Mroczne opowieści - Anna Olimpia Mostowska

Kup ebooka

10.00 zł
8.00 zł (7,60 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Cudowny szafir czyli talizman szczęścia. Powieść wschodnia

Pod panowaniem cnotliwego Kalify Monstandera, syna sławnego Haruna ar Raszyda żył w Bagdadzie Alladyn, najbogatszy kupiec w całej Azji, handlujący rzadkimi kamieniami i diamentami. 

Pewnego dnia, dwie godziny przed zachodem słońca, wysoka, postawna kobieta osłonięta długim welonem z kaszmiru weszła do sklepu Alladyna a za nią czterech niewolników w przepyszne ubranych suknie. Powiedziała kupcowi, że posiada bardzo piękny szafir, który chce sprzedać i pokazała mu pierścień, który mu się tak spodobał, że bez żadnego targu dał jej dwieście sztuk złota, według ceny przez nią zażądanej. Natychmiast, wyliczywszy tę sumę, z rąk jej odebrał szafir i schował go pod kryształowym stołem, w którym inne drogie kamienie zwykł w sklepie swoim trzymać. Po skończonej transakcji kobieta, która ten pierścień sprzedała, wybrała niektóre kamienie wielkiej ceny i kazała je odłożyć, mówiąc, że musi odbyć kilka wizyt na tej samej ulicy, a wracając, będzie mogła za wybrany przez nią towar zapłacić i wtedy go zabrać. Nieznajoma zapowiedziała, że wróci za około godzinę, ale ledwo kwadrans upłynął, Alladyn ujrzał ją znowu, już jednak nie w towarzystwie czterech bogato ubranych niewolników, lecz pięciu lub sześciu żołnierzy, którzy wtargnęli do sklepu. Prosił o wytłumaczenie tej niezwykłej sytuacji. Wtedy kobieta oskarżyła go o kradzież pierścienia.

Posąg i salamandra. Powieść z Wilanda naśladowana

Podczas  największych letnich upałów, gdy się już wieczorna pomroka rozciągać poczynała, straszliwa burza zaskoczyła pewnego wędrowca w miejscu odludnym i dzikim i zmusiła go do szukania jakiegoś schronienia. 

Naturalna ciemność gęstej sosnowej puszczy pomnożona przez czarne chmury tak go otoczyła, iż - gdyby nie oślepiający blask błyskawic - nie mógłby rozeznać przedmiotów oddalonych o dwadzieścia kroków. Dzięki poświacie bijącej od piorunów dostrzegł starą wieżę, zniszczoną przez czas. Jej wierzchołek wznosił się nad zdziczałym gaikiem, zasadzonym na małym wzgórku. To miejsce zdało się podróżnemu najlepsze do schronienia się od nawałnicy. Na ten widok zadowolenie przeniknęło duszę wędrowca, lecz to ulotne pocieszenie zmieniło się w najżywszą radość, gdy spostrzegł, iż między zniszczonymi blankami tej wieży znajdowały się jeszcze trzy, które nie wiekiem były uszkodzone.

- Znalazłem w końcu to, czego tak długo na próżno szukałem - zawołał mężczyzna. - Byłoby rzeczą niepodobną, gdyby Kalazyrys mógł mnie oszukać. Ta wieża jest niezawodnie tą, w której znajdę przedmiot moich pragnień! 

To mówiąc, zobaczył małą ścieżkę, która zdawała się prowadzić prosto przez gaik do wieży. Dróżka ta tak bardzo drogę jego skróciła, iż po kilku minutach stanął pod wieżą. Jedyne pozostałości zamku, którego wspaniałe rozwaliny malowniczo komponowały się z roślinami i drzewami, świadczyły, iż pochodził z czasów bardzo zamierzchłych. 

Podróżny, któremu deszcz nie pozwalał przypatrywać się temu widokowi, śpiesznie zwrócił swe kroki do otwartych drzwi wieży. Wkrótce znalazł się w obszernej sklepionej sali, do której przez drzwi i górę tyle tylko światła wpadało, ile potrzeba było, by zauważyć schody prowadzące na drugie piętro budowli.

