Mroczne lato - Vera Buck

Reflow text when sidebars are open.
Słuchawki są przyklejone do moich uszu taśmą, by zagłuszyć wszelkie odgłosy z zewnątrz. Ujadanie psów. Warkot helikopterów krążących ponad jamą, w której mnie ukryto. Nie wolno mi usłyszeć absolutnie niczego, co mogłoby mi zdradzić, gdzie się znajduję. Choć tak naprawdę już to wiem: jestem w piekle.
Jest ciemno i zimno. Upchnięto mnie w drewnianej skrzyni. W skrzyni umieszczonej w dziurze w ziemi. Dodatkowo nałożono mi worek na głowę i wetknięto w usta zwiniętą szmatę. Knebel utrudnia mi oddychanie i przełykanie. Po co ktoś mnie tu trzyma, z zasłoniętymi oczami, zatkanymi uszami, bez możliwości wydania z siebie jakiegokolwiek dźwięku? Moje zmysły są niemalże kompletnie wyłączone. Czuję jeszcze tylko moje ciało. Jest poranione i całe swędzi.
I słyszę muzykę. Dudni w moich uszach. Dzień i noc. Wypełnia moje przewody słuchowe. Moją głowę. Osadza się w moim ciele. To chyba ta muzyka jest z tego wszystkiego najgorsza.
Czasami przychodzi któryś z tych ludzi, przynosi mi jedzenie i picie, wymienia baterie w walkmanie. To jedyne chwile, w których wychodzę ze skrzyni i są mi zdejmowane słuchawki. W uszach piszczy mi wtedy tak, jak gdyby broniły się przed tą nagłą ciszą.
Mężczyźni, gdy ściągają mi worek z głowy, mają na twarzach pończochy. Dają mi wodę, chleb, niekiedy jabłko. Jak koniowi. Dziś jest też zupa.
Przez knebel mam naderwane kąciki ust. Zupa piecze w rany, choć jest raczej zimna. Droga od kuchni, na której ją ugotowano, do miejsca, gdzie przebywam, musi być długa. Jama, skrzynia i ja znajdujemy się w jakimś bliżej nieokreślonym miejscu. To z pewnością jest powód, dla którego wciąż mnie nie odnaleziono. Bo przecież chyba ktoś mnie szuka, prawda? Nasłuchuję, ale niczego nie słyszę. Tylko piszczenie w moich uszach.
Zupa ma blaszany posmak. Wycieram twarz brudnym rękawem i patrzę na człowieka, który obserwuje mnie spod swojej maski. Jak czarny duch. Wygląda przerażająco.
Wiem, że kiedy skończę, muszę wracać do mojego więzienia. Powoli rozdrabniam łyżką kawałek ziemniaka i skrobię nią po dnie blaszanej puszki. Chcę zyskać na czasie. Skrzynia jest koszmarem. Bezruch w niej jest koszmarem. Nie mogę jednak przeciągać tej chwili w nieskończoność. Nieskończony jest tylko czas w tej jamie. Ciemność. Muzyka. Strach.
Z powrotem do worka, z powrotem do skrzyni. Jak gdyby dziura w ziemi, której nikt nie jest w stanie znaleźć, nie wystarczała, by mnie skutecznie ukryć. Stworzono dla mnie więzienie w więzieniu. Jak w drewnianej matrioszce, w której ukryte są kolejne, coraz mniejsze laleczki. Ja jestem tą najbardziej wewnętrzną z nich, najmniejszą. Gładkim pomalowanym kawałkiem drewna, którego już nie da się otworzyć. Który nie skrywa żadnej tajemnicy. A przynajmniej nie takiej, której nie da się wydobyć bez piły i choć odrobiny przemocy.
Puszka po zupie jest pusta. Zaciskam powieki, gdy wieko ponad mną znów się zamyka. Oddycham gwałtownie z kneblem w ustach. Nie mam pojęcia, dlaczego mnie tu trzymają. Dlaczego wybrali właśnie mnie. Naprawdę nie znam żadnej tajemnicy, którą mogliby wyrwać ze mnie ci ludzie. Nawet przemocą.