Mroczne wyzwanie - Christine Feehan

Reflow text when sidebars are open.
Rozdział 1
Przed drzwiami zatłoczonego baru Julian Savage się zawahał. Przybył do tego miasta, żeby wykonać ostatnie zadanie, zanim wybierze wieczny spoczynek. Był jednym z najstarszych przedstawicieli swojej rasy, znużonym setkami lat życia w pustce, w świecie pozbawionym barw i emocji, których doświadczali młodzi albo ci, którzy znaleźli życiową partnerkę. Nim jednak ze spokojnym sercem będzie mógł wyjść na spotkanie śmiertelnego brzasku, musi wypełnić jeszcze jedną misję, którą zlecił mu jego książę. Rzecz nie w tym, że był bliski utraty duszy i przemiany w wampira. Gdyby chciał, mógłby do tego nie dopuścić. To perspektywa wiecznej beznadziei sprawiła, że podjął taką decyzję.
Nie mógł jednak nie przyjąć zadania. Miał poczucie, że przez długie stulecia niewiele dał swojej wymierającej rasie. Był co prawda łowcą wampirów, jednym z najpotężniejszych, a to wśród jego współplemieńców uchodziło za rzecz wielką. Ale wiedział, że większość łowieckich sukcesów zawdzięczał instynktowi karpatiańskiego zabójcy, to nie żaden talent sprawił, że tak znakomicie wywiązywał się ze swojej roli. Gregori, uzdrowiciel jego ludu, potęgą ustępujący tylko księciu, ostrzegł go, że kobieta, której właśnie szukał, pieśniarka, znalazła się na celowniku ludzkich łowców wampirów, fanatyków, którzy w swoich morderczych zapędach często omyłkowo polowali na zwykłych śmiertelników tak jak na Karpatian. Ludzie mieli prymitywne wyobrażenie o wampirach, tak jakby samo unikanie dziennego światła albo żywienie się krwią sprawiało, że ktoś jest pozbawiony duszy, zły i nieumarły. Julian i jego pobratymcy stanowili żywy dowód na to, że trudno o pogląd dalszy od prawdy.
Julian dobrze wiedział, dlaczego kazano mu ostrzec i chronić pieśniarkę. Gregori z całych sił starał się nie dopuścić, żeby wyszedł na spotkanie brzasku. Uzdrowiciel potrafił odczytać, co kryje się w umyśle Juliana, i zorientował się, że łowca postanowił zakończyć swoje puste życie. Wiedział też jednak, że jeśli Julian da słowo, iż będzie chronił kobietę przed zabójcami, zrobi wszystko, żeby śmiertelniczka była bezpieczna. Gregori starał się kupić dla niego czas. Ale to na niewiele się zda.
Stulecie za stuleciem Julian żył z dala od swojego ludu, z dala od brata bliźniaka. Nawet w tej rasie samotnych mężczyzn był samotnikiem. Jego współplemieńcy, Karpatianie, wymierali, a ich książę ze wszystkich sił starał się znaleźć sposób, żeby dać swemu ludowi nadzieję. Żeby zapewnić mężczyznom życiowe partnerki. Żeby utrzymać przy życiu karpatiańskie dzieci i powstrzymać spadek ich liczebności. Julian jednak nie miał wyboru. Musiał pozostać samotny, przemykać razem z wilkami, wzbijać się w niebo z drapieżnymi ptakami i polować z panterami. Tych kilka razy, kiedy powracał między ludzi, robił to po to, żeby wziąć udział w ważnej wojnie albo swą niezwykłą siłą przysłużyć się słusznej sprawie. Większość czasu spędzał jednak samotnie, niewidzialny dla przedstawicieli swojej rasy.
Przez kilka sekund stał nieruchomo, sięgając pamięcią do tego strasznego wydarzenia, które na zawsze odmieniło jego życie.
Miał raptem dwanaście lat. A mimo to już wtedy czuł ogromny, niezaspokojony głód wiedzy. Z bratem bliźniakiem Aidanem byli nierozłączni, tego dnia jednak usłyszał dalekie nawoływanie. Wezwanie, któremu nie potrafił się oprzeć. W tym czasie odkrywanie nieznanego sprawiało mu ogromną radość, nie potrafił się oprzeć niewypowiedzianej obietnicy. Pod wzgórzem odkrył labirynt jaskiń. A w nich najniezwyklejszego czarnoksiężnika - ujmującego, przystojnego, gotowego podzielić się swoją ogromną wiedzą z młodym, pełnym zapału uczniem. W zamian prosił tylko o dochowanie tajemnicy. Dla dwunastolatka była to podniecająca zabawa.
Patrząc w przeszłość, Julian zastanawiał się, czy przypadkiem nie zależało mu na wiedzy tak bardzo, że rozmyślnie zlekceważył znaki ostrzegawcze. Zdołał opanować wiele nowych umiejętności, lecz w końcu nadszedł dzień, gdy poznał ohydną prawdę. Zjawił się w jaskiniach wcześniej i słysząc krzyki, popędził w głąb labiryntu, żeby odkryć, że jego przystojny przyjaciel był obmierzłą kreaturą, prawdziwym potworem, bezlitosnym zabójcą - Karpatianinem, który wyzbył się duszy i zamienił w wampira. Dwunastolatek nie miał dostatecznej mocy ani umiejętności, żeby ocalić nieszczęsne ofiary, z których wampir wypił całą krew nie po to, żeby pożywić się jak Karpatianin, ale żeby zadać im śmierć.
To wspomnienie wryło się w pamięć Juliana na zawsze. Lejąca się krew. Straszliwe wrzaski. Horror. A potem wampir pochwycił niegdyś uwielbiającego go ucznia i przyciągnął tak blisko, że Julian poczuł cuchnący oddech i usłyszał szyderczy śmiech. Zęby, które zamieniły się w kły, zatopił w ciele chłopca, zadając mu koszmarny ból. Julian pamiętał, jak nieumarły stwór przeciął swój nadgarstek i siłą przytknął mu do ust, zmuszając chłopca, żeby napił się skażonej krwi, żeby wymienił krew z najbardziej nikczemnym potworem i znalazł się w jego mocy. W ten sposób wampir chciał uczynić z Juliana niewolnika i związać go ze sobą po wsze czasy.
To nie koniec hańby. Wampir natychmiast zaczął wykorzystywać chłopca wbrew jego woli jako szpiega wśród swoich niegdysiejszych pobratymców, których zamierzał zniszczyć. Mógł teraz podsłuchiwać księcia albo uzdrowiciela, kiedy chłopiec znalazł się w ich pobliżu. Naśmiewał się z Juliana, że gdyby zechciał, mógłby dzięki niemu zniszczyć też Aidana. Julian wiedział, że to możliwe. Za każdym razem, kiedy wampir spoglądał na świat jego oczami, czuł, jak w jego wnętrzu rozlewa się ciemność. Kilka razy Aidanowi o włos udało się uniknąć pułapek, które Julian - jak się później zorientował - nieumyślnie sam na niego zastawiał, działając pod wewnętrznym przymusem zaszczepionym mu przez wampira.
Tak więc stulecia temu Julian poprzysiągł sobie, że będzie wiódł życie samotnika, by uchronić swój lud i tych, których kochał, przed wampirem i samym sobą. Dlatego trzymał się na obrzeżach karpatiańskiej społeczności, póki nie zyskał prawdziwej siły, nie zgromadził wiedzy i nie dorósł na tyle, by móc odejść i żyć w pojedynkę. Krew jego ludu wciąż tętniła mu w żyłach, toteż robił, co mógł, żeby prowadzić życie honorowe, walczyć z nadciągającą ciemnością i nieustannymi atakami, jakie przypuszczał na niego wampir. Zdołał uniknąć dalszych wymian krwi z nieumarłym, udało mu się upolować i zgładzić nieprzebrane zastępy innych wampirów. Ten jednak, który w niezwykle okrutny sposób ukształtował jego życie, wciąż mu umykał.
Julian był wyższy i bardziej muskularny niż przedstawiciele jego rasy. O ile większość Karpatian miała ciemne włosy i oczy, on przypominał Wikinga - długie jasne pukle związywał na karku rzemykiem, a tlący się w bursztynowych oczach ogień często wykorzystywał, by hipnotyzować zdobycz. Teraz jednak, rozejrzawszy się po ulicy, nie dostrzegł niczego, co mogłoby wzbudzić niepokój. Ruszył naprzód niczym drapieżnik, którym w istocie był - płynnie, z mięśniami prężącymi się pod błyszczącą skórą. Kiedy było trzeba, potrafił znieruchomieć jak skała i stać się jak ona nieugięty. Potrafił być szybki jak wiatr, jak rwący strumień. Miał niezwykły dar - umiał mówić wieloma językami. Ale zawsze był samotny.
W młodości wiele czasu spędził we Włoszech. Ostatnio mieszkał w Nowym Orleanie, w Dzielnicy Łacińskiej, gdzie otaczająca go aura tajemniczości i mroku nie wzbudzała niczyjego zainteresowania. Niedawno jednak porzucił tamtejsze mieszkanie, wiedząc, że nigdy już do niego nie wróci. Jeszcze tylko wykona to jedno zadanie, a uzna, że dopełnił swojej powinności. Nie widział powodu, żeby przedłużać swą egzystencję.
Słyszał dobiegające z baru rozmowy. Czuł podniecenie ludzi w środku. Byli fanami zespołu, który najwyraźniej cieszył się niezwykłą popularnością. Firmy fonograficzne zabijały się o umowy z muzykami, ci jednak nie chcieli podpisać żadnego kontraktu. Podróżowali od miasta do miasta niczym dawni minstrele i trubadurzy. Nigdy nie zatrudniali żadnych instrumentalistów i techników z zewnątrz, zawsze wykonywali wyłącznie własne piosenki. Niezwykły, samotniczy styl życia grupy w połączeniu ze zjawiskowo pięknym, hipnotyzującym, niemal magicznym - jak go opisywano - głosem liderki wzbudził niepożądane zainteresowanie łowców wampirów.
Julian zaczerpnął głęboko powietrza i wyczuł woń krwi. Gwałtowny atak głodu przypomniał mu, że tej nocy jeszcze nic nie jadł. Stał na zewnątrz, niewidoczny dla szturmującego wejście tłumu ani dla milczących, stojących w drzwiach strażników. Mógłby wejść, ostrzec śpiewaczkę i wyjść. Przy odrobinie szczęścia kobieta by go wysłuchała i zadanie zostałoby wypełnione. Gdyby się tak nie stało, nie miałby wyboru - musiałby wytrwać w samotnej egzystencji, dopóki nie upewniłby się, że jest bezpieczna. Był zmęczony. Nie chciał już dłużej znosić ciężaru istnienia.
Ruszył przed siebie, lawirując między ludźmi. Przy wejściu stało dwóch mężczyzn, obaj wysocy i ciemni. Ten z długimi włosami sprawiał wrażenie zabijaki, może nawet wyglądał znajomo. Prześlizgując się obok, Julian stał się tylko powiewem zimnego powietrza - niewidoczny, śmiałym krokiem parł przez tłum. A mimo to ochroniarz z długimi włosami odwrócił głowę zaalarmowany, czarne oczy nerwowo przeszukiwały przestrzeń i zatrzymały się na chwilę na Julianie, choć był niewidzialny. Ochroniarz zdradzał oznaki zaniepokojenia. Julian kątem oka zauważył, że mężczyzna odwrócił głowę w jedną i w drugą stronę, a potem lodowaty wzrok powrócił do niego i podążył za Julianem przez zatłoczony bar.
Zęby Juliana rozbłysły bielą. Wiedział, że jest niewidoczny, a to znaczy, że ochroniarz musiał mieć zmysły wyczulone jak radar, co u ludzi było rzeczą niezwykłą. Ciekawe, że pracował dla zespołu. Gdyby faktycznie doszło do ataku na kobietę, mógł się okazać wart tyle złota, ile ważył.
Zimne powietrze, które Julian pchnął przed siebie, sprawiło, że napierający tłum się rozstąpił. Nawet nie musiał zwalniać. Rzucił okiem na przygotowaną do występu scenę, po czym skierował się do pomieszczeń na zapleczu. Niewesoły uśmiech na jego wargach zgasł, usta przybrały zwykły wyraz surowości. Julian wiedział, że jego twarz nosi rys okrucieństwa, prawdziwa zimna maska myśliwego. I nagle ich poczuł. Wrogów. Czyżby udało się im dotrzeć do pieśniarki przed nim?
Klnąc w duchu, Julian z nadzwyczajną prędkością pognał do garderoby kobiety. Przybył za późno. Razem z zespołem zdążyła wyjść i właśnie zmierzała na scenę. W niewielkim pokoiku zostały tylko zwinięte w kącie dwa przepiękne cętkowane lamparty. Równocześnie uniosły głowy i zwróciły spojrzenie w stronę przybysza, czujne wszystkimi zmysłami. Zwierzęta były większe i bardziej masywne niż żyjące na wolności, a ich żółtozielone oczy wpatrzone w Juliana zdradzały wyższą inteligencję. Widok pary dzikich kotów był niezwykły, bowiem lamparty należą do samotników. Tak jak Julian.
- Gdzie ona jest, przyjaciele? - spytał. - Przyszedłem ocalić jej życie. Powiedzcie mi, gdzie jest, nim zabiją ją wrogowie.
Samiec przyczaił się i warknął, ukazując długie ostre kły, zdolne pochwycić, przytrzymać i szarpać zdobycz. Samica sprężyła się do skoku. W Julianie obudziło się znajome poczucie braterstwa, jak zawsze ilekroć spotkał przedstawiciela rodziny Panthera pardus. Jednak gdy zajrzał do umysłów lampartów, zorientował się, że niełatwo je będzie kontrolować. Udało mu się tylko oba koty odrobinę skołować i spowolnić ich reakcję. Mimo to po chwili samiec ruszył bez pośpiechu - z nisko opuszczoną głową i wzrokiem wbitym w Juliana. Ten powolny ruch stanowił przygrywkę do eksplozji prędkości, do śmiertelnego ataku. Julian nie chciał zabijać tak pięknego, rzadkiego stworzenia, szybko więc wyślizgnął się z pomieszczenia, dokładnie zamykając za sobą drzwi, i ruszył w stronę, skąd dochodziły rzęsiste brawa.
Muzycy zaczęli grać pierwszy utwór. I wtedy usłyszał głos kobiety. Niesamowite, mistyczne dźwięki zawisły w powietrzu niczym połyskujące w ogniu srebro i złoto. Naprawdę je zobaczył, faktycznie widział, jak srebrne i złote nutki tańczą mu przed oczami. Stanął jak wryty. Zaskoczony spojrzał na korytarz. Podarta, wypłowiała tapeta była obramowana na czerwono. Minęło już ponad osiemset lat, kiedy ostatni raz widział coś kolorowego. Taki był los karpatiańskich mężczyzn - gdy mijała młodość, tracili zdolność postrzegania barw, odczuwania jakichkolwiek emocji i w szarej beznadziei walczyli ze swą naturą drapieżnika, póki nie pojawiła się towarzyszka ich życia, by dobrocią i światłem zrównoważyć mrok. To ona przywracała im możliwość widzenia kolorów i doznawania bardzo silnych uczuć. Kobiety stanowiły jednak rzadkość i z całą pewnością ktoś taki jak Julian nigdy nie zostałby obdarzony życiową partnerką. Mimo to serce podskoczyło mu w piersi.
Poczuł podniecenie. Nadzieję. Emocje. Prawdziwe emocje. Kolory były tak żywe, że niemal go oślepiły. Głos pieśniarki wibrował w nim, dotykał miejsc, o których dawno już zapomniał. Ciało Juliana stężało, wdarło się w nie pragnienie. Stał jak wrośnięty. Kolory, uczucia, pożądanie były tak silne, że mogły oznaczać tylko jedno. Kobieta, do której należał głos, była jego życiową partnerką.
Niemożliwe. Nie do wiary. Mężczyzna z jego rasy mógł spędzić wieczność, szukając swojej drugiej połowy. Karpatianie byli drapieżni, obdarzeni mrocznym instynktem zabójcy, przebiegli, szybcy i ogromnie niebezpieczni. Krótki okres wzrostu, pełen radości i przygód, kończył się wraz z utratą zdolności odczuwania i postrzegania kolorów. Karpatiańskim mężczyznom pozostawała tylko samotna, jałowa egzystencja.
Życie Juliana bez Aidana było wyjątkowo przykre; obecność brata bliźniaka mogłaby sprawić, że łatwiej znosiłby długie, bezbarwne stulecia. Miał jednak świadomość, że z powodu łączących ich więzów krwi każda chwila, którą spędzali razem, zwiększała ryzyko grożące Aidanowi ze strony wampira. Bliskość między nimi oznaczała dla brata zagrożenie. Dlatego Julian uciekł od swojego ludu, nie zdradziwszy nigdy nikomu, nawet ukochanemu bratu, straszliwej prawdy. Postąpił honorowo, bo tylko honor mu pozostał.
Teraz stał otępiały w wąskim korytarzu, nie mogąc uwierzyć, że nieopodal znajduje się jego życiowa partnerka. W tym oszałamiającym wirze barw i emocji nie był w stanie uwierzyć, że zasłużył na coś takiego.
Stulecia życia bez nadziei sprawiały, że wielu karpatiańskich mężczyzn zamieniało się w wampiry. Pozbawieni uczuć, obdarzeni jedynie siłą pozwalającą polować i zabijać, sądzili, że już nic więcej ich nie spotka. Inni, nie chcąc stać się zagrożeniem dla śmiertelnych i nieśmiertelnych, postanawiali zakończyć egzystencję i wyjść na spotkanie brzasku. Oczekiwanie, aż słońce zniszczy ciało, oznaczało życie w mroku. Tylko garstce udawało się znaleźć tę drugą połówkę, światło rozjaśniające mrok, tę, która potrafiła sprawić, że osiągali pełnię. Po niemal tysiącu lat ponurej egzystencji, po tym, jak podjął decyzję, że wyjdzie na spotkanie świtu, zanim drapieżny demon w jego wnętrzu, który wciąż próbował przejąć kontrolę, wreszcie wygra, Julian z trudem mógł uwierzyć, że znalazł swoją prawdziwą towarzyszkę. Jednakże barwy, uczucia i nadzieja świadczyły, że to prawda.
Głos kobiety - gardłowy, lekko schrypnięty, erotyczny - niósł ze sobą obietnicę atłasowej pościeli i blasku świec. Muskał jego skórę niczym palce uwodzicielki, kuszącej, grzesznie ponętnej. Ten dźwięk hipnotyzował każdego, kto znalazł się w jego zasięgu, dręczył i zniewalał. Akordy tańczyły, czyste i piękne, rozsnuwając wokół Juliana, wokół wszystkich słuchaczy, sieć czarodziejskich zaklęć.
Julian nic nie wiedział o tej kobiecie. Gregori posłał go, żeby ją ostrzegł przed ludźmi polującymi na wampiry. Najwyraźniej książę chciał, aby ona i ci, którzy z nią podróżowali, w razie potrzeby znaleźli ochronę. Z jakiegoś powodu towarzystwo śmiertelników, którzy wierzyli w wampiry ze starych legend i starali się je zniszczyć, obrało sobie na cel Desari, pieśniarkę o przewspaniałym głosie i ekscentrycznym stylu życia. Większość ofiar towarzystwa ginęła z sercem przebitym kołkiem. Niektóre jednak utrzymywano przy życiu, a następnie torturowano i przeprowadzano na nich wiwisekcję. Julian słuchał cudownego głosu. Desari śpiewała jak anioł, jej głos brzmiał nieziemsko.
Wtem wysoki, przenikliwy krzyk zakłócił piękno pieśni. Zaraz po nim nastąpił drugi, a potem trzeci. Julian usłyszał odgłos wystrzału, a potem serię kul uderzających w ciała i instrumenty. Budynek zatrząsł się od tupotu stóp walących o podłogę, słuchacze, którzy przyszli na koncert, rzucili się do ucieczki, by zejść z linii ognia.
Julian poruszał się tak szybko, że stał się migoczącą rozmazaną plamą. W barze panował zupełny chaos. Śmiertelnicy uciekali co sił w nogach, tratując innych i wrzeszcząc z przerażenia. Wszędzie poniewierały się połamane stoły i krzesła. Troje zakrwawionych członków zespołu leżało na scenie wśród roztrzaskanych instrumentów. Ochroniarze ostrzeliwali sześciu mężczyzn, którzy, próbując ucieczki, strzelali do tłumu.
Julian pobiegł prosto na scenę. Odepchnąwszy ciała mężczyzn, znalazł na podium nieruchomą Desari. Kruczoczarne włosy rozpościerały się wokół niej jak welon. Krew utworzyła sporą kałużę, plamiąc szafirową suknię. Nie było czasu, żeby się przyglądać. Najcięższa rana była śmiertelna i gdyby Julian nic nie zrobił, kobieta mogłaby umrzeć. Instynktownie stworzył wizualną barierę, naprędce zamazując scenę dla postronnego oka, choć podejrzewał, że w tym pandemonium i tak nikt by niczego nie zauważył.
Z łatwością uniósł Desari w ramionach, odszukał słaby puls i położył dłoń na ranie. Tłumiąc panujący wokół chaos, przeniknął do ciała leżącej. Wlot rany był niewielki, za to wylot ogromny. Kula rozorała mięśnie, uszkadzając narządy wewnętrzne. Zamknął ranę, by powstrzymać krwawienie, a potem pociągnął Desari głębiej w cień. Wydłużył paznokieć i rozciął własną pierś.
Jesteś moja, najdroższa, i nie umrzesz. Nie mógłbym spokojnie odejść w śmierć, nie pomściwszy ciebie. Stałbym się potworem, jakiego świat nie widział. Musisz się napić, maleńka, ze względu na siebie, na swoje życie, i ze względu na mnie, na nasz wspólny los. Pij. Wydał to polecenie stanowczo, tonem nieznoszącym sprzeciwu, nie pozwalając jej wymknąć się jego żelaznej woli. Zanim do tego doszło, zanim spotkał Desari, gotów był się unicestwić, zamiast czekać, aż będzie za późno i zamieni się w takiego samego potwora jak te, na które polował przez stulecia. Teraz, wiążąc się z Desari, zapewne sto razy bardziej zasłużył na śmierć, ale był gotów przyjąć, co przyniesie los.
Po długich stuleciach pustki w jednej chwili wszystko się zmieniło. Był w stanie odczuwać. Mógł widzeć jaskrawość barw świata. Jego ciało żyło potrzebą i pożądaniem a nie tylko wszechobecnym, dojmującym głodem krwi. Przepełniały go moc i siła - szumiały w żyłach, przepływały przez mięśnie. Czuł je. Naprawdę czuł. Ona nie umrze. Nie pozwoli na to. Nigdy. Nie po stuleciach zupełnej samotności. Tam, gdzie kiedyś ziała mroczna przepaść, otchłań ciemności, teraz istniało połączenie. Prawdziwe. Wyczuwalne.
Miał w sobie prastarą krew, pełną energii oraz uzdrowicielskiej mocy. Wraz z nią jego siła życiowa przepływała do Desari, tworząc nierozerwalną więź. Zaczął szeptać w prastarym języku rytualną formułę. Słowa, które miały sprawić, że ich serca staną się jednością, znowu splotą razem poszarpane rąbki ich dusz i nieodwołalnie złączą oboje po wsze czasy.
Na chwilę czas się zatrzymał i zamigotał. Julian walczył ze sobą, by postąpić honorowo i zrezygnować, by pozwolić Desari żyć życiem nie obarczonym straszliwym brzemieniem, które sam dźwigał. Ale zbrakło mu sił. Słowa wyrwały się z najgłębszych zakamarków jego duszy: Biorę sobie ciebie na życiową partnerkę. Należę do ciebie. Oddam za ciebie życie. Daję ci swoją opiekę, lojalność, serce, duszę i ciało. Przyjmuję od ciebie to samo. O twoje życie, szczęście i pomyślność będę zawsze dbał bardziej niż o własne. Jesteś towarzyszką mojego życia, związaną ze mną na całą wieczność, i zawsze pozostaniesz pod moją pieczą.
Poczuł w oczach piekące łzy. Kolejny mroczny grzech obciążył jego duszę. Tym razem zgrzeszył wobec kobiety, którą powinien chronić nade wszystko. Musnął ustami jedwabiste włosy Desari i łagodnie nakazał, by przestała pić. Już wcześniej czuł się słaby z braku pożywienia. Uleczenie ran pieśniarki i przekazanie jej sporej dawki własnej krwi osłabiło go jeszcze bardziej. Wciągnął głęboko w płuca zapach kobiety, żeby zachować go w pamięci na wieczność.
Ostrzegł go szmer futra ocierającego się o drewniane krzesło. Julian odskoczył gwałtownie od nieprzytomnej pieśniarki, gotów stawić czoło niebezpieczeństwu. Wykrzywił twarz, obnażając błyszczące białe zęby. Skoczył na niego ogromny lampart, dobre dziewięćdziesiąt kilo żywej wagi, w atramentowych oczach zwierzęcia lśniła żądza mordu. Julian wystrzelił w górę na spotkanie bestii, zmieniając w powietrzu kształt. Wydłużył ciało, jego twarz wykrzywił groźny grymas, złote futro zafalowało na stalowych mięśniach, gdy leciał zmierzyć się ze śmiertelnym niebezpieczeństwem.
W powietrzu spotkały się dwa ogromne koty w kwiecie wieku, w pełni sił, rwące i szarpiące pazurami i zębami. Wydawało się, że czarny lampart jest gotów walczyć na śmierć i życie, Julian jednak miał nadzieję, że uda mu się go nie zabić. Zamierzając się na przeciwnika, dziki kot zatoczył w powietrzu półokrąg i Julian poczuł, że ostre jak brzytwa pazury zatapiają się w jego boku. Rzucając się na drapieżnika, zdołał wyryć w brzuchu lamparta cztery długie bruzdy. Zasyczał cicho, lecz z nienawiścią, gotów natychmiast wziąć odwet.
Julian sięgnął myślą do umysłu zwierzęcia. Otulała go czerwona mgiełka morderczego szału, żądza zniszczenia. Karpatianin zwinnie uskoczył w bok. Nie chciał zabijać tego pięknego stworzenia, ale całe dotychczasowe bojowe doświadczenie mówiło mu, że czarny drapieżnik jest niezwykle silny i zręczny. Nie poddawał się próbom kontrolowania jego umysłem.
Julian zaklął, gdy pantera przysiadła, osłaniając ciało kobiety, po czym znów powoli ruszyła w jego stronę, przyjmując pozycję drapieżnika czającego się do ataku. Błyszczącymi inteligencją hebanowymi oczami wpatrywała się w twarz Juliana, nie mrugnąwszy powieką, jak to tylko pantery potrafią. Była gotowa go zabić. Julian nie miał wyboru - mógł tylko wdać się w potyczkę na śmierć i życie albo uciec. Oddał kobiecie cenną krew, choć i tak nie miał jej w nadmiarze, a teraz jeszcze z czterech cięć, które głęboko rozorały mu bok, życiodajny płyn spływał równym strumieniem, zwilżając podłogę.
Zwierzę było niezwykle silną i wprawną maszyną do zabijania. Julian nie mógł ryzykować. Z jego losem związane było teraz życie jego partnerki. Nie wyczuwał, by wielki kot żywił wobec niej jakieś wrogie uczucia, przeciwnie - był gotów jej bronić. W umyśle Desari znalazł wspomnienie miłości do czarnej pantery. Zmusił się więc do odwrotu - ze złotego pyska wydobyło się warknięcie, oczy zabłysły wyzywająco, bez śladu uległości.
Pantera była najwyraźniej rozdarta: z jednej strony chciała podążyć za nim i dokończyć dzieła, z drugiej zostać razem z kobietą. To właśnie przekonało Juliana. Cofnął się jeszcze o dwa kroki, żeby nie popełnić błędu i nie skrzywdzić stworzenia, które kochała jego życiowa partnerka.
I wtedy nastąpił atak od tyłu. Lekki szmer wywołany ruchem zwierzęcia sprawił, że Julian zdążył uskoczyć w bok, nim drugi lampart wylądował w miejscu, w którym przed chwilą stał. Kot wydał gniewny ryk. Julian rzucił się do ucieczki, dał susa na bar, potem na stół, jego potężne tylne łapy zaryły w gładką powierzchnię w poszukiwaniu punktu oparcia. Trzeci kot blokował wyjście, ale Julian skoczył i zadał cios z przodu, zwalając zwierzę z nóg. Po czym zniknął, rozpływając się w powietrzu.
W postaci mgły wydostał się na zewnątrz, w ciemność. Nie oszukiwał się jednak, czerwone krople płynące w stronę oceanu, to była jego krew. Jeśli natychmiast nie zwiększy dystansu, koty go wytropią. Uzyskanie błyskawicznej prędkości przy równoczesnym utrzymaniu postaci nietrwałej mgły wymagało olbrzymich nakładów energii, która szybko wyciekała i rozpływała się w nocnym powietrzu. Julian zebrał ostatek sił, żeby zamknąć rany w ciele i zapobiec dalszej utracie krwi.
Zupełnie zdezorientowany, jeszcze raz przebiegł myślą wszystkie swoje poczynania w barze. Dlaczego umysł czarnego kota nie poddał się próbom przejęcia kontroli? Nigdy jeszcze Julianowi nie zdarzyło się, by poniósł porażkę, hipnotyzując zwierzę. Nigdy jeszcze nie spotkał pantery o podobnym umyśle. W każdym razie powinien był ją pokonać z łatwością, jednakże czarny samiec był dużo większy niż lamparty, które widywał na wolności. W dodatku koty ze sobą współpracowały, co w naturze u tego gatunku się nie zdarza. Julian był przekonany, że wielka pantera w jakiś sposób kierowała poczynaniami pozostałych osobników. Poza tym wszystkie chroniły Desari, zamiast traktować ją jako zdobycz.
Julian wrócił myślą do niebezpieczeństwa, w jakim znalazła się jego życiowa partnerka. Gdzieś tam sześciu ludzi czyhało na życie niewinnej kobiety, której jedyną zbrodnią było to, że miała niebiański głos. Tej nocy nie spocznie, póki ich nie wytropi i nie upewni się, że nigdy więcej nie zbliżą się do Desari. Wciąż czuł w nozdrzach ich woń. Koty zaopiekują się ukochaną Juliana, póki on sam nie wróci. Teraz musi dopaść zabójców i wymierzyć im karpatiańską sprawiedliwość, by możliwie jak najszybciej zażegnać grożące Desari niebezpieczeństwo.
Przemknęła mu wprawdzie myśl o głodzie krwi, odniesionych ranach i o tym, że tajemnicza pantera może go wytropić, uznał jednak, że to wszystko nie ma znaczenia. Nie może dopuścić, by zabójcy pozostali na wolności. Odwrócił się, wciągnął w nozdrza powietrze i popłynął do baru, wznosząc się wysoko i mieszając z mgłą. Miał nadzieję, że w ten sposób zmyli nadzwyczaj czuły węch lampartów, a jeśli nie, to trudno. Przemierzając teraz czas i przestrzeń, dotknął umysłu ukochanej, żeby sprawdzić, czy odzyskała przytomność. Potrzebowała wprawdzie dalszej kuracji, ale żyła i zatroszczono się o nią. W barze panowało istne pandemonium, wszędzie pełno było policji i karetek. Do tej pory pewnie koty zostały już zamknięte.
Pierwsze ciało Julian znalazł w gęstych zaroślach, niecałe dziesięć metrów za barem. Przybrał materialną postać i nie chcąc zdradzić swojej obecności, przycisnął dłonią broczące krwią rysy po pazurach na boku. Chociaż nie było widać śladów walki, zabójca miał skręcony kark. Drugie ciało Karpatianin zobaczył kilka metrów dalej, ukryte w przejściu. Oparte o ścianę, leżało częściowo w kałuży ropy. W miejscu, gdzie powinno być serce, w klatce mężczyzny ziała dziura wielkości pięści.
Zesztywniał i ostrożnie rozejrzał się dokoła. Zabójca został zamordowany zgodnie z rytualnym sposobem zabijania nieumarłych. Nie tak, jak robili to ludzie, za pomocą kołków i czosnku, ale w manierze prawdziwie karpatiańskiej. Przyjrzał się uważnie okaleczonemu ciału. Wyglądało niemal tak jak jedno z wczesnych dzieł Gregoriego, choć nim nie było - Gregori stanąłby gdzieś daleko i po prostu zabił wszystkich złych śmiertelników za jednym zamachem. Tymczasem to była kara. Ktoś osobiście przyłożył rękę do obu tych śmierci.
Brat Juliana, Aidan, mieszkał na zachodzie kraju i często rozprawiał się z nieumarłymi - w Stanach Zjednoczonych tylko kilku Karpatian było równie zręcznych jak on - Julian jednak wyczułby obecność bliźniaka i rozpoznał jego dzieło natychmiast, gdyby je zobaczył. Te zabójstwa różniły się od zimnych, bezosobowych egzekucji wykonywanych przez Karpatian, mimo że bardzo je przypominały.
Zaciekawiony zaczął szukać pozostałych zabójców. Ciała numer trzy i cztery leżały obok siebie. Jeden z morderców sam zatopił sobie nóż głęboko w gardle, bez wątpienia pod wpływem nieodpartego wewnętrznego przymusu. Gardło drugiego zostało całkowicie rozerwane. Wyglądało to tak, jakby obrażeń dokonało zwierzę, Julian jednak wiedział swoje. Piąte ciało znalazł zaledwie kilka metrów dalej. Ten człowiek również widział nadciągającą śmierć. Na jego twarzy malowało się przerażenie. Wytrzeszczone oczy wpatrywały się w niebo, gdy ręka chwytała broń, z której do siebie strzelił - tę samą, której użył przeciwko muzykom. Szóstego zabójcę Julian znalazł w kałuży krwi, leżącego twarzą w rynsztoku. Umarł ciężką, bolesną śmiercią.
Zastanowił się przez chwilę. To była wiadomość; klarowna, zuchwała wiadomość dla tego, kto nasłał zabójców na pieśniarkę. Wyzwanie rzucone przez groźnego przeciwnika. No chodź, spróbuj nas dopaść, jeśli się odważysz. Julian westchnął. Był zmęczony, powoli dręczący go głód stawał się wprost nie do zniesienia. Lecz choć podzielał potrzebę bezwzględnego rozprawienia się z każdym, kto śmiał zagrozić Desari, nie mógł pozwolić, żeby takie wyzwanie pozostało na widoku. To mogłoby narazić jego życiową partnerkę na jeszcze większe niebezpieczeństwo. Gdyby towarzystwo poznało szczegóły likwidacji zabójców, jego członkowie nabraliby przekonania, że ona i jej obrońcy są wampirami, i podwoiliby wysiłki, by natychmiast ją zgładzić.
Zebranie ciał w odludnym przejściu zajęło Julianowi kilka minut. Z lekkim westchnieniem ściągnął energię z nieba i skierował ją w stronę zwłok leżących w kałuży ropy. Błysnął ogień i wokół rozszedł się swąd palonych ciał. Julian czekał niecierpliwie, skrywając scenę przed oczami postronnych, także policji prowadzącej nieopodal poszukiwania. Gdy zwłoki zabitych stały się garstką popiołu, Julian skierował ogień na zewnątrz i zebrał proch, po czym wystrzelił w górę, ku niebu, i odpłynął. Daleko nad oceanem groteskowym gestem rozsypał te makabryczne szczątki, patrząc, jak wzburzone fale łakomie je pożerają, pochłaniają na wieki.
Utrata sześciu zabójców, o których miejscu pobytu i losie nikt nic nie będzie wiedział, stanie się dla towarzystwa ogromnym ciosem. Przy odrobinie szczęścia jego kierownictwo schowa się pod kamieniem, żeby przegrupować szeregi, i na kilka miesięcy zawiesi działalność, oszczędzając niewinnym śmiertelnikom i Karpatianom swej niegodziwości.
Julian popłynął w głąb lądu, w stronę niewielkiej, ukrytej w górach chatki, wracając myślami do dziwnego zachowania lampartów. Gdyby to nie było niemożliwe, przysiągłby, że ogromna czarna pantera wcale nie była dzikim kotem, lecz Karpatianinem. Ale wykluczone. Bez trudu przecież by się wyczuli. No i w razie konieczności wszyscy członkowie jego ludu korzystali ze standardowego kanału komunikacji telepatycznej. To prawda, że kilku najstarszych potrafiło ukryć swoją obecność przed innymi, taki talent należał jednak do rzadkości.
Koniec wersji demonstracyjnej