Rozdział 1. Łosice
W Łosicach wszystko dało się policzyć. Jeden kościół z wieżą widoczną z prawie każdego miejsca, jedno liceum, jeden stadion, jeden rynek, wokół niego rondo, a dalej sieć sklepików tak małych, że kiedy wchodziły do nich dwie osoby z plecakami, trzecia musiała czekać w drzwiach. Była jeszcze kawiarenka z rzemieślniczymi lodami żółtymi, które smakowały jak lato i wanilia, choć nikt nie potrafił powiedzieć, dlaczego były aż tak żółte. I był dworzec PKS, przy którym mieściła się knajpka u Karasia. Tam młodzi ludzie chodzili na piwo, choć oficjalnie nikt z nich oczywiście nie pił.
Paweł miał osiemnaście lat i twarz, na której dzieciństwo jeszcze nie umarło, ale już zdążyło się obrazić. Nosił dżinsową kurtkę po starszym kuzynie, glany kupione na bazarze w Siedlcach i włosy za długie według matki, a za krótkie według Szymka. Tego popołudnia siedzieli na murku obok kawiarenki, jedząc lody i obserwując ludzi krążących po rynku jakby całe życie było jednym wielkim obchodzeniem ronda.
- Patrz - powiedział Szymek, liżąc loda z miną filozofa. - Ten sam gość trzeci raz obchodzi kwiaciarnię. Albo się zakochał, albo zgubił rozum.
- W Łosicach jedno i drugie wygląda tak samo - odparł Paweł.
Szymek parsknął śmiechem. Zawsze śmiał się pierwszy i głośniej niż wypadało. Miał tę lekkość, której Paweł mu zazdrościł - jakby świat, nawet kiedy skrzypiał i zgrzytał, był dla niego tylko krzywym żartem. Był wyższy od Pawła, chudszy, z wiecznie rozczochranymi włosami i oczami, w których czasami błyskało coś zbyt ostrego, żeby dało się to nazwać zwykłą wesołością.
- Wieczorem wiata? - zapytał.
- Kto będzie?
- Pół miasta. To znaczy ze dwadzieścia osób, więc i tak połowa młodzieży.
- Marta?
Szymek spojrzał na niego z niewinną złośliwością.
- A, jednak o to ci chodzi. Z Jeziory przyjedzie. Z kuzynką chyba. Ma kasztanowe włosy, jakbyś zapomniał.
- Nie zapomniałem.
- Wiem. Śnisz o niej tak głośno, że słychać u mnie przez ścianę.
Paweł rzucił w niego papierkiem po lodzie. Szymek uchylił się teatralnie i wstał.
- Chodź, geniuszu. Idziemy na stadion. Zanim twój stary wróci z pracy i znowu zapyta, czy masz plan na życie.
Ojciec Pawła naprawdę o to pytał. Przynajmniej raz dziennie. Plan na życie, plan na studia, plan na to, żeby nie skończyć jak "te mądrale spod sklepu". Paweł nie miał planu. Miał za to Łosice, sierpniowe popołudnie, przyjaciela i uczucie, że lato zaraz się skończy, a razem z nim coś jeszcze, czego nie potrafił nazwać.
Przeszli obok kiosku, sklepu mięsnego i pasmanterii, gdzie pani Hela zawsze patrzyła na nich tak, jakby sama młodość była przestępstwem. Na stadionie trawa była nierówna, bramki krzywe, a ławki pamiętały czasy, kiedy nikt nie mówił "nastolatki", tylko "młodzież". Usiedli na trybunie i patrzyli, jak kilku chłopaków kopie piłkę.
- Myślisz, że Marta lubi takich jak my? - zapytał nagle Paweł.
- Czyli jakich?
- Bez samochodu. Bez planu. Z jednej strony dorośli, z drugiej jeszcze dzieciaki.
- To dobrze - powiedział Szymek. - Dorośli są nudni, a dzieciaki szczere. Najgorsi są ci pośrodku. Tacy jak dyrektor naszego liceum.
Paweł roześmiał się, ale po chwili spoważniał.
- Mówię serio.
- Ja też. - Szymek oparł łokcie o kolana. - Marta lubi ludzi, którzy umieją patrzeć. Ty patrzysz za dużo. Ja za mało. Pewnie dlatego obaj mamy szansę dokładnie taką samą.
- Czyli żadną.
- Czyli śmiesznie małą.
Wiatr przyniósł zapach kurzu i nagrzanego asfaltu. Nad stadionem krążyły jaskółki, a z oddali dochodził dźwięk dzwonów z kościoła. Przez chwilę Paweł miał wrażenie, że wszystko jest na swoim miejscu - nawet jego niepokój.