Matylda i Daniło. Powieść żmudzka 

W starych archiwach znalazłam napisany ręką prababki mojej manuskrypt pod tytułem "Matylda i Daniło. Powieść żmudzka". Prababka pisze, iż tę opowieść słyszała od swojej babki, która się jej nauczyła od swojej matki, a ta jej mówiła, iż w czasie jednej swojej podróży na Żmudź, skąd sama rodem była, opowiadano jej tę historię w miejscu, gdzie miała się ona wydarzyć. Nie ręczę, że w niektórych szczegółach nie jest cokolwiek przesadzona, bowiem przez tak wiele ust przeszła, że niepodobna, gdyby jakich zmian nie doznała. Do tego, jak zwykle w tych wiekach, w których mało było piśmiennych kobiet, prababka moja bardzo źle pisała, zwłaszcza, iż używała wyrazów w naszych czasach prawie niezrozumiałych, co wiele sprawiło mi trudności w przepisywaniu tego rękopisu. 

O prawdziwości treści jego wątpić mi jednak nie wolno, bo jak słyszałam w dzieciństwie, prababka moja była bardzo uczciwą kobietą, która nie cierpiąc fałszu, nigdy od prawdy się nie oddalała. Jestem więc przekonana, że prawdziwą hi storię przekazuję, nic nie przydając, ani ujmując manuskryptowi. Polecając to pismo opiece ponurego ducha Ann Radcliffe, opowieść prababki mojej zaczynam...

 

***

 

"Na żmudzkiej ziemi od tej strony, gdzie się granica Inflant zaczyna, znajduje się wielka puszcza, przy której stoją wspaniałe rozwaliny starożytnego zamku, niegdyś przez kawalerów krzyżackich jeszcze zbudowanego. Ten zamek na wysokiej wystawiony górze, po lewej stronie ma bagna i niedostępne lasy - wieczne siedliska drapieżnych zwierząt. Lecz jeśli to położenie przykre się wydaje wędrującemu, z ukontentowaniem może on zwrócić swe oczy ku prawej stronie tej okolicy: rozległe łąki, które kilka małych strumyczków, wężem się kręcąc, ożywia a także rozmaite gaje, liczne trzody i gdzieniegdzie wesołych wieśniaków siedliska czynią te miejsca jednymi z najpiękniejszych, które dotąd widziałam. Kiedy zmuszona okolicznościami podróżowałam przez tę krainę i próbowałam umilić sobie nudną drogę przypomnieniem starożytnych dziejów, które towarzyszyły tym miejscom, wypadek powozu zdarzył, że musiałam w miejscu owym spędzić noc. Zaprowadzono mnie do małego kamiennego domku, wybudowanego po lewej stronie zamku u stóp góry, na której się znajdował. 

Stary gospodarz ofiarował mi swoją ubogą, lecz wyborną wieczerzę. Znalazłam w tym człowieku gościnność i cnoty, które dawnych ojców naszych zdobiły. Ponieważ daleko jeszcze do nocy było, poprosiłam gospodarza, aby mi towarzyszył w zwiedzaniu zamku, co on chętnie uczynił. Znający te miejsca starzec wiele mi rzeczy dziwnych i ciekawych opowiedział, po czym dodał: 

- Wszystko to, com ci, pani, mówił, fraszką jest wobec tego, co wiem o małym domku, w którym mieszkam. Jeżeli cię, pani, nie zmęczyłem opowieściami, to chętnie przedstawię rzecz godną przekazania potomnym, żeby przekonać niedowiarków, którzy upornie utrzymują, że duchy i strachy są to bajki, na to tylko wymyślone, aby gmin pospolity bawiły. Upewniłam starca, że sen daleko był jeszcze oczu moich, i że z przyjemnością wysłucham jego opowieści. 

Powróciliśmy więc do domku, gdzie usiadłszy na ławie pod rozłożystą stuletnią lipą, starzec w te słowa powieść swoją rozpoczął: 

- Ten domek niegdyś należał do niewiasty o imieniu Gryzalda. Ta skromna budowla i trochę ziemi było jedynym majątkiem tej zacnej kobiety i dwóch jej córek, które z największym wychowywała staraniem. Wieki już upłynęły od tych zdarzeń, lecz wieść o nich na zawsze została wyryta w umysłach tutejszych mieszkańców. Gryzalda pochodziła z wielkiego niegdyś rodu, do którego ów zamek należał. Otrzymała najdoskonalsze wychowanie. A choć rodzice jej byli ubodzy, oddali ją jednak do domu, któremu na dostatkach nie zbywało. Różne nieszczęśliwe przypadki doprowadziły Gryzaldę do stanu daleko nędzniejszego niż ten, w którym u rodziców była. Wszakże rozum zdrowy, umysł stateczny i mocna religia nie pozwoliły Gryzaldzie popaść w rozpacz. Dziękowała ona Bogu, że się jeszcze jej to ubogie miejsce zostało, w którym znajdowała schronienie, i dosyć ziemi, aby mogła najgwałtowniejszym swoim potrzebom zadość uczynić. Przy pracy czas jej schodził prędko, a gdy córki urosły, miała w nich towarzyszki przyjemne i pomoc w gospodarstwie. Jednak w kilka lat po tym, gdy w tym domku osiadła, zauważono z niemałym zdziwieniem, iż lubo powierzchownie największe ubóstwo panowało w mieszkaniu Gryzaldy, żaden człowiek nieszczęśliwy nie wyszedł jednak z domu tego bez opatrzenia: każdego pocieszono, nakarmiono i odziano. Drugi powód zdziwienia był taki, iż córki jej tak były chowane, że w najfortunniejszym nawet stanie, staranniej nie mogłyby być prowadzone. Lecz co do najwyższego stopnia wzbudzało zdziwienie i ciekawość, to to: iż te dziewczęta nie szły za mąż, mimo że z powodu wdzięków i przedziwnie dobrego wychowania w całej okolicy przez wszystkie matki dla synów swoich za żony żądane były, a osobliwie starsza, której imię było Matylda. Ta, posiadając dotąd w tych miejscach niewidzianą jeszcze piękność, gorąco była kochaną przez bardzo bogatego i młodego pana imieniem Daniło. Mieszkał on w sąsiedztwie i choć wszystkich używał sposobów na to, aby nakłonić Gryzaldę do zezwolenia na jego połączenie się z Matyldą, matka jednak zawsze mu jej odmawiała. A gdy wszyscy starali się jej dowieść, iż nie znajdzie nigdy dostojniejszego męża dla córki, ona się tym wymawiała, że Matylda była jeszcze zbyt młodą, że jej pomocy potrzebowała, i że ją nie chce oddawać w związek małżeński za człowieka, którego stan zbytecznie wynosił się nad ten, w który ubóstwo jej córkę pogrążyło. Roku jednego głód straszny trapił te okolice. Zboże w tak wielką poszło cenę, że ludzie niemajętni, żadnego nie mając sposobu, nędznie umierać musieliby, gdyby ich Gryzalda nie ratowała. Dała wszystkim wolny przystęp do domu swego, rozdawała każdemu potrzebującemu, chleb i inne pokarmy, i cały powiat od nieuchronnej śmierci wybawiła. Wnosić stąd można, jak podobne czynności tak niezgodne z ubóstwem Gryzaldy powiększyły podziwienie wszystkich tamecznych obywateli. Wielu różnie o Gryzaldzie myślało. W końcu powszechne stało się mniemanie, że Gryzalda posiadła sztukę czarnoksięską. Lecz i ten krzywdzący ją wniosek niedługo się szerzył: cnotliwe jej życie, pobożność i dobroczynność zbijały te mniemania. W końcu - jak zwykle bywa - przyzwyczajono się do jej sposobu życia, przestano się dziwić, wnosić i posądzać, a mając nieustannie pod oczyma jej cnoty i rzadkie przymioty jej córek, oddano jej sprawiedliwość i poprzestano na powszechnym szacunku, zostawiając im ich sposób życia, bez badania o źródło, skąd tyle dobrodziejstw czerpały.

Wszelako postępowanie Gryzaldy nie było tym dziewczynom do smaku. Matylda osobliwie rzewne łzy nad losem swoim wylewała; kochała ona z wzajemnością Daniłę - szlachetnego młodzieńca, o którym wyżej nadmieniłam. Zdawało się, że przyrodzenie stworzyło ich umyślnie jedno dla drugiego. Równie byli ozdobieni rzadką pięknością, talentami i rozumem: równie mieli duszę wspaniałą i serca czułe. Słowem, nie pozwalać na ich połączenie zdawało się dziwacznym być okrucieństwem, nad którym nieszczęśliwa Matylda próżno dręczyła swój rozum, aby zrozumieć, co mogło być przyczyną dla tak dobrej matki do sprzeciwiania się w rzeczy, która dla niej jedynym była uszczęśliwieniem. A nie mogąc odkryć tej tajemnicy, kończyła zawsze uwagi swoje na łzach i narzekaniu na los. Na próżno też wypytywała matkę, w czym Daniło był jej tak niemiłym. Lecz nieubłagana Gryzalda srogie jej nakazywała milczenie, grożąc swoim gniewem, jeśliby się odważyła powtarzać podobne zapytanie. A gdy mimo wszelkich starań nie mogła wskórać, aby córka przestała się widywać potajemnie z Daniłą, przykazała jej, pod największą karą, aby z domu wcale nie wychodziła i przekleństwem ją swoim zastraszyła, jeśliby się ważyła być jej nieposłuszną. Odtąd Matylda nic już takiego nie czyniła, co by matce przykrym było. Dnia jednego, gdy zapłakana, według zwyczaju swego, siedziała przy kądzieli, młodsza córka Gryzaldy wyszła dla przysłuchania się wdzięcznemu śpiewaniu słowika a zdawało się, że ten ptaszek umyślnie na tak bliskim usiadł drzewie, aby swym miłosnym pieniem smutną pocieszyć Matyldę. W tym samym czasie młody Daniło krążył koło domu, a spostrzegłszy dziewczynę, myślał, iż to pewnie była kochanka jego, która równie z nim cierpiąc, wyszła w nadziei, że się z nim zobaczy. W tym mniemaniu zbliżał się do Klary, która ze strachu przed matką, skoro go ujrzała, chciała uciekać, lecz on ją dogonił, pochwyciwszy za suknię. 

- Zatrzymaj się, piękna Klaro! - rzecze. - Miej litość nade mną! Powiedz, dlaczego okrutna Matylda przyczynia się do mego cierpienia, unikając mnie? 

Klara opowiedziała mu, jak matka zakazała surowo jej siostrze, aby z domu nie wychodziła. Zrozpaczony Daniło prosił Klarę na kolanach, aby mu pomogła. 

- Ponieważ tobie wolno wychodzić - rzecze do niej - możesz być dla mnie wielką pociechą, jeśli zechcesz przekazać list mój do Matyldy, ponieważ wszystkie sposoby jej widywania mnie są odjęte. Niech wie przynajmniej, że mojej miłości ku niej nic nigdy nie odmieni! Niech wie, jak bardzo cierpię!... O, nie odmawiaj mi, Klaro, jeśli nie chcesz, abym trupem padł u nóg twoich! 

Klara, bardziej czuła na zmartwienie siostry, niż na łzy Daniły, zezwoliła na jego prośbę. Ten nieszczęśliwy młodzieniec prosił ją, aby kilka minut poczekała, póki nie napisze krótkiego bileciku w sąsiednim domu. Gdy odszedł, Klara usiadła pod drzewem, które w tym momencie mocno zadrżało, bo zerwał się tak straszny wiatr, że jej chustkę zdarł z głowy. Gdy się powietrze uspokoiło, usłyszała szept: 

- Uciekaj, Klaro, jeśli zginąć nie chcesz...