jedna lo­dówka.

- Wal śmiało, ale kup mi paczkę chip­sów i m&m'sów.

Prych­nęła śmie­chem i po­szła.

- Tyle w te­ma­cie zdro­wej diety. Chyba po­wrót w ro­dzinne strony bu­dzi w to­bie stare de­mony.

Na­wet nie pró­bo­wa­łem od­po­wia­dać - ewi­dent­nie Ta­tum nie była ni­gdy w moim domku na te­re­nie po­sia­dło­ści ojca. W tam­tej­szej spi­żarce trzy­ma­łem pełno sło­dy­czy. Nie­wiele z tego jed­nak ja­dłem, bo wra­ca­łem do tego domku, tylko żeby spać. Żeby zrów­no­wa­żyć swoje obecne na­wyki ży­wie­niowe, mu­sia­łem znacz­nie wię­cej ćwi­czyć z wor­kiem tre­nin­go­wym i han­tlami.

Gdy otwie­rała drzwi do bu­dynku sta­cji, za­dzwo­nił mój te­le­fon.

Grunt to wy­czu­cie czasu. Jedno wie­dzia­łem na pewno - nie po­wiem Cal­lu­mowi, co robi jego córka. Ra­czej to nic war­tego wzmianki, bo prze­cież nie pój­dzie pra­co­wać na sta­cji ben­zy­no­wej. Nie ona. Mo­gła się da­leko po­su­nąć, żeby mnie wku­rzyć, ale na­wet ona znała ja­kieś gra­nice.

- Tak, sze­fie? - rzu­ci­łem, ode­braw­szy. Jed­nym okiem zer­ka­łem za szybę. Ta­tum cze­kała w ko­lejce za kil­koma dzie­cia­kami ku­pu­ją­cymi na­poje, obok niej stał ele­gancko ucze­sany męż­czy­zna w ciem­nym gar­ni­tu­rze. Mu­siał to być kie­rowca po­rsche - nie­czę­sto tu za­jeż­dżały ta­kie bryki.

- Coś no­wego?

Pań­ska córka wła­śnie wrę­cza CV na sta­cji ben­zy­no­wej.

- Nic, od­kąd za­blo­ko­wała Jeffa kilka dni temu. Ci­sza i spo­kój.

- Do­brze to sły­szeć. Wiem, że za­dzwo­nił­byś, gdyby się coś działo, ale...

- Ku­mam. - Nie był mi­strzem cier­pli­wo­ści, zwłasz­cza w spra­wach dla niego waż­nych. A oprócz Bianki i dziecka, które no­siła, nie­wiele rze­czy na świe­cie go ob­cho­dziło tak jak córka.

- Skoro roz­ma­wiamy... - pod­ją­łem, nie od­ry­wa­jąc wzroku od Ta­tum - my­śla­łem tro­chę i chyba miał­bym po­mysł, jak się po­zbyć tego dra­nia. Po­trze­buje tro­chę czasu, żeby to ogar­nąć, ale my­ślę, że damy radę.

- Nie wąt­pię.

- Po­spraw­dzam parę rze­czy i dam panu znać za kilka dni.

- A tak poza tym to z nią wszystko w po­rządku?

- Jak naj­bar­dziej. Je­ste­śmy na spa­ce­rze i za­szli­śmy na sta­cję, a ona we­szła do środka po ba­to­nik.

- Sta­cję da­lej pro­wa­dzi Vin­nie?

- Tak jest na­pi­sane na szyl­dzie, ale jego sa­mego ni­g­dzie tu nie wi­dzę.

- Jezu, jak by­łem mały, to mi się wy­da­wało, że on jest sta­rusz­kiem. Dzi­siaj musi mieć z osiem­dzie­siąt lat. Pew­nie nie­wiele się w mia­steczku zmie­niło.

- Je­śli nie li­czyć tego, co pan zmie­nił. Ład­nie tu wy­gląda. Bar­dziej jak w ka­me­ral­nym mia­steczku, a mniej w mie­ści­nie, przez którą czło­wiek naj­chęt­niej by prze­je­chał jak naj­szyb­ciej.

- Po­wiedz jej, że o niej my­ślimy. A Bianka za­dzwoni do niej póź­niej.

- Prze­każę. - Skoń­czy­łem roz­mowę i za­sko­czony zo­ba­czy­łem, że Ta­tum staje w otwar­tych drzwiach, jakby coś ją za­trzy­mało. Męż­czy­zna w gar­ni­tu­rze stał zde­cy­do­wa­nie za bli­sko niej jak na mój gust. Ru­szy­łem w jej stronę, na­wet nie zda­jąc so­bie z tego sprawy, prze­cią­łem pla­cyk i pra­wie wy­rwa­łem drzwi.