To uczucie pękło wieczorem, kiedy ruszyli drogą do Jeziory. Las zaczynał się za ostatnimi domami, ciemny, gęsty i starszy od wszystkich opowieści, jakie krążyły po Łosicach. Za lasem było jeziorko, a przy nim wiata sklecona z desek i blachy. W dzień wyglądała zwyczajnie. Nocą wyglądała jak coś, co czeka.
Przy ognisku siedziało już kilka osób. Ktoś przyniósł gitarę, ktoś inny kasetowy magnetofon, z którego charczał Perfect. Dziewczyny śmiały się za głośno, chłopaki udawali odważniejszych, niż byli. Marta stała trochę z boku, w jeansowej kurtce i czarnym swetrze przewiązanym w pasie. Jej włosy naprawdę miały kolor kasztanów - nie tych z podręcznika, tylko mokrych, błyszczących po deszczu.
- No to po mnie - mruknął Paweł.
- Jeszcze nie podszedłeś - odpowiedział Szymek. - Jak umrzesz, to przynajmniej po bohatersku.
Podeszli razem. Marta uśmiechnęła się najpierw do Szymka, potem do Pawła. Obaj zauważyli to w tej samej chwili i obaj zrobili minę, jakby nic to nie znaczyło.
- Cześć - powiedziała. - Myślałam, że was nie będzie.
- Myślałem, że nas też nie będzie - odparł Szymek. - Ale Łosice nas wypchnęły.
- Znowu jadłeś te żółte lody? - zapytała Marta. - Masz język jak kanarek.
- To znak męstwa.
- To znak łakomstwa.
Paweł chciał coś powiedzieć, coś śmiesznego, lekkiego, ale słowa ugrzęzły mu w gardle. Marta spojrzała na niego.
- A ty czemu milczysz?
- Bo on myśli, że jak się odezwie, to zabrzmi jak idiota - powiedział Szymek.
- Dzięki - burknął Paweł.
- Nie ma za co. Jestem przyjacielem. Od tego jestem.
Marta zaśmiała się i ten śmiech trochę uratował Pawła. Usiadł obok niej na zwalonym pniu. Rozmawiali o szkole, o tym, że autobus do Jeziory znów się psuje, o nauczycielu historii, który pachnie jak mokry płaszcz. W pewnym momencie Paweł poczuł, że jest dobrze. Naprawdę dobrze.
Potem ogień przygasł i zrobiło się chłodniej. Ktoś opowiedział historię o topielcu z jeziorka. Ktoś inny dorzucił, że dawniej w lesie między Łosicami a Jeziorami zaginęła dziewczyna i wróciła po trzech dniach boso, nie pamiętając niczego poza tym, że słyszała, jak ktoś woła ją po imieniu spomiędzy drzew.
- Bzdury - rzucił jeden z chłopaków.
- Mówisz tak tylko dlatego, że boisz się pierwszy iść do lasu - odpowiedziała Marta.
- A ty się nie boisz?
Marta wzruszyła ramionami.
- Las jest lasem. Ludzie są gorsi.
To zdanie zostało z Pawłem dłużej niż śmiechy i muzyka. Jeszcze bardziej utkwiło mu jednak coś innego. Kiedy odwrócił się do Szymka, zobaczył, że przyjaciel patrzy w mrok za wiatą. Nie na ognisko, nie na Martę. W ciemność. Jakby ktoś tam stał.
- Co jest? - zapytał cicho.
Szymek drgnął.
- Nic.
- Na co patrzysz?
- Wydawało mi się, że ktoś nas obserwuje.
- Kto?
Szymek uśmiechnął się krzywo.
- W Łosicach? Pewnie połowa miasta. Druga połowa plotkuje.
Ale nie brzmiał, jakby żartował.
Kiedy wracali nocą, las był inny niż zwykle. Cichszy. Paweł słyszał tylko własne kroki, trzask gałęzi i oddalający się śmiech tych, którzy zostali jeszcze przy wiacie. Szymek szedł obok, lecz milczał.
- Coś ci jest - powiedział Paweł.
- Czujesz to?
- Co?
- Jakby... - Szymek zawahał się. - Jakby ten las pamiętał.
Paweł prychnął, choć poczuł nieprzyjemny skurcz w karku.
- Pamiętał co?
- Nie wiem. Nas?
To było głupie, a jednak kiedy minęli pierwsze drzewa, Paweł przysiągłby, że usłyszał za sobą kroki. Nie swoje. Nie Szymka. Czyjeś trzecie. Odwrócił się gwałtownie.
Nikogo nie było.
Tylko las. I coś w tym lesie, czego nie chciał jeszcze nazwać.
Rozdział 4. Wstążki
Tego samego wieczoru Paweł próbował przekonać siebie, że wszystko da się wytłumaczyć. Ustawieniem słońca. Zmęczeniem. Tym, że człowiek, kiedy raz się przestraszy, później wszędzie widzi dziury w rzeczywistości. Ojciec oglądał w dużym pokoju wiadomości, matka składała pranie, a dom pachniał zupą i krochmalem. Normalność miała wiele zapachów i żaden nie pasował do lęku.
W nocy obudziło go stukanie w szybę.
Usiadł gwałtownie na łóżku. Serce tłukło mu się pod gardłem. Stuk. Stuk. Stuk.
Podszedł do okna i odsunął firankę. Na podwórku stał Szymek.
A raczej coś, co wyglądało jak Szymek.
Mrok rozmywał rysy, ale Paweł widział twarz, bladą jak papier. Widział też uśmiech.
- Zejdź - powiedział głos spod okna. - Chodźmy do wiaty.
Paweł cofnął się odruchowo.
- Zwariowałeś? Jest po północy.
- Wiem.
- Jutro pogadamy.
- Nie - odpowiedział tamten. - Jutro może być za późno.
Paweł przez chwilę stał nieruchomo. Potem na palcach wyszedł z pokoju, zszedł po schodach i wymknął się przez kuchnię. Na dworze było zimno, nienaturalnie zimno. Szymek stał przy płocie, ręce trzymał w kieszeniach.
- Co się dzieje? - zapytał Paweł.
- Musimy iść.
- Po co?
- Bo on znowu woła.
- Kto?
Szymek spojrzał w stronę lasu.
- Nie wiem. Ale tym razem nie tylko mnie.
Te słowa zatrzymały Pawła w miejscu.
- Mówiłeś, że nic nie słyszałeś wcześniej.
- Skłamałem.
- Czemu?
- Bo jak człowiek mówi prawdę o takich rzeczach, zaczyna brzmieć jak wariat.
- To zacznij brzmieć.
Przez chwilę myślał, że Szymek znów obróci wszystko w żart. Ale przyjaciel był zbyt poważny.
- Słyszę go od tygodni - powiedział. - Najpierw w snach. Potem na jawie. Woła mnie z lasu. Czasem z jeziorka. Czasem spod wiaty. Czasem mówi twoim głosem.
Paweł poczuł, że chce wrócić do domu, zamknąć drzwi i nigdy więcej nie słyszeć żadnych wyjaśnień.
- Czemu nic nie powiedziałeś?
- Bo myślałem, że minie. Bo myślałem, że to... - urwał. - Nieważne.
- Co nieważne?
- Że to przez tamtą noc.
- Jaką tamtą noc?
Szymek milczał tak długo, że Paweł prawie odpuścił. Potem usłyszał:
- Rok temu po imprezie wracałem sam. Też od wiaty. Był listopad. Ślisko. Ktoś za mną szedł. Słyszałem kroki. Potem zobaczyłem czerwone wstążki między drzewami. Poszedłem za nimi jak idiota.
- I?
Szymek oblizał wargi.
- I znalazłem coś w wodzie.
- Co?
- Chłopaka.
Paweł zamarł.
- Jakiego chłopaka?
- Nie wiem. Twarz miał pod wodą. Płaszcz czy kurtkę. Nie pamiętam. Pobiegłem. Nikomu nie powiedziałem.
- Jezus...
- Wiem.
- I dopiero teraz mi to mówisz?
- Bo teraz on mówi do mnie.
Cisza między nimi była gęsta jak mgła. W końcu Paweł potrząsnął głową.
- To idziemy na policję.
Szymek uśmiechnął się smutno.
- Z czym? Z historią sprzed roku? Z głosem z lasu?
- To co chcesz zrobić?
- Sprawdzić. Sam nie dam rady.
Paweł powinien odmówić. Powinien kazać mu się leczyć, iść spać, pomodlić się, cokolwiek. Zamiast tego poszedł po kurtkę.
Las nocą wyglądał jak miejsce, gdzie Bóg nie zagląda po zmroku. Księżyc wisiał nisko, rozdarty chmurami. Droga do wiaty była ledwie widoczna. Szymek szedł pierwszy, jakby znał każdy korzeń. Paweł szedł tuż za nim, z latarką, której światło wydawało się zbyt małe na tyle ciemności.
Przy wiacie czerwonych wstążek było więcej niż poprzednio. Zwisały z belek, pni i gałęzi, tworząc coś na kształt okręgu. W jego środku ziemia była rozkopana.
- Ktoś tu był - szepnął Paweł.
Szymek nie odpowiedział. Patrzył na jeziorko.
Woda była gładka. Czarna. Martwa.
A potem z pluskiem wypłynęło na powierzchnię coś jasnego.
Twarz.
Paweł wrzasnął i cofnął się o krok. Światło latarki zatańczyło po wodzie. To była twarz chłopaka. Młodego. Napuchnięta, blada, z otwartymi oczami.
- Widzisz go? - zapytał Szymek dziwnie spokojnie.
- Boże...
Twarz zniknęła pod taflą równie nagle, jak się pojawiła.
- Widzisz go?! - powtórzył Szymek głośniej.
- Tak!
Szymek zamknął oczy. Jakby właśnie potwierdziła się najgorsza możliwa rzecz.
- To znaczy, że już blisko.
- Czego?
Szymek odwrócił się do niego. W księżycowym świetle był prawie przezroczysty.
- Prawdy.
Z lasu dobiegł chrzęst gałęzi. Nie jeden krok. Wiele. Coś poruszało się między drzewami, krążąc wokół wiaty. Paweł świecił latarką na prawo i lewo, ale widział tylko pnie. Jednak odgłos był coraz bliżej. Jak marsz ludzi, którzy nie oddychają.
- Szymek...
- Już wiem - odpowiedział cicho.
- Co wiesz?
Ale wtedy pierwszy z kształtów wyszedł z ciemności.
Był to stary mężczyzna w mokrym płaszczu, ze skórą oblepioną błotem. Za nim szła kobieta z opuszczoną głową. Potem dwoje dzieci. Potem ktoś bez twarzy, z pustym ciemnym miejscem zamiast oczu. Wyszli spomiędzy drzew i ustawili się wokół wiaty, milczący, nieruchomi.
Paweł chciał biec, ale nogi odmówiły posłuszeństwa.
- Szymek, uciekamy...
- Nie - powiedział przyjaciel. - Już nie.
Jedna z postaci uniosła rękę i wskazała na wodę. Potem na Szymka.
Wtedy jeziorko zabulgotało. Na powierzchnię wypłynęło ciało. Tym razem całe. Młody chłopak w rozpiętej kurtce, z włosami przyklejonymi do czoła. Wyszedł z wody chwiejnym krokiem, jakby nie pamiętał, jak się chodzi.
I Paweł zobaczył jego twarz.
To była twarz Szymka.
Rozdział 5. Marta
Paweł nie pamiętał później, jak wybiegł z lasu. Pamiętał tylko urywki: czerń drzew, własny oddech szarpiący płuca, ból w kostce, kiedy potknął się o korzeń. Kiedy dotarł do pierwszych domów Łosic, wymiotował przy płocie kogoś obcego, a palce miał zdrętwiałe od ściskania latarki. Obejrzał się dopiero wtedy.
Za nim nikogo nie było.
Szymka też nie.
Rano matka powiedziała, że wygląda jak trup. Ojciec stwierdził, że to pewnie wina "szwendania się po nocach". Paweł zjadł pół kromki chleba i wyszedł, nie tłumacząc niczego. Najpierw pobiegł pod dom Szymka.
Drzwi otworzyła jego matka. Miała zaczerwienione oczy i twarz człowieka, który za długo nie spał.
- Jest Szymek? - zapytał Paweł.
Kobieta spojrzała na niego tak, jakby zadał pytanie nieprzyzwoite.
- Paweł... - powiedziała cicho. - O czym ty mówisz?
- O Szymku. Muszę z nim pogadać.
Jej ręka zacisnęła się na framudze.
- Kochany... Szymek nie żyje.
Paweł poczuł, że świat robi krok w bok.
- Co?
- Przecież... - kobieta zamrugała gwałtownie. - Przecież rok temu był pogrzeb. W listopadzie. Utonął przy tym przeklętym jeziorku.
Paweł patrzył na nią bez słowa.
- Ty byłeś na stypie - ciągnęła, coraz bardziej przestraszona. - Siedziałeś obok mnie. Przyniosłeś zdjęcie z podstawówki.
Paweł cofnął się o krok.
- Nie... to niemożliwe.
- Paweł!
Ale już odchodził, a potem biegł. Rynek, rondo, sklepiki, kościół - wszystko mijało go w rozmazanych plamach. Zatrzymał się dopiero przy cmentarzu. Sam nie wiedział czemu. Może dlatego, że nic innego nie miało sensu.
Grób znalazł szybko. Biały krzyż. Zdjęcie Szymka sprzed kilku lat, jeszcze z krótszymi włosami, ale bez wątpienia jego. Data śmierci: listopad 1995.
Paweł przeczytał ją trzy razy.
Potem usiadł na ziemi między grobami i zaczął się śmiać. Nie dlatego, że było śmiesznie. Dlatego, że człowiekowi czasem pozostaje tylko śmiech albo wrzask, a na wrzask było za wcześnie.
Przypomniał sobie wszystko naraz. Pogrzeb. Czarną kurtkę matki. Zimno. Szymka w trumnie, ale twarz rozmytą w pamięci, jakby ktoś zamazał ją palcem. Własny płacz, którego się wstydził. Potem długie tygodnie pustki.
A potem? Potem po prostu Szymek wrócił. Tak to sobie powiedział. W lutym czy marcu. Pojawił się któregoś dnia pod szkołą, jakby nigdy nic, i Paweł przyjął to bez pytania. Wtedy wydawało mu się, że tylko śnił pogrzeb. Albo że śmierć była pomyłką. Albo że człowiek może sobie coś wmówić, jeśli bardzo nie chce być sam.
- Boże... - wyszeptał.
- Lepiej nie wołaj go teraz - odezwał się głos za plecami.
To był Karaś.
Stał z rękami w kieszeniach, jak zwykle zgarbiony, ale dziś nie wyglądał na zmęczonego. Wyglądał na starego.
- Wiedział pan? - spytał Paweł.
Karaś podszedł bliżej.
- W Łosicach wszyscy wiedzieli, że utonął. Nie wszyscy wiedzieli, że wrócił.
- Ja z nim gadałem. Widziałem go. Wszyscy go widzieli.
- Nie wszyscy. - Karaś spojrzał na grób. - Niektórzy widzą to, czego najbardziej potrzebują. Tutejszy las... jeziorko... one potrafią podsunąć człowiekowi to, za czym ten pójdzie.
- Pan bredzi.
- Możliwe. A możliwe, że nie. Słuchaj. Rok temu znaleźli go po trzech dniach. Myśleli, że się poślizgnął po pijaku. Ale ci, co go wyciągali, mówili, że wyglądał, jakby coś trzymało go pod wodą.
Paweł zacisnął pięści.
- Dlaczego nikt nic nie zrobił?
- Co miał zrobić? Spalić las? Wypompować jeziorko? Proboszcz pokropił brzeg, ludzie przestali gadać i wrócili do życia. Tak się tu robi od pokoleń.
- A czerwone wstążki?
Karaś splunął w bok.
- Stary sposób. Odznaczanie miejsca, którego nie wolno ruszać. Kiedyś wieszali je tam, gdzie coś "chodziło". Potem ludzie woleli telewizję od zabobonów.
Paweł wstał gwałtownie.
- Marta. Ona nic nie wie.
- Może wie więcej niż ty.
Pobiegł do Jeziory, niemal nie czując nóg. Marta była przy domu babci, nosiła wodę ze studni. Kiedy go zobaczyła, od razu odłożyła wiadro.
- Co się stało?
- Szymek... - urwał, łapiąc oddech. - Szymek nie żyje.
Marta pobladła, ale nie tak, jak spodziewał się Paweł.
- Ty dopiero teraz to pamiętasz - powiedziała.
Patrzył na nią osłupiały.
- Co?
- Paweł, ja cię nie chciałam straszyć. Myślałam, że udajesz. Albo że sobie nie radzisz.
- O czym ty mówisz?!
- Po pogrzebie zacząłeś z nim znowu chodzić. Najpierw sama myślałam, że mam zwidy. Ale Kaśka go nie widziała. Babcia też nie. Karaś chyba tak. Ja... czasem widziałam, czasem nie.
To było zbyt dużo, zbyt szybko. Paweł oparł się o płot.
- Ale rozmawiałaś z nim.
- Rozmawiałam z tobą - powiedziała cicho. - Czasami odpowiadałeś za niego. Czasami śmiałeś się w pustkę. A czasami naprawdę słyszałam drugi głos.
Słowa Marty weszły w niego jak zimna woda.
Wspomnienia zaczęły się przestawiać. Sceny, które uważał za wspólne, nagle pokazywały luki. Przy stoliku u Karasia były trzy szklanki, nie cztery. Na stadionie siedział sam i gadał do siebie, a chłopaki z boiska zerkali ukradkiem. Na drodze do Jeziory wtedy, gdy widział brak cienia, może wcale nie stał obok niego nikt żywy.
- Nie zwariowałem - wyszeptał bardziej do siebie niż do niej.
Marta podeszła bliżej.
- Nie. Po prostu nie chciałeś go stracić.
To było najgorsze, bo prawdziwe.
- Musimy coś zrobić - powiedział po chwili.
- Babcia mówi, że jeśli umarły wraca, to po coś. Albo po kogoś.
- Świetnie.
- Mówi też, że trzeba znaleźć, co go trzyma.
Paweł spojrzał w stronę lasu, ciemniejącego na końcu drogi.
- To miejsce.
- Albo jego wina - dokończyła Marta.
- Jaka wina?
Marta zawahała się.
- Po pogrzebie ktoś mówił, że tej nocy nie był sam. Że pokłócił się z kimś przy wiacie. Ale nikt nie wiedział z kim.
Paweł poczuł nagły chłód.
Nie pamiętał listopadowej nocy dobrze. Tylko urywki. Ognisko. Piwo. Śmiech. Marta wracająca wcześniej autobusem. I potem on i Szymek... sami? Pokłóceni?
- Ja tam byłem - powiedział.
Marta skinęła głową.
- Wiem.
- A jeśli...
Nie dokończył. Bał się własnej pamięci bardziej niż lasu.
Rozdział 6. Babcia
Babcia Marty kazała im wrócić po zmroku, "bo niektóre rzeczy wychodzą dopiero wtedy, gdy noc jest gotowa". Brzmiało to absurdalnie, ale po wszystkim, co się wydarzyło, absurd stał się po prostu kolejnym narzędziem codzienności. Kiedy Paweł przyszedł wieczorem, staruszka czekała już z blaszanym pudełkiem, w którym leżały świece, sól, medalik i mały zeszyt w kratkę.
- To było jego? - zapytała Marta.
Babcia pokazała zeszyt Pawłowi.
- Znalazłam kiedyś przy drodze. Podniosłam, bo deszcz miał zmoczyć. Nie otwierałam. Nie moje.
Na okładce, wyblakłym długopisem, było napisane: SZYMON K.
Palce Pawła drżały, kiedy otwierał zeszyt. W środku znalazł kilka stron bazgrołów, teksty piosenek, głupie rysunki, a potem wpis z datą sprzed śmierci.
"Paweł znowu patrzy na Martę jak pies na kiełbasę. Chyba mam tak samo. Śmieszne, że można kochać kogoś i jednocześnie chcieć mu przywalić. Gdyby to czytała, powiedziałaby, że jesteśmy idiotami. I miałaby rację."
Paweł parsknął przez łzy. To było dokładnie w stylu Szymka.
Przewrócił stronę.
"Coś jest przy wodzie. Nie mówię nikomu, bo będą rżeć. Wczoraj widziałem chłopaka na brzegu. Stał tyłem. Myślałem, że to ktoś z miasta. Zawołałem, nie odpowiedział. Poszedłem bliżej i wtedy wszedł do jeziorka jak lunatyk. Nie było plusku. Jakby woda go znała."
Kolejna strona.
"To wraca. Głos. Czasem mówi moim imieniem, czasem Pawła. Najgorzej, kiedy mówi głosem dziecka. Jeśli coś mi się stanie, to nie przez wódkę. Jak wszyscy będą tak gadać, to ich z grobu wyśmieję."
Paweł przestał oddychać na moment.
- Czytaj dalej - powiedziała babcia.
Ostatni wpis był chaotyczny, pismo rozjechane.
"Pokłóciliśmy się. Ja i P. O Martę, oczywiście, bo o co innego. Powiedziałem za dużo. On też. Poszedł pierwszy. Myślałem, że wrócę sam. Nie wróciłem. Wstążki już wiszą. Jeśli mnie bierze, to nie chcę iść sam."
- P. - szepnęła Marta. - To ty.
Paweł zamknął zeszyt. W głowie zaczęły pękać stare zamki.
Listopadowa noc wróciła nie jako wspomnienie, ale jak cios.
Ognisko przy wiacie. Zimno większe niż dziś. Szymek pijany bardziej słowami niż piwem. Obaj zazdrośni, bo Marta wcześniej śmiała się więcej z jednego, potem dłużej patrzyła na drugiego. Głupia, chłopięca kłótnia, która szybko staje się okrutna.
"Myślisz, że ona wybierze ciebie?"
"A ciebie?"
"Przynajmniej nie udaję świętego."
"Przynajmniej nie lecę na wszystko, co się rusza."
"Ty nawet przyjaźni nie umiesz unieść, Paweł."
Potem szarpanina. Nie bójka nawet, bardziej pchnięcia, złość, błoto. Szymek cofa się. Ślizga. Pada. Stacza po brzegu. Plusk.
Paweł staje jak wryty.
Szymek wynurza się raz, krzyczy. Paweł rusza ku niemu, ale nogi grzęzną. Jest ciemno, ślisko. Coś chwyta kostkę Szymka pod wodą. Tak to zapamiętał teraz - nie jako metaforę, nie jako panikę. Coś naprawdę ciągnie go w dół.
Paweł biegnie po gałąź, po cokolwiek, wraca, ale na wodzie są już tylko kręgi.
I jego strach.
Uciekł wtedy. Nie powiedział nikomu, co się stało. Następnego dnia udawał zdziwienie razem z innymi. Potem przyszedł pogrzeb. Potem poczucie winy tak wielkie, że umysł zrobił jedyne, co umiał: oddał mu przyjaciela z powrotem, byle tylko nie musieć żyć z prawdą.
Paweł usiadł ciężko na krześle.
- To przeze mnie.
- Nie tylko - powiedziała babcia. - Miejsce chciało. Ty tylko otworzyłeś drzwi.
- To żadne pocieszenie.
- Nie miało być.
Marta uklękła przy nim.
- Paweł...
- Zabiłem go.
- Nie chciałeś.
- Ale uciekłem.
Tym razem nie zaprzeczyła. I to bolało najbardziej.
Babcia zapaliła świecę.
- Jeśli chcesz, by przestał wracać, musisz oddać mu prawdę. W miejscu, gdzie ją zgubiłeś.
- A jeśli nie przestanie?
- To znaczy, że nie wraca po prawdę, tylko po ciebie.
Poszli przed północą. Marta nie dała się odwieść, choć Paweł próbował. Babcia kazała rozsypać sól wokół wiaty, zapalić trzy świece i powiedzieć na głos to, co było przemilczane. Brzmiało jak wiejski rytuał i być może nim było. Ale Paweł nie miał już innych narzędzi niż lęk, miłość i poczucie winy.
Las przyjął ich bezszelestnie.
Przy wiacie czerwone wstążki wisiały nieruchomo. Jeziorko było ciemne jak zawsze. Marta rozsypywała sól drżącą dłonią, Paweł wbijał świece w miękką ziemię.
- Myślisz, że to zadziała? - szepnęła.
- Nie.
- To dobrze. Ja też nie.
Uśmiechnęli się do siebie krótko, smutno.
Paweł stanął nad brzegiem.
- Szymek! - zawołał.
Cisza.
- Szymon! Wiem, co zrobiłem!
Woda zadrżała. Gdzieś w lesie odezwał się suchy trzask.
- Uciekłem! - krzyknął Paweł. - Widziałem, jak toniesz, i uciekłem! Bałem się! Bałem się bardziej niż o ciebie!
Marta ścisnęła medalik na szyi.
Tafla jeziorka pękła pluskiem. Z mroku wynurzył się Szymek. Nie ten zabawny z rynku. Nie ten z liceum. Mokry, blady, z włosami przyklejonymi do czoła i oczami pełnymi czegoś starszego niż żal.
- Wiem - powiedział.
Jego głos zabrzmiał jak dwa głosy naraz. Własny i wodny.
- To dlaczego wróciłeś? - spytał Paweł.
Szymek uśmiechnął się krzywo. Nawet teraz był w tym cień dawnego chłopaka.
- Bo ty mnie nie puściłeś.
Rozdział 1. Chotycze
Chotycze w 1995 roku były małą wsią, którą łatwo było minąć, jeśli ktoś nie miał tam po co zjechać z szosy. Kilkanaście domów, sklep z wyblakłym szyldem, przystanek, kapliczka na wzniesieniu od strony Łosic i jezioro, które dla nas było ważniejsze niż kościół, szkoła i wszystkie rady starszych razem wzięte. Za dnia miejsce jak każde inne. Ziemia pachniała kurzem, siano schnęło pod płotami, kobiety gadały przez furtki, a faceci poprawiali to, co zepsuła zima albo wódka. Wieczorem wszystko stawało się prostsze. Szło się nad jezioro, siadało pod wiatą, rozpalało ognisko i udawało, że świat kończy się tam, gdzie zaczyna się ściana ciemnych drzew.
Miałem wtedy osiemnaście lat i mieszkałem w Łosicach, cztery kilometry dalej. To było nic. Rowerem piętnaście minut, piechotą trochę dłużej, ale gdy człowiek jest młody, noc nie ma znaczenia, a droga zawsze wydaje się krótsza niż rano. Miałem długie włosy, byłem chudy, niebieskooki i naiwny na tyle, żeby brać pożądanie za przeznaczenie. Dziewczyny mnie lubiły, tak przynajmniej mówili koledzy, ale ja sam nigdy nie myślałem o sobie w ten sposób. Czekało się na wakacje, na sobotę, na następną imprezę nad jeziorkiem. Tylko tyle.
Marta pojawiła się tak, jak czasem pojawiają się ludzie w małych wsiach: jednego dnia ich nie ma, a następnego wszyscy zachowują się, jakby byli od dawna. Nikt nie umiał później powiedzieć, kiedy widział ją po raz pierwszy. Jedni twierdzili, że przyjechała do ciotki z drugiego końca Chotycz. Inni, że zamieszkała po zmarłej babce, choć nikt nie potrafił wskazać domu. Ktoś mówił, że uczyła się wcześniej w Siedlcach, ktoś inny, że wróciła z internatu. Gdy próbowało się złapać jakąś konkretną odpowiedź, wszystko rozłaziło się w rękach. Z Martą tak już było. Nawet fakty robiły się przy niej miękkie.
Pierwszy raz zobaczyłem ją nad jeziorem, pod wiatą, gdy ognisko dopiero się rozpalało. Siedziała bokiem do płomieni, w żółtej flanelowej koszuli w czarną kratę i opiętych spodniach, tych z grubszego materiału, które wtedy wszyscy nazywali gumkami. Miała szczupłe nogi, zarys bioder i tę zwyczajną, aż nieprzyzwoicie przyciągającą zgrabność dziewczyny, która nawet siedząc wygląda tak, jakby już szła. Nie była klasyczną pięknością. Nie miała tej gładkiej twarzy z kolorowych magazynów ani figury, o której mówi się wprost. Jej biust był średni, pupa wypięta, ciało smukłe i napięte, ale to nie to przykuwało uwagę najmocniej. Najgorsza była twarz: śliczna, dziewczęca, z piegami i prostymi brązowymi włosami opadającymi na ramiona. Wyglądała jednocześnie niewinnie i tak, jakby wiedziała o człowieku więcej, niż on sam chciałby wiedzieć.
Spojrzała na mnie raz i poczułem to w gardle, nie w sercu. To nie było wzruszenie. To było lekkie ściśnięcie, jak przy pierwszym łyku zbyt zimnej wódki.
Usiadłem niedaleko niej. Ktoś puścił muzykę z magnetofonu, ktoś podał mi butelkę piwa, ktoś śmiał się za głośno z kiepskiego dowcipu. Marta niby nic nie robiła. Tylko słuchała, czasem się uśmiechała, poprawiała włosy i patrzyła na płomień tak, jakby ognisko było lustrem, w którym widzi więcej niż reszta.
- Pierwszy raz cię widzę - powiedziała nagle, choć nie siedziałem jeszcze nawet pięć minut.
Jej głos był spokojny, niski jak na tak młodą dziewczynę, bez prowincjonalnej chropowatości. Mówiła wyraźnie, miękko, jakby każde słowo miało swój ciężar.
- Z Łosic jestem - odpowiedziałem. - Znajomi mnie ściągnęli.
- I dobrze - odparła. - Zostaniesz.
Nie zapytałem, skąd wie. Nie zapytałem, czy to pytanie, czy stwierdzenie. Po prostu zostałem.
Rozmawialiśmy długo. O muzyce, której słuchała. O lesie wokół jeziora. O tym, że podobno dawno temu stał tu dwór, po którym nie zostało nic poza wilgotniejszą ziemią i jednym kamieniem porośniętym mchem. Mówiła też o gwiazdach. Nie jak dziewczyny, które chcą zabrzmieć romantycznie, ale jak ktoś opowiadający o pracy. Jakby gwiazdy były czymś konkretnym, bliskim, prawie użytkowym.
- Nie lubię ludzi, którzy myślą, że wszystko wiedzą - powiedziała. - Zwłaszcza o niebie.
Zaśmiałem się, bo nie wiedziałem, co innego zrobić. Ona nie.
Tamtej nocy wracałem do Łosic z jej zapachem w ubraniu. Cytryna, migdały i coś jeszcze. Las. Nie sosna, nie mokra kora, nie dym. Po prostu las jako całość, chłodny, zielony i ciemny. Jeszcze wtedy myślałem, że to perfumy.
W kolejnych dniach zacząłem jeździć do Chotycz częściej. Niby po kolegów, niby na ryby, niby bez powodu. Prawda była prostsza. Chciałem znów zobaczyć Martę. I kiedy ją widziałem, wszystko wchodziło na swoje miejsce tak gładko, że nawet mnie to nie niepokoiło. Spotykaliśmy się przy sklepie, szliśmy nad jezioro, czasem odprowadzaliśmy się kawałek drogą między polami, czasem siedzieliśmy na pomoście aż do granatowego świtu. Z każdym dniem coraz mniej pamiętałem, co robiłem wcześniej, zanim się pojawiła.