- Prze­myśl to so­bie - usły­sza­łem go jesz­cze. - Taka śliczna bu­zia przy­da­łaby mi się w biu­rze. Lu­dzie lu­bią na dzień do­bry wi­dzieć ta­kie dziew­czyny.

- Co się dzieje? - spy­ta­łem, przy­su­wa­jąc się do niej i pa­trząc na niego wście­kłym wzro­kiem.

Jego prze­sad­nie pro­mienny, sztuczny uśmiech nie uśpił mo­ich po­dej­rzeń i od razu za­uwa­ży­łem, że w jego oczach na mój wi­dok po­ja­wiło się coś sta­lo­wego. Jakby przy­ga­sił swój urok oso­bi­sty, bo się po­ja­wi­łem.

- Wi­tam, je­stem Chaz Drum­mond. Re­ali­zuję w oko­licy kilka pro­jek­tów i przy­da­łaby mi się po­moc biu­rowa. Pod­słu­cha­łem, że pań­ska dziew­czyna szuka pracy.

Na­wet go nie po­pra­wi­łem, tylko ob­ją­łem ją w pa­sie i przy­cią­gną­łem do sie­bie. Niech le­piej fa­cet my­śli, że ona jest za­jęta.

- Chodź, skar­bie, czas na nas.

Kiw­nęła głową, ewi­dent­nie bar­dzo po­ru­szona. Miała bladą twarz i oczy jak spodki. "Za bli­sko pod­szedł". I do­piero te­raz, gdy ją tu­li­łem, za­uwa­ży­łem, że cała drży.

- Weź­cie moją wi­zy­tówkę, pro­szę. - Po­dał kar­to­nik, a ona wy­rwała mu go z pal­ców i we­tknęła bez słowa do kie­szeni.

Od­nio­słem wra­że­nie, że jej nie­ty­powe za­cho­wa­nie go nie znie­chę­ciło, na­wet go chyba nie za­uwa­żył. Wy­pro­wa­dzi­łem ją na ze­wnątrz i do­piero tam się ode­zwa­łem.

- Już do­brze.

- On ja­koś tak... zu­peł­nie na­gle... nie­mal na mnie wszedł. Mało go nie ude­rzy­łam.

- Wiem. Prze­pra­szam, że tak późno in­ter­we­nio­wa­łem.

- Nie... - Od­dy­chała ciężko, jej twarz wy­krzy­wiła się z gniewu, wręcz wy­glą­dała co­raz groź­niej z każ­dym kro­kiem. - Nie, do cho­lery. Nie zga­dzam się. Nie będę się do śmierci bała wy­cho­dzić do lu­dzi. Mu­szę coś z tym zro­bić, mu­szę się prze­ła­mać, a do tego mu­szę mieć kon­takt z ludźmi. Prawda?

Bar­dzo chcia­łem jej po­wie­dzieć, że się myli, ale to by­łoby nie w po­rządku. To prze­cież ja jej po­wta­rza­łem, że musi wró­cić do zdro­wia.

- Prawda. Masz ra­cję i świet­nie so­bie po­ra­dzi­łaś.

- Ta­aaak? Pra­wie się zsi­ka­łam w majtki.

- Nie było wi­dać.

Za­śmiała się ci­chutko, a ja do­piero te­raz, gdy do­tar­li­śmy do na­stęp­nej prze­cznicy, uświa­do­mi­łem so­bie, że cią­gle ją obej­muję. Od razu ją pu­ści­łem, ale moje mię­śnie sta­wiły opór. Ona tego po­trze­bo­wała. Mu­siała so­bie przy­po­mnieć, jaka jest silna, a je­śli będę ją niań­czył, to nie jest do­bra droga.

- Co zro­bisz z tą wi­zy­tówką? - spy­ta­łem, jak już by­li­śmy bli­sko domu. Wie­czorne słońce bar­wiło cały świat na bursz­ty­nowo i złoto. Po chod­niku su­nęły li­ście, a w po­wie­trzu uno­sił się za­pach ogni­ska. Było bar­dzo siel­sko.

- Nie wiem. Za ja­kiś czas po­my­ślę o jego pro­po­zy­cji. Prze­tra­wię to so­bie.

- A o czym tu my­śleć? - Sły­sza­łem w swoim gło­sie nie­chęć. - To ja­kiś łaj­dak.

- Skąd wiesz? Może jest po pro­stu bez­po­średni...

- Wiem i ko­niec. Miał to wy­pi­sane na ryju.

- No cóż, nie byłby to pierw­szy łaj­dak w moim ży­ciu.

Wie­dzia­łem, że im bar­dziej bę­dziemy się spie­rać, tym bar­dziej ona się za­prze. Więc mu­sia­łem od­pu­ścić.

Poza tym im mniej o tym roz­ma­wia­li­śmy, tym szyb­ciej wy­wie­trzeje jej z głowy ten cały po­mysł z pracą.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